13 października 2026

Tak się nie robi, a on robi i co mu zrobisz ?

Grupa po Budą od lat śpiewa piosenkę pod tytułem, bardzo smutna piosenka retro.
Zaczyna  się ona od słów:

Lato było jakieś szare
I słowikom brakło tchu
Smutnych wierszy parę,
Ktoś napisał znów
Smutnych wierszy nigdy dosyć,
I zranionych ciężko serc
Nieprzespanych nocy,
Które trapi lęk

No można o tym lecie wiele powiedzieć, ale szare to z pewnością nie było. Gorące, skwarne, piekące, płonące, ale nie szare. Artyści asekurowali się, nazywając ją w tytule " Smutna piosenką retro".  
Synoptycy mówią, że czekają nas lata z jeszcze większą temperaturą i ekspozycją słońca. 
Lato  jednak dobiega końca, a eksperci z portalu Severe Weather Europe (SWE) zaktualizowali prognozy dotyczące opadów śniegu w Europie zimą. Wygląda na to, że będzie ona zróżnicowana i pojawią się okresy, gdy białego puchu zabraknie, jak i takie, gdy spadnie go sporo. Niewykluczone, że najbardziej śnieżnym miesiącem będzie styczeń.
Przeczytałem tę prognozę na nadchodzącą zimę, godna nazwania jej góralską prognozą.
Bo będzie  śnieg, albo i nie. Jak będzie to czasem więcej, a czasem mniej, czyli jak w życiu.
Ja tam przygotowuję się do sezonu jak zwykle. No nie jak zwykle, teraz dołożyłem jazdę na rowerku treningowym aby wzmocnić nogi przed sezonem narciarskim. Z początkiem roku to rzeczywiście podziałało.  
W takie chłodne i deszczowe dni spoglądam bez entuzjazmu w telewizor.  Kanałów ponad setka, a nie ma co oglądać. Może ja jestem trudnym widzem?  Nie schodzę poniżej pewnego poziomu, a wiele ambitnych pozycji filmowych już widziałem. Poza tym odpuszczam sobie te filmy które latają po 23.00.
Ponoć w moim wieku trzeba w końcu zacząć higieniczny tryb życia.
Gdzież te czasy, kiedy telewizja emitowała ambitne filmy, jak kolekcja Ingmara Bergmana po 23.00 właśnie. Wszystkie je obejrzałem choć trwało to nieraz prawie do 1.30.
No ale wtedy miałem 20 lat mniej. 
Zastanawiam się czy gdyby teraz, powiedzmy o 21.00 emitowali - " Det sjunde inseglet" czyli "Siódmą pieczęć" to też zasiadałbym przed TV z takim samym entuzjazmem. No cóż, chcę myśleć o sobie dobrze.
Stacje telewizyjne walczą o widza mainstreamowego. Takiego najłatwiej zadowolić.  Takiemu klientowi próbuje się wejść do d*py, a publisia jak ją ironicznie nazywała Olga Lipińska, głosuje pilotem.
Dlatego jak komuś nie pasuje" Śmierć pod palmami" to alternatywnie może obejrzeć "Śmierć z dala od palm"
 


 

Od pewnego czasu  duże sklepy spożywcze, tak zwane sieciówki, sprzedają masło w rewelacyjnych cenach. Po okresie kiedy kostka dobijała do 10 zł za 200g , nastała totalna taniocha.  Najniższa cena jaką zapłaciłem to było 0,99 zł-/opakowanie przy zakupie trzech sztuk.
Oczywiście to było masło maślane czyli takie o zawartości 82-83% tłuszczu
Przy tej cenie wspomniane masło maślane pojawia się w dużych ilościach dosłownie wszędzie.
Kiedy przeglądamy Internet, nasz ekran robi się cały tłusty.  My zaś powoli przyzwyczajamy się do tej sytuacji i bardziej świadomie lub nie, dokładamy do tego swoją kostkę 
O czy mówię ? O określeniach, takich jak poniżej
  • Fakt autentyczny
  • Cofać do tyłu
  • Spadać w dół
  • Akwen wodny
  • Miesiąc sierpień
  • Okres czasu
  • Dalsze konsekwencje
  • Oliwa z oliwek
  • Kopia oryginału 
  • Efekt końcowy 
 Tak się nie mówi, tak się nie pisze. Weźcie jednak pierwszą z brzegu butelkę z oliwą  i co tam napisano?  A sieć? Proszę bardzo


Tak mi się wydawało, że gwiazdor to naprawdę znany i popularny człowiek.
Tylko, że nastąpiła znaczna dewaluacja określeń. Teraz artysta lub gwiazda  to ktoś kto pokaże publicznie d*pę na estradzie, albo opublikuje parę głupot w sieci.
Przy okazji sam uderzę się we własne piersi, bo chociaż mam świadomość, to od czasu do czasu coś mi tam się wyrwie.
Mój kolega z pierwszej pracy, święć panie nad jego duszą, mówił kiedyś: Widziałem u kumpla taki obraz.  Pastelę olejem malowaną. 
Ale czy ja nie mam innych zmartwień? Mam a każdy dzień przynosi nowe Czasem mnie prowokuje podrzucając takie na przykład teksty:

 Na pozycji libero podczas zakończonych niedawno ME mieliśmy Jakuba Popiwczaka i Maksymiliana Graniecznego. Pierwszy z nich o swoich początkach z siatkówką mówił w wywiadzie z "Weszło" tak: "Byłem takim karakanem, że wszyscy z boku, patrząc na mnie, mówili: "Przecież ten chłopaczek nie ma szans z dorosłymi". A później się często dziwili".

Popiwczak ma 180 cm wzrostu, a fakt, że gra dziś w siatkówkę, nie może być dużym zaskoczeniem ze względu na to, że również jego tata wiele lat spędził na parkiecie. "Ojciec, zanim zmieniły się przepisy, był rozgrywającym. Dopóki nie istniała jeszcze pozycja libero, niscy zawodnicy byli wykluczeni. Ciężko im było rywalizować z wysokimi graczami. Libero pojawili się w 1998 roku. To był dla taty nowy start i idealna pozycja. Ojciec grał długo na poziomie II ligi, czyli na trzecim szczeblu rozgrywek. Był ulubieńcem legnickich kibiców" — tłumaczył w Weszło.

No proszę, jeżeli Popiwczak przy swoim wzroście był nazywany karakanem, to co powiedzieć o mnie?
Jestem przecież  zdecydowanie niższy.
A mówcie co chcecie, nie dam się sprowokować.
Wszystko zaś jest na tym świecie względne i tego się będę trzymał.




 

06 października 2026

Pokaż mi swój genom, a powiem Ci dlaczego jesteś taki jaki jesteś

Jeżeli ktoś kiedykolwiek zastanawiał się jak to się działo, że Ozzy Osbourne żył pomimo wypicia morza alkoholu połączonego nierzadko z masą różnych innych używek i narkotyków już nie musi tkwić w niewiedzy. Ozzy Osbourne jakiś czas temu, a więc jeszcze za życia (RIP ) pozwolił amerykańskiej firmie odczytać cały swój genom.
Wyniki badań DNA ujawniły unikalne warianty genów, które wyjaśniają, jak legenda rocka przetrwała dekady szalonego trybu życia. Wyniki okazały się zbieżne z oczekiwaniami — organizm legendarnego muzyka miał genetyczne predyspozycje do radzenia sobie z używkami.

                                                                         google.com


W 2010 r., po trzech latach namawiania przez naukowców, muzyk oddał próbkę krwi, a genetycy zabrali się do pracy. Odczytanie całego genomu człowieka to pracochłonne zadanie. Przed Ozzym tej procedurze poddano zaledwie kilka osób, w tym m.in. profesora z Uniwersytetu Harvarda Henry’ego Louisa Gatesa oraz współodkrywcę DNA, Jamesa Watsona.
Bardzo ciekawe zestawienie prawda? Dwóch naukowców zbadan,o by odkryć skąd w nich taka mądrość i pewnego starego rockmana, aby znaleźć odpowiedź na pytanie - Jak można prowadzić takie szalone życie i nie umrzeć. Wypić więcej i to bez konsekwencji to chyba jedno z największych marzeń ludzkości. 
Sam Ozzy był dla siebie zagadką. W jednym z wywiadów mówił tak:

"Biorąc pod uwagę ilość alkoholu, którą wypiłem przez te lata — nie wspominając już o kokainie, tabletkach nasennych, syropie na kaszel… wymieniaj dowolnie — naprawdę nie ma żadnego logicznego medycznego powodu, dla którego wciąż żyję. Może moje DNA odpowie, dlaczego?

Co więc odkryto w genach Ozzy’ego? Cytuję za artykułem w National Geografic.pl

Wyniki okazały się niezwykłe. "Ozzy posiada kilkaset tysięcy wariantów genów, których naukowcy nigdy wcześniej nie widzieli" — powiedział Nathaniel Pearson, dyrektor ds. badań w Knome, w rozmowie ze Scientific American, po badaniu.
Nie wszystko jednak było zagadką. Wiele z tych wariantów dotyczyło sposobu, w jaki mózg przetwarza dopaminę. Ozzy Osbourne ma 2,6 razy większe prawdopodobieństwo doświadczania halucynacji po marihuanie, większe ryzyko uzależnienia od kokainy i "około sześciokrotnie wyższe predyspozycje do uzależnienia od alkoholu" — powiedział Pearson. Geny Osbourne’a sugerują również, że wolno metabolizuje kofeinę.
Znaleziono także dziwny fragment genu kodującego dehydrogenazę alkoholową — enzym kluczowy w metabolizmie alkoholu. Może to tłumaczyć wyjątkową "zdolność" organizmu Ozzy’ego Osbourne’a do przyjmowania dużych ilości alkoholu.
Z kolei zmiany w funkcjonowaniu genu TTN, który reguluje wiele procesów w układzie nerwowym, naukowcy powiązali ze słuchem muzyka i drżeniem jego rąk. "To facet, który grał heavy metal przez dekady i nadal słyszy" — powiedział Jorge Conde, dyrektor generalny Knome. Drżenie, jak okazało się po kilku latach, było zapowiedzią choroby Parkinsona.
Potwierdziło to niejako stwierdzenie które słyszałem parę razy, że Ozzy był kosmitą.
             Swoją drogą jakże zmienił się świat po odkryciu DNA. Kiedyś wyjątkowe osobistości pozostawiały swój mózg naukowcom, by ci odkryli przyczynę ich niezwykłego życia. 
Wśród nich znajdziemy takie postacie jak choćby:

  • Józef Piłsudski – polski marszałek samodzielnie podjął decyzję o przekazaniu swojego mózgu nauce. Chciał, aby wileńscy uczeni zbadali strukturę jego organu w celu odkrycia tajemnicy jego geniuszu dowódczego i politycznego. Badania opublikowano w formie specjalnego atlasu, jednak w czasie II wojny światowej sam mózg zaginął. 
  • Albert Einstein – sprawa jego mózgu jest najbardziej kontrowersyjna. Choć fizyk życzył sobie kremacji całego ciała, to podczas autopsji w 1955 roku patolog Thomas Harvey samowolnie wyciągnął i zabezpieczył jego mózg. Dopiero po czasie rodzina Einsteina wydała oficjalną zgodę, by organ posłużył celom naukowym. 
  • Charles Babbage – XIX-wieczny angielski matematyk nazywany „ojcem komputera”. Przekazał swój mózg nauce, a jego części można oglądać do dziś w Science  Museum w Londynie. 
  • Włodzimierz Lenin – po jego śmierci w 1924 roku, komunistyczne władze ZSRR nakazały wyjęcie jego mózgu. Do Moskwy sprowadzono wybitnego niemieckiego neurologa Oskara Vogta, który przez lata badał strukturę komórkową mózgu Lenina, próbując dowieść materialistycznej teorii geniuszu przywódcy. 
Teraz wystarczy napluć do szklanki lub oddać kroplę krwi. 
- Czyż to nie fantastyczne? - myślę oglądając z mieszanymi uczuciami mózg kogoś sławnego, zanurzony w formalinie i umieszczony w zakurzonym słoju na jakiejś zapomnianej półce pracowni.

Bada się wielkich, by odkryć powód tej wielkości, a złych by odkryć gdzie siedziało w nich to zło.
A czy ktoś badał tych wyjątkowo dobrych,  by odkryć jakie łańcuchy DNA za to odpowiadają?
Nie słyszałem.
A przecież po odkryciu źródła dobra w człowieku można by, być może ustalić jak owe łańcuchy zmobilizować do działania. Nasz świat stałby się wtedy najwspanialszym ze znanych nam światów

Na koniec reakcja rodziny.

Co oni myślą o tym, że żyli z kimś wyjątkowym?

— Zawsze mówiłam, że po końcu świata zostaną tylko karaluchy, Ozzy i Keith Richards — stwierdziła Sharon Osbourne, widząc wyniki badań genetycznych swojego męża. .

                                                       
                                                                                        źródło  waterfordwhispersnews.com/


Dobra informacja na koniec jest taka:
Obecnie odczytywanie całego genomu jest praktyką powszechną, znacznie szybszą i dostępną dla każdego. Wyspecjalizowane firmy sprzedają taką usługę za cenę około 600 dolarów.

 Założyłem, że wszyscy wiemy kto to Ozzy i Keith. Jeżeli jednak jest inaczej, informuję, że:

  • John Michael „Ozzy” Osbourne ur. 3 grudnia 1948 , zmarły 22 lipca 2025 to brytyjski piosenkarz, muzyk i autor tekstów. Wieloletni wokalista heavymetalowego zespołu Black Sabbath.

    Keith Richards ur. 18 grudnia 1943 to brytyjski muzyk, współzałożyciel i gitarzysta zespołu The Rolling Stones, ponadto autor tekstów i sporadycznie wokalista oraz aktor.   



na podstawie :  https://www.national-geographic.pl/nauka/ozzy-osbourne-pozwolil-naukowcom-odczytac-caly-swoj-genom-wyniki-badan-wiele-wyjasnily/

29 września 2026

O powodach topnienia lodowców, surrealistycznym kinie lat siedemdziesiątych i nie tylko

Na liście moich ulubionych filmów znajduje się " Widmo Wolności", film z 1974. Widziałem go i polecałem znajomym wielokrotnie. Premiera miała miejsce w Polsce w 1975r. i w tym właśnie roku widziałem go w kinie. Miałem wtedy siedemnaście lat i skłonność do buntu.
Film składa się z luźnych epizodów pozbawionych pointy. Znajdziemy tam sekwencję z mnichami grającymi w pokera o medaliki. Historia zniknięcia dziewczynki, która zjawia się z rodzicami w komisariacie, gdzie ignoruje się jej obecność i kontynuuje poszukiwania. Jest i historia snajpera, który z dachu wieżowca strzela do przechodniów, a pojmany i osądzony wysłuchuje wyroku śmierci i spokojnie wychodzi z sali, rozdając autografy. Ciekawy wykład profesora o społecznych konwenansach, ilustrowany opowieścią o przyjęciu, w czasie którego goście zasiadają wokół stołu na sedesach, a jedzenie - jako czynność wstydliwa odbywa się w zamknięciu.


             


Powyżej dwa plakaty z filmu, jeden wyluzowany, zachodni, a drugi to tak zwana "polska szkoła plakatu". Ten nasz miałem kiedyś w pokoju nad łóżkiem. Odkleiłem go ze słupa ogłoszeniowego, zanim klej wysechł. Przyznaję się do tego po latach.
Reżyserem filmu był Luis Bunuel uważany za jednego z najwybitniejszych reżyserów w historii kinematografii. Powszechnie nazywany jest ojcem kina surrealistycznego, którego był twórcą i propagatorem. Był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Oprócz sztuki reżyserii, Buñuel studiował również religioznawstwo, zoologię, historię i rolnictwo. Podczas studiów na uniwersytecie w Madrycie poznał Salvadora Dali, z którym się zaprzyjaźnił. Można było przypuszczać, że te dwa nazwiska to idealny przepis na mieszankę wybuchową.
W 1928 roku, dzięki pomocy finansowej swojej matki, reżyser zrealizował wspólnie z Dalim swój pierwszy film " Pies andaluzyjski". Obraz ten był jednocześnie manifestem kina surrealistycznego.  Film wywołał wielkie emocje w całym kraju i tym samym zrealizował cel jaki postawili przed sobą jego twórcy - zaszokował.
Potem rozpoczął się okres tworzenia dzieł wybitnych, a nierzadko arcydzieł. W najgorszym wypadku filmów wzbudzających ożywiona dyskusję.
Po obejrzeniu "Widma wolności" rzuciłem się jak szczerbaty na suchary na inne jego filmy.
Zapisałem się nawet do dyskusyjnego klubu filmowego, ale na objerzenie "Psa andaluzyjskiego" musiałem jeszcze parę dobrych lat poczekać. Wtedy był nieosiągalny.
Dlaczego zaczynam od wspomnienia tego filmu w którym, jak by to powiedzieli współcześni młodzi widzowie, reżyser odpiął wroty?
Bunuel tłumaczy nam, że Człowiek jest niby wolny, a uwięziony przez konwenanse.
Poszczególne historie pokazują co by było gdybyśmy te konwenanse odwrócili o całe 180 stopni.
Zajmijmy się więc konwenansami.
Niedawno wpadł mi w oczy tekst: Nietypowy problem na Evereście. Zaciekawiony zerknąłem niżej.
Podtytuł - "Mocz przyczynia się do topnienia lodu" zaraz skojarzył mi się ze sceną przyjęciu z opisywanego powyżej "Widma Wolności", 
W scenie w której  goście zasiadają wokół stołu na sedesach, a jedzenie - jako czynność wstydliwa odbywa się w zamknięciu.
Dalej nie będzie więc przepisu na serniczek, a roztrząsanie tematu efektów ubocznych przemiany materii. Wrażliwi mają się szansę wycofać.
Do tej pory znałem dwa powody zanikania lodowców:
  • Gazy cieplarniane: Spalanie paliw kopalnych i wycinka lasów zwiększają ilość dwutlenku węgla w powietrzu.
  • Wzrost temperatur: Cieplejsza atmosfera i cieplejsze prądy morskie ogrzewają lodowce od góry i od dołu.
Od 50 mln lat Mount Everest opiera się siłom natury. Teraz musi mierzyć się z nietypowym zagrożeniem: ludzkimi potrzebami fizjologicznymi. Jak ustalił międzynarodowy zespół naukowców, sam mocz pozostawiany na lodzie, może każdego roku powodować topnienie ponad 150 ton lodu i śniegu.
Powód jest prosty: mocz jest ciepły. "Ma temperaturę około 37 st. C, czyli odpowiadającą temperaturze ludzkiego ciała, i prowadzi do topnienia lodu"
"Rosnąca liczba wspinaczy, turystów pieszych i osób wspierających wyprawy, szczególnie w rejonie obozu bazowego, zwiększyła presję na środowisko lodowca Khumbu" — podkreślają naukowcy. Wiosną 2023 r. przebywało tam około 2 tys. osób. Nie wszystkie pozostawione przez nich nieczystości są jednak później usuwane z góry.
Od 2024 r. wspinacze muszą wprawdzie znosić swoje odchody w specjalnych workach z powrotem do doliny. W przypadku moczu taki obowiązek jednak nie istnieje. W efekcie nadal trafia on bezpośrednio na lód.
Ponieważ na dużej wysokości wspinacze muszą pić dużo płynów, każdy z nich podczas trwającej 50 dni wyprawy oddaje — według badaczy — około trzech litrów moczu dziennie. Łącznie daje to około 330 tys. litrów. Ciepło zawarte w takiej ilości moczu mogłoby, według badania, w ciągu jednego sezonu doprowadzić do stopienia około 154 ton lodu.
Jeśli doliczyć do tego tysiące litrów paliwa wykorzystywanego na Evereście do ogrzewania i gotowania, szacowana ilość stopionego lodu wzrasta do 2492 ton.
Teraz już wiesz!
I nie krzyw się na proponowany temat, zrzuć łańcuchy konwenansu i maskę sztucznego zniesmaczenia.
W końcu nic co ludzkie nie jest nam obce. Najważniejsze by podjąć jakieś skuteczne działania, aby zapobiec, albo  choć opóźnić katastrofę.
Postanowiłem nie jechać na Everest. Ani teraz, ani nigdy.
I chociaż nie zarzekałbym się tak zdecydowanie, że nie pojadę do Rzeszowa czy Warszawy, to Everestu jestem pewien. Nie pozostawię tam ani węglowego śladu ani próbki DNA.
Po przeczytanie tego artykułu jakby mniej śmieszny wydaje mi się dowcip o tym, czego jako pierwszego Eskimosi uczą swoje dzieci?
- Nie jedz żółtego śniegu.
A tak na zakończenie, jeżeli ktoś lubi surrealistyczne obrazki, a nie widział nigdy tego filmu to polecam. Teraz łatwo go znaleźć w sieci .
A potem można iść za ciosem:
  • Dyskretny urok burżuazji
  • Mroczny przedmiot pożądania 
i jak chwyci to dalej pójdzie samo.
No i podejmijcie decyzję w sprawie Everestu. Warto

PS
Jeszcze o pogodzie:
Lato dobiega końca, a eksperci z portalu Severe Weather Europe (SWE) zaktualizowali prognozy dotyczące opadów śniegu w Europie zimą. Wygląda na to, że będzie ona zróżnicowana i pojawią się okresy, gdy białego puchu zabraknie, jak i takie, gdy spadnie go sporo. Niewykluczone, że najbardziej śnieżnym miesiącem będzie styczeń.
Przeczytałem tę prognozę na nadchodzącą zimą. Jest godna nazwania jej góralską prognozą.
Bo śniegu będzie czasem więcej, a czasem mniej, Jak by na to nie patrzeć sprawdzi się.
Tak i będzie ze mną. W mroźne lub cieplejsze popołudnia, albo będę oglądał więcej, albo mniej, zróżnicowanego bardziej lub mniej materiału filmowego. Ot tak, dokładnie tak.

PS II
Poprzednio napisałem, że lato dobiega końca, a tu już jesień. Post dalej czeka w roboczych.
Miałem pewną nadprodukcję w postach, ale co się odwlecze... może i dobrze.
Skoro mówimy o kontrowersjach.
Do kompletu obejrzałem właśnie "Lalkę", serial wyprodukowany i emitowany przez Netflix.
Serial od czasu swojej premiery wzbudza gorące, pełne emocji dyskusje.
Dlaczego o tym filmie piszę w tym miejscu?
No cóż, parę akapitów wyżej poruszałem sprawę żółtego śniegu, no więc mogę słowo o serialu który tak wielu zmieszało za przeproszeniem, z gównem.
Kolejny to raz kiedy my Polacy nie pozwolimy na szarganie świętości.
Co prawda mój znajomy lubił mówić, że wszystko to gówno oprócz moczu, ale ja bym z tym stwierdzeniem polemizował.  
Przykładami takiej walki z szarganiem można tu sypać jak z rękawa. Pamiętacie, że poselskiej interwencji zawdzięczamy uwolnienie  JPII od kamienia, który go przygniatał na w wystawie w warszawskiej Zachęcie. 
Artystyczna prowokacja? Nie z nami te numery Brunner !
Wracając do "Lalki".
Pragnę tylko powiedzieć, że serial powstał za sprawą komercyjnej platformy. Został sfinansowany i wyprodukowany wspólnie przez globalną platformę streamingową Netflix oraz polskie studio produkcyjne Akson Studio. 
W związku z powyższym jest wyświetlany wyłącznie na tej platformie ( Netflix) , czyli za oglądanie  trzeba płacić
Nie jesteśmy narażeni na przymusowe oglądanie, bo mamy wolność wyboru. Można więc zrezygnować z wypożyczenia. Można zagłosować pilotem i przełączyć się na inną platformę. Zawsze więc możemy zrezygnować z jego oglądania, jeżeli obraża to nasze wewnętrzne poczucie przyzwoitości artystycznej.
Prawda czasu, prawda ekranu, jak mawiał reżyser Zagajny w kultowym "Misiu".  Reżyser używa tego sformułowania, aby usprawiedliwić mijanie się z rzeczywistością oraz wszelkie manipulacje i kłamstwa pokazywane w mediach lub sztuce. Teraz mamy inne czasy niż te w których żył Bolesław Prus, są one delikatnie mówiąc bardzo dynamiczne.
Ktoś napisał, że prezentowany serial depcze książkę Prusa, ale jeżeli ją depcze to robi to perfekcyjnie.
Pamiętam co się działo gdy w teatrze wystawiano Balladynę, Legendarne, kontrowersyjne przedstawienie w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, wystawione zostało w 1974 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie.
W postać Goplany wcieliła się, Bożena Dykiel która wjechała na scenę na japońskim motocyklu Honda. Aktorka miała na sobie obcisły kostium inspirowany strojem Jane Fondy z filmowej „Barbarelli”. Takimi samymi motocyklami poruszali się słudzy Goplany – Skierka  i Chochlik. Spektakl wywołał ogromny skandal i podzielił publiczność oraz krytyków na zagorzałych przeciwników i zwolenników nowoczesnej formy, na stałe wpisując się  jednak w historię polskiego teatru.
Nie mówię, że serial dorównuje poziomem artystycznym wystawianej przed laty sztuce, ale odbiór jest również histeryczny. I tu i tu mamy świętość w postaci pomnikowych autorów i lektury szkolnej.
Być może na początku filmu można by wyraźnie zaznaczyć, że serial nie jest wierną adaptacją, a fabuła powstała na motywach książki. O tym, że będzie inaczej mówiło się już przed premierą.
Czytałem, że pomysł na serial miał być jeszcze bardziej szalony, gdyż akcja miała dziać się w czasach smartfonów. Twórcy doszli do wniosku, że to chyba jednak zbyt wiele. Ciekawe, ale pewnie ponad naszą możliwość akceptacji.
Tego zabiegu nie bała się Agnieszka Holland która w filmie "Franz Kafka" dość swobodnie porusza się w czasie mieszając ze sobą epoki. I co? I nic, mnie się Kafka podobał.
Wracając zaś do kolejnej adaptacji jednego z kanonów naszej literatury.
Przypomnę, że całkiem niedawno oglądaliśmy nowego Znachora. Trudno tu było rywalizować z kreacją Jana Bińczyckiego, a więc twórcy postanowili zrobić inny film na motywach powieści.
Nie pamiętam czy film wywołał aż tyle kontrowersji.
Pragnę zauważyć, że i w Lalce i w Znachorze, bohaterkami są silne kobiety o współczesnych cechach i zachowaniu, niepasującym do tamtej epoki, ale są one zrozumiałe dla młodego pokolenia.
Może nam ludziom w pewnym wieku zostaje podziwiać Beatę Tyszkiewicz i Małgorzatę Braunek. Sztuki teatralnej z 1952 roku z Niną Andrycz z pewnością nikt z czytających już nie pamięta. W końcu było to 74 lata temu.
No i choćby z przyzwoitości wypada przypomnieć nową realizację "Chłopów" film jeszcze inny niż inne. Powstał z malowanych obrazów, ale jest to też historią mocnej kobiety, która przegrała z systemem i społecznością.
Pamiętam jak w ogólniaku, na języku polskim, robiliśmy sąd nad Jagną. Odpowiadaliśmy na pytanie nauczycielki - Jagna, kobieta lekkich obyczajów czy ofiara stosunków społecznych.
Głosy podzieliły się prawie według płci. Chłopaki surowo oceniali Jagnę, dziewczyny brały ją w obronę.
Myślę, że obecnie ten podział w ocenie bohaterki chłopów przebiegałby według innego schematu niż płeć i więcej osób stanęłoby w obronie Jagny.
Ktoś powie, że jestem kolejnym, który musiał zabrać głos na temat filmu. Ja zaś chciałem odnieść się nie do filmu, ale do prawa twórców do nakręcenia swojej wizji, czyli tak zwaną wolność twórczą.
Dajmy szansę ludziom, którzy inaczej postrzegają nasz świat. Oczywiście w granicach poza którymi przemówić musi  już inna klasyczna książka - Kodeks Karny.  

22 września 2026

Zagubiony jak toster w lodówce

Zacznę od siebie, bowiem nigdy nie miałem problemu z tym by sobie samemu dowalić. Dla innych jestem bardziej wyrozumiały. Tak ja Sturmbannführer Herann Brunner ze "Stawki większej niż życie", który powiedział w pewnej sytuacji - No, nie mogę patrzeć na bitych ludzki, kiedy bije kto inny.
A więc jadę z tym koksem.
W młodszej klasie szkoły podstawowej napisałem wypracowanie o jesieni. Napisałem tam w jednym ze zdań, że drzewa bez liści wyglądają jak chude kościotrupy. Wyraz kościotrupy podkreśliła mi pani czerwonym wężykiem, a ja długo zastanawiałem się dlaczego? Sprawdziłem po literce było jak trzeba ś, było też zwykłe u. O co więc chodzi ? Dopiero później zrozumiałem, że w niektórych sytuacjach powinniśmy używać łagodniejszych określeń. Z pewnością była to lekcja którą oblałem, bo jakiś czas później oglądając amatorski film zrobiony przez kolegę z wycieczki, pozwoliłem sobie na nieeleganckie porównanie, nieprzemyślane i rzucone po tak zwanym krótkim łuku nerwowym. Widząc dwie dziewczyny spacerujące po po pisaku nad jeziorem, wypaliłem o i mewki jakieś tu widzę. Nie będę tutaj rozdrapywał ran choć się już dawno zagoiły i nie opiszę konsekwencji które mnie ze strony owych koleżanek spotkały. Wypaliłem jak głupi, a zamiast śmiesznie wyszło dramatycznie głupio. Nic nie zmieniło tragedii, nawet to że zaraz przeprosiłem. Nie muszę chyba tłumaczyć kogo określano mianem "mewki" w latach 70-tych, a może i później.

Przeszedłem jednak stosowną edukację z życia i teraz bardzo dbam o to jakich używam określeń w rozmowach z poszczególnymi osobami. Rozumiem jednak, że w emocjach rzuci człowiek czasami coś za co przynajmniej wypada się wstydzić, a przeprosić należy bezwzględnie.
A że taka rzecz przydarza się i fachowcom, którym przydarzyć się nie powinna, niech świadczy informacja którą przeczytałem kilka dni temu w prasie:
Pewien komentator sportowy został zwolniony po 30 sekundach rozmowy wychowawczej ze swoim szefem. Powodem miała być wypowiedź Pana Jagody podczas kwietniowego meczu Widzewa Łódź z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza. Komentując grę Kamila Zapolnika, dziennikarz powiedział: "Ależ silny fizycznie jest Kamil Zapolnik. Odbijają się od niego piłkarze Widzewa Łódź jak dzieci od rozpędzonego pociągu".
Niesamowite. Po pierwsze emocje które musiały tej wypowiedzi uczestniczyć, a po drugie wyobraźnia. Jakże bogatą trzeba mieć wyobraźnię aby to sobie wymyślić?

Ulubionym powiedzeniem mojego byłego szefa było;
Potrzebne mi to jak kur**e majtki
A czy Wy macie jakieś takie szalone porównania na sumieniu ?
Nie można być poważnym przez całe życie. Dodatkowo ten tekst był głęboki jak kałuża na parkingu pod supermarketem
A na koniec kilka przykładów niesamowitych wprost porównań

Codzienne i życiowe
  • Zagubiony jak toster w lodówce.
  • Potrzebny jak łyżwy w lipcu.
  • Pasują do siebie jak krzesło i helikopter.
  • Pewny siebie jak mysz przed kotem.
  • Cicho tam jak w bębnie pralki podczas wirowania.
Emocje i relacje
  • Kochał ją tak mocno, jak głodny pies kocha kość z plastiku.
  • Jej spojrzenie było chłodne niczym zamrażalnik, w którym ktoś zostawił otwarte drzwi.
  • Rozstali się szybko, jak dwie skarpetki w praniu.
  • Serce biło mu jak szalony dzięcioł w metalową rynnę.
Wygląd i ruch
  • Poruszał się z gracją wypchanego niedźwiedzia na rolkach.
  • Fryzura ułożona idealnie niczym stóg siana po przejściu trąby powietrznej.
  • Był wysoki i chudy jak niedokarmiona nitka spaghetti.
  • Twarz miał gładką jak tarka do jarzyn.
Abstrakcyjne i literackie
  • Plan był doskonały, dopóki nie rozbił się jak szklanka spadająca z dachu na traktor.
  • Myśli krążyły mu po głowie niczym zdezorientowane bąki w słoiku.




15 września 2026

Czarny Alibabo, takie jest życie ( C`est la vie)

W swoich publikacjach na blogu, często podpieram się piosenkami Andrzeja Zauchy.  Przy okazji wsadzałem  historyczne już klipy z You Tube. Choćby z tego tylko powodu winien jestem artyście chwilę uwagi. Dodatkowo, pewne wydarzenie miało miejsce kilka dni temu w Krakowie. 
Przy ulicy Mogilskiej 43b odsłonięto mural Andrzeja Zauchy. To w tej okolicy artysta mieszkał wraz z córką. Teraz jego wizerunek stał się częścią przestrzeni Grzegórzek. Grzegórzki zaś, to informacja dla niezorientowanych, są dzielnicą Krakowa.

                                         

Andrzej Zaucha przez większą część życia był związany z Krakowem. Zapisał się w historii  polskiej muzyki jako wybitny wokalista, perkusista i członek zespołu Dżamble. 
Na muralu artysta został przedstawiony z charakterystycznym mikrofonem. Całość utrzymano w pastelowej kolorystyce.  Doczytałem się w  lovekrakow.pl, że za projekt i wykonanie odpowiada Piotr TUSE Jaworski, znany twórca street artu, który ma już doświadczenie z wizerunkiem Zauchy – wcześniej namalował mural poświęcony artyście w Gdańsku. Realizacja pracy przy ul. Mogilskiej zajęła mu dwa dni.

Tragiczne wydarzenia  przerwały  trwającą od lat karierę Andrzeja Zauchy.
Po śmierci żony  która zmarła na raka w  wieku 39 lat Zaucha nawiązał romans z aktorką Zuzanną Leśniak, którą poznał w Teatrze STU w Krakowie. Wspólnie pracowali nad spektaklem "Pan Twardowski". Ich relacja szybko stała się tematem plotek, zwłaszcza że Leśniak była wówczas w związku małżeńskim z reżyserem Yves'em Goulaisem.
Znajomość okazała się kosztować Zauchę oraz jego partnerkę życie. Na gorącym uczynku nakrył ich mąż aktorki i już wtedy zapowiedział, że "nie ma czasu się rozliczyć, ale będzie musiał zabić".
Do tragedii doszło 10 października 1991 r. Po zakończeniu spektaklu w Teatrze STU Zaucha i Leśniak udali się na parking przy ul. Włóczków w Krakowie. Zmierzali wspólnie na imieniny do Andrzeja Sikorowskiego.  Uzbrojony Goulais już na nich czekał. Jak sam później zeznał, odczuwał skrajną nienawiść wobec wokalisty. Oddał osiem strzałów, z których jeden rykoszetem trafił Leśniak. Zaucha zginął na miejscu, a Leśniak zmarła w szpitalu.
Goulais natychmiast zgłosił się na policję i przyznał się do winy. Został skazany na 15 lat więzienia. 
Resocjalizacja skazanego udała się, choć nikt już nikomu życia nie wróci.
W trakcie odsiadki  Goulais angażował się w życie kulturalne w więzieniu i realizował projekty artystyczne. Po wyjściu na wolność w 2005 r. zmienił dane osobowe i podjął pracę w TVP, współpracując przy tworzeniu kilku programów.
Artysta odszedł w wieku niespełna 43 lat. Ktoś powie, że sam był sobie winien.
Nie wydaję pochopnych sądów w sytuacji kiedy znam tylko strzęp tej historii. Nie siedziałem w głowie żadnego z uczestników tego tragicznego wydarzenia. Nie osądzam to nie znaczy, że nie myślę o tej absurdalnej śmierci
Powraca do mnie wtedy wspomnienie, które opisałem w 2014 roku, a które było w zasadzie poświęcone górom. Skąd więc Zaucha? Cierpliwości, oto fragment tamtego tekstu:

"...  Kilka dni temu ( rok 2014) dotarła do mnie informacja o ofiarach lawiny w Himalajach.
Znów góry przypomniały, że są nieobliczalne i kocha je się trudno, bo pomimo wszystko.
Słyszałem pytanie - Po co tam szli ?
Jak by to się dało wytłumaczyć jednym słowem.
- Piękna śmierć – powiedział inny, nieco nawiedzony znajomy – na zawsze pozostaną wśród tych ośnieżonych szczytów.
Nie wiem czy śmierć ma nadal swoją romantykę, ale uważam, że to życie jest wyzwaniem.
Poza tym jeśli postawić się w sytuacje rodzin, które ta niewiadoma prześladować będzie do końca życia. Od czasu gdy sam mam rodzinę, patrzę na sprawę inaczej. A groby? Tak to już taka nasza narodowa tradycja by znać miejsce mogił swoich bliskich.
Ponoć Himalaje już nie są takie jak w naszej wyobraźni i z zachowaniem skali oczywiście, coraz częściej zaczynają przypominać drogę na Giewont. Ponoć w zeszłym roku na wejście na Mount Everest trzeba było czekać w kolejce kilka godzin.
Od czasu gdy świat nam zmalał, a wzrosło zapotrzebowanie na adrenalinę, trudno się temu dziwić.
Ja pozostanę przy swojej wizji i niespełnionej miłości do gór.
Tak na marginesie fascynacji śmiercią, która przewinęła się tu całkiem świadomie, przypominam sobie wydarzenie z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Andrzej Zaucha znany krakowski piosenkarz został zastrzelony. 10 października 1991  .... został śmiertelnie postrzelony wraz z aktorką Zuzanną Leśniak  przez jej męża - francuskiego reżysera Yves'a Goulais. Motywem zabójstwa była zazdrość o żonę. Zabójca oddał dziewięć strzałów z pistoletu. Zaucha zginął na miejscu, kobieta zmarła w karetce pogotowia. Tyle dzisiaj pisze na ten temat Wikipedia.
Wtedy informacja o tym zmroziła mnie swoją brutalną wymową. W końcu dwadzieścia parę lat temu trochę inaczej podchodziliśmy do takich brutalnych zdarzeń. Z szoku wyrwał mnie znajomy, który w czapce austriackiego studenta, czy może urzędnika lub oficera, pojawił się na mojej drodze z pracy do domu. Czapkę taką nosił również ktoś w Piwnicy pod Baranami. Nie wiem czy nie Madejski.
- Co za piękna śmieć – powtarzał w rozmarzeniu – Czy może być coś piękniejszego niż, niż śmierć zadana ręką zdradzonego męża ?
- Tak. Życie
- Co życie ?
- Ponoć życie jest piękne
- Bo ja wiem ?
Dopiero sześć lat później, zgodził się ze mną Roberto Benigni, kręcąc swój film „La vita è bella”. Chciałem go polecić znajomemu, ale wyprowadził się z Krakowa. Został nagradzanym reżyserem...."
 Na na jednej z fotografii widziałem go ostatnio w artystycznym berecie na głowie. Ciekaw jestem, czy facet młodszy ode mnie tylko o jeden rok w dalszym ciągu jest pod takim wrażeniem śmierci z powodu miłości?
Wracając zaś do muralu.
Jak to bywa w naszym kraju i chyba nie tylko w naszym, mural wywołuje różne czasami nawet skrajne komentarze
  • Fani chwalą pastelowe, stonowane barwy (beże i brązy) oraz fakt, że praca została wykonana na bazie autentycznego, pełnego energii zdjęcia z koncertu.
  • Mieszkańcy Grzegórzek entuzjastycznie reagują na to, że Zaucha „wrócił” do swojej dzielnicy. Pojawiają się komentarze typu: „Ten mural jest tuż koło mnie, jak cudownie, że mogę go oglądać bez końca” oraz „Brawo Kraków, nareszcie godne upamiętnienie!”.
  • Podoba się gra słów twórcy: Umieszczony w rogu napis „Tuse la vie” – będący zręcznym połączeniem pseudonimu autora i kultowego hitu artysty C'est la vie. 
  Zdarzają się kontrowersje wokół zamalowania poprzedniego dzieła
  •  ”: Pojawiły się głosy krytyczne ze strony osób, które pamiętały poprzednie malowidło zdobiące tę ścianę – popularnego, kolorowego smoka wodnego z rybkami.
  • Komu przeszkadzał fajny smok? pytali Internauci 
  • Czy nie można było Zauchy namalować na innej ślepej ścianie, których w Krakowie nie brakuje?”.
Jak to zwykle bywa, wydarzenie było okazją do  Dyskusji wokół życia prywatnego i tragicznej śmierci
Jak przy niemal każdym upamiętnieniu artysty, w sekcjach komentarzy na portalach takich jak Gazeta Krakowska doszło do ożywionych i momentami ostrych dyskusji światopoglądowych. 
  •  Część internautów w bardzo bezpośredni (a czasem wręcz napastliwy) sposób nawiązywała do romansu Zauchy z Zuzanną Leśniak i tragicznych wydarzeń z 1991 roku, gdy oboje zostali zastrzeleni przez zazdrosnego męża, Yves'a Goulaisa. Niektórzy komentujący twierdzili, że upamiętnianie osób o skomplikowanym życiu prywatnym jest błędem.
  •  W odpowiedzi na te zarzuty natychmiast pojawiały się liczne głosy obrońców artysty. Fani i mieszkańcy stanowczo odcinali grubą kreską życie osobiste od geniuszu muzycznego, argumentując: „Ten mural to hołd dla jego artystycznej drogi, genialnego głosu i tego, co wniósł do polskiego jazzu, soulu i funku. Prywatne życie nie ma tu nic do rzeczy”
Powalił mnie na łopatki jeden wpis w którym autor sugerował, że Zaucha nie nadaje się na mural ze względu na brzydką twarz. Dorobek muzyczny przemilczano.
Gdybyśmy mieli honorować wyłącznie osoby o pięknym wyglądzie, bohaterowi kurzyliby się w magazynie, jak Birkut w "Człowieku z marmuru".  Poza tym kanon piękna zmienia się z czasem, a więc pomnik byłby rzeczą ulotną, nietrwałą  
A ja tam mam sentyment do artysty, który był w swoim życiu mężczyzną niższym ode mnie, co przecież rzadko się zdarza. Przy tym swoim wzroście udowodnił, że miarą człowieka nie jest wzrost, a to co osiągnął poprzez swoją pracą nad sobą.
Był mi chwilami latarnią na tle wzburzonego morza zdarzeń i wyborów.
I poskładałem sobie na koniec takie trio w którym dobrze się czuję. To Leśmian, Zaucha i ja, najwyższy z nich wszystkich, choć jedynie wzrostem.
 
 A na koniec moja ukochana piosenka artysty. Francuski tytuł " Cest la vie" znaczy ni mniej, ni więcej tylko - Takie jest życie. No właśnie 



 

08 września 2026

Miał być raj, miał być cud i ćwiartka na popicie.

Ogórki na działce są już jedynie wspomnieniem. Kisną w ciszy na pólkach w spiżarni, by przypomnieć o sobie zimą  lub wiosną. To sam z burakami, pozostaje mi wyczekiwanie na swoja kolejkę. Teraz żona przepuszcza pomidory przez wyciskarkę wolnoobrotową w celu uzyskania pomidorowego sosu, czyli passaty jak mówią na to Włosi. Czekam aż dojrzeją melony. Wyglądają obiecująco, ale boję się, że mrówki będą szybsze do tej naturalnej słodyczy. Słodyczy, bo przecież w tym roku słońca nie brakowało. 

Oglądam tunel foliowy, który skrywa  dziesięć krzaków pomidorów. To jego ostatni trzeci rok eksploatacji. Trzeba mu będzie wymienić foliowe poszycie. To obecne rozpada się już, spalone słońcem.  Kompostownik w swojej 1/2 czeka na wyrzucenie na działkę, ale to dopiero w październiku.  I tak mija dzień za dniem, a  każdy z nich, może z wyjątkiem intensywnego deszczu tu spędzam.  Nie potrzebuję SPA do relaksu, a samochody robią teraz takie, że bez komputera i specjalistycznych narzędzi, niewiele można zrobić. No może poza odkurzeniem wnętrza i nałożeniem powłoki ceramicznej na lakier.  Zrobiłem to zresztą ostatnio, po krytyce moje wnuczki, że mam w aucie brudno. Małej spryciuli przeszkadza to, że na siedzeniu leżały okruszki. Całkiem jednak usprawiedliwiała swojego tatusia, który wozi w aucie dużo butelek "z których tatuś pije".  Tatuś wiadomo, bliższy niż dziadek. Poza tym szczere słowa krytyki małej były dla mnie wystarczającą motywacją.

Mówią, że  dla relaksu kobiety chcą chodzić do SPA, a faceci do garażu, lub przy skromniejszych zdolnościach mechaniczno-motoryzacyjnych  na działkę,  jeżeli oczywiście taką posiadają. Ci którzy jej  nie mają pożądają jej tak bardzo, że są gotowi ją sobie kupić

Czytam na stronie trojmiasto.pl  tekst zatytułowany : Miał być relaks po pracy, była harówka. Dlaczego sprzedałem działkę ROD po trzech miesiącach?. *  Z zaciekawieniem rzuciłem się na tekst, żeby sprawdzić czy może moja fiksacja nie ma jakieś podłoża chorobowego.

Początek romantyczny :

Zakup własnej działki miał być realizacją marzenia o cichej przystani, gdzie po pracy można zrelaksować się wśród zieleni, pielęgnować rośliny i łapać oddech na świeżym powietrzu. 

Oczywiście tak i ja postrzegam pracę w ogródku: relaks przez pracę, obserwacja jak przez własną pielęgnację rośliny rosną pięknieją i wydają plony. Niektórzy niestety zaraz po tym gdy z nosa zsuną im się różowe okulary, zaczynają cały świat postrzegać w czarnych barwach.

 Początkowa fascynacja własnym kawałkiem ziemi bardzo szybko ustąpiła miejsca chłodnej kalkulacji. Na samym początku największym zaskoczeniem okazały się stałe koszty utrzymania. Właściciel ogródka działkowego musi regularnie opłacać coroczne składki członkowskie oraz opłaty ogrodowe. Środki te przeznaczane są m.in. na wywóz śmieci, zużycie wody czy prądu. Choć z pozoru wydatki te mogły wydawać się niewielkie, w praktyce okazały się odczuwalnym obciążeniem dla domowego budżetu.

Jako właściciel nieruchomości gruntowej ponoszę wiele opłat. Po pierwsze podatki gruntowe, po drugie opłaty za wywóz śmieci i tak jak autor listu do redakcji opłacam zużycie wody i prądu. Nic to jednak, spójrzmy dalej na to co najbardziej dopieka piszącemu te gorzkie słowa:

 Szybko wyszło też na jaw, jak dużo czasu i wysiłku wymaga utrzymanie na działce zwykłego porządku. Trawa rośnie błyskawicznie, co wymusza regularne koszenie, systematyczne usuwanie chwastów oraz stałą dbałość o estetykę otoczenia. W przeciwnym razie ogród błyskawicznie zarasta i zaczyna wyglądać niechlujnie. Zamiast relaksować się po intensywnym dniu w pracy, trzeba było chwytać za kosiarkę oraz narzędzia ogrodnicze.
Równie absorbująca okazała się pielęgnacja zgromadzonych roślin. Drzewa oraz krzewy wymagają ciągłego przycinania, aby ich gałęzie nie przekraczały granic sąsiednich działek. Do tego dochodzi czas poświęcany na podlewanie, sadzenie kolejnych okazów i ochronę ich przed szkodnikami. Samo kupienie sadzonek to zaledwie początek - flora wymaga stałej i troskliwej opieki.

Jakakolwiek pobieżna  nawet obserwacja przyrody pozwoli nam dojść do wniosku, że przyroda żyje w cyklu rocznym. To znaczy budzi się do życia wiosną i potem bujnie rośnie, kwitnie, a na koniec owocuje. Na koniec zamiera, lub przygotowuje się do zimy. Na każdym etapie jest coś innego do  roboty, a w zależności  od nastawienia własnego, prace te są relaksem lub udręką. Takie na przykład koszenie trawy. To czas absolutnej wolności.  Nikt nic ode mnie nie chce, bo silnik zagłuszy  nawoływania. Można ten czas poświęcić na przemyślenia i poszukiwania rozwiązań. Dodatkowo posuwając się krok w krok za maszyną sami nie wiemy, kiedy przyczynimy się do modnego obecnie rytuału  10.000 kroków dziennie. Oczywiście wszystko to dla zdrowia. 


Kiedy dłubiesz w ziemi i spożywasz owoce swojej pracy, sam starasz się, żeby wokół ciebie panowała pełna ekologia i szacunek dla przyrody Pryskasz rośliny mlekiem z drożdżami i innymi czarami, by uniknąć herbicydów i pestycydów. Sam z siebie stajesz się strażnikiem przyrody w mikroskali.
No chyba, że  chcesz zemścić się na posiadanej ziemi za to, że ta trawa tak rośnie i rośnie.  Coś tak kwitnie  lub nie chce i że te chwasty wszędzie.  A przecież określenie chwasty jest całkiem umowne. 
Dziwi mnie więc narzekanie w stylu:

Działkowiec musi ponadto skrupulatnie przestrzegać szeregu rygorystycznych zakazów wynikających z regulaminu rodzinnych ogrodów działkowych. Na tym terenie nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, palić śmieci, ani odprowadzać nieczystości do gruntu.
Choć zasady te są w pełni uzasadnione ochroną środowiska oraz dbałością o sąsiedzkie współżycie, dla nowego właściciela oznaczały kolejne ograniczenia, z których wcześniej nie zdawał sobie sprawy.
Obowiązkiem okazało się nawet umieszczenie w widocznym miejscu tabliczki z numerem działki. Ta z pozoru błaha sprawa idealnie obrazuje, że utrzymanie ogródka wiąże się z koniecznością pamiętania o licznych formalnościach i wymogach organizacyjnych.


Na mnie jako na właściciela domu na wsi nałożono obowiązek umieszczenia tabliczki z numerem nieruchomości, a brak takowej może skutkować sankcjami finansowymi.  Mam mieć też skrzynkę pocztową jak każdy cywilizowany człowiek.  

Po trzech miesiącach stało się jasne, że własna działka nie przyniosła oczekiwanej radości ani spokoju. W miejsce relaksu pojawiły się stałe wydatki, ciężka praca i niepotrzebny stres. Sprzedaż była jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji.

W podsumowaniu redakcja napisała, że Choć dla wielu osób ogrodnictwo to wspaniałe hobby i pasja życia, to w tym przypadku okazało się wyłącznie przytłaczającym obowiązkiem.
Pozwolę sobie za Agnieszką Osiecką zanucić
 
... miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
a jeżeli, a jeśli - nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?

Lubię tę piosenkę  "Sztuczny miód" w interpretacji Elżbiety Wojnowskiej czasem sobie zanucę w chwili zwątpienia i wracam do rzeczywistości.
 Co można powiedzieć po trzech miesiącach walki z działką?  Nic  nie można powiedzieć. Po okresie od wiosny do jesieni już tak. Kiedy zebrane plony rekompensują wyrzeczenia, poświęcenie i koszty.
Te własne pomidory czy ogórki nie są tańsze, są nawet  zdecydowanie droższe gdyby tak dodać koszty  i nakłady pracy poświęcone na ich uzyskanie. Mają jednak pewien walor - są własne.

W okresie kiedy byłem szczęśliwym posiadaczem chałupy w Gorcach, znajomi odwiedzali mnie dość regularnie. Najczęściej przyjeżdżali na dwa dni. Był więc nocleg, a jak nocleg to grill i coś do przepicia.
Czasem więcej niż ćwiartka z piosenki.

         

Moją żona jako rasowa pani domu, rzucała się  dwa dni wcześniej do sprzątania domu, aby wszystko było na tip top. Przede wszystkim omieść należało dom z pajęczyn, które w drewnianym domu są jakby jego nierozerwalnym atrybutem. Było więc sprzątanie, pieczenie, a przed tym wszystkim zaopatrzenie lodówki  i barku. Na koniec odpalałem kosiarkę i jechałem równo po całej skarpie, a była ona mocno pochylona i trudna do koszenia. Potem inne prace istotne lub nieistotne, ale służące poprawie estetyki.
Kiedy przyjeżdżali goście, uważnie rozglądali się po chałupie. Potem stwierdzali, że to dom z duszą. 
U nas wywoływało to radość i było jakby zapłatą za te lata remontów. Potem wieczorem przy grillu na tarasie, najczęściej on mówił do niej:
A może byśmy tak kochanie kupili obie taką działeczkę? Tak wieczorkiem siąść z kieliszkiem wina w ręce i patrzeć na zachód słońca w takim pięknym otoczeniu.
Uśmiechałem się wtedy życzliwie, ale myślałem sobie, że są takie dni kiedy na ten kieliszek wina na tarasie nie masz już sił. Chałupa wysysa z ciebie i siły i wszystkie pieniądze które posiadasz. Wysysa i te przyszłe, bo przecież nie pozwolisz by się zmarnowała. 
Taką prawdziwą  przyjemność z posiadania chałupy wraz ziemią wokół niej  zacząłem mieć jakieś 10 lat od chwili jej kupienia. Wtedy można było sobie pozwolić, by zamiast  kubika desek kupić jakiś ładny dzwonek na targu w Nowym Targu. Po co? Po to był było jeszcze bardziej klimatycznie.
Działka to nie sprint. To działanie długodystansowe. Jeżeli ktoś tego nie rozumie nie powinien się za to brać.
Nie wszyscy muszą uprawiać działkę, tak jak nie wszyscy muszą jeździć na motocyklu, albo na nartach.
Jest tyle dziedzin aktywności własnej, że jest w czym wybierać.
Można również jeździć do Turcji, Tunezji czy Egiptu i tam leżeć na leżaku od świtu do nocy. nic nie robiąc. Oczywiście jak wstaniesz przed szóstą rano, by sobie w tłumie innych turystów ten leżak zająć.
Na twojej działce ten leżak czeka cały czas na ciebie, trzeba tylko znaleźć trochę czasu wolnego, by się w nim wyłożyć. 
Do działki powinno się też dorosnąć.
Mój syn spytany kiedyś, lata temu o brak aktywności ogrodowej, powiedział, że jemu wystarczy ta ziemia którą ma w doniczce na oknie i więcej nie potrzebuje. Teraz widzę, że trawa wokół jego domu jest równiutko przycięta i bez chwastów. Dodatkowo wokół rosną sobie w poczuciu spokoju rośliny ozdobne.
Chciałem go nawet kiedyś spytać, czy przeliczył tę ziemie na doniczki ? Po co jednak  zaczynać trudne rozmowy z własnymi dziećmi z których nic nie wynika, a jedynie  psują nastrój. Przecież być może ( odpukać) przyjdzie taki czas gdy trzeba będzie go poprosić, by przeleciał z kosiarką przez mój ogród.
Taka jest w końcu kolej rzeczy.

                                                                             


 

01 września 2026

Szalone pomysły rodzą się błyskawicznie, ale relacja jest nieco spóźniona

Spóźniłem się nieco z tą relacją, bo to jubileusze i te sprawy. Wróćmy jednak myślami do niedzieli 16 sierpnia 2026 roku.
Kraków - Brzesko -Nowy Sącz - Krynica - Muszyna - Piwniczna - Stary Sącz - Limanowa - Wiśniowa- Wieliczka - Kraków,  według wskazań map Google to 287 kilometrów. Z dojazdami, objazdami śmiało możemy powiedzieć, że pękły trzy stówy.
Plan kolegi był prosty. Zlot starych pojazdów w jeszcze bardziej Starym Sączu. Podjąłem wyzwanie, ale wybrałem możliwie najdłuższą trasę do tego miasta. Dlaczego najdłuższą? Po pierwsze lubię jechać, ale przetykam tę jazdę miejscami widokowymi, aby połączyć przyjemne z pożytecznym.

                                                                  


W niedzielę punktualnie o 10.00 wyjechaliśmy z umówionego miejsca, unikając po drodze autostrad. Wybraliśmy więc tak zwaną starą czwórkę, przez Bochnię do Brzeska, a tam skręciliśmy na Krynicę.
Jakiś patrol policyjny na poboczu drogi wymierzył w nas swoje mierniki prędkości, ale nic im z tego nie wyszło, ponieważ mój kolega jest osobą surowo przestrzegającym przepisów drogowych.  Ja zaś się do niego dopasowałem. Lubię czasem pojechać nieco szybciej, ale nigdy o więcej niż 20 km/h od nakazanych. To w miarę bezpieczne, a przy spotkaniu patrolu wymiar kary nie jest tak bardzo bolesny.
W tych pięknych okolicznościach przyrody, jazda dawała nam sporo frajdy.
Gdzieś tam z boku towarzyszyło nam Jezioro Rożnowskie i załadowane parkingi przy nim. W końcu to przedłużony weekend, bo niektórzy za sobotnie święto dobrali sobie jeszcze wolny piątek. W przypadku motocykli zawsze znajdzie się jednak kawałek miejsca, by oprzeć nóżkę pojazdu i zagłębić się w tych pięknych klimatach. Czasem tylko naszym możliwościom parkingowym towarzyszy frustracja kierowców samochodów, szczególnie tych  którzy lubią sobie zatrąbić. Czynią tak zwłaszcza kierowcy zajeżdżonych golfów.

                                                                             

Na nowosądeckim rynku  zrobiliśmy sobie przerwę na pierwsze nawodnienie.  Upał dawał się bowiem mocno we znaki. Już na wstępie zrezygnowaliśmy z kurtek skórzanych na rzecz skórzanych kamizelek.
To znaczy ja miałem kamizelkę, a kolega założył pas biodrowy.  Zawsze to chłodniej, a przy okazji bezpieczniej dla nerek. Przychodzi taki wiek, że o tym się  myśli. W pierwszym roku mojej motocyklowej przygody jeździłem w samym podkoszulku i już po dwóch miesiącach mogłem wskazać gdzie mam nerki. Nie bolały, ale je czułem.


Kolega ma motocykl przeznaczony do jazdy miejskiej, ja cruisera.  Motocykl niejako wymusza styl ubioru.  Pozostałem więc w skórzanych spodniach i kowbojskich butach. Spodnie wiadomo okrywają stawy kolanowe. Podkute buty fajnie stukają i gdy wchodzę na stację benzynową wszyscy oglądają się w kierunku tego stukotu. Normalnie jak na rasowych westernie, gdy do knajpy wchodzi rewolwerowiec. Nikt z nas nie chce być jedynie tłem, jak mówiła zebra w bajce w jednym  z poprzednich postów.
Minęliśmy zatłoczoną Krynicę w której nawet nie próbowaliśmy robić przystanków i Muszynę,  chyba  z podobnego powodu.  Między Muszyną, a Żegiestowem  spróchniałe drzewo przewróciło się na jezdnię, łamiąc  się w połowie. Byliśmy czwartym pojazdem w kolejce. Wspólnie i w porozumieniu z innymi kierowcami przesunęliśmy pień na pobocze, by móc kontynuować jazdę. Nie zrobiłem zdjęć z tego wydarzenia, ponieważ nie wypadało być widzem, kiedy trzeba zrobić coś ważnego. 
Nie chciałem być jak bohater opowiadania  Stefana Żeromskiego który mówił o sobie : 
„Byłem zawsze, jak dobosz, który biegnie bez tchu obok spracowanego szeregu...
Zadziwiające jak niektóre cytaty zapadają nam głęboko w pamięć, by odezwać się w jakimś bardziej lub mniej odpowiednim momencie.
Swoją drogą nawet kiedy jedziesz bardzo bezpiecznie, możesz trafić na taką sytuację, a będąc motocyklistą nie masz z takim drzewem żadnych szans. Wychodzi na to, że  w życiu potrzebna jest jeszcze odrobina szczęścia. Szczęścia by Dobry Pan Bóg nie powiedział - Sorry, stary zagapiłem się.
Dobierając jeszcze jednego kolegę który spędzał weekend w okolicach Sącza Starego, pojawiliśmy się na malowniczym  rynku tego miasta. 
- Idziemy na lody - powiedział kolega i wskazał na cukiernię  - Tu są najlepsze.  
Pamiętam, że kiedy pracowałem w Nowym Sączu ganialiśmy tu po jagodzianki, ponoć najlepsze w okolicy. Z resztą ta chwila pod lipami na rynku uruchomiła wiele wspomnień z tego urokliwego miasta. O tu w knajpie "Pod dzwonkiem" kupiłem w 1979 roku paczkę papierosów "Wawele" Nie wiem ile lat musiały tu leżeć. Luksusowe papierosy Wawel (produkowane m.in. przez Wrocławską Wytwórnię Papierosów oraz Zakłady Przemysłu Tytoniowego w Radomiu w okresie PRL) przestały być produkowane w latach 60. lub 70. XX wieku. Marka ta miała charakter elitarny i zniknęła z rynku wraz z przebudową asortymentu polskiego przemysłu tytoniowego, ustępując miejsca masowo produkowanym wyrobom.
Mało kto chce mi w to wspomnienie uwierzyć.  Jak i w to, że w trakcie tamtego pobytu trafił się gość, któremu przypominałem kolegę z wojska. Już to samo podobieństwo spowodowało, że postanowił się ze mną napić, a ja dopiero co wyrwałem się z rodzinnego domu, a więc właśnie zacząłem pracować nad kondycją w alkoholowych tematach.
Do Staromiejskiej zaś chodziliśmy na śledzia po japońsku i ruskie pierogi. Mieli tu taki gabinecik w którym zamykaliśmy się na chwilę konsumpcji. Było to szczególnie  wygodne w te dni kiedy bezrobocie wypłacało zapomogi.
Tyle wspomnień, tyle czasu, a od chwili zakupu Waweli minęło już prawie pól wieku.


Poniżej Rynku  znajduje się plac na który zjechało się mnóstwo pasjonatów starych pojazdów.
Niektóre starannie odrestaurowane i wypielęgnowane. Inne naruszone zębem czasu. 
Kilka rzuciło mi się w oko




A potem już powrót przez Limanową. Z niemałym zdziwieniem przyjąłem złą wiadomość na stacji benzynowej gdzie tankowałem motocykl. Okazało się, że  tradycji do końca nie stanie się zadość. Nie było już hot-dogów, czyli najszybszego posiłku dla ludzi w drodze.
- Hot dogi nam dzisiaj wyszły - powiedziała młoda dziewczyna przy kasie. Nawet się nie zdenerwowałem, bo już dawno nie słyszałem, żeby coś wyszło.
Zjadłem wafelka który na takie sytuacje wożę w kufrze. Temperatura na zewnątrz spowodowała jednak,  że czekoladę z orzechami która była wypełnieniem wafelka mogłem dosłownie wypić. Wylewała się ze sreberka, brudząc przy okazji wszystko wokół. Mówiąc w skrócie, tylko kawa była w porządku. Podwójne espresso  było bardzo smaczne.
Na benzynę nie narzekał też mój motocykl.  Zabuczał radośnie niskim dźwiękiem i ruszyliśmy dalej. Z każdą chwilą zbliżaliśmy się już do własnych domów.
Żal z tego powodu mieszał się ze zmęczeniem. Radość trzymała nas  cały czas w mocnym uścisku. Trzysta kilometrów na motocyklu to trochę  jest.
Dojechałem do domu w okolicach 19.00. Kiedy zszedłem z motocykla poruszałem się jak kowboj który po całym dniu w siodle, schodzi z rumaka. W końcu i my z przerwami spędziliśmy na tych siodełkach trochę godzin. 
Czego chcieć jeszcze do szczęścia. Zjadłem coś na szybki i zasiadłem w wygodnym czarnym skórzanym fotelu z kieliszkiem czerwonego wina, podanym sobie we właściwej temperaturze.
Bo jak to śpiewał Andrzej Zaucha  piosenkę do tekstu Jonasza Kofty - Koniec dnia czerwonym pachnie winem. Miał rację.