22 września 2026

Zagubiony jak toster w lodówce

Zacznę od siebie, bowiem nigdy nie miałem problemu z tym by sobie samemu dowalić. Dla innych jestem mniej wyrozumiały. Tak ja Sturmbannführer Herann Brunner ze "Stawki większej niż życie", który powiedział w pewnej sytuacji - No, nie mogę patrzeć na bitych ludzki, kiedy bije kto inny.
A więc jadę z tym koksem.
W młodszej klasie szkoły podstawowej napisałem wypracowanie o jesieni. Napisałem tam w jednym ze zdań, że drzewa bez liści wyglądają jak chude kościotrupy. Wyraz kościotrupy podkreśliła mi pani czerwonym wężykiem, a ja długo zastanawiałem się dlaczego? Sprawdziłem po literce było jak trzeba ś, było też zwykłe u. O co więc chodzi ? Dopiero później zrozumiałem, że w niektórych sytuacjach powinniśmy używać łagodniejszych określeń. Z pewnością była to lekcja którą oblałem, bo jakiś czas później oglądając amatorski film zrobiony przez kolegę z wycieczki, pozwoliłem sobie na nieeleganckie porównanie, nieprzemyślane i rzucone po tak zwanym krótkim łuku nerwowym. Widząc dwie dziewczyny spacerujące po po pisaku nad jeziorem, wypaliłem o i mewki jakieś tu widzę. Nie będę tutaj rozdrapywał ran choć się już dawno zagoiły i nie opiszę konsekwencji które mnie ze strony owych koleżanek spotkały. Wypaliłem jak głupi, a zamiast śmiesznie wyszło dramatycznie głupio. Nic nie zmieniło tragedii, nawet to że zaraz przeprosiłem. Nie muszę chyba tłumaczyć kogo określano mianem "mewki" w latach 70-tych, a może i później.

Przeszedłem jednak stosowną edukację z życia i teraz bardzo dbam o to jakich używam określeń w rozmowach z poszczególnymi osobami. Rozumiem jednak, że w emocjach rzuci człowiek czasami coś za co przynajmniej wypada się wstydzić, a przeprosić należy bezwzględnie.
A że taka rzecz przydarza się i fachowcom, którym przydarzyć się nie powinna, niech świadczy informacja którą przeczytałem kilka dni temu w prasie:
Pewien komentator sportowy został zwolniony po 30 sekundach rozmowy wychowawczej ze swoim szefem. Powodem miała być wypowiedź Pana Jagody podczas kwietniowego meczu Widzewa Łódź z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza. Komentując grę Kamila Zapolnika, dziennikarz powiedział: "Ależ silny fizycznie jest Kamil Zapolnik. Odbijają się od niego piłkarze Widzewa Łódź jak dzieci od rozpędzonego pociągu".
Niesamowite. Po pierwsze emocje które musiały tej wypowiedzi uczestniczyć, a po drugie wyobraźnia. Jakże bogatą trzeba mieć wyobraźnię aby to sobie wymyślić?

Ulubionym powiedzeniem mojego byłego szefa było;
Potrzebne mi to jak kur**e majtki
A czy Wy macie jakieś takie szalone porównania na sumieniu ?
Nie można być poważnym przez całe życie. Dodatkowo ten tekst był głęboki jak kałuża na parkingu pod supermarketem
A na koniec kilka przykładów niesamowitych wprost porównań

Codzienne i życiowe
  • Zagubiony jak toster w lodówce.
  • Potrzebny jak łyżwy w lipcu.
  • Pasują do siebie jak krzesło i helikopter.
  • Pewny siebie jak mysz przed kotem.
  • Cicho tam jak w bębnie pralki podczas wirowania.
Emocje i relacje
  • Kochał ją tak mocno, jak głodny pies kocha kość z plastiku.
  • Jej spojrzenie było chłodne niczym zamrażalnik, w którym ktoś zostawił otwarte drzwi.
  • Rozstali się szybko, jak dwie skarpetki w praniu.
  • Serce biło mu jak szalony dzięcioł w metalową rynnę.
Wygląd i ruch
  • Poruszał się z gracją wypchanego niedźwiedzia na rolkach.
  • Fryzura ułożona idealnie niczym stóg siana po przejściu trąby powietrznej.
  • Był wysoki i chudy jak niedokarmiona nitka spaghetti.
  • Twarz miał gładką jak tarka do jarzyn.
Abstrakcyjne i literackie
  • Plan był doskonały, dopóki nie rozbił się jak szklanka spadająca z dachu na traktor.
  • Myśli krążyły mu po głowie niczym zdezorientowane bąki w słoiku.




15 września 2026

Czarny Alibabo, takie jest życie ( C`est la vie)

W swoich publikacjach na blogu, często podpieram się piosenkami Andrzeja Zauchy.  Przy okazji wsadzałem  historyczne już klipy z You Tube. Choćby z tego tylko powodu winien jestem artyście chwilę uwagi. Dodatkowo, pewne wydarzenie miało miejsce kilka dni temu w Krakowie. 
Przy ulicy Mogilskiej 43b odsłonięto mural Andrzeja Zauchy. To w tej okolicy artysta mieszkał wraz z córką. Teraz jego wizerunek stał się częścią przestrzeni Grzegórzek. Grzegórzki zaś, to informacja dla niezorientowanych, są dzielnicą Krakowa.

                                         

Andrzej Zaucha przez większą część życia był związany z Krakowem. Zapisał się w historii  polskiej muzyki jako wybitny wokalista, perkusista i członek zespołu Dżamble. 
Na muralu artysta został przedstawiony z charakterystycznym mikrofonem. Całość utrzymano w pastelowej kolorystyce.  Doczytałem się w  lovekrakow.pl, że za projekt i wykonanie odpowiada Piotr TUSE Jaworski, znany twórca street artu, który ma już doświadczenie z wizerunkiem Zauchy – wcześniej namalował mural poświęcony artyście w Gdańsku. Realizacja pracy przy ul. Mogilskiej zajęła mu dwa dni.

Tragiczne wydarzenia  przerwały  trwającą od lat karierę Andrzeja Zauchy.
Po śmierci żony  która zmarła na raka w  wieku 39 lat Zaucha nawiązał romans z aktorką Zuzanną Leśniak, którą poznał w Teatrze STU w Krakowie. Wspólnie pracowali nad spektaklem "Pan Twardowski". Ich relacja szybko stała się tematem plotek, zwłaszcza że Leśniak była wówczas w związku małżeńskim z reżyserem Yves'em Goulaisem.
Znajomość okazała się kosztować Zauchę oraz jego partnerkę życie. Na gorącym uczynku nakrył ich mąż aktorki i już wtedy zapowiedział, że "nie ma czasu się rozliczyć, ale będzie musiał zabić".
Do tragedii doszło 10 października 1991 r. Po zakończeniu spektaklu w Teatrze STU Zaucha i Leśniak udali się na parking przy ul. Włóczków w Krakowie. Zmierzali wspólnie na imieniny do Andrzeja Sikorowskiego.  Uzbrojony Goulais już na nich czekał. Jak sam później zeznał, odczuwał skrajną nienawiść wobec wokalisty. Oddał osiem strzałów, z których jeden rykoszetem trafił Leśniak. Zaucha zginął na miejscu, a Leśniak zmarła w szpitalu.
Goulais natychmiast zgłosił się na policję i przyznał się do winy. Został skazany na 15 lat więzienia. 
Resocjalizacja skazanego udała się, choć nikt już nikomu życia nie wróci.
W trakcie odsiadki  Goulais angażował się w życie kulturalne w więzieniu i realizował projekty artystyczne. Po wyjściu na wolność w 2005 r. zmienił dane osobowe i podjął pracę w TVP, współpracując przy tworzeniu kilku programów.
Artysta odszedł w wieku niespełna 43 lat. Ktoś powie, że sam był sobie winien.
Nie wydaję pochopnych sądów w sytuacji kiedy znam tylko strzęp tej historii. Nie siedziałem w głowie żadnego z uczestników tego tragicznego wydarzenia. Nie osądzam to nie znaczy, że nie myślę o tej absurdalnej śmierci
Powraca do mnie wtedy wspomnienie, które opisałem w 2014 roku, a które było w zasadzie poświęcone górom. Skąd więc Zaucha? Cierpliwości, oto fragment tamtego tekstu:

"...  Kilka dni temu ( rok 2014) dotarła do mnie informacja o ofiarach lawiny w Himalajach.
Znów góry przypomniały, że są nieobliczalne i kocha je się trudno, bo pomimo wszystko.
Słyszałem pytanie - Po co tam szli ?
Jak by to się dało wytłumaczyć jednym słowem.
- Piękna śmierć – powiedział inny, nieco nawiedzony znajomy – na zawsze pozostaną wśród tych ośnieżonych szczytów.
Nie wiem czy śmierć ma nadal swoją romantykę, ale uważam, że to życie jest wyzwaniem.
Poza tym jeśli postawić się w sytuacje rodzin, które ta niewiadoma prześladować będzie do końca życia. Od czasu gdy sam mam rodzinę, patrzę na sprawę inaczej. A groby? Tak to już taka nasza narodowa tradycja by znać miejsce mogił swoich bliskich.
Ponoć Himalaje już nie są takie jak w naszej wyobraźni i z zachowaniem skali oczywiście, coraz częściej zaczynają przypominać drogę na Giewont. Ponoć w zeszłym roku na wejście na Mount Everest trzeba było czekać w kolejce kilka godzin.
Od czasu gdy świat nam zmalał, a wzrosło zapotrzebowanie na adrenalinę, trudno się temu dziwić.
Ja pozostanę przy swojej wizji i niespełnionej miłości do gór.
Tak na marginesie fascynacji śmiercią, która przewinęła się tu całkiem świadomie, przypominam sobie wydarzenie z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Andrzej Zaucha znany krakowski piosenkarz został zastrzelony. 10 października 1991  .... został śmiertelnie postrzelony wraz z aktorką Zuzanną Leśniak  przez jej męża - francuskiego reżysera Yves'a Goulais. Motywem zabójstwa była zazdrość o żonę. Zabójca oddał dziewięć strzałów z pistoletu. Zaucha zginął na miejscu, kobieta zmarła w karetce pogotowia. Tyle dzisiaj pisze na ten temat Wikipedia.
Wtedy informacja o tym zmroziła mnie swoją brutalną wymową. W końcu dwadzieścia parę lat temu trochę inaczej podchodziliśmy do takich brutalnych zdarzeń. Z szoku wyrwał mnie znajomy, który w czapce austriackiego studenta, czy może urzędnika lub oficera, pojawił się na mojej drodze z pracy do domu. Czapkę taką nosił również ktoś w Piwnicy pod Baranami. Nie wiem czy nie Madejski.
- Co za piękna śmieć – powtarzał w rozmarzeniu – Czy może być coś piękniejszego niż, niż śmierć zadana ręką zdradzonego męża ?
- Tak. Życie
- Co życie ?
- Ponoć życie jest piękne
- Bo ja wiem ?
Dopiero sześć lat później, zgodził się ze mną Roberto Benigni, kręcąc swój film „La vita è bella”. Chciałem go polecić znajomemu, ale wyprowadził się z Krakowa. Został nagradzanym reżyserem...."
 Na na jednej z fotografii widziałem go ostatnio w artystycznym berecie na głowie. Ciekaw jestem, czy facet młodszy ode mnie tylko o jeden rok w dalszym ciągu jest pod takim wrażeniem śmierci z powodu miłości?
Wracając zaś do muralu.
Jak to bywa w naszym kraju i chyba nie tylko w naszym, mural wywołuje różne czasami nawet skrajne komentarze
  • Fani chwalą pastelowe, stonowane barwy (beże i brązy) oraz fakt, że praca została wykonana na bazie autentycznego, pełnego energii zdjęcia z koncertu.
  • Mieszkańcy Grzegórzek entuzjastycznie reagują na to, że Zaucha „wrócił” do swojej dzielnicy. Pojawiają się komentarze typu: „Ten mural jest tuż koło mnie, jak cudownie, że mogę go oglądać bez końca” oraz „Brawo Kraków, nareszcie godne upamiętnienie!”.
  • Podoba się gra słów twórcy: Umieszczony w rogu napis „Tuse la vie” – będący zręcznym połączeniem pseudonimu autora i kultowego hitu artysty C'est la vie. 
  Zdarzają się kontrowersje wokół zamalowania poprzedniego dzieła
  •  ”: Pojawiły się głosy krytyczne ze strony osób, które pamiętały poprzednie malowidło zdobiące tę ścianę – popularnego, kolorowego smoka wodnego z rybkami.
  • Komu przeszkadzał fajny smok? pytali Internauci 
  • Czy nie można było Zauchy namalować na innej ślepej ścianie, których w Krakowie nie brakuje?”.
Jak to zwykle bywa, wydarzenie było okazją do  Dyskusji wokół życia prywatnego i tragicznej śmierci
Jak przy niemal każdym upamiętnieniu artysty, w sekcjach komentarzy na portalach takich jak Gazeta Krakowska doszło do ożywionych i momentami ostrych dyskusji światopoglądowych. 
  •  Część internautów w bardzo bezpośredni (a czasem wręcz napastliwy) sposób nawiązywała do romansu Zauchy z Zuzanną Leśniak i tragicznych wydarzeń z 1991 roku, gdy oboje zostali zastrzeleni przez zazdrosnego męża, Yves'a Goulaisa. Niektórzy komentujący twierdzili, że upamiętnianie osób o skomplikowanym życiu prywatnym jest błędem.
  •  W odpowiedzi na te zarzuty natychmiast pojawiały się liczne głosy obrońców artysty. Fani i mieszkańcy stanowczo odcinali grubą kreską życie osobiste od geniuszu muzycznego, argumentując: „Ten mural to hołd dla jego artystycznej drogi, genialnego głosu i tego, co wniósł do polskiego jazzu, soulu i funku. Prywatne życie nie ma tu nic do rzeczy”
Powalił mnie na łopatki jeden wpis w którym autor sugerował, że Zaucha nie nadaje się na mural ze względu na brzydką twarz. Dorobek muzyczny przemilczano.
Gdybyśmy mieli honorować wyłącznie osoby o pięknym wyglądzie, bohaterowi kurzyliby się w magazynie, jak Birkut w "Człowieku z marmuru".  Poza tym kanon piękna zmienia się z czasem, a więc pomnik byłby rzeczą ulotną, nietrwałą  
A ja tam mam sentyment do artysty, który był w swoim życiu mężczyzną niższym ode mnie, co przecież rzadko się zdarza. Przy tym swoim wzroście udowodnił, że miarą człowieka nie jest wzrost, a to co osiągnął poprzez swoją pracą nad sobą.
Był mi chwilami latarnią na tle wzburzonego morza zdarzeń i wyborów.
I poskładałem sobie na koniec takie trio w którym dobrze się czuję. To Leśmian, Zaucha i ja, najwyższy z nich wszystkich, choć jedynie wzrostem.
 
 A na koniec moja ukochana piosenka artysty. Francuski tytuł " Cest la vie" znaczy ni mniej, ni więcej tylko - Takie jest życie. No właśnie 



 

08 września 2026

Miał być raj, miał być cud i ćwiartka na popicie.

Ogórki na działce są już jedynie wspomnieniem. Kisną w ciszy na pólkach w spiżarni, by przypomnieć o sobie zimą  lub wiosną. To sam z burakami, pozostaje mi wyczekiwanie na swoja kolejkę. Teraz żona przepuszcza pomidory przez wyciskarkę wolnoobrotową w celu uzyskania pomidorowego sosu, czyli passaty jak mówią na to Włosi. Czekam aż dojrzeją melony. Wyglądają obiecująco, ale boję się, że mrówki będą szybsze do tej naturalnej słodyczy. Słodyczy, bo przecież w tym roku słońca nie brakowało. 

Oglądam tunel foliowy, który skrywa  dziesięć krzaków pomidorów. To jego ostatni trzeci rok eksploatacji. Trzeba mu będzie wymienić foliowe poszycie. To obecne rozpada się już, spalone słońcem.  Kompostownik w swojej 1/2 czeka na wyrzucenie na działkę, ale to dopiero w październiku.  I tak mija dzień za dniem, a  każdy z nich, może z wyjątkiem intensywnego deszczu tu spędzam.  Nie potrzebuję SPA do relaksu, a samochody robią teraz takie, że bez komputera i specjalistycznych narzędzi, niewiele można zrobić. No może poza odkurzeniem wnętrza i nałożeniem powłoki ceramicznej na lakier.  Zrobiłem to zresztą ostatnio, po krytyce moje wnuczki, że mam w aucie brudno. Małej spryciuli przeszkadza to, że na siedzeniu leżały okruszki. Całkiem jednak usprawiedliwiała swojego tatusia, który wozi w aucie dużo butelek "z których tatuś pije".  Tatuś wiadomo, bliższy niż dziadek. Poza tym szczere słowa krytyki małej były dla mnie wystarczającą motywacją.

Mówią, że  dla relaksu kobiety chcą chodzić do SPA, a faceci do garażu, lub przy skromniejszych zdolnościach mechaniczno-motoryzacyjnych  na działkę,  jeżeli oczywiście taką posiadają. Ci którzy jej  nie mają pożądają jej tak bardzo, że są gotowi ją sobie kupić

Czytam na stronie trojmiasto.pl  tekst zatytułowany : Miał być relaks po pracy, była harówka. Dlaczego sprzedałem działkę ROD po trzech miesiącach?. *  Z zaciekawieniem rzuciłem się na tekst, żeby sprawdzić czy może moja fiksacja nie ma jakieś podłoża chorobowego.

Początek romantyczny :

Zakup własnej działki miał być realizacją marzenia o cichej przystani, gdzie po pracy można zrelaksować się wśród zieleni, pielęgnować rośliny i łapać oddech na świeżym powietrzu. 

Oczywiście tak i ja postrzegam pracę w ogródku: relaks przez pracę, obserwacja jak przez własną pielęgnację rośliny rosną pięknieją i wydają plony. Niektórzy niestety zaraz po tym gdy z nosa zsuną im się różowe okulary, zaczynają cały świat postrzegać w czarnych barwach.

 Początkowa fascynacja własnym kawałkiem ziemi bardzo szybko ustąpiła miejsca chłodnej kalkulacji. Na samym początku największym zaskoczeniem okazały się stałe koszty utrzymania. Właściciel ogródka działkowego musi regularnie opłacać coroczne składki członkowskie oraz opłaty ogrodowe. Środki te przeznaczane są m.in. na wywóz śmieci, zużycie wody czy prądu. Choć z pozoru wydatki te mogły wydawać się niewielkie, w praktyce okazały się odczuwalnym obciążeniem dla domowego budżetu.

Jako właściciel nieruchomości gruntowej ponoszę wiele opłat. Po pierwsze podatki gruntowe, po drugie opłaty za wywóz śmieci i tak jak autor listu do redakcji opłacam zużycie wody i prądu. Nic to jednak, spójrzmy dalej na to co najbardziej dopieka piszącemu te gorzkie słowa:

 Szybko wyszło też na jaw, jak dużo czasu i wysiłku wymaga utrzymanie na działce zwykłego porządku. Trawa rośnie błyskawicznie, co wymusza regularne koszenie, systematyczne usuwanie chwastów oraz stałą dbałość o estetykę otoczenia. W przeciwnym razie ogród błyskawicznie zarasta i zaczyna wyglądać niechlujnie. Zamiast relaksować się po intensywnym dniu w pracy, trzeba było chwytać za kosiarkę oraz narzędzia ogrodnicze.
Równie absorbująca okazała się pielęgnacja zgromadzonych roślin. Drzewa oraz krzewy wymagają ciągłego przycinania, aby ich gałęzie nie przekraczały granic sąsiednich działek. Do tego dochodzi czas poświęcany na podlewanie, sadzenie kolejnych okazów i ochronę ich przed szkodnikami. Samo kupienie sadzonek to zaledwie początek - flora wymaga stałej i troskliwej opieki.

Jakakolwiek pobieżna  nawet obserwacja przyrody pozwoli nam dojść do wniosku, że przyroda żyje w cyklu rocznym. To znaczy budzi się do życia wiosną i potem bujnie rośnie, kwitnie, a na koniec owocuje. Na koniec zamiera, lub przygotowuje się do zimy. Na każdym etapie jest coś innego do  roboty, a w zależności  od nastawienia własnego, prace te są relaksem lub udręką. Takie na przykład koszenie trawy. To czas absolutnej wolności.  Nikt nic ode mnie nie chce, bo silnik zagłuszy  nawoływania. Można ten czas poświęcić na przemyślenia i poszukiwania rozwiązań. Dodatkowo posuwając się krok w krok za maszyną sami nie wiemy, kiedy przyczynimy się do modnego obecnie rytuału  10.000 kroków dziennie. Oczywiście wszystko to dla zdrowia. 


Kiedy dłubiesz w ziemi i spożywasz owoce swojej pracy, sam starasz się, żeby wokół ciebie panowała pełna ekologia i szacunek dla przyrody Pryskasz rośliny mlekiem z drożdżami i innymi czarami, by uniknąć herbicydów i pestycydów. Sam z siebie stajesz się strażnikiem przyrody w mikroskali.
No chyba, że  chcesz zemścić się na posiadanej ziemi za to, że ta trawa tak rośnie i rośnie.  Coś tak kwitnie  lub nie chce i że te chwasty wszędzie.  A przecież określenie chwasty jest całkiem umowne. 
Dziwi mnie więc narzekanie w stylu:

Działkowiec musi ponadto skrupulatnie przestrzegać szeregu rygorystycznych zakazów wynikających z regulaminu rodzinnych ogrodów działkowych. Na tym terenie nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, palić śmieci, ani odprowadzać nieczystości do gruntu.
Choć zasady te są w pełni uzasadnione ochroną środowiska oraz dbałością o sąsiedzkie współżycie, dla nowego właściciela oznaczały kolejne ograniczenia, z których wcześniej nie zdawał sobie sprawy.
Obowiązkiem okazało się nawet umieszczenie w widocznym miejscu tabliczki z numerem działki. Ta z pozoru błaha sprawa idealnie obrazuje, że utrzymanie ogródka wiąże się z koniecznością pamiętania o licznych formalnościach i wymogach organizacyjnych.


Na mnie jako na właściciela domu na wsi nałożono obowiązek umieszczenia tabliczki z numerem nieruchomości, a brak takowej może skutkować sankcjami finansowymi.  Mam mieć też skrzynkę pocztową jak każdy cywilizowany człowiek.  

Po trzech miesiącach stało się jasne, że własna działka nie przyniosła oczekiwanej radości ani spokoju. W miejsce relaksu pojawiły się stałe wydatki, ciężka praca i niepotrzebny stres. Sprzedaż była jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji.

W podsumowaniu redakcja napisała, że Choć dla wielu osób ogrodnictwo to wspaniałe hobby i pasja życia, to w tym przypadku okazało się wyłącznie przytłaczającym obowiązkiem.
Pozwolę sobie za Agnieszką Osiecką zanucić
 
... miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
a jeżeli, a jeśli - nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?

Lubię tę piosenkę  "Sztuczny miód" w interpretacji Elżbiety Wojnowskiej czasem sobie zanucę w chwili zwątpienia i wracam do rzeczywistości.
 Co można powiedzieć po trzech miesiącach walki z działką?  Nic  nie można powiedzieć. Po okresie od wiosny do jesieni już tak. Kiedy zebrane plony rekompensują wyrzeczenia, poświęcenie i koszty.
Te własne pomidory czy ogórki nie są tańsze, są nawet  zdecydowanie droższe gdyby tak dodać koszty  i nakłady pracy poświęcone na ich uzyskanie. Mają jednak pewien walor - są własne.

W okresie kiedy byłem szczęśliwym posiadaczem chałupy w Gorcach, znajomi odwiedzali mnie dość regularnie. Najczęściej przyjeżdżali na dwa dni. Był więc nocleg, a jak nocleg to grill i coś do przepicia.
Czasem więcej niż ćwiartka z piosenki.

         

Moją żona jako rasowa pani domu, rzucała się  dwa dni wcześniej do sprzątania domu, aby wszystko było na tip top. Przede wszystkim omieść należało dom z pajęczyn, które w drewnianym domu są jakby jego nierozerwalnym atrybutem. Było więc sprzątanie, pieczenie, a przed tym wszystkim zaopatrzenie lodówki  i barku. Na koniec odpalałem kosiarkę i jechałem równo po całej skarpie, a była ona mocno pochylona i trudna do koszenia. Potem inne prace istotne lub nieistotne, ale służące poprawie estetyki.
Kiedy przyjeżdżali goście, uważnie rozglądali się po chałupie. Potem stwierdzali, że to dom z duszą. 
U nas wywoływało to radość i było jakby zapłatą za te lata remontów. Potem wieczorem przy grillu na tarasie, najczęściej on mówił do niej:
A może byśmy tak kochanie kupili obie taką działeczkę? Tak wieczorkiem siąść z kieliszkiem wina w ręce i patrzeć na zachód słońca w takim pięknym otoczeniu.
Uśmiechałem się wtedy życzliwie, ale myślałem sobie, że są takie dni kiedy na ten kieliszek wina na tarasie nie masz już sił. Chałupa wysysa z ciebie i siły i wszystkie pieniądze które posiadasz. Wysysa i te przyszłe, bo przecież nie pozwolisz by się zmarnowała. 
Taką prawdziwą  przyjemność z posiadania chałupy wraz ziemią wokół niej  zacząłem mieć jakieś 10 lat od chwili jej kupienia. Wtedy można było sobie pozwolić, by zamiast  kubika desek kupić jakiś ładny dzwonek na targu w Nowym Targu. Po co? Po to był było jeszcze bardziej klimatycznie.
Działka to nie sprint. To działanie długodystansowe. Jeżeli ktoś tego nie rozumie nie powinien się za to brać.
Nie wszyscy muszą uprawiać działkę, tak jak nie wszyscy muszą jeździć na motocyklu, albo na nartach.
Jest tyle dziedzin aktywności własnej, że jest w czym wybierać.
Można również jeździć do Turcji, Tunezji czy Egiptu i tam leżeć na leżaku od świtu do nocy. nic nie robiąc. Oczywiście jak wstaniesz przed szóstą rano, by sobie w tłumie innych turystów ten leżak zająć.
Na twojej działce ten leżak czeka cały czas na ciebie, trzeba tylko znaleźć trochę czasu wolnego, by się w nim wyłożyć. 
Do działki powinno się też dorosnąć.
Mój syn spytany kiedyś, lata temu o brak aktywności ogrodowej, powiedział, że jemu wystarczy ta ziemia którą ma w doniczce na oknie i więcej nie potrzebuje. Teraz widzę, że trawa wokół jego domu jest równiutko przycięta i bez chwastów. Dodatkowo wokół rosną sobie w poczuciu spokoju rośliny ozdobne.
Chciałem go nawet kiedyś spytać, czy przeliczył tę ziemie na doniczki ? Po co jednak  zaczynać trudne rozmowy z własnymi dziećmi z których nic nie wynika, a jedynie  psują nastrój. Przecież być może ( odpukać) przyjdzie taki czas gdy trzeba będzie go poprosić, by przeleciał z kosiarką przez mój ogród.
Taka jest w końcu kolej rzeczy.

                                                                             


 

01 września 2026

Szalone pomysły rodzą się błyskawicznie, ale relacja jest nieco spóźniona

Spóźniłem się nieco z tą relacją, bo to jubileusze i te sprawy. Wróćmy jednak myślami do niedzieli 16 sierpnia 2026 roku.
Kraków - Brzesko -Nowy Sącz - Krynica - Muszyna - Piwniczna - Stary Sącz - Limanowa - Wiśniowa- Wieliczka - Kraków,  według wskazań map Google to 287 kilometrów. Z dojazdami, objazdami śmiało możemy powiedzieć, że pękły trzy stówy.
Plan kolegi był prosty. Zlot starych pojazdów w jeszcze bardziej Starym Sączu. Podjąłem wyzwanie, ale wybrałem możliwie najdłuższą trasę do tego miasta. Dlaczego najdłuższą? Po pierwsze lubię jechać, ale przetykam tę jazdę miejscami widokowymi, aby połączyć przyjemne z pożytecznym.

                                                                  


W niedzielę punktualnie o 10.00 wyjechaliśmy z umówionego miejsca, unikając po drodze autostrad. Wybraliśmy więc tak zwaną starą czwórkę, przez Bochnię do Brzeska, a tam skręciliśmy na Krynicę.
Jakiś patrol policyjny na poboczu drogi wymierzył w nas swoje mierniki prędkości, ale nic im z tego nie wyszło, ponieważ mój kolega jest osobą surowo przestrzegającym przepisów drogowych.  Ja zaś się do niego dopasowałem. Lubię czasem pojechać nieco szybciej, ale nigdy o więcej niż 20 km/h od nakazanych. To w miarę bezpieczne, a przy spotkaniu patrolu wymiar kary nie jest tak bardzo bolesny.
W tych pięknych okolicznościach przyrody, jazda dawała nam sporo frajdy.
Gdzieś tam z boku towarzyszyło nam Jezioro Rożnowskie i załadowane parkingi przy nim. W końcu to przedłużony weekend, bo niektórzy za sobotnie święto dobrali sobie jeszcze wolny piątek. W przypadku motocykli zawsze znajdzie się jednak kawałek miejsca, by oprzeć nóżkę pojazdu i zagłębić się w tych pięknych klimatach. Czasem tylko naszym możliwościom parkingowym towarzyszy frustracja kierowców samochodów, szczególnie tych  którzy lubią sobie zatrąbić. Czynią tak zwłaszcza kierowcy zajeżdżonych golfów.

                                                                             

Na nowosądeckim rynku  zrobiliśmy sobie przerwę na pierwsze nawodnienie.  Upał dawał się bowiem mocno we znaki. Już na wstępie zrezygnowaliśmy z kurtek skórzanych na rzecz skórzanych kamizelek.
To znaczy ja miałem kamizelkę, a kolega założył pas biodrowy.  Zawsze to chłodniej, a przy okazji bezpieczniej dla nerek. Przychodzi taki wiek, że o tym się  myśli. W pierwszym roku mojej motocyklowej przygody jeździłem w samym podkoszulku i już po dwóch miesiącach mogłem wskazać gdzie mam nerki. Nie bolały, ale je czułem.


Kolega ma motocykl przeznaczony do jazdy miejskiej, ja cruisera.  Motocykl niejako wymusza styl ubioru.  Pozostałem więc w skórzanych spodniach i kowbojskich butach. Spodnie wiadomo okrywają stawy kolanowe. Podkute buty fajnie stukają i gdy wchodzę na stację benzynową wszyscy oglądają się w kierunku tego stukotu. Normalnie jak na rasowych westernie, gdy do knajpy wchodzi rewolwerowiec. Nikt z nas nie chce być jedynie tłem, jak mówiła zebra w bajce w jednym  z poprzednich postów.
Minęliśmy zatłoczoną Krynicę w której nawet nie próbowaliśmy robić przystanków i Muszynę,  chyba  z podobnego powodu.  Między Muszyną, a Żegiestowem  spróchniałe drzewo przewróciło się na jezdnię, łamiąc  się w połowie. Byliśmy czwartym pojazdem w kolejce. Wspólnie i w porozumieniu z innymi kierowcami przesunęliśmy pień na pobocze, by móc kontynuować jazdę. Nie zrobiłem zdjęć z tego wydarzenia, ponieważ nie wypadało być widzem, kiedy trzeba zrobić coś ważnego. 
Nie chciałem być jak bohater opowiadania  Stefana Żeromskiego który mówił o sobie : 
„Byłem zawsze, jak dobosz, który biegnie bez tchu obok spracowanego szeregu...
Zadziwiające jak niektóre cytaty zapadają nam głęboko w pamięć, by odezwać się w jakimś bardziej lub mniej odpowiednim momencie.
Swoją drogą nawet kiedy jedziesz bardzo bezpiecznie, możesz trafić na taką sytuację, a będąc motocyklistą nie masz z takim drzewem żadnych szans. Wychodzi na to, że  w życiu potrzebna jest jeszcze odrobina szczęścia. Szczęścia by Dobry Pan Bóg nie powiedział - Sorry, stary zagapiłem się.
Dobierając jeszcze jednego kolegę który spędzał weekend w okolicach Sącza Starego, pojawiliśmy się na malowniczym  rynku tego miasta. 
- Idziemy na lody - powiedział kolega i wskazał na cukiernię  - Tu są najlepsze.  
Pamiętam, że kiedy pracowałem w Nowym Sączu ganialiśmy tu po jagodzianki, ponoć najlepsze w okolicy. Z resztą ta chwila pod lipami na rynku uruchomiła wiele wspomnień z tego urokliwego miasta. O tu w knajpie "Pod dzwonkiem" kupiłem w 1979 roku paczkę papierosów "Wawele" Nie wiem ile lat musiały tu leżeć. Luksusowe papierosy Wawel (produkowane m.in. przez Wrocławską Wytwórnię Papierosów oraz Zakłady Przemysłu Tytoniowego w Radomiu w okresie PRL) przestały być produkowane w latach 60. lub 70. XX wieku. Marka ta miała charakter elitarny i zniknęła z rynku wraz z przebudową asortymentu polskiego przemysłu tytoniowego, ustępując miejsca masowo produkowanym wyrobom.
Mało kto chce mi w to wspomnienie uwierzyć.  Jak i w to, że w trakcie tamtego pobytu trafił się gość, któremu przypominałem kolegę z wojska. Już to samo podobieństwo spowodowało, że postanowił się ze mną napić, a ja dopiero co wyrwałem się z rodzinnego domu, a więc właśnie zacząłem pracować nad kondycją w alkoholowych tematach.
Do Staromiejskiej zaś chodziliśmy na śledzia po japońsku i ruskie pierogi. Mieli tu taki gabinecik w którym zamykaliśmy się na chwilę konsumpcji. Było to szczególnie  wygodne w te dni kiedy bezrobocie wypłacało zapomogi.
Tyle wspomnień, tyle czasu, a od chwili zakupu Waweli minęło już prawie pól wieku.


Poniżej Rynku  znajduje się plac na który zjechało się mnóstwo pasjonatów starych pojazdów.
Niektóre starannie odrestaurowane i wypielęgnowane. Inne naruszone zębem czasu. 
Kilka rzuciło mi się w oko




A potem już powrót przez Limanową. Z niemałym zdziwieniem przyjąłem złą wiadomość na stacji benzynowej gdzie tankowałem motocykl. Okazało się, że  tradycji do końca nie stanie się zadość. Nie było już hot-dogów, czyli najszybszego posiłku dla ludzi w drodze.
- Hot dogi nam dzisiaj wyszły - powiedziała młoda dziewczyna przy kasie. Nawet się nie zdenerwowałem, bo już dawno nie słyszałem, żeby coś wyszło.
Zjadłem wafelka który na takie sytuacje wożę w kufrze. Temperatura na zewnątrz spowodowała jednak,  że czekoladę z orzechami która była wypełnieniem wafelka mogłem dosłownie wypić. Wylewała się ze sreberka, brudząc przy okazji wszystko wokół. Mówiąc w skrócie, tylko kawa była w porządku. Podwójne espresso  było bardzo smaczne.
Na benzynę nie narzekał też mój motocykl.  Zabuczał radośnie niskim dźwiękiem i ruszyliśmy dalej. Z każdą chwilą zbliżaliśmy się już do własnych domów.
Żal z tego powodu mieszał się ze zmęczeniem. Radość trzymała nas  cały czas w mocnym uścisku. Trzysta kilometrów na motocyklu to trochę  jest.
Dojechałem do domu w okolicach 19.00. Kiedy zszedłem z motocykla poruszałem się jak kowboj który po całym dniu w siodle, schodzi z rumaka. W końcu i my z przerwami spędziliśmy na tych siodełkach trochę godzin. 
Czego chcieć jeszcze do szczęścia. Zjadłem coś na szybki i zasiadłem w wygodnym czarnym skórzanym fotelu z kieliszkiem czerwonego wina, podanym sobie we właściwej temperaturze.
Bo jak to śpiewał Andrzej Zaucha  piosenkę do tekstu Jonasza Kofty - Koniec dnia czerwonym pachnie winem. Miał rację.





24 sierpnia 2026

Niszowy, czyli jaki ?

Cytat na dziś :
” Nie dąż do tego, aby być człowiekiem sukcesu, lecz raczej człowiekiem wartości. Sukces może dać sławę, ale to wartości dają szczęście”.  - Albert Einstein

Dzisiaj tekst pojawia się dzień wcześniej. Wymyka się więc z pewnego schematu regularności.
W pewnym wieku regularność jest bardzo ceniona. Dzięki tej prostej sztuczce powtarzania czynności o określonej porze, udaje nam się wyrobić w sobie przekonanie, że z naszą pamięcią jest jeszcze wszystko w porządku.
To wyrwanie się ze schematu ma jednak swoje głębokie uzasadnienie. Przedstawiam je poniżej.

Zaprosiłem go do pokoju. On wszedł delikatnie, rozglądając się na boki. W pewnym sensie był tu po raz pierwszy.
- Siadaj proszę - ręką wskazałem jeden z foteli.
- Wolałbym na tym. Ten profil mam lepszy - odpowiedział po chwilowym wahaniu
- Siadaj gdzie chcesz, znam doskonale twoje obydwa profile. Swoją drogą i każdą część która twoją jest.
  Nie na darmo przebywamy ze sobą już prawie osiemnaście lat.
- No tak, wchodzę w dorosłość - odpowiedział  nad wyraz dojrzale.
- Wchodzisz w dorosłość, to fakt jak niektórzy lubią dodawać autentyczny,
- Ja nie lubię, bo to niepoprawna forma.
- Teraz się boczysz na formy, a pamiętasz swoje początki? 
- A ty pamiętasz swój pierwszy raz? - zapytał zaczepnie - Wszystko ci wyszło idealnie?
- To jakby inna inicjacja, ale jeżeli się kiedyś nie przegięło to po latach, nawet wpadki można wspominać z rozczuleniem.
Pyskaty się zrobił  jakiś, podsumowałem w myśli. Wziąłem z półki "Siedem grzechów" jeżeli pamiętacie co to jest. Wspominałem o tym w swoich postach na przestrzeni lat
Nowy rok zacząłem od siedmiu grzechów
Jak widać grzeszyć lubię, bowiem posty publikowałem kolejno w 2014, 2022 i 2025.
Niestety zapas już się kończy, a postawiona na stole butelka jest ostatnią z podarowanej mi przez syna partii.  Dla niezorientowanych i niechętnych grzebaniu w historii powiem tylko, że to czerwone wytrawne wino ze szczepu Zinfandel.
   

Z sentymentem przetarłem kurz z etykiety i wyciągnąłem korek.  W końcu On lada chwila będzie pełnoletni
- Nie szkoda Ci ? - zapytał.
- Widzisz, szkoda to jest wtedy kiedy krowa nasra do studni. Wtedy z takiej studni ani wody, ani gnoju.
Uśmiechnął się. Bardzo lubię używać tej definicji szkody. 
Codziennie  przecież zadajemy sobie i innym, a przede wszystkim Ziemi na której żyjemy, bólu i cierpienia. Robimy to bez mrugnięcia okiem, rozdzieramy szaty nad głupotami niewartymi nawet splunięcia. To wspomniane powyżej powiedzenie, świetnie  zamyka to w tych krótkich, żołnierskich słowach.
Wracając do wina, ono pasuje do sytuacji. Spina bowiem klamrą całe 18 lat od narodzin do pełnoletności.
- Za przeszłość! Ta przynajmniej jest wiadoma, a przyszłość niekoniecznie.
- Dobra wypiję za to, ale Ty proszę wypij też za przyszłość. To, że jest niewiadoma to tylko pobudza moją wyobraźnię. 
- To Ci trochę w tej wyobraźni namieszam. Jest taki zabawny zwrot, a  brzmi on mniej więcej tak: Przyszłość jest niewiadoma, a przeszłość analogicznie.
- Nie mieszaj. Niech Ci jednak będzie, zdrowie.
Wyobraźni czytających  pozostawiam rozważenie który z nas wypowiedział które z tych dwóch powyższych kwestii ?
Upiliśmy po łyku, aby nic nie uronić z bukietu i smaku który powstał 16 lat temu i powoli dojrzewał. 
- Nie powiesz chyba, że ściągnąłeś mnie to tylko po to by wytrąbić tę flaszkę ?
- Zraz wytrąbić. To był tylko toast - powiedziałem zamykając butelkę odwrotną stroną korka, która to sztuczka ułatwia wciśnięcie uwolnionego  i rozprężonego już wcześniej kawałka kory dębu korkowego.
- Widzisz, powspominać chciałem przy okazji, to bardzo dobry pretekst. Oj były czasy!.
Kiedy skończyłem pięćdziesiąt lat, zacząłem się ze sobą rozliczać, tak na poważnie. 
Co mi się udało, a co nie. Gdzie byłem, gdzie planuję być, a gdzie z pewnością los mnie już nie poprowadzi.  Przy okazji tych  rozliczeń zrobiłem się jakiś taki gderliwy, może tym wszystkim  zawiedziony. Pomyślałem, że założę bloga i wyleję na jego stronach tę żółć co mi podchodziła do gardła, dając uczucie  goryczy. 
Tak to się zaczęło. Dość szybko zdałem jednak sprawę, że gderliwych i wkur...nych  jest wokół tylu, że nie mam szans w tej konkurencji. Coraz mniej narzekania zaczęło się na tym blogu pojawiać, na korzyść opisów mojej  ciekawości  tego świata.
- Chcesz powiedzieć, że kierowały tobą statystyki popularności?
- Nie nie jestem influencerem, i popularność mi wisi,  Muszę jednak przyznać, że na liczbę odwiedzających spoglądałem przynajmniej jednym okiem.
Poza tym jak powiedział najbardziej znany świecie Albert czyli Einstein :
„Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko”.
Starałem się wybierać tę drugą drogę, szczególnie od czasu gdy moja żona siadła na wózku.
Stało się to już po pierwszym roku prowadzenie bloga.
Możesz tego nie pamiętać, ale w pewnej chwili liczniki odwiedzin  wystrzeliły. Wszystko za sprawą tego, że Onet zaczął  promować swoją blogową platformę i podrzucał na pierwszej stronie  linki do ciekawych tekstów.
Załapałem się do tej grupy. Kiedyś ze zdziwieniem zauważyłem, że pod postem pokazało się 115.000 odwiedzin. 
Najmilej zaś wspominam pewien krytyczny komentarz pod postem o świniobiciu w górach.
Pewien sceptyczny czytelnik napisał:
"Tym niemniej Hrabal to opisał lepiej."
Odpowiedziałem mu bardzo uprzejmie:
- Dziękuję bardzo za to podsumowanie. Sam pomysł porównywania mnie z  Bohumilem Hrabalem jest tak szalony, że aż brak mi słów na określenie swojej radości. Pozdrawiam"
Nie zaprzeczam, że zawsze kulturalnie i bez emocji odpisywałeś na komentarze.  Co zaś się tyczy liczby odwiedzających, to rzeczywiście sporo. Mówią  jednak,  było minęło. Teraz jesteś raczej niszowy jako twórca blogowy.
No rzeczywiście. Wobec obecnych liderów sieci to ja nawet mrówką nie jestem. 
Pragnę ci jednak powiedzieć, że określenie niszowy nie jest w żaden sposób dyskryminujące czy obraźliwe.
Najpopularniejsze synonimy słowa niszowy to: wyspecjalizowany, sprofilowany, niemasowy, unikalny, elitarny, specjalistyczny, nieliczny, mało popularny, autorski lub zawężony.
Oto zestawienie synonimów w zależności od kontekstu:
W kontekście popularności będzie to : unikalny, elitarny, alternatywny, kameralny, niemasowy.
W kontekście zasięgu: zawężony, specyficzny, wyselekcjonowany.
No naprawdę nie ma się czego wstydzić.
- Niech Ci będzie. Powiedz mi jednak do czego zmierza ta rozmowa ? - zaczął mnie pospieszać.
- Jacy wy młodzi jesteście niecierpliwi. Moje dzieci też wolałyby gdybym wypowiadał się w formie SMS - ów. Skrótowo i bez językowych upiększeń.  Aż chciałoby się powtórzyć  rozmowę  węglarza z pewnym przeniesionym w przestrzeni aktorem w filmie "Zakochany Anioł":
- A gdzie wy na boga tak pędzicie? Do czego? Śmierci i tak pan nie przegonisz
- Z roboty mnie wywalą.
- Co panu zrobią? Przecież Pana nie zjedzą, a jak pana zjedzą to pana wysrają. 
Koniec cytatu
- A bez metafor- spytał 
- A wiesz, że to też cytat, tylko, że z filmu Vabank?
Wobec widocznego już choć lekkiego poirytowania dodałem:
Widzisz, przez te osiemnaście lat uczyłem Cię tego co sam wiedziałem lub czego właśnie się nauczyłem. 
To było dokładnie 24 sierpnia 2008 roku. Wtedy zacząłem pisać swojego bloga, a pięć lat później chciałem rzucić to wszystko w diabły.
Powody opisałem w okolicznościowym poście " Zamknąć za sobą drzwi tak na zawsze" Tutaj
Okazało się, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Założyłem innego bloga, bo niczym potrzeba narkotyku tkwiła we mnie potrzeba pisania.
Nie dotrzymałem danego sobie słowa, nałóg wygrał.
-  Wtedy cisnęło mi się na usta - Mam 55 lat i jestem uzależniony. Tak jak to się mówi w grupie terapeutycznej. No i wróciłem do Antoniego na kolejne lata.
"To jeden z ciekawszych niszowych blogów" - napisała pewna blogerka w komentarzu.
Znaczy się wpadłem w dziurę i wydaje mi się, że  chyba w tej dziurze dalej tkwię.
Nie miałem ambicji,  by być pokarmem duszy dla gimbazy, W ogóle nie miałem żadnych oczekiwań. O braku wyobrażeń już nawet nie wspominam. Tak mówiłem po 10 latach prowadzenia bloga, czyli w 2018 roku. 
Broniłem się rękami i nogami przed tanią popularnością.
Westerplatte broni się jeszcze - chciałoby się powiedzieć i zaraz przypominam sobie utwór kabaretu TEY sprzed wielu lat
Westerplatte broni się jeszcze
Profesor Władysław Bartoszewski ujął to w jedno piękne i proste zdanie - Warto być przyzwoitym.
Czy przez te lata udało mi się zachować przyzwoicie ?. Mam takie poczucie, ocena nie należy jednak do mnie.
Nie będzie deklaracji i zobowiązań, bo najłatwiej nie złamać deklaracji których się nie złożyło.
Cieszyło mnie kiedyś takie rekordowe liczby wejść w ciągu jednego dnia, zastanawiały posty którym poświęciłem kupę czasu, a nie zasłużyły nawet na 1 komentarz.
Samo życie.
Zdecydowanie jednak nie chciałem się rozwijać i budować własnej satysfakcji na lajkach.
Tkwię więc w tej niszy niejako na własne życzenie.
Czy żałuję ?
Non, je ne regrette rien - jak śpiewała Edith Piaf - Nie, niczego nie żałuję.- 
Patetyczny to Ty jesteś  - przerwał mi siedzący w drugim fotelu On.
- Cholera. Rzeczywiście wyszło jak zwykle patetycznie, a miało być tylko jasno i prosto.
- Jest to proste jak precel - ocenił mój interlokutor.
Widzę, że teraz on sam wchodzi w fazę  zadziornej pełnoletności.
 - Może by wobec twojej rozkwitającej niezależności, pozwolić Ci byś sam zajął się sobą?
Twórz kreację która wyjdzie poza tą wyśmiewaną przez ciebie niszowość.
- To znaczy co?  Mam sobie być sterem, żeglarzem i okrętem?
- O widzisz. Ty też lubisz cytaty i powiedzonka
-  A tak wprost?
Tak wprost, czyli po prostu. Świat się zmienia, a ja się starzeję. Powiedzmy, że ostatnio bardziej się starzeję.
Producenci środków na witalność określenie srebrny wiek  zaczynają od pięćdziesiątki.
- Motocykliści mówią, że wszyscy zaczynają od pięćdziesiątki, a potem okazuje się, że najlepiej jest dopiero od pół litra w górę.
- Patrzcie go jaki mądry, a Ty skąd to wiesz?
- Mogłem gdzieś przeczytać, choćby w którymś z twoich postów?
- No tak, tematy motocyklowe i alkoholowe nie były mi obce.  Mówiąc krótko, bierzesz to?
- Co ?
- Nie chcesz decydować o sobie? Teraz jesteś jedynie nośnikiem, a gdybyś chciał zostać autorem pełną gębą?
-  Że niby ja mam to wszystko zapełniać treścią i odpowiadać?
- No tak, a ja idę na emeryturę, mogę nawet powiedzieć, zasłużoną.
- Muszę to przemyśleć, to duża odpowiedzialność.
- Ja Cię rozumiem. Zawsze to lepiej wpaść, pokrytykować i wrócić do swojej norki, nie?
- Wulgaryzujesz stary. Przemyślę, ale zacznijmy może tak pół na pół? Ja się jeszcze uczę, cały czas się uczę.
- Tak. Były prezydent też się ciągle uczył a był około 50-tki. Żeby Ci to nie weszło w krew.
- Nie żeby zaraz weszło, ale nawet w naszym prawie jest tak, że jak się dziecko uczy to rodzic ma go finansować do 25 roku życia. Nie?
- Patrzcie go jaki cwany. Ok. bądź mi dzieckiem kochanym i utrzymywanym.
- To powiedz mi na koniec bo nigdy o to nie pytałem. W tych moich danych - "Suma lat z biegu dni" to co jest imieniem a co nazwiskiem?
- Czy Ty się za bardzo nie personifikujesz? Na razie to prostu Blog, Mój Blog.
- O kurde to prawie jak Bond, James Bond
- Nich Ci będzie.
Kiedy wyszedł zauważyłem, że butelka wina opróżniła się całkowicie w jakiś dziwny i nieco tajemniczy sposób. A może tylko nie potrafię  robić naraz kilku rzeczy. Argumentować i nalewać.
Wspomniałem Bałtroczyka - wszyscy wiedzą, że flaszka kiedyś się skończy, a gdy to się stanie to jesteśmy zdziwieni.
Spojrzałem na etykietę. Siedem grzechów. Do którego najbardziej zbliżyłem się tego wieczoru ? 
Jakoś tak po północy, pojawił się On. Wsadził głowę przez uchylone drzwi i powiedział:
- Słuchaj stary to się chyba nie uda. Skoro ty mnie stworzyłeś, to jak ja mogę iść na swoje?
Zawsze będą o mnie mówić - Blog Antoniego.
Cholera, ma rację.
Spojrzałem na zegarek  wyświetlane cyfry wskazywały 2.30. No to po spaniu. Pozostaje teraz czekać do świtu, przewalając przez swoją głowę setkę myśli. Któraś z nich pewnie  zaowocuje kolejnym postem.
I jak tu udać się na emeryturę, kiedy nawet drzwi nie potrafię porządnie zamknąć za sobą 

Jako bonus do okolicznościowego tekstu dorzucam swoje zdjęcie wykonane do pierwszego dowodu osobistego w życiu, a więc w chwili gdy osiemnastka wkraczała do mojego życia przez otwarte drzwi. Było to jakieś pół wieku temu. Dziś mój blog kończy 18 lat. Można by rzec stary koń.
 
                                                                               

Tak zaś AI wyobraża mnie sobie w tamtym czasie, na Rynku w Krakowie, u stóp pomnika Mickiewicza.
Za wzór posłużyło je to powyższe dowodowe zdjęcie. 




Może ktoś zarzuci mi nadmierną fascynację AI.
Mam prostą odpowiedź na te zarzuty. Powiem wam, że tylko AI bez szemrania robi to o co ją poproszę.
Teraz właśnie wygenerowała  moje alter ego w ulubionym otoczeniu. Nie ma tu butelki wina o którym tyle piszę, aby ktoś nie pomyślał, że jeżdżę po alkoholu. Nie jeżdżę.
            



Dlaczego alter ego ? Przypomnę tym którzy zapomnieli lub dołączyli do czytelników później.
Ta uśmiechnięta twarz która towarzyszy mi na na blogu jako Antoni Relski nie jest moja prawdziwą twarzą. Zgodne to jest z zasadą bloga, że nic nie jest takie na jakie wygląda. Poszukiwałem odpowiedniego wizerunku Antoniego Relskiego i w Internecie znalazłem kogoś kto spełniał wszystkie moje oczekiwania w tym względzie.
Podpis brzmiał "man" czyli człowiek. To też mi odpowiadało. Dopiero po pewnym czasie kiedy zżyłem się z moim nowym wizerunkiem, otrzymałem informację od kogoś zza wielkiej wody, że jest Dr Phil prowadzący w Stanach jakieś popularne Tv Show.
Mam nadzieję że Dr Phil wybaczy mi to zapożyczenie wynikające z nieświadomości, zresztą w poprzednich tekstach już za to przepraszałem.
Pozdrawiam wszystkich, którzy towarzyszą mi w tej podróży przez słowa i dziękuję za wsparcie.
To zaszczyt mieć wokół siebie tak kulturalnych czytelników.

18 sierpnia 2026

To minie

Dwie litery K R, a potem pięć cyfr, lub połączenie cyfr i liter. Tablica rejestracyjna Małopolski. Ostatnio skończyło się R i drugą literą dla Krakowa jest też K czyli KK. Jak jest u Was sami wiecie najlepiej.

Rejestracja, wyróżnia nasz pojazd z tysiąca innych pojazdów tej samej marki. Bardzo przydatna do identyfikacji sprawcy wykroczeń, czy kontroli obowiązkowego ubezpieczenia pojazdu. Nieraz pomaga na parkingu, by nie dłubać w cudzym zamku, kiedy pilot nie zadziała.

Pamiętam numer rejestracyjny mojego pierwszego pojazdu marki Trabant. Było to w 1984 roku, a rozpadający się na części pojazd miał  pokrycie z duroplastu. Od tego czasu  miałem jeszcze parę samochodów, ale żaden numer nie utkwił mi tak dobrze w pamięci.
Litery, cyfry i znowu litery, nuda jednym słowem.
Od czasu jednak kiedy ustawodawca dopuścił  możliwość tworzenia indywidualnych tablic, oczywiście  za wielokrotność ceny tablic normalnych, coś zaczęło się w tej nudnej branży dziać.
Tak więc zmaterializowały cię ciekawe pomysły, marzenia i rządze właścicieli.
 Poniżej  popularne i zabawne przykłady :

Nawiązania i pytania: B0 TAK, C0 ZJESZ, D0 SETKI
Zabawne słowa i postacie: Z0 OMBIE, K0 CICA, K0 NIEC
Dystans do siebie: P0 BABCI, B0 GACZ.
To poniżej to zdjęcie które zrobiłem dosłownie wczoraj.


Ile kosztuje indywidualna rejestracja? Cena za takie tablice jest znacznie wyższa niż w przypadku standardowych numerów. W przypadku samochodów osobowych wynosi blisko 1000 zł, a dla motocykli 500 zł. Do tego dochodzą dodatkowe opłaty, m.in. za dowód rejestracyjny i nalepki legalizacyjne, co podnosi całkowity koszt do około 1080 zł.  Na gotowe tablice czeka się średnio trzy tygodnie, choć formalne rozpatrzenie wniosku trwa zwykle tylko kilka dni. W tym czasie kierowca może korzystać z tablic tymczasowych.
Niektórzy wpisują na tablicę imię swojej aktualnej miłości i tu tkwi pułapka.
Co zrobić jak ktoś z tablicami KO GOSIA akurat rozstał się z tą panią?
Zmieniać na tablicę na taką  z napisem KO NIEC,  jako przejściową przed nową miłością?
Wiecie jakie to generuje koszty?
A co będzie jak posiadaczka tablicy KO CICA zmieni się z biegiem lat w kuguarzycę gustująca w młodszych facetach?
Niby kuguar to też kotowaty, ale to już inny wymiar drapieżnika. Zmieniać  by można wtedy tablice na KO PUMA , bo kuguar to inna nazwa zwierzęcia o nazwie Puma Płowa.
Parę dni temu w trakcie wycieczki motocyklowej do Buska Zdroju mignął mi Jeep Wrangler z rejestracją TO OZZY. To przynajmniej rozumiem. Hołd oddany Ozziemu Osbourneowi może być stały i nieograniczony w czasie.
Są też tablice które podtrzymują na duchu i maja działanie terapeutyczne.
Klika dni temu przed wejściem do apteki zauważyłem samochód z taką tablicą.



TO MINIE. Pewnie, że minie. Samochód zaś każdego ranka podpowiada nam na dzień dobry, że dołek w którym jesteśmy jest chwilowy, a nasza droga się wyrówna.
Uniwersalność tej tablicy jest taka, że w przypadku wspaniałego życia i dobrobytu, nie pozwala nam się w nim zagubić. Codziennie rano uczy nas pokory mówiąc, że nic nie jest nad dane na zawsze.
Niczym jak ten starodawny zakonnik, który pozdrawiał się formułą "Memento mori".
Ten jednak kazał tylko myśleć o śmierci. Tablica tego żółtego auta działa w każda stronę.
Gdybym miał wręczać nagrody za ciekawy pomysł na tablice, to pomysłodawca tego napisu miałby u mnie wielką szansę na wygraną. Ileż to razy sam sobie mówiłem - Opamiętaj Antoni to minie. Licząc podświadomie, że tą  pokorą uda mi się ten czas na fali nieco przedłużyć.
Wszak jesteśmy tylko ludźmi, nieco interesownymi, ale jednak ludźmi.
A Wy, macie jakiś pomysł na własną tablicę rejestracyjną?




11 sierpnia 2026

Za duży na bajki

W odniesieniu do mnie lepiej by było powiedzieć - za stary na bajki.
Cholera, rzeczywiście nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem na coś za duży.
Post ten wpisuje się cykl który od czasu do czasu uskuteczniam, a mianowicie - Znacie? to poczytajcie.
Nie wiem czy ktoś pamięta tę moją bajkę "O lwie" która jest jakby połączeniem myśli Ignacego Krasickiego i  Wojciecha Młynarskiego. Panie Boże wybacz mi przy okazji bezczelność porównania.
No ale jak to mówią,  napisało się i poszło. Dlatego pewnie tak wielu ludzi boi się słowa pisanego.
Na piśmie zostaje twardy dowód naszej niewiedzy lub głupoty
Przeglądając swoje posty z wczesnych lat, trafiłem przez przypadek na bajkę swojego autorstwa o której całkiem zapomniałem. Ba wpisałem nawet w wyszukiwarkę dwie zwrotki tekstu, by przekonać się czy to rzeczywiście ja jestem ojcem. Wyszło, że jestem.
Muza Euterpe: patronka poezji lirycznej zgrała nade mną  na aulosie ( flet podwójny ) 
Chyba było już po koniec jej dniówki. Muza grając popychała mnie kolanem, bym szybko zebrał się do roboty.
- Szybko, szybko, zaczyna się weekend.
W tym twórczym uniesieniu wyobraziłem sobie lwa w cętki przynależne  jaguarowi, panterze lub gepardowi. 
Nie zmienia to jednak wymowy bajki, ani jej morału.
To tak dla porządku, abyście  nie pisali, że skleroza atakuje mój umysł. To była tylko chwila słabości w natchnieniu. 
Jeżeli więc nie macie nic innego do roboty w to gorące popołudnie, poczujcie się przez chwilę jak ten lew na sawannie.

Tak mnie codziennych moc problemów
wgniata w fotela chłodną skórę,
z którego perspektywy smętnie
oglądam świat swój i naturę.

Lecz nawet jednym okiem patrząc,
czy tego chce się czy też nie,
to nie widziałem by depresja
drzemała w takim groźnym lwie.

Pan lew w sawannie leżąc bykiem,
znosi piekące w dupsko słońce.
Ogląda sobie kątem oka
zebry pasące się na łące.

Pazur wyostrzy na kamieniu,
dmuchnie w rozwianą mocno grzywę
i myśli sobie - choć są w paski,
ja się paskami tymi żywię.

Nie ma kryzysu w mej spiżarni,
Kilimandżaro jest daleko.
Wszyscy z mej drogi karnie schodzą
gdy tylko ruszę swą powieką.

W dodatku moja pani lwica
jak tylko wróci z polowania,
to zaraz się przekona sama
jak to przeze mnie jest kochana

Dobrze być lwem co trzęsie grzywą,
dzięki ci Panie za te kły,
bo chociaż chciałeś mieć świat dobra,
najlepiej temu kto jest zły.

W tym samym czasie biedna zebra
skubiąc pozostałości trawy,
z daleka obserwuje lwisko
tłumacząc sobie swe obawy.

Przez ten szalony pomysł stwórcy
ni ukryć się, ni zmienić skórę
Jak tu w poczuciu zagrożenia
ćwiczyć świadomość i kulturę.

Żeby ten lew miast zaraz zabić
tylko zapłodnić zechciał mnie,
to może wtedy zebrze dzieci
miały by choćby cętki swe.

Że niby zebra w cętki śmieszna?
to niech się śmieje kto jest zdrów.
Lecz kto by się odważyć zechciał
wykrzywić gębę wobec kłów.

Prosty dylemat ale stały
Nikt nie chce zebrą na sawannie...
Lepiej ze zgrabną lwicą razem,
pijać szampana w dużej wannie.

Ty dobry Boże, zamiast pasków
daj cętki dla ochrony skóry.
I niech mi wtedy kto podskoczy,
z grzbietu polecą tylko wióry.

I tak od wieków jak światem światem
Jak zebra zebrą, a lew lwem
toczą się nieustanne walki,
bo nikt z nas nie chce zostać tłem.

Gdy siedzę tak w fotelu swoim,
wniosek nasuwa sam się, gdy
zebr jest mniej na bożym świecie,
snują się wokół głodne lwy.