27 października 2026

Czyżby mój czas już minął?

Świat się zmienia. To żadna świeża myśl, nic odkrywczego. Do tego ruchu trzeba się przyzwyczaić i chociaż próbować być na bieżąco. Najbardziej znany w historii Albert powiedział, że „Życie jest jak jazda na rowerze. Aby zachować równowagę, musisz się poruszać”.
Motywuję się więc, by być na bieżąco. Wyznaję zasadę, że ten kto nie idzie do przodu ten się cofa. Obsługuję dobra technologiczne współczesności, czego dowodem jest mój flirt z AI. Odnoszę wrażenie, że udaje mi się dotrzymać kroku codzienności. Co prawda kiedy dochodzi do plebiscytu na młodzieżowe słowo roku to nie potrafię odnaleźć właściwego znaczenia danego słowa, ale gdybym wyszedł z angielskim poza minimalne ramy pewnie byłoby mi lżej. Przy tej okazji pojawiały się u mnie wątpliwości czy ja jestem zrozumiały dla młodych ludzi. Tutaj wykonałem też pewną pracę. Od pewnego czasu w rozmowach z młodymi ludźmi:
  • Nie podaję cytatów bez podania jego autora, a przy okazji nazwiska podaję jeszcze profesję i okres w którym żył. Czasem i te dokładne informacje nic nie mówią mojemu rozmówcy.
  • Nie powołuję się na aktorów i filmy z przeszłości. Z muzyką jest podobnie, o książkach z przeszłości już nawet nie wspominam.
W zasadzie te rozmowy zaczynają być nieco płaskie i sztampowe.
Nie jest moim zamiarem krytykować ludzi młodych, bo to taka maniera starszych, zaczynająca się od słów - za naszych czasów..
Przy okazji zastanawiam się jak bardzo cierpią z powodu mojego niezrozumienia tematu ci młodzi ludzie z którymi przyszło mi zamienić parę słów, wychodząc poza zwyczajowe gesty uprzejmości.
Właśnie wpadł mi w ręce  quiz pod tytułem - Sprawdź czy dałbyś radę dogadać się z prababcią.
Quiz zamieściła wyborcza.pl w sekcji Kobieta i chodzi w nim o znajomość anachronicznych określeń.
Sprawdzę się, co mi szkodzi. Chociaż mam swoje lata i nie znałem pradziadków, to dla mnie dziadkowie to jakby dla młodszego pokolenia ten sam przedział co pradziadkowie. Tylko powiedzmy to uczciwie, ja mam fory z powodu wieku.
Quiz wymagał zaznaczenia jednej z trzech zamieszczonych   pod pytaniem odpowiedzi.

Chodziło o znaczenie słowa :

  1. Absztyfikant
  2. Epistoła
  3. Fatałaszki
  4. Drzewiej
  5. Klawe
  6. Zacne
  7. Kajet
  8. Kandelabr
  9. Rejterować
  10. Babizna
  11. Pacholę
  12. Wikt 

 Odpowiedziałem poprawnie na 11 z 12 pytań. W zasadzie przechytrzyłem 10 pytanie ponieważ uznałem że odpowiedź "spadek po babci" jest czystą prowokacją. Być może za dużo naoglądałem się Milionerów z ich podstępami i się zasugerowałem. Co prawda nigdy nie używałem, ani nie słyszałem słowa babizna, ale często używałem słowa ojcowizna. Zauważyłem też, że mój automatyczny słownik poprawnej polszczyzny w komputerze, nie podkreślił 11 znanych mi sformułowań. Podkreślił za to ową feralną babiznę. Wstydzić się jednak nie ma czego bo autorzy quizu tak mi odpowiedzieli:

Brawo, to świetny wynik! Bez większych problemów udałoby ci się dogadać z prababcią. Tak niewiele zabrakło ci do kompletu punktów...
Zabrakło mi jednego. Gdyby jednak słowo brzmiało babciowizna nie byłoby problemu.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, a może jednak nie najgorsze, że ja tych pozostałych określeń używałem lub używam na bieżąco. Są w tekstach które piszę i w rozmowach z ludźmi. 

  • W mojej gorczańskiej wsi określenie "wikt" jest powszechnie używane do dzisiaj
  • Kiedy smakuje mi jakieś wino o pełnym aromacie mówię, że jest zacne.
  • Rozgałęziony świecznik był dla mnie  kandelabrem
  • W piosenkach Młynarskiego słowo kajet występuje choćby w piosence "Jeszcze w zielone gramy." W Kabarecie Dudek przy rozmowie z fachowcem jest:  Jasiu weź kajecik i pisz...
  • Na narzeczonego, ale takiego nie do końca akceptowanego zwykło się nieco złośliwie mówić absztyfikant.
Tylko, że teraz w rozmowach, jak wspomniałem powyżej, muszę zapytać najpierw na przykład - Znasz twórczość Wojciecha Młynarskiego, śpiewającego poety?
Czyżbym się zagapił i nie zauważył, że odjechał mi ten świat?
Pogodzę się tą myślą, bo znam swój numer PESEL.
Nie przyjąłbym jednak do siebie oceny, że odjechał mi peron, choć świat jest zdecydowanie większy od peronu.
Młodzi jednak doskonale wiedzą o co mi chodzi.  







20 października 2026

Portugalia przez szkło, czyli historia pewnego prezentu

Z okazji naszych imienin, a to już jakiś czas temu, otrzymaliśmy prezent. Naszych to znaczy mojej żony i moich, bo tak się jakoś składa, że mamy je dzień po dniu. W związku z powyższym goście przychodzą do nas często z jednym, wspólnym prezentem i ja jak małe dziecko muszę się cieszyć z jakieś fantastycznego gadżetu do kuchni. Może to być na przykład nowy obrus lub miska na sałatę. No proszę, wszedł ze mnie mały chłopczyk, łasy na prezenty. Nie żebym był materialistą, ale mam wtedy mieszane uczucia, które z czasem przysłoniłem fałszywym nieco uśmiechem zadowolenia. Wiadomo, że w niektórych częściach Polski, obchodzenie imienin jest obowiązkowe i bardzo ważne. Do takich miejsc należy niewątpliwie Małopolska. To się jednak kończy, bowiem młodzi coraz częściej obchodzą jedynie urodziny i to w pubach czy knajpkach. Obowiązują wtedy zasady, że ustalona ilość alkoholu i coś do niego jest w gestii jubilata, a jeżeli ktoś ma większe aspiracje konsumpcyjne to robi to na własny rachunek. Może to jest lepsze od naszych imprez. Solenizant czy jubilat za naszych czasów, przygotowywał jedzenie, a potem do upadu obsługiwał gości. Tutaj barman podaje piwo, a przy kolejnym mówi - Ty już swoje wypiłeś. Ten zaś z pewnością na barmana się nie pogniewa.
My też zmieniliśmy oprawę naszych spotkań z okazji. Po pierwsze grono znajomych kurczy nam się z każdym rokiem, a po drugie skupiamy się na rodzinnych spotkaniach w których priorytetem są relacje z synami i synowymi oraz wnuczką. Ktoś powie, że zdziadzieliśmy i może ma rację. Ja zaś nazywam to ewolucją.
Zwał jak chciał. Od młodszego Syna i jego Żony otrzymaliśmy vouchery na spotkanie z winem. W profesjonalnym punkcie sprzedaży i konsumpcji, wieczorową porą w piątek, zorganizowano kolejną degustację komentowaną. Tym razem poświęconą winom z Portugalii. Najpierw musiałem jednak opracować całą logistykę transportu. Mieliśmy do czynienia z konsumpcją wina, a więc samochód odpadał. Z kolei wyjazd ze wsi do miasta, szczególnie z wózkiem to już prawdziwe "mission imposible". Transportu na aplikację jakoś jeszcze nie praktykowaliśmy, a nie chcieliśmy ponieść klęski transportowej akurat w tym dniu. Zresztą całkiem do niedawna nasza wieś była w tej kwestii nie obsługiwana.
Nie da ci ojciec, nie da ci matka, tego co może dać ci sąsiadka. Tak też się stało.
W drogę do lokalu pojechaliśmy naszym samochodem, z sąsiadką jako dodatkowym pasażerem. Przez winiarnią sąsiadka zasiadła za kierownicą i odwiozła nam samochód pod dom.
Pozostała droga powrotna, ale tą zdecydował się obsłużyć młodszy syn, autor pomysłu na prezent.
Tak prawdę powiedziawszy to z reguły za pomysłami stoją synowe. Mądre synowe zabiegają o to, by więzi syna z rodzicami trwały choć po japońsku, czyli jako tako. Nie mówię tu o mamisynkach którym powinno się pępowinę odciąć, ale to już temat na inny post.
Kiedyś z okazji Dnia Ojca i Matki dostaliśmy dwa kubki. Na jednym napisane było - Prezent od syna na Dzień Ojca, kupiony przez synową. Na drugim - Prezent na Dzień Matki od syna, kupiony przez synową. Było śmiesznie, ale to dobrze że mamy taką synową.

 W myśl moich zasad, byliśmy tam dokładnie na 5 minut przez zapowiedzianą godziną, czyli punktualnie. Małe zamieszanie z usunięciem stołka dla żony, bo wiadomo, że ona przybyła na swoim. Można zaczynać.
Uczestników było około 25 osób, w większości młodych ludzi. Nam przypadło miejsce na przeciw dwóch pań w średnim wieku. Młodszych od nas, ale jakby to powiedzieć, z naszego przedziału wiekowego, czyli jakieś minus do 10 lat.
Po degustacji pierwszego wina znaleźliśmy już wspólny język. Od tej pory było bardzo miło.

                                                                          



Sommelier prowadzący to spotkanie, opisywał regiony winne Portugalii skupiając się na różnicach. Potem poszły po kolei trzy wina białe, w tym jedno typu "blanc de noir", czyli białe wino robione z czerwonych winogron. Zabawa polega na sposobie produkcji. Sok oddziela się od skórek zaraz po wytłoczeniu. Praktyce w winnicy zawdzięczam, że popisałem się wiedzą na pytanie, co to za wino?
Potem przyszły trzy wina czerwone , a na koniec jakże by inaczej, tradycyjne portugalskie porto.
Dodatkowo stoły zastawione przekąskami od świeżutkiego pieczywa zaczynając, poprzez oliwę, oliwki, humusy wszelkiej maści, Na koniec ser w kilku wydaniach i wędliny regionalne długo dojrzewające.
Zwykle przyjęło się, że degustacja to 20 do 25 ml wina w degustacyjnym kieliszku pojemności 210 ml.
Sam takie degustacje w winnicy prowadziłem, a więc wiem. Tutaj postawiono przez nami kieliszki 350 ml i lano do nich 50 ml wina, a jeżeli komuś wino smakowało można było podstawić kieliszek po raz drugi. Jak domyślacie się, skorzystałem kilka razy z tej okazji.
Miłośniczka białych win czyli moja żona, delikatnie tylko degustowała czerwone wina, przekazując mi kieliszek. Z przyjemnością uwalniałem małżonkę od tego kłopotu. Żebyśmy dobrze się rozumieli, to spotkanie nie wyszło poza ramy degustacji, ale wino ma to do siebie, że rozwiązuje języki. Popycha nas to do miłej i co najważniejsze kulturalnej dyskusji. Najpierw o samym winie, a potem na tematy poboczne nie pozwalając jedynak na wyjście z formy. Bawiliśmy się wspaniale do czasu kiedy pojawił się syn, gotowy do odwiezienia nas do domu. Nie powinniśmy być zdziwieni, bowiem sami daliśmy mu sygnał do tego, ale czas tak szybko mija w dobrym towarzystwie. Przed wyjściem kupiłem butelkę oliwy, paczkę wędlin i oczywiście dwa wina: białe i czerwone.
Wróciliśmy do domu przed 22.00, pełni wrażeń i z postanowieniem, że jeszcze kiedyś tam wrócimy.

Pracujemy nad logistyką transportu i być może uda nam się tak załatwić, by nie angażować do tego własnych dzieci. Oni mają swoje życie, a my cieszmy się swoim.
Ostatnio przeczytałem taką mądrość:
Są kobiety z którymi chce się wypić, za które chce się wypić i takie przez które chce się wypić.
Dobrze że moja żona spełnia te dwa pierwsze przypadki. Niestety aforyzm kończy się stwierdzeniem:
Stąd alkoholizm u mężczyzn.
Myślę że ta nasza wspólna fascynacja winem nie wychodzi poza ramy degustacji. z tą różnicą że nasze kieliszki mają po 550 ml pojemności. Znajomy nie wierzył, musiałem mu odmierzyć. Oczywiście do takiego kieliszka nadal leje się 50 -75, no powiedzmy 100 ml, ale wspaniale kręci się w nich czerwone, aby uwolniło swój cały aromat.





13 października 2026

Tak się nie robi, a on robi i co mu zrobisz ?

Grupa po Budą od lat śpiewa piosenkę pod tytułem, bardzo smutna piosenka retro.
Zaczyna  się ona od słów:

Lato było jakieś szare
I słowikom brakło tchu
Smutnych wierszy parę,
Ktoś napisał znów
Smutnych wierszy nigdy dosyć,
I zranionych ciężko serc
Nieprzespanych nocy,
Które trapi lęk

No można o tym lecie wiele powiedzieć, ale szare to z pewnością nie było. Gorące, skwarne, piekące, płonące, ale nie szare. Artyści asekurowali się, nazywając ją w tytule " Smutna piosenką retro".  
Synoptycy mówią, że czekają nas lata z jeszcze większą temperaturą i ekspozycją słońca. 
Lato  jednak dobiega końca, a eksperci z portalu Severe Weather Europe (SWE) zaktualizowali prognozy dotyczące opadów śniegu w Europie zimą. Wygląda na to, że będzie ona zróżnicowana i pojawią się okresy, gdy białego puchu zabraknie, jak i takie, gdy spadnie go sporo. Niewykluczone, że najbardziej śnieżnym miesiącem będzie styczeń.
Przeczytałem tę prognozę na nadchodzącą zimę, godna nazwania jej góralską prognozą.
Bo będzie  śnieg, albo i nie. Jak będzie to czasem więcej, a czasem mniej, czyli jak w życiu.
Ja tam przygotowuję się do sezonu jak zwykle. No nie jak zwykle, teraz dołożyłem jazdę na rowerku treningowym aby wzmocnić nogi przed sezonem narciarskim. Z początkiem roku to rzeczywiście podziałało.  
W takie chłodne i deszczowe dni spoglądam bez entuzjazmu w telewizor.  Kanałów ponad setka, a nie ma co oglądać. Może ja jestem trudnym widzem?  Nie schodzę poniżej pewnego poziomu, a wiele ambitnych pozycji filmowych już widziałem. Poza tym odpuszczam sobie te filmy które latają po 23.00.
Ponoć w moim wieku trzeba w końcu zacząć higieniczny tryb życia.
Gdzież te czasy, kiedy telewizja emitowała ambitne filmy, jak kolekcja Ingmara Bergmana po 23.00 właśnie. Wszystkie je obejrzałem choć trwało to nieraz prawie do 1.30.
No ale wtedy miałem 20 lat mniej. 
Zastanawiam się czy gdyby teraz, powiedzmy o 21.00 emitowali - " Det sjunde inseglet" czyli "Siódmą pieczęć" to też zasiadałbym przed TV z takim samym entuzjazmem. No cóż, chcę myśleć o sobie dobrze.
Stacje telewizyjne walczą o widza mainstreamowego. Takiego najłatwiej zadowolić.  Takiemu klientowi próbuje się wejść do d*py, a publisia jak ją ironicznie nazywała Olga Lipińska, głosuje pilotem.
Dlatego jak komuś nie pasuje" Śmierć pod palmami" to alternatywnie może obejrzeć "Śmierć z dala od palm"
 


 

Od pewnego czasu  duże sklepy spożywcze, tak zwane sieciówki, sprzedają masło w rewelacyjnych cenach. Po okresie kiedy kostka dobijała do 10 zł za 200g , nastała totalna taniocha.  Najniższa cena jaką zapłaciłem to było 0,99 zł-/opakowanie przy zakupie trzech sztuk.
Oczywiście to było masło maślane czyli takie o zawartości 82-83% tłuszczu
Przy tej cenie wspomniane masło maślane pojawia się w dużych ilościach dosłownie wszędzie.
Kiedy przeglądamy Internet, nasz ekran robi się cały tłusty.  My zaś powoli przyzwyczajamy się do tej sytuacji i bardziej świadomie lub nie, dokładamy do tego swoją kostkę 
O czy mówię ? O określeniach, takich jak poniżej
  • Fakt autentyczny
  • Cofać do tyłu
  • Spadać w dół
  • Akwen wodny
  • Miesiąc sierpień
  • Okres czasu
  • Dalsze konsekwencje
  • Oliwa z oliwek
  • Kopia oryginału 
  • Efekt końcowy 
 Tak się nie mówi, tak się nie pisze. Weźcie jednak pierwszą z brzegu butelkę z oliwą  i co tam napisano?  A sieć? Proszę bardzo


Tak mi się wydawało, że gwiazdor to naprawdę znany i popularny człowiek.
Tylko, że nastąpiła znaczna dewaluacja określeń. Teraz artysta lub gwiazda  to ktoś kto pokaże publicznie d*pę na estradzie, albo opublikuje parę głupot w sieci.
Przy okazji sam uderzę się we własne piersi, bo chociaż mam świadomość, to od czasu do czasu coś mi tam się wyrwie.
Mój kolega z pierwszej pracy, święć panie nad jego duszą, mówił kiedyś: Widziałem u kumpla taki obraz.  Pastelę olejem malowaną. 
Ale czy ja nie mam innych zmartwień? Mam a każdy dzień przynosi nowe Czasem mnie prowokuje podrzucając takie na przykład teksty:

 Na pozycji libero podczas zakończonych niedawno ME mieliśmy Jakuba Popiwczaka i Maksymiliana Graniecznego. Pierwszy z nich o swoich początkach z siatkówką mówił w wywiadzie z "Weszło" tak: "Byłem takim karakanem, że wszyscy z boku, patrząc na mnie, mówili: "Przecież ten chłopaczek nie ma szans z dorosłymi". A później się często dziwili".

Popiwczak ma 180 cm wzrostu, a fakt, że gra dziś w siatkówkę, nie może być dużym zaskoczeniem ze względu na to, że również jego tata wiele lat spędził na parkiecie. "Ojciec, zanim zmieniły się przepisy, był rozgrywającym. Dopóki nie istniała jeszcze pozycja libero, niscy zawodnicy byli wykluczeni. Ciężko im było rywalizować z wysokimi graczami. Libero pojawili się w 1998 roku. To był dla taty nowy start i idealna pozycja. Ojciec grał długo na poziomie II ligi, czyli na trzecim szczeblu rozgrywek. Był ulubieńcem legnickich kibiców" — tłumaczył w Weszło.

No proszę, jeżeli Popiwczak przy swoim wzroście był nazywany karakanem, to co powiedzieć o mnie?
Jestem przecież  zdecydowanie niższy.
A mówcie co chcecie, nie dam się sprowokować.
Wszystko zaś jest na tym świecie względne i tego się będę trzymał.




 

06 października 2026

Pokaż mi swój genom, a powiem Ci dlaczego jesteś taki jaki jesteś

Jeżeli ktoś kiedykolwiek zastanawiał się jak to się działo, że Ozzy Osbourne żył pomimo wypicia morza alkoholu połączonego nierzadko z masą różnych innych używek i narkotyków już nie musi tkwić w niewiedzy. Ozzy Osbourne jakiś czas temu, a więc jeszcze za życia (RIP ) pozwolił amerykańskiej firmie odczytać cały swój genom.
Wyniki badań DNA ujawniły unikalne warianty genów, które wyjaśniają, jak legenda rocka przetrwała dekady szalonego trybu życia. Wyniki okazały się zbieżne z oczekiwaniami — organizm legendarnego muzyka miał genetyczne predyspozycje do radzenia sobie z używkami.

                                                                         google.com


W 2010 r., po trzech latach namawiania przez naukowców, muzyk oddał próbkę krwi, a genetycy zabrali się do pracy. Odczytanie całego genomu człowieka to pracochłonne zadanie. Przed Ozzym tej procedurze poddano zaledwie kilka osób, w tym m.in. profesora z Uniwersytetu Harvarda Henry’ego Louisa Gatesa oraz współodkrywcę DNA, Jamesa Watsona.
Bardzo ciekawe zestawienie prawda? Dwóch naukowców zbadan,o by odkryć skąd w nich taka mądrość i pewnego starego rockmana, aby znaleźć odpowiedź na pytanie - Jak można prowadzić takie szalone życie i nie umrzeć. Wypić więcej i to bez konsekwencji to chyba jedno z największych marzeń ludzkości. 
Sam Ozzy był dla siebie zagadką. W jednym z wywiadów mówił tak:

"Biorąc pod uwagę ilość alkoholu, którą wypiłem przez te lata — nie wspominając już o kokainie, tabletkach nasennych, syropie na kaszel… wymieniaj dowolnie — naprawdę nie ma żadnego logicznego medycznego powodu, dla którego wciąż żyję. Może moje DNA odpowie, dlaczego?

Co więc odkryto w genach Ozzy’ego? Cytuję za artykułem w National Geografic.pl

Wyniki okazały się niezwykłe. "Ozzy posiada kilkaset tysięcy wariantów genów, których naukowcy nigdy wcześniej nie widzieli" — powiedział Nathaniel Pearson, dyrektor ds. badań w Knome, w rozmowie ze Scientific American, po badaniu.
Nie wszystko jednak było zagadką. Wiele z tych wariantów dotyczyło sposobu, w jaki mózg przetwarza dopaminę. Ozzy Osbourne ma 2,6 razy większe prawdopodobieństwo doświadczania halucynacji po marihuanie, większe ryzyko uzależnienia od kokainy i "około sześciokrotnie wyższe predyspozycje do uzależnienia od alkoholu" — powiedział Pearson. Geny Osbourne’a sugerują również, że wolno metabolizuje kofeinę.
Znaleziono także dziwny fragment genu kodującego dehydrogenazę alkoholową — enzym kluczowy w metabolizmie alkoholu. Może to tłumaczyć wyjątkową "zdolność" organizmu Ozzy’ego Osbourne’a do przyjmowania dużych ilości alkoholu.
Z kolei zmiany w funkcjonowaniu genu TTN, który reguluje wiele procesów w układzie nerwowym, naukowcy powiązali ze słuchem muzyka i drżeniem jego rąk. "To facet, który grał heavy metal przez dekady i nadal słyszy" — powiedział Jorge Conde, dyrektor generalny Knome. Drżenie, jak okazało się po kilku latach, było zapowiedzią choroby Parkinsona.
Potwierdziło to niejako stwierdzenie które słyszałem parę razy, że Ozzy był kosmitą.
             Swoją drogą jakże zmienił się świat po odkryciu DNA. Kiedyś wyjątkowe osobistości pozostawiały swój mózg naukowcom, by ci odkryli przyczynę ich niezwykłego życia. 
Wśród nich znajdziemy takie postacie jak choćby:

  • Józef Piłsudski – polski marszałek samodzielnie podjął decyzję o przekazaniu swojego mózgu nauce. Chciał, aby wileńscy uczeni zbadali strukturę jego organu w celu odkrycia tajemnicy jego geniuszu dowódczego i politycznego. Badania opublikowano w formie specjalnego atlasu, jednak w czasie II wojny światowej sam mózg zaginął. 
  • Albert Einstein – sprawa jego mózgu jest najbardziej kontrowersyjna. Choć fizyk życzył sobie kremacji całego ciała, to podczas autopsji w 1955 roku patolog Thomas Harvey samowolnie wyciągnął i zabezpieczył jego mózg. Dopiero po czasie rodzina Einsteina wydała oficjalną zgodę, by organ posłużył celom naukowym. 
  • Charles Babbage – XIX-wieczny angielski matematyk nazywany „ojcem komputera”. Przekazał swój mózg nauce, a jego części można oglądać do dziś w Science  Museum w Londynie. 
  • Włodzimierz Lenin – po jego śmierci w 1924 roku, komunistyczne władze ZSRR nakazały wyjęcie jego mózgu. Do Moskwy sprowadzono wybitnego niemieckiego neurologa Oskara Vogta, który przez lata badał strukturę komórkową mózgu Lenina, próbując dowieść materialistycznej teorii geniuszu przywódcy. 
Teraz wystarczy napluć do szklanki lub oddać kroplę krwi. 
- Czyż to nie fantastyczne? - myślę oglądając z mieszanymi uczuciami mózg kogoś sławnego, zanurzony w formalinie i umieszczony w zakurzonym słoju na jakiejś zapomnianej półce pracowni.

Bada się wielkich, by odkryć powód tej wielkości, a złych by odkryć gdzie siedziało w nich to zło.
A czy ktoś badał tych wyjątkowo dobrych,  by odkryć jakie łańcuchy DNA za to odpowiadają?
Nie słyszałem.
A przecież po odkryciu źródła dobra w człowieku można by, być może ustalić jak owe łańcuchy zmobilizować do działania. Nasz świat stałby się wtedy najwspanialszym ze znanych nam światów

Na koniec reakcja rodziny.

Co oni myślą o tym, że żyli z kimś wyjątkowym?

— Zawsze mówiłam, że po końcu świata zostaną tylko karaluchy, Ozzy i Keith Richards — stwierdziła Sharon Osbourne, widząc wyniki badań genetycznych swojego męża. .

                                                       
                                                                                        źródło  waterfordwhispersnews.com/


Dobra informacja na koniec jest taka:
Obecnie odczytywanie całego genomu jest praktyką powszechną, znacznie szybszą i dostępną dla każdego. Wyspecjalizowane firmy sprzedają taką usługę za cenę około 600 dolarów.

 Założyłem, że wszyscy wiemy kto to Ozzy i Keith. Jeżeli jednak jest inaczej, informuję, że:

  • John Michael „Ozzy” Osbourne ur. 3 grudnia 1948 , zmarły 22 lipca 2025 to brytyjski piosenkarz, muzyk i autor tekstów. Wieloletni wokalista heavymetalowego zespołu Black Sabbath.

    Keith Richards ur. 18 grudnia 1943 to brytyjski muzyk, współzałożyciel i gitarzysta zespołu The Rolling Stones, ponadto autor tekstów i sporadycznie wokalista oraz aktor.   



na podstawie :  https://www.national-geographic.pl/nauka/ozzy-osbourne-pozwolil-naukowcom-odczytac-caly-swoj-genom-wyniki-badan-wiele-wyjasnily/

29 września 2026

O powodach topnienia lodowców, surrealistycznym kinie lat siedemdziesiątych i nie tylko

Na liście moich ulubionych filmów znajduje się " Widmo Wolności", film z 1974. Widziałem go i polecałem znajomym wielokrotnie. Premiera miała miejsce w Polsce w 1975r. i w tym właśnie roku widziałem go w kinie. Miałem wtedy siedemnaście lat i skłonność do buntu.
Film składa się z luźnych epizodów pozbawionych pointy. Znajdziemy tam sekwencję z mnichami grającymi w pokera o medaliki. Historia zniknięcia dziewczynki, która zjawia się z rodzicami w komisariacie, gdzie ignoruje się jej obecność i kontynuuje poszukiwania. Jest i historia snajpera, który z dachu wieżowca strzela do przechodniów, a pojmany i osądzony wysłuchuje wyroku śmierci i spokojnie wychodzi z sali, rozdając autografy. Ciekawy wykład profesora o społecznych konwenansach, ilustrowany opowieścią o przyjęciu, w czasie którego goście zasiadają wokół stołu na sedesach, a jedzenie - jako czynność wstydliwa odbywa się w zamknięciu.


             


Powyżej dwa plakaty z filmu, jeden wyluzowany, zachodni, a drugi to tak zwana "polska szkoła plakatu". Ten nasz miałem kiedyś w pokoju nad łóżkiem. Odkleiłem go ze słupa ogłoszeniowego, zanim klej wysechł. Przyznaję się do tego po latach.
Reżyserem filmu był Luis Bunuel uważany za jednego z najwybitniejszych reżyserów w historii kinematografii. Powszechnie nazywany jest ojcem kina surrealistycznego, którego był twórcą i propagatorem. Był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Oprócz sztuki reżyserii, Buñuel studiował również religioznawstwo, zoologię, historię i rolnictwo. Podczas studiów na uniwersytecie w Madrycie poznał Salvadora Dali, z którym się zaprzyjaźnił. Można było przypuszczać, że te dwa nazwiska to idealny przepis na mieszankę wybuchową.
W 1928 roku, dzięki pomocy finansowej swojej matki, reżyser zrealizował wspólnie z Dalim swój pierwszy film " Pies andaluzyjski". Obraz ten był jednocześnie manifestem kina surrealistycznego.  Film wywołał wielkie emocje w całym kraju i tym samym zrealizował cel jaki postawili przed sobą jego twórcy - zaszokował.
Potem rozpoczął się okres tworzenia dzieł wybitnych, a nierzadko arcydzieł. W najgorszym wypadku filmów wzbudzających ożywiona dyskusję.
Po obejrzeniu "Widma wolności" rzuciłem się jak szczerbaty na suchary na inne jego filmy.
Zapisałem się nawet do dyskusyjnego klubu filmowego, ale na objerzenie "Psa andaluzyjskiego" musiałem jeszcze parę dobrych lat poczekać. Wtedy był nieosiągalny.
Dlaczego zaczynam od wspomnienia tego filmu w którym, jak by to powiedzieli współcześni młodzi widzowie, reżyser odpiął wroty?
Bunuel tłumaczy nam, że Człowiek jest niby wolny, a uwięziony przez konwenanse.
Poszczególne historie pokazują co by było gdybyśmy te konwenanse odwrócili o całe 180 stopni.
Zajmijmy się więc konwenansami.
Niedawno wpadł mi w oczy tekst: Nietypowy problem na Evereście. Zaciekawiony zerknąłem niżej.
Podtytuł - "Mocz przyczynia się do topnienia lodu" zaraz skojarzył mi się ze sceną przyjęciu z opisywanego powyżej "Widma Wolności", 
W scenie w której  goście zasiadają wokół stołu na sedesach, a jedzenie - jako czynność wstydliwa odbywa się w zamknięciu.
Dalej nie będzie więc przepisu na serniczek, a roztrząsanie tematu efektów ubocznych przemiany materii. Wrażliwi mają się szansę wycofać.
Do tej pory znałem dwa powody zanikania lodowców:
  • Gazy cieplarniane: Spalanie paliw kopalnych i wycinka lasów zwiększają ilość dwutlenku węgla w powietrzu.
  • Wzrost temperatur: Cieplejsza atmosfera i cieplejsze prądy morskie ogrzewają lodowce od góry i od dołu.
Od 50 mln lat Mount Everest opiera się siłom natury. Teraz musi mierzyć się z nietypowym zagrożeniem: ludzkimi potrzebami fizjologicznymi. Jak ustalił międzynarodowy zespół naukowców, sam mocz pozostawiany na lodzie, może każdego roku powodować topnienie ponad 150 ton lodu i śniegu.
Powód jest prosty: mocz jest ciepły. "Ma temperaturę około 37 st. C, czyli odpowiadającą temperaturze ludzkiego ciała, i prowadzi do topnienia lodu"
"Rosnąca liczba wspinaczy, turystów pieszych i osób wspierających wyprawy, szczególnie w rejonie obozu bazowego, zwiększyła presję na środowisko lodowca Khumbu" — podkreślają naukowcy. Wiosną 2023 r. przebywało tam około 2 tys. osób. Nie wszystkie pozostawione przez nich nieczystości są jednak później usuwane z góry.
Od 2024 r. wspinacze muszą wprawdzie znosić swoje odchody w specjalnych workach z powrotem do doliny. W przypadku moczu taki obowiązek jednak nie istnieje. W efekcie nadal trafia on bezpośrednio na lód.
Ponieważ na dużej wysokości wspinacze muszą pić dużo płynów, każdy z nich podczas trwającej 50 dni wyprawy oddaje — według badaczy — około trzech litrów moczu dziennie. Łącznie daje to około 330 tys. litrów. Ciepło zawarte w takiej ilości moczu mogłoby, według badania, w ciągu jednego sezonu doprowadzić do stopienia około 154 ton lodu.
Jeśli doliczyć do tego tysiące litrów paliwa wykorzystywanego na Evereście do ogrzewania i gotowania, szacowana ilość stopionego lodu wzrasta do 2492 ton.
Teraz już wiesz!
I nie krzyw się na proponowany temat, zrzuć łańcuchy konwenansu i maskę sztucznego zniesmaczenia.
W końcu nic co ludzkie nie jest nam obce. Najważniejsze by podjąć jakieś skuteczne działania, aby zapobiec, albo  choć opóźnić katastrofę.
Postanowiłem nie jechać na Everest. Ani teraz, ani nigdy.
I chociaż nie zarzekałbym się tak zdecydowanie, że nie pojadę do Rzeszowa czy Warszawy, to Everestu jestem pewien. Nie pozostawię tam ani węglowego śladu ani próbki DNA.
Po przeczytanie tego artykułu jakby mniej śmieszny wydaje mi się dowcip o tym, czego jako pierwszego Eskimosi uczą swoje dzieci?
- Nie jedz żółtego śniegu.
A tak na zakończenie, jeżeli ktoś lubi surrealistyczne obrazki, a nie widział nigdy tego filmu to polecam. Teraz łatwo go znaleźć w sieci .
A potem można iść za ciosem:
  • Dyskretny urok burżuazji
  • Mroczny przedmiot pożądania 
i jak chwyci to dalej pójdzie samo.
No i podejmijcie decyzję w sprawie Everestu. Warto

PS
Jeszcze o pogodzie:
Lato dobiega końca, a eksperci z portalu Severe Weather Europe (SWE) zaktualizowali prognozy dotyczące opadów śniegu w Europie zimą. Wygląda na to, że będzie ona zróżnicowana i pojawią się okresy, gdy białego puchu zabraknie, jak i takie, gdy spadnie go sporo. Niewykluczone, że najbardziej śnieżnym miesiącem będzie styczeń.
Przeczytałem tę prognozę na nadchodzącą zimą. Jest godna nazwania jej góralską prognozą.
Bo śniegu będzie czasem więcej, a czasem mniej, Jak by na to nie patrzeć sprawdzi się.
Tak i będzie ze mną. W mroźne lub cieplejsze popołudnia, albo będę oglądał więcej, albo mniej, zróżnicowanego bardziej lub mniej materiału filmowego. Ot tak, dokładnie tak.

PS II
Poprzednio napisałem, że lato dobiega końca, a tu już jesień. Post dalej czeka w roboczych.
Miałem pewną nadprodukcję w postach, ale co się odwlecze... może i dobrze.
Skoro mówimy o kontrowersjach.
Do kompletu obejrzałem właśnie "Lalkę", serial wyprodukowany i emitowany przez Netflix.
Serial od czasu swojej premiery wzbudza gorące, pełne emocji dyskusje.
Dlaczego o tym filmie piszę w tym miejscu?
No cóż, parę akapitów wyżej poruszałem sprawę żółtego śniegu, no więc mogę słowo o serialu który tak wielu zmieszało za przeproszeniem, z gównem.
Kolejny to raz kiedy my Polacy nie pozwolimy na szarganie świętości.
Co prawda mój znajomy lubił mówić, że wszystko to gówno oprócz moczu, ale ja bym z tym stwierdzeniem polemizował.  
Przykładami takiej walki z szarganiem można tu sypać jak z rękawa. Pamiętacie, że poselskiej interwencji zawdzięczamy uwolnienie  JPII od kamienia, który go przygniatał na w wystawie w warszawskiej Zachęcie. 
Artystyczna prowokacja? Nie z nami te numery Brunner !
Wracając do "Lalki".
Pragnę tylko powiedzieć, że serial powstał za sprawą komercyjnej platformy. Został sfinansowany i wyprodukowany wspólnie przez globalną platformę streamingową Netflix oraz polskie studio produkcyjne Akson Studio. 
W związku z powyższym jest wyświetlany wyłącznie na tej platformie ( Netflix) , czyli za oglądanie  trzeba płacić
Nie jesteśmy narażeni na przymusowe oglądanie, bo mamy wolność wyboru. Można więc zrezygnować z wypożyczenia. Można zagłosować pilotem i przełączyć się na inną platformę. Zawsze więc możemy zrezygnować z jego oglądania, jeżeli obraża to nasze wewnętrzne poczucie przyzwoitości artystycznej.
Prawda czasu, prawda ekranu, jak mawiał reżyser Zagajny w kultowym "Misiu".  Reżyser używa tego sformułowania, aby usprawiedliwić mijanie się z rzeczywistością oraz wszelkie manipulacje i kłamstwa pokazywane w mediach lub sztuce. Teraz mamy inne czasy niż te w których żył Bolesław Prus, są one delikatnie mówiąc bardzo dynamiczne.
Ktoś napisał, że prezentowany serial depcze książkę Prusa, ale jeżeli ją depcze to robi to perfekcyjnie.
Pamiętam co się działo gdy w teatrze wystawiano Balladynę, Legendarne, kontrowersyjne przedstawienie w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, wystawione zostało w 1974 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie.
W postać Goplany wcieliła się, Bożena Dykiel która wjechała na scenę na japońskim motocyklu Honda. Aktorka miała na sobie obcisły kostium inspirowany strojem Jane Fondy z filmowej „Barbarelli”. Takimi samymi motocyklami poruszali się słudzy Goplany – Skierka  i Chochlik. Spektakl wywołał ogromny skandal i podzielił publiczność oraz krytyków na zagorzałych przeciwników i zwolenników nowoczesnej formy, na stałe wpisując się  jednak w historię polskiego teatru.
Nie mówię, że serial dorównuje poziomem artystycznym wystawianej przed laty sztuce, ale odbiór jest również histeryczny. I tu i tu mamy świętość w postaci pomnikowych autorów i lektury szkolnej.
Być może na początku filmu można by wyraźnie zaznaczyć, że serial nie jest wierną adaptacją, a fabuła powstała na motywach książki. O tym, że będzie inaczej mówiło się już przed premierą.
Czytałem, że pomysł na serial miał być jeszcze bardziej szalony, gdyż akcja miała dziać się w czasach smartfonów. Twórcy doszli do wniosku, że to chyba jednak zbyt wiele. Ciekawe, ale pewnie ponad naszą możliwość akceptacji.
Tego zabiegu nie bała się Agnieszka Holland która w filmie "Franz Kafka" dość swobodnie porusza się w czasie mieszając ze sobą epoki. I co? I nic, mnie się Kafka podobał.
Wracając zaś do kolejnej adaptacji jednego z kanonów naszej literatury.
Przypomnę, że całkiem niedawno oglądaliśmy nowego Znachora. Trudno tu było rywalizować z kreacją Jana Bińczyckiego, a więc twórcy postanowili zrobić inny film na motywach powieści.
Nie pamiętam czy film wywołał aż tyle kontrowersji.
Pragnę zauważyć, że i w Lalce i w Znachorze, bohaterkami są silne kobiety o współczesnych cechach i zachowaniu, niepasującym do tamtej epoki, ale są one zrozumiałe dla młodego pokolenia.
Może nam ludziom w pewnym wieku zostaje podziwiać Beatę Tyszkiewicz i Małgorzatę Braunek. Sztuki teatralnej z 1952 roku z Niną Andrycz z pewnością nikt z czytających już nie pamięta. W końcu było to 74 lata temu.
No i choćby z przyzwoitości wypada przypomnieć nową realizację "Chłopów" film jeszcze inny niż inne. Powstał z malowanych obrazów, ale jest to też historią mocnej kobiety, która przegrała z systemem i społecznością.
Pamiętam jak w ogólniaku, na języku polskim, robiliśmy sąd nad Jagną. Odpowiadaliśmy na pytanie nauczycielki - Jagna, kobieta lekkich obyczajów czy ofiara stosunków społecznych.
Głosy podzieliły się prawie według płci. Chłopaki surowo oceniali Jagnę, dziewczyny brały ją w obronę.
Myślę, że obecnie ten podział w ocenie bohaterki chłopów przebiegałby według innego schematu niż płeć i więcej osób stanęłoby w obronie Jagny.
Ktoś powie, że jestem kolejnym, który musiał zabrać głos na temat filmu. Ja zaś chciałem odnieść się nie do filmu, ale do prawa twórców do nakręcenia swojej wizji, czyli tak zwaną wolność twórczą.
Dajmy szansę ludziom, którzy inaczej postrzegają nasz świat. Oczywiście w granicach poza którymi przemówić musi  już inna klasyczna książka - Kodeks Karny.  

22 września 2026

Zagubiony jak toster w lodówce

Zacznę od siebie, bowiem nigdy nie miałem problemu z tym by sobie samemu dowalić. Dla innych jestem bardziej wyrozumiały. Tak ja Sturmbannführer Herann Brunner ze "Stawki większej niż życie", który powiedział w pewnej sytuacji - No, nie mogę patrzeć na bitych ludzki, kiedy bije kto inny.
A więc jadę z tym koksem.
W młodszej klasie szkoły podstawowej napisałem wypracowanie o jesieni. Napisałem tam w jednym ze zdań, że drzewa bez liści wyglądają jak chude kościotrupy. Wyraz kościotrupy podkreśliła mi pani czerwonym wężykiem, a ja długo zastanawiałem się dlaczego? Sprawdziłem po literce było jak trzeba ś, było też zwykłe u. O co więc chodzi ? Dopiero później zrozumiałem, że w niektórych sytuacjach powinniśmy używać łagodniejszych określeń. Z pewnością była to lekcja którą oblałem, bo jakiś czas później oglądając amatorski film zrobiony przez kolegę z wycieczki, pozwoliłem sobie na nieeleganckie porównanie, nieprzemyślane i rzucone po tak zwanym krótkim łuku nerwowym. Widząc dwie dziewczyny spacerujące po po pisaku nad jeziorem, wypaliłem o i mewki jakieś tu widzę. Nie będę tutaj rozdrapywał ran choć się już dawno zagoiły i nie opiszę konsekwencji które mnie ze strony owych koleżanek spotkały. Wypaliłem jak głupi, a zamiast śmiesznie wyszło dramatycznie głupio. Nic nie zmieniło tragedii, nawet to że zaraz przeprosiłem. Nie muszę chyba tłumaczyć kogo określano mianem "mewki" w latach 70-tych, a może i później.

Przeszedłem jednak stosowną edukację z życia i teraz bardzo dbam o to jakich używam określeń w rozmowach z poszczególnymi osobami. Rozumiem jednak, że w emocjach rzuci człowiek czasami coś za co przynajmniej wypada się wstydzić, a przeprosić należy bezwzględnie.
A że taka rzecz przydarza się i fachowcom, którym przydarzyć się nie powinna, niech świadczy informacja którą przeczytałem kilka dni temu w prasie:
Pewien komentator sportowy został zwolniony po 30 sekundach rozmowy wychowawczej ze swoim szefem. Powodem miała być wypowiedź Pana Jagody podczas kwietniowego meczu Widzewa Łódź z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza. Komentując grę Kamila Zapolnika, dziennikarz powiedział: "Ależ silny fizycznie jest Kamil Zapolnik. Odbijają się od niego piłkarze Widzewa Łódź jak dzieci od rozpędzonego pociągu".
Niesamowite. Po pierwsze emocje które musiały tej wypowiedzi uczestniczyć, a po drugie wyobraźnia. Jakże bogatą trzeba mieć wyobraźnię aby to sobie wymyślić?

Ulubionym powiedzeniem mojego byłego szefa było;
Potrzebne mi to jak kur**e majtki
A czy Wy macie jakieś takie szalone porównania na sumieniu ?
Nie można być poważnym przez całe życie. Dodatkowo ten tekst był głęboki jak kałuża na parkingu pod supermarketem
A na koniec kilka przykładów niesamowitych wprost porównań

Codzienne i życiowe
  • Zagubiony jak toster w lodówce.
  • Potrzebny jak łyżwy w lipcu.
  • Pasują do siebie jak krzesło i helikopter.
  • Pewny siebie jak mysz przed kotem.
  • Cicho tam jak w bębnie pralki podczas wirowania.
Emocje i relacje
  • Kochał ją tak mocno, jak głodny pies kocha kość z plastiku.
  • Jej spojrzenie było chłodne niczym zamrażalnik, w którym ktoś zostawił otwarte drzwi.
  • Rozstali się szybko, jak dwie skarpetki w praniu.
  • Serce biło mu jak szalony dzięcioł w metalową rynnę.
Wygląd i ruch
  • Poruszał się z gracją wypchanego niedźwiedzia na rolkach.
  • Fryzura ułożona idealnie niczym stóg siana po przejściu trąby powietrznej.
  • Był wysoki i chudy jak niedokarmiona nitka spaghetti.
  • Twarz miał gładką jak tarka do jarzyn.
Abstrakcyjne i literackie
  • Plan był doskonały, dopóki nie rozbił się jak szklanka spadająca z dachu na traktor.
  • Myśli krążyły mu po głowie niczym zdezorientowane bąki w słoiku.




15 września 2026

Czarny Alibabo, takie jest życie ( C`est la vie)

W swoich publikacjach na blogu, często podpieram się piosenkami Andrzeja Zauchy.  Przy okazji wsadzałem  historyczne już klipy z You Tube. Choćby z tego tylko powodu winien jestem artyście chwilę uwagi. Dodatkowo, pewne wydarzenie miało miejsce kilka dni temu w Krakowie. 
Przy ulicy Mogilskiej 43b odsłonięto mural Andrzeja Zauchy. To w tej okolicy artysta mieszkał wraz z córką. Teraz jego wizerunek stał się częścią przestrzeni Grzegórzek. Grzegórzki zaś, to informacja dla niezorientowanych, są dzielnicą Krakowa.

                                         

Andrzej Zaucha przez większą część życia był związany z Krakowem. Zapisał się w historii  polskiej muzyki jako wybitny wokalista, perkusista i członek zespołu Dżamble. 
Na muralu artysta został przedstawiony z charakterystycznym mikrofonem. Całość utrzymano w pastelowej kolorystyce.  Doczytałem się w  lovekrakow.pl, że za projekt i wykonanie odpowiada Piotr TUSE Jaworski, znany twórca street artu, który ma już doświadczenie z wizerunkiem Zauchy – wcześniej namalował mural poświęcony artyście w Gdańsku. Realizacja pracy przy ul. Mogilskiej zajęła mu dwa dni.

Tragiczne wydarzenia  przerwały  trwającą od lat karierę Andrzeja Zauchy.
Po śmierci żony  która zmarła na raka w  wieku 39 lat Zaucha nawiązał romans z aktorką Zuzanną Leśniak, którą poznał w Teatrze STU w Krakowie. Wspólnie pracowali nad spektaklem "Pan Twardowski". Ich relacja szybko stała się tematem plotek, zwłaszcza że Leśniak była wówczas w związku małżeńskim z reżyserem Yves'em Goulaisem.
Znajomość okazała się kosztować Zauchę oraz jego partnerkę życie. Na gorącym uczynku nakrył ich mąż aktorki i już wtedy zapowiedział, że "nie ma czasu się rozliczyć, ale będzie musiał zabić".
Do tragedii doszło 10 października 1991 r. Po zakończeniu spektaklu w Teatrze STU Zaucha i Leśniak udali się na parking przy ul. Włóczków w Krakowie. Zmierzali wspólnie na imieniny do Andrzeja Sikorowskiego.  Uzbrojony Goulais już na nich czekał. Jak sam później zeznał, odczuwał skrajną nienawiść wobec wokalisty. Oddał osiem strzałów, z których jeden rykoszetem trafił Leśniak. Zaucha zginął na miejscu, a Leśniak zmarła w szpitalu.
Goulais natychmiast zgłosił się na policję i przyznał się do winy. Został skazany na 15 lat więzienia. 
Resocjalizacja skazanego udała się, choć nikt już nikomu życia nie wróci.
W trakcie odsiadki  Goulais angażował się w życie kulturalne w więzieniu i realizował projekty artystyczne. Po wyjściu na wolność w 2005 r. zmienił dane osobowe i podjął pracę w TVP, współpracując przy tworzeniu kilku programów.
Artysta odszedł w wieku niespełna 43 lat. Ktoś powie, że sam był sobie winien.
Nie wydaję pochopnych sądów w sytuacji kiedy znam tylko strzęp tej historii. Nie siedziałem w głowie żadnego z uczestników tego tragicznego wydarzenia. Nie osądzam to nie znaczy, że nie myślę o tej absurdalnej śmierci
Powraca do mnie wtedy wspomnienie, które opisałem w 2014 roku, a które było w zasadzie poświęcone górom. Skąd więc Zaucha? Cierpliwości, oto fragment tamtego tekstu:

"...  Kilka dni temu ( rok 2014) dotarła do mnie informacja o ofiarach lawiny w Himalajach.
Znów góry przypomniały, że są nieobliczalne i kocha je się trudno, bo pomimo wszystko.
Słyszałem pytanie - Po co tam szli ?
Jak by to się dało wytłumaczyć jednym słowem.
- Piękna śmierć – powiedział inny, nieco nawiedzony znajomy – na zawsze pozostaną wśród tych ośnieżonych szczytów.
Nie wiem czy śmierć ma nadal swoją romantykę, ale uważam, że to życie jest wyzwaniem.
Poza tym jeśli postawić się w sytuacje rodzin, które ta niewiadoma prześladować będzie do końca życia. Od czasu gdy sam mam rodzinę, patrzę na sprawę inaczej. A groby? Tak to już taka nasza narodowa tradycja by znać miejsce mogił swoich bliskich.
Ponoć Himalaje już nie są takie jak w naszej wyobraźni i z zachowaniem skali oczywiście, coraz częściej zaczynają przypominać drogę na Giewont. Ponoć w zeszłym roku na wejście na Mount Everest trzeba było czekać w kolejce kilka godzin.
Od czasu gdy świat nam zmalał, a wzrosło zapotrzebowanie na adrenalinę, trudno się temu dziwić.
Ja pozostanę przy swojej wizji i niespełnionej miłości do gór.
Tak na marginesie fascynacji śmiercią, która przewinęła się tu całkiem świadomie, przypominam sobie wydarzenie z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Andrzej Zaucha znany krakowski piosenkarz został zastrzelony. 10 października 1991  .... został śmiertelnie postrzelony wraz z aktorką Zuzanną Leśniak  przez jej męża - francuskiego reżysera Yves'a Goulais. Motywem zabójstwa była zazdrość o żonę. Zabójca oddał dziewięć strzałów z pistoletu. Zaucha zginął na miejscu, kobieta zmarła w karetce pogotowia. Tyle dzisiaj pisze na ten temat Wikipedia.
Wtedy informacja o tym zmroziła mnie swoją brutalną wymową. W końcu dwadzieścia parę lat temu trochę inaczej podchodziliśmy do takich brutalnych zdarzeń. Z szoku wyrwał mnie znajomy, który w czapce austriackiego studenta, czy może urzędnika lub oficera, pojawił się na mojej drodze z pracy do domu. Czapkę taką nosił również ktoś w Piwnicy pod Baranami. Nie wiem czy nie Madejski.
- Co za piękna śmieć – powtarzał w rozmarzeniu – Czy może być coś piękniejszego niż, niż śmierć zadana ręką zdradzonego męża ?
- Tak. Życie
- Co życie ?
- Ponoć życie jest piękne
- Bo ja wiem ?
Dopiero sześć lat później, zgodził się ze mną Roberto Benigni, kręcąc swój film „La vita è bella”. Chciałem go polecić znajomemu, ale wyprowadził się z Krakowa. Został nagradzanym reżyserem...."
 Na na jednej z fotografii widziałem go ostatnio w artystycznym berecie na głowie. Ciekaw jestem, czy facet młodszy ode mnie tylko o jeden rok w dalszym ciągu jest pod takim wrażeniem śmierci z powodu miłości?
Wracając zaś do muralu.
Jak to bywa w naszym kraju i chyba nie tylko w naszym, mural wywołuje różne czasami nawet skrajne komentarze
  • Fani chwalą pastelowe, stonowane barwy (beże i brązy) oraz fakt, że praca została wykonana na bazie autentycznego, pełnego energii zdjęcia z koncertu.
  • Mieszkańcy Grzegórzek entuzjastycznie reagują na to, że Zaucha „wrócił” do swojej dzielnicy. Pojawiają się komentarze typu: „Ten mural jest tuż koło mnie, jak cudownie, że mogę go oglądać bez końca” oraz „Brawo Kraków, nareszcie godne upamiętnienie!”.
  • Podoba się gra słów twórcy: Umieszczony w rogu napis „Tuse la vie” – będący zręcznym połączeniem pseudonimu autora i kultowego hitu artysty C'est la vie. 
  Zdarzają się kontrowersje wokół zamalowania poprzedniego dzieła
  •  ”: Pojawiły się głosy krytyczne ze strony osób, które pamiętały poprzednie malowidło zdobiące tę ścianę – popularnego, kolorowego smoka wodnego z rybkami.
  • Komu przeszkadzał fajny smok? pytali Internauci 
  • Czy nie można było Zauchy namalować na innej ślepej ścianie, których w Krakowie nie brakuje?”.
Jak to zwykle bywa, wydarzenie było okazją do  Dyskusji wokół życia prywatnego i tragicznej śmierci
Jak przy niemal każdym upamiętnieniu artysty, w sekcjach komentarzy na portalach takich jak Gazeta Krakowska doszło do ożywionych i momentami ostrych dyskusji światopoglądowych. 
  •  Część internautów w bardzo bezpośredni (a czasem wręcz napastliwy) sposób nawiązywała do romansu Zauchy z Zuzanną Leśniak i tragicznych wydarzeń z 1991 roku, gdy oboje zostali zastrzeleni przez zazdrosnego męża, Yves'a Goulaisa. Niektórzy komentujący twierdzili, że upamiętnianie osób o skomplikowanym życiu prywatnym jest błędem.
  •  W odpowiedzi na te zarzuty natychmiast pojawiały się liczne głosy obrońców artysty. Fani i mieszkańcy stanowczo odcinali grubą kreską życie osobiste od geniuszu muzycznego, argumentując: „Ten mural to hołd dla jego artystycznej drogi, genialnego głosu i tego, co wniósł do polskiego jazzu, soulu i funku. Prywatne życie nie ma tu nic do rzeczy”
Powalił mnie na łopatki jeden wpis w którym autor sugerował, że Zaucha nie nadaje się na mural ze względu na brzydką twarz. Dorobek muzyczny przemilczano.
Gdybyśmy mieli honorować wyłącznie osoby o pięknym wyglądzie, bohaterowi kurzyliby się w magazynie, jak Birkut w "Człowieku z marmuru".  Poza tym kanon piękna zmienia się z czasem, a więc pomnik byłby rzeczą ulotną, nietrwałą  
A ja tam mam sentyment do artysty, który był w swoim życiu mężczyzną niższym ode mnie, co przecież rzadko się zdarza. Przy tym swoim wzroście udowodnił, że miarą człowieka nie jest wzrost, a to co osiągnął poprzez swoją pracą nad sobą.
Był mi chwilami latarnią na tle wzburzonego morza zdarzeń i wyborów.
I poskładałem sobie na koniec takie trio w którym dobrze się czuję. To Leśmian, Zaucha i ja, najwyższy z nich wszystkich, choć jedynie wzrostem.
 
 A na koniec moja ukochana piosenka artysty. Francuski tytuł " Cest la vie" znaczy ni mniej, ni więcej tylko - Takie jest życie. No właśnie