26 maja 2026

Do czego prowadzi dobrobyt, czyli historia pewnego eksperymentu

A żeby nie było tak słodko w naszym grajdołku, pozwolę sobie  teraz poruszyć nieco bardziej kontrowersyjne treści. 

Można powiedzieć, że żyjemy w dobrobycie. Oczywiście zaraz znajdą się antagoniści tej tezy, bowiem naturą Polaka jest narzekać. Ogólny dobrobyt rozkłada nas na łopatki i jako naród zamieszkujący ten kraj zaczynamy się kurczyć. Nie w dosłownym  tego słowa znaczeniu, a ilościowo. Jest to oczywiście wbrew założeniom idei ubezpieczeń społecznych. ZUS ma z tym niesamowity zgryz i tylko perspektywa, że nas czyli pokolenie boomersów to chyba nie dotknie, pozwala mi spokojnie czekać na kolejny przelew kwoty emerytury. Dzieci emerytów, w tym także moje, liczą zaś i kombinują. To na nie bowiem spadnie obowiązek finansowania emerytur własnych rodziców, co przy spadającym przyroście naturalnym jest znacznym ciosem dla tej piramidy finansowej jaką jest ubezpieczenie społeczne.
Co się stało? Dlaczego rodzi się mniej dzieci?
Politycy prawicy oskarżają o to lewicową modę na gender, LGBT i co tam` jeszcze diabelskiego mogła wymyślić lewica
Politycy z lewej strony, oskarżają  decyzje prawicowych rządów.  O kiepski dostęp do antykoncepcji w tym tej awaryjnej, utrudnienia w opiece medycznej nie wyłączając ewentualnych możliwości aborcyjnych.
Jedni drugich zaś o brak perspektyw dla młodych rodzin.
Ganiałem tak w tych swoich myślach z lewa na prawą i z prawej na lewą ponieważ nic w tym życiu nie jest czarno - białe, ale posiada całą paletę szarości.
Wszystko zaś stało się niemal jasne kiedy na Facebooku przeczytałem tekst Wojciecha Wasiakowskiego na  temat pewnego eksperymentu. Wcześniej słyszałem co nieco na ten temat, teraz dostałem wersję skondensowaną.  
Nie będę bawił się w AI i skracał tekstu, ponieważ on sam jest skróconym opisem dwuletniego eksperymentu.
Oto ten tekst:
Eksperyment „Universe 25” to jeden z najbardziej przerażających eksperymentów w historii nauki, który poprzez zachowanie kolonii szczurów jest próbą wyjaśnienia ludzkich społeczeństw przez naukowców.
Pomysł „Universe 25” powstał od amerykańskiego naukowca Johna Calhouna, który stworzył „idealny świat”, w którym setki szczurów mogłyby żyć i rozmnażać się. Konkretnie Calhoun zbudował tzw. "Szczurzy Raj”, specjalnie zaprojektowaną przestrzeń, w której gryzonie miały mnóstwo jedzenia i wody, a także szeroką przestrzeń do życia.




Początkowo umieścił cztery pary, które wkrótce zaczęły się rozmnażać, co skutkowało gwałtownym wzrostem populacji. Jednak po 315 dniach ich rozmnażanie zaczęło znacząco spadać. Gdy liczba gryzoni osiągnęła 600, powstała między nimi hierarchia, a potem pojawiła się tzw. "hańba". Większe gryzonie zaczęły atakować grupę, w wyniku czego wiele samców zaczęło "zapadać" psychicznie. W efekcie samice nie chroniły się i z kolei stały się agresywne wobec swoich dzieci. Z biegiem czasu samice wykazywały coraz agresywniejsze zachowania, elementy izolacji i brak nastroju reprodukcyjnego. Nastąpił niski wskaźnik urodzeń, a jednocześnie wzrost śmiertelności wśród młodszych gryzoni. Wtedy pojawiła się nowa klasa samców gryzoni, tzw. "piękne szczury". Odmówiły parzenia z samicami lub "walki" o swoją przestrzeń. Jedyne o co im zależało to jedzenie i sen. W pewnym momencie większość populacji stanowiły „piękne samce” i „izolowane samice”. Według Calhouna etap śmierci składał się z dwóch faz: „pierwsza śmierć” i „druga śmierć”. Pierwszy charakteryzował się utratą celu w życiu poza zwykłą egzystencją - brak chęci do łączenia się, dorastania, młodości czy ustanowienia roli w społeczeństwie. Z czasem śmiertelność młodzieży osiągnęła 100%, a rozmnażanie osiągnęła zera. Wśród zagrożonych szczurów zaobserwowano homoseksualizm, a jednocześnie wzrósł kanibalizm mimo, że jedzenia było mnóstwo. Dwa lata po rozpoczęciu eksperymentu przyszło na świat ostatnie dziecko kolonii. W 1973 roku zdechł ostatni szczur we "Wszechświecie 25". John Calhoun powtórzył ten sam eksperyment jeszcze 25 razy i za każdym razem był to ten sam wynik. Praca naukowa Calhouna została wykorzystana jako model interpretacji upadku społecznego, a jego badania służą jako punkt centralny dla badań socjologii miejskiej.
Obecnie doświadczamy bezpośrednich paraleli w dzisiejszym społeczeństwie... słabi i kobiecy mężczyźni z niewielkimi umiejętnościami lub bez instynktu ochronnego... i nadmiernie poruszone i agresywne kobiety bez instynktu macierzyńskiego. "

Może więc dla rozwoju społeczeństwa niezbędna jest odrobina chociaż przeciwności i trudności w pozyskiwaniu środków do życia?  Piszę tu o środkach do życia, a nie o powiększaniu stanu posiadania.
Powiecie, że to tylko szczury. 
No cóż szczury to bardzo inteligentne zwierzęta, potrafiące dostosować się do każdych warunków.  
Szczury przetrwały testy nuklearne na Atolu Bikini, ponieważ żyły w głębokich norach, co pozwoliło im uniknąć bezpośredniego niszczycielskiego uderzenia wybuchu i dużej dawki promieniowania, zaskakując naukowców, którzy spodziewali się braku ocalałych wyższych form życia w rejonie eksplozji.
My Polacy przez swoją historię zaborów i komunizmu przyzwyczajeni byliśmy do trudnych warunków.
Stefan Kisielewski, popularny Kisiel powiedział nawet swego czasu :
„To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”
 No cóż, macie jakiś inny pomysł, by odpowiedzieć na pytanie: 
Co się z nami stało?

19 maja 2026

Co mnie nastraja od kwietnia do maja, a nawet trochę dłużej

 10 maja. W sklepach pojawiły się czereśnie


Po skonfrontowaniu się z ceną za jeden kilogram, stwierdziłem, że zupełnie nie mam ochoty na czereśnie. Nawet gdyby ta cena sugerowała wartość koszyka, czyli jakieś dwa kilogramy, moje zainteresowanie tymi owocami byłoby podobne, znaczy żadne.
Jeżeli już dopadnie mnie „Apetyt na czereśnie” to włączam VOD i oglądam kultowy spektakl muzyczny oparty na tekstach Agnieszki Osieckiej i muzyce Macieja Małeckiego pod tym właśnie tytułem. To słodko-gorzka, pełna humoru opowieść o relacjach damsko-męskich, miłości, zdradzie i próbie ułożenia sobie życia na nowo, chociaż sam nie mam potrzeby układania czegoś na nowo.
No w wyjątkiem podkoszulek. Ten w moim zorganizowanym życiu mam podzielone na trzy kategorie.
T-shirty wyjściowe, domowe i takie do pracy w ogrodzie. Ponieważ żona nie zna metodologii podziału, zostawia mi cała kupę złożonych koszulek a ja stoję przed szafą u układam. Robocza to górna pólka,
wyjściowa środkowa, a domowa najniższa. I robię tak raz w tygodniu, od nowa i od nowa.
Z wielką radością zbieram za to z warzywnika: rzodkiewkę, cebulkę dymkę i sałatę majową zwaną popularnie  królową sałat. Nie myślcie jednak, że wszystko mi się udaje tak jak trzeba.
Pomyliłem 15 kwietnia z 15 maja i poniosłem tego bolesne skutki

                                                          

Zamiast wtedy obchodzić wspaniały Dzień Doceniania Męża, ja chcąc być pierwszy we wsi, rozłożyłem tunel foliowy. Wymiary 2x3m nie predestynują go do nazwy tunel, a jedynie tunelik, zawsze to jednak  grunty pod przykryciem. Wsadziłem tam dziesięć krzaków pomidorów, a za nimi wysiałem sałatę. Niestety, przyszedł zapowiadany przymrozek, a nawet mróz.  Temperatura spadła do jakichś 4 stopni na minusie, a folia okazała się kiepskim izolatorem i pomidory przemarzły, Przeleciał mi co prawda przez głowę pomysł, by może czymś tam dogrzać, ale zlekceważyłem go. Skutki były takie jakie były, czyli opłakane.

W długi majowy weekend wymieniłem: pomidory, paprykę i cukinię. Liczyłem, że " zimni ogrodnicy" okażą się wyrozumiali wobec psikusa z kwietnia. Udało się.
Zadziwiające, że w tym całym zimowym pogromie świetnie wytrzymała wspomniana sałata. Rośnie teraz w oczach, Króluje na naszym stole, spychając w niebyt mięsa, zwłaszcza te czerwone.
A jeszcze tak niedawno było tu pusto. Wnuczka która z początkiem kwietnia odwiedziła nas weekendowo, weszła ze mną do warzywnika, rozejrzała się dookoła i widząc jedynie przekopaną ziemię zapytała:

- A gdzie są owoce?

Rozłożyła przy tym bezradnie ręce, co najpierw wzbudziło moją wesołość, a potem potrzebę wytłumaczenia zasad cykliczności zjawisk pogodowych. Na tyle na ile pamiętałem jeszcze jak rozmawiać z ciekawymi, małymi dziećmi. Najtrudniejsza była klasyfikacja darów natury na warzywa i owoce.
My, dorośli którzy pozjadaliśmy wszystkie rozumy, sami mamy problem z  tą klasyfikacją
Najpopularniejszym przykładem jest pomidor
Pomidor – z naukowego punktu widzenia to owoc, jednak ze względu na wytrawne zastosowanie w kuchni traktujemy go jak warzywo. W 1893 roku Sąd Najwyższy USA orzekł nawet, że pomidor to warzywo (w celach podatkowych).
Potem to już leci mnie więcej tak :

Ogórek – botanicznie to jagoda (rodzaj owocu).
Papryka – również zaliczana botanicznie do owoców.
Cukinia i dynia – powstają z kwiatów i zawierają nasiona, więc są owocami.
Bakłażan (oberżyna) – z punktu widzenia botaniki to jagoda i tym samym owoc.
Awokado – posiada dużą pestkę (nasiono) w środku.
Strączki (np. zielony groszek, fasola) – są owocami (strąkami) danej rośliny.

W tej przyrodzie okazuje się, że nic nie jest takie jakim się wydaje. To jak w tym dowcipie który poznałem już w pierwszej klasie podstawówki. Chyba był zamieszczony w "Pierwszej czytance"

- Mamusiu co to jest?
- To czarna jagoda
- A dlaczego jest czerwona?
- Bo jest jeszcze zielona.

A propos jagód, dojrzewa już  jagoda kamczacka, która lubi sypnąć  owocami właśnie w maju.
To chyba pierwsze owoce w tym roku.
Czosnek niedźwiedzi właśnie kwitnie, to znak, że za chwilę będzie kończył tegoroczny żywot.
W czerwcu zanika do następnego roku, a jest świetnym uzupełnieniem zielonych sałatek wielowarzywnych.
Jak więc widzicie, nie samym motocyklem człowiek żyje, szczególnie przy deszczowej pogodzie.
Widzę jednak pewne nawiązania między pracą  w ziemi,  a jazdą na motocyklu, zwłaszcza w sposobie reakcji na wydarzenia.
Pięć lat temu miałem w planach weekendowy wyjazd w Bieszczady, a przez własną nieostrożność, dwa dni przed po gwałtownym hamowaniu waliłem się na bok tłukąc boleśnie mięśnie i lusterko.
W trakcie tego lotu który trwał sekundę, pomyślałem  - Toś sobie Antoni pojechał w te Bieszczady.
Nie interesowało mnie nic innego. Pojechałem jednak po wymianie lusterka. W trakcie wsiadania na motocykl,  musiałem sobie pomagać ręką, aby przełożyć nad siedzeniem nogę.
No bo są cholera jakieś priorytety.
Teraz z kolei okazało się, że moja żona wymusiła na mnie wyjazd. Celem są odwiedziny naszych francuskich przyjaciół. Ot po prostu, zbyt słabo oponowałem i decyzje zapadły. Kiedy więc zapłaciłem za bilety, moją pierwszą myślą było :
- A kto mi będzie przez te dni podlewał pomidory ?
Bo to nie jest takie hop siup.  Wodę lejemy delikatnie na korzenie, uważając, by nie polać liści. Pomidory tego zdecydowanie nie lubią. Przy złym traktowaniu odwzajemniają się chorobami grzybiczymi
I to wszystko zamiast radości w wycieczki ? - zapytacie.
Odpowiedź jest prosta, ja niestety nie umiem odpoczywać bez pracy. Nicnierobienie to nie moja bajka. 
Taki się urodziłem i takim mi kiedyś umrzeć przyjdzie. 
Póki co, idę do ogrodu i robię w nim aż do odcięcia zasilania. Kiedy wracam do domu na kończącym się już zasilaniu awaryjnym, muszę jeszcze wykrzesać z siebie energię przynajmniej na wysłuchanie nowych pomysłów mojej żony.
Wychodzi więc chyba na to, że ten 15 kwietnia doskonale mógłby być i moim świętem.
Może w przyszłym roku ? 
W moim wieku należy dodać skromnie - jak dożyję.
 

12 maja 2026

Nadrabiam zaległości

Mam dwóch kumpli z którymi najczęściej jeżdżę na motocyklu. Każdy z nich to inny typ człowieka, ale udaje nam się zgrywać ze sobą i czasem w trzy maszyny jedziemy tam gdzie oczy poniosą. Każdy z nich ma jakieś swoje ulubione miejsce i tak, Romek lubi Lanckoronę. Utarło się już tak, że w ramach rozpoczęcia i zakończenia sezonu jedziemy tam, by w miłej atmosferze knajpki wypić kawę w jej ogrodzie. Bardzo miła atmosfera. Nie będę rozpisywał się o urokach tego miejsca, bo wpis ma być krótki. Każdy w nas ( Krakusów z okolicznymi przydatkami) był choć raz w życiu w tym miejscu. Osoby z poza Małopolski w najgorszym razie mają do dyspozycji Wikipedię.
Zbyszek, drugi z moich kumpli, lubi czystą jazdę, która to jazda wypełnia w całości sens posiadania motocykla. No nie, Zbyszek lubi jeszcze zloty. Jako wykształcony mechanik uwielbia podpatrywać rozwiązania zastosowane w innych maszynach. Jest jednak miejsce do którego lubi jeździć poza wszystkimi zjazdami, spędami i zlotami. To miejsce to Szczurowa, miejscowość oddalona od Krakowa o jakieś 50 kilometrów. Za każdym razem pada więc propozycja takiego wyjazdu.
Co takiego jest w Szczurowej? Ta wieś w XVIII wieku uzyskała lokację miejską, którą straciła w 1933 roku i tak już zostało. Jak w każdej wsi centralnym miejscem jest kościół. I ten widoczny jest na naszych pamiątkowych zdjęciach z pobytu, jako jej charakterystyczny element. Poza tym gdzieś koło Szczurowej rzeka Raba wpada do Wisły. Nie obrażając nikogo z tamtych okolic mogę stwierdzić, że tu nie ma nic. Podjeżdżamy na parking, siadamy na ławeczce i po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę powrotną. Dlaczego jeździmy właśnie tą trasą? Bo jest przyjemna, o zróżnicowanych widokach i spełnia kryteria motocyklistów, że nie liczy się cel, ważna jest sama droga do niego.
Czasem droczymy się ze Zbyszkiem i na pytanie dokąd jedziemy pewien Marcin mówi

- Tylko ja bardzo k***a proszę, nie do Szczurowej

Ja mam w swoim zwyczaju łagodzenie oporu i pojednawczo stwierdzam:

- Jedźmy już do tej Szczurowej i miejmy to z głowy w tym roku.

Tak czy siak nigdy z tego powodu nie pokłóciliśmy się, a to przecież najważniejsze.
Pytacie czy ja mam swoje miejsce? A tak, lubię jeździć pod Zamek w Pieskowej Skale, zawrócić na rondku pod nim i zatrzymać się trochę dalej. W każdym roku robię sobie zdjęcie pod Maczugą Herkulesa. To też wypada jakoś tak w maju.



                                                               
                                                                             Szczurowa 2026


Całkiem niedawno obchodziłem kolejne, zbliżające mnie do siedemdziesiątki urodziny.
Z tego powodu pojawiły się dzieci z życzeniami.
Od jednego z synów dostałem Voucher na oponę do motocykla. Bogaty prezent.
Okazuje się że motocyklowe opony są droższe od samochodowych. Warto jednak regularnie je zmieniać, bowiem awaria opony motocyklowej to zawsze opłakane skutki dla kierującego. Moja opona przednia miała już 9 lat.


                                                               
                       Właśnie dostarczył ją kurier, pójdzie do wymiany zaraz po długim weekendzie.


Pierwszy w boju, pierwszy w szkoleniu, to hasło znajdowało się na sztandarach wszystkich jednostek wojskowych w PRL. Co prawda ja nie byłem w wojsku, ale trochę tej dyscypliny odziedziczyłem po ojcu, który swoją zasadniczą służbę odbywał w pierwszym okresie lat 50 tych XX wieku. Wiem więc jak tam było, choćby z samych opowiadań.
Tak więc zadbałem z wyprzedzeniem o ogród, a nawet posadziłem sadzonki pomidorów w tunelu foliowym.
Niestety mróz który przeszedł przez ogród pod koniec kwietnia, zmroził te sadzonki.
Padły więc pomidory, papryka i cukinia.
Nie pomógł nawet tunel foliowy
W sobotę 2 maja wymieniłem przemarznięte sadzonki i kiedy nie miałem już nic w planach na ten dzień, dokonałem wymiany oleju w motocyklu. Czas najwyższy, bo przecież pierwsze jazdy mam już za sobą.

                                                              

Tak mi to poszło sprawnie, że w jakimś mechanicznym odruchu wymieniłem olej w silniku kosiarki.
Klepnąłem Yamaszkę po baku.
- Oby nam się w tym roku poszczęściło. Ja zadbam o ciebie i liczę na wzajemność - powiedziałem do niej pieszczotliwie, a ona nic nie odpowiedziała, bo z pewnością doszła do wniosku ,że to co mówię to truizm, a sprawa jest oczywista. Jak to między przyjaciółmi.

Uzupełnienie z 6 maja
Zaliczyłem już także pierwszy deszcz w trakcie jazdy.  Zlało mnie choć liczyłem w tej kwestii na tak zwany łut szczęścia. Zlało mnie solidnie w trakcie jazdy na spotkanie z pewnymi  młodymi ludźmi. Obnosiłem jednak to mokre ubranie z wyjątkową dumą. Powtarzałem też słowa pierwszego Dyrektora w  mojej pierwszej pełnowymiarowej pracy:
Dobry ser, dobra i serwatka.
W drodze powrotnej pęd wiatru osuszył odzież i tylko w butach nie przestało chlupać.
Nie, nie, nie. Ja wcale nie narzekam. 



05 maja 2026

Win pokuszenie

Jedna z firm sprzedających wina przez Internet w swojej reklamie umieściła następujący slogan.

Najdroższe w winie jest rozczarowanie.

Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem Nie dalej jak w ostatnią sobotę,  tknięty jakąś dobrocią wobec mojej małżonki i siebie, wyciągnąłem z zakamarków butelkę  dobrego czerwonego wina.
Kupaż Merlota z Pinot Noir to bardzo udane połączenie, do tego  solidna winnica w której go przygotowano i lata wyczekiwania. Tak, na etykiecie pysznił się rok  2017.
Dziewięć lat leżakowania w pozycji jak sama nazwa wskazuje leżącej, pobudzało moja wyobraźnię i oczekiwania.
Z miną pełną nabożnego skupienia sięgnąłem po trybuszon jak winiarze z francuska nazywają korkociąg barmański. Ostrze zagłębiło się w korek i  ....  rozerwało go, pozostawiając w środku szyjki jakąś jedną  trzecią.
Naszły mnie ciemne myśli, które jednak szybko odgoniłem z głowy. Wkręciłem jeszcze raz i pozbyłem się resztki korka. 
Nalałem odrobinę do kieliszka i podniosłem do światła pokręcając szkłem.
Wino było mętnawe, ale to może zdarzyć się przy długim leżakowaniu czerwonych win.
Intensywnie potrząsnąłem kieliszkiem, aby napowietrzyć wino. Podniosłem do nosa i zmierzyłem się z zapachem. Zamiast nuty czerwonych owoców, kakao i wanilii, spotkało mnie to co winiarze nazywają winem korkowym
Smak nie pozostawił już żadnych wątpliwości Wino było zepsute.

                                                            

Wino korkowe – jak tak nazywają winiarze tę niedyspozycje trunku, jest wtedy  kiedy po otwarciu butelki nie czuć charakterystycznego aromatu.  Zamiast tego można rozpoznać nieprzyjemny zapach stęchlizny, zepsutej żywności (przede wszystkim ziemniaków), butwiejącego drewna, czy zużytej ścierki lub mokrego kartonu. Warto też wspomnieć, że o ile w teorii wydaje się to proste, to w praktyce wymaga choć odrobiny doświadczenia i praktyki w degustacji wina. Bywa, że nieprzyjemny smród jest wręcz odpychający, a zdarza się, że zmiana jest tak subtelna, że równie dobrze można by się pomylić i podać korkowe wino, co może być nawet niebezpieczne dla zdrowia. Co ważne, zapach stęchlizny, czy starej ścierki często łączy się bezpośrednio z aromatem wina, co może wpłynąć na zły osąd stanu wina przez degustatora.  
W moim przypadku wino było zepsute w stopniu nieznacznym, ale doświadczenie zrobiło swoje
Podczas kilku lat pracy w winnicy, dane mi było zapoznać się zapachem i smakiem takiego wina.
Nie miałem żadnych wątpliwości. Pozostało tylko jedno rozwiązanie. Z żalem wylałem zwartość butelki do zlewu.
Potem, jeszcze raz obejrzałem etykietę, przeciągnąłem palcem po roku produkcji. Czułem pod palcami kolejne cyfry 2 0 1 7. I to by było na tyle.
Wyrzuciłem pusta butelkę do zielonego worka na odpady segregowane i wróciłem do rzeczywistości.
Korek który się rozsypał był pierwszym sygnałem  ostrzegawczym w który nie chciałem uwierzyć
Korek to po prostu kora pewnego drzewa. Narażony jest więc na na choroby jak jak każdy żywy organizm. 
Choroba grzybicza TCA występuje m.in. w korze dębu korkowego. Kontakt kory tego typu z wodą i chlorem, który następuje w trakcie procesu produkcji korka, powoduje powstanie związku 2-4-6-trójchloroanizolu. Wino, które zostanie zamknięte takim korkiem ma bardzo wielkie szanse na zakażenie, a co za tym idzie – jego niemożność do spożycia. Istnieją przypadki, że przy wąchaniu korka czuć wyraźnie TCA, jednak samo wino jest jeszcze nieskażone. Co ciekawe, choroba grzybicza może występować także w beczkach, czy innych drewnianych elementach, które mają bezpośredni kontakt z winem podczas procesu przemiany soku gronowego w wino na skutek fermentacji. 
Wina zakręcane, a nie zakorkowane, „z urzędu” nie są uznawane za nieobarczone wadą korkową. Choć warto podkreślić, że w większości chorobą dotknięte są wina z naturalnym korkiem, rzadziej właśnie z nakrętkami i korkiem syntetycznym. 
Dane statystyczne dowodzą, że ponad 2% win cierpi na tę chorobę i nie da się jej powstrzymać, ani wyeliminować. W najgorszym wypadku nawet wino za  kilka tysięcy złotych może okazać się korkowym. Reklamacja w takim przypadku jest obowiązkowa. Tylko jak i gdzie reklamować wino po 10 latach leżakowania?
Jeżeli myślicie że taka odrobina wiedzy jaką posiadałem na temat win pozwoliła mi przejść nad tematem do porządku dziennego, to się mylicie. 
Cały czas plątało mi się po głowie to hasło o rozczarowaniu związanym z winem.
Nie pomogła mi także świadomość, że należę do statystycznej elity 2%  pechowców.
Gdyby los decydował o tym, że 2% osób otrzyma dodatkową butelkę za na przykład wierność marce to z pewnością nie znalazłbym się w takim elitarnym gronie. 
Aby jednak nie popaść w dołujące rozmyślania z powodu  nieutulonej straty,  postanowiłem: miała być degustacja, będzie degustacja.
Sięgnąłem do argentyńskiego Malbeca. Świetny do wołowiny,  pasztetów i długodojrzewających serów.
Zakupiony dwa tygodnie wcześniej w dziale winnym popularnej sieci  zamykany na zakrętkę . Wiele win z nowego świata jest zamykanych w ten sposób, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić.
Nie czułem rozczarowania, ponieważ staram się stosować w życiu inne amerykańskie powiedzenie:
                              Nigdy nie oczekuj od towaru więcej niż za niego zapłaciłeś.
Może z tego właśnie  powodu miałem tak duże oczekiwania do wina opisanego na wstępie.
Ponieważ moja miłość do wina pozostała niezmienna, pozwolę sobie podrzucić  jeszcze jeden utwór przygotowany razem z AI. Oczywiście tekst jest mój, a muzyka inteligencji sztucznej.
Mnie się nawet podoba, ale ja nie jestem, obiektywny.  Zamieszczam zaś to ostrzeżenie dla tych co AI nie tolerują. Uprzedzam też, że jak na utwór z pogranicza rapu  zawiera on (delikatne)  wulgaryzmy.  
Dla tych którzy nie mają z tym problemu życzę przyjemnego odbioru.