31 marca 2026

O wymianie uprzejmości z pewnym asystentem czatu, czyli sztuka nawijania makaronu na uszy

Kilka lat temu na polecenie szefa założyłem sobie konto w pewnym zagranicznym banku. Bank ten zapewniał niezwłoczny transfer środków pomiędzy członkami bankowej wspólnoty już w oparciu o numer telefonu. Dodatkową zachętą była wirtualna karta płatnicza, która generowała jednorazowy numer dla każdej płatności w Internecie, a więc zapewniała bezpieczeństwo transakcji. Przelewałem sobie na to konto kwoty rzędu 1.000 zł,- i rzeczywiście cieszyłem się z bezpiecznych transakcji płatniczych w Internecie oraz karty w portfelu wirtualnym. I stan taki pewnie trwałby dalej gdyby nie moja dociekliwość. Przeglądając historię transakcji na moim krajowym koncie zauważyłem, że za przelanie kwoty 500 zł na konto tego zagranicznego banku ten mój krajowy pobiera opłaty w łącznej wysokości ok 70 zł,-. co daje 14% przelewanej kwoty. Musicie przyznać że drogo.
Siadłem przy laptopie i doszukałem się informacji, że zagraniczny bank posiada możliwość uzyskania tak zwanego polskiego IBAN, czyli konto podlega opłatom przy przelewach jak konto polskie.
Bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość. Zaraz też postąpiłem według zalecanych przez bank procedur.
Niestety żadna z nich nie zadziałała. 
Lekko zdesperowany postanowiłem skontaktować się z bankiem.
Każda poważna instytucja nie kala sobie już rąk kontaktem z ludzkim serwisem. Rolę tę przejęły teraz supernowoczesne Chatboty, czyli jak określono w tej konkretnej sytuacji asystenci czatu.


Ponieważ nie mam lęku przed kontaktem z nowoczesną technologią, a więc 3 marca napisałem następujące zapytanie:

3 marca 2026

~Ja
 
Nie mogę zmienić IBAN na PL. To generuje duże koszty przelewów na własne konto. Opisane sposoby zmiany nie działają lub nie mam możliwości z nich korzystania bowiem brak opcji wyboru. Co robić ?

~ Asystent czasu
trzeba przyznać, że odpowiada niezwłocznie.

Cześć Antoni. Rozumiem Twoją frustrację związaną z wysokimi kosztami przelewów.
Sprawdziłem Twoje konto i widzę, że aktualnie posiadasz ( tu nazwa kraju) numer IBAN zaczynający się od ( tu symbol kraju), co wyjaśnia, dlaczego przelewy na polskie konta są traktowane jako międzynarodowe i generują dodatkowe koszty.
Mam jednak dobrą wiadomość. Klienci z adresem w Polsce mogą uzyskać lokalne dane do konta w PLN. Aby je aktywować, wystarczy, że wykonasz przelew dowolnej kwoty ze swojego konta w naszym banku na dowolne zewnętrzne konto w polskim banku.
Po wykonaniu tego przelewu, polski numer IBAN powinien wkrótce pojawić się w Twojej aplikacji. Znajdziesz go w sekcji „Konta”, wybierając konto PLN i klikając w „Dane”.
Daj mi znać, jeśli po wykonaniu przelewu nadal nie będziesz widział swoich lokalnych danych do konta. Chętnie pomogę.


~Ja

28 lutego wykonałem przelew na swoje zewnętrzne konto w Polsce.
Czy znaczy to ze mam teraz czekać ?
Ile ?


Asystent czatu
jak zwykle niezwłoczne :

Dziękuję za informację. Sprawdziłem i widzę, że przelew z 28 lutego został zrealizowany.
Niestety, mimo to polski numer IBAN wciąż nie został aktywowany na Twoim koncie. Najprawdopodobniej jest to spowodowane koniecznością dodatkowej weryfikacji tożsamości. Aby to rozwiązać, potrzebuję Twojej pomocy.
Czy możesz mi podać swoje obywatelstwo? Chodzi o kraj, który wydał Twój dokument tożsamości. Na podstawie tej informacji będę mógł sprawdzić, jakie dokumenty są wymagane do pełnej weryfikacji konta i aktywacji polskiego numeru IBAN.


~Ja

Mam polskie obywatelstwo od zawsze.

Swoją drogą, dziwne to było pytanie ponieważ przy rejestracji konta musiałem przedłożyć skany moich dokumentów tożsamości o selfie już nie wspominając.

~Asystent czatu

Dziękuję za potwierdzenie.
Aby dokończyć weryfikację i aktywować polski numer IBAN, musisz przesłać jeden z poniższych dokumentów:
1. Paszport
2. Dowód osobisty
Poszukaj w aplikacji specjalnego banera z prośbą o weryfikację i załącz wyraźne zdjęcie wybranego dokumentu. Po pomyślnej weryfikacji dokumentu, Twój polski numer IBAN powinien zostać aktywowany.
Daj znać, jeśli masz z tym jakiekolwiek problemy.


~Ja

Nie widzę nigdzie takiego banera


~Asystent czatu

Rozumiem. Skoro baner nie jest widoczny, a nie otrzymujesz też żadnych powiadomień ani wiadomości e-mail z prośbą o weryfikację, oznacza to, że Twoje konto jest obecnie sprawdzane przez nasz system w tle.
W tej sytuacji proszę o cierpliwość. Nie musisz nic więcej robić. Gdy tylko weryfikacja po naszej stronie dobiegnie końca, polski numer IBAN powinien automatycznie pojawić się na Twoim koncie.


~ Ja
( chcąc zachować formy i kulturę nawet wobec Chatbota )

No to czekam. Dziękuję

~Asystent czatu

Dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość. Cieszę się, że mogłem pomóc wyjaśnić tę sytuację.
Mam nadzieję, że Twój polski numer IBAN wkrótce zostanie aktywowany, co pozwoli Ci uniknąć dodatkowych kosztów przelewów.
Gdybyś potrzebował jeszcze jakiejkolwiek pomocy w przyszłości, śmiało pytaj. Miłego dnia!


Mówią, że lepiej z grzecznym stracić niż z niegrzecznym zyskać,  a może to chodziło o mądrych ?
Mój Chatboot jest raczej z gatunku tych grzecznych, bo póki co rubelka nie zarobiłem. 
Bardzo ładnie z jego strony. Czułem się nawet na swój sposób dopieszczony aż do 6 marca kiedy wobec braku postępów w mojej sprawie postanowiłem przypomnieć o swoim istnieniu. W końcu asystent sam zachęcił mnie do śmiałych pytań

~Ja 6 marca 2026

W dalszym ciągu nie mam zmienionego IBAN na PL.
Asystent wirtualny prosił o cierpliwość.
Jak bardzo mam być cierpliwy ?


~Asystent czatu

Rozumiem Twoje zniecierpliwienie i przepraszam za przedłużający się czas oczekiwania. Sprawdziłem ponownie Twoje konto i widzę, że polski numer IBAN faktycznie wciąż nie został aktywowany.
Sytuacja nie zmieniła się od naszej ostatniej rozmowy – Twoje konto jest w trakcie standardowej, automatycznej weryfikacji po stronie naszego systemu. Niestety, nie jestem w stanie przyspieszyć tego procesu ani podać dokładnej daty jego zakończenia.
Zdaję sobie sprawę, że to frustrujące, ale w tym momencie jedynym wyjściem jest dalsze oczekiwanie. Zapewniam Cię, że wszystko przebiega zgodnie z procedurą, a gdy tylko weryfikacja dobiegnie końca, polski numer IBAN zostanie przypisany do Twojego konta.


Być może jestem zbyt nerwowy, a mówią co nagle to po diable. Odczekałem kolejne 12 dni i 18 marca wysmarowałem taki tekst :

~Ja
18 marca 2026 roku

Od 3 marca prowadzę korespondencję w sprawie zmiany IBAN na PL. Minęło 15 dni i nic nie drgnęło w załatwieniu tej banalnej sprawy. Czegóż mogę spodziewać się w takim razie przy sprawach poważnych. Jestem zdecydowanie zniesmaczony brakiem reakcji banku. Uspokajające odpowiedzi czatu są tylko bagatelizowaniem sprawy.
Biorąc powyższe pod uwagę postanowiłem zaprzestać zasilania tego konta środkami finansowymi a po ich wyczerpaniu zrezygnować ze współpracy z bankiem ( tutaj nazwa)
Pozostanie mi tylko opinia o tym ze klientów tego banku nie traktuje się poważnie


~Asystent czatu
- trzeba przyznać, że jak zwykle odpowiedział niezwłocznie. Wobec opieszałości banku, ten brak zwłoki w odpowiedzi przestał mnie cieszyć, a zaczął nawet irytować. Doszedłem do wniosku, że on w ogóle nie analizuje mojej sytuacji, a jedynie dobiera przygotowaną wcześniej formułę odpowiedzi według schematu:
klienta w krawacie lub bez, czyli według Stanisława Barei klienta który jest awanturujący się lub mniej awanturujący.

Panie Antoni, doskonale rozumiem Pana frustrację i rozczarowanie. Ma Pan absolutną rację – oczekiwanie przez tyle dni na rozwiązanie, które wydaje się proste, jest nie do przyjęcia. Najmocniej przepraszam za tak długi czas oczekiwania i za wrażenie, że Pana sprawa jest przez nas bagatelizowana. Zapewniam, że tak nie jest, a Pana opinia jest dla nas niezwykle ważna.
Sprawdziłem ponownie status Pana konta i niestety wciąż widzę, że proces weryfikacji wymagany do aktywacji polskiego numeru IBAN jest w toku. Zdaję sobie sprawę, że słyszy Pan to po raz kolejny i że ta odpowiedź jest daleka od satysfakcjonującej.
Chociaż nie mogę osobiście przyspieszyć tego wewnętrznego procesu, chcę zapewnić, że Pana sprawa nie jest ignorowana. Rozumiem Pana decyzję o wstrzymaniu zasilania konta i chęci rezygnacji. Jest mi niezmiernie przykro, że nasze dotychczasowe działania doprowadziły do takiej sytuacji. Pana zaufanie jest dla nas kluczowe i mam nadzieję, że mimo wszystko da nam Pan jeszcze szansę na jego odzyskanie, gdy tylko ten proces weryfikacyjny dobiegnie końca.



Jak myślicie, jest jakiś sens w dalszej korespondencji z bankiem na tych zasadach ?
Hej tam ! Śpicie?
Was znudziło samo czytanie, a ja w tym scenariuszu musiałem prowadzić aktywną korespondencję.

Uzupełnienie

30.03.2026  Sytuacja bez zmian.
Długie to badanie banku, a z tego co rozumiem chodzi o stwierdzenie zamieszkiwania na trenie Polski. Szybciej pewnie otrzymałbym poświadczenie bezpieczeństwa, o ile  wybaczyliby mi korespondencję z dziewczyną z  Kraju Rad w czasach PRL Wtedy to uległem namowom na korespondencję w ramach TPPR. 


24 marca 2026

Zbyt późno urodzony

W  tekście z 10 kwietnia 2025 pod tytułem: Nadal góruję nad Leśmianem  opisałem wizytę o lekarki rodzinnej,  która postanowiła zrobić mi  jakiś cząstkowy bilans życia. Zleciła badania krwi i moczu, a dodatkowo postawiła na wagę i zmierzyła.
Tu spotkało mnie małe zaskoczenie, bowiem okazało się, że jestem niższy od tego co wiedziałem, o całe cztery centymetry .
- To człowiek maleje na starość - spytałem
- Bardzo ciekawe, nie? - odpowiedziała rozbawiona lekarka.
Ze względu na długoletnie już opowiadanie jej o zdrowiu moim i mojej rodziny, przyjąłem tę drobną złośliwość całkiem spokojnie.
Zresztą od pewnego już wieku  nie mam na tym tle żadnych kompleksów. 
Było minęło, aż tu nagle kilka dni temu czytam tekst na portalu Onet dotyczący wzrostu poszczególnych nacji w Europie, półtora wieku temu.
"Dzięki statystykom gromadzonym przez poszczególne armie podczas poboru wiemy, że 150 lat temu najwyższym średnim wzrostem w Europie cechowali się mężczyźni z krajów nordyckich. Mierzyli oni nieco ponad 171 cm. Tuż za nimi plasowali się Szkoci i Anglicy (171 cm). Młodzi Niemcy mieli statystycznie 168,5 cm, Czesi 166 cm, Francuzi 165 cm. Średnią europejską zaniżali z kolei Węgrzy i Hiszpanie, którzy mierzyli nieco ponad 164 cm.
Całą stawkę zamykali zaś galicyjscy chłopi narodowości polskiej. Mogli się oni "poszczycić" średnio zaledwie 162 cm wzrostu! O niespełna pół centymetra wyżsi byli od nich rodacy z zaboru rosyjskiego. Górowali za to nad nimi Rusini (Ukraińcy) z Galicji, którzy stając przed komisją wojskową, mieli średnio po 164 cm wzrostu."
Fragment te wywołał u mnie pewne przemyślenia i doszedłem do ciekawych  wniosków.
Otóż to nie ja jestem  niskiego wzrostu tylko zwyczajnie  zbyt późno się urodziłem. 
Ze swoim wzrostem mógłbym być na przykład Hiszpanem lub Madziarem, bo i włosy u mnie ciemne i gęba zawsze jakby opalona.
Z dumą zauważyłem, że byłbym wtedy wyższy niż statystyczny  chłop galicyjski, czy ten z zaboru rosyjskiego.

 
Tak to w każdym tekście można wyczytać  coś co nas pocieszy lub zmartwi w zależności od nastawienia do życia.
A czy możliwa jest sytuacja w której usłyszana wiadomość jednocześnie nas ucieszy i zasmuci?
Oczywiście. To jest jak w tym dowcipie:
Mąż pyta żonę - Czy potrafisz powiedzieć coś co mnie  równocześnie ucieszy i zasmuci?
Tak - odpowiada żona - Masz penisa większego niż twój brat.
Pamiętajcie więc,  by nie robić tego typu eksperymentów we własnym  domu. 
Po co?


  

17 marca 2026

Memologia, albo czego się boi mężatka z doświadczeniem ?

Pamiętam taką scenę z "Czterdziestolatka": Magda Karwowska śledzi przygotowania własnego męża czyli Stefana do wyjścia z domu. Stefan umówił się z młodą panią inżynier, aby omówić trendy budowlane w Japonii. Czułe serce żony podpowiada jej zagrożenie z tego wynikające no i oczywiście faktu, że panią inżynier gra Grażyna Szapołowska. Biorąc to wszystko pod uwagę, poleca mężowi założyć koszulkę polo do marynarki, co jak sądzi obniży jego atrakcyjność jako mężczyzny. Rzeczywiście Karwowski wygląda żałośnie, a ma przecież  dopiero 40 lat, a więc ma jeszcze możliwość łapać życie tak jak się łapie byka za rogi.
Tak to żonina zazdrość przyniosła pozytywne skutki dla trwałości małżeńskiego stadła.
Swoją drogą miała rację ponieważ gdy nasz inżynier pojawił się ubrany w elegancki garnitur, wzbudził zainteresowanie pewnej kobiety w innym filmie z tego samego cyklu. Było to w filmie "Motylem jestem czyli romans czterdziestolatka" a kobietą była nie kto inny jak sama Irena Jarocka.
Mieć 40 lat. Boże kiedy to było? Prawie trzy dekady temu. Od dawna noszę w sobie wstręt do zestawienia koszulki polo z marynarką, a ostatnio pojawił mi się nawet do samej marynarki.
Na usprawiedliwienie dodam, że unikałem sytuacji dwuznacznych z których trudno było by mi się później wykręcić.
Co prawda mówią, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować, aby na łożu śmierci nie żałować, że się czegoś nie zrobiło. W moim życiu nie brakowało jednak adrenaliny  i to bez niepotrzebnego ryzyka.
Solidne podejście do związku nie uchroniło mnie jednak od trudnych chwil, zwłaszcza w czasie gdy pracowałem poza Krakowem i w domu bywałem weekendowo.
Już wam o tym opowiadałem w 2009 roku.
Byliśmy wtedy wystawieni na wielką próbę, ponieważ ktoś postanowił nas sprawdzić .
A było to tak:
Zadzwonił telefon. Żona podniosła odruchowo słuchawkę.
- Pani Maria Relska ? - spytał damski głos w słuchawce.
- Tak słucham.
- Jestem kochanką Pani męża - nieznajoma wypaliła z grubej rury.
- Kochanką mojego męża ? - żona powtórzyła ostatnie zdanie .
- Tak - odparła nieznajoma .
Małżonka moja pozostając niewzruszoną, przerwała ewentualne wywody :
- Wie Pani, cieszę się, że mąż uregulował sobie życie poza domem. Wiem, że dużo pracuje, sprawdza się również jako ojciec i mąż w weekendy. Jeżeli więc ma jeszcze na tyle siły, aby zająć się Panią, to pogratulować energii. Cieszę się z jego zdrowia. Niech się facet zrelaksuje, a my nie róbmy z tego dramatu.
Odpowiedź żony kompletnie załamała misterny plan nieznajomej. Nie tego się spodziewała. Rozmowa zakończyła się więc po paru minutach. Maria odłożyła słuchawkę.
- Dzwoniła kochanka mojego męża - powiedziała zaskoczonej matce (czyli mojej teściowej ) i bratu (czyli mojemu szwagrowi ) .
- Boże gdyby moja żona odebrała by taki telefon nie miałbym co robić w domu i to bez względu na stopień winy - stwierdził zazdrośnie szwagier.
- A ty w ogóle nie jesteś zazdrosna - spytała zaczepnie teściowa.
- Mamo ja dostałam już w tej sprawie list który potargałam. Jest takie jedno słowo które potwierdziliśmy sobie przed wyjazdem Antoniego do pracy w N. To słowo to zaufanie - podsumowała żona.
O treści rozmowy dowiedziałem się dopiero po kilku miesiącach i to raczej informacyjnie niż prowokacyjnie. Nie udał się komuś misterny plan skłócenia mnie z żoną i spowodowania wyjazdu z N. A że pracy poświęciłem się bez reszty,  a więc poza współpracownikami w liczbie 40 osób nie utrzymywałem z nikim kontaktów. Życie moje toczyło się w pewnym powtarzalnym ciągu: praca, mieszkanie, obiad, telewizor, lektura, spanie i śniadanie. Komu zależało, abym zwolnił miejsce pracy w N tego nie wiem do dzisiaj. Myślę, że musiał to być ktoś ze współpracowników. Być może chodziło wyłącznie o wywołanie sensacji o której można by opowiadać przez kilka tygodni,  a że spowodowało by to ludzką tragedię toż to przecież  drobiazg.
To jedno słowo - zaufanie. Zaufanie do partnera, zaufanie do samego siebie. Dużo lżej żyć gdy jesteś pewien swego  partnera i wiesz,  że wszystko co robi, robi z myślą o Tobie. Nawet pozornie złe słowo jest pewnie tylko źle dobranym określeniem i nie wynika ze złych intencji.
Czy to jest zawsze możliwe  tego nie wiem.  Powiem tylko jedno, za to co zdarzyło się wtedy i Twoją reakcję - Dziękuję Ci Kochanie .

Jak jednak zmieniają się kwestie zaufania i zazdrości po latach ? O tamtej pory minęło już jak powiedziałem, prawie trzy dekady.
Jak zwykle w takich razach,  nieocenione stają się popularne memy .
Powodem do zastanowienia się nad powyższą kwestią był poniższy zestaw zdjęć

 

To też przykład bezgranicznego zaufania w swojego faceta. Może to być także kiepska opinia o swoim facecie, że to niby nie jest na siłach, nie potrafi lub już mu się po prostu nie chce.

Mieczysław Foog śpiewał kiedyś piosenkę, "Bo to się zwykle tak zaczyna:. Ja poznałem ją w wykonaniu Bohdana Łazuki i to ta wersja do mnie przemówiła. Łazuka był takim bon vivantem polskiej estrady i Fogg wydawał mi się człowiekiem nieskazitelnym. Dopiero wiele lat po jego śmierci dowiedziałem się, że żył w dwóch równoległych rodzinach, nie potrafiąc z żadnej zrezygnować. Ponoć żona o tym wiedziała i godziła się na taki stan rzeczy.

                                                    

Bo to się zwykle tak zaczyna
Sam nie wiesz o tym, jak i gdzie
Zaczyna nudzić cię dziewczyna
A to jest znak, że już jest źle

Zaczynasz chodzić z nią do krewnych
A potem mówisz: "Sama idź"
I w końcu trudno - jesteś pewny
Że dłużej z nią nie możesz żyć

I byłbym przekonany, że miłość po prostu umiera tak  jak wszystko na tej ziemi. Wszystko zmieniło się  kiedy pewien mem nie uzmysłowił mi, że to nie kwestia zamierania uczucia, a wchodzenia w starość.
Starość w biologicznym znaczeniu, ze zmęczeniem i coraz mniejszą chęcią na jakąkolwiek aktywność.
Poniżej zamieszczam wspomniany obrazem z nową definicją starości

                                                                         


A co z zazdrością, uczuciem równie starym  jak miłość ?







10 marca 2026

Moja Wenecja

Ech te wspomnienia
Jakiś już czas termu Ultra swoim tekstem o krakowskich ulicach zainspirowała mnie do wspomnień na temat światowych miejsc, zamkniętych na terenie Krakowa. Z jednym z nich mam spore i nawet szalone przemyślenia.
A wszystko to było tak.
Kiedyś jak wiecie pojawiły się spore trudności w poruszaniu się mojej żony. W zasadzie to nie trudności, ale jakaś boska ( nie boska ?) ręka wykreśliła z katalogu jej funkcji życiowych  chodzenie jako takie. Pozostał nam tylko wózek, a więc znacznie ograniczyły nam się możliwości podróżowania w celach turystycznych. Powstała cała lista miejsc do których planowaliśmy pojechać, a teraz ze względu na te niedogodności pewnie już nie pojedziemy.
Odpuściliśmy więc piaski gorącego Egiptu czy Turcji, ale prawdziwy ból pojawia się gdy wspominamy Wenecję. W tym przypadku mieliśmy już bowiem twarde postanowienie wyjazdu.
Być zmoże zbyt cieszyliśmy się z naszych planów,  bowiem przewrotny los zamieszał w tym garnku.
Tak więc wyjazd do Wenecji utknął na liście tych niezrealizowanych i bez szans na realizację.
Byłem w młodości w tym mieście kanałów i wiem jak trudno wchodzić na mosty rozparte nad ich brzegami, a co dopiero wepchnąć tam wózek.
Jako napęd tego wózka musze brać własne możliwości fizyczne pod uwagę.
Jestem jednak  wyznawcą zasady - nigdy nie mów nigdy, szukałem rozwiązania tego problemu w jakiś innowacyjny i rozsądny sposób.
Natchnienie przyszło gdy przechodziłem ulicą Krupniczą i po lewej stronie zobaczyłem tabliczkę z nazwą ulicy, Wenecja.
Może to dobry los sam skierowało moje kroki w to miejsce. Przecież nic palącego nie miałem tam do załatwienia.
Wtedy też wpadł mi do głowy ten szalony pomysł.
Miejsce na chodniku po lewej stronie wydało mi się odpowiednie.


A gdyby tak w jakimś przyjemnym fragmencie ulicy postawić stolik. Taki nieduży, taki jakie stoją przed włoskimi kawiarenkami. 

Jakieś delikatne przekąski. Co się jada w Wenecji?
Może "Baccalà mantecato" – pasta z dorsza podana na bagietce
lub "polencie Mozzarella in carozza" – małe mozzarelki smażone w panierce.
Ot drobiazg, nic wielkiego, a do tego jakieś białe musujące wino, aby stuknąć się kieliszkami w Wenecji, tak jak planowaliśmy.
A może tylko coś słodkiego jak na przykład narodowe ciasto Wenecjan -  "Frittelle"
Ciasto to  zostało wynalezione przez Bartolomeo Scappiego, osobistego kucharza papieża Piusa V. W XVIII wieku „frittelle” uważano za narodowy deser Republiki Weneckiej.  
No i kawa boć to Włochy
W Wenecji najlepiej zamawiać klasyczne, mocne espresso, mówiąc w barze „un caffè”. Jest to zazwyczaj intensywna mieszanka arabiki z r obustą, serwowana w małej filiżance (25-30 ml) z gęstą cremą.
Jestem w stanie powtórzyć to kelnerowi, ale jak znam siebie zamówiłbym doppio (podwójną).
Oczywiście ze względów organizacyjnych menu byłoby wcześniej uzgodnione w jakiejś  knajpce która podeśle razem z daniami odpowiednio ubranego kelnera.
Mój pomysł zabrania żony w to miejsce przebiegałby w absolutnej tajemnicy i stanowił niespodziankę.
Mój umysł pracował na najwyższych obrotach i kiedy  już dopracowywałem szczegóły, pojawiły się pierwsze wątpliwości
Po pierwsze, przedstawiciele knajpek z włoskim klimatem dość sceptycznie podchodzili do tego pomysłu. Poza tym, ileż by tu by wziąć za taką maskaradę. W dwóch miejscach zaczęto mnożyć problemy, które rosły jak ciasto na pizzę.
Po drugie trzeba liczyć się  choćby z wizytą straży miejskiej, bo przecież zajmuje się dla celów prywatnych przestrzeń publiczną
Już widzę te tłumaczenia przy zdobywaniu odpowiednich pozwoleń.
No i alkohol. Bez względu czy to Szampan, czy włoskie Prosecco, to istnieje zakaz spożywania  procentów w miejscach publicznych. Ilość spożytego alkoholu tez nie ma tu żadnego znaczenia.
Trzeba by też liczyć się z trollowaniem i chamskimi docinkami zdrowej części naszego narodu. Dla niektórych każdy indywidualizm, jest powodem do obywatelskiej reakcji i przeciwstawieniu się  potencjalnemu złu.
A gdyby jeszcze w menu tak niechcący pojawiły się ośmiorniczki ?
W tym kraju, ośmiorniczek się nie wybacza.
Odłożyłem w końcu ten pomysł do archiwum w dziale "zwariowanie i takie sobie". Liczyłem na to, że nasiąkniemy zachodnią tolerancją, a tu dzieje się zupełnie odwrotnie.
Póki co pozostały mi marzenia, a marzenia to z reguły takie plany które są bez szans na realizację.
Sztuczna Inteligencja  wykreowała mi taki kolaż sytuacyjny do niniejszego tekstu.

Para na zdjęciu powyżej jest zdecydowanie starsza, ale być może AI chce mi powiedzieć, abym nie tracił nadziei. Żebym wierzył w mądrość ludową która mówi - co się odwlecze to nie uciecze. 

PS

Póki co mam prośbę. Nie informujcie o niczym mojej żony. W oczekiwaniu zaś na szczęśliwy uśmiech losu pozostawiam jeszcze jedno, choć nieco  inne spojrzenie na Wenecję 





03 marca 2026

Albo jesteś Niemcem, albo tylko podążasz za modą

Moja ciocia z Ameryki ma samochód na guziki - śpiewałem będąc gówniarzem. Ponieważ miałem w Ameryce ciotkę, byłem jakby do tego uprawniony. W latach 60- tych auto na guziki jawiło się jako coś fantastycznego. Niestety korzyści z amerykańskiej ciotki nie miałem, no może poza jedną paczką która przyszła na święta. W pudełku była szynka i boczek z puszki. Była też czekolada co zapamiętałem chyba przez tą wyjątkowość i jednorazowość przesyłki. W zamian za to ojciec musiał wytrzymać opieprz jaki rodzona siostra z Chicago urządziła mu w trakcie jednego z jej pobytów s starym kraju., Podobno był za mało rodzinny. W jej ustach rodzinny był synonimem słowa pokorny. Tak więc rodzinność dla niej wiązała się z uległością wobec kogoś, komu się za tą wielką wodą udało. Ojciec pozostał sobą, a więc paczki czy też kartki świąteczne z dwoma dolarami wewnątrz nie przychodziły. Szybko i ja nabrałem honorowego dystansu wobec rodaków z zagranicy, a nawet przez pewnie czas do wszystkich cudzoziemców. Z czasem wyłączyłem z tego dystansu cudzoziemców, a to za sprawą dwójki uroczych Francuzów z którymi od prawie 40 lat mamy fantastyczne, lepsze niż rodzinne relacje.
Z czasem chciałem poprawić relacje z amerykańską rodziną, podczas goszczenia w kraju córki owej ciotki. Kuzynka gościła w naszej górskiej chałupie, a przyjmowana była po staropolsku, bo i jak ojciec chciałem pokazać, że tu sobie jakoś radzimy. Pokaz wypadł chyba doskonale, bowiem po powrocie do USA kuzynka zerwała ze mną wszelkie relacje. Jak już kiedyś wspomniałem ludzie chcą wiedzieć, że ci się dobrze powodzi, ale nie lepiej od nich.
Wtedy już praca na czarno na budowie z "Meksykanerami" ( jak mówią Polonusi) czy nocna praca w amerykańskiej piekarni nie była już taka prestiżowa, a 10 dolarów znaczyło coraz mniej. Kiedyś wystarczało na parę Wranglerów, teraz taka para spodni kosztuje u nas w przeliczeniu na dolary już ponad 100 dolarów. Szwajcarzy producenci serów nie chcieli eksportować tam swoich wyrobów, ponieważ twierdzili, że przeciętny Amerykanin nie rozróżni smaku dobrego szwajcarskiego sera od kostki mydła. Dowodzi to tego, że nie tylko ja jestem do tej Great Ameryki uprzedzony.
Ostatnie wydarzenia polityczne w tym kraju potwierdzają jakby te szwajcarskie obawy i to ze znacznym rozszerzeniem. Uważam, że amerykanie w ogóle mają problem z rozróżnienie dobra od zła, ponieważ n pierwszym planie jest zawsze tak zwany big deal.
I teraz wracam do tytułu tego tekstu.
Zszokowałem się totalnie gdy w Gazecie trafiłem na artykuł zatytułowany :
"Wietrzysz w domu? Albo jesteś Niemcem, albo podążasz za nową modą."
Dalej też ciekawie:
" Ktoś robi to codziennie bez zastanowienia, a dla kogoś innego to nowa moda z Internetu. Dlaczego amerykańskie media zajmują się otwieraniem okien w domu?
Zaczęło się od filmów na platformach społecznościowych. Osoby promujące zdrowy styl życia otwierają okna i tłumaczą, że to zwyczaj praktykowany w Niemczech, a czynność nazywa się „lüften", czyli wietrzyć. Robi się to przez cały rok, także w mroźne dni - pouczają influencerzy. Zwyczaj polega na otwieraniu okna lub okien na kilka minut raz lub dwa razy dziennie. Można stosować też wietrzenie uderzeniowe -„Stoßlüften", wtedy otwiera się na raz więcej okien.
„Lüften" stało się w USA viralem, pojawiało się w dziesiątkach tysięcy postów na Tik Toku, Instagramie i Meta.."
Przetarłem oczy ze zdumienia. Czy potraficie w to uwierzyć?
I trochę dalej:

"Wymiana domowego powietrza na świeże skojarzyła się komuś z usuwaniem powietrza z brzucha niemowlęcia. Po karmieniu dziecko trzyma się pionowo, aż mu się odbije. Tak powstało angielskie określenie na wietrzenie domu „house burping", czyli odbijanie domu. "


Dla dociekliwych i na dowód, że nie są to moje chore fantazje, zamieszczam pod tekstem link do artykułu w Wyborczej.
Sprawdziłem w Internecie. Serwisy internetowe pełne są rolek w których to ludzie z fascynacją mówią o zaletach wietrzenia domu.
Kiedy byłem w pierwszych klasach szkoły podstawowej, a działo się to jeszcze za rządów towarzysza Władysława Gomułki, na lekcjach przyrody omawialiśmy zalety i sposoby wietrzenia w domu. Dowiedzieliśmy się jak rozkłada się w pokoju ciepłe i zimne powietrze i jak długo wietrzyć zimą.
Wietrzenie stało się naszą codzienną czynnością, choć niektórzy musieli do tego przekonywać swoich rodziców. Wtedy jednak zawód nauczyciela cieszył się odpowiednim szacunkiem i wystarczyło powiedzieć, że pani w szkole tak kazała. Rzeczywiście było kiedyś w naszym kraju inaczej.
Profesor doktor Wiktor Zin w ramach programów w TV rysował perełki architektury piórkiem i węglem, stąd tytuł tego programu. Kiedyś tym swoim węglem naszkicował starą chłopską chatę. Mówił o ogacaniu jej na zimę w ten sposób, że nie dało się otworzyć okien aż do wiosny. Profesor pozwolił sobie wtedy na taki komentarz:
- Ale wiadomo, że ze smrodu jeszcze nikt nie umarł, a ze świeżego powietrza się zdarzało.
Oczywiście w ustach Profesora był to sarkazm, a chata była z XVIII czy XIX wieku.
Jeżeli mieliście jeszcze jakieś kompleksy wobec tego wielkiego kraju za równie wielką wodą, to po przeczytaniu cytowanego artykułu powinny Was opuścić wszelkie wątpliwości.




24 lutego 2026

Gra ciałem, albo kartka z kalendarza

Marudom na narzekania, że znowu tylko o tych nartach, zdecydowanie odpowiadam - nie tylko.

Piątek 20 lutego 2024r.

Spojrzałem na prognozę pogody i doszedłem do wniosku, że to chyba ostatnie chwile na ośnieżone stoki narciarskie. W weekend planowane są obfite opady deszczu, a w połowie przyszłego tygodnia  trafi nam się pogoda do 15 stopni na plusie. Szybko też doszedłem do porozumienia z synem. Ja emerycki wolny ptak, on obywatel korpo, ale na małym jednodniowym urlopie. Cóż więc zabroni nam  tego kontaktu z przyrodą?  Przyrodą dziką mroźną i męską, chociaż co trzeba dodać uczciwie, kobiety stanowią na  stoku prawie 50 procent szaleńców.  Oczywiście  szaleńców w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Anglicy mają na to swoje określenie - freak, my od biedy możemy powiedzieć - pasjonaci.
Tradycyjnie wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca wyruszyliśmy na spotkanie z przyrodą. Tym razem nasz azymut wyznaczała stacja narciarska Czorsztyn Ski w Kluszkowcach.
Mam dziwny sentyment do tego miejsca. W czasach gdy posiadaliśmy starą chałupę w Gorcach,  odwiedzaliśmy ten stok regularnie, a już obowiązkowo zimową porą. Nie byłem tam jednak od ponad piętnastu lat, a więc targała mną ciekawość, taka sama jak oczekiwanie na aktualne zdjęcie byłej dziewczyny na Naszej Klasie ( pamiętacie ten czas i to uczucie ?)
Będzie czego żałować, czy nie będzie ?
Stacja narciarska rozbudowała się zdecydowanie i to na plus. Kiedyś dominowały wyciągi talerzykowe, przy których pysznił się tylko jeden kanapowy. Teraz narciarzy wywożą trzy kanapy, a talerzyki służą tylko najmłodszym.
Wszystko poszło sprawnie. Przy słonecznej pogodzie i kilkustopniowym mrozie, pozjeżdżaliśmy jak to mówią do bólu. Bólu jednak z powodu regularnego korzystania z roweru treningowego nie doświadczyłem. Ta metoda wzmocnienia nóg działa rewelacyjnie, a ja mogłem cały czas dotrzymywać kroku młodszemu synowi.
Nawet na takiej jednej nowej trasie, tak stromej, że zjazd na niej przypominał walkę o życie.
Udało mi się zjechać, oszczędzając tyłek.


                                                       

Kiedy zbieraliśmy się do domu, adrenalina zaczynała ustępować miejsca dopaminie i w takim właśnie nastroju wróciłem do domu. Stan ten trwa jeszcze w sobotę, kiedy piszę ten tekst.
Młody przygotował króciutki filmik który mam nadzieję, że tym razem odpali. Co prawda Młody promuje tu raczej siebie, ale wnikliwy obserwator zauważy też moje narty. Klimat zaś i otoczenie było dane nam wszystkim.


                                         
                                                     

W  sobotę temperatura wskazywała już 9 stopni na plusie i zaczęła się plucha. To było powodem mojej radości, że mieliśmy dość siły i samozaparcia, by wstać po piątej rano i gnać te 140 kilometrów  w stronę gór Jak wspomniałem już wyżej, mogłem z dużą swobodą przyjmować właściwe pozycje ciała w trakcie  jazdy na nartach. Jak się komuś wydaje że to tylko statyczne zjeżdżanie na deskach to się grubo myli. To walka z prawami przyrody, gdy czasem wykorzystuje się jej siły, a czasem próbuje z nimi 
walczyć. Tym razem jedno i drugie udało czynić wyjątkowo skutecznie.
Można powiedzieć, że była to taka gra ciałem na własny użytek.
W końcu narty to jakiś sport w którym  definicja określenia "gra ciałem" ma różne znaczenie w zależności od dyscypliny sportu. 
I tak w przypadku piłki nożnej, gra ciałem to technika wykorzystywania tułowia, ramion i nóg do ochrony piłki, zastawiania się, wygrywania pojedynków jeden na jeden oraz mylenia przeciwnika (zwody).
W koszykówce zaś (gra ciałem) to kluczowy element obrony i ataku, który musi mieścić się w ramach legalnej pozycji obronnej i zasad "cylindra
Nie wszystkim jednak gra ciałem wychodzi na zdrowie. W sporcie to kontuzje fizyczne i innych dziedzinach dochodzą uraz psychiczne.
Jest taki sport, a w zasadzie styl bycia, gdzie gra ciałem jest natychmiast zauważana, nagłaśniana i krytykowana. To celebryci.
Poniżej kilka artykułów potwierdzających moją tezę.

                                                        


                                                              


                                                          

Pomyśleć, że tym biedaczkom dla lepszego uprawiana gry ciałem nie wystarczy tak jak mnie rowerek, kilka skłonów i obrotów ciała. One  do tego zaprzęgły cały sztab ludzi z medycyną estetyczną włącznie.
A potem co ? Ludzie obejrzą, a zamiast pochwalić skrytykują. 
I czyż nie powinniśmy, choćby z tego powodu współczuć obecnym  celebrytom ? 

17 lutego 2026

Dzień jak co dzień, a jednak inny od poprzedniego

Znajomi chcą wiedzieć, że nam się dobrze powodzi.  Dobrze, ale w żadnym wypadku  nie lepiej od nich.  Kochani, idąc za tą życiową mądrością, zamieszczam dziś opis jednego z moich lutowych dni.
Obudziłem się wcześnie, jak zresztą każdego dnia. Świątek, piątek i niedziela wstaję o tej samej godzinie. Co to znaczy przyzwyczajenie. Ponieważ nie chciałem zrywać z łóżka żony, zaległem w ciepłej pościeli jeszcze na chwilę. Umysł jednak zdążył już włączyć się do życia i zaczął podrzucać mi plan dnia. Dodatkowo pojawiły mi się i inne takie sobie rozważania w stylu - dobrze coś zrobiłeś czy nie dobrze ? Miło zacząć dzień od pochwały, a ponieważ nie było nikogo wokół mnie sam siebie pochwaliłem za rozsądne gospodarowanie budżetem. Nie ulegam pokusom, promocjom i jak mówił Pan Peresada z "Siekierezady", nie wydaję pieniędzy na jakieś majonezy.
Połechtany mile tym autokomplementem,  zebrałem się w sobie. Zrobiłem nawet kilka skłonów i przysiadów więcej niż zazwyczaj, a zaraz potem  przystąpiłem do golenia zarostu. Robię to regularnie dzień w dzień, bez względu na to czy mam w tym dniu wychodne czy nie. Kiedy robiłem śniadanie, do okna w kuchni zaglądały ptaszki, tak jakby sprawdzając czy o nich przypadkiem nie zapomniałem.
Nie zapomniałem, ale sikorka to nie kot by ją karmić już  nad ranem.
Po pierwszej  kawie sypnąłem ziarna słonecznika sikorkom, naciągnąłem mocniej czapkę na głowę i wsiadłem do samochodu. Przywitał mnie pisk kontrolera ciśnienia w oponach. Zimą, zwłaszcza przy temperaturach poniżej -10 stopni to rzecz  zupełnie normalna. Rozmawiałem nawet o tym wczoraj z synem, ponieważ i u mnie i u niego zapiszczało koncertowo. On dopompował koła, a ja nie zdążyłem.
Spoko, pomyślałem, dzisiaj też jest -12 stopni. Niestety, ale starcza potrzeba sprawdzania wszystkiego po kilka razy zatriumfowała i tym razem.
Wylazłem z auta i omiotłem  wzrokiem opony, oceniając ilość sprężonego w nich powietrza. Wszędzie było w miarę i już miałem wracać do środka, kiedy coś błysnęło mi na boku jednej z opon.
Pochyliłem się niżej. Tylna lewa opona posiadała  coś co normalnie nie powinno się tam znaleźć. Srebrny wkręt wystawał  złowieszczo z gumy. Połowa była elegancko wciśnięta, a  druga połowa wystawała na zewnątrz. Ponieważ do najbliższego zakładu wulkanizacyjnego miałem ok 5 km, a w oponie było jeszcze powietrze, zaryzykowałem jazdę. W tym dniu miałem bowiem kilka spraw nie cierpiących zwłoki.
Dzięki bogu skończył się już okres wymiany opon z letnich na zimowe, a więc bez czekania skierowano mnie na stanowisko.
Kiedy pracownik zakładu zdjął oponę, skrzywił się i rzekł:

- Spytam szefa, ale uszkodzeń w tym miejscu nie naprawiamy.

Szef był tego samego zdania. Śruba tkwiła w dziwnym miejscu. Ani to bieżnik, ani bok opony. To tak ładnie na styku tych powierzchni, czyli tam gdzie opona pracuje najbardziej.
Na styku splotu stalowego i  oplotu sznurkowego.

                                                                                                  

- Trzeba będzie kupić nową oponę. Zapraszam do biura. Może Pan u nich zamówić.

Troskliwy człowiek z obsługi spytał ile lat jeżdżę na tych gumach, bo może trzeba wymieniać do pary.

- Dopiero drugi sezon, a więc pewnie nie mają jeszcze przejechanych nawet 10 tysięcy kilometrów.

- To dobrze bo przy większych przebiegach sugerowałbym wymianę dwóch.

Spodobało mi się  nawet,  że nie straszą, a jedynie sugerują. Dla mnie jednak bezpieczeństwo jest ważne. Zamówiłem, zostawiłem kapcia w warsztacie, a uzbrojony w tak zwaną dojazdówkę wyruszyłem w miasto. Guma nie guma, a tu trzeba  załatwić listę spraw i to w danym dniu.
Dojazdówka to opona o mniejszych rozmiarach i możliwościach. Maksymalna szybkość na takiej oponie to 80 km/godz o czym informują specjalne naklejki na feldze. Poza tym to dojazdówka to  opona letnia, bo o ile wiem nikt nie robi wersji zimowej.
To było pierwsze użycie tej dojazdówki. Kupiłem ją zaraz po nabyciu samochodu, a ten firmowo wyposażony był w zestaw do klejenia na drodze, czyli wpuszczanie w razie potrzeby pod ciśnieniem takiego uszczelniającego świństwa z którym nie chcą mieć potem nic wspólnego wulkanizatorzy

                                                                                       

Jeżdżąc delikatnie i ostrożnie załatwiałem sprawy. Dotarłem z powrotem do warsztatu około 13.30.
Fachowcy wymienili koło i tak dojazdówka wróciła to plastikowego pokrowca, a nowa opona na oś.
Rachunek zamknął się kwotą 500 zł-. Jak to mówią, nie jadł nie pił.
Wróciłem do domu z takimi oto przemyśleniami, bo każda sytuacja w życiu wywołuje w człowieku potrzebę analizy i wyciągnięcia wniosków
  • Po pierwsze. Tak dziwne miejsce uszkodzenia koła, przy odrobine czarnowidztwa wskazuje na czyjś akt dywersji  czyli celowe wkręcenie tam śruby.
  • Po drugie. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ma co cieszyć się z jakiejś górki w oszczędnościach, ponieważ przewrotny los zaraz znajdzie dziurę do zasypania ową zaoszczędzoną forsą.
Z wiadomych powodów starałem się nie myśleć o tym, że jest jeszcze takie jedno takie popularne przysłowie. Brzmi ono tak - Nieszczęścia chodzą parami.
Na koniec chciałbym odeprzeć ewentualne zarzuty o to, że zacząłem praktykować  starcze skąpstwo.  Ponieważ obecnie najlepiej przemawia do nas mem,  niechaj więc ten mem przemówi:


                                                                               

I to by było na tyle, jak mawiał profesor  mniemanologii stosowanej  Jan Tadeusz Stanisławski