środa, 18 maja 2022

Polowanie

Nie o wyznawcach Świętego Huberta chcę tu pisać, bo dla mnie polowanie na zwierzynę dla sportu i przyjemności może odbywać się wyłącznie przy użyciu aparatu fotograficznego .
Myślę tu o filmach z gatunku tych z Van Damem lub Arnoldem Schwarzennegerem, kiedy niewinny człowiek staje się zwierzyną łowną dla zblazowanych biznesmenów, a ratunkiem dla niego jest dotarcie żywym z punktu A do punktu B. Na przekór trwającemu polowaniu.
W latach osiemdziesiątych z wypiekami na twarzy oglądaliśmy te filmy akcji, na osiemdziesiątej czwartej kopii kasety VHS i nieco przybrudzonej głowicy.
- Ale o co chodzi ? - zapyta rozkojarzony lub znieczulony klient który przeczytał być może przez przypadek te klika zdań wstępu powyżej.
Korzystając, jak i cała masa moich znajomych z Facebooka sięgnąłem głębiej do jego zasobów i zostałem członkiem kilku grup motocyklowych. Dzięki temu codziennie otrzymuję dawkę zdjęć wymuskanych motocykli i podtatusiałych nierzadko driverów w pełnym blasku swoich maszyn. To byłoby w porządku, ale każdego dnia wpada też jedna lub dwie informację o zderzeniu motocyklisty z samochodem, potrąceniu lub wymuszeniu pierwszeństwa.
Dla przeciętnego zjadacza informacyjnej papki winni są oczywiście "dawcy organów" jak zwykło się obraźliwie określać użytkowników dwóch kółek. Nie powiem, motocykliści (niektórzy) bardzo sobie na ową łatkę zapracowali.
Nie wszyscy jednak szaleją na kolorowych ścigaczach z osiągami ponad 220 km/ godzinę
Ja sam ze względu na miłość do chopperów i cruiserów staram się jeździć rozważnie. Nie za szybko ponieważ już nie ten wiek i refleks stracił nieco ze swojego blasku, a poza tym nie po to poleruję chromy i skóry, aby śmignąć tylko obok przechodzących ludzi. Jeżdżę w miarę, aby przechodzący mieli czas by spojrzeć, zachwycić się  i powiedzieć - Spójrz jak się błyszczy, jakie wypolerowane chromy.
Kiedyś ustawiliśmy w grupie trzech osób ustawiliśmy motocykle na chodniku koło lodziarni w Niepołomicach. Przechodzące obok nastolatki  skwitowały.
Ale macie Panowie zajebiste motocykle.




Było nam miło, a chwile na polerowanie nie były czasem straconym.
Ogólne pytanie brzmi jednak tak - Czy jeżdżąc razem ze znajomymi w podobnym wieku w ramach artretycznego quasi gangu motocyklowego mogę czuć się bezpiecznym?

Okazuje się że nie.

Nie dalej jak w poniedziałek, wybrałem się do NFZ po nowa kartę EKUS ( oby nigdy nie była mi potrzebna.) Ponieważ siedziba NFZ znajduje się w mocno zurbanizowanej części Krakowa, a czas był gorący - 8.30, udałem się tam motocyklem. Zgrabnie ominąłem wszelkie korki po drodze przejeżdżając obok stojących w nich samochodów. Tutaj przypomnę, że przejazd motocyklem obok stojących samochodów jest zgodny z Kodeksem Drogowym. Gorzej jest gdy czyni się to w już trakcie jazdy kolumny samochodów po zmianie świateł na zielone.
No więc pojechałem, załatwiłem i w podobny sposób wracałem do pracy. Na ostatnim zaś kilometrze do celu podróży, z chodnika po lewej stronie zjechał jakiś wiekowy Matiz z równie sądzę wiekowym kierowcą  i nie patrząc w prawo pakował się w nadjeżdżający motocykl. Mój motocykl.
Dzięki Bogu instynkt zadziałał i zamiast zahamować przyspieszyłem. W efekcie przejechałem skórzaną sakwą przez przedni błotnik samochodu, zrywając nity w skórzanym zapięciu. Gdybym nie przyspieszył, Matiz stuknąłby mnie w części metalowe lub co gorsze w nogę, wytrącając z toru jazdy. A tam krawężnik i przewrotka murowana.
Spojrzałem w lusterka Matiz jechał, ale gdy ja zwalniałem on też to robił. W trakcie zdarzenia zbytnio odskoczyłem by do niego wracać.
Nie miał widać ochoty na konfrontację. Swoją drogą do czego taka dyskusja  może prowadzić? Czy słyszeliście żeby ktoś tak dobrowolnie powiedział -  Sorry zagapiłem się ?

Dojechałem do pracy i pomyślałem, że dzień się jeszcze nie skończył.
Prorocze to były myśli
Po zakończeniu pracy ruszyłem w kierunku domu.
Skręt na skrzyżowaniu w lewo i po zmianie świateł. Ruszyłem za jadącym przede mną Audi Q7. Kupa wysokiego samochodu samochodu. Kierująca nim kobieta nie jechała szybko, stąd i moja prędkość była niewielka. Temu chyba tylko zawdzięczam, że kiedy postanowiła zaparkować po lewej stronie i zauważyła, że przejechała wolne miejsce, zdecydowanie nadepnęła na hamulec.
Potwór stanął w miejscu jak wryty, korzystając z mocnego wspomagania hamulców.
Refleksowi jedynie zawdzięczam, że nie wpakowałem się w tył samochodu. Niewtajemniczonym podpowiem, że trudno stanąć motocyklem w miejscu, bardzo łatwo zaś po nagłym hamowaniu motocykl położyć na bok.
Co więcej, zaraz po gwałtownym hamowaniu kobieta wbiła wsteczny i ruszyła do tyłu nie patrząc w lusterko. I tu też była moja kolejna szczęśliwa chwila, bowiem w samochodzie nie leciało żadne techno czy muzyka house podkręcona na maxa, dzięki czemu pani ów motocyklowy sygnał usłyszała.
Jak myślicie, czy było choćby machnięcie - sorry stary?
Ruszyłem po woli próbując uspokoić emocje. Podjechałem do Syna stanąłem na chwilę na poboczu.
- Jadę do domu - dzisiaj w tym mieście polują na motocyklistów
Dotarłem szczęśliwie i oceniam,  że był to mój szczęśliwy dzień. Skłonny też jestem twierdzić, że czasami szczęście mierzy się centymetrami ( drogi hamowania, lub przyspieszenia )

Powszechnie uważa się, że każdy medal ma dwie strony. No bo ma
Z miłych chwil na motocyklu, oprócz przeżycia i widoków są i takie w których poznaje się nowych ludzi.
To niby nic wielkiego bo w Internecie można wejść w interakcję ze setką ludzi dziennie, jeśli tylko ma się ochotę i dużo wolnego czasu.
Tu idzie jednak o nawiązanie kontaktu ze spotkanym żywym człowiekiem
Tak było w niedzielę.  Tankowałem motocykl na jeden ze stacji na obrzeżach Wieliczki
Z drugiej strony dystrybutora ustawiła się Honda Shadow 750 i zsiadł z niej facet w wieku podobnym do mojego, tak plus minus 5 lat. Wzrost też jakby pasował do mojego. Tradycyjne
 LWG na powitanie (to znaczy Lewa w Górę) i zaczynamy rozmowę.
A co to z motocykl?, a ile waży?, a jak jeździ?  i takie tam. A potem, z kim jeżdżę? Mówię mu, że z dwoma równolatkami. Z jednym częściej z drugim rzadziej.
- A ja nie mam z kim jeździć - powiedział z odrobiną smutki mój rozmówca - Może wymienimy się numerami i w razie czego pojeździmy razem. Mieszkam w okolicy.
Tak to na bazie zainteresowania  motocyklowego poznałem Wieśka. W najbliższą sobotę rozpoczęcie Sezonu motocyklowego w Mnikowie, będzie okazja poznać człowieka. A jak się sprawdzi to nasza grupa artretyczna powiększy się. 
To by było nawet dobrze, bo jednemu z naszych żona wymyśla różne zajęcia ze szczególnym nasileniem tych dat na które coś planujemy.
No ale nie wszyscy maja takie żony jak ja.
Szczęściarz Antoni 
Jest nawet taki film z 1960 roku pod tym samym tytułem (Szczęściarz Antoni)
przy czy tam tytułowy bohater zajmuje się nie motocyklem ale czołgiem, co nie przeszkadza mu  zyskać na koniec podziw i ugruntować miłość małżonki. Szerokości.

I jeszcze dopisek który zrobiło życie.
Tradycja spotkań w Mnikowie sięga już wielu lat. Motocykliści przyjeżdżali tam, wspierając przy okazji finansowo ubogie rodziny. W ramach rewanżu mieszkańcy wsi przygotowywali poczęstunek po mszy ( teraz nie ma zlotu bez mszy). Domowe ciastka, kawa i herbata integrowały społeczność Mnikowa i motocyklistów.
W zeszłym tygodniu jakiś motocyklista potrącił śmiertelnie kobietę w owym Mnikowie. 
W efekcie tegoroczne rozpoczęcie ominie Mników. Nie będzie mszy, nie będzie tradycyjnego poczęstunku. Wszystko jest zbyt świeże i nie warto podgrzewać atmosfery. 
Szkoda ludzkiego życia które jest samo w sobie wartością najwyższą, szkoda wypracowanej przez lata sympatii.
  

czwartek, 12 maja 2022

Musiaki do niczego nie zmuszają, ale jeśli już to znacznie to ułatwiają

Wina musujące.
Najbardziej ekskluzywny jest szampan, a charakterystyczną etykietę i  nazwę Dom Perignon znają chyba wszyscy.  Niektórzy  dokładali do tego truskawki  i była to najlepsza recepta na udaną i rzecz jasna rozbieraną randkę. Wiemy to choćby z filmu Pretty Woman.
W sklepie z winami który funkcjonował w okresie PRL-u w Krakowie, na dużym kawałku kartonu ktoś starannie wykaligrafował wierszyk który ułatwiał dobór właściwego wina. Cały wierszyk już kiedyś cytowałem, ograniczę się więc tylko do fragmentu dotyczącego szampana.



"A szampana to wie kiep, można wypić po i przed"
Nie muszę chyba dodawać w tym gronie, przed czym  lub po czym może być pity.
Nie trzeba od razu rzucać się na drogiego Dom Perignona, wobec faktu produkcji coraz większej ilości win musujących również  w naszym pięknym kraju.
Jak to jest zrobione? Ja przynajmniej zadawałem sobie takie pytanie. Z pewnością nie robi się tego za pomocą olbrzymiego syfonu który miesza wino z gazem i z głośnym charczeniem  wyrzuca je na zewnątrz.
Troszkę tu więcej zabiegów i niepewności.
Skupmy się więc na dwóch metodach produkcji popularnych musiaków.
Jak już wspomniałem są dwie metody produkcji win musujących

Pét-nat to skrót od pétillant-naturel („naturalne musowanie”), określający wina powstałe tzw. metodą pradawną. Brak wtórnej fermentacji – wino jest butelkowane jeszcze przed zakończeniem fermentacji pierwotnej, bez dodawania drożdży czy cukru i bez usuwania osadu drożdżowego. Efektem jest musujące wino, lekko mętne i z osadem na dnie, często zamykane zwykłym kapslem.
Charmat której nazwa pochodzi od nazwiska wynalazcy tej metody Eugena Charmata, który wynalazł ją około 1910 r.; we Francji
Metoda produkcji win musujących, w której druga fermentacja następuje w zamkniętej kadzi. Do hermetycznego zbiornika dodaje się cukru i drożdży, cukier zamienia się w alkohol i dwutlenek węgla. CO2 nie mogąc się ulotnić, rozpuszcza się w winie; wino rozlewa się pod ciśnieniem; powstały trunek jest niższej jakości, ale zdecydowanie tańszy od win musujących produkowanych metodą tradycyjną (szampańską pet nat)
Bardzo popularne u nas włoskie wino Prosecco jest produkowane właśnie metodą Charmata.

Gustom smakom i zasobności portfela pozostawiam wybór wina na podstawie metody jego produkcji, zaś do samego wina zachęcam.
Musiaki to tak zwane wesołe winka, a że bąbelki potrafią w naszych głowach nieźle namieszać, proponuję odrobinę wariactwa takim oto przewrotnym wierszykiem

Pij musiaka
Wypuść ptaka
Niech biedaczek chociaż trochę se podynda.
Jakie picie
takie życie,
rzekła na to zawstydzona lafirynda.
Kup musiaka,
Za młodziaka
tak robiłeś przecież nie raz z kolegami.
Jak kasa
taka krasa
Degustacja w miejsce picia dziś przed nami.
Pet - nat,
Charmat
To metody na radości więcej w winie.
Wznieś musiaka
Prawda taka,
że i młodość jak bąbelki szybko minie.
Korek
w worek
Niech to życie wszak nie głupie, mądrze zleci.
Niechaj żyją
Za to piją
Wujek Franek, moja żona oraz dzieci.


Oczywiście cały czas miejmy na uwadze że 





piątek, 6 maja 2022

W butach czy bez butów ? - dylemat jak z Hamleta



Powinienem o tym napisać przed świętami. Pewnie ktoś tam po przeczytaniu tekstu uniknąłby dylematu z zakresu savoir vivre. No nic, minął kolejny długi weekend, ale przed nami sezon urlopowy Spotykajmy się więc prawidłowo.
Problem stary jak świat - ściągać buty w trakcie wizyty u kogoś w domu czy nie?
Mnie osobiście śmieszą ludzie w garniturach nierzadko pod krawatami, sunący po eleganckich podłogach w samych skarpetach. Kilka dni temu oglądałem reportaż z Południowej Korei w którym Kim - słońce Korei oprowadza znaną prezenterkę wiadomości w telewizji tzw. Różową Damę po apartamencie który jej właśnie podarował. Sam Kim jest w eleganckim jak na południowokoreańskie standardy garniturze oraz skarpetach. Kto miał tyle odwagi by poprosić Kima o zdjęcie butów?
Jasne że nikt. Zdejmowanie butów przed wejściem do domu to element dalekowschodniej kultury.
Jak radzić sobie w polskich standardach? Kobieta.wyborcza.pl idzie nam z podpowiedzią.
Oto najciekawszy fragment
           "Problem pojawia się jednak częściej w sytuacjach mniej formalnych, kiedy odwiedzamy przyjaciół czy najbliższych. Wtedy najczęściej dostosowujemy się do gospodarza obserwując jego zachowanie. Jeśli po ściągnięciu butów nie jesteśmy proszeni do dalszej części domu, to zapewne oczekuje on od nas zdjęcia butów."
Zaraz, zaraz, o co chodzi ?
I tu mnie olśniło. Ściągamy buty, a jeżeli gospodarz dalej nie prosi, czym prędzej wyciągamy z kieszeni smartfon i robimy owo wymagane przez gospodarza zdjęcie butów. Plik przesyłamy do niego za pomocą np Bluetootha. 
Bo czy jest jakaś różnicą między zdjęciem, a ściągnięciem butów?
Gdy stwierdzimy że nie me to po ściągnięciu butów, w dalszej kolejności może chodzić jedynie o zdjęcie skarpet. I tu znów rodzi się dylemat, czy po ściągnięciu rzucić w kąt? złożyć? A jeżeli tak czy lewą kładziemy na prawą czy też odwrotnie?

I jeszcze rada na zakończenie  Proszę  pamiętać by po posiłku nie wycierać ust w  obrus. W eleganckim towarzystwie do tego służą zasłony.

Kiepsko piszemy, nie przykładamy wagi do wymowy
Całkiem niedawno zadzwoniłem do sklepu ogrodniczego z pytaniem o nawóz do trawy
Miły sprzedawca porzucił pracę na zewnątrz, aby wrócić do sklepu i zakomunikować mi, że wspomniany nawóz jest
A  jaka jest jego cena? - spytałem.
To co odpowiedział mi  miły pan wprawiło mnie w osłupienie
- Sześćdziesiąt czy pięćdziesiąt
- A nie może mi pan powiedzieć tak precyzyjnie?
- No przecież mówię - sześćdziesiąt trzy pięćdziesiąt.
Wszystko stało się jasne.
Kiedy ktoś coś napisał mamy dowód na to jakie zrobił błędy w swoim tekście. Kiedy ktoś mówi ucieka nam to drobne "trzy" lub "czy" co jak widać zmienia całkowicie sens wypowiedzi?
Czyżby niechlujność naszej wypowiedzi wynikała z tego, że młodzi coraz częściej korzystają z języka angielskiego, a prawidłową wymowę w tym języku pokazał nam Bareja w kultowym filmie Miś, w scenie na lotnisku gdzie pracownica  wygłasza komunikat w tym właśnie języku. ( od 1,20 min)



czwartek, 28 kwietnia 2022

Vivat i Hura Edward Stachura

Tak mi się zacytowało Edwarda Stachurę w poprzednim tekście, a że wszystko ma swój powód albo przyczynę, pozwolę sobie do nich nawiązać.
Święta za nami, a wspomnienia dalej tkwią w nas. Z resztą to było całkiem niedawno.
Wielka sobota, tradycyjnie w ten dzień jeżdżę na cmentarz oddalony od mojego miejsca zamieszkania o ok 70 km. Czasami jeździłem z jednym lub drugim synem, teraz raczej sam bo dzieci mają swoje życie (ja wcale nie narzekam).
Jadąc sam mogę posłuchać tego czego chcę i na dodatek tak głośno jak chcę.
Trafiło na Edwarda Staruchę. Nie jestem już licealistą, ale okazało się, że Sted dalej na mnie działa. Ze względu ma okoliczności być może bardziej

Zupełnie tu nieźle jest mi,
Organki mi służą do gry
Na twarzy obeschły jeż łzy,
Już warg nie zagryzam do krwi.
Dekadenckie to i zauważyłem przy okazji, że Sted należy do najbardziej pokrzywdzonych ludzi na świecie, a dobry Pan Bóg jak Stachura sam mówił - wbił w niego wszystkie swoje noże.
"Życie to nie teatr" to taki wiekowy już Long Play i zarazem utwór tytułowy w wykonaniu Jacka Różańskiego z muzyka Satanowskiego. Satanowski to taki demoniczny kompozytor, z całkiem pasującym do tematu nazwiskiem.






Szczęście od boga, że w planie miałem tylko 70 km bo gdybym jeszcze posłuchał jeszcze Leonarda Cohena z okresu Chelsea Hotel to nie wiem jak by się ten dzień zakończył. Tak ogólnie myślę, że być może tkwi we mnie jeszcze więcej z młodych gniewnych niż starych wkurwionych. W końcu ciągle mi jeszcze na czymś zależy.
O ile Cohen dożył swych lat (82), chociaż w tak zwanym międzyczasie przeżył wiele, łącznie z alkoholizmem, oszustwem na jego szkodę i w końcu z utratą wiary w bliskich o tyle Stachura odszedł w kwiecie wieku.
Stachura przynajmniej dwukrotnie próbował rozstać się z życiem, a dopiero druga próba okazała się udanaPierwszy raz najprawdopodobniej próbował popełnić samobójstwo, rzucając się pod nadjeżdżający elektrowóz. W wyniku tego zdarzenia stracił aż cztery palce u prawej dłoni. Po wypadku leczył się psychiatrycznie w szpitalu pod Warszawą.
Po raz drugi zrobił to we własnym domu przy ulicy Rębkowskiej w Warszawie. Zażył dużą liczbę tabletek psychotropowych; próbował podciąć sobie nożem żyły, co mu się nie udało, a następnie powiesił się na sznurze przymocowanym do sufitu (według raportu milicyjnego śmierć nastąpiła przez zadzierzgnięcie). Miał wtedy 42 lata.
Może powinienem odłożyć te depresyjne piosenki na półkę i jechać gdzieś?
Gdzie?
Jechać by można do miast
Lub w las
Na błoń
Na koń
I goń Nieboskłon


Mówicie odłożyć? Nie zażywać?
Uzależnionemu?

piątek, 22 kwietnia 2022

Ej piękna !

Jako użytkownik Facebooka, otrzymuję codziennie dziesiątki informacji, postów, reklam lub zdjęć. Czasem nawet coś mnie w tym natłoku informacji zainteresuje. Rzuciła mi się w oczy historia pewnego faceta, który nieszczęśliwie się zakochał. Banał pomyślicie. A ponieważ kochał bezgranicznie a więc i swą miłość obdarzył bezgranicznym zaufaniem. Jak to z zaufaniem czasami bywa, stracił miłość, dziecko które w tak zwanym międzyczasie przyszło na świat, a na koniec mieszkanie i został jedynie z wysokimi alimentami. Nie doczytałem się czy stracił zaufanie do samej instytucji związków, ale to modne jest zostawiać takie niedomówienie na końcu artykułu. Z francuska nazywa się to zgrabnie sous-entendu.
Oczywiście błędem był już ten pierwszy raz, ponieważ następnego dnia Facebook uraczył mnie nową historią, kobiety której mąż odszedł do innej młodszej pozostawiając wyrwę w jej życiu tak wielką jak krater aktywnego wulkanu.
Z czasem zdałem sobie sprawę, że teksty te przypominają jak żywo historie które w czasach dzieciństwa czytywałem w trakcie wiejskich wakacji u cioci, a których kopalnią była gazeta Przyjaciółka.
Pamiętam didaskalia. Sławojka za domem, pocięte egzemplarze gazety z których próbuję złożyć cały artykuł, widok na górę pokrytą gęstym lasem. Cichy szum wiatru, bzyczenie owadów, ogólnie rzecz ujmując obezwładniający spokój. Ja siedzę i czytam o spełnionej i tej niespełnionej miłości.
Nawiasem mówiąc, kiedy parę lat  później usłyszałem tekst wypowiadany przez Janusza Gajosa w filmie "Gwiezdny pył" - (Kondratiuka) uśmiechnąłem się do siebie w ten jedyny sposób kiedy to przypominasz sobie zdarzenie, kobietę i zakazaną przyjemność.
Cytat brzmiał:
"Z gazet to ja czytam tylko Przyjaciółkę, bo tam piszą co robić aby nie zajść w ciążę."
No proszę, mistyczne wspomnienia z suchego wychodka w Beskidzie Wyspowym.
Wracając zaś do motywu przewodniego, te artykuły są oczywiście podrasowane do współczesnych warunków. Historie wzruszają, zmuszają do refleksji, wzburzają, rodzą bunt i co tam jeszcze chcielibyśmy w sobie wywołać, one to wywołują.
Człowiek który się wzruszy uważa się za lepszego od tego który pozostaje niewzruszony. Czyż naszym marzeniem nie jest być lepszymi ?
Za późno doszedłem do tych wniosków i tak historie czytam, czym wzmagam dostawę nowych historii i jakoś nie potrafię się od nich odciąć.
W czym tkwi fenomen tych krótkich ludzkich historii? Trochę powyżej już to wytłumaczyłem. Domyślam się też, że na tym iż wobec ludzkich tragedii, tych mniejszych i większych opisanych na Facebooku moje życie jawi mi się jako nieustanne pasmo sukcesów i powód do dumy.
Swoją droga, nie mogę się za moje dotychczasowe życie wstydzić ( poza chwilami słabości o których chciałbym zapomnieć) i oczywiście bliscy są mi powodem do dumy, ale w ten sposób efekt uskrzydlenia zdarza mi się codziennie i trwa od jednego posta do drugiego.
Postacie w tych ckliwych historiach są sztampowe i generują sztampowe, złe lub naiwnie dobre cechy.
Tutaj bycie dobrym procentuje lub jest przynajmniej powodem do dumy. Złe zachowanie będzie ukarane, a grzesznik powróci skruszony na łono rodziny.
Niestety jeden mem potrafi przewrócić wszystko do góry nogami. Nagle bowiem okazuje się, że wszystko to gra. A może jednak nie jest to żadna gra?
Sam Sted pięknie o tym napisał:

Życie to jest teatr mówisz ciągle opowiadasz
Maski coraz inne coraz mylne się nakłada
Wszystko to zabawa wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach
To jest gra....


 

piątek, 15 kwietnia 2022

Motocykl który ratował święta.

Marzyła mi się jazda na motocyklu. Ba, brak takowej mocno mi już uwierał. Pieniądze ( nie takie małe) na przegląd i drobny remont wydane, a rury wydechowe zimne.
Patrząc każdego ranka na pogodę za oknem, myślałem - może to już dziś ?. Traciłem jednak zainteresowanie jazdą gdy zerkałem na termometr: minus dwa, zero, plus jeden. 
Czy to są temperatury na motor? Nie używałem od pewnego czasu określenia motor na rzecz motocykl, ale profesor Miodek lub Bralczyk uważają że to są formy dopuszczalne i równorzędne. Niech więc będzie, wracając zaś do tematu, w zasadzie to pierwszą dawkę jazdy czyli oficjalny debiut miałem kilka tygodni temu i pierwsze 50 km w tym roku zostało zrobione. Wczoraj dostałem  możliwość normalnego użytkowego funkcjonowania. Miałem po południu odebrać wyniki tomografu małżonki w jednej części Krakowa i rezonansu w całkiem przeciwnej lokalizacji. Tylko motocykl pomoże w jeździe przez centrum Krakowa po szesnastej. 
Rzeczywiście, droga uciekała szybko. Bez stresu wjeżdżałem pomiędzy długie kolejki oczekujących samochodów. Niektóre z nich ułatwiały mi to zjeżdżając nieznacznie na bok ( dziękuję ) inne trwały w uporze, prezentując stanowisko - ja stoję, stój i ty (jakież to nasze). Przypomnę tylko, że jazda motocyklem pomiędzy stojącymi (!) rzędami samochodów jest zgodna z Kodeksem Drogowym.
Na Alejach trzech Wieszczów są nawet tablice ukazujące motocyklistę jadącego pomiędzy dwoma samochodami z dopiskiem - spokojnie zmieścimy się !
Przejeżdżałem więc sprawnie i owocnie co skutkowało tym, że już po dwóch godzinach zameldowałem się w domu w wynikami.
Na miejscu przy bramie wjazdowej czekała na mnie żona.
Ponieważ nie pamiętam już kiedy to ostatni raz żona czekała na mnie za bramą, poczułem lekki niepokój.
- Mamy problem, maszynka do mięsa rozpadła się i nie mam czym zmielić mięsa na pasztet. Ratuj.
Kupię taką ręczna - powiedziałem - lub elektryczną.
Osiemnasta czterdzieści pięć to trochę późno jak na prowincję, ale bez słowa wsiadłem na motocykl i pojechałem do najbliższego miasta, miasteczka na poszukiwania.
W Mrówce PSB dowiedziałem się, że Pani ze stoiska gospodarczego co prawda takie urządzenie jak maszynki kojarzy, ale od dłuższego  już czasu nie dostała tego towaru, bo ponoć są problemy ze stalą.
W dwóch innych miejscach też nic nie załatwiłem, więc przekonany ostatecznie do zakupu maszynki elektrycznej, udałem się do salonu AGD RTV reklamowanego szeroko na łamach mediów.
Tu doznałem szoku ponieważ maszynki elektryczne oscylowały w cenie około 500 zł,-
Była to różnica spora, powyżej moich wyobrażeń nie przekraczających kwoty 200 zł,-.
Odpuściłem.
- Jutro kupię Ci maszynkę w sklepie koło mojej pracy. Ten sklep to taki relikt z PRL-u więc z pewnością maszynki do mięsa posiadają.
W tak zwanym międzyczasie żona obdzwoniła sąsiadów, którzy wykazali się nieposiadaniem takiego sprzętu.
Ciotka zaś naszej synowej, posiadała nie używaną od kliku lat maszynkę elektryczną, którą zgodziła się pożyczyć.
- OK. Odbiorę ją jutro przed pracą.
Kiedy wjeżdżałem  motocyklem do garażu, pomyślałem ,że może by tak jutro na nim do tej pracy?
Ucieszyła mnie ta koncepcja
Ranek przywitał mnie słońcem, ale temperatura wynosiła zaledwie  plus dwa stopnie.
Trudno, niechaj będzie samochód.
Ktoś tam jednak na górze postanowił, że nie bacząc na warunki zrealizuję moje motocyklowe marzenie.
Po wejściu do samochodu i przekręceniu kluczyka zauważyłem tylko przygasające światła i klekot tak zwanego bendixa. Samochód nie odpalił
Trudno, niechaj będzie motocykl.
Kurczę, dlaczego mówię trudno kiedy realizuję wczorajsze marzenie?
Ubrany nieco lekko bo jak do pracy w biurze, siadłem na motocykl i ruszyłem po ową wyczekiwaną przez żonę maszynkę.
Ciotka maszynkę dała. Ja stwierdzając, że termometr nie kłamie wróciłem do domu.
Widząc radość żony, pomyślałem - bezcenne.
Kiedy podjechałem pod miejsce mojej pracy, bez problemu znalazłem miejsce parkingowe, bowiem motocykl postawisz tam gdzie raptem wejdzie tylko pół samochodu.
Wszedłem na górę i odpaliłem komputer, wtedy zadzwoniła żona.
- Nie uwierzysz powiedziała
- Dzisiaj uwierzę we wszystko
- Umyłam maszynkę i kiedy ją włączyłam na sucho do prądu, zazgrzytała i rozpadła się. Nie mam sprzętu.
Po prostu plastiki były zleżałe, a plastik jest elementem ślimaka, który odwala większość prac w maszynce. Kolejny sprzęt który rozwalił się mniej więcej w tym samym miejscu.
Poszedłem do wspomnianego sklepu.  Kupię tę cholerną ręczna maszynkę, by uratować święta. W przyszłym tygodniu dokupimy przystawkę do robota planetarnego i cześć. Ileż taka maszynka starego typu może kosztować 50 -70 zł?
- Mamy, oczywiście, że mamy - odpowiedziała na pytanie sympatyczna Pani w sklepie pamiętającym PRL -  Te są Polskie, a te Chińskie. Wie Pan jaka jest różnica: jakość wykonania, trwałość itp.
- A ceny?
- Wybrany model  polskiej maszynki to 215 zł-
O kuźwa - pomyślałem.
Model elektryczny tylko produkcji chińskiej kosztował już 235 zł,-, ale do tego modelu Pani zachowywała dystans.   
O reputacji dalekowschodnich produktów wiele czytałem jak i sam przekonałem się na własnym przykładzie.
Wybrałem maszynkę do mięsa chińskiej produkcji za 105 zeta. W końcu idzie tylko o pasztet na te święta. Nie ma świąt bez pasztetu więc ja te święta uratuję.
Niczym renifer Niko z dziecięcej kreskówki choć to nie te święta, dumny i zadowolony wsiadłem na motocykl i popędziłem do domu. Nie minęła jeszcze dziesiąta, a ja już byłem w nim trzeci raz tego ranka. Dzień się jednak jeszcze nie skończył.
Historia w sumie bzdurna bo rzeczy się psują co jest normalne, a tak zwane nieszczęścia jak mówią przysłowia chodzą parami.
Ja zaś uważam od pewnego czasu, co nawet opisałem w poście "znajomy Pana Boga" że moje marzenia realizują się, ale nie zawsze w sposób w jaki bym sobie życzył
Poszalałem na tym moto dzisiaj i nie przeszkadzała mi w tym ani temperatura, ani praca.
Co z resztą?
Przed świętami oczywiści nikt nawet nie będzie próbował zaglądać do mojego auta. Dzieci pożyczą kabriolet, ale żebym za bardzo nie mógł przekuć porażki w sukces, na czas świąt zapowiadają opady i znaczne obniżenie temperatury.
Jak tu prowadzić samochód z parasolem w ręku. Przyjdzie jeździć z opuszczonym dachem, co jest przyjemnością porównywalną... i tu mi przychodzą mi na myśl przyjemności z jednej tylko kategorii, a nie chcę być posądzonym, że mam w głowie tylko jedno.
Mam nadzieję, że pasztet się uda ( Puk Puk odpukać ), a w samochodowym rozruszniku wytarły się tylko szczotki, albo zwyczajnie akumulator nie wytrzymał zwiększonej liczby  startów,  bo inaczej czeka nas ciąg dalszy tej makabreski.
Wszystkiego świątecznego.

Epilog

Po powrocie do domu podłączyłem akumulator do prostownika. Żarł prąd jak  oszalały, ale po półtorej godziny wskazał pełne naładowanie. Niedobrze - pomyślałem - mała pojemność. Swoje lata ma. 
Gdy następnego dnia przekręciłem kluczyk silnik zajęczał, ale ostatkiem sił  zapalił.
Potrzymałem go na uruchomionym silniku aby się podładował i udałem się do pierwszego sklepu z częściami samochodowymi.
Przywiozłem nową baterię i rozgryzając pomysłowość projektantów samochodów 
przez dłuższą chwilę mocowałem się ze starym aby go wyjąć, oraz z nowym aby go założyć z każdej strony po kilka cm luzu i śruby utopione gdzieś w niewidocznej głębi.  Udało się
Silnik odpalił ochoczo, a kiedy przypomniałem sobie kod do radia, oraz sposób wprowadzania i ono radośnie zagrało. 
Szczęście moje nie miało granic, bo szczęście to radość  z rzeczy prostych.
A kasa ? Jak to kasa rzecz nabyta.
I tych powodów do radości też Wam życzę

  To mówisz święta ? - zdaje się mówić moja suka




piątek, 8 kwietnia 2022

Oczytany czyli jaki?

Aby podkręcić popularność artykułu wystarczy dać dobry tytuł.
Jak w 2014 roku jednemu z moich tekstów nadałem tytuł - "Jakie w końcu jest to życie samotnego? czyli swingiem po singlu", to do dzisiaj jest w czołówce czytanych postów. Bo wiadomo, że singiel i swing kojarzą się większości z tym co się Kowalskiemu z dupą kojarzy.
Pewnie dla wielu młodych ludzi zaskoczeniem byłoby, że swing ma i inne znaczenia poza określeniem ekscentrycznych zachowań w klubie dla swingersów.
Swing (z ang. „kołysać się”) – to był najpierw kierunek muzyki jazzowej popularny na przełomie lat 30. i 40. XX wieku. Swing to muzyka w której dużą rolę gra sekcja rytmiczna współpracująca z instrumentami dętymi.
Swing – to także, co jakby naturalne styl tańca towarzyskiego pochodzący ze Stanów Zjednoczonych, tańczony do muzyki jazzowej.
Jakby kto nie wiedział, podpowiadam.
Wracając zaś do tematu.
Dałem się złapać na tytuł - Tylko ludzie oczytani używają tych słów.
Być może nie jestem gigantem czytelnictwa, ale średnią krajową podnoszę jak mogę. No nieprawda, mógłbym bardziej. 
Magia zadziałała i zerknąłem na test wyboru, gdzie sprawdziłem się w zakresie znajomości słów ludzi oczytanych.
Otóż one w kolejności jak pojawiały się w pytaniach
Rachityczny, ambiwalentny, cezura, defetyzm, konterfekt, mizoandria, plenipotencja, felerysta, luminarz, nieporowaty
Wypełniłem test.


W zasadzie pomyliłem się tylko przy feleryście, przyjmując, że kolekcjonuje flagi a nie ordery.
Nomem omen słowo felerysta nie występuje w słowniku języka polskiego w sieci.
Kiedyś było prosto. Ordery kolekcjonowali przodownicy pracy ze szczególnym uwzględnieniem górników których hektarami obwieszano nimi z okazji Barbórki.
Nie jest więc chyba ze mną tak źle.
I teraz zastanawiam się, czy by nie napisać możliwie najkrótszego opowiadania w którym wszystkie owe słowa ludzi oczytanych miałyby się znaleźć.
Kiedyś tam w szkole Pani zadała wypracowanie w którym miało by się znaleźć coś z religii, coś z wyższych sfer, coś z seksu, a żeby to wszystko kończyło się pytaniem retorycznym.
Najlepiej poradził sobie z tematem, jak to w dowcipach bywa, Jasio którego opowiadanie brzmiało :

O boże -  jęknęła hrabina - jestem w ciąży, ale z kim?
Krótko i pięknie.
Podjąłem wyzwanie. Poniżej próbka krótkiego opowiadania z wszystkimi słowami jakich wg Onetu "oczytany człowiek" powinien używać

Pewien rachityczny feletrysta zlecił wykonanie własnego konterferktu, na którym zgodnie z udzielonym plenipotencjami artysta miał namalować sponsora jako luminarza w swej dziedzinie.
Twórca zaliczał właśnie kolejną cezurę w swoim życiu, a do dzieła posiadał stosunek ambiwalentny, gdyż z natury swojej miał skłonność do mizoandrii i był w tym uporze nieporowaty. Postanowił nie siać defetyzmu, ale na stylowym konterfekcie uwiecznił małżonkę znanego nam już felerysty. 

Voila !