27 sierpnia 2025

Czy istnieje życie bez bólu? czyli rehabilitacja

Starzejemy się. 
Chyba już parę razy zaczynałem swój tekst od tego odkrywczego stwierdzenia.
Co innego jednak podkreślać to na blogu, a co innego doświadczać na co dzień. Z pewnością  pisałem jakiś czas temu o tym jak to szyja dawała mi do wiwatu.  Nie wiem dlaczego napisałem w czasie przeszłym, podczas gdy ona cały czas nie daje o sobie zapomnieć.
W którą by stronę nie zwrócić głowy to po pierwsze miałem ograniczony zasięg, a po drugie boli. Ja wiem, że w pewnym wieku ból jest dowodem życia, ale bez przesady. Nie muszę mieć tak silnych dowodów na własne życie.
Wylądowałem w październiku zeszłego roku u ortopedy, a ten skierował mnie na rehabilitację. Dostałem termin już za 10 miesięcy od rejestracji, a te miesiące minęły jak z bicza strzelił.
Właśnie w poprzedni poniedziałek stawiłem się o 8.00 rano na komplet zabiegów. Komplet to znaczy pięć, bo za pięć płaci NFZ. Ponieważ miałem wybór, wybrałem technikę, bo ćwiczenia na wyginanie mogę sobie sam zrobić w domu.  Oczywiście z ćwiczeniami jest tak, że oprócz miejsca potrzebna jest jeszcze ochota, ale to już inna sprawa.
A więc mam wyznaczone: laser, jakieś pole magnetyczne przy którym musiałem pozbyć się elektroniki z kieszeni i przegubów, potem prądy i ultradźwięki na kark, a na koniec krio. To ostatnie to takie sobie głaskanie chłodem więc zaproponowałem, żeby do azotu którym schładza się miejsce rehabilitowane dokładać jakiś zapachowy olejek to będzie dodatkowo aromaterapia. Pani od tych maszyn pomysł się spodobał, ale sam zaraz doszedłem do wniosku, że to byłby szósty zabieg, a więc poza refundacją NFZ. Po tygodniu wpadłem już w rytm tych maszyn i czuję się już jak stary wyga, chociaż do tej pory rehabilitacja była dla mnie czymś obcym.  No chyba, że ta w 1998 roku kiedy skręciłem nogę w kolanie na nartach. Było minęło.
Najzabawniejsze  było to, że na początku musiałem określić jaki mam ból w skali od 1 do 10.
O ile wiem jak to jest mieć zero bólu o tyle nie doświadczyłem dziesiątki więc moja ocena nie będzie właściwa.
Krakowskim targiem określiłem poziom bólu na 5.
Przypomniał mi się przy okazji taki dowcip o bólu:
Na zajęciach w Akademii Medycznej, profesor pyta studentki jaki jest największy bół.
Ona nieco stremowana mówi- Według mnie największy ból jest przy porodzie.
Na to student z drugiego końca sali -  To chyba jeszcze nikt cię w jaja nie kopnął.
No właśnie wszystko jest względne
Obliczyłem i sprawdziłem, że przy dobrej organizacji zajmuje mi to godzinę i dziesięć minut. Jest okazja poczytać wiadomości w necie przy wszystkim z wyjątkiem tego pola magnetycznego, które popularnie nazywają dużym kółkiem. ( małe jest na nogę)
Tutaj muszę odłożyć elektronikę na bok, a jakby na przekór to duże kółko niestety jest czasowo najdłuższe. Staram się więc przez te 15 minut myśleć o czymś ambitnym, ale do głowy przychodzą mi sam głupoty



Mija wspomniana godzina z lekkim okładem i mogę odfajkować zabiegi.
Szybko wskakuję w swoje codzienne życie i albo wracam do domu, albo coś niecoś popracować dla zdrowia tym razem psychicznego.
 
Minął rok od czasu gdy starszy syn podarował mi trzy t-shirty.
Podkoszulki są tematyczne, a całość jest z serii "death can talk"  co można by chyba tłumaczyć "  umarli mówią" , albo wprost "śmierć potrafi mówić". Byłbym jednak za tym pierwszym tłumaczeniem.
Jakoś tak jest ze mną, że nowe ubrania jakiś czas leżą w szafie, a kiedy dojrzeję do nich psychicznie, zaczynam je nosić.
Tak miałem na przykład z jasno czerwonym polarem do którego nie mogłem się przyzwyczaić, a potem nie potrafiłem go odłożyć wieszak.
Wczoraj na pierwszy rzut poszedł ten t-shirt.
 Poznajecie?


Z pewnością tak. W końcu większość z Was pamięta PRL w którym przyszło nam żyć.
Dla młodszych lub rozkojarzonych informacja:
Na koszulce widnieje portret Jana Himilsbacha aktora, pisarza i kamieniarza przy okazji niezłego pijaka i żartownisia.
On to na pytanie dziennikarki, co ze swoich zajęć bardziej ceni: pisarstwo czy kamieniarstwo?
Himilsbach odpowiedział, że kamieniarstwo.
Na pytanie dlaczego? odparł,  bo efektem mojej pracy jako kamieniarza nie da się wytrzeć sobie dupy.
Mam zresztą na półce książkę z masą podobnych historyjek, co wpisuje się w moje zainteresowanie biografiami, które wyszło już poza ramy dwudziestolecia międzywojennego.
Muszę ze smutkiem przyznać, że wszystkie młode osoby takie do 45 lat, spoglądały na koszulkę ze zdziwieniem i zaciekawieniem, próbując znaleźć jakieś choćby minimalne podobieństwo z noszącym ów ubiór. Pudło.
Przy pytaniu poznajesz ? w oczach pytanego widziałem jedynie pustkę.
Nazwisko Jan Himilsbach nie ułatwiało  rozmówcy niczego.  Jak więc mówić o tym, że ten portret  Himilsbacha  jest stworzony  jakby w klimacie polskiego filmu Monidło.
Kiedy wróciłem do domu i podzieliłem się spostrzeżeniem na temat wiedzy ogólnej młodych ludzi,
naszło mnie  pewne spostrzeżenie.
My też byliśmy pokoleniem buntu, ale oprócz  Jimiego Hendrixa czy  Janis Joplin,
wiedziałem kto to był Foog, Sempoliński, Bodo czy Smosarska,  czyli miałem przynajmniej podstawową wiedzę o dorobku ojców.
Teraz też znam parę kapel metalowych wiem coś niecoś o muzyce klubowej, czy raperach.
Doszukałem się nawet tego co mogę słuchać bez bólu czyli "house symfoniczny" to ukłon w stronę młodszego syna.
Określenie wykształcenie ogólne miało chyba wtedy inny wymiar.  Teraz wszystko jest w necie, trzeba jednak znaleźć motywację by poszukać.
Ze wspomnianej serii mam jeszcze koszulki z cytatem z Witkacego i tę trzecią która wzbudza we mnie niejakie wątpliwości.
To biały t-shirt, na  którym z frontu  widnieje  duży profil dojrzałego mężczyzny, z pod spodem napis "Boy"
Wiem, że wiecie, iż to Tadeusz Żeleński Boy. Jednak tak przygotowane młode pokolenie, szczególnie z nurtu patriotyczno - ojczyźnianego może uważać koszulkę z facetem i angielskim napisem "Boy" za promocję nurtu LGBT. W obecnej sytuacji nie wiadomo kiedy można za to dostać w ryj.
Jak wspomniałem na wstępie, wiem, że ból jest oznaką życia. Nie koniecznie byle młokos musi o tym przypominać mi w ten sposób.













21 sierpnia 2025

A słowo ciałem się stało

Jakiś czas temu, w okresie pracy na winnicy zacząłem udzielać się na pewnym portalu winiarskim. Moja aktywność tam spowodowana była pochlebstwami skierowanym pod moim adresem od właścicieli winnicy. Okazałem się łasy na pochlebstwa jak nie przymierzając Prezydent Trump. 
Różnica między nam polega między innymi na tym, że u niego co drugie słowo to good deal, biznes, czyli ogólnie mówiąc muchos pesos, a ja swoją działalność literacką traktowałem od początku na zasadach non profit.
Powstało wiec kilka utworów o winach które piłem i tych których nie piłem. Na potrzeby rymu pasował czasem jakiś szczep winogron i ja te winogrona  jak winiarz wyciskałem tylko, że literacko.

Tal powstał między innymi  wiersz o winie ze szczepu Fiano i do końca nie jestem pewien czy nie podzieliłem się nim już z Wami. Trudno, tak przychodzi z wiekiem. Mówiąc innymi słowy - znacie to przeczytajcie. 

Pijamy wino Fianko
z aktualną kochanką
Po figlach w szkarłatnej pościeli
każdej szalonej niedzieli
Fianko? Toż nie ma takiego wina
Jakaż jest tego łgarstwa przyczyna ?
Chcecie znać prawdę prześmiewcy Fianki ?
Nie mam również kochanki
Degustowałem dziś wino Fiano
Do spółki z moją żoną kochaną
Mogę więc wczuć się w te błogie stany
Szkarłatną pościel też bowiem mamy
 
Jak widać wymyślone na potrzeby wiersza "Fianko" świetnie rymuje się "kochanką", zaś "Fiano" odrobinę trudniej z żoną, ale za to rewelacyjnie z "żoną kochaną"
Napisałem o tym co mi głowie siedziało i zapomniałem o temacie. Prawdą jest, że tego wina w gębie nie miałem.  O zawartości szkarłatnej pościeli też się nie wypowiem z powodu męskiej elegancji.
I tak było do wczoraj.
Wczoraj  na tarasie przy zachodzie słońca (bo przecież tak śpiewał Andrzej Zaucha) degustowałem wino ze szczepu "Negroamaro" które bardzo  bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
Wino  otrzymałem od syna w podziękowaniu za opiekę nad psem w trakcie ich wycieczko do Włoch.
Nawet powstał z tego  post  o trzech psach.
Przyznał się gdzie kupił wino. To takie małe włoskie delikatesy.
Kiedy dzisiaj pojawiłem się tam w celu kupna butelki w oczy wpadła mi ona. Butelka białego wina
z nazwą szczepu na etykiecie - Fiano.
A więc słowo, nieskromnie ujmując, nie najgorzej zrymowane stało się ciałem.
Według ekspertów ta odmiana winorośli należy do najlepszych szczepów o jasnej skórce w południowych Włoszech. Fiano daje winom stonowany i jednocześnie orzeźwiający smak. Wyczuwalne są mocne aromaty brzoskwiń, miodu, orzechów, gorzkich migdałów, a czasami nawet popiołu. W starszych winach Fiano można wyczuć ponadto aromaty kwiatowe, przyprawowe, które stają się coraz bardziej wyraziste wraz z wiekiem trunku. Ta butelka wina ma 3 lata, a więc takie najmłodsze nie jest.
Jak wspominałem już na tych łamach, preferuję wina czerwone,  a z włoskich lubię  Primitivo choć w życiu nie przepadam za kontaktami z prymitywami.
Żona woli delikatne białe wina. To jest więc jakby skierowane wprost w jej winny gust.
Myślę tak sobie, że na czas degustacji tej butelki odłożę swoje  preferencje na półkę, degustując trunek na koniec dnia i nie gubiąc myśli o szkarłatnej pościeli.





13 sierpnia 2025

Co się odwlecze...

Może i  z Zakopanem na motocyklu się nie udało ostatnim razem, ale  ostatnia sobota zapowiadała się znakomicie. Znajomy z poprzedniego wyjazdu do Myszkowa  zameldował, że ma wolną sobotę. Niedziela nie była już niestety jego, ponieważ wraz z żoną i czwórką wnucząt wyjeżdżał do Rabki. Przy tych prognozach pogody, aż wstyd byłoby nie ruszyć tyłka z chałupy.
Plan był prosty: trochę Gorce, trochę Pieniny tak na styku. Główny cel był taki, że w Ochotnicy mieliśmy odwiedzić wspólną znajomą, też motocyklistkę. O umówionej godzinie  kumpel podjechał w towarzystwie wspólnego znajomego. Z ( tak go nazwijmy) od pewnego czasu robi mi małego psikusa. Zarzeka się, że pojedziemy we dwójkę, a w praniu wychodzi, że to trójka. Trójka bez sternika, bo żony zostały w domu fundując sobie  odrobinę spokoju. Mnie to specjalnie nie przeszkadza że jedziemy w  takim składzie  jeżeli tylko pozostali szanują moje podejście do bezpieczeństwa jazdy.
Wyjechaliśmy spod mojego domu równo o 9.30 kierując się na Wieliczkę, a potem Dobczyce, Mszanę Dolną, Mszanę Górną, Lubomierz, Szczawę i Kamienicę.  Po półtorej godziny odpoczywaliśmy przy kawie na stacji benzynowej Zabrzeży. Kiedyś takie punkty gastronomiczne nazywano restauracją "U Obajtka", ale jak to w życiu, co już zauważyli starożytni - wszystko płynie. Teraz nie nazywamy już tak  cafe na Orlenie.
- Może zadzwonię do znajomej i powiem, że będziemy za chwilę - zakomunikował Z
- To Ty tej wizyty nie uzgodniłeś z nią wcześniej? - spytałem zaskoczony
- Jakoś tak wyszło - zgasił temat.- będzie spoko
Po krótkiej rozmowie okazało się, że znajoma ma doła i nie nadaje się do przyjmowania gości. W sumie jej się nie dziwię. Facetowi do przyjmowania gości wystarczy wsadzić na tyłek jeansy potem koszulkę na barki i gotowe. Kobieta tak nie potrafi, co jest faktem powszechnie znanym, a poza tym nie wszyscy lubią hura niespodzianki.
Nie był to dla nas problem( dla Z chyba tak), bo i tak planowaliśmy na to spotkanie góra pół godziny.
Postanowiliśmy nie zmieniać trasy i wjechaliśmy do Ochotnicy jak paniska. Mam spory sentyment do tej wsi.
Najpierw Ochotnica Dolna z budowanym właśnie kościołem. Potężny kościół w stanie surowym pokryty jest już miedzią. Jeszcze ostro świeci w słońcu bo brak jej patyny. Słyszałem, że na tę miedź i roboty dekarskie zebrano wśród wiernych jakieś dwa miliony złotych.
Może mam inne poczucie piękna, a przynajmniej estetyki ponieważ zachwycony jestem stojącym obok kościołem drewnianym.
W 1566 roku miejscowi chłopi wraz z sołtysem Walentym Ochotnickim zbudowali drewniany kościół usytuowany obok cmentarza. Przy tym kościele od 1784 roku zamieszkał kapłan, aby prowadzić regularne duszpasterstwo, ale, ze względu na brak uposażenia, parafii tutaj nie utworzono Po pożarze 1 lutego 1813 roku, który zniszczył doszczętnie istniejąca świątynię w roku 1816, za czasów duszpasterzowania ks. Marcina Franakay, wybudowano nowy, obecny kościół, do którego miejscowy ochrzczony Izraelita Karol Ochotnicki zakupił za 1000 zł 4 barokowe ołtarze chrześcijańskie, rzeźby, obrazy, ambonę, dwa dzwony i inne przedmioty kultu z kościoła pofranciszkańskiego ze Starego Sącza.
Zachwycam się sufitem. Znajduje się tam przepiękna scena Sądu Ostatecznego, a całości dopełnia granatowe niebo wypełnione złotymi gwiazdami.
Taką mam estetykę i cóż na to poradzę. Poza tym jak mówił Święty Paweł na Areopagu -
" Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko."
Jednak to wolny kraj i ponoć nie to jest ładne co jest ładne, tylko to co się komu podoba.

Minęliśmy Ochotnicę Górną, Ustrzyk i zameldowaliśmy się na Przełęczy Knurowskiej. Zjazd serpentynami doprowadził nas do bacówki gdzie kupiliśmy oscypki. Fajnie tak wejść do szałasu i wyjść za świeżo wędzonym serkiem mając od dymu z ogniska załzawione oczy.
- Płaczesz nad ceną oscypka ? - zażartował Z.


Pod bacówką jest takie miejsce widokowe skąd widać Tatry, Pieniny  i błyszczący u ich podnóża  Zalew Czorsztyński.

Zjechaliśmy w dół kierując się do Zamku w Nidzicy. Tu natknęliśmy się na pierwsze tłumy turystów, a tłum ludzki od tego czasu towarzyszył nam cały czas. Przystanęliśmy na chwilę przy zaporze poniżej zamku.
Jakiś gość na wspaniałym motocyklu tłumaczył nam, że nie jest z Warszawy jak sugeruje rejestracja, a z Zakopanego.
Nie wiem po co? Już dawno wyrosłem z antagonizmów. 
Jakaś starsza pani chciała mieć zdjęcie przy naszych motocyklach, na co przystaliśmy sprawiając jej widoczną radość.
Boże jak niewiele trzeba, by zrobić komuś frajdę. 
Potem odpaliliśmy motory i objechawszy jezioro, dotarliśmy do Krościenka.  Na Rynku w Krościenku jest budka z lodami. Działa ona tam ponad 30 lat i odkąd pamiętam za ladą stoi starszy Pan, który już w latach 90- tych wydawał mi się stary. 
Teraz sam jestem stary. Budkę przeniesiono na drugą stronę ulicy, ale Pan dobiegający już pewnie setki dalej sprzedaje lody, uważnie nakładając gałki do kubka. Ubrany na biało w ochronnych rękawiczkach, a więc pełna higiena. Robi to może trochę wolniej, bowiem poświęca tej czynności całą  swoją uwagę. Jest dla mnie  dowodem na twierdzenie, że wiek to tylko cyfra.
Zjadłem dwie gałki lodów, czekoladę i czarną porzeczkę. Było warto.
Do dalszej jazdy w kierunku Szczawnicy podchodziliśmy z dystansem. Widzieliśmy tę kolejkę samochodów przed nami. Omijając stojące samochody, dotarliśmy tylko do centrum miejscowości i nie udało się dojechać do Muzycznej Owczarni w Jaworkach. W pewnym momencie wszystko się totalnie zakorkowało.
Dobrze, że motocyklem można łatwiej manewrować. Wycofaliśmy się szybko, kierując się do Kamienicy.
Tutaj skręciliśmy na  Limanową. To piękna,  pełna niesamowitych zakrętów trasa gdzie rozgrywa się zawody kolarskie typu Tour de Pologne jak i wyścigi samochodowe
Wyścig Górski Limanowa - Przełęcz pod Ostrą to jeden z najbardziej rozpoznawalnych wyścigów samochodowych w Małopolsce. Impreza ta jest Rundą Mistrzostw Europy FIA w Wyścigach Górskich oraz Rundą Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski. Na liczącej 5493 metry trasie ze startem w Starej Wsi zmierzyli się w lipcu tego roku liderzy klasyfikacji generalnej Goeffrey Schatz i Christian Merli, wielokrotny mistrz Europy, włoski rekordzista trasy.
Trasa wymaga sporej uwagi ponieważ w motocyklach jedzie się tam gdzie się patrzy. Jak się człowieku zagapisz nie w tę stronę to można nie zamknąć zakrętu, lądując w rowie po drugiej stronie.
Pal licho jak nic nie jedzie z naprzeciwka.

Tak to dotarliśmy do Starej Wsi, a następnie do Limanowej. Mały postój na Rynku i niespodzianka. Spod kościoła wyjechała młoda para. Widać  było, że są świeżo po ślubie. Siedzieli na podwójnej kanapie trojki czyli trzykołowego motocykla, rozdając na lewo i prawo uśmiechy dla pozdrawiających ich ludzi. Za nimi ze trzydzieści motocykli czyli słynna motocyklowa obstawa. Pełni entuzjazmu do przyszłego wspólnego życia młodzi dwukrotnie okrążyli runek nim udali się na miejsce imprezy.
Ciekaw jestem czy przyszłe wspólne życie planują na jeden czy na dwa motocykle?
Klimatyczne wydarzenie, taki przejazd ze ślubu.
Za moich czasów nie do pomyślenia. Choćby dlatego, że brałem ślub w grudniu.
Z Limanowej do Nowego Wiśnicza z przyjemnym zamkiem i przygotowaniami miejscowych  do niedzielnej imprezy, potem przez Bochnię i do domu.
Przez cały czas trwania tej wyprawy towarzyszyło mi nie odparte poczucie wdzięczności.
- Boże jakże Ci dziękuję za to, że urodziłem się w tak pięknym miejscu.  Inni wloką się kilometrami na tygodniowy urlop, by popatrzeć na góry przez chwilę, ja je mam praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Może ta euforia wynika z tego, że na motocyklu jest doskonała wentylacja  i nałykałem się tlenu ponad normę. Zwał jak chciał. 
Na miejscu byłem o 17.30
Spędziłem więc w siodle 8 godzin przejeżdżając prawie 280 kilometrów.
Ledwo co ściągnąłem z siebie motocyklowe skóry, jak w odwiedziny wpadli  nasz Starszy Syn z Małżonką, dzieląc się wrażeniami z wystały Leona Wyczółkowskiego w Muzeum Narodowym.
- A co u Was ? - spytał protekcjonalnie.
Nie chciałem mu psuć humoru wobec odrzekłem
- Nic, nudy i gorąco.
Gdyby wiedział....


















        

Tak wyglądała nasza trasa w tym dniu.

05 sierpnia 2025

Doczekałem się, albo radości małego ogrodnika i nie tylko

Nie udało się z tym wyjazdem motocyklowym do Zakopanego w ostatnią niedzielę.
Pogoda byłą zmienna i choć świeciło słońce, a temperatura była przyjazna to co rusz kropiło, albo zwyczajnie lało.
Fakt że krótko, ale w deszczu i po deszczu białe oznaczenia jezdni stają się bardzo śliskie.
Dzwonił kolega mówiąc, że żałuje tej rezygnacji z wyjazdu, a był organizatorem i to on podjął strategiczna decyzję.
Powiedziałem mu - Podejmuj decyzje, a potem ich nie żałuj. W końcu bezpieczeństwo jest najważniejsze.
Trzeba poczekać na lepszą pogodę. 
Kto czeka ten się doczeka. Nie chodzi mi oczywiście o realizację chińskiego przysłowia które brzmi :
„Usiądź na brzegu rzeki i poczekaj, aż trupy twoich wrogów spłyną z prądem”.
Chodzi mi o czekanie na chwile przyjemne, lub odkładanie tych przyjemnych chwil na później by lepiej smakowały.
A więc po pierwsze -  czekanie na chwile przyjemne
W moim ogródku warzywnym po okresie kopania, sadzenia, pielenia i  obserwacji dojrzewania, nadszedł czas zbioru
Skończyła się już rzodkiewka i cebula dymka. Wczoraj ostatni raz jedliśmy fasolkę szparagową. Posadziłem nową fasolkę. Mam nadzieję, że zdąży przed chłodami jesiennymi. Z pewnością wyrobi się sałata, która już rośnie na miejscu  wspomnianej rzodkiewki. 
Na bieżąco zbieram ogórki i cukinię. Nie wiedziałem, że dwa krzaki cukinii potrafią tak obrodzić. Jestem nią dosłownie zasypany wczoraj zebrałem 6 sztuk
Od dzisiaj zacząłem zbierać poważniejsze ilości pomidorów, chociaż początki trzy dni wcześniej też były udane

                                                                                             
A już za kilka dni czekał mnie istny wysyp, jak to się mówi przy okazji grzybów


Pierwszy zbiór buraków . Wielkość poszczególnych sztuk mocno mnie zaskoczyła
Dla orientacji, szerokość takiej deski na których leży burak  to 14,5 cm. Łatwo więc policzyć by zrozumieć moje zaskoczenie

     


Własne pomidory tak nas rozpuściły, że tracimy  zainteresowanie tym warzywem w wersji sklepowej  gdy kończy się sezon.
Z tymi pomidorami to naprawdę ciekawa sprawa. Z punktu widzenia botaniki pomidor jest owocem, ponieważ rozwija się z kwiatu i zawiera nasiona. Jednak w kulinariach pomidor jest najczęściej traktowany jako warzywo,  ze względu na wytrawny smak i sposób użycia w potrawach.
Sałata, pomidory, ogórki,  bazylia ( też własna), do tego trochę vinegretu  i co nam bieda zrobi? Nic nam nie zrobi.
Niech na całym świecie wojna byle polska wieś spokojna. Aż chciałoby się w takich chwilach wydusić to z siebie, tylko poprawność tego zabrania.
Wracając zaś do ogródka...
Tak prawdę powiedziawszy hodowla warzyw na małej przestrzeni nie jest działalnością która pozwoli oszczędzić domowy budżet. Nakład pracy, sił i środków jest dość spory.
Czerpię jednak z mojego  rolnictwa w skali mikro dwie przyjemności. Pierwsze, to kiedy w efekcie tej pracy zbieram plony i uśmiecham się do każdego pomidora czy ogórka z osobna i drugie, gdy część tych zbiorów mogę podarować dzieciom, wnuczce oraz bliskim znajomym odwiedzających nas w te letnie dni.
Czasami prowadzimy tez sąsiedzką wymianę plonów
A teraz z innej beczki czyli po drugie -  odkładanie tych przyjemnych chwil na później, by lepiej smakowały.
Kto je tak zdrowo jak w opisie powyżej z pewnością nie grzeszy. No chyba, że na tapetę wejdą grzechy ciężkiego kalibru czyli siedem grzechów głównych.
Uważny czytelnik moich tekstów wie, że nie idzie tu o lenistwo czy nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu.
Tak nazywa się amerykańskie czerwone wino ze szczepu Zinfandela,  We Włoszech ten szczep nazywa się Primitivo i pod tą nazwą jest u nas  bardziej popularny  Pierwszy raz spotkałem się z nim w 2014 roku i wino to  tak nam smakowało, że poświęciłem mu dwa posty
Pierwszy już w maju 2014 roku  siedem grzechów a ile radości
A kolejny w styczniu 2022 roku   nowy rok zacząłem od siedmiu grzechów
Obchodząc taką naszą małą rodzinną okazję, położyłem na stół to wino z rocznika 2010.
Z zaciekawieniem jak i niepokojem otwierałem butelkę. Niepokój był nieuzasadniony, a wino wyborne.
Nie za każdym razem pija się tak dobre i tak stare wino.
Nasza cierpliwość została nagrodzona.
Każdy z nas jest zaś Carringtonem ( tym z Dynastii) na miarę własnych możliwości.
Mogłem wychlać od razu, a przez 11 lat drażniłem się widokiem kolorowych etykiet. 
Mówią, że do robienia nalewek trzeba dojrzeć. Do odłożenia dobrego wina na leżakowanie myślę, że nawet bardziej.
Kiedyś gdy krew była gorąca z pewnością nie grzeszyłem ( nomen omen) taką cierpliwością.
Nie każde wino nadaje się niestety do przetrzymywania na odpowiednią okazję w przyszłości
Popularne wina stołowe  polecane są do bezpośredniej konsumpcji.
Białym winom daje się z reguły 2 lata takiej "ważności" do spożycia
Winom czerwonym 2-3 lat
Wina słodkie mogą leżakować dłużej.
Szlachetne wina potrafią wytrzymać wiele lat.
Piętnaście to chyba wiele, Nie uważacie?

               

I jeszcze na koniec  dodam, że ze da lub trzy lata temu w popularnym dyskoncie pojawiło się 
to wino z innego już rocznika, bodajże 2018. Byłem zaskoczony dostępnością w w tym miejscu jak i ceną zdecydowanie niższą od poprzednika zakupionego w 2014 roku.
Wszystko okazało się jasne gdy otworzyłem butelkę. Smak nieporównywalny. Wiem, że poszczególne roczniki różnią się miedzy sobą ze względu na warunki w jakich w danym roku dojrzewała winorośl, ale żeby aż tak bardzo?
Nie znalazłem też informacji o producencie. Ta była sprytnie pominięta.
Do tego amerykańskiego wina z marketu jak ulał pasuje również amerykańskie przysłowie:
Nigdy nie oczekuje od towaru więcej niż za niego zapłaciłeś.  
  
 

30 lipca 2025

Z notatnika uśmiechniętego motocyklisty

Motocykl jak mówią daje wolność. W motocyklach można się zakochać, a jak już kochać...

Jeżeli kochać to nie indywidualnie
Jak się zakochać to tylko we dwóch
Czy platonicznie pragniesz jej czy już sypialnie
Niech w uczuciu wspiera wierny cię druh

Tak jak w Kabarecie Starszych Panów, dwa to doskonała cyfra.  Cyfra określająca limit uczestników wyprawy.
Praktykowałem samotne wyjazdy, te we dwójkę i cała grupą siedmiu  lub więcej motocykli.
Najbardziej lubię te dwuosobowe, bo łatwo w nich pogodzić sprzeczne interesy uczestników. Nie od dziś mówi się, że gdzie jest dwóch Polaków tam są trzy zdania. A jak jest  nas siedmioro ?
Jeden więc chce jeść inny tankować. Ktoś nie chce nic zwiedzać,  dla innego zwiedzanie to sens wyjazdu. Ktoś inny właśnie teraz musi sobie siknąć.
Z tego powodu rozleciała się grupa w której poprzednio jeździłem. 
Poszło o prędkość i styl jazdy, oraz cel owych  wyjazdów. Na przykład gdzie jadać?   
W knajpie gdzie spędzisz ze dwie godziny, czy konsumując hot doga na stacji benzynowej i zaoszczędzone w ten sposób 1,5  godziny  poświęcisz na jazdę czyli cel dnia.
Przyznam, że ten hot dog odpowiadał mi najbardziej. Jak chcę iść do knajpy to starannie ją wybieram jaki towarzystwo z którym idę . Biorę też ze sobą żonę a nie  motocykl.
Jeżdżę z rozsądną prędkością ( tak mi się przynajmniej wydaje), a na zaczepki uczestnika grupy o zbyt małą prędkość na wąskiej drodze w obszarze zabudowanym odparłem, że nie po to pracowałem 42 lata na swoją emeryturę by z niej w głupi sposób zrezygnować.  Zresztą grupa to nie małżeństwo i w każdej chwili można z niej zrezygnować. 
Tak więc ja zrezygnowałem i od pewnego czasu jeżdżę sam, a sporadycznie w dwie osoby.
Z niekłamaną radością przyjąłem propozycję  wspólnego wyjazdu do Myszkowa.
Powód wcale nie był taki istotny, ale był.  
W Myszkowie odbywał się trzydniowy zlot motocyklowy organizowany przez Myszkowski Klub Motocyklowy. My chcieliśmy tam tylko zajrzeć,  odbić kartę jak to mówią i wracać.
Wszak najważniejsze jest żeglowanie.
Z Krakowa pojechaliśmy na Skałę, Wolbrom, Pilicę, Zawiercie i do samego Myszkowa.
Według mapy to 120 kilometrów w jedną stronę czyli ponad dwie godziny jazdy.
Super.
Temperatura  w okolicach 20 stopni, a z rana nawet mniej. Słońce lekko zachmurzone i minimalny wiatr. Lepiej nie mogliśmy sobie wymarzyć.
Kolega, chociaż z omawianej wcześniej większej grupy, dostosował się do uzgodnień, które w jednym zdania brzmiały - Nie przekraczamy dopuszczalnej prędkości o więcej niż  20 km, oczywiście tylko w ramach potrzeby.
Tak więc jechaliśmy spokojnie, a uśmiech zadowolenia wykrzywiał nam twarze w słusznym kierunku.
Gdzieś po drodze minęliśmy trzy motocykle na niemieckich numerach rejestracyjnych i towarzyszącą im karetkę pogotowia ratunkowego. Nie było śladów żadnego incydentu więc być może tylko jakieś zasłabnięcie. Przekaz dnia utkwił nam jednak w tyle głowy.
Nie wpłynęło to broń boże na zadowolenie, a jedynie zwiększyło ostrożność.
Lata robią swoje zwłaszcza w kwestii mądrości życiowej.
Do Myszkowa dotarliśmy przed 11.00. Zaparkowaliśmy z boku aby się rozejrzeć. Część uczestników szykowała się do parady, część  wypoczywała na ogrodzonym terenie  które spełniało funkcję pola namiotowego.   Przed wejściem na pole na teren zlotu zatrzymał nasz szlaban i konieczność opłaty za wejście w kwocie 20 zł,- od głowy.
Niby nie jest to kwota wygórowana, ale zawsze.
 Na nic zdały się nasze pytania, czy jeżeli nie wjeżdżamy motocyklem i chcemy wejść jedynie  na pół godziny by obejrzeć stoiska to też mamy płacić tę stawkę?
Obsada punktu poboru opłat byłą nieubłagana. 
Zapłaciliśmy i weszliśmy do środka ze stosownymi opaskami na ręce.
Rozumiem ich racje, ale i nasze nie są pozbawione sensu. Czułem się trochę tak jakby mi przyszło płacić za wejście do Lidia, bo chcę zrobić zakupu.
Obejrzeliśmy parę zbędnych gadżetów motocyklowych kwitując wszystko zdaniem:
- Za te pieniądze to niech sobie tu leży.
W efekcie  nic nie kupiliśmy, wyszliśmy po kwadransie i  zaczęliśmy się zastanawiać  co robić z tak dobrze rozpoczętym  dniem. 
Nie czekaliśmy już na na zapowiadany na 17.30 koncert zespołu Cycki ani na gwiazdę wieczoru TSA.
To  że nie znaleźliśmy tam nic co by nas porwało, nie zmienia faktu, że widzieliśmy wiele zadowolonych twarzy, a Klub Motocyklowy z Myszkowa  działa prężnie. 
Nas rozpierał entuzjazm i  być może oczekiwaliśmy jakichś niesamowitych fajerwerków. 
W końcu nie to jest ładne co jest ładne, ale to co się komu podoba.


                                                                                                           Opaska jest, można wchodzić 


. 
W  tym wielkim, sięgającym mi prawie do pasa kotle dochodziła pieczonka   czyli ziemniaki w  towarzystwie warzyw  i wędlin. To takie danie regionalne


Akustycy stroili sprzęt nim Cycki pokażą się w pełnej krasie

Wróciliśmy do motocykli  i nagle rozbłysła w mojej głowie wspaniała myśl.
- Czy ty wiesz, że na Pustyni Błędowskiej organizują rekonstrukcję historyczną  bitwy o Tobruk i to ze sprzętem z epoki? 
Tak, to są te fajerwerki których oczekiwaliśmy.
Z nową energią siedliśmy na siedzenia motocykli  i ruszyliśmy w drogę.
Z Myszkowa do Zawiercia, a tam na Olkusz. Po drodze są  Klucze, a przy drodze na Bolesław znajduje się obiekt zwany Różą Wiatrów. To tam prowadzili nas  Ares z Hermesem czyli bóg wojny, a drugi podróży.
Kiedy zbliżaliśmy się do punktu Zero, oczom naszym  ukazała się wielka ilość zaparkowanych na poboczu samochodów. Przy skręcie w drogę docelową panował już taki ścisk, że utworzył się korek którego nawet motocyklem nie można było ominąć.
- Chyba już  wszystko widzieliśmy - rzucił kolega i błyskawicznie na ile pozwalała sytuacja, wycofaliśmy się rakiem.
Jedyna słuszna decyzja to kierować się na Olkusz. 
W tym Srebrnym Mieście postanowiliśmy zatrzymać się na lody lub może na coś bardziej konkretnego. Dochodziła już 14.00, a więc chyba czas na konkrety.
Olkuski rynek rozkopany. W mieście lubiącym żyć historią i snem o wspaniałej przeszłości,  co rusz wykonuje się gest wobec owej historii. A to wykopie się coś spod ziemi i na to historycznie coś się nadbuduje.  
Kręci się wszystko, tak jak ja to postrzegam, wokół tych nowo starych zabytków. 
Mieszane uczucia mam oglądając odbudowywany zamek w Rabsztynie. Dzieckiem będąc całe dnie spędzałem na jego murach ( że też rodzicie nie martwili się o to przesadnie )
Wychodzi na to, że urban exploration w odmianie castle exploration to nie wymysł ostatnich czasów, bo w moich młodych latach też się go uprawiało, nie dokładając do tego angielsko brzmiącej nazwy.
Trzeba przyznać że w tych wycieczkach i bieganiu po zrujnowanych murach mieliśmy kupę szczęścia.
Kiedy byłem ostatnio na zamku żądali ode mnie chyba z  dychy za wejście.
Oczywiście nie zapłaciłem i nie wszedłem. Nie ze względu na wrodzone sknerstwo. W imię zasad....
Burger z boczkiem i zieleniną trafił nam się  w odpowiedniej chwili, a był taki solidny, że na lody nie starczyło już miejsca.
Z Olkusza pojechaliśmy bardzo boczną drogą na Gorenice, Czerną ( klasztor Karmelitów Bosych) i dojechaliśmy do  Krzeszowic.
Tutaj postanowiliśmy wracać i tak przez Rudawę dotarliśmy do Krakowa.
Wspólne podziękowania zakończyły naszą wycieczkę i rozjechaliśmy się  pod swoje adresy zamieszkania.
W sumie nakręciliśmy jakieś 250 kilometrów a do domu wróciłem około 18.00
Radość niezmącona nawet niepowodzeniami pozornymi i prawdziwymi w Myszkowie i na Pustyni Błędowskiej towarzyszyła mi przez kilka kolejnych dni. Niestety nawet po najlepszym ziole euforia w końcu mija  a ja spoglądam na kalendarz. Tam niedziela, 3 sierpnia jest oznaczona czerwonym kółkiem z napisem Zakopane. Tym razem w towarzystwie innego z moich motocyklowych  kumpli.
Byle tylko pogoda dopisała, póki co cudów na niedzielę  nie przewidują



P.S. 

Właśnie wróciłem z miasta. Żona wysłała mnie po kurki do polędwiczek. Przed bramą stał wóz asenizacyjny czy jak kto woli szambiarka. Zgrabnie ominąłem ciężarówkę i zaparkowałem na posesji.
Zza pojazdu wyszedł młody facet zaciekawieniem zaczął oglądać Yamahę
- Pan też na czymś jeździ - spytałem
- Tak na Harleyu, ale to ciężka maszyna.
- Moja Yamaha, jak twierdzili japońscy twórcy, to taki hołd dla Harleya stąd pewne podobieństwa konstrukcyjne.
- Zauważyłem. Silnik i układ ramy.
I tak ze zwykłego opróżnienia szamba zrobiła się miła rozmowa na tematy motocyklowe. Czyż nie mają racji twórcy naklejki które często można zobaczyć na drodze:
Uważaj, motocykle są wszędzie.
Dodam od siebie - Motocykle lub ich pasjonaci.




 

24 lipca 2025

Poeta dworski

O tym, że trafiały się w moim życiu chwile gdy Kalipoe z harfą brzdęknęła coś nad głową i wtedy spod pióra wychodził wiersz, albo prawie wiersz, to już kilka razy pisałem. Nie zawsze niestety ta harfa byłą dobrze nastrojona, albo przemęczona muza wracała z jakiejś imprezy i tylko na odczepnego podała ton, nierzadko fałszywy, a ja rzucałem się na niego jak wygłodniały owczarek. Wszystko stąd, że jak mówił Jonasz Kofta poetą się nie jest, poetą się bywa.
Jak człowiek zdecydowanie autokrytyczny, nie jestem pewien czy w ogóle tym poetą bywałem. Coś tam jednak pozostało na papierze i jak tam czasem zajrzę to wychodzi na to, że to jednak to Euterpe częściej podawała mi ton, choć przecież ona bez harfy chodzi. Może po prostu wsadzając dwa palce do ust gwizdnęła tylko na mnie przeraźliwie, a ja to mylnie odczytałem? Może.
Faktem jest, że na własny koszt szanowna moja małżonka wydała mi tomik poezji, organizując dodatkowo spotkanie autorskie w zaprzyjaźnionym antykwariacie. Był to prezent na moje 50 te urodziny, a w pakiecie otrzymałem  kompletne zaskoczenie.
A potem?
Różnie bywało, dobrze i źle.
Coś się pisało, choć częściej nie

Kilka lat temu napisałem trochę zabawnych wierszyków na temat wina w związku z pracą w winnicy.
Na Facebooku zamieściłem ich kilka, na stronie poświęconej i winie i strofom o nim. Skończyłem to gdy zakończyłem pracę w winnicy, ale głównym impulsem był fakt, że w pewnej chwili stałem się tam jedynym publikującym.
O wszystkim tym wiecie, bowiem z każdego z tych wydarzeń zamieściłem na tych łamach sprawozdanie.

Kiedy podjąłem ostatnią pracę przed emeryturą, trafiłem do środowiska ludzi młodych, Ponoć byłem najstarszym pracownikiem we wszystkich firmach należących o mojego szefa. Po czasie okazało się, że byłą  jedna pani starsza ode mnie o 3 lata, ale ona pracowała w księgowości, więc nie udzielała towarzysko na spotkaniach firmowych.
Nie wiem dlaczego praca w księgowości powoduje, że otrzymuje się opinię człowieka nudnego.
Monty Pythoni stworzyli nawet na ten temat zabawny skecz  


Doceniając pracę księgowych zyskałem ich wdzięczność co wiele razy pomogło mi w trudnych do rozwiązania kwestiach organizacyjnych. W nowej pracy nawiązałem więc  od razu dobre relacje z księgowością .
Za wszelką cenę chciałem uniknąć naklejki leśnego dziadka. Jeździłem więc do pracy motocyklem i wyrażałem opinie którym daleko było od  poziomu tego spleśniałego igliwia leśnego.
Nie żebym to robił na pokaz i dla poklasku. Ja taki jestem, czasem trzeba to jednak mocniej zaakcentować.
To się chyba udało ponieważ tak się jakoś złożyło, że zostałem zaproszony na urodziny  koleżanki do znacznie mniejszej już grupki. 
Piszę "koleżanki" a przecież gdyby była moim dzieckiem, nie byłaby najstarsza.
Jak prezent urodzinowy przyniosłem wiersz napisany na cześć Jubilatki.
Jak wiecie te jubileuszowe wierszyki to taka dworska satyra ( stąd tytuł dzisiejszego tekstu), ale dzięki bogu, umiejętność składania rymu dalej jednak wywołuje zaciekawienie i zadziwienie.  Jak zauważyłem ostatnio nawet bardziej niż kiedyś.
Co prawda minął już czas gdy słuchacze gotowi byli się pobić z przeciwnikami swoich poglądów na poezję, ale zawsze to miłe.
Udało się, ale  zaraz też pojawił się mój nowy obowiązek.
Znacie to Prawo (Murphy`ego ?) które tak opisuje sytuacje w pracy : 
"Pokaż że coś potrafisz, od jutra stanie się to twoim obowiązkiem"
Jubilaci oczekiwali wierszyków. Przez cały rok z okazji każdych urodzin w węższej  grupie, pisałem wiersz o solenizancie. Drukowałem go na eleganckim papierze i podpisywałem.
Okazuje się, że młodych ludzi można zadziwić taką umiejętnością, czasem bardziej niż sprawnym scrollowaniem  telefonu. To drugie niestety też trzeba umieć, by nawiązać rozmowę na mniej więcej  podobnym poziomie.
Gdybym tak dostał taki temat do opracowania - Wpływ poezji na moje życie, było by o czym pisać.
Niestety nikt nie daje mi już tematów na wypracowania. Ostatni mój maturalny temat brzmiał :
"Uzasadnij, że spełniły się słowa poety - Ażeby z gruzów stolicy rósł żelbetonem socjalizm"
Po samym temacie widać że było to  prawie w wiekach biblijnych.
Pamiętam, że na tej maturze dwa razy dobierałem papier kancelaryjny, a gdy zabierali gotowe moje  wypracowanie  to wylewały się niego  hektolitry wody.
Dlaczego o tym piszę?
Otóż na koniec miesiąca odchodzi z pracy młoda dziewczyna która nie załapała się na wiersz z okazji urodzin. Niestety zbyt krótko pracowała.
Postanowiłem więc pożegnać ja w ten właśnie sposób. Imponuje mi to, że znowu nie zważając na mój wiek ( dzięki bogu) zostałem zaproszony na imprezę.
Spod pióra wyszedł mi taki kawałek jaki zamieszczam poniżej. Mam nadzieję, że jest przeciętnie grafomański i podpierający się (co było zamierzonym efektem)  Narodowym Wieszczem.

Wiersz o wierszach

czyli utwór inspirowany twórczością samego Juliusza Słowackiego
(podobnie pewnie jak u niego, po winie napisany)

 Niechaj mnie Iza o wiersze nie prosi

Choćby o krótkie, nawet wersów parę

No bo do banku Iza się przenosi

Tam tej  poezji będzie ponad miarę.

Szelest banknotów  liczonych  jak trzeba

Brzęk monet  niczym jasny piorun z nieba


I poczet królów co zdobi banknoty

I wielcy ludzie co na euro siedzą

Będą Ci snuć tej poezji  ćwierkoty

Bo jak to robić oni przecież wiedzą.

Nim koniec pracy radość Ci  rozświeci

Słuchaj, dziś  to są najlepsi poeci 


Jeszcze tylko subtelny podpis i jestem gotów na to pożegnanie.
A jest ono po pracy i bez samochodu. Pewnie będzie przy winie, a wtedy wyjdzie szydło z worka,
bo jak mawiali już starożytni -  "In vino veritas, in aqua sanitas"
Ta łacińska sentencja znaczy - "w winie prawda, w wodzie zdrowie".
Czegóż mi tak naprawdę bardziej potrzeba?
Zdrowia czy prawdy ?







16 lipca 2025

O moralności w polityce, powrocie psa i aktualnym wyglądzie Maryny

Zachowują się poniżej wszelkiej krytyki. Gęby zaś mają pełne frazesów i prostackiej moralności. Politycy. Nie jest to jednak znak naszych czasów. Sigmund Freud żyjący od połowy XIX wieku do początku Drugiej Wojny Światowej, specjalista od oceny zachowań ludzkich, tak powiedział :


Nie trzeba wcale wysiłku by podać przynajmniej tuzin przykładów na poparcie tej Freudowskiej tezy.
Powiem szczerze, że nie chce mi się kolekcjonować i komentować poszczególnych wypowiedzi lub zachowań.  Najgorsze jest to, że przestało mnie to dziwić, a jak pisał poeta 
- Kiedy się dziwić przestanę, będzie po mnie
Dla ostrzeżenia Jonasz Kofta dodał jeszcze dwa razy, że będzie po mnie.
Coś w tym musi więc być.
I tylko kiedy patrzę na teraźniejszość zaczynam rozumieć przeszłość. Coraz mniej dziwi mnie, że doszło kiedyś do zaborów. Jak długo można tolerować takie wszechobecne warcholstwo.
Tym którzy zbierają w sobie jad,  by mnie opluć czyli prawdziwym patriotom pragnę podpowiedzieć, że nie wskazuję tu opcji która przegina bardziej. Z pełnym przekonaniem powiem, że nie ma w tej historii postaci jednoznacznie białych lub czarnych, a wszyscy są w kolorze szarym. Niektórzy są nawet nawet bardziej szarzy. Szaraki.
Spoglądam na termometr prawie 30 stopni na plusie.
A dajcie wy mi wszyscy spokój -  jak powiedział Felicjan  Dulski. Ja dodam - z tą polityką.
Cholera, to śmierdzi emigracją wewnętrzną.
 ***
Nie nacieszyłem się zbyt długo tą ciszą i spokojem związanym z brakiem nie moich psów w moim domu.
Wspominana w poprzednich postach Ciotka, tak prowadziła się po wyjściu ze szpitala, że z powodu niejedzenie ( bo nie smakuje) i niedopicia ( jak to brzmi) doprowadziła do zatrzymania pracy nerek i trafiła na nefrologię. Zgadnijcie gdzie trafił pies?
Jako zaznajomiony już z moim domem, labrador zaczął zdobywać pozycję, poprzez wymuszanie, wyszczekiwanie i udawanie głupiego.
Jedyną metodą na niego jest konsekwencja której póki co mi nie brakuje.
Parę razy jednak zwierzak boleśnie przeszedł mi przez rozum.
Na pytanie - po co wziąłem go po raz kolejny, odpowiadam
 - Życie nie jest zero jedynkowe.  Pies nie był zaszczepiony i stało się to dopiero za naszą sprawą, podczas poprzedniego pobytu.  Po takim  szczepieniu obowiązuje 14 dni kwarantanny. Dopiero po tym czasie może trafić się jakiś opiekun na godziny czy dni.
Kiedy wieczorem idę spać rozkładam różne elementy wyposażenia domu na skórzanych fotelach i kanapie. Mają one  zniechęcić labradora do włażenia na  meble, wylegiwania się i wycierania mordy w oparcia.
Nie znalazłem jeszcze skutecznej metody na to, że jak zwierzak zapragnie nnie zobaczyć powiedzmy o 5.30 to tak długo drze ryja, aż chcący czy niechcący, posłusznie schodzę i zaczynam dzień. Jako emeryt mógłbym to robić przynajmniej o godzinę później.
***
Z tego wszystkiego częściej zdarzają mi się słowa powszechnie uznane za niecenzuralne na k....
Żona która zwraca mi uwagę na zbytnią częstotliwość choć też się w tym pogubiła.
Kiedy dzisiaj oglądałem przesłane na Whats Upie video i rzuciłem panienkę pod nosem, powiedziała z wyrzutem
- I po co to przekleństwo ?
Ja jej zaś na to - To nie przekleństwo, to zachwyt. Zwracaj uwagę na intonację.
Czym ja się właściwie denerwuję. W końcu pies to pies.
No tak, ale pies to nie wnuczka, która może u dziadka robić wszystko ( oczywiście w granicach szeroko rozumianej i czasem naciąganej jak gumka do majtek normy)
***
Pewnie ktoś z was zadałby mi teraz pytanie - Czy mnie wszystko wku... ?
Tu posłużę się cytatem z Ptaszka Staszka.
          
 
Tylko, że ze snem u mnie nieco gorzej. Minęły już te lata gdzie zasypiałem w pięć minut po przyłożeniu głowy do poduszki. Jakże tego zazdrościła mi żona.
Teraz ja mam podobne jak małżonka. Ją podziwiam jednak za to nocne czytanie. Ta moja bezsenność ma inny wymiar. Jestem zmęczony, chce m się spać i nie potrafię zasnąć. Kiedy biorę się za czytanie to, albo czytam jedną stronę trzy razy aby zrozumieć, albo zasypiam na chwilę i książka lub czytnik spadają mi na twarz wybudzając mnie natychmiast.
Spróbujcie zasnąć gdy przed chwilą ktoś dał wam w twarz.
***
Jak jednak zachować spokój czytając lub przeglądając elektroniczne media kiedy widzi się takie potworki:
 


Aż nie chcę się domyślać co zwali ten dzisiejszy wygląd. Czyżby autorzy mieli limit samogłosek w tekście?
I kiedy już wszystko dojdzie mi do poziomu gardła to siadam na motocyklowe siodełko.
Wiatr w twarz przy prędkości 100km/h potrafi nie tylko rozprostować zmarszczki które nie są dla mnie powodem dla zmartwień, ale wyrzucają też z głowy złe myśli
Bo przecież :



Boże jak ja kocham ludzi po powrocie z takiej przejażdżki.

P.s.
 
W rzeczywistości wyglądam nieco lepiej ( a przynajmniej tak mi się wydaje) niż gość na tym zdjęciu.