17 czerwca 2022

Kto tu mnie skreśla ?

I znów dopadła mnie historia pisana przez samo życie, oczywiście z czyjąś niewielką pomocą. To historia kobiety która po 60-tce została wdową, zamieszkała z córką, jej mężem i wnukami. Tak było praktycznie. Córka mogła spełniać się w pracy zawodowej, a babcia odbierała wnuki ze szkoły i woziła na dodatkowe zajęcia.
Wszystko to do czasu gdy samotna seniorka nie zapragnęła pójść do osiedlowego klubu, gdzie zorganizowano wieczór dla singli (z całą elegancją przynależną do wieku uczestników). Mamusię to wciągnęło co nie podobało się córce, ale ona nie zwracała na to uwagi i bywałą tam w każdą środę. W końcu poznała pewnego mężczyznę i powiedziała córce, że jest jej bratnią duszą. Tu znalazła się wypowiedź córki:

- Mama zaczęła go często widywać na spacerach po mieście, w parku, w kinie. Nie rozumiem ludzi, którzy mają ponad 60 lat i nadal chodzą na randki. Na początku myślałam, że się rozstaną i sprawa przycichnie. 
Niestety mamusia zdecydowała się na ślub co spotkało się znowu z niezrozumieniem ze strony córki
- Ludzie, którzy decydują się na ślub po sześćdziesiątce, są dla mnie zagadką. Nie wierzę w miłość w tym wieku, dlaczego nie mogą się po prostu przyjaźnić? Po co legalizować związek w tym wieku?
Mama wyprowadziła się, a dorosła w końcu córka nie ma ochoty na kontakt z matką.
Dlaczego przytaczam tę prozaiczną w końcu historię? Ponieważ ostatnio życie dopisało mi kolejną cyfrę do mojej liczby przeżytych lat, a ponieważ pierwsza z nich to to szóstka poczułem się jakby adresatem tej historii.
Jest faktem, że szaleję za moja wnuczką i z małżonką wydzieramy ją sobie z rąk. Znaczy to, że posiadam małżonkę i nie mam żadnych planów matrymonialnych.
Nie robię też planów na przyszłość  w stylu wyrażonym przez  Stefana Friedmanna  w jednej z kabaretowych historii lat 70 tych.
- Ustaliliśmy z żoną, że gdy któreś z nas pierwsze umrze to ja jadę w podróż dookoła świata.
Poczułem się jednak dotknięty taką stygmatyzacją ludzi po sześćdziesiątce.
Poleruję motocykl przed planowaną jazdą i tak myślę, że ktoś chciałby mi tego zabronić. Nie tak dawno czytałem wynurzenia jakiegoś młokosa po dwudziestce, że po 60- tym roku życia powinni z urzędu zabierać prawa jazdy.


               Ten gość ma 86 lat i jeździ na trialu czyli na terenowym motocyklu
. 
                                                        Źródło  motormania.com.pl

Obowiązuje kult młodości, a wiek dojrzały nazywany przez nich starością niechaj zdycha. Tylko dlaczego nie potrafią sobie wyobrazić własnej kariery zawodowej bez pomocy owych rozsypujących się wątłych staruszków?
Seniorów którzy zajmą się ich dziećmi, coś tam naprawią, coś tam ugotują, Coś tam, coś tam.
Owszem jestem krytyczny wobec osób zapominających o swoim wieku, ale to problem znany od lat. 
Pamiętacie jak się kiedyś mówiło? -
Z tyłu liceum, z przodu muzeum.
Patrząc na takie wyluzowane osoby jest mi zwyczajnie głupio, a
le nie na tyle bym zabierał im prawo do radości, radości z życia. 
Poza tym niezastąpiony Jan Sztaudynger pisał - Starość nie młodość musi się wyszumieć. Bo żeby szumieć trzeba mieć i umieć
      Na sam koniec zdałem sobie sprawę, że już pisałem  na temat wykluczenia. Tam wspomniałem o dyskryminacji ze względu na wzrost. Teraz piszę o wykluczeniu ze względu na wiek. A jeżeli ktoś jest stary i w dodatku niewysoki?
Jak mówi stare przysłowie - nieszczęścia chodzą parami. 
Chociaż są to nieszczęścia przypisywane przez innych, a nie odczuwane przez zainteresowanych, tworzą pewne stereotypy.
I ile to się trzeba potem nakombinować by pokazać, że z powodu braku paru centymetrów we wzroście i nadmiaru kilku lat w wieku, nic mi nie dolega.
Można też na starość spojrzeć tak jak to zrobił  Jaromir Nohavica, w utworze 
A więc nie trzeba mnie pocieszać.
Dla zainteresowanych link do wspomnianego tekstu z lutego br.
A tak wracając do standaryzacji.
W Moskwie, w czasach Breżniewa zainstalowano automat do golenia.
Płacił klient kilka kopiejek, wkładał głowę, a tam dwie brzytwy, jedna z lewej druga z prawej walczyły z zarostem.
- Jak to możliwe ? - pytali naukowcy z zachodu - przecież każdy z nas ma inną twarz
- Tak, ale tylko do pierwszego golenia w naszym automacie - odpowiadali twórczy.

 

06 czerwca 2022

O aktywnym wypoczynku

- Czy tobie ktoś powiedział, że jesteś upierdliwy z tym swoim planowaniem?
- A co złego jest w planowaniu? Przecież nie narzucam swojej woli, a jedynie pragnę się wpasować w jakiś z grubsza ustalony plan dnia. Chcę wiedzieć czy z rana pójdę jako pierwszy do łazienki, czy może jako drugi? Kolejność nie ma znaczenia, znaczenie ma świadomość. Lubię to sobie poukładać w głowie. W końcu jestem z tych ludzi którzy są na dworcu już pół godziny przed odjazdem pociągu.
- Tak, ale ty mnie zmuszasz. Zmuszasz do podjęcia decyzji, a ja wywinąłem się na chwilę od tego codziennego kieratu i chcę uciec od planowania, decydowania i tym podobnych bzdur których mam potąd.
Tutaj mój kolega i współmieszkaniec pokoju hotelowego w trakcie delegacji do Holandii wykonał charakterystyczny i dobrze znany mi gest, przesuwając wskazującym palcem z lewej na prawą dokładnie na wysokości nosa.
Przebywający w Holandii jako goście Targów w Utrechcie, znaleźliśmy się przyczyn ekonomicznych, razem w jednym dwuosobowym pokoju hotelowym. Zdecydowanie zażądaliśmy osobnych łóżek i to zdecydowanie wywołało wesołość na twarzy recepcjonistki, egzotycznej piękności o nieskazitelnych zębach. Może zabrzmi to śmiesznie, ale z jej rąk przyjąłbym nawet klucz do składziku na hotelowe miotły, gdyby tylko powiedziała, że taki pokój nam przeznaczono.
Nie mogłem się jednak zdecydować na dłuższą pogawędkę. W miejscowym języku ani, ani, a po angielsku najlepiej wychodzi mi zamówienie kawy, ale za to takiej jakiej chcę czyli podwójnego espresso z kilkoma kroplami mleka, bez cukru.
Ostatnio zdobyłem się jednak na odwagę ( być może przymuszony okolicznościami) i w knajpie w Amsterdamie spytałem barmana o drogę do toalety, a otrzymaną informację zrozumiałem.
Jak po każdym takim wyjeździe, obiecuję sobie, że podciągnę ten swój angielski.
Wychodzi jak w "Dniu Świra"
Może się to jednak kiedyś udać, bowiem już na drugi dzień budowałem w myślach całkiem zgrabne chociaż proste zdania.
Napisałem "w myśli" bowiem z używaniem języka obcego jest jak z lataniem - trzeba się odważyć.
Z wiekiem jednak wzrósł u mnie poziom obawy przed kompromitacją.
Jakby dla zagmatwania sytuacji, sam lubię cytować przy różnych okazjach fragment dialogu aktora z węglarzem w Bieszczadzkich Wodziłkach, który zapamiętałem z filmu Zakochany Anioł ( polecam)
- A gdzież wy ludzie się tak spieszycie, przecież Was nie zjedzą. A jak zjedzą to was wysrają.
Można to wprost odnieść do odwagi - Dlaczegoż wy ludzie nie odważycie się....
Wracając zaś do dialogu z pokoju hotelowego, uświadomiłem mojego współlokatora, że skłonność do planowania i potrzeba wiedzy nie są jedynymi moimi przywarami. Ponieważ po części pracowaliśmy, a po części wypoczywaliśmy, zdecydowałem się na całkiem szczere wyznanie, że ja mam również problem z wypoczynkiem
Po prostu nie umiem odpoczywać. Za karę można by mnie wysłać nad morze i położyć na leżaku. Bezsensowne marnotrawienie czasu jest czymś czego nie rozumiem. No chyba, że idzie o aktywny wypoczynek, a więc cięcie, skręcanie, czy choćby polerowanie motocykla. Świetnie wypoczywam w czasie jazdy na nim, ale trudno to nazwać nic nierobieniem, skoro muszę zaplanować każde wejście w zakręt, aby móc z niego w całości wyjść. Poza szybkością, najczęstszym powodem lądowania motocyklem w rowie jest właśnie zlekceważenie kąta lub rozkojarzenie.
      Kiedyś, ileś tam lat temu wylądowałem w czasie wakacji we Francji.  W ramach wypoczynku nad rzeką zbudowałem dla tamtejszych dzieci szałas z gałęzi. Traf chciał, że były to gałęzie oblepione liśćmi laurowymi. W czasie przebywania w szałasie można się było oddawać aromaterapii.
Zwyczajowo myje tez i poleruję ich wszystkie samochody. Robię to z pasją której brak dla naszego samochodu, ale w domu mam zawsze coś innego do roboty. W  południowej Francji powinienem się nauczyć owej szlachetnej sztuki wypoczynku, słysząc choćby odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie
- Kiedy ostatnio polerowano te samochody ?
- Sam polerowałeś w czasie poprzedniej wizyty u nas.
Trzy lata, niezły rezultat   
W zasadzie zawładnęło to mną od chwili gdy uznałem, że jestem już dorosły, chociaż pewnie i wcześniej miałem jakieś tego zadatki. 
Innym razem w Białce Tatrzańskiej, na początku naszego małżeństwa, wynajmowaliśmy stara góralską chałupę. Właściciele byli jak większość górali w Ameryce i pod ich nieobecność to przynajmniej przewietrzyło się wnętrze. Rozpakowaliśmy się właśnie i zastanawiałem się co mogę robić w takim cudzym domu w którym robota do zrobienia wychodziła dosłownie z każdego kąta. 
Wtedy jakby spod ziemi pojawił się gospodarz z Ameryki. W ręce trzymał puszkę amerykańskiej farby i takiej produkcji pędzel. Była to połowa lat osiemdziesiątych, a więc widok sprzętu wywołał u mnie niesamowite emocje. Kolorowa burżujska puszka z lakierem który nie śmierdział.
Gospodarz chciał, aby w wolnej chwili pomalować okna. Wyjąłem mu puszkę z ręki i nim dogotowała się woda na kawę zacząłem malować pierwsze okno.
Człowiek był tak zszokowany, a jednocześnie zadowolony z natychmiastowego wykonania jego polecenia, że odpuścił nam opłatę za pobyt i to za całe dwa miesiące.
W gratisie pomalowaliśmy mu siatkę na zielono. Tym razem nasz krajowy lakier ftalowy śmierdział jak sto nieszczęść
Nie umiem odpoczywać. Wspominałem o tym już kilka razy, kilka razy mówiłem tez że mam świadomość  iż z pewnością jest na to jakaś określona jednostka chorobowa.
Nigdy jednak nie pomyślałem, że swoimi działaniami przyniosę komuś jakaś szkodę. Uważałem też, że nie jestem zagrożeniem dla siebie samego.
To mogą być jednak pozory, bowiem w Onecie przeczytałem taką oto historię
"Wakacje rodziny z Maine w zaledwie kilka chwil zamieniły się w prawdziwy koszmar. Jak wynika z policyjnej relacji, 18-letni Levi razem ze swoją o rok młodszą siostrą wykopał na plaży dół. Rodzeństwo użyło do tego popularnego frisbee. Dół miał głębokość 10 stóp, czyli mniej więcej trzy metry. Gdy rodzeństwo było w środku, piasek nagle zaczął się osuwać, zakopując nastolatków. Levi  został zasypany całkowicie, podczas gdy jego siostra mniej więcej do wysokości klatki piersiowej. 17-latkę udało się uratować (czuje się dobrze), jej brata niestety już nie. Do zasypania nastolatków doszło mniej więcej o godz. 16.00, zaś do ciała 18-latka służby dotarły dopiero trzy godziny później.
        Natura jest jednak bardziej pomysłowa od nas samych i czasem potrafi bronić nas przed nami samymi. Być może stąd moje zamiłowanie do gór i ogólnie mówiąc nierównego krajobrazu, a niechęć a może nawet lekki dystans do morza.
Wracając zaś do artykułu, pomyślcie jak trzeba być zdesperowanym, aby wykopać trzymetrowy dół na plaży za pomocą frisbee? Jak ktoś nie wie co to friesbee to podpowiadam, jest to dysk z plastiku który ma tendencję do lotu, a rzuca się go psu, aby złapał go w powietrzu. One to nawet chętnie robią, choć równie dobrze potrafią bezczynnie wylegiwać się w pełnym słońcu na tarasie. Koty są mistrzami nic nierobienia, a ja jak już wspomniałem.
Z wiekiem częściej odpoczywam pomiędzy poszczególnymi etapami aktywnego wypoczynku, ale to nie zmienia faktu, że nie umiem być bezczynny.
           Odbiegając zaś od głównego motywu tego tekstu W myśl zasady że podróże kształcą załączam dwie fotki.
Pierwsza to uprawnienie do parkingu dla pewnych grup. Dzieci, inwalidzi służby mundurowe, ale czy widzieliście taki ograniczenie?
Jak się to ma do modnej od  pewnego czasu idei równouprawnienia.




I jeszcze jedno. Potwierdzenie zasady że w Amsterdamie rowery są wszędzie.
Kilka sztuk znalazłem nawet w kanale.  




Generalnie jest ładnie, bo gdy na chwilę odłożę błazeńska czapkę, Amsterdam rzeczywiście jawi mi się niczym ta opiewana Wenecja Północy



18 maja 2022

Polowanie

Nie o wyznawcach Świętego Huberta chcę tu pisać, bo dla mnie polowanie na zwierzynę dla sportu i przyjemności może odbywać się wyłącznie przy użyciu aparatu fotograficznego .
Myślę tu o filmach z gatunku tych z Van Damem lub Arnoldem Schwarzennegerem, kiedy niewinny człowiek staje się zwierzyną łowną dla zblazowanych biznesmenów, a ratunkiem dla niego jest dotarcie żywym z punktu A do punktu B. Na przekór trwającemu polowaniu.
W latach osiemdziesiątych z wypiekami na twarzy oglądaliśmy te filmy akcji, na osiemdziesiątej czwartej kopii kasety VHS i nieco przybrudzonej głowicy.
- Ale o co chodzi ? - zapyta rozkojarzony lub znieczulony klient który przeczytał być może przez przypadek te klika zdań wstępu powyżej.
Korzystając, jak i cała masa moich znajomych z Facebooka sięgnąłem głębiej do jego zasobów i zostałem członkiem kilku grup motocyklowych. Dzięki temu codziennie otrzymuję dawkę zdjęć wymuskanych motocykli i podtatusiałych nierzadko driverów w pełnym blasku swoich maszyn. To byłoby w porządku, ale każdego dnia wpada też jedna lub dwie informację o zderzeniu motocyklisty z samochodem, potrąceniu lub wymuszeniu pierwszeństwa.
Dla przeciętnego zjadacza informacyjnej papki winni są oczywiście "dawcy organów" jak zwykło się obraźliwie określać użytkowników dwóch kółek. Nie powiem, motocykliści (niektórzy) bardzo sobie na ową łatkę zapracowali.
Nie wszyscy jednak szaleją na kolorowych ścigaczach z osiągami ponad 220 km/ godzinę
Ja sam ze względu na miłość do chopperów i cruiserów staram się jeździć rozważnie. Nie za szybko ponieważ już nie ten wiek i refleks stracił nieco ze swojego blasku, a poza tym nie po to poleruję chromy i skóry, aby śmignąć tylko obok przechodzących ludzi. Jeżdżę w miarę, aby przechodzący mieli czas by spojrzeć, zachwycić się  i powiedzieć - Spójrz jak się błyszczy, jakie wypolerowane chromy.
Kiedyś ustawiliśmy w grupie trzech osób ustawiliśmy motocykle na chodniku koło lodziarni w Niepołomicach. Przechodzące obok nastolatki  skwitowały.
Ale macie Panowie zajebiste motocykle.




Było nam miło, a chwile na polerowanie nie były czasem straconym.
Ogólne pytanie brzmi jednak tak - Czy jeżdżąc razem ze znajomymi w podobnym wieku w ramach artretycznego quasi gangu motocyklowego mogę czuć się bezpiecznym?

Okazuje się że nie.

Nie dalej jak w poniedziałek, wybrałem się do NFZ po nowa kartę EKUS ( oby nigdy nie była mi potrzebna.) Ponieważ siedziba NFZ znajduje się w mocno zurbanizowanej części Krakowa, a czas był gorący - 8.30, udałem się tam motocyklem. Zgrabnie ominąłem wszelkie korki po drodze przejeżdżając obok stojących w nich samochodów. Tutaj przypomnę, że przejazd motocyklem obok stojących samochodów jest zgodny z Kodeksem Drogowym. Gorzej jest gdy czyni się to w już trakcie jazdy kolumny samochodów po zmianie świateł na zielone.
No więc pojechałem, załatwiłem i w podobny sposób wracałem do pracy. Na ostatnim zaś kilometrze do celu podróży, z chodnika po lewej stronie zjechał jakiś wiekowy Matiz z równie sądzę wiekowym kierowcą  i nie patrząc w prawo pakował się w nadjeżdżający motocykl. Mój motocykl.
Dzięki Bogu instynkt zadziałał i zamiast zahamować przyspieszyłem. W efekcie przejechałem skórzaną sakwą przez przedni błotnik samochodu, zrywając nity w skórzanym zapięciu. Gdybym nie przyspieszył, Matiz stuknąłby mnie w części metalowe lub co gorsze w nogę, wytrącając z toru jazdy. A tam krawężnik i przewrotka murowana.
Spojrzałem w lusterka Matiz jechał, ale gdy ja zwalniałem on też to robił. W trakcie zdarzenia zbytnio odskoczyłem by do niego wracać.
Nie miał widać ochoty na konfrontację. Swoją drogą do czego taka dyskusja  może prowadzić? Czy słyszeliście żeby ktoś tak dobrowolnie powiedział -  Sorry zagapiłem się ?

Dojechałem do pracy i pomyślałem, że dzień się jeszcze nie skończył.
Prorocze to były myśli
Po zakończeniu pracy ruszyłem w kierunku domu.
Skręt na skrzyżowaniu w lewo i po zmianie świateł. Ruszyłem za jadącym przede mną Audi Q7. Kupa wysokiego samochodu samochodu. Kierująca nim kobieta nie jechała szybko, stąd i moja prędkość była niewielka. Temu chyba tylko zawdzięczam, że kiedy postanowiła zaparkować po lewej stronie i zauważyła, że przejechała wolne miejsce, zdecydowanie nadepnęła na hamulec.
Potwór stanął w miejscu jak wryty, korzystając z mocnego wspomagania hamulców.
Refleksowi jedynie zawdzięczam, że nie wpakowałem się w tył samochodu. Niewtajemniczonym podpowiem, że trudno stanąć motocyklem w miejscu, bardzo łatwo zaś po nagłym hamowaniu motocykl położyć na bok.
Co więcej, zaraz po gwałtownym hamowaniu kobieta wbiła wsteczny i ruszyła do tyłu nie patrząc w lusterko. I tu też była moja kolejna szczęśliwa chwila, bowiem w samochodzie nie leciało żadne techno czy muzyka house podkręcona na maxa, dzięki czemu pani ów motocyklowy sygnał usłyszała.
Jak myślicie, czy było choćby machnięcie - sorry stary?
Ruszyłem po woli próbując uspokoić emocje. Podjechałem do Syna stanąłem na chwilę na poboczu.
- Jadę do domu - dzisiaj w tym mieście polują na motocyklistów
Dotarłem szczęśliwie i oceniam,  że był to mój szczęśliwy dzień. Skłonny też jestem twierdzić, że czasami szczęście mierzy się centymetrami ( drogi hamowania, lub przyspieszenia )

Powszechnie uważa się, że każdy medal ma dwie strony. No bo ma
Z miłych chwil na motocyklu, oprócz przeżycia i widoków są i takie w których poznaje się nowych ludzi.
To niby nic wielkiego bo w Internecie można wejść w interakcję ze setką ludzi dziennie, jeśli tylko ma się ochotę i dużo wolnego czasu.
Tu idzie jednak o nawiązanie kontaktu ze spotkanym żywym człowiekiem
Tak było w niedzielę.  Tankowałem motocykl na jeden ze stacji na obrzeżach Wieliczki
Z drugiej strony dystrybutora ustawiła się Honda Shadow 750 i zsiadł z niej facet w wieku podobnym do mojego, tak plus minus 5 lat. Wzrost też jakby pasował do mojego. Tradycyjne
 LWG na powitanie (to znaczy Lewa w Górę) i zaczynamy rozmowę.
A co to z motocykl?, a ile waży?, a jak jeździ?  i takie tam. A potem, z kim jeżdżę? Mówię mu, że z dwoma równolatkami. Z jednym częściej z drugim rzadziej.
- A ja nie mam z kim jeździć - powiedział z odrobiną smutki mój rozmówca - Może wymienimy się numerami i w razie czego pojeździmy razem. Mieszkam w okolicy.
Tak to na bazie zainteresowania  motocyklowego poznałem Wieśka. W najbliższą sobotę rozpoczęcie Sezonu motocyklowego w Mnikowie, będzie okazja poznać człowieka. A jak się sprawdzi to nasza grupa artretyczna powiększy się. 
To by było nawet dobrze, bo jednemu z naszych żona wymyśla różne zajęcia ze szczególnym nasileniem tych dat na które coś planujemy.
No ale nie wszyscy maja takie żony jak ja.
Szczęściarz Antoni 
Jest nawet taki film z 1960 roku pod tym samym tytułem (Szczęściarz Antoni)
przy czy tam tytułowy bohater zajmuje się nie motocyklem ale czołgiem, co nie przeszkadza mu  zyskać na koniec podziw i ugruntować miłość małżonki. Szerokości.

I jeszcze dopisek który zrobiło życie.
Tradycja spotkań w Mnikowie sięga już wielu lat. Motocykliści przyjeżdżali tam, wspierając przy okazji finansowo ubogie rodziny. W ramach rewanżu mieszkańcy wsi przygotowywali poczęstunek po mszy ( teraz nie ma zlotu bez mszy). Domowe ciastka, kawa i herbata integrowały społeczność Mnikowa i motocyklistów.
W zeszłym tygodniu jakiś motocyklista potrącił śmiertelnie kobietę w owym Mnikowie. 
W efekcie tegoroczne rozpoczęcie ominie Mników. Nie będzie mszy, nie będzie tradycyjnego poczęstunku. Wszystko jest zbyt świeże i nie warto podgrzewać atmosfery. 
Szkoda ludzkiego życia które jest samo w sobie wartością najwyższą, szkoda wypracowanej przez lata sympatii.
  

12 maja 2022

Musiaki do niczego nie zmuszają, ale jeśli już to znacznie to ułatwiają

Wina musujące.
Najbardziej ekskluzywny jest szampan, a charakterystyczną etykietę i  nazwę Dom Perignon znają chyba wszyscy.  Niektórzy  dokładali do tego truskawki  i była to najlepsza recepta na udaną i rzecz jasna rozbieraną randkę. Wiemy to choćby z filmu Pretty Woman.
W sklepie z winami który funkcjonował w okresie PRL-u w Krakowie, na dużym kawałku kartonu ktoś starannie wykaligrafował wierszyk który ułatwiał dobór właściwego wina. Cały wierszyk już kiedyś cytowałem, ograniczę się więc tylko do fragmentu dotyczącego szampana.



"A szampana to wie kiep, można wypić po i przed"
Nie muszę chyba dodawać w tym gronie, przed czym  lub po czym może być pity.
Nie trzeba od razu rzucać się na drogiego Dom Perignona, wobec faktu produkcji coraz większej ilości win musujących również  w naszym pięknym kraju.
Jak to jest zrobione? Ja przynajmniej zadawałem sobie takie pytanie. Z pewnością nie robi się tego za pomocą olbrzymiego syfonu który miesza wino z gazem i z głośnym charczeniem  wyrzuca je na zewnątrz.
Troszkę tu więcej zabiegów i niepewności.
Skupmy się więc na dwóch metodach produkcji popularnych musiaków.
Jak już wspomniałem są dwie metody produkcji win musujących

Pét-nat to skrót od pétillant-naturel („naturalne musowanie”), określający wina powstałe tzw. metodą pradawną. Brak wtórnej fermentacji – wino jest butelkowane jeszcze przed zakończeniem fermentacji pierwotnej, bez dodawania drożdży czy cukru i bez usuwania osadu drożdżowego. Efektem jest musujące wino, lekko mętne i z osadem na dnie, często zamykane zwykłym kapslem.
Charmat której nazwa pochodzi od nazwiska wynalazcy tej metody Eugena Charmata, który wynalazł ją około 1910 r.; we Francji
Metoda produkcji win musujących, w której druga fermentacja następuje w zamkniętej kadzi. Do hermetycznego zbiornika dodaje się cukru i drożdży, cukier zamienia się w alkohol i dwutlenek węgla. CO2 nie mogąc się ulotnić, rozpuszcza się w winie; wino rozlewa się pod ciśnieniem; powstały trunek jest niższej jakości, ale zdecydowanie tańszy od win musujących produkowanych metodą tradycyjną (szampańską pet nat)
Bardzo popularne u nas włoskie wino Prosecco jest produkowane właśnie metodą Charmata.

Gustom smakom i zasobności portfela pozostawiam wybór wina na podstawie metody jego produkcji, zaś do samego wina zachęcam.
Musiaki to tak zwane wesołe winka, a że bąbelki potrafią w naszych głowach nieźle namieszać, proponuję odrobinę wariactwa takim oto przewrotnym wierszykiem

Pij musiaka
Wypuść ptaka
Niech biedaczek chociaż trochę se podynda.
Jakie picie
takie życie,
rzekła na to zawstydzona lafirynda.
Kup musiaka,
Za młodziaka
tak robiłeś przecież nie raz z kolegami.
Jak kasa
taka krasa
Degustacja w miejsce picia dziś przed nami.
Pet - nat,
Charmat
To metody na radości więcej w winie.
Wznieś musiaka
Prawda taka,
że i młodość jak bąbelki szybko minie.
Korek
w worek
Niech to życie wszak nie głupie, mądrze zleci.
Niechaj żyją
Za to piją
Wujek Franek, moja żona oraz dzieci.


Oczywiście cały czas miejmy na uwadze że 





06 maja 2022

W butach czy bez butów ? - dylemat jak z Hamleta



Powinienem o tym napisać przed świętami. Pewnie ktoś tam po przeczytaniu tekstu uniknąłby dylematu z zakresu savoir vivre. No nic, minął kolejny długi weekend, ale przed nami sezon urlopowy Spotykajmy się więc prawidłowo.
Problem stary jak świat - ściągać buty w trakcie wizyty u kogoś w domu czy nie?
Mnie osobiście śmieszą ludzie w garniturach nierzadko pod krawatami, sunący po eleganckich podłogach w samych skarpetach. Kilka dni temu oglądałem reportaż z Południowej Korei w którym Kim - słońce Korei oprowadza znaną prezenterkę wiadomości w telewizji tzw. Różową Damę po apartamencie który jej właśnie podarował. Sam Kim jest w eleganckim jak na południowokoreańskie standardy garniturze oraz skarpetach. Kto miał tyle odwagi by poprosić Kima o zdjęcie butów?
Jasne że nikt. Zdejmowanie butów przed wejściem do domu to element dalekowschodniej kultury.
Jak radzić sobie w polskich standardach? Kobieta.wyborcza.pl idzie nam z podpowiedzią.
Oto najciekawszy fragment
           "Problem pojawia się jednak częściej w sytuacjach mniej formalnych, kiedy odwiedzamy przyjaciół czy najbliższych. Wtedy najczęściej dostosowujemy się do gospodarza obserwując jego zachowanie. Jeśli po ściągnięciu butów nie jesteśmy proszeni do dalszej części domu, to zapewne oczekuje on od nas zdjęcia butów."
Zaraz, zaraz, o co chodzi ?
I tu mnie olśniło. Ściągamy buty, a jeżeli gospodarz dalej nie prosi, czym prędzej wyciągamy z kieszeni smartfon i robimy owo wymagane przez gospodarza zdjęcie butów. Plik przesyłamy do niego za pomocą np Bluetootha. 
Bo czy jest jakaś różnicą między zdjęciem, a ściągnięciem butów?
Gdy stwierdzimy że nie me to po ściągnięciu butów, w dalszej kolejności może chodzić jedynie o zdjęcie skarpet. I tu znów rodzi się dylemat, czy po ściągnięciu rzucić w kąt? złożyć? A jeżeli tak czy lewą kładziemy na prawą czy też odwrotnie?

I jeszcze rada na zakończenie  Proszę  pamiętać by po posiłku nie wycierać ust w  obrus. W eleganckim towarzystwie do tego służą zasłony.

Kiepsko piszemy, nie przykładamy wagi do wymowy
Całkiem niedawno zadzwoniłem do sklepu ogrodniczego z pytaniem o nawóz do trawy
Miły sprzedawca porzucił pracę na zewnątrz, aby wrócić do sklepu i zakomunikować mi, że wspomniany nawóz jest
A  jaka jest jego cena? - spytałem.
To co odpowiedział mi  miły pan wprawiło mnie w osłupienie
- Sześćdziesiąt czy pięćdziesiąt
- A nie może mi pan powiedzieć tak precyzyjnie?
- No przecież mówię - sześćdziesiąt trzy pięćdziesiąt.
Wszystko stało się jasne.
Kiedy ktoś coś napisał mamy dowód na to jakie zrobił błędy w swoim tekście. Kiedy ktoś mówi ucieka nam to drobne "trzy" lub "czy" co jak widać zmienia całkowicie sens wypowiedzi?
Czyżby niechlujność naszej wypowiedzi wynikała z tego, że młodzi coraz częściej korzystają z języka angielskiego, a prawidłową wymowę w tym języku pokazał nam Bareja w kultowym filmie Miś, w scenie na lotnisku gdzie pracownica  wygłasza komunikat w tym właśnie języku. ( od 1,20 min)



28 kwietnia 2022

Vivat i Hura Edward Stachura

Tak mi się zacytowało Edwarda Stachurę w poprzednim tekście, a że wszystko ma swój powód albo przyczynę, pozwolę sobie do nich nawiązać.
Święta za nami, a wspomnienia dalej tkwią w nas. Z resztą to było całkiem niedawno.
Wielka sobota, tradycyjnie w ten dzień jeżdżę na cmentarz oddalony od mojego miejsca zamieszkania o ok 70 km. Czasami jeździłem z jednym lub drugim synem, teraz raczej sam bo dzieci mają swoje życie (ja wcale nie narzekam).
Jadąc sam mogę posłuchać tego czego chcę i na dodatek tak głośno jak chcę.
Trafiło na Edwarda Staruchę. Nie jestem już licealistą, ale okazało się, że Sted dalej na mnie działa. Ze względu ma okoliczności być może bardziej

Zupełnie tu nieźle jest mi,
Organki mi służą do gry
Na twarzy obeschły jeż łzy,
Już warg nie zagryzam do krwi.
Dekadenckie to i zauważyłem przy okazji, że Sted należy do najbardziej pokrzywdzonych ludzi na świecie, a dobry Pan Bóg jak Stachura sam mówił - wbił w niego wszystkie swoje noże.
"Życie to nie teatr" to taki wiekowy już Long Play i zarazem utwór tytułowy w wykonaniu Jacka Różańskiego z muzyka Satanowskiego. Satanowski to taki demoniczny kompozytor, z całkiem pasującym do tematu nazwiskiem.






Szczęście od boga, że w planie miałem tylko 70 km bo gdybym jeszcze posłuchał jeszcze Leonarda Cohena z okresu Chelsea Hotel to nie wiem jak by się ten dzień zakończył. Tak ogólnie myślę, że być może tkwi we mnie jeszcze więcej z młodych gniewnych niż starych wkurwionych. W końcu ciągle mi jeszcze na czymś zależy.
O ile Cohen dożył swych lat (82), chociaż w tak zwanym międzyczasie przeżył wiele, łącznie z alkoholizmem, oszustwem na jego szkodę i w końcu z utratą wiary w bliskich o tyle Stachura odszedł w kwiecie wieku.
Stachura przynajmniej dwukrotnie próbował rozstać się z życiem, a dopiero druga próba okazała się udanaPierwszy raz najprawdopodobniej próbował popełnić samobójstwo, rzucając się pod nadjeżdżający elektrowóz. W wyniku tego zdarzenia stracił aż cztery palce u prawej dłoni. Po wypadku leczył się psychiatrycznie w szpitalu pod Warszawą.
Po raz drugi zrobił to we własnym domu przy ulicy Rębkowskiej w Warszawie. Zażył dużą liczbę tabletek psychotropowych; próbował podciąć sobie nożem żyły, co mu się nie udało, a następnie powiesił się na sznurze przymocowanym do sufitu (według raportu milicyjnego śmierć nastąpiła przez zadzierzgnięcie). Miał wtedy 42 lata.
Może powinienem odłożyć te depresyjne piosenki na półkę i jechać gdzieś?
Gdzie?
Jechać by można do miast
Lub w las
Na błoń
Na koń
I goń Nieboskłon


Mówicie odłożyć? Nie zażywać?
Uzależnionemu?

22 kwietnia 2022

Ej piękna !

Jako użytkownik Facebooka, otrzymuję codziennie dziesiątki informacji, postów, reklam lub zdjęć. Czasem nawet coś mnie w tym natłoku informacji zainteresuje. Rzuciła mi się w oczy historia pewnego faceta, który nieszczęśliwie się zakochał. Banał pomyślicie. A ponieważ kochał bezgranicznie a więc i swą miłość obdarzył bezgranicznym zaufaniem. Jak to z zaufaniem czasami bywa, stracił miłość, dziecko które w tak zwanym międzyczasie przyszło na świat, a na koniec mieszkanie i został jedynie z wysokimi alimentami. Nie doczytałem się czy stracił zaufanie do samej instytucji związków, ale to modne jest zostawiać takie niedomówienie na końcu artykułu. Z francuska nazywa się to zgrabnie sous-entendu.
Oczywiście błędem był już ten pierwszy raz, ponieważ następnego dnia Facebook uraczył mnie nową historią, kobiety której mąż odszedł do innej młodszej pozostawiając wyrwę w jej życiu tak wielką jak krater aktywnego wulkanu.
Z czasem zdałem sobie sprawę, że teksty te przypominają jak żywo historie które w czasach dzieciństwa czytywałem w trakcie wiejskich wakacji u cioci, a których kopalnią była gazeta Przyjaciółka.
Pamiętam didaskalia. Sławojka za domem, pocięte egzemplarze gazety z których próbuję złożyć cały artykuł, widok na górę pokrytą gęstym lasem. Cichy szum wiatru, bzyczenie owadów, ogólnie rzecz ujmując obezwładniający spokój. Ja siedzę i czytam o spełnionej i tej niespełnionej miłości.
Nawiasem mówiąc, kiedy parę lat  później usłyszałem tekst wypowiadany przez Janusza Gajosa w filmie "Gwiezdny pył" - (Kondratiuka) uśmiechnąłem się do siebie w ten jedyny sposób kiedy to przypominasz sobie zdarzenie, kobietę i zakazaną przyjemność.
Cytat brzmiał:
"Z gazet to ja czytam tylko Przyjaciółkę, bo tam piszą co robić aby nie zajść w ciążę."
No proszę, mistyczne wspomnienia z suchego wychodka w Beskidzie Wyspowym.
Wracając zaś do motywu przewodniego, te artykuły są oczywiście podrasowane do współczesnych warunków. Historie wzruszają, zmuszają do refleksji, wzburzają, rodzą bunt i co tam jeszcze chcielibyśmy w sobie wywołać, one to wywołują.
Człowiek który się wzruszy uważa się za lepszego od tego który pozostaje niewzruszony. Czyż naszym marzeniem nie jest być lepszymi ?
Za późno doszedłem do tych wniosków i tak historie czytam, czym wzmagam dostawę nowych historii i jakoś nie potrafię się od nich odciąć.
W czym tkwi fenomen tych krótkich ludzkich historii? Trochę powyżej już to wytłumaczyłem. Domyślam się też, że na tym iż wobec ludzkich tragedii, tych mniejszych i większych opisanych na Facebooku moje życie jawi mi się jako nieustanne pasmo sukcesów i powód do dumy.
Swoją droga, nie mogę się za moje dotychczasowe życie wstydzić ( poza chwilami słabości o których chciałbym zapomnieć) i oczywiście bliscy są mi powodem do dumy, ale w ten sposób efekt uskrzydlenia zdarza mi się codziennie i trwa od jednego posta do drugiego.
Postacie w tych ckliwych historiach są sztampowe i generują sztampowe, złe lub naiwnie dobre cechy.
Tutaj bycie dobrym procentuje lub jest przynajmniej powodem do dumy. Złe zachowanie będzie ukarane, a grzesznik powróci skruszony na łono rodziny.
Niestety jeden mem potrafi przewrócić wszystko do góry nogami. Nagle bowiem okazuje się, że wszystko to gra. A może jednak nie jest to żadna gra?
Sam Sted pięknie o tym napisał:

Życie to jest teatr mówisz ciągle opowiadasz
Maski coraz inne coraz mylne się nakłada
Wszystko to zabawa wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach
To jest gra....