30 czerwca 2026

Aeroscopia, brzmi to jak jakieś medyczne badanie

Na wstępie wyjaśniam :
Aeroscopia – to nie badanie medyczne, albo małoinwazyjna procedura chirurgiczna jak sugeruje tytuł. To  francuskie muzeum lotnictwa w Blagnac, niedaleko Tuluzy. Znajdują się w nim  między innymi dwa okazy Concorde. Skojarzenia z badaniem medycznym, jeżeli je mieliście są oczywiście błędne. 

           

Młodszy syn chciał koniecznie zobaczyć to muzeum, mając w głowie wizyty w Krakowskim Muzeum Lotnictwa.
Ja już w czasie pierwszej wizyty u moich francuskich przyjaciół w 1992r, odwiedziłem zakłady Airbusa. Ponieważ byłem przedstawicielem kraju który dopiero co wyszedł z innego obozu i stanął po jasnej stronie mocy, musiałem przedstawić mój paszport do weryfikacji, a pozytywna decyzja o moim zwiedzaniu zapadłą jakieś dwa dni później. W związku z obowiązującym w fabryce  zakazem fotografowania fabryki, wszyscy musieliśmy zostawić w depozycie aparaty fotograficzne. Z podziwem patrzyłem jak ludzie kładli na ladę drogie Canony i Nikony z wypasionym obiektywami, a obsługa pakowała je do podręcznych koszyków i to bez potwierdzenia depozytu. Smartfonów jeszcze wtedy nie było. Po zakończonej wycieczce każdy zabierał swój aparat z całej kupy leżących na ladzie i nikt nie odszedł bez swojej własności. Wtedy to jeszcze wydawało mi się niemożliwe, ale czasy ( łaskawie dla nas) się zmieniają.
Wizyta w fabryce samolotów jest dalej możliwa, ale muzeum kusi chyba bardziej.

                                                                               

W sobotnie przedpołudnie zaparkowaliśmy gdzieś w tyłu budynku i skierowaliśmy się na sylwetkę Concorda stojącego na zewnątrz. Sądząc z ilości samochodów, cieszy się to muzeum sporym zainteresowaniem.

Muzeum to ogromna hala w której swobodnie mieściły się dwa solidne samoloty pasażerskie i wiele mniejszych. Na zewnątrz stały nowe modele Airbusów które ze względu na swoje parametry już by się tam nie zmieściły.  Drugi Concord się jednak zmieścił i można było wejść na jego pokład. Z  samolotów nietypowych eksponowany był przedni fragment kadłuba samolotu Airbus Bieluga którego zadaniem było przewożenie na swoim pokładzie gotowych części kadłuba wykonywanych w innym kraju, na warunkach współpracy w ramach EWG.


A tak wyglądał załadunek  gotowych  kadłubów w częściach



Byłem na pokładzie tego sławnego naddźwiękowego samolotu pasażerskiego produkcji francuskiej i powiem Wam jedno, jest ciasno. Morze wskaźników i jakichś urządzeń, a gdzieś jakby w drugim planie upchnięte fotele.

Przez założenie przeźroczystych plastików, mogliśmy zobaczyć jak skomplikowany jest twór zwany samolotem.  Kilometry przewodów, linek i wskaźników. Gdy obejrzałem kabinę  w pasażerskim A380 rozumiem jak trudno wyłapać przez pilota odczyt wszystkich informacji. Tym większy mój szacunek dla tego zawodu. No a komfort w klasie biznes wspomnianego A380 po prosu uderza. Patrząc na to, przez chwilę przynajmniej myślisz, że rzeczywiście pieniądze dają szczęście. Zwłaszcza wtedy gdy w porównuję je z moim miejscem w klasie ekonomicznej, tanich linii lotniczych którym do Francji przyleciałem.

                                            

 Wewnątrz hali znajdował się jeszcze jeden samolot pasażerski A300 oraz mniejsze samoloty  prywatne, wojskowe i specjalnego przeznaczenia.

Samoloty wojskowe i myśliwce: m.in. Mirage III, MiG-15Bis, F-104G Starfighter, Vought F-8 Crusader czy Saab J35 Draken.

Muszę przyznać, że niektóre z nich wcale nie były takie okazałe jak to widać na filmach.

                                                        

Na koniec ciekawostka 
Samolot z klocków Lego. Prawie 1.585.000 klocków  i 1750 godzin poświęcone na złożenia  tego pojazdu rodem z Gwiezdnych Wojen o wymiarach 8,90 m x  9,56 m i wysokości 2,12 m
Potęga pasji 






                                              

Nie wierzycie że to zrobili z małych klocków?
Powyżej  zbliżenie elementu

Na zewnątrz  Airbus A380, zaparkowany przy kilkukondygnacyjnym budynku z którego można było wchodzić na  poszczególne pokłady samolotu


Wróciliśmy bardzo zadowoleni z wycieczki do tego muzeum lotniczego. Mój francuski brat, wiele lat temu odwiedził muzeum krakowskie. To co mu zapadło w pamięć, oprócz oczywiście oryginalnych i historycznych maszyn to był  sposób w jaki je zwiedzał. Pojawiliśmy się tam na dwa tygodnie przed sezonowym otwarciem muzeum. Kiedyś to było chyba 15 maja.
Podłamanemu z tego powodu Ericowi powiedziałem, że to nie problem. 
Krótka rozmowa ze stróżem pilnującym kolekcji i drobny dowód wdzięczności spowodował, że Pan stróż otworzył dla nas podwoje muzeum.  Załatwiłem więc indywidualne zwiedzanie VIP. 
Okres PRL i jeszcze parę lat później charakteryzował się tym, że  nie było u nas sprawy nie do załatwienia. 
Myślę czasem o tym odbijając się od korespondencji z wirtualnym asystentem jakieś instytucji.
Ostatnio wstępną selekcję interesantów telefonujących  do  Urzędzie Skarbowego też prowadziła AI.
Rozczuliło mnie jej prosta odpowiedź na mój problem - Nie rozumiem pytania.
Poczułem jakaś dziwną więź z tą maszyną ponieważ dzwoniłem do US sam nie rozumiejąc zadanego w formularzu pytania.  
Zaliczyliśmy  samoloty stojące na zewnątrz, z wyjątkiem wojskowego transportowca który miał wyznaczone godziny zwiedzania. Potem przemykając przez sklepik z pamiątkami niczym rasowi Szkoci skierowaliśmy się do wyjścia. Tam gdzieś w domu czekał na nas basen całkiem nietematycznie z wystawą lotniczą, ale przy wysokich temperaturach, nie wybrzydzamy na brak logicznego ciągu.
Wieczorem zaś  siedliśmy do stołu na którym królowała  Saucisse de Toulouse: kultowa kiełbasa tuluska, która jest podstawą cassoulet, ale świetnie smakuje również grillowana i duszona.
W takiej właśnie grillowanej formie byłą nam podana
Informacja dla  zainteresowanych Cassoulet to flagowe danie Tuluzy. To bogata, długo duszona zapiekanka z białej fasoli, mięsa wieprzowego oraz confit de canard (kaczki).
Od sztandarowego dania odpychał nas fragment w przepisie mówiący - długo duszona.
Zamiast nad garami woleliśmy spędzić ten czas przy stole ze sobą.
A zegar odmierzający czas wizyty bezlitośnie tykał.  
To już ostania część  tej trylogii. Przynajmniej przez jakiś czas nie będę zanudzał Was francuskimi tematami. Teraz wakacje, czyli czas lekki i niezobowiązujący, a przy okazji powinien być wesoły, może nawet śmieszny.
To ostatnie jest jednak wielkim wyzwaniem, co widać obserwując poziom obecnych kabaretów.




23 czerwca 2026

Jak to na wyjeździe ładnie, kiedy Cranach w oko wpadnie

Nie da się żyć tylko motocyklami, tak samo jak nie da się żyć samą miłością.
Tu się podwójnie nie da, bo to miłość do motocykli.
Rozumiemy to z moim Francuskim Bratem doskonale, dlatego też resztę  pobytu we Francji spędziliśmy na spacerach i gubieniu się  w starych i nowych zakamarkach Tuluzy. Sam prosiłem o to, by mi je pokazać. 
Jako Krakusi jesteśmy zakochani w Krakowie i to powoduje u nas pewną zarozumiałość na tym tle.
Tylko Kraków i dalej długo nic.
Wiele lat miałem takie właśnie przekonanie na temat swojego miasta, dopóki nie pojechałem do Pragi.
Byłem zachwycony i chociaż nic nie strąciło mi Krakowa z piedestału, to jednak dystans do innych zabytkowych miast znacznie się skrócił. 
Każdy ma prawo do swojego patriotyzmu lokalnego, ale niech on będzie powiązany z szacunkiem dla dokonań innych.
Mam  nadzieję, że czytelnicy mojego bloga podzielają ten podgląd.
Poniedziałkowy dzień spędziliśmy właśnie w Tuluzie. 
Zwiedziliśmy parę kościołów, w których od czasów romańskich gromadzono zabytki, składano do krypt sławnych i świętych i które to miejsca miały to szczęście, że ominął je cały zestaw nieszczęść.
Nie zaznały potopu szwedzkiego, bezpośrednich działań i grabieży podczas Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej.
Tłumaczyłem mojej Francuzce, dlaczego trzęsiemy się nad każdym zabytkiem czy uratowanym z pożogi wojennej przedmiotem. 
Może to śmieszne, ale moją fotograficzną ciekawość wzbudzał bardziej nastrój niż konkretny zabytek.   
Zabytki fotografują fachowcy ze sporym doświadczeniem, w specjalnym oświetleniu. Mogę je sobie pooglądać w sieci.  Ze swoich wyczynów w tej kwestii byłem raczej niezadowolony,








Potem spacerkiem na drugi brzeg Garonny 






No i oczywiście to czym nasi Francuzi chcieli się pochwalić, a było dostępne od ręki.
Po pierwsze Muzeum w Tuluzie.
Kolekcja Fundacji Bemberg w Tuluzie obejmuje sztukę od renesansu po wczesny wiek XX. Wśród wystawianych dzieł znajdują się obrazy i rysunki jednych z najważniejszych malarzy w historii sztuki europejskiej.  Przechadzałem się pośród imresjonistów i nowoczesnych twórców
Kogo tam nie było:
Pierre Bonnard – kolekcja obejmuje kilkadziesiąt obrazów, co stanowi jeden z największych zbiorów tego artysty na świecie.
Claude Monet
Edgar Degas
Henri Matisse
Paul Cézanne
Pablo Picasso
Po drugie Renesans (zwłaszcza wenecki) oraz XVII i XVIII wiek:
Canaletto  
Tycjan 
Paolo Veronese
Jacopo Tintoretto
Lucas Cranach (starszy)
François Clouet
Giambattista Tiepolo
Wśród twórców renesansowych właśnie Cranach Starszy wywołał moje zainteresowanie



Jego obraz Herkules i Omfale bardzo mi się spodobał.   Najpierw zwróciłem uwagę na twarz Herkulesa. Może ten wyraz twarzy  głównego bohatera? Może ( co jest sporym nadużyciem), ale dlaczego  mam nie podzielić się odczuciami?  skojarzył mi się z obrazami współczesnego nam Dudy Gracza?  Nie wiem.
Zauroczony obrazem,  już po powrocie do domu sięgnąłem po smartfona. Tam przecież znajduje się wiedza tego świata. Trzeba tylko wykazać się odrobiną ciekawości. 
Dowiedziałem się więc ku swojemu zaskoczeniu, że :
Jest to obraz na podstawie opowieści o niewoli herosa, kary za spowodowanie zabójstwa, którego dopuścił się już po wykonaniu dwunastu prac – w szale zabił Ifitosa syna króla Ojchalii –  spotkało go pasmo upokorzeń ze strony królowej Lidii,  w tym swoista zamianę ról. Na jej rozkaz Herakles musiał nosić kobiece szaty i prząść, zaś ona przywdziała jego skórę lwa nemejskiego i posługiwała się jego maczugą. Heros miał dobrowolnie znosić to traktowanie z miłości do Omfale. Taka wersja ich losów stała się inspiracją dla wielu pisarzy i artystów, szczególnie w epoce nowożytnej i współczesnej.
Następnie czekała mnie wielka niespodzianka
Obrazy „Herkules i Omfale” autorstwa Lucasa Cranacha Starszego znajdują się w kilku muzeach na całym świecie, a trzy z nich są eksponowane w Polsce. 
Obrazy w Polsce:
  • Muzeum Narodowe w Warszawie: Posiada jedną z najbardziej znanych wersji obrazu z po 1537 roku.
 
                                      

  • Muzeum Narodowe w Poznaniu: W zbiorach znajduje się wersja obrazu datowana na około 1542 rok.   


                                         
  • Muzeum Narodowe we Wrocławiu: Kolejna cenna wersja dzieła znajduje się w tamtejszych zbiorach sztuki.  
Wybrane obrazy w muzeach zagranicznych:
  • Herzog Anton Ulrich-Museum w Brunszwiku (Niemcy): Posiada słynną, sygnowaną i datowaną na 1537 rok wersję dzieła.
  • Muzeum Thyssen-Bornemisza w Madrycie: Eksponuje zbliżoną tematycznie wersję dzieła przypisywaną synowi artysty – Hansowi Cranachowi. 
I opisywana tu 
  •  Fondation Bemberg w Tuluzie (Francja) 
Szacuje się, że w chwili obecnej znajduje się około 10 skatalogowanych obrazów  Lucasa Cranacha Starszego pod tym samym tytułem.
Na każdym z nich twarz Herkulesa jest inna.
Być może to portret aktualnego nabywcy dzieła? To taki mój wymysł,  być może niezbyt daleki od rzeczywistości. Swoją drogą, to  już nas przodkowie pokazali nam jak "trzepie się kasiorę" na produkcji seryjnej.
Choć przez czas pobytu we Francji czułem się dobrze jako Europejczyk, to teraz poczułem się lepiej jako  Polak. 
Zwiedzanie może z lekka amerykańskie, ale i czasu mieliśmy niewiele.
Po posiłku w jednej z tych knajpek ze stolikami za zewnątrz, nasi Francuzi zaciągnęli nas do budynku rządowego gdzie mieści się Merostwo. Capitole de Toulouse to reprezentacyjny ratusz w Tuluzie oraz serce administracyjne i kulturalne miasta. Słynie z monumentalnej, XVIII-wiecznej fasady z różowej cegły i znajduje się przy tętniącym życiem głównym placu (Place du Capitole).   
 Dziedziniec Henriego IV to miejsce, gdzie w 1632 roku ścięto księcia de Montmorency jednego z najważniejszych francuskich arystokratów tamtego okresu. Egzekucja odbyła się na dziedzińcu ratusza w Tuluzie, a przyczyną był jego udział w antykrólewskim buncie i wspieranie spisku brata Ludwika XIII, Gastona Orleańskiego, wymierzonego w kardynała Richelieu.
Poczułem się jak dzieciak nad lekturą Trzech Muszkieterów.
Reprezentacyjne piętro ratusza to wnętrza z bogato zdobionymi sufitami i malowidłami przedstawiającymi historię Tuluzy. Mieści się tu także Théâtre du Capitole: Jeden z najważniejszych teatrów operowych i baletowych we Francji.
Zszokował mnie ogrom wnętrz

                                                                

Ten fragment sali wykorzystywany jest jako pałać ślubów. Duży? 
 To zobaczcie - Poniżej druga strona tej samej  sali


               W innych salach poteżnych rozmiarów  obrazy które  malował Henri-Jean Guillaume „Henri” Martin



 Artysta był opisywany jako płodny mistrz, którego twórczość cechuje się nutami melancholii, marzycielstwa i tajemniczości. Ten postimpresjonista  ozdobił swymi obrazami wiele budynków na terenie całej Francji.

Po tym wszystkim sztuka weszła nam do nóg i kręgosłupów starszych już bądź co bądź ludzi. Popędziliśmy na parking gdzie z dziką rozkoszą umieściliśmy swoje cztery litery na wygodnych siedzeniach francuskiego samochodu. Pognaliśmy na kolację, gdzie w tym dniu zapowiadał się polski wieczór. 
Placki ziemniaczane, pierogi w trzech nadzieniach i obowiązkowa sałatka warzywna, do której kiszone ogórki  specjalnie do niej, wiozła moja małżonka w walizce.
Prawie czterdzieści lat znajomości zaowocowały tym, że wytworzył nam się specyficzny gust kulinarny. Nie do końca polski i nie w pełni francuski. 
Nikt też przy stole nie poruszał kwestii widelców.   

16 czerwca 2026

Do kogo należy świat ?

Świat należy do tych, którzy go biorą.
Autorem tych słów jest główny bohater powieści "Lalka", Stanisław Wokulski.
Wypowiada je w myślach obserwując swojego dawnego subiekta, Szlangbauma, który przejmuje po nim interesy i zaczyna radzić sobie w handlu.
Ileż więc mają ze świata Ci którzy zbyt długo zastanawiają się, barć czy może raczej nie?
Z okazji 40 rocznicy naszego ślubu, dzieci ufundowały jako prezent, voucher na podróż do naszych francuskich przyjaciół. W tym roku wypada nam 45-lecie związku. Z prostego wyliczenia wynika, że było to pięć lat temu. Tak długo zastanawiałem się nad tym wyjazdem. W tak zwanym międzyczasie, żona uruchomiała Młodszego Syna, aby wziął sprawy w swoje ręce i wziął. Zajął się biletami lotniczymi i wynajęciem samochodu na lotnisku. Postanowił też,  że wraz  z żoną i córką polecą razem z nami. Po części do pomocy,  po części z sentymentu do ludzi i miejsca. Pierwszy raz Młody był  we Francji w wieku 2 lat.
Osaczony ze wszystkich stron, nie miałem wyjścia. Spakowałem swój spokojnie bagaż i wylecieliśmy.
Mój Francuski "Brat" zadowolony z tej mojej decyzji, zaczął organizować atrakcje w tym tę najważniejszą, czyli motocyklowy wypad w Pireneje. Ten pomysł ma już wiele lat. Kiedyś Eric powiedział, że jego marzeniem jest taki wypad. Mnie on wydawał się on nieprawdopodobny. Po pierwsze nie miałem prawa jazdy na motocykle.
Potem jednak zrobiłem takie prawo jazdy czyli kategorii A. Kupiłem pierwszy, a potem następny po nim motocykl, ale nie podejrzewałem nawet, że mógłbym jeździć we Francji. Teraz było to na wyciągnięcie ręki.
Aby podbudować mnie jako faceta, Eric przesłał mi zdjęcie parawanu - suszarki na ręczniki, którą wykonałem osobiście  w czasie pierwszego pobytu.



 Pod zdjęciem umieścił wpis, że oto zrobiony 15-20 lat temu parawan świetnie się trzyma i jest super.
Zaraz też odpisałem mu, że zrobiłem to w czasie pierwszej wizyty u nich, czyli w 1992 roku. Z prostego wyliczenia wynika, że właśnie mija 34 lata od tego wydarzenia. To rzeczywiście świadczy o tym,  że mój produkt jest solidny.
Odpowiedział tylko - Boże jak ten czas leci.
Rzeczywiście leci, tu musiałem się z nim zgodzić.
Nadszedł więc i ten dzień kiedy,  z pomocą własnego dziecka ruszyliśmy na podbój  Kraju Gallów.
Tu tylko nadmienię, że musieliśmy skorzystać z tak zwanej eskorty, aby żona mogła wsiąść do samolotu. Jest to specjalny samochód z podnośnikiem i mały wózek który mieści się między lotniczymi fotelami. Wejście odbywa się przez wyjście awaryjne, umieszczone zaraz przy ogonie samolotu.  
Zasada jest taka, że żona wsiada pierwsza, a wysiada ostatnia. Ja towarzyszę jej w tej podróży wchodząc tym samym sposobem z wyłączeniem wózka oczywiście. Ten leci w luku bagażowym.
Dwie godziny lotu i meldujemy się na lotnisku w Tuluzie. Boże jak szybko.
Pamiętam gdy kiedyś jechałem samochodem, potrzebowałem do tego prawie 29 godzin spędzonych w samochodzie i 3 Red Bulli, czyli energetyków, które trzymały mnie w jako takiej formie. 
Jeszcze tylko trzy kwadranse wypożyczonym samochodem i już mogliśmy paść  sobie w ramiona z naszymi Francuzami.
Jeden dzień aklimatyzacji i zaplanowana wycieczka. 
Eryk wraz ze swoim synem jechali na swoich własnych motocyklach,  ja z moim synem na pojazdach z wypożyczalni. Tu mieliśmy trochę problemów, zwłaszcza ze mną, ze względu na wymiary. Mam krótkie nogi i trzeba było trochę trudu, by wyszukać pojazd na którym siedząc dotykam stopami do podłoża.
Udało się znaleźć taki motocykl i  był to Royal Enfield  Super Meteor 650.


Syn dosiadł zaś rasowej Hondy Transalp.

Mój motocykl to produkt indyjski, ale o ciekawej historii.
Royal Enfield to brytyjska marka motocykli produkowanych przez założone w 1893 roku przedsiębiorstwo Enfield Cycle Company w Reddith  w hrabstwie   Worcestershire w Anglii.
W 1956 roku pod firmą Enfield w Indiach zaczęto składanie motocykli z wyprodukowanych w Wielkiej Brytanii komponentów, a w 1995 r. indyjskie przedsiębiorstwo  Royal Enfield Motors  nabyło prawa do posługiwania się znakiem Royal Enfield.  Te motocykle są obecnie najstarszą na świecie marką nieprzerwanie wytwarzaną, wraz z najdłużej w historii wytwarzanym sztandarowym modelem Bullet. Jego nazwa jest związana z historycznym mottem z 1893 r.: „Made like a gun, goes like a bullet.
Czyli mniej więcej : zrobione jak pistolet, gnają jak kula.


System odbioru i zwrotu motocykli był całkowicie zautomatyzowany i dobrze, że był z nami mój syn, który pomimo tego, że aplikacja była po francusku, ogarnął temat.  Po dokonaniu setki różnych czynności, wyjechaliśmy w końcu  z podziemnego garażu na ulice Tuluzy.  Z początku niepewnie jak to na nowym motocyklu bywa, potem coraz  bardziej swobodnie. Najpierw na autostradzie, gdzie przyszło pędzić 130 km/h, a zaraz potem bocznymi drogami, pełnymi zakrętów nierzadko sięgających 360 stopni i ze względu na teren wyprofilowanych jak się dało czyli nie zawsze zgodnie z regułami pochylenia zakrętu. Mała nieostrożność w takim zakręcie mogła skończyć się glebą. 
Daleko od autostrad toczyło się życie prowincjonalne. Spokojne i pełne życzliwości. Mijaliśmy małe miasteczka, gdzie jechaliśmy uliczkami które ledwo pozwalały na minięcie się dwóch motocykli. Samochody by tego nie dały rady zrobić. 
No i oczywiście kawa na małej prowincjonalnej stacji benzynowej, gdzie właściciel interesu okazał się bardzo wylewny. Stanął przy nas i długo coś opowiadał, gestykulując i spoglądając od czasu do czasu i na mnie. Nie zdradziłem tego, że nie rozumiem o czym mówi, uśmiechając się wtedy kiedy trzeba gdyż  z uwagą obserwowałem mojego brata.
Droga stawał się coraz węższa, a dodatkowo brak było miejsca do zatrzymania się na poboczu. Znaki drogowe zresztą tego surowo zabraniały. Potem skończył się zasięg Internetu i sygnał  telefoniczny.
GPS pokazywał jakąś małą niteczkę drogi pośród bezkresu zieleni. Tak tez było w realu. 
Po dłuższym czasie  pokonywania zakrętów w tę i w tamtą stronę, dotarliśmy do przełęczy 


Przełęcz Col de la Core to podjazd o długości 14.2 kilometrów. To jest podjazd kategorii 1. Znajduje się w Les Bordes-sur-Lez, Midi-Pyrénées, Francja. Średni nachylenie tego podjazdu wynosi 5.7% z maksymalnym nachyleniem 7.5%. Col de la Core wznosi się z 575 metrów na początku do 1.395 metrów na szczycie, z całkowitym wzniesieniem 820 metrów.


Jednak zameldowałem się na tej przełęczy.



 


A potem podobnie w dół i wcale nie łatwiej.




Na końcu powrót autostradą, mycie i tankowanie pojazdów. Potem zwrot na ten sam parking w mieście, oczywiście bez pośrednictwa kogokolwiek z firmy. Wykonaliśmy ze 100 różnych poleceń i znów mój Syn okazał się w tej sprawie bezkonkurencyjny  


Przez malutką ludzką próżność pozwolę sobie na koniec zamieścić zdjęcie w pozie, którą nazwałem  Antoni zwycięzca.


Ten dzień,  po przejechaniu jakichś 300 kilometrów jeszcze się dla nas nie skończył.  Zakończyła go uroczysta kolacja z okazji 70 tych urodzin mojego francuskiego brata.  To taki mały falstart, bo urodziny ma w sierpniu, no ale kto nam zabroni?



09 czerwca 2026

Gdybym był bogaty

No właśnie. Naszło mnie natchnienie, ale jak to z natchnieniem bywa, Muza trąciła struny harfy w najmniej odpowiedniej chwili.
Ponieważ byłem pod mocną presją czasu, dopadłem jedynie laptopa i wrzuciłem tytuł - Gdybym był bogaty. Resztę zrobię po powrocie - postanowiłem. Niestety powrót do domu się opóźnił, a więc oczywistym stało się, że to będzie tomorrow czyli jutro.
Nazajutrz żona zaplanowała mi dzień, godzina po godzinie. Ganialiśmy od jednego medyka do drugiego, a na końcu dokładając  kolejkę do zdjęcia RTG.
Kiedy więc wróciłem do tematu po dwóch dniach, nie zostało nic poza tytułem. Czysta strona, tabula rasa.
O co mogło mi chodzić?
Poczułem się jak kolega który w celu zapamiętania dowcipu, zapisywał sobie jedynie pointy myśląc, że na tej podstawie odtworzy w opowiadaniu całą treść i zadziwi zebranych. Niestety nie wszystko w praktyce jest takie jakie wydaje się nam w teorii. 
Pamiętam jego cierpienia już po kliku miesiącach. Kiedyś  przyszedł do mnie z pytaniem:

- Nie wiesz co do za dowcip który się kończy słowami: Ludzie, ludzie idę się bzykać.

Oczywiście słowo "bzykać" użyte było tu w bardziej dosadnej formie.
Nie potrafiłem kumplowi przyjść z pomocą, ponieważ sam nie zapisywałem dowcipów, a i tak na wszelkiej maści imprezach robiłem za śmieszka, lub jak to teraz nazywają standupera.
Czasem nie dane mi było cokolwiek przekąsić, bo znajomi trącali mnie w ramię, żądając kontynuacji  występu.
Popijałem tylko ze szklaneczki, o co dbali uczestnicy spotkań i nawijałem zebranym makaron na uszy.
W efekcie bywało tak, że kontakt z rzeczywistością potrafił mi się zamglić, bo przecież nikt nie lubi pić na głodnego.
 Teraz opowiadam tylko dowcipy pasujące do sytuacji, wygaszając jednocześnie  niepohamowaną erupcję  żartów.
Dzięki temu mogę spróbować coś niecoś z pańskiego stołu, choć do tych stołów zapraszają już coraz rzadziej.  Poza tym osoba która od czasu do czasu coś skomentuje, może przy odrobine szczęścia być odebranym jak filozof, a nie wiejski głupek. 
No tak. Nie dorobiłem się na  tych występach artystycznych i choć nigdy nie narzekałem na biedę ( to taka cecha charakteru) to do bogatych trudno mnie zaliczyć.
A jak bogactwo wyobrażał sobie Tewje Mleczarz ze "Skrzypka na dachu", który wykonywał w filmie piosenkę pod tym właśnie tytułem - Gdybym był bogaty ?
Są tam takie słowa:
O żonie
"Już widzę swoją Gołdę jako bogaczową dziś; Ma podbródki piękne dwa, W kuchni krząta się, gdzie kucharek moc I ważna jest, że aż strach i wszystkim ona rządzi, Oh, ależ ona radość ma, Mogąc sobie wrzeszczeć dzień i noc!"
I o sobie
"Najmędrszych ludzi z miasta tłum już chce Odwiedzić mnie Już słuchają mych opinii jak Salomonowych rad. “Powiedz nam reb Tewje, wybacz nam reb Tewje”, Niby cadyk słynę już na cały świat.  I będzie wtedy całkiem bez znaczenia To, że mylę się lub łżę, Kto bogaty, ten rozumy zjadł!"


Tu jakby nieco mi się poprawił umysł, a szczególnie ten jego fragment który odpowiada za zapamiętywanie.  Śmierdzieć zaczęło mi za to wielką polityką.
I już wiem o czym, a raczej  o kim chciałem, ale powstrzymam się, a resztę z pewnością dośpiewacie sobie sami.
To jakaś taka ogólnoświatowa prawidłowość.
Dziennikarze zwracają się do tych którzy się dorobili z pytaniem - jak żyć?
Jak się zachować ?, czym się kierować? A oni niczym wspomniany słynny cadyk, dają się ponosić fantazjom  i cedzą swoje drogocenne rady złotymi ustami. Zapomnieli już, że jak mówi stare ludowe powiedzenie -  W biznesie pierwszy milion trzeba niestety ukraść.
Kto więc  w takiej sytuacji ma mi mówić o moralności i przyzwoitości?
Aż chce się za Różewiczem zawołać - Szukam nauczyciela i mistrza...
Wszystko to w czasach gdy Internet pełen jest dobrych rad w krótkich i przystępnych rolkach filmowych.
A mną targa takie ambiwalentne uczucie. 
Z jednej stronu radość, że być może nie dożyję  wieszczonych wszem i wobec katastrof, a z drugiej, że zostawiam ten bałagan własnym dzieciom i wnukom.  


02 czerwca 2026

Fusy, plusy i minusy, czyli wiosenne czepianie się

Ze względu na rodzaj wykonywanej pracy, zdarzało mi się w bywać na paru konferencjach, spotkaniach i zebraniach. Organizator stawiał na stołach butelki z wodą. Zdarzało się, że i paluszki.
No koniec takiego spotkania, bywało, że brałem ze sobą niedopitą butelkę z wodą na zasadzie, że nic nie powinno się zmarnować. Oczywiście nie byłem jak ta chytra baba z Radomia i zadowalałem się jedną butelką. Żyłem sobie w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, aż do czasu gdy nie przeczytałem pewnego wyjaśnienia Ministerstwa Finansów.
Już sam tytuł spowodował że poczułem się do tego zobligowany. Brzmiał on:

 "Klient zabrał butelkę, firma straciła kaucję. MF wyjaśnia, co z podatkiem", a dalej w tekście:

"Ministerstwo Finansów potwierdziło, że przedsiębiorca może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów wartość kaucji za opakowanie, którego nie odzyskał w systemie kaucyjnym. Nie oznacza to jednak automatycznego prawa do ujęcia takiego wydatku w kosztach. Resort wyraźnie wskazuje, że strata musi być definitywna, związana z działalnością gospodarczą i odpowiednio udokumentowana."

Dwa stwierdzenia : strata definitywna i odpowiednio udokumentowana. Moja złośliwa natura już zaczęła  podpowiadać mi  odpowiednie do tej sprawy kazusy 
Po pierwsze klient  dopił wodę  poza salą zebrania i wyrzucił  do kosza,  gdzieś  tam dalej  w tym samym budynku. Strata nie była więc definitywna, tylko kogo wysłać do grzebania w koszach i poszukiwaniu jednej lub dwóch butelek o kaucji 0,50 zł,-
Po drugie  Jak powinno wyglądać właściwie udokumentowane wyniesienie butelki przez klienta.
Już widzę oczami wyobraźni, że gdy ja sączę z lubością  chłodny płyn w pociągu relacji Warszawa Kraków, sztab ludzi opisuje dokładnie ten niecny czyn.  Brutalne wyniesienie butelki wody o pojemności  500 ml.  Marzeniem urzędników jest uregulowanie każdej kwestii naszego życia, a już Ministerstwo Finansów w tym celuje. Pytanie które mi się nasunęło brzmi, czy przy okazji nie ośmiesza się przypadkiem ?   


Pokolenie kopiuj wklej rozsiadło się już wygodnie i okrzepło w fotelach wszelkiej maści  dziennikarzy czy jak kto woli redaktorów. Stało się to w połączeniu z redukcją czy zlikwidowaniem całkowitym zawodu  korektora. Być może dlatego że zbyt kojarzył się cenzorem. Z drugiej jednak strony większość tego pokolenia nie przeżyło spotkania z takim zawodowym cenzorem. Efekty są widoczne gołym okiem.


   
Czyli w nowym sezonie nie będzie jedynie " śpiewająco" ale i gwizdająco  ?




A myślałem, że  ten krytykujący człowiek  jest raczej wyznawcą tradycyjnych wartości.  A tu proszę Można być i nią i nim i to w zaledwie dwóch zdaniach.  Jestem jednak tolerancyjny


Wydawało by się że określenie gwiazdor oznacza rozpoznawalność, a jednak nie.

Czasami, aż chciałoby się wsiąść na konia i w step ruszyć. Gnać tak byle gdzie, byle z dala od ludzi. 
W obecnej sytuacji gdy tłumy są wszędzie,  jedynym ratunkiem mógłby się okazać taki pojazd dla którego nie ma złych czy gorszych dróg. Wydaje mi się, że radzi sobie  również i tam gdzie dróg w ogóle nie ma.


                                            

Z zachwytem patrzyłem  gdy parkował pod moim  ulubionym spożywczym.