Wywiad poświęcony jest w dużej części problemom z alkoholem, który był dominujący w życiu ojca naszego bohatera i co niestety często się zdarza w takich rodzinnych układach, jego samego. W pewniej chwili tak mówi o wsparciu w problemach :
" Ja miałem terapeutów, książki Osiatyńskiego, mapy i instrukcje obsługi mojego bólu. On nie miał nic – tylko wstyd i złość, ten stary, męski pakiet startowy. A jednak któregoś dnia po prostu przestał pić. Bez fanfar, bez posta w Internecie, bez grupy wsparcia. Jakby cicho podjął decyzję, że dalej już nie idzie, że ten kieliszek to ostatni rozkaz, którego nie wykona. No i wywalił ten stół. Im dłużej o tym myślę, tym większy mam do niego szacunek." (*)
Ja też mam olbrzymi szacunek dla ludzi którzy sami z siebie potrafią podnieść się z upadku. Sam dzięki bogu nie doświadczyłem tego rodzaju zdarzeń w moim życiu, bo ono ułożyło mi się we w miarę przewidywalny ciąg zdarzeń. No może poza paroma przypadkami, ale to już inna historia.
Wiem, że palenie i picie nie jest porównywalne. Kiedy jednak obecnie widzę w mediach reklamę tabletek na rzucanie palenia, mówię do siebie - jakie to teraz proste.
Za moich czasów przekazywanym z ust do ust sposobem na niepalenie, było włożenie do ust miedzianego gwoździa. Wkładało się kawałek miedzi do ust na kilka minut, bezpośrednio przed sięgnięciem po papierosa. Ponoć smak dymu był wtedy okropny, po prostu nie do zniesienia.
Nie trafiłem jednak w schyłkowym okresie PRL-u na miedziane gwoździe więc i nie stosowałem tego przepisu.
Zakup papierosów, nie była to wtedy prosta sprawa. Tej niedzieli niestety to mi się nie udało.
Niedziela była więc pierwszym dniem dobroci dla moich płuc.
Wkurzony mocno i upokorzony tym bieganiem, podjąłem stosowne decyzje.
W poniedziałek z rana kupiłem trzy paczki papierosów. Jedną do pracy, drugą do domu, i trzecią by mieć ją zawsze pod ręką.
- Mam Was - powiedziałem do fajek - ale nie zapalę.
O dziwo rzeczywiście przestałem palić. Tak z dnia na dzień. Z czasem minęło wkurzenie i poranny kaszel.
Od tamtej pory, a jest to już ponad 40 lat nie sięgnąłem po papierosa. Nie zaciągnąłem się nim ani razu i to bez względu na to, czy byłem totalnie trzeźwy, czy absolutnie pijany. Taki też czasami bywałem.
Po latach zdarzyło mi się jednak parę razy śnić o paleniu. To był bardzo realistyczny i męczący sen
Jeszcze jakieś pięć lat od rzucenia miałem ten bardzo realistyczny sen. Obudziłem się pełen poczucia winy za to, że zmarnowałem te lata abstynencji nikotynowej. Dopiero gdy jawa zwyciężyła zmagania z marzeniami sennymi, zdałem sobie z tego sprawę.
- Toż to tylko sen głupolu - powiedziałem waląc się dłonią w czoło.
Ponoć po 15 latach niepalenia, płuca osiągają stan absolutnej czystości. Ja zaliczyłem już 2 razy po 15 i jeszcze przynajmniej dychę. Mam z tego powodu satysfakcje choć nie chcę zrobić z siebie bohatera.
Dziękuję również losowi za to, że nie musiałem radykalnie odstawiać alkoholu, a splot okoliczności życiowych mógł mi taki nałóg zafundować.
Bałem się też kontaktu z substancjami psychoaktywnymi, choć w czasach szkoły średniej byłem już z pewnym kolegą na starym cmentarzu, a on w tajemnicy wyciągnął z kieszeni jakieś ampułki.
Może to ten dobry Anioł Stróż. Taki sam jak z piosenki Jaromira Nohavicy - "Mam ledwie bliznę"
Niektórzy mają skłonność do dziwnych upodobań
A ja cię, moja miła, tak niezmiennie kocham
Kiedy się krzątasz w kuchni, gotując konfitury
Gdy dyrygujesz domem z rodzinnej partytury
I choć nas w różne strony niesie spraw lawina
To złe wspomnienia dla dobrych zapominam
A co z aniołem? - gdyby ktoś wiedzieć chciał
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał

.jpg)













