04 sierpnia 2026

Hanka szuka, ale czy znajdzie?

  Motto na dziś :
„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość”. Lalka B. Prus
Ja rozbudowałbym to zdanie o dookreślenie na końcu  -  "własnymi wymaganiami.                                                                                              
Dzięki lekturze pewnego artykułu dowiedziałem się, że są specjalne portale randkowe dla zamożnych.
Wychodzi na to, że już na samym początku stawiamy naszej miłości pewne wymagania. A co jeżeli nie poprzestajemy  tylko na wymaganiu finansowym ?
Poniżej jako przykład, opis wymagań przykład jednej z osób, których historie opisano w artykule *

"...Od kilku miesięcy Hanka jest zalogowana na specjalnym portalu dla zamożnych osób, które chcą kogoś poznać. Płaci abonament, poznaje wirtualnie mężczyzn, którzy osiągnęli sukcesy zawodowe, finansowe. I co? I jest coraz bardziej rozczarowana. Smutna i zdumiona. Bo żaden z nich nie spełnia nawet 20 punktów z listy. Każdego więc Hanka po kolei odrzuca. Tych randek robi się już naprawdę sporo, a ona ma powoli dość. Chciałaby od tego odpocząć, ale czuje się zwyczajnie samotna. Marzy, aby móc przytulić się do kogoś wieczorem na kanapie, gdy syn wychodzi z dziewczyną do kina. O jaką listę chodzi? Hanka stworzyła sekretną listę życzeń, czyli zestaw cech osobowości, charakteru i wyglądu potencjalnego partnera. Lista ma aż 30 punktów. Na przykład ktoś, z kim miałaby się związać na stałe, powinien mieć minimum 180 cm wzrostu i nie może mieć nadwagi. Musi regularnie uprawiać jakiś sport. Być lojalny, bardzo pewny siebie, ale też skromny. Musi być singlem, ewentualnie po jednym rozwodzie (kandydat w trakcie rozwodu odpada!). Nie może mieć pofarbowanych włosów ani brody. Studia — obowiązkowe. Na liście znajdują się nawet widełki pensji, którą powinien pochwalić się wybranek..."

Wypadałoby życzyć Hance powodzenia, bowiem szukanie i znajdowanie jest zakotwiczone nawet w Ewangelii.  Kto szuka, ten znajdzie” to znane polskie przysłowie oraz biblijna zasada pochodząca z Ewangelii wg św Mateusza  oznaczające, że wytrwałość w dążeniu do celu lub rozwiązywaniu problemów zawsze przynosi skutek. Czy tym razem jednak przyniesie?
Czy ja się dziwię, że tytułowa Hanna ma problemy ze znalezieniem odpowiedniego kandydata?
A gdyby teoretycznie znalazła człowieka który spełnia te założone 30 punktów z listy to co ?
Krzyknie do Amora - Strzelaj!
A Amor posłusznie polecenie wykona?
Przecież przy takiej metodzie wyboru możliwe  jest z kolei z dużym prawdopodobieństwem, że Hanna trafi na kandydata z równie długa listą oczekiwań. Z pobieżnych wyliczeń wynika, że szansa na sukces zaczyna być iluzoryczna, a prawdopodobieństwo mniejsze niż wygrana w totka.
Poza tym, jak mawiają górale, "Śmierć, miłość i sracka, przychodzą znienacka 
Za moich młodych  czasów mówiło się zaś elegancko,  że kocha się nie za coś, a pomimo czegoś.
Poza tym, fantastyczne było to poznawanie osoby na raty. Każde spotkanie przynosiło nowe informacje. Czasami lepsze, czasami gorsze. Wtedy człowiek mówił sobie - Nie ma tego i tego, ale pomimo to ją kocham. Czyż to nie było piękne i nacechowane pewnym poświęceniem?
Dawaliśmy sobie wtedy więcej czasu na poznanie się i jeszcze więcej na dopasowanie.
Tu pojawiała się dla płci pięknej pewna szansa.
Kobieta mogła wtedy przez całe  lata reformować swojego męża i formować pod własne wyobrażenia.
Niestety, wychodził z tego czasami mocno kaleki osobnik, była to już jednak jesień związku i łączyła ich już  tylko  przyzwyczajenie, a w optymistycznej wersji  przyjaźń.
Dzisiaj kobieta chce mieć faceta od razu  pod własny gust, całkowicie bez pracy własnej, albo organicznej jak lubili mówić pozytywiści.
I taki ja, bez przypominania opuszczam klapę w sedesie. Opróżniam też bez wezwania zmywarkę i regularnie wynoszę śmieci. Nie mam jednak minimum 180 cm wzrostu. Czy w ogóle można te cechy położyć na jednej wadze?
Nie naprawiamy, nie kształtujemy.  Potrafimy się  jednak wściekać na to, że nie jest jak sobie wymyśliliśmy.  Jakże to inne od tego co było wcześniej.
Jak jest lepiej? Zmieniać czy żądać gotowego upgradowanego już faceta, według własnych życzeń.
Sam miałem kiedyś boksera z przyciętym według mody ogonem, ale ja wymyśliłem sobie aby miał kopiowane uszy. Weterynarz zrobił to co chciałem, a ja przez cała noc trzymałem szczeniaka na rękach uczestnicząc choc w ten sposób w jego bólu. Bólu który mu sam zafundowałem.
Powiedziałem sobie wtedy, że nigdy więcej. Kolejna suka, też bokserka, biegała w ogonem w naturalnymi uszami.  Suka biegała szczęśliwa, a ja miałem możliwość zaobserwowania, że długi ogon jest psu do życia potrzebny
15 lat temu napisałem tekst o zmienianiu swojego mężczyzny, który pozwolę sobie tu wrzucić,
bowiem  daje ciekawe spojrzenie na ten problem. Jakoś dziwnie ten tekst zachował aktualność, ale to tylko moja opinia więc nie jest obiektywna. 
A teraz cofnijmy się o 15 lat do roku 2011

Mały Miś
Po raz pierwszy od dłuższego czasu przeczytałem tak szczerą rozmowę. Być może zachwyt wynika z faktu, że potwierdza moje przemyślenia.
W Elle zamieszczono rozmowę Anny Luboń z socjologiem dr hab. Tomaszem Szlendakiem.
Tytuł artykułu : Dlaczego kobiety chcą zmieniać mężczyzn
Rzuciłem się na tekst ponieważ wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie.
Oczywiście mam swoje gotowe odpowiedzi, ale jak to mówią - mądrego przyjemnie posłuchać.
No więc dlaczego?
… Jak to się dzieje że kobieta tuż po ślubie zaczyna się przeprogramowywać i rekonstruować mężczyznę z wymarzonego księcia na białym koniu w misia w papuciach…
Kiedyś poznała bezkompromisowego, dowcipnego i podobającego się kobietom faceta. A zamienia go w człowieka ukierunkowanego na dom i sprawy rodziny. Powoli to te sprawy dominują na tym co się dzieje na zewnątrz. Robi to, po to aby go zatrzymać.
A kiedy jako wymagający pedagog, kobieta osiągnie swój wychowawczy sukces, zżyma się na pojętność swojego ucznia:
- Ciebie to nawet kijem z domu nie można przepędzić. Zostaw tego pilota. Ruszmy się gdzieś.
Zapuściłeś się, zrób coś z tym brzuchem...
No tak,  ale najlepsza receptą będzie rowerek treningowy, wyciągany zza zasłony w sypialni. Będzie mógł pedałować oglądając przy okazji pięć pięć tysięcy sześćset dwudziesty czwarty odcinek „Mody na sukces” . I będzie przecież cały czas na oku.
I tak współczesny Felicjan Dulski nie musi dymać na własnych nogach na Kopiec. Ona na ten Kopiec może pojechać. A, że prócz ciała jest również umysł, kobiece ambicje odważnie sięgają również tam.
… Ale kobiety nie tylko chcą mężów "umisiowić". Chcą ich też nauczyć sprzątać po sobie brudne skarpetki. Albo żeby się trochę podciągnęli towarzysko: zaczęli mieć właściwe poglądy. Najczęściej takie jak one.
Wśród kobiet w naszej kulturze cały czas pokutuje wyobrażenie o związku jako komunii dusz. Mężczyźni takich wyobrażeń nie mają. Zupełnie inaczej widzą zakres autonomii w związku. Kobieta chciałaby, żeby związek działał jak jedna osoba, żeby oboje podobnie myśleli o wielu dziedzinach. Mężczyźni nie zmuszają się do tego, żeby czuć świat tak samo. Kobiety próbują kształtować mężczyzn na swoje podobieństwo, bo wydaje im się, że tylko wtedy jest dobrze…

Pan doktor uważa i trudno mi się z tym nie zgodzić, że faceci poddają się swoim kobietom z wygodnictwa. Nie do przecenienia jest również obraz stosunków wyniesiony z domu .
- Tak kochanie. Oczywiście Kochanie. Masz rację Kochanie.
Tak przecież zachowywał się jego ojciec i czynił to dla własnego spokoju.
Dla własnego wygodnictwa tracimy więc wolność, ale równocześnie przestajemy traktować własny dom jako pole walki. Tutaj role są już podzielone. Żona rządzi
….Może dlatego, że mają w domu święty spokój. Mężczyźni są w stanie wiele oddać dla spokoju. Unikają konfliktów, w które kobiety wchodzą częściej. Oddając część władzy, wolności, mężczyzna bardzo dużo zyskuje w swoim mniemaniu…
Przypomina mi się taki dowcip:
W trakcie męskiego piwa, faceci żalą się jak to są gnębieni i przez swoje małżonki. Wtedy jeden z nich mówi:
- A ja w domu robię to na co mam ochotę. A dzisiaj na przykład mam ochotę słuchać żony.
Lektura artykułu pozwoliła mi zrozumieć dlaczego mężczyźni nie próbują zmieniać kobiet?

… Bo lista cech, których kobiety oczekują od mężczyzn, jest dłuższa, niż lista cech pożądanych przez mężczyzn u kobiet. Im wystarczy, że kobieta pasuje wizualnie, jest miła, inteligentna, nie wstyd się z nią pokazać. Co tu więcej zmieniać?
Może piersi. One zawsze mogły by być większe.
Oczywiście wszystkie te działania nie powinny być postrzegane tylko w negatywnym zabarwieniu. Wymagająca kobieta w sprzyjających okolicznościach potrafi być muzą mężczyzny.
… A przecież wtedy również wykonuje rodzaj formatowania. Żonie Einsteina przypisuje się znaczną część idei, które opublikował pod swoim nazwiskiem. Freud też pisał dzięki swojej partnerce…
Niestety zdaniem socjologa to są wyjątki.
…. Zazwyczaj jednak kobiety formatują mężczyzn, ściągając ich w dół: żeby się nie wyróżniali, żeby byli jak inni, kiedy spotkają się z sąsiadami w niedzielę w kościele.
Pamiętam taką scenę z Czterdziestolatka, kiedy inżynier Karwowski idzie na służbowe chociaż domowe spotykanie z młodą i atrakcyjną panią architekt (w tej roli Grażyna Szapołowska) Przezorna żona nakazuje ubranie koszuli polo do marynarki. Efekt śmieszności i nieatrakcyjności faceta został osiągnięty
Marlena Dietrich powiedziała, że większość kobiet usiłuje zmienić swojego faceta, a kiedy im się to wreszcie udaje, ten facet wcale im się nie podoba.
… Tym, co przyciąga kobietę do mężczyzny, jest jego egzotyczność. To, że potrafi ją zaskoczyć, że jest nieprzewidywalny. Ale potem kobieta zaczyna go socjalizować, dopasowywać do swojej codzienności. Obudzi się, kiedy będzie za późno. Ten mężczyzna, za którego wyszła, już się nie zachowuje, jak trzeba, ani nie wygląda, jak trzeba. Stał się kimś innym, nudnym i przewidywalnym. Pierwsza myśl to rozwód – cztery na pięć jest inicjowanych przez kobiety. Dopiero socjoterapia może jej uświadomić, że to ona wymogła na swoim partnerze zmiany, których teraz nie akceptuje. Że to ona sama doprowadziła do końca atrakcyjności swojego mężczyzny…


I w zasadzie nic dodać nic ująć, a każdy komentarz wydaje się zbędny.
Na koniec warto dopuścić do głosu prawdziwego fachowca, jeśli idzie o damsko-męskie relacje. Nieżyjący już Georges Brassens tak śpiewał o tym, co z twardego faceta potrafi zrobić delikatna i krucha kobietka. 

 
 

Na koniec wypada odpowiedzieć na jedno pytanie. Dlaczego mężczyźni na to wszystko się godzą?
No cóż zaczęliśmy od Prusa i jego Lalki a więc zamknijmy  jak klamrą, innym cytatem z tej powieści:
„Ile razy mężczyzna patrzy na kobietę, szatan zakłada mu różowe okulary”.
Najzabawniejsze jest to, że wypowiedziała je jedna z bohaterek powieści, Pani Kazimiera Wąsowska

28 lipca 2026

Co ja tu robię, czyli: rozrachunki, potwierdzenia i zaprzeczenia.



Potwierdzenia

Tak to jakoś z nami jest, że wybiórczo zwracamy uwagę na pewne rzeczy. Gdy tak dla przykładu, kupimy sobie czerwonego Forda Focusa to nagle zauważamy jak wiele takich aut jeździ po naszych drogach. Dodatkowo nagle okazuje się, że czerwony to popularny kolor.
Wcześniej tego nie było. Moje oko posiadacza motocykla Yamaha Drag Star wyłapuje te motocykle z tłumu innych, nawet na zlotach gdzie setki maszyn stoją w równym rzędzie.
Może to ma coś wspólnego z Inżynierem Mamoniem z "Rejsu" . On to lubił te piosenki, które już kiedyś słyszał.
Podobnie jest z teoriami. Szukamy tego co potwierdzi nasze teorie lub przypuszczenia.
W jednym z poprzednich tekstów pod tytułem Gdybym był bogaty", napisałem o tym, że współczesne media proszą o opinie, rady i analizy sytuacji, osoby które nie są specjalistami z danej branży, a jedynym powodem ich zapytania jest stan posiadania lub celebrycka popularność.
Jakby na potwierdzenie tej tezy, kilka dni temu, czytałem na Onecie artykuł wspomnieniowy o Marlonie Brando, w związku z rocznicą jego śmierci . Marlon Brando był amantem kina, który gardził Hollywood. Unikał ceremonii wręczania nagród, a wiele lat spędził na prywatnej wyspie na terenie Polinezji Francuskiej. Doczekał się mnóstwa plotek, jak również prawie tuzina… nieślubnych dzieci. Wspaniały Don Corleone, obłąkany pułkownik Kurtz czy ikoniczny Dziki pod koniec życia był bez grosza. Marlon Brando zmarł 1 lipca 2004.
Na pewnym etapie swojego życia Branado usunął się w cień . Swoich kolegów po fachu traktował z ogromnym dystansem, o czym mówił w słynnej rozmowie z Lawrencem Grobelem. — Czytałem mnóstwo wywiadów z ludźmi, którzy nie mają najmniejszych podstaw, by udzielać odpowiedzi na zadane im pytania — mówił aktor. — Zadaje się im pytania tylko dlatego, że są sławni i znani, a oni nie mają najmniejszych kompetencji, żeby na nie odpowiadać: pytania o sytuację gospodarczą, o wykopaliska archeologiczne w Toskanii czy o najnowszą odmianę zakaźnej rzeżączki. Sam na takie pytania odpowiadałem, a potem zastanawiałem się, co ja w ogóle, k***a robię. To absurdalne, że ktoś zadaje takie pytania, i równie absurdalne, że zgodziłem się na nie odpowiadać — mówił w wywiadzie
No proszę bardzo. Jakże to miłe, że Marlon Brando zgadza się z tym co napisałem. No raczej jest odwrotnie, bo Brando zmarł w 2004 roku, ale suma suma sumarum jest to jakieś potwierdzenie mojej teorii. A przecież my bardzo lubimy gdy życie potwierdza nasze słowa.
Stajemy wtedy w szerszym rozkroku i wyciągając głowę, byśmy byli jeszcze wyżsi, wyrzucamy z siebie starannie artykułując - A nie mówiłem, mówiłam.
Robimy, chociaż to moje wyciąganie głowy i tak jest psu na budę. Z tym wzrostem, nawet z tą życiową mądrością, którą przez te lata nabyłem nie mieszczę się w widełki zainteresowania.

Rozrachunki
 
Upływa szybko życie,
Jak potok płynie czas,
Za rok, za dzień, za chwilę,
Razem nie będzie nas
Za rok, za dzień, za chwilę,
Razem nie będzie nas

Tak to się dzieje. Sypią się ziarenka z tej naszej klepsydry życia, ziarno za ziarnem, nieubłagalnie.
Nawet zdążyliśmy się do tego upływu przyzwyczaić i starać się go nie zauważać. Patrzymy na sibie codziennie w lustrze i jakby nie zauważamy zmian. Dopiero jak spotykamy dawno niewidzianą koleżankę lub kolegę, to myślimy sobie -  ależ ona jest stara. Jestem pewien, że kolega lub koleżanka myślą w tej samej chwili dokładnie to samo o nas. Nie dajmy się zwieść okrągłym słowom w stylu :
- Świetnie wyglądasz, nic się nie zmieniłeś, bo to przecież  nieprawda . Po trzykroć nieprawda jak w piosence Alicji Majewskiej Nie graj cynika na siłę

Mało ci za to świat braw da
Nie mów że wszystko w miłości już było
Bo to nieprawda, nieprawda, nieprawda

Przeglądając zdjęcia z otoczenia mojego domu, doszedłem do tych fantastycznych wniosków na temat przemijania.
14 lat temu, kiedy zamienialiśmy mieszkanie na dom, a żona moja nie byłą pogodzona z tą zmianą.
Wyszukiwała słabych stron oferty, aby ugrać trochę na czasie. Przywiązała się bowiem do dotychczasowego miejsca. Jednak mieszkanie na trzecim piętrze w bloku bez windy, przy konieczności użytkowania wózka, było na dłuższą metę nie do opanowania.
Jakież to były zastrzenżenia?
Na przykład takie, że za siatką jest dom gdzie mieszkają przyszli sąsiedzi i nasza prywatnośc będzie taka sobie.
Na nic zdały się tłumaczenia, że na tę stronę nie ma żadnych okien , ani drzwi. Dodatkowo wzdłuż ogrodzenia posadzone sa świerki. Te świerki miały wtedy 1,20-1,50 m wysokości.
A kiedyż one urosną - odpowiadała żona.


                              rok 2013

W tym roku ekipa specjalistyczna, przycięła świerki o 1/3 wysokości. Ja sam jakieś 5 late temu  ścinałem już jakieś 1,5m z wysokości, ale zrobiłem to wtedy bez ryzyka upadku z wysokości
Teraz świerki wyglądają tak i zasłaniają całkowicie dom sąsiadów.




Lata mijały, a one rosły i wydawały mi się, że są jeszcze spoko, że do ogarnięcia. Nastał jednak czas kiedy to ogarnięcie musiałem powierzyć fachowcom z uprzężami.
Scedowanie roboty jest też skutkiem tego, że przez te 14 lat postarzałem się trochę, ale taka jest kolej losu.
Nie zauważamy zmian dopóki jakieś wydarzenie nie walnie nas jak obuchem w łeb.
Moja otolaryngolog wypisując mi zlecenie na aparaty słuchowe, zapytała mnie: 
- A dlaczego Pan nie mówił, że pogorszył się Panu słuch?
-Z jednej strony nie zrobił tego skokowo, z drugiej zaś strony to facetowi ciężko się przyznać do słabości. Tak już mamy genetycznie.
Przyzwyczajamy się do delikatnego osłabienia słuch podgłaśniając telewizor czy radio.
Zgadza się, ale ja miałem jeszcze inny bezpiecznik. Żona od lat korzysta z aparatów, ponieważ liczne operacje i narkozy spowodowały osłabienie słuchu. Ona jednak zaprawiona w bojach nie miała problemu aby powiedzieć o tym lekarzowi.
Jakie były tego skutki? Oglądając TV żona prosiła 
- Ścisz trochę, strasznie buczy
To moje trochę, było dla niej niewystarczające. Wstawałem więc z fotela i udawałem się do innych zajęć oddając jej władzę nad telewizorem. Co jak co ale honorowy to ja zawsze byłem.
Dodatkowo miałem pewien problem. Gdy ktoś chciał mi przekazać jakąś kwestię w sposób poufały czyli cicho to wtedy zaczynała się  jazda.  Miałem  jednak pewność, że się nie wygadam, ponieważ nie łapałem całości wypowiedzi.
To jakby plus, bo zyskiwałem na solidności jako zaufany człowiek Milczałem bo  mógłbym głupio coś skomentować gdy niedosłyszałem.
Aż tu zmiany
Kiedy w pierwszym dniu użytkowania aparatów wróciłem do domu, pierwsze co zrobiłem to przyciszyłem głos w telewizorze oglądanym przez żonę.
- Strasznie buczy - powiedziałem
- Działa - ucieszyła się moja żona.
Tak prawdę powiedziawszy tym spiritus movens w tej kwestii był mój francuski Brat. 
W trakcie ostatniej wizyty we Francji, wyciągnął aparat z ucha by mi pokazać, że lata lecą.
Brat jest starszy ode mnie o dwa lata.
Pomyślałem wtedy, że jak on podjął taką decyzję to i ja mogę.
Zrobiłem to zaraz po powrocie.
Teraz staram się przyzwyczaić  do nowej sytuacji i sprawnego zakładania. To są aparaty wewnątrz uszne a więc wciskane do śodka ucha. Teoretycznie niewiele wystaje poza ucho. Może tylko taka antenka z przezoczystego plastiku której zadaniem jest ułatwienie wyciągania  urządzenia z ucha. 
Specjalista z punktu powedział mi, że można to obciąć i niektórzy tak robią.
Muszę jednak dojść do jako takiej wprawy w tych czynnościach. 
Póki co, z tym antenkami wychodzącymi z uszu wyglądam jak Teletubiś. No może brakuje mi tylko torebki.



 Dobra wiadomość jest taka że mogę założyć kask motocyklowy mając założone aparaty.
Tylko motocykl tak jakby głośniej pracuje, ale fanów coś takiego cieszy. 
Połączenie ze smartfonem pozwala nam rozmowy telefoniczne  przez słuchawki  Jeżeli tylko telefon jest w zasięgu Bluetooth.  Mogę  słuchać też na nich Spotify.
Same zalety z tego pogorszenia słuchu, nie?
Nie, ale zgodnie z zaleceniem grupy Monty Python - zawsze staram się patrzeć na jaśniejszą stronę życia.

Powyższy opis wypełnia też trzecią kwestię wymienioną w tytule a mianowicie

Zaprzeczenia

Przez parę lat zaprzeczałem, że mam problemy ze słuchem  i twierdziłem, że jest wszystko w porządku. Dopasowane do wieku bo wiadomo, że nikt z nas nie jest młodszy tylko starszy.
Czy czuję się staro?
Zaprzeczam. Żebyście wiedzieli jakie jeszcze głupoty chodzą mi po głowie.
 

21 lipca 2026

Męski pakiet startowy

Czas się zmienia i my zmieniamy się wraz z nim. Stajemy się bardziej wrażliwi na własne problemy i potrafimy  w nich się nawet  zagubić. Świetnym potwierdzeniem tego stanu jest wywiad z Arturem Nowakiem który przeczytałem jakiś czas temu w Magazynie Wyborczej .
Wywiad poświęcony jest w dużej części problemom z alkoholem, który był dominujący w życiu ojca naszego bohatera i co niestety często się zdarza w takich rodzinnych układach, jego samego. W pewniej chwili tak mówi o wsparciu w problemach :

" Ja miałem terapeutów, książki Osiatyńskiego, mapy i instrukcje obsługi mojego bólu. On nie miał nic – tylko wstyd i złość, ten stary, męski pakiet startowy. A jednak któregoś dnia po prostu przestał pić. Bez fanfar, bez posta w Internecie, bez grupy wsparcia. Jakby cicho podjął decyzję, że dalej już nie idzie, że ten kieliszek to ostatni rozkaz, którego nie wykona. No i wywalił ten stół. Im dłużej o tym myślę, tym większy mam do niego szacunek." (*)

Ja też mam olbrzymi szacunek dla ludzi którzy sami z siebie potrafią podnieść się z upadku. Sam dzięki bogu nie doświadczyłem tego rodzaju zdarzeń w moim życiu, bo ono ułożyło mi się we w miarę przewidywalny ciąg zdarzeń. No może poza paroma przypadkami, ale to już inna historia.
Parę jednak decyzji poprawiających to moje życie podjąłem ot tak z siebie
Mam tu na myśli choćby taki drobiazg jak  rzucenie palenia.
Przepraszam za porównanie, ale zrobiłem  to w takim stylu jak Ojciec Osiatyńskiego.
Wiem, że palenie i picie nie jest porównywalne. Kiedy jednak  obecnie widzę w mediach reklamę tabletek na rzucanie palenia, mówię do siebie - jakie to teraz proste.
 Asortyment  narzędzi do walki z nałogiem jest zresztą  znacznie bogatszy. Tabletki, gumy do żucia chyba nawet jakiś sprej.
Za moich czasów przekazywanym z ust do ust sposobem na niepalenie, było włożenie do ust miedzianego gwoździa. Wkładało się kawałek miedzi do ust na kilka minut, bezpośrednio przed sięgnięciem po papierosa. Ponoć smak dymu był wtedy okropny, po prostu nie do zniesienia.
Raz, drugi, czy trzeci chciało ci się rzygać przy paleniu i więcej nie próbowałeś.
Ano nie koniecznie.  Nałóg bywa ważniejszy niżli nawet spore niedogodności.
Nie trafiłem jednak w schyłkowym okresie PRL-u na miedziane gwoździe  więc i nie stosowałem tego przepisu.
Pewnej niedzieli  doświadczyłem i ja złości,  która pomogła mi podjąć decyzję. Było to wtedy gdy nałóg zmusił mnie do biegania po całym osiedlu  w poszukiwaniu papierosów. Przemierzyłem  sąsiednie osiedla, ale w czynnych  kioskach RUCHU tytoniu nie było.
Zakup papierosów, nie była to wtedy prosta sprawa. Tej niedzieli niestety to mi się nie udało.
Niedziela była więc pierwszym dniem dobroci dla moich płuc.
Wkurzony mocno i upokorzony tym bieganiem, podjąłem stosowne  decyzje.
W poniedziałek z rana kupiłem trzy paczki papierosów. Jedną do pracy,  drugą do domu, i trzecią by mieć ją zawsze pod ręką.
- Mam Was - powiedziałem do fajek -  ale nie zapalę.
O dziwo rzeczywiście przestałem palić. Tak z dnia na dzień. Z czasem minęło wkurzenie i poranny kaszel.
Od tamtej pory, a jest to już ponad 40 lat nie sięgnąłem po papierosa. Nie zaciągnąłem się nim ani razu i to  bez względu na to,  czy byłem totalnie trzeźwy, czy absolutnie pijany. Taki też czasami bywałem.
Po latach zdarzyło mi się jednak parę razy śnić o paleniu. To był bardzo realistyczny i męczący sen 
Jeszcze jakieś pięć lat od rzucenia miałem ten bardzo  realistyczny sen. Obudziłem się pełen poczucia winy za to, że zmarnowałem te lata abstynencji nikotynowej. Dopiero gdy jawa zwyciężyła zmagania z marzeniami sennymi, zdałem sobie z tego sprawę.

- Toż to tylko sen głupolu - powiedziałem waląc się dłonią w czoło.

Ponoć po 15 latach niepalenia, płuca osiągają stan absolutnej czystości. Ja zaliczyłem  już 2 razy po 15 i jeszcze przynajmniej dychę. Mam  z tego powodu satysfakcje choć nie chcę zrobić z siebie bohatera.
Dziękuję również losowi za to,  że nie musiałem radykalnie odstawiać alkoholu, a splot okoliczności życiowych mógł mi taki nałóg zafundować.
Bałem się też kontaktu z substancjami psychoaktywnymi, choć w czasach szkoły średniej byłem już z pewnym kolegą na starym cmentarzu, a on w tajemnicy  wyciągnął z kieszeni  jakieś ampułki.
Może to ten dobry Anioł Stróż. Taki  sam jak z piosenki Jaromira Nohavicy  - "Mam ledwie bliznę"

Niektórzy mają skłonność do dziwnych upodobań
A ja cię, moja miła, tak niezmiennie kocham
Kiedy się krzątasz w kuchni, gotując konfitury 
Gdy dyrygujesz domem z rodzinnej partytury
I choć nas w różne strony niesie spraw lawina 
To złe wspomnienia dla dobrych zapominam
A co z aniołem? - gdyby ktoś wiedzieć chciał 
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał
 
 






14 lipca 2026

Jak cudne są wspomnienia

Było się romantykiem, od czasu do czasu zakochanym. Niestety, wiele razy też nieszczęśliwie. Odnoszę wrażenie, że w wieku 16 lat miałem serce o dwa rozmiary za duże do ogólnej budowy, a gigantem raczej nie byłem.
W myśl przedwojennej piosenki - Na pierwszy znak gdy serce drgnie, ledwo drgnie a już się wie... i tak dalej. Oj rozedrgane to serce miałem i gdyby wtedy panowała moda na tak częste robienie EKG, zdiagnozowano by u mnie arytmię. Niestety koleżanki z mojego rocznika oglądały się za wyższymi kolegami i mnie nawet nie zauważały. Jak psu w d.pę była więc ta strzała amora, która przelatywała przez moje serce, pozostawiając krwawiącą ranę. A co może zrobić nieszczęśliwy w miłości młodzieniec?
Próbuje być poetą, ale nie było to remedium na wszelkie smutki i żale. Poza tym poetą się nie jest, poetą się bywa - jak powiedział CK Norwid. Musi być w tym sporo racji ponieważ powiedzenie to przypisuje się wielu innym poetom, jak na przykład Jonaszowi Kofcie.
I choć analizowano te moje teksty na lekcjach języka polskiego w klasie humanistycznej miejscowego ogólniaka, niewiele zmieniało to w mojej sytuacji. Cierpiałem za miliony, aż z tego cierpienia wyrosłem. Po latach gdy przeczytałem wiersz Andrzeja Bursy Poeta

Poeta cierpi za miliony
od 10 do 13.20
O 11.10 uwiera go pęcherz
wychodzi
rozpina rozporek
zapina rozporek
Wraca chrząka
i apiat
cierpi za miliony

Uśmiechnąłem się wtedy do siebie, wspominając tamto własne cierpienie, przerywane imprezami, wyjściami do teatru i próbami zainteresowania sobą płci przeciwnej. Po wszystkim wracałem do domu, by dalej cierpieć.
Mądry gość z tego Bursy, nie ma co. Ma dystans do siebie jako twórcy.
Nabrałem dystansu do siebie po rocznej pracy na pogotowiu ratunkowym w charakterze sanitariusza.
Wobec bezmiaru ludzkiego cierpienia moje problemy zmalały i  nie były warte nawet wspomnienia.
Kiedy jednak sięgam po tomik poezji własnej, wydany na koszt żony z okazji mojej 40-tki, uśmiecham się. Wspominam tamte czasy ze szczególnym uwzględnieniem czasu beztroskich z pozoru wakacji.
Ileż to człowiek naganiał się za jakimkolwiek odwzajemnieniem uczucia. Niczym przysłowiowy kot z pęcherzem, to tu, to tam. Przypomnę, że były to czasy kiedy nie było takiej swobody obyczajowej jak teraz. Z drugiej strony ganialiśmy za miłością w jej sferze romantycznej, biorąc oczywiście pod uwagę  możliwość miłości zmysłowej. Kto odrzuci taką możliwość w wieku kilkunastu lat ?  Hormony buzują wtedy tak,  jak gotująca się woda w czajniku.
W porywie fascynacji  pomieszałem młodzieńcze wspomnienia  ze współczesną techniką. Korzystając z AI, dałem głos kolejnemu mojemu wierszowi z tamtych lat. Nie pamiętam już do kogo wzdychałem w tamtej chwili. Czas zaciera twarze, wyciągając na wierzch ogrom młodzieńczej naiwności. A może to ta naiwność jest taka ważna i wartościowa?
Wiersz powstał gdzieś w drugiej połowie lat 70 tych.
Ostrzegam wrażliwych i alergików, że muzykę i głos podłożyła Sztuczna Inteligencja





Jak komuś się podobało choć odrobinę, to zacytuję jeszcze pewien fragment  wiersza

Nie przynoście kwiatów poetom
Dajcie wódki bo lubią pić
Takim bilans nie może na zero
Lecz na minus koniecznie ma wyjść

... i trochę dalej 

Oni muszą mieć ciągle za mało
I najlepiej zawsze nie tak
Żeby pięknie się im umierało
Raz na tydzień a nawet i dwa


To fragment tekstu Andrzeja Wawrzyniaka, który do spółki z Michałem Wiśniewskim śpiewają. To piosenka pod tytułem "Nie przynoście kwiatów poetom". Dla zainteresowanych i pozbawionych alergii na Michała,  ta piosenka dostępna jest na YouTube.
Swoją drogą to nie wiem czy gdybym wtedy usłyszał ten utwór, brałbym się za pisanie.
Na pisanie namówił mnie swoim wierszem Jerzy Harasymowicz
Rano wstaję poemat chwalę biorę się za słowo jak za chleb.
Harasymowicz był jednak pierwszy. Wydał tomik z tym wierszem już w 1972. 
Miałem wtedy 14 lat i gorączkowo szukałem ideałów.
Dziś sam jestem dziadkiem - jak mówi pewna reklama słodkich cukierków, ale kiedy  włączę Spotify, polska poezja śpiewana wyświetla mi się jako pierwsza.
Może zostało we mnie choć troszkę tej młodzieńczej, pozytywnej naiwności ?  Kęsek, pyłek, ziarenko piasku ?



07 lipca 2026

O upałach prawią, a tu deszcz nadciągnął

Miniona niedziela. Poranna temperatura wynosi 15,5 stopnia, zachmurzone niebo i lekkie opady. Mogę powiedzieć, że bardzo lekkie. Nie nasyci to roślin wodą, a jedynie uspokoi sumienie leniwego ogrodnika. Nie wszędzie jednak jest tak jak u nas. Dochodzą mnie wieści o interwencjach straży pożarnej po ulewach i wichurach. Do wiatru to mam akurat szczęście. Rozwiewa mi po całym ogrodzie akcesoria basenowe i zabawki wnuczki. Skrupulatnie zbieram i układam wszystko na miejscu, jakbym chciał wiatrowi powiedzieć, że się nie poddam. Czy marudzę?
W żadnym wypadku. Nie przeżywam zmian pogodowych i nie chcę deszczu gdy jest skwar i odwrotnie. Funkcjonuje we mnie taka zgoda na zmieniające się warunki pogodowe i w ten sposób,  jakby mniej mi wtedy doskwierają.
Niczym Pan Palacz w Misiu tłumaczę mojej żonie: Pani kierowniczko jak jest zima to musi być zimno, a latem gorąco. Ona jednak nie zawsze jest do tego przekonana. W takich chwilach przypomina mi się dowcip stary dowcip, suchar jak mawiają. Niby o facetach, ale pasuje gdy tylko w to miejsce podłożysz pogodę.
Otóż : W pewnym mieście powstał sklep, w którym każda kobieta mogła sobie kupić męża. Miał sześć pięter, a jakość facetów rosła wraz z każdym piętrem. Był tylko jeden haczyk: jak już kobieta weszła na wyższe piętro, nie mogła zejść niżej, chyba, że prosto do wyjścia bez możliwości powrotu. Wchodzi, więc tam pewna babka poważnie zainteresowana kupnem męża. Na pierwszym piętrze wisi tabliczka:   - Mężczyźni tutaj mają pracę"
 - Na drugim piętrze był napis: "Mężczyźni tutaj mają pracę i kochają dzieci"
Na trzecim piętrze była tabliczka: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci i są niesamowicie przystojni"
Na czwartym piętrze można było przeczytać: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci, są niesamowicie przystojni i pomagają przy pracach domowych" -
Na piątym piętrze stało: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci, są niesamowicie przystojni, pomagają przy pracach domowych i są diabelnie dobrzy w łóżku"
Wiele z nich docierało jednak do ostatniego piętra  
Na szóstym piętrze bardzo zdziwiona kobieta przeczytała: "Na tym piętrze nie ma żadnych facetów. Zostało ono stworzone tylko po to, aby udowodnić, że wam babom za nic nie można dogodzić.
Prawdą jest to, że opinie na temat zadowolenia są podzielone. Znam wielu zwolenników i wiele przeciwniczek tego stwierdzenia.
Wracając do pogody, zostawmy tych facetów co to pomagają i są cholernie dobrzy w łóżku, bo tacy z tego co czytam w prasie kobiecej, nie istnieją. Zajmijmy się pogodą bo to fakt. Niektórzy lubią dodawać jeszcze, autentyczny (sic!) dla wzmocnienia przekazu.
Otóż zagościł u nas upał wprost nieprawdopodobny, a życie przerosło kabaret. Utkwił mi w pamięci taki cytat "Rtęć wylazła z termometra i chodzi po ścianie. Sorok stopni tego lata było w Kazachstanie"
Słuchałem tej piosenki w radio w ramach ITR lub IMA w III programie Polskiego Radia. Pochodzi z twórczości kabaretowej lat 70.
To co w latach siedemdziesiątych wydawało się u nas niemożliwe, stało się jakąś szaloną normą.
Mamy i my swoje sorok ( czterdzieści w języku rosyjskim )
Piosenki nie znalazłem w przepastnych zasobach YouTube, ale cytat często przypominany jest dziś w kontekście zmian klimatycznych.

Jakiż upał panował w naszym kraju w 1970 roku gdy Andrzej Kondratiuk kręcił swoją Hydrozagadkę ?
Zdecydowanie mnijszy.

                                                   

Teraz gdy temperatura  powyżej 35 stopni stałą się normą, wzdychając na trudy życia w skwarze, zadajemy sobie, a szczególnie ta piękniejsza połowa naszego społeczeństwa, zasadnicze   pytania egzystencjonalne.


No to jak? Ojciec prać ? I czy prać przy takiej temperaturze?
My faceci mamy bardziej praktyczne podejście do prac porządkowych w czasie trudnym.
To co możesz odłóż na jutro, no chyba, że już bardzo śmierdzi.
Tak też postanowiliśmy ze znajomym spędzić czas gdy temperatura  była wyższa niż temperatura ciała normalnego zdrowego człowieka. 


Oczywiście wino trzeba było schłodzić do temeperatury pokojowej, ale jedna czy dwie kostki  lodu czyniły cuda. Osoby o purytańskim zacięciu uspokajam. W tym przypadku nie chodziło o dosłowne picie, ale delektowanie się winnym szczepem Tempranillo w basenie. 
W końcu jak to już kiedyś pisałem, każdy z nas jest  Carringtonem na miarę własnych możliwoości.
A propos smrodu  o którym wspominałem ze dwa zdania powyżej. 
Pewnej nocy obudził mnie dziwny zapach. Kiedy przechodziłem do łazienki tak koło 2.00 w nocy poczułem coś co przypominało mi fermentujące jabłko lub jakiś inny owoc. Może to wnuczka porzuciła coś czego nie dojadła?  Sprawdziłem swój pokój, łazienkę a nawet pomieszczenia na dole. Smród szedł z góry. W drugim pokoju na górze, dopiero za tak zwanym drugim rzutem oka zauważyłem  leżący na podłodze  korek do wina. 
Okazało się, że na wskutek  wysokiej temperatury,  rozpoczęła się wtórna fermentacja. Pod ciśnieniem gazu nastapił wystrzał. Butelka  ośmioletniego Rieslinga zalała podłogę i wiklinowy kosz  z pościelą.
Przystąpiłem do nocnego sprzątania, bo gdybym czekał do rana, panele podłogowe nie byłyby już do uratowania. 


Kiedy pochwaliłem się synowi moimi nocnym zajęciami, odpowiedział tylko, że poddasze to średnie miejsce do przechowywania wina. 
Odpowiedziałem mu, że nie mam piwnicy o niższej temperaturze.
Zaraz zaproponował montaż klimatyzatora w tamtym pokoju.
Wiem, że jak rabin, masz dla mnie jeszcze dużo pomysłów.  Nie wiem czy mam odpowiednią ilość wina do ich wypróbowania.
Dyskusja ustała. 
Kiedy opanowałem tematy związane z wysoką temperaturą, ta spadła i pokropił deszcz.
Zaraz też ogórki wezwały do siebie, a żona zaczęła łamać koper i obierać czosnek. 
Z naszego zagonu zapewniamy kiszone dla nas i  gospodarstw domowych naszych dzieci.  
Te ogórki pojechały też z nami do Francji na polską sałatkę. Ponoć u nich ogórki nie kiszą się. 
Nie wiem czy to prawda, ale tak mówiły Panie domu. 
 

Ogórki wiadomo, są dla ciała, ale staram się też o coś dla ducha,
Rano wychodząc z domu zauważyłem, że mój przegorzaniec zakwitł. 
Echinopsis Eyriesa, nazywany również przegorzańcem, to jeden z chętnie uprawianych kaktusów. W odpowiednich warunkach i przy właściwej pielęgnacji wytwarza białe lub różowe kwiaty, które zapierają dech. Są duże, szeroko otwarte i roztaczają wokół przyjemny, słodki zapach.
Widać że warunki ma odpowiednie i troski ile trzeba, bowiem mój  biały od lat kwitnie jak zwariowany. W tym roku również przywitał mnie morzem  jednodniowych kwiatów. Krople deszczu na płatkach dodały uroku roślinie. 

                                                                

Mówcie co chcecie, ale kiedy widzę coś takiego, to zachwyt nad darami przyrody powoduje, że staję się lepszy. No może tylko ciut lepszy, bo kto by wytrzymał taką moją diametralną zmianę na lepsze ?
Przecież Ona ( żona) jako rasowa kobieta ma narzekanie wpisane w DNA.
Pozbawić ją tej możliwości ? Nie, zdecydowanie na to nie pozwolę.



A upały ponoć wracają już w połowie lipca 

30 czerwca 2026

Aeroscopia, brzmi to jak jakieś medyczne badanie

Na wstępie wyjaśniam :
Aeroscopia – to nie badanie medyczne, albo małoinwazyjna procedura chirurgiczna jak sugeruje tytuł. To  francuskie muzeum lotnictwa w Blagnac, niedaleko Tuluzy. Znajdują się w nim  między innymi dwa okazy Concorde. Skojarzenia z badaniem medycznym, jeżeli je mieliście są oczywiście błędne. 

           

Młodszy syn chciał koniecznie zobaczyć to muzeum, mając w głowie wizyty w Krakowskim Muzeum Lotnictwa.
Ja już w czasie pierwszej wizyty u moich francuskich przyjaciół w 1992r, odwiedziłem zakłady Airbusa. Ponieważ byłem przedstawicielem kraju który dopiero co wyszedł z innego obozu i stanął po jasnej stronie mocy, musiałem przedstawić mój paszport do weryfikacji, a pozytywna decyzja o moim zwiedzaniu zapadłą jakieś dwa dni później. W związku z obowiązującym w fabryce  zakazem fotografowania fabryki, wszyscy musieliśmy zostawić w depozycie aparaty fotograficzne. Z podziwem patrzyłem jak ludzie kładli na ladę drogie Canony i Nikony z wypasionym obiektywami, a obsługa pakowała je do podręcznych koszyków i to bez potwierdzenia depozytu. Smartfonów jeszcze wtedy nie było. Po zakończonej wycieczce każdy zabierał swój aparat z całej kupy leżących na ladzie i nikt nie odszedł bez swojej własności. Wtedy to jeszcze wydawało mi się niemożliwe, ale czasy ( łaskawie dla nas) się zmieniają.
Wizyta w fabryce samolotów jest dalej możliwa, ale muzeum kusi chyba bardziej.

                                                                               

W sobotnie przedpołudnie zaparkowaliśmy gdzieś w tyłu budynku i skierowaliśmy się na sylwetkę Concorda stojącego na zewnątrz. Sądząc z ilości samochodów, cieszy się to muzeum sporym zainteresowaniem.

Muzeum to ogromna hala w której swobodnie mieściły się dwa solidne samoloty pasażerskie i wiele mniejszych. Na zewnątrz stały nowe modele Airbusów które ze względu na swoje parametry już by się tam nie zmieściły.  Drugi Concord się jednak zmieścił i można było wejść na jego pokład. Z  samolotów nietypowych eksponowany był przedni fragment kadłuba samolotu Airbus Bieluga którego zadaniem było przewożenie na swoim pokładzie gotowych części kadłuba wykonywanych w innym kraju, na warunkach współpracy w ramach EWG.


A tak wyglądał załadunek  gotowych  kadłubów w częściach



Byłem na pokładzie tego sławnego naddźwiękowego samolotu pasażerskiego produkcji francuskiej i powiem Wam jedno, jest ciasno. Morze wskaźników i jakichś urządzeń, a gdzieś jakby w drugim planie upchnięte fotele.

Przez założenie przeźroczystych plastików, mogliśmy zobaczyć jak skomplikowany jest twór zwany samolotem.  Kilometry przewodów, linek i wskaźników. Gdy obejrzałem kabinę  w pasażerskim A380 rozumiem jak trudno wyłapać przez pilota odczyt wszystkich informacji. Tym większy mój szacunek dla tego zawodu. No a komfort w klasie biznes wspomnianego A380 po prosu uderza. Patrząc na to, przez chwilę przynajmniej myślisz, że rzeczywiście pieniądze dają szczęście. Zwłaszcza wtedy gdy w porównuję je z moim miejscem w klasie ekonomicznej, tanich linii lotniczych którym do Francji przyleciałem.

                                            

 Wewnątrz hali znajdował się jeszcze jeden samolot pasażerski A300 oraz mniejsze samoloty  prywatne, wojskowe i specjalnego przeznaczenia.

Samoloty wojskowe i myśliwce: m.in. Mirage III, MiG-15Bis, F-104G Starfighter, Vought F-8 Crusader czy Saab J35 Draken.

Muszę przyznać, że niektóre z nich wcale nie były takie okazałe jak to widać na filmach.

                                                        

Na koniec ciekawostka 
Samolot z klocków Lego. Prawie 1.585.000 klocków  i 1750 godzin poświęcone na złożenia  tego pojazdu rodem z Gwiezdnych Wojen o wymiarach 8,90 m x  9,56 m i wysokości 2,12 m
Potęga pasji 






                                              

Nie wierzycie że to zrobili z małych klocków?
Powyżej  zbliżenie elementu

Na zewnątrz  Airbus A380, zaparkowany przy kilkukondygnacyjnym budynku z którego można było wchodzić na  poszczególne pokłady samolotu


Wróciliśmy bardzo zadowoleni z wycieczki do tego muzeum lotniczego. Mój francuski brat, wiele lat temu odwiedził muzeum krakowskie. To co mu zapadło w pamięć, oprócz oczywiście oryginalnych i historycznych maszyn to był  sposób w jaki je zwiedzał. Pojawiliśmy się tam na dwa tygodnie przed sezonowym otwarciem muzeum. Kiedyś to było chyba 15 maja.
Podłamanemu z tego powodu Ericowi powiedziałem, że to nie problem. 
Krótka rozmowa ze stróżem pilnującym kolekcji i drobny dowód wdzięczności spowodował, że Pan stróż otworzył dla nas podwoje muzeum.  Załatwiłem więc indywidualne zwiedzanie VIP. 
Okres PRL i jeszcze parę lat później charakteryzował się tym, że  nie było u nas sprawy nie do załatwienia. 
Myślę czasem o tym odbijając się od korespondencji z wirtualnym asystentem jakieś instytucji.
Ostatnio wstępną selekcję interesantów telefonujących  do  Urzędzie Skarbowego też prowadziła AI.
Rozczuliło mnie jej prosta odpowiedź na mój problem - Nie rozumiem pytania.
Poczułem jakaś dziwną więź z tą maszyną ponieważ dzwoniłem do US sam nie rozumiejąc zadanego w formularzu pytania.  
Zaliczyliśmy  samoloty stojące na zewnątrz, z wyjątkiem wojskowego transportowca który miał wyznaczone godziny zwiedzania. Potem przemykając przez sklepik z pamiątkami niczym rasowi Szkoci skierowaliśmy się do wyjścia. Tam gdzieś w domu czekał na nas basen całkiem nietematycznie z wystawą lotniczą, ale przy wysokich temperaturach, nie wybrzydzamy na brak logicznego ciągu.
Wieczorem zaś  siedliśmy do stołu na którym królowała  Saucisse de Toulouse: kultowa kiełbasa tuluska, która jest podstawą cassoulet, ale świetnie smakuje również grillowana i duszona.
W takiej właśnie grillowanej formie byłą nam podana
Informacja dla  zainteresowanych Cassoulet to flagowe danie Tuluzy. To bogata, długo duszona zapiekanka z białej fasoli, mięsa wieprzowego oraz confit de canard (kaczki).
Od sztandarowego dania odpychał nas fragment w przepisie mówiący - długo duszona.
Zamiast nad garami woleliśmy spędzić ten czas przy stole ze sobą.
A zegar odmierzający czas wizyty bezlitośnie tykał.  
To już ostania część  tej trylogii. Przynajmniej przez jakiś czas nie będę zanudzał Was francuskimi tematami. Teraz wakacje, czyli czas lekki i niezobowiązujący, a przy okazji powinien być wesoły, może nawet śmieszny.
To ostatnie jest jednak wielkim wyzwaniem, co widać obserwując poziom obecnych kabaretów.




23 czerwca 2026

Jak to na wyjeździe ładnie, kiedy Cranach w oko wpadnie

Nie da się żyć tylko motocyklami, tak samo jak nie da się żyć samą miłością.
Tu się podwójnie nie da, bo to miłość do motocykli.
Rozumiemy to z moim Francuskim Bratem doskonale, dlatego też resztę  pobytu we Francji spędziliśmy na spacerach i gubieniu się  w starych i nowych zakamarkach Tuluzy. Sam prosiłem o to, by mi je pokazać. 
Jako Krakusi jesteśmy zakochani w Krakowie i to powoduje u nas pewną zarozumiałość na tym tle.
Tylko Kraków i dalej długo nic.
Wiele lat miałem takie właśnie przekonanie na temat swojego miasta, dopóki nie pojechałem do Pragi.
Byłem zachwycony i chociaż nic nie strąciło mi Krakowa z piedestału, to jednak dystans do innych zabytkowych miast znacznie się skrócił. 
Każdy ma prawo do swojego patriotyzmu lokalnego, ale niech on będzie powiązany z szacunkiem dla dokonań innych.
Mam  nadzieję, że czytelnicy mojego bloga podzielają ten podgląd.
Poniedziałkowy dzień spędziliśmy właśnie w Tuluzie. 
Zwiedziliśmy parę kościołów, w których od czasów romańskich gromadzono zabytki, składano do krypt sławnych i świętych i które to miejsca miały to szczęście, że ominął je cały zestaw nieszczęść.
Nie zaznały potopu szwedzkiego, bezpośrednich działań i grabieży podczas Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej.
Tłumaczyłem mojej Francuzce, dlaczego trzęsiemy się nad każdym zabytkiem czy uratowanym z pożogi wojennej przedmiotem. 
Może to śmieszne, ale moją fotograficzną ciekawość wzbudzał bardziej nastrój niż konkretny zabytek.   
Zabytki fotografują fachowcy ze sporym doświadczeniem, w specjalnym oświetleniu. Mogę je sobie pooglądać w sieci.  Ze swoich wyczynów w tej kwestii byłem raczej niezadowolony,








Potem spacerkiem na drugi brzeg Garonny 






No i oczywiście to czym nasi Francuzi chcieli się pochwalić, a było dostępne od ręki.
Po pierwsze Muzeum w Tuluzie.
Kolekcja Fundacji Bemberg w Tuluzie obejmuje sztukę od renesansu po wczesny wiek XX. Wśród wystawianych dzieł znajdują się obrazy i rysunki jednych z najważniejszych malarzy w historii sztuki europejskiej.  Przechadzałem się pośród imresjonistów i nowoczesnych twórców
Kogo tam nie było:
Pierre Bonnard – kolekcja obejmuje kilkadziesiąt obrazów, co stanowi jeden z największych zbiorów tego artysty na świecie.
Claude Monet
Edgar Degas
Henri Matisse
Paul Cézanne
Pablo Picasso
Po drugie Renesans (zwłaszcza wenecki) oraz XVII i XVIII wiek:
Canaletto  
Tycjan 
Paolo Veronese
Jacopo Tintoretto
Lucas Cranach (starszy)
François Clouet
Giambattista Tiepolo
Wśród twórców renesansowych właśnie Cranach Starszy wywołał moje zainteresowanie



Jego obraz Herkules i Omfale bardzo mi się spodobał.   Najpierw zwróciłem uwagę na twarz Herkulesa. Może ten wyraz twarzy  głównego bohatera? Może ( co jest sporym nadużyciem), ale dlaczego  mam nie podzielić się odczuciami?  skojarzył mi się z obrazami współczesnego nam Dudy Gracza?  Nie wiem.
Zauroczony obrazem,  już po powrocie do domu sięgnąłem po smartfona. Tam przecież znajduje się wiedza tego świata. Trzeba tylko wykazać się odrobiną ciekawości. 
Dowiedziałem się więc ku swojemu zaskoczeniu, że :
Jest to obraz na podstawie opowieści o niewoli herosa, kary za spowodowanie zabójstwa, którego dopuścił się już po wykonaniu dwunastu prac – w szale zabił Ifitosa syna króla Ojchalii –  spotkało go pasmo upokorzeń ze strony królowej Lidii,  w tym swoista zamianę ról. Na jej rozkaz Herakles musiał nosić kobiece szaty i prząść, zaś ona przywdziała jego skórę lwa nemejskiego i posługiwała się jego maczugą. Heros miał dobrowolnie znosić to traktowanie z miłości do Omfale. Taka wersja ich losów stała się inspiracją dla wielu pisarzy i artystów, szczególnie w epoce nowożytnej i współczesnej.
Następnie czekała mnie wielka niespodzianka
Obrazy „Herkules i Omfale” autorstwa Lucasa Cranacha Starszego znajdują się w kilku muzeach na całym świecie, a trzy z nich są eksponowane w Polsce. 
Obrazy w Polsce:
  • Muzeum Narodowe w Warszawie: Posiada jedną z najbardziej znanych wersji obrazu z po 1537 roku.
 
                                      

  • Muzeum Narodowe w Poznaniu: W zbiorach znajduje się wersja obrazu datowana na około 1542 rok.   


                                         
  • Muzeum Narodowe we Wrocławiu: Kolejna cenna wersja dzieła znajduje się w tamtejszych zbiorach sztuki.  
Wybrane obrazy w muzeach zagranicznych:
  • Herzog Anton Ulrich-Museum w Brunszwiku (Niemcy): Posiada słynną, sygnowaną i datowaną na 1537 rok wersję dzieła.
  • Muzeum Thyssen-Bornemisza w Madrycie: Eksponuje zbliżoną tematycznie wersję dzieła przypisywaną synowi artysty – Hansowi Cranachowi. 
I opisywana tu 
  •  Fondation Bemberg w Tuluzie (Francja) 
Szacuje się, że w chwili obecnej znajduje się około 10 skatalogowanych obrazów  Lucasa Cranacha Starszego pod tym samym tytułem.
Na każdym z nich twarz Herkulesa jest inna.
Być może to portret aktualnego nabywcy dzieła? To taki mój wymysł,  być może niezbyt daleki od rzeczywistości. Swoją drogą, to  już nas przodkowie pokazali nam jak "trzepie się kasiorę" na produkcji seryjnej.
Choć przez czas pobytu we Francji czułem się dobrze jako Europejczyk, to teraz poczułem się lepiej jako  Polak. 
Zwiedzanie może z lekka amerykańskie, ale i czasu mieliśmy niewiele.
Po posiłku w jednej z tych knajpek ze stolikami za zewnątrz, nasi Francuzi zaciągnęli nas do budynku rządowego gdzie mieści się Merostwo. Capitole de Toulouse to reprezentacyjny ratusz w Tuluzie oraz serce administracyjne i kulturalne miasta. Słynie z monumentalnej, XVIII-wiecznej fasady z różowej cegły i znajduje się przy tętniącym życiem głównym placu (Place du Capitole).   
 Dziedziniec Henriego IV to miejsce, gdzie w 1632 roku ścięto księcia de Montmorency jednego z najważniejszych francuskich arystokratów tamtego okresu. Egzekucja odbyła się na dziedzińcu ratusza w Tuluzie, a przyczyną był jego udział w antykrólewskim buncie i wspieranie spisku brata Ludwika XIII, Gastona Orleańskiego, wymierzonego w kardynała Richelieu.
Poczułem się jak dzieciak nad lekturą Trzech Muszkieterów.
Reprezentacyjne piętro ratusza to wnętrza z bogato zdobionymi sufitami i malowidłami przedstawiającymi historię Tuluzy. Mieści się tu także Théâtre du Capitole: Jeden z najważniejszych teatrów operowych i baletowych we Francji.
Zszokował mnie ogrom wnętrz

                                                                

Ten fragment sali wykorzystywany jest jako pałać ślubów. Duży? 
 To zobaczcie - Poniżej druga strona tej samej  sali


               W innych salach poteżnych rozmiarów  obrazy które  malował Henri-Jean Guillaume „Henri” Martin



 Artysta był opisywany jako płodny mistrz, którego twórczość cechuje się nutami melancholii, marzycielstwa i tajemniczości. Ten postimpresjonista  ozdobił swymi obrazami wiele budynków na terenie całej Francji.

Po tym wszystkim sztuka weszła nam do nóg i kręgosłupów starszych już bądź co bądź ludzi. Popędziliśmy na parking gdzie z dziką rozkoszą umieściliśmy swoje cztery litery na wygodnych siedzeniach francuskiego samochodu. Pognaliśmy na kolację, gdzie w tym dniu zapowiadał się polski wieczór. 
Placki ziemniaczane, pierogi w trzech nadzieniach i obowiązkowa sałatka warzywna, do której kiszone ogórki  specjalnie do niej, wiozła moja małżonka w walizce.
Prawie czterdzieści lat znajomości zaowocowały tym, że wytworzył nam się specyficzny gust kulinarny. Nie do końca polski i nie w pełni francuski. 
Nikt też przy stole nie poruszał kwestii widelców.