Spóźniłem się nieco z tą relacją, bo to jubileusze i te sprawy. Wróćmy jednak myślami do niedzieli 16 sierpnia 2026 roku.
Kraków - Brzesko -Nowy Sącz - Krynica - Muszyna - Piwniczna - Stary Sącz - Limanowa - Wiśniowa- Wieliczka - Kraków, według wskazań map Google to 287 kilometrów. Z dojazdami, objazdami śmiało możemy powiedzieć, że pękły trzy stówy.
Plan kolegi był prosty. Zlot starych pojazdów w jeszcze bardziej Starym Sączu. Podjąłem wyzwanie, ale wybrałem możliwie najdłuższą trasę do tego miasta. Dlaczego najdłuższą? Po pierwsze lubię jechać, ale przetykam tę jazdę miejscami widokowymi, aby połączyć przyjemne z pożytecznym.

W niedzielę punktualnie o 10.00 wyjechaliśmy z umówionego miejsca, unikając po drodze autostrad. Wybraliśmy więc tak zwaną starą czwórkę, przez Bochnię do Brzeska, a tam skręciliśmy na Krynicę.
Jakiś patrol policyjny na poboczu drogi wymierzył w nas swoje mierniki prędkości, ale nic im z tego nie wyszło, ponieważ mój kolega jest osobą surowo przestrzegającym przepisów drogowych. Ja zaś się do niego dopasowałem. Lubię czasem pojechać nieco szybciej, ale nigdy o więcej niż 20 km/h od nakazanych. To w miarę bezpieczne, a przy spotkaniu patrolu wymiar kary nie jest tak bardzo bolesny.
W tych pięknych okolicznościach przyrody, jazda dawała nam sporo frajdy.
Gdzieś tam z boku towarzyszyło nam Jezioro Rożnowskie i załadowane parkingi przy nim. W końcu to przedłużony weekend, bo niektórzy za sobotnie święto dobrali sobie jeszcze wolny piątek. W przypadku motocykli zawsze znajdzie się jednak kawałek miejsca, by oprzeć nóżkę pojazdu i zagłębić się w tych pięknych klimatach. Czasem tylko naszym możliwościom parkingowym towarzyszy frustracja kierowców samochodów, szczególnie tych którzy lubią sobie zatrąbić. Czynią tak zwłaszcza kierowcy zajeżdżonych golfów.
Na nowosądeckim rynku zrobiliśmy sobie przerwę na pierwsze nawodnienie. Upał dawał się bowiem mocno we znaki. Już na wstępie zrezygnowaliśmy z kurtek skórzanych na rzecz skórzanych kamizelek.
To znaczy ja miałem kamizelkę, a kolega założył pas biodrowy. Zawsze to chłodniej, a przy okazji bezpieczniej dla nerek. Przychodzi taki wiek, że o tym się myśli. W pierwszym roku mojej motocyklowej przygody jeździłem w samym podkoszulku i już po dwóch miesiącach mogłem wskazać gdzie mam nerki. Nie bolały, ale je czułem.
Kolega ma motocykl przeznaczony do jazdy miejskiej, ja cruisera. Motocykl niejako wymusza styl ubioru. Pozostałem więc w skórzanych spodniach i kowbojskich butach. Spodnie wiadomo okrywają stawy kolanowe. Podkute buty fajnie stukają i gdy wchodzę na stację benzynową wszyscy oglądają się w kierunku tego stukotu. Normalnie jak na rasowych westernie, gdy do knajpy wchodzi rewolwerowiec. Nikt z nas nie chce być jedynie tłem, jak mówiła zebra w bajce w jednym z poprzednich postów.
Minęliśmy zatłoczoną Krynicę w której nawet nie próbowaliśmy robić przystanków i Muszynę, chyba z podobnego powodu. Między Muszyną, a Żegiestowem spróchniałe drzewo przewróciło się na jezdnię, łamiąc się w połowie. Byliśmy czwartym pojazdem w kolejce. Wspólnie i w porozumieniu z innymi kierowcami przesunęliśmy pień na pobocze, by móc kontynuować jazdę. Nie zrobiłem zdjęć z tego wydarzenia, ponieważ nie wypadało być widzem, kiedy trzeba zrobić coś ważnego.
Nie chciałem być jak bohater opowiadania Stefana Żeromskiego który mówił o sobie :
„Byłem zawsze, jak dobosz, który biegnie bez tchu obok spracowanego szeregu...Zadziwiające jak niektóre cytaty zapadają nam głęboko w pamięć, by odezwać się w jakimś bardziej lub mniej odpowiednim momencie.
Swoją drogą nawet kiedy jedziesz bardzo bezpiecznie, możesz trafić na taką sytuację, a będąc motocyklistą nie masz z takim drzewem żadnych szans. Wychodzi na to, że w życiu potrzebna jest jeszcze odrobina szczęścia. Szczęścia by Dobry Pan Bóg nie powiedział - Sorry, stary zagapiłem się.
Dobierając jeszcze jednego kolegę który spędzał weekend w okolicach Sącza Starego, pojawiliśmy się na malowniczym rynku tego miasta.
- Idziemy na lody - powiedział kolega i wskazał na cukiernię - Tu są najlepsze.
Pamiętam, że kiedy pracowałem w Nowym Sączu ganialiśmy tu po jagodzianki, ponoć najlepsze w okolicy. Z resztą ta chwila pod lipami na rynku uruchomiła wiele wspomnień z tego urokliwego miasta. O tu w knajpie "Pod dzwonkiem" kupiłem w 1979 roku paczkę papierosów "Wawele" Nie wiem ile lat musiały tu leżeć. Luksusowe papierosy Wawel (produkowane m.in. przez Wrocławską Wytwórnię Papierosów oraz Zakłady Przemysłu Tytoniowego w Radomiu w okresie PRL) przestały być produkowane w latach 60. lub 70. XX wieku. Marka ta miała charakter elitarny i zniknęła z rynku wraz z przebudową asortymentu polskiego przemysłu tytoniowego, ustępując miejsca masowo produkowanym wyrobom.
Mało kto chce mi w to wspomnienie uwierzyć. Jak i w to, że w trakcie tamtego pobytu trafił się gość, któremu przypominałem kolegę z wojska. Już to samo podobieństwo spowodowało, że postanowił się ze mną napić, a ja dopiero co wyrwałem się z rodzinnego domu, a więc właśnie zacząłem pracować nad kondycją w alkoholowych tematach.
Do Staromiejskiej zaś chodziliśmy na śledzia po japońsku i ruskie pierogi. Mieli tu taki gabinecik w którym zamykaliśmy się na chwilę konsumpcji. Było to szczególnie wygodne w te dni kiedy bezrobocie wypłacało zapomogi.
Tyle wspomnień, tyle czasu, a od chwili zakupu Waweli minęło już prawie pól wieku.
A potem już powrót przez Limanową. Z niemałym zdziwieniem przyjąłem złą wiadomość na stacji benzynowej gdzie tankowałem motocykl. Okazało się, że tradycji do końca nie stanie się zadość. Nie było już hot-dogów, czyli najszybszego posiłku dla ludzi w drodze.
- Hot dogi nam dzisiaj wyszły - powiedziała młoda dziewczyna przy kasie. Nawet się nie zdenerwowałem, bo już dawno nie słyszałem, żeby coś wyszło.
Zjadłem wafelka który na takie sytuacje wożę w kufrze. Temperatura na zewnątrz spowodowała jednak, że czekoladę z orzechami która była wypełnieniem wafelka mogłem dosłownie wypić. Wylewała się ze sreberka, brudząc przy okazji wszystko wokół. Mówiąc w skrócie, tylko kawa była w porządku. Podwójne espresso było bardzo smaczne.
Na benzynę nie narzekał też mój motocykl. Zabuczał radośnie niskim dźwiękiem i ruszyliśmy dalej. Z każdą chwilą zbliżaliśmy się już do własnych domów.
Żal z tego powodu mieszał się ze zmęczeniem. Radość trzymała nas cały czas w mocnym uścisku. Trzysta kilometrów na motocyklu to trochę jest.
Dojechałem do domu w okolicach 19.00. Kiedy zszedłem z motocykla poruszałem się jak kowboj który po całym dniu w siodle, schodzi z rumaka. W końcu i my z przerwami spędziliśmy na tych siodełkach trochę godzin.
Czego chcieć jeszcze do szczęścia. Zjadłem coś na szybki i zasiadłem w wygodnym czarnym skórzanym fotelu z kieliszkiem czerwonego wina, podanym sobie we właściwej temperaturze.
Bo jak to śpiewał Andrzej Zaucha piosenkę do tekstu Jonasza Kofty - Koniec dnia czerwonym pachnie winem. Miał rację.





