05 października 2022

Pożądanie pośród książek, albo przy ich okazji

Jakiś czas temu popełniłem tekst  Czy jesteś pandemiczno seksualny  w którym mierzyłem się z preferencjami które współcześnie określają potrzeby partnerów w sferze intymnej. Teraz jakby uzupełnieniem tamtego zestawienia jest tekst o osobach sapioseksualnych. A któż to na boga wszechmocnego?
Jak zwykle określenie to bierze swój początek w łacinie. Tutaj też jest nie inaczej. "Sapio" po łacinie znaczy: rozumiem, wiem, ale także - smakuję, kosztuję.
Można by przyjąć, że w takim razie jest to seks z osobą która jak to się mówi jest zorientowana w temacie. Nic z tych rzeczy. Osoba sapioseksualna wybierze się na randkę raczej z oczytanym intelektualistą nawet wątpliwej urody niż przystojniakiem, którego przemyślenia kończą się na refleksjach nad najnowszym zestawem ćwiczeń na sześciopak. Sapioseksualni za seksowny uważają intelekt.
Piękne i wzniosłe. Porozumienie na poziomie umysłów jest dla nich podstawą dla tworzenia związków.
Czyli innymi słowy czytać ! dużo czytać!
W kiepskiej sytuacji są więc ci którzy czytają wyłącznie skład ulotki ze składem białkowych odżywek dla kulturystów, ponieważ najbardziej muskularne ciało wysiada w pojedynku z przeciętnym facecikiem który śliniąc paluszek przerzuca kartkę za kartką.
Wiem że nie powinno się ślinić, ale "róbta co chceta tylko czytajta". 
Tak całkiem na marginesie chciałbym nadmienić, że sam nie korzystałem z odżywek białkowych, ale samodzielnie przeczytałem choćby Biegunów i doszedłem do połowy Ksiąg Jakubowych zanim zastał mnie początek prac w ogrodzie.
Potem dopadł mnie cytat, że pewne książki są nie dla wszystkich, po którym już czułem się wyróżniony, ale to już całkiem inna historia.
Z badań przytoczonych przed serwis medonet.pl, wynika,  że osoby sapioseksualne tworzą trwałe i udane związki. Ich relacja opiera się na porozumieniu intelektualnym, a nie pociągu fizycznym, co zapewnia trwałość więzi.
Ja tam nie demonizuję seksu, ale uważam, że od czasu do czasu pociąg fizyczny też jest w porządku. Problemem związków jest to, że na wskutek nierównomiernego oczytania, partnerzy różnie interpretują  znaczenie określenia "od czasu do czasu".
Prywata i wspomnienia które wyciskają łęzkę wzruszenia.
Otóż trwałość i mojego związku opiera się na tym wspomniany porozumieniu, do którego jednak ja jako czytający mniej od mojej żony (podziwiam) dorzucałem ten element  prostego pożądania. Ona (żona) w mądrości swej potrafiła zaś od czasu do czasu odłożyć tę książkę na półkę.
Gdyby tak przyjrzeć się bliżej to wychodzi na to, że sam ruch sapioseksualny ma sporo wyznawców. Dowodem na to jest akcja pod hasłem "Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka".


                                                                              foto - gdzieś w Internecie


Czasy się zmieniają. Stosunek tak z osobami wykształconymi jak i do osób wykształconych się zmienia.
Obecnie Mistrz Jan Sztaudynger z pewnością dwa razy zastanowiłby się, nim raz upublicznił tę fraszkę z obawy o zyskanie łatki seksisty

Pani ty jesteś wykształcona
Chciałbym te kształty wziąć w ramiona

Teraz zaś jak dowodzi dzisiejszy post chcieć to znaczy móc. Wziąć możesz, wystarczy tylko trochę poczytać.
I oczywiście wcześniej zapytać bo akcja #metoo  obowiązuje, ale brak o kultury i kindersztuby czytających posądzać chyba nie można. 
A co z resztą?
No cóż, w naszym kraju nadal aktualny jest ten rysunek Andrzeja Mleczki 

 
62% To więcej niż elektorat jakiejkolwiek oficjalnej opcji politycznej. 




23 września 2022

A tymczasem w szpitalu...

Mały syn moich znajomych mówił osobom które nie przypadły mu do gustu następujące zdanie:
Nie lubię Cię, idź do "śpitala".
Rodzice próbowali zapobiegać takiemu zachowaniu, zwłaszcza, że ojciec był praktykującym w pewnym szpitalu lekarzem.
Z perspektywy własnych doświadczeń wiedziałem, że to świetne miejsce dla nielubianych osób, a dzieci są szczere.
Teraz dzieciak jest już na drugim roku medycyny i niedługo znów będzie wysyłać do szpitala, ale już bez tej emocjonalnej podbudowy.
Pozmieniały nam się szpitale. Zmieniły elewację, stolarkę na aluminiową, w długiej kolejce nie stoisz już za tęgim brunetem tylko kulturalnie pobierasz numerek z automatu. Wtedy już wiesz, że od numerka który wyświetla się nad stanowiskiem do tego który trzymasz w ręku jest jakieś trzydzieści innych numerów.
Za to masz spokój, nikt Cię nie zapyta - czy jesteś ostatni ?
Zwykle na takie pytanie miałem przygotowaną odpowiedź - No taki ostatni to ja znowu nie jestem.
I już się cieszę. 
Zresztą - Ja to się cieszę byle czym - jak śpiewał przed laty Wojciech Skowroński
W trakcie ostatniej wizyty z małżonką w jednym ze szpitali, po kilku godzinach  siedzenia na twardym szpitalnym krześle zapragnąłem skorzystać z toalety.
Okazało się, że w okolicach rejestracji szpitalnej jest jedna ( przynajmniej o tylu mi wiadomo ) toaleta.
Przed nią zawsze stoi przynajmniej jedna osoba.
Kiedy już dostałem się do środka oczom moim ukazały się następujące komunikaty 





Kochani, nie róbcie z nas idiotów - chciałem krzyknąć parafrazując cytat z Seksmisji. Po pierwsze sznurek nie był w żaden sposób zintegrowany  z muszlą klozetową, a po drugie zakończony był czerwonym brelokiem z pielęgniarką.
Zastanawiam się po co ktoś powywieszał te kartki, w sytuacji gdy jak mówią społeczeństwo nasze jest takie nowoczesne i w ogóle. 
Codzienne doświadczenie z pewnością przeczy jednak tej nowoczesności.
To i tak kulturalne komunikaty, kiedyś pisano - Nie lać na deskę !
Czyżby to była już nieaktualna tabliczka, bowiem kobiety wszystkich nas zmusiły do załatwiania tych spraw na siedząco i weszło nam to w nawyk?
Nie wydaje mi się, ale kultura korzystania z takich miejsc jakby jest już inna, a przypadki kradzieży papieru toaletowego są sporadyczne.
Gówniany temat - powiecie.
A taki Felicjan Sławoj Składkowski, a właściwie: Sławoj Felicjan Składkowski – generał dywizji Wojska Polskiego, premier II RP, doktor medycyny, wolnomularz, członek loży wolnomularskiej Wielkiej Loży Narodowej Polski, przeszedł do historii i świadomości rodaków najbardziej jako pomysłodawca suchych toalet wystawianych za stodołą, zwanych od jego imienia sławojkami.
Nigdy nie wiadomo za co uhonoruje nas historia

10 września 2022

Realizacja zleceń i słów kilka o substancji baśniowej.

Pierwsze zlecenie wykonane. I to jakiś czas temu czyli przed tym jak doktorzy dłubali mi w ręce. Zimą robiłem już serię takich podstawek pod duże donice. Wtedy nie miałem jeszcze tej wymarzonej piły ukosowej i to cięcie z ręki było męczące i długotrwałe.
Teraz bzyk, bzyk i było po kłopocie.
Zaraz też pojawił się pomysł na kolejną robótkę.
Na długiej liście miałem karmnik. To taka robota jak na zajęcie techniczne z podstawówki, ale to przecież rodzice wieczorami i po nocy z zaparciem klecili te karmniki dla swoich pociech.
Teraz zrobiłem bez przymusu, a zimą lubię patrzeć jak ptaki w nim rozrabiają.  
Cięcie nowym sprzętem to bajka, a najniebezpieczniejszym elementem pracy było przycinanie gałęzi leszczyny 
na dwie 


części wzdłuż. 
W trosce o palce trzeba było zachować maksimum uwagi.
Całość  po zmontowaniu olejowana, aby było ekologicznie. Do kompletu pozostało dorobić mocowanie na profilu stalowym.
Tu przyda się małe spawanie. To musi jednak chwile poczekać.
Dodatkową nowością było to, że tym razem z grubych łat wyciąłem sobie cieńsze listewki, które niby można gotowe kupić w markecie budowlanym, ale ich cena jest wysoka.
Bawię się przy tym jak małe dziecko.
Krytyczny jak zwykle wobec działań rodziców syn, zamiast ocenić wykonaną pracę, filozoficznie spytał o domek dla wnuczki który deklarowałem zbudować.
Toż to są właśnie wprawki do tej solidnej inwestycji.
Poza tym na korzystanie z domu jest jeszcze za mała, a ptaszki zajadające słonecznik w karmniku może już oglądać.
Myślę, że przyszły rok będzie do tego odpowiedni. Pytanie tylko czy wzrastające ceny drewna pozwolą na jego zakup.
W końcu wchodzę w wiek emerytalny.
A gdy w grę wejdą priorytety, to dziadkowie mają je tak jakoś dziwnie ustawione, że z pewnością damy radę.
Przy tej zmiennej pogodzie jakby mniej jeżdżę na motocyklu i to jest łagodne wytłumaczenie braku motocyklowej aktywności. Prawda jest prozaiczna, ze szwami na dłoni trudno utrzymać prawie ćwierćtonową maszynę.  
Noce chłodne, dni takie sobie, a na koniec tego tygodnia ponoć poleje.
To dobrze dla rzodkiewki bowiem zbyt wysoka temperatura sprawia że roślina idzie w liście zamiast korzeń. Niby z liści rzodkiewki też można zrobić sałatkę, ale wolę tradycyjnie, biały ser zagryźć korzeniem rzodkiewki.
 To już drugi rzut w tym  roku rzodkiewki, cebuli dymki, sałaty i fasolki szparagowej.
Po raz drugi kwitnie też róża pnąca.
Łaskawa urodzajność trwa i to pomimo wszechobecnej suszy. Jednak instalacja zbiorników na deszczówkę nie była takim głupim pomysłem.
Ponieważ lubi padać szczególnie w weekendy to jakiś czas temu,  korzystając z takiej właśnie deszczowej pogody i zarazem wolnej soboty, spotkaliśmy się w gronie rodziny w jednej z knajp w Wieliczce. Powód oczywiście był, a my właśnie z tego powodu byliśmy zaproszeni.
Z menu wybrałem rostbef wołowy i znów musiałem zmagać się z decyzją dotycząca stopnia wysmażenia.
Idę w populizm i zamawiam medium, ale w głębi duszy chciałbym tak po męsku zamówić wysmażenie rar, albo rar blue. Znam jednego gościa który bez wahania życzy sobie rar, czyli ok 3 centymetrowy na grubość kawałek mięsa rzucony na gorący tłuszcz na klika sekund z każdej strony. Z pewnością czuje się on choć przez chwilę niczym dziki wiking, chociaż sam z wyglądu przypomina raczej pazia królowej.
Do takiej sztuki mięsa obowiązkowe staje się wino, a skojarzenie z wołowiną to Argentyna, a jak Argentyna to oczywiście Malbec.
Szczep wydaje się typowo argentyński, a tak naprawdę wywodzi się z południowo - zachodniej Francji.
Oczywiście Malbec był, ale tu zaskoczenie z Mołdawii.
Miłe zaskoczenie. 
Malbec niestety w kupażu z innymi szczepami ale efekt był wyśmienity. Bardzo żałowałem wyprawy samochodem, ponieważ mogłem sobie pozwolić wyłącznie na jeden kieliszek do posiłku.
Natychmiast sfotografowałem etykietę, a inteligentna aplikacja w smartfonie szybciutko wyszukała sklep z tym winem.
Podała również cenę co otrzeźwiło mnie  nie pijanego przecież i wiem już, że nie będzie to wino do tak zwanej codziennej konsumpcji, a raczej na tak zwane okazje.
Dobre i to
Że to takie pijackie to zainteresowanie alkoholem?
Stare japońskie przysłowie mówi - Bez sake nawet kwiat wiśni wygląda zwyczajnie. Z pewnością wiedzą co mówią ci co to pochodzą z kraju dumnie nazywającego się Krajem Kwitnącej Wiśni.
Zdobył bym się tutaj na wyznanie, że z wiśni najbardziej lubię wiśniówkę i dżem wiśniowy, ale mam też szacunek dla kwiatu, w końcu to on jest początkiem owej wiśniówki.
A propos wspomnianej wiśniówki. Z nalewek w tym roku tylko zdrowodajne : orzechówka i miętówka, a dla relaksu półwytrawna ratafia na długie zimowe wieczory. Ta ostatnia zresztą historycznie polska.
W tym roku mijają cztery lata od czasu gdy nastawiłem dereniówkę, a więc to pierwszy rok w którym można ja próbować jak twierdzą fachowcy.
Trzeba zobaczyć czy warto było czekać.
Musze tylko poczekać na jakieś zimniejsze wieczory, bo wtedy nalewki smakują najlepiej
Ucieka z nas ten pośpiech i nerwowość. Gdzie te czasy gdy przygotowując napoje nie potrafiliśmy poczekać, aż rozrabiany spirytus zdąży się "przegryźć", a czekać na kieliszek cztery lata było co najmniej mission impossibile.
Ech !



 

 

01 września 2022

Przybiłem żółwika z Nigelem Kennedym

Nadszedł ten wyczekiwany dzień. Ostatni dzień sierpnia, dzień Koncertu w hołdzie Jimiemu Hendrixowi. Ale to miało być dopiero wieczorem.
Spodziewanie i niespodziewanie zarazem zostałem zaproszenie na oddział chirurgiczny pewnego szpitala, gdzie miałem mieć planowany zabieg chirurgiczny. Jak to zwykle u mnie, dobre wiadomości mieszają się z jeszcze lepszymi.
Wstałem więc o godzinie 5.00 rano by na 7.00 dotrzeć do szpitala na planowany zabieg. Nie jest celem tego wpisu wyzłośliwiać się na służbę zdrowia, szczególnie, że ta znalazła czas i pieniądze żeby się mną zająć.
Pewnym rozczarowaniem było to, że zabieg który wydawał mi się prosty skutkował prawie trzydziestoma szwami wewnątrz dłoni.
Do tego ubrano mnie w to śmieszne wdzianko rodem z amerykańskich komedii i wożono wózkami po szpitalu, nie zważając na mój sprzeciw, że przecież operowaną mam mieć rękę. 
Za wszystkim zaś stoją przepisy
Wszystko poszło na tyle sprawnie, że już o 15.00 mogłem opuścić szpital.


Rzucając się na niezdrowe jedzenie, bo przecież od świtu byłem na czczo, udałem się w drogę do domu. Croissanty z czekoladą zamuliły mnie na dobre. 
Dotarłem do domu, powitany przez sukę która uważnie i dokładnie obwąchała mój opatrunek.
Na miejscu zmieniłem tylko ubranie, sprawdziłem czy opatrunek za bardzo nie przecieka i z pomocą starszego syna który był sponsorem tego wieczoru, udaliśmy się w czwórkę do sali Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Budynek, laureat konkursu na budynki bez barier z 2007r. rzeczywiście taki był, a więc bez trudu zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie, tuż przed sceną.
Troszkę z boku, ale centralne miejsca są zdecydowanie droższe. Lokalizacja miała jednak swoje plusy ponieważ sam Nigel Kennedy wychodząc na scenę podszedł do nas i z całą familią przybił żółwika.
Poczułem się wyróżniony
Kennedy znany jest z rewelacyjnego kontaktu z publicznością i nie ma w nim za grosz zachowania typowego dla celebryty.
Zaraz też pojawił się Mike Strern. Mike Stern to (pewnie już wspominałem) amerykański gitarzysta jazzowy. Prezentuje styl muzyczny fusion, czyli jazz z elementami charakterystycznymi dla muzyki rockowej. Jego idolami w młodości byli Jimi Hendrix i Eric Clapton.  
Dodatkowo w koncercie uczestniczyła żona Sterna Magdalena Thora która jest gitarzystka i wokalistką jazzową Z tego co dobrze zrozumiałem,  kiedyś tam w latach dziewięćdziesiątych, współpracowała ponoć z Urszulą Dudziak. Byli jeszcze i inni członkowie zespołu ale najbardziej rzucała się w oczy wiolonczelistka do której Kennedy podchodził z dużą sympatią, publiczność zresztą też.
Koncert który rozpoczął się prawie dokładnie o 20.00 trwał do godziny 23.00 z jedną mała przerwą w trakcie. Kennedy dwoił się i troił na scenie i widać było, że muzyka sprawia mu autentyczna frajdę. Trochę obawiałem się tego koncertu znając twórczość Hendrixa.  Ostre rockowe brzmienia w wykonaniu skrzypiec, wiolonczeli i gitar mogły być przytłaczające. Moje obawy były jednak bezpodstawne. Oprócz Hendrixa na którego zwlokło się wielu emerytowanych fanów wykonywano też klasykę jazzową, stąd nie dziwił widok uczestniczących w koncercie ludzi młodych a nawet bardzo młodych. Z jedną taką na temat końca wakacji i swobody rozmawiał z estrady Nigel. był więc Hendrix, były 
utwory Komedy, a także klasyka muzyki poważnej. Wtedy to do głosu  dochodziły    fantastyczne, nastrojowe duety skrzypiec i wiolonczeli, by za chwile dołożyć na maksa do pieca tak, że aż cała aula drżała w posadach. Każdy znalazł więc coś dla siebie, a trzy bisy świadczą chyba o szacunku artystów do publiczności. 
Pamiętam kiedyś koncert pewnego saksofonisty jazowego w Muzycznej Owczarni w Białej Wodzie. Po jednym bisie zakończył on koncert, zasłaniając się związkami zawodowymi.
Okazało się, że ze względu na operowaną rękę nie mogę w pełni wyrazić wdzięczności artystom o czym boleśnie przekonałem się po pierwszym uderzeniu dłoni. 
Na sam koniec, Kennedy żegnał się z uczestnikami  trącając żółwika bez opamiętania. Starszy wyczuł chwilę i zrobił w tym momencie zdjęcie mojej żonie, a swojej matce. 
W środku tygodnia wróciliśmy do domu o północy.
Miałem długi dzień pełen wydarzeń, chociaż i naczekałem się sporo, a jak mówi bohater reklamy pewnej kiełbasy długo dojrzewającej - czekanie jest najtrudniejsze.
Dzisiaj zaś od rana zmiana opatrunku i do pracy. Chyba jest we mnie coś z cyborga
Coś tam pstryknąłem, coś tam nagrałem. Nastawiłem się wspaniały wieczór i taki był


Scenografia która nam się spodobała





Nigel  Kennedy który największą wagę przykłada zawsze do muzyki


Troszkę łagodnej klasyki dla odmiany. Jednak ze swoją elektryczną wiolonczelą ta delikatna artystka potrafiła dołożyć do pieca.




I to by było na tyle, a gdyby komuś było mało to profesjonalne zdjęcia znajdzie na Facebooku -  Summer jazz Festiwal zapraszam 


 







19 sierpnia 2022

Bynajmniej nie patriotyczna akcja "gniazdo"

Mam pozytywny stosunek do przyrody. Przejawia on się w przekonaniu, że po prostu "Niech sobie żyje" i do czasu gdy owo coś nie włazi mi ewidentnie w moją strefę już nawet nie komfortu, ale zwykłego bezpieczeństwa, nie reaguję. Rozumiejąc argumenty o zbyt dużej populacji dzików, jestem przeciw polowaniom i daleki od powtarzania niczym papuga wyrwany z kontekstu cytat - "Czyńcie sobie ziemię poddaną".
Oj, zirytował mnie tymi wypowiedziami były minister rolnictwa. Stosunek zresztą rolnictwa do otaczającej go przyrody, jest taki jak służby zdrowia do chorych, księży do wiernych i parabanków do dłużników.
Wszędzie trafiają się uczciwi ludzie, ale ogólna opinia jest kiepska.
A świat toczy się, tętni życiem i bzyczy.
Osa pospolita - Vespula vulgaris - gatunek błonkówki z rodziny osowatych. Ta to dopiero potrafi namieszać w typowych czynnościach dnia codziennego.
Wścibia swój ciekawski nos wszędzie, czy to chleb dżem czy piwo. Topi się w winie, wyżera jabłka i niczym sęp złowieszczo krąży nad człowiekiem.
Gwoli przyzwoitości przyznam, że taka osa nigdy nie zaatakowała mnie bez powodu, tak aby mi tylko dogryźć, a ze znajomymi ludźmi nieraz tak bywało.
Problemem jest to, że włażą wszędzie i bardzo łatwo złapać za coś na czym ona akurat siedzi. Ratując własne życie, atakuje i wtedy zaczyna się problem.
Pamiętacie Ewę Sałacką, aktorkę która wypiła sok z osą i niestety tego nie przeżyła? Bądźmy ostrożni. Uwaga, uwaga i jeszcze raz uwaga.
Kiedyś nasza suka złapała w pysk osę, a ta ugryzła ją będąc już w środku.
Młodszy syn jadąc do weterynarza złamał wszystkie chyba możliwe przepisy, ale zdążył bo powiadomieni weterynarze czekali z antidotum.
A gdyby tak trafił na jakiegoś służbistę w mundurze, który stwierdziłby, że to po prostu tylko pies?
Suka niczego się nie nauczyła i dalej kłapie pyskiem gdy obok przelatuje jakaś osa. Dla niej to kłapanie to też pewnie forma samoobrony.
Tak jakoś co roku na przełomie lipca i sierpnia następuje totalny wysyp os.
Każdego ranka wpada ich do domu kilkanaście i zaczyna się polowanie.
W miarę możliwości staram się je wyprowadzić na świeże powietrze, ale niektóre są bardzo do tego nieprzekonane.
Zaraz też po takim wysypie szukamy gniazd os w bezpośrednim sąsiedztwie domu. Jest to o tyle trudne, że budują one soje siedliska byle gdzie, na gałęzi, w garażu. Kiedyś znalazłem takie w mechanizmie sterującym napędem bramy. Tak więc od lat 90-tych kiedy w Gorcach walczyłem z charakternymi górskimi osami toczę te wojny w każde wakacje.
Czasem pojawiają się również szerszenie, ale to całkiem inny wymiar operacji specjalnej.
I tylko pszczoły mogą liczyć, że za każdym razem gdy zbłądzą pod moją strzechę, pieczołowicie i cierpliwie namawiane są od odwrotu.
Pomijając pokazywane w mediach przykłady niszczenia uli, to pszczoła cieszy się naszym szacunkiem i mógłby poeta równie dobrze napisać
- Do kraju tego gdzie winą jest dużą popsować ul co ogrodzie stanie, tęskno mi Panie.
Wracając zaś do os które są również co by nie rzec pożytecznymi owadami.
Kiedy kilka dni temu nastąpił wysyp bzyczących owadów z żółtoczarnymi pasami na dupie, jak już wspomniałem, rzuciliśmy się do poszukiwania gniazd.
Najstarszy syn popisał się talentem łowieckim i wyłapał miejsce. Ustrzelił je aparatem fotograficznym , co było istotne w sprawie. Cwaniule zrobiły sobie gniazdu w dachu pod podbitką z wejściem po sęku który zesechł i odpadł.

Trochę wysoko, ale jestem szczęśliwym posiadaczem aluminiowej drabiny trzyelementowej. Nabyłem tak zwaną gaśnicę do likwidacji gniazda i poczekałem na rozwój sytuacji. Na tę przysłowiową kroplę która przeleje przysłowiowy dzban.
A one jakby przeczuwając grozę sytuacji, na przekór jednak zdrowemu rozsądkowi nasiliły swoje destrukcyjne działanie, którego apogeum wystąpiło w środowe popołudnie.
Cóż było robić?
Zdesperowany rozłożyłem drabinę, a jednego z gości którzy akurat w ten dzień opędzał się od upartych os na na naszym tarasie poprosiłem o zabezpieczenie drabiny na dole. Sam wykorzystując stój motocyklisty ubrałem kominiarkę do osłony szyi, kask z opuszczoną szczęka dla osłony twarzy, do tego ramoneskę i skórzane motocyklowe rękawice. Pełna profeska.
Pamiętam jak w Gorcach likwidowałem gniazdo w ścianie drewnianego domu. Cała eskadra os rzuciła się w moim kierunku pikując niczym myśliwce w kierunku mojej twarzy i pleców. Wtedy musiałem się salwować ucieczką, teraz nie dałem im tej satysfakcji.
Wyszedłem na drabinę i wpuściłem płyn z gaśnicy w małą dziurkę po sęku.
Zgodnie z zaleceniami robiłem to już wieczorem kiedy osy są mniej aktywne, a więc nie było kontrataku.
Zszedłem na dół. Jutro zobaczymy dla kogo jest to 1:0
Nie czułem się komfortowo, jak po jakimś dobrze spełnionym obowiązku. Bo gdyby nie przyłaziły do mojego stołu w trakcie posiłków na tak zwany krzywy ryj, jak to mówią w Małopolsce. Górale zaś mawiają w takich sytuacjach - na krakowiaka. Pytanie, dlaczego?
- Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało - chciałem powiedzieć osom
- Taka jest nasza natura - zdało mi się słyszeć w delikatnym poszumie wiatru przy zachodzącym już słońcu.
Gniazdo opustoszało, a po kilku dniach znalazłem kolejne pomiędzy dachem, a rynną. Mógłby więc z tego powstać istny tasiemiec pod tytułem - Antoniego walka z osami. To film klasy B. Dla klasy C byłby to pewnie horror z tytuły osy giganty atakują.
A wracając do życia czyli przyrody jako takiej
Wczoraj siadł mi na tarasowym stole taki oto zielony cudak

Dzięki pożytecznym aplikacjom ze smartfona ustaliłem, że to Odorek zieleniak, gatunek pluskwiaka
Nazwa owada pochodzi od nieprzyjemnego zapachu, który wydziela z gruczołów zapachowych na śródpiersiu w sytuacji zagrożenia.
Ponieważ żywi się owocami, to pewnie zaczaił się na moje maliny, lub jeżyny .
Żyj sobie spokojnie - Fru !

Na Conice zaś zauważyłem Krzyżaka, który leniwe drzemał w samym środku własnoręcznie zarzuconej sieci. 


Pająk spokojnie odczekał aż znudzi mi się sesja fotograficzna w skali makro.
Taki upał, że się nic nie chce, nawet uciekać. 
Dokładając do tego muszki plujki i żuczki gnojarki to robi mi się w tym ogrodzie niezłe ZOO. 
Ekolog z wyższością stwierdzi, że to tylko ekosystem.
Niech mu tam. 
 

08 sierpnia 2022

W krainie okazji

Jest taki dowcip o pewnym bardzo religijnym człowieku, który modląc się codziennie wieczorem, prosił boga o wygraną na loterii. Po iluś takich prośbach w trakcie wieczornej modlitwy, zaraz po wspomnieniu o wygraną, rozchyliły się niebiosa i ukazał się Pan który rzekł do modlącego:
- Mosze, ty mnie daj szansę. Ty kup los.
Nie oczekuję wygranej w lotto, a więc nie kupuję regularnie kuponów. Robię to sporadycznie, ot tak, aby Pan nie powiedział - Antoni ty daj mi szansę.
Gdyby jednak przyjąć założenie, że że dobry Bóg spełnia jednak czasem te nasze zachcianki to mogę powiedzieć, że po raz kolejny mi się udało.
Kiedyś, było to wtedy (to już ponad sześć lat) gdy tak bardzo chciałem kupić pierwszy motocykl, a jeszcze bardziej liczyłem się z posiadanym groszem.
Marzenia nie podlegają jednak opłacie, dlatego każdemu wolno marzyć.
Po tym kiedy już wybrałem co chcę i dłuższym poszukiwaniu związanych z modelem okazji, oczom moim ukazało się ogłoszenie, że oto całkiem niedaleko, mogę kupić wymarzony motocykl, nówkę nie śmiganą, prosto ze sklepu z bonifikatą ponad 20%.
- Trzeba podjąć decyzję, trzeba kupić ten los - powiedziałem do siebie i wybrałem się do salonu.
- Skąd taka okazja spytałem sprzedawcy?
- Firma której jestem dealerem wypłacił mi prowizję w motocyklach, a ja nimi nie opłacę podatku w skarbówce, ani opłaty za media. Do tego potrzebna jest natychmiast żywa gotówka.
W ten to sposób przed moim domem zaparkował wymarzony i nawet porzucony już jako marzenie motocykl.
Dlaczego o tym piszę ?
Od pewnego czasu myśli moje kręciły się wokół pewnego urządzenia, które wydawało mi się niezbędne w skromnym arsenale posiadanych narzędzi. Chodziło mi dokładnie  o piłę ukosową.
Pasjami lubiłem oglądać jak pracuje i precyzyjne przycina deski na żądaną długość lub ze skosem, a nawet na wybrana długość, ze skosem i pod kątem.
Do tego laserowe prowadzenie, co niby jest coraz bardziej powszechne, ale zawsze dobrze brzmi.
Potrzeba posiadania stała się dla mnie tak dominująca, że odczuwałem coś na kształt zespołu niespokojnego oddechu i zaburzenia pracy serca zawsze gdy przechodziłem obok stoiska z piłami.
Oczywiście chęć posiadania to jedno, a możliwości to drugie.
Obliczyłem, że stać mnie na urządzenie budżetowe, dla majsterkowicza i raczej z dolnej półki cenowej.
Wiedziałem jednak, że musi być to piła z "posuwem", abym mógł przyciąć coś powyżej 12 cm szerokości. Nawet zwykła deska tarasowa ma ich 14.
Wybrałem model z oferty pewnej sieci handlowej, która ma własne linie jogurtu, nożyków do golenia i elektronarzędzi.
Bardzo liczyłem też na promocję cenową, ale  za każdym razem gdy ją ogłaszano nie udało mi się załapać.
Po prostu byli tacy którzy wstają wcześniej i dokonują zakupu 3 minuty po otwarciu marketu, a już dwie godziny później towar ląduje na Allego z ceną wyższą o jakieś 150 zł.
Alternatywą stałą się dla mnie niemiecka firma specjalizująca się wytwarzaniu urządzeń do obróbki drewna Scheppach. Wybrany model był jednak droższy i wyłącznie w sprzedaży wysyłkowej (nie wszystko lubię tak kupować), a kiedy trafił na półki sklepów zdecydowanie zdrożał.
Żyłem więc w takiej nieznośnej potrzebie posiadania, dodatkowo w sytuacji w której już postanowiłem sobie odpuścić ekstrawagancje po zakupie drewna do kominka, na zimę, za cenę od której zakręciło mi się w głowie.
W piątek wieczorem kiedy skończyłem tradycyjne wino na konie tygodnia z ulubionym serem i świeżą bagietką, a sen jeszcze nie nadchodził, zauważyłem w sieci jakąś reklamę w niej dumnie rozpierała się moja piła ukosowa z posuwem.
Moja piła była w promocji.
W sobotę od rana poszukiwałem pretekstu do wyjścia z domu, zagłuszając na przemian wewnętrzny głos pożądania. Nie udało się.
Żona miała mała listę sprawunków i chcąc czy nie chcąc wyjechałem z domu. Podświadomie tak wybrałem trasę, by wszystko załatwić bez potrzeby zaglądania do nieszczęsnego marketu.
A potem tak na koniec, nie wiem jak, wylądowałem na parkingu przed.
- Z pewnością już ich nie ma, któż by czekał z zakupami do 13.00 - tłumaczyłem sobie przyszłe niepowodzenie.
Nieśmiało wszedłem do środka i ruszyłem do działu narzędziowego.
Była !!!. Dokładnie  na półce leżały trzy sztuki.
Znajdująca się obok  jaskrawożółta kartka informowała, że obowiązuje promocyjna cena, ale tylko i wyłącznie w tę sobotę.
W sobotę piła była tańsza o dwie stówy. Wtedy to przypomniałem sobie ten cytowany na początku tekstu dowcip.
Dostałem szansę jak przy motocyklu, ode mnie zależy co z tym zrobię.
Nie składałem obietnic ograniczenia spożycia i oszczędności jak Nitager przy tokarce. Aby poczuć w rękach ciężar urządzenia, powiedziałem tylko, że będę się martwił później, bo grzech nie wykorzystać szansy.
Cichaczem podjechałem do domu i umieściłem pudełko w garażu.
Kiedy jednak rozpakowałem sprzęt i opanowałem przyciski i regulacje, zapragnąłem zrobić pierwsze cięcie.
Pierwsze królewskie cięcie. Radość moja była tak wielka, że nazwał bym go i cesarskim gdyby nie to, że ta nazwa jest już od dawna zarezerwowana do całkiem innych czynności.
Nieopisana radość zagościła na mej twarzy, tak że nawet małżonka zainteresowała się przyczyną. Aby nie gubiła się w domysłach, zaprosiłem ją pod garaż, bo nawet tajemnice mają swoje granice, a chciałbym by ktoś mógł ze mną dzielić radość z zakupu.
Zrobiłem popisowe cięcie poprzeczne i po skosie.
Wszystko wyszło super, a na dodatek żona powiedziała:
- To dobrze że sobie ją w końcu kupiłeś
Myślę że z powodu mojego opowiadania, już doskonale znała wszelkie niezbędne parametry wymarzonego sprzętu.
Ktoś powie - chińszczyzna. Spojrzałem na tabliczkę znamionową wyprodukowana w Niemczech przez firmę Seppach. A więc jednak firma.
Nie będę robił sony co przyciąć na początek, ponieważ mój starszy syn zdecydował.
Zaraz po tym jak wysłałem mu zdjęcie maszyny, odesłał bez słowa komentarza  screen zamówienia z Allegro na kółka obrotowe.
Zrozumiałem, że będą to ruchome platformy pod donice.
Zrobiłem już jesienią kilka kontrolnych sztuk, a ma tych kwiatów na tarasie dużo.
Wykorzystam do tego końcówki desek tarasowych, owe kółka i oczywiście moją piłę ukosową.
Moją, jak to fajnie brzmi
Gwoli wyjaśnienia informuję, że stolikową piłę do cięcia wzdłużnego posiadam w swojej kolekcji już od trzydziestu lat .
Boże ile ja na niej już przeciąłem. Zdarłem przynajmniej trzy tarcze z widiowymi końcówkami.
Myślę więc z nadzieją, że i ukosowa nie będzie się zbytnio nudzić.
Kiedy urodziła mi się wnuczka, obiecałem, że zrobię jej domek na palach ze schodkami i zjeżdżalnią.
Pragnę słowa dotrzymać i będzie to dla mnie idealny poligon do przetestowania sprzętu na cięcia, zacięcia, skosy i ukosy.
Poniżej efekty pierwszego, kontrolnego cięcia i maszyna w całej okazałości jakby ktoś nie mógł sobie jej wyobrazić.


                

 

01 sierpnia 2022

Hey Joe

W ciężkich czasach początków mojej młodości, dwie znane postacie umieszczało się się najczęściej na koszulkach. W przaśnych latach siedemdziesiątych sami robiliśmy szablony które nakładło się na koszulkę i prasowało się kalkę maszynową, za pomocą gorącego żelazka. Trwałość tego zabiegu była dyskusyjna, ale z dumą można było pokazać się tak w gronie rówieśników, na jakiejś rockowej domówce.
Jedna z twarzy nosiła beret, a druga opaskę.
W czasach o których piszę czyli z początkiem lat siedemdziesiątych obaj już nie żyli.
Ten w berecie to Che Guevara, a ten z opaską to Jimmy Hendrix
Che zmarł w 1967r. a Hendrix w 1970. Ten pierwszy dzisiaj już raczej zapominany, zapisał się jako bezwzględny rewolucjonista z ciemnymi kartami swojej biografii. Ten drugi też był rewolucjonistą ale gry na gitarze. Był zarazem pacyfistą o czym świadczył choćby jego udział  na festiwalu Woodstock w 1969r.
W tym roku mija 80 rocznica urodzin Hendrixa i jest to doskonała okazja, by czynem  upamiętnić to wydarzenie
Jimi Hendrix, właśc. James Marshall Hendrix – jak podaje Wikipedia to amerykański gitarzysta-wirtuoz, wokalista, kompozytor, autor tekstów, producent muzyczny. Jeden z najważniejszych muzyków XX wieku. Jest powszechnie uznawany za najwybitniejszego i najbardziej wpływowego gitarzystę wszech czasów.
Data i miejsce urodzenia: 27 listopada 1942, Seattle, Waszyngton, Stany Zjednoczone
Data i miejsce śmierci: 18 września 1970, Notting Hill, Londyn, Wielka Brytania
Tak szybkie odejście z tego świata nie jest chyba dziwne biorąc pod uwagę ten tryb życia i sposób odżywiania i używania. Mówi się, że Hendrix wziął zbyt dużo tabletek nasennych i popił je czerwonym winem. Mówi się ...
Bo jak to w takich przypadkach nic nie jest do końca wyjaśnione.
Pisano o nim wiele i z zachwytem
: „Nikt nie grał tak jak on, nikt nie był związany z muzyką jak on, nikt nie był tak samo „cool”
Dla wszystkich, którzy go słyszeli i widzieli, Jimi Hendrix był po prostu Bogiem. Gitarowi herosi, tacy jak Slash, Eddie Van Halen i Matt Bellamy z Muse, mówili jasno i jednogłośnie: Hendrix był poza zasięgiem.
Zapytany przez redakcję jak wygląda Bóg, Kirk Hammett z Metalliki odpowiedział: „Czarny, z opaską na głowie, miał afro, grał na Woodstock”,
Jako nieprawdopodobna wydaje się więc informacja, że Jimi Hendrix nie znał nut.
Ta informacją którą dostarczyła mi jakaś muzyczna audycja radiowa dosłownie zwaliła mnie z nóg
Czasy się zmieniają i już nawet R&B znaczy już teraz coś całkiem innego, ale pamięć o Hendrixie trwa.
W ostatni weekend za sprawą Starszego Syna i jego Małżonki staliśmy się posiadaczami takich oto biletów




Właśnie w Krakowie trwa kolejna edycja Summer Jazz Festival. A w nim taki oto diamencik
„Nigel Kennedy Plays Jimi Hendrix feat. Mike Stern” – koncert odbędzie się w Audytorium Maximum. Dwóch Tytanów i „Szalonych Bojowników” z pogranicza jazzu, rocka i klasyki spotyka się, aby oddać hołd swojemu guru – Jimiemu Hendrixowi! Kennedy i Stern nagrali osobno płyty i specjalne utwory poświęcone „Stwórcy Nowej Muzyki i Gitary”, a w przededniu 50. rocznicy jego śmierci stworzyli wspólny projekt. Dla tych którzy jeszcze nie widzieli i nie słyszeli wyjątkowa okazja.
Mamy nadzieję z tej okazji wspólnie z małżonką skorzystać.
Tylko gdzieś w głębi miej ponad sześćdziesięcioletniej dyszy cichutko skrzeczy taki jeden mały dylemat. Czy nie jesteśmy już na taką muzykę za starzy. Z wiekiem bowiem łagodniejemy i wyciszamy się. Czy takie rzucenie nas na głęboką wodę mocnych rockowych dźwięków w symfonicznym wykonaniu dobrze nam zrobi ?
Obawy moje wydają się uzasadnione po tym co powiedział Jus Oborn z Electric Wizard. Oświadczył on mniej więcej tak : „Ci deathmetalowcy myślą, że słuchają najcięższej muzyki w historii, ale jeśli kiedykolwiek widzieliby Hendrixa, sami by się zesrali”... Nikt nie był tak głośny, ani tak ciężki.

Mam nadzieję że w naszym przypadku nie dojdzie do takiej manifestacji wrażeń, szczególnie że sam koncert odbędzie się jak już wyżej wspomniałem w Audytorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego, a więc jak mówią - noblesse (miejsca) oblige

Odliczam dni do 31 sierpnia. Pierwszy już chyba mogę odhaczyć.