26 września 2021

Filozoficzny motek wełny

Który z facetów jest chętny, aby go zaciągnąć do sklepu z wełną. Ja też specjalnie nie byłem szczęśliwy, ale przecież nie zawsze możemy robić to co tylko nam się podoba. Z pewnością moja żona mocno nudzi się w markecie gdy przez dłuższą chwilę tkwię na stosiku z wkrętarkami lub piłami ukosowymi. Żona oczywiście nudzi się szybko i odjeżdża na stoisko z firankami i dodatkami do kuchni gdzie jej mogę szukać kiedy już napatrzę się do woli i uzmysłowię sobie, że mój budżet i w tym miesiącu nie wytrzyma tego wydatku.
Idąc do sklepu z motkami wiedziałem, że nie mam takiej alternatywy. Nastawiłem się więc na to, że i tu może być śmiesznie, a być może coś mnie jednak zaskoczy.
Nałożywszy sobie na głowę mentalna czapkę stańczyka wkroczyłem z kobietą mojego życia do sklepu.

- O boże jak tu kolorowo - pomyślałem. Że też  nie zabraniają jeszcze handlu takim sklepom. Gdzie się nie obejrzeć tęcza. Na lewo tęcza, na prawo tęcza. Nie masz szans przed nią uciec. Można by powiedzieć, że od wejścia do sklepu jesteśmy atakowani ideologią.
Spoglądałem na ten sklep przez pryzmat słynnych parasolek w Pszczynie. Przypomnę, zawieszenie kolorowych parasolek nad jedną z ulic w Pszczynie było według radnego z jednej opcji politycznej agitacją i promocją środowisk LGBT.

- Sodoma i Gomora pomyślałem - a do moich uszu dobiegł następujący dialog

- Robi Pani francuza ? - spytała sprzedawczyni.

- Cóż za swoboda rozmowy i jak bezpośredniość w tym w sklepie z wełną - stanąłem zaskoczony

Natychmiast nakierowałem uszy na rozmowę, czując się nieco zawstydzony kierunkiem w którym to wszystko zmierza.

- Jak Pani robi francuzem to w jednym miejscu musi być przejście z oczek prawych na lewe.

Odetchnąłem z ulgą. Dobrze, że nastąpiło to wyjaśnienie bowiem mnie o mało co ze zdziwienia nie wyszło z orbit i oczko prawe i lewe.
W tym sklepie pewne słowa nabierają innych, tradycyjnych znaczeń. Tak jak choćby zrobić melanż. Nie, nie o imprezę tu chodzi. 
Brałem do ręki motek za motkiem,  oglądałem pod światło i ze światłem. Cieszyłem się delikatnością merynosa, aż doszedłem do miejsca gdzie moim oczom ukazał się taki oto cytat zdobiący ścianę



O mój boże, Seneka w sklepie z motkami. Tego naprawdę się nie spodziewałem. Nie żeby coś złego myśleć o osobach robiących na jednym lub dwóch drutach. Wręcz przeciwnie. Wychodzi na to, że do motka dodają tu motto i to całkiem w gratisie.
Po uzyskaniu zgodny zrobiłem zdjęcie. które zamieściłem powyżej. Może warto tak dla relaksu wejść do sklepu do którego zwykle nie wchodzimy i pewnie nie weszlibyśmy nigdy gdyby nie wymóg towarzystwa. Przeżyć zaskoczenie tam gdzie się go nie spodziewamy.
Dodatkowo takie sklepy w których sprzedawca ma czas dla klienta, w tym przypadku by pogadać o kolorach i dobrać odpowiednie druty, są bezcenne.
Za resztę można zapłacić kartą, jak mówi stara reklama.
No cóż,  do swojego katalogu kolorów nieznanych mężczyznom,  do poznanego jakiś czas temu ecru dorzuciłem róż pudrowy.
To już coś

20 września 2021

Co innego czytam co innego widzę czyli krótki strzał.

W przypadku poniższego tekstu określenia użyte w tytule jak "krótki" i "strzał" wydają się mieć swoje głębokie uzasadnienie.
Reklamy. Bazują nie niedomówieniach, stereotypach i roznegliżowanych kobietach. Na paru innych rzeczach również, choćby na podświadomości.
Ostatnio zwróciłem uwagę na taką oto reklamę, dość intensywnie umieszczoną na stronach. A może tylko to ja kliknąłem, a ciasteczka cookies robią już swoje.
Ja mam takie pytania do zorientowanych w temacie.
- Czy tak wygląda wasz lekarz urolog w przychodni, który na każdej wizycie pyta o jakość waszego życia i współżycia?
- Czy wasz lekarz z NFZ kiedykolwiek zbliżył się do tego wizerunku?
- Czy tak wygląda lekarz urolog w ogóle, choćby nawet w przychodni prywatnej?
Nie pytam o badanie, bo zawsze jakiś napalony się znajdzie, ale :
- Czy zdecydowalibyście się na opowiadanie takiemu lekarzowi o codziennych problemach z funkcjonowaniem niektórych waszych części ciała?
Wiem, że każdy sądzi według siebie, ale moje ostatnie pytanie brzmi
- Kto tu ściemnia ?




 

15 września 2021

O winie po winie

Pisząc poniższy tekst zainspirowałem się mailem który otrzymałem od mojej
internetowej znajomej, chociaż wydaje mi się, że stopień zażyłości mógłbym  spokojnie stopniować.  Staram się nie używać słowa - przyjaciel, przyjaciółka.
Dlaczego ?  
Jak napisała poetka? - "Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono." 
Kilkoro moich "przyjaciół" całkiem nie sprawdziło się swego czasu. Nie mam ich już wśród znajomych na Facebooku, ani w telefonie. Nie jestem Paweł Iwanowicz Cziczikow ( bohater Gogola) i martwych dusz nie kolekcjonuję. 
Od tej pory słowa "przyjaciel" nie wydusisz ze mnie.
Spokojnie G, w żadnym razie to nie jest kierowane do Ciebie, to tylko taki mój  pogląd na ogólny temat. Zresztą to tylko słowa, tak naprawdę liczą się czyny.
Pomimo upływu lat pisujemy do siebie od czasu do czasu, a fakt, że nie widzieliśmy się nigdy w życiu, ułatwia nam przenoszenie swoich odczuć na klawiaturę i ekran monitora.
Dzięki temu możemy być dla siebie samych obiektywnymi, a czasem zdecydowanie krytycznymi.
Zresztą, autokrytyka to była zawsze moja mocna strona.
Kończąc wstęp
Z czasów gdy jeszcze zgłębiałem tajemnice produkcji wina, zachowało mi się kilka w moim przekonaniu zabawnych wierszyków, kuplecików, które lekko a czasami nieco pieprznie sprawę traktują.
Jak to zwykle robię, oswajam temat i lekko go obśmiewam.
Ta metoda bardzo sprawdza się również przy wszelkiej maści problemach, niedyspozycjach i zawodach.
Problem obśmiany staje się wtedy mniejszy. Robią się one wtedy ot takie na naszą miarę. 
Wracając zaś do kuplecików. Coś tam już publikowałem, teraz troszkę dorzucę.


Kuplecik malutki, malutki kuplecik
Zachlapał się błotem mój nowy sztyblecik
Spoglądam na niego, zachlapan jest równo.
Dobrze, że to błoto, mogło by być gówno
Kuplet nieco większy ni z głowy ni z dupy
Cały dzień wczorajszy chodziłem jak struty
W kieszeni znalazłem cztery złote ino
To raczej za mało na porządne wino.
Oddał bym się cały w dzierżawę lub leasing
Gdyby w ustach moich pojawił się riesling.
Naszła by mnie nawet i z chcicą ochota
Gdym zakosztował na koniec merlota
Na nic moje plany, dźwigam suche wary
Bo na płatną miłość to jestem za stary
A gdy już takowa spotkać mi się zda
Stawiają warunek bym to płacił ja

A jeżeli poruszony temat pragnienia w związku damsko-męskim w który wpleciono klika wulgaryzmów jest dla kogoś nieodpowiedni, oto kuplecik umieszczony w sferach zbliżonych do sacrum

A teraz nie błahy choć jeszcze kuplecik
Kardynał na głowie poprawił birecik.
Strzepnąwszy sutannę rękami obiema
Pytając zawołał - czemu wina nie ma?
A służby kościelne zazwyczaj tak sprawne
Odrzekły z pokorą - jest ale wytrawne.
Wiadomo reguły nie są w winie wiotkie
Sukienkowi piją z zasady półsłodkie
A to wino polskie z odmian Solarisa
Po piciu którego wszystko pięknie zwisa
Zasępił się cały książę eminencja
Co mi jest potrzebne, omni czy potencja ?

Na marginesie:
Niestety oni nie chcą dokonywać takiego wyboru
pasuje im i omni i potencja, bo przecież ominpotencja  czyli wszechmoc to cecha posiadania nieograniczonej mocy i potencjału do kupy.






08 września 2021

Czego nie mówią nam Bracia Grimm

Zakończenie bajki pt. „Kopciuszek'' jest zapewne wszystkim znane.
Dziewczyna zostaje odnaleziona przez księcia, jedzie z nim do zamku, bierze ślub i żyje długo i szczęśliwie.
Jak żyli, tego bajka nie opowiada ponieważ bajka przeznaczona jest dla najmłodszych.
Może mieli dużo dzieci, aby zapewnić ciągłość dynastii, a może nie. Ze strzępków informacji i artefaktów wiemy, że książę miał przysłowiowego hopla na punkcie drobniutkich stóp swojej ukochanej w delikatnych szpilkach od Christiana Loubotina.




Antoni daj spokój oglądałeś z pewnością nie tę ekranizację !
Co mówią plotki ?
Któregoś dnia księżniczka  wybrała się na targ do Scarborough,
Swego czasu bardzo go reklamowali Simon i Garfunkel, że niby pietruszka szałwia rozmaryn i tymianek są nadzwyczaj świeże. Stare są tylko miłości pozostawione w tym mieście.
Wsiadając do karety po udanych zakupach,  księżna zgubiła po raz kolejny swój pantofelek. Tym razem taki z czerwoną podeszwą na piętnastocentymetrowym słupku. Zauważyła to za późno. 
Było za daleko by wracać, a z drugiej strony zrobiło jej się żal pantofelków które pasowały jak ta przysłowiowa druga skóra.
Po przyjeździe do domu zeszła niewprawnie po stopniach złoconej karety i kiwając się jakby zakwalifikowano ją do operacji wszczepienia endoprotezy skierowała się w kierunku drzwi wejściowych swojego M-154. Wpadła do komnaty w której jej małżonek odbywał właśnie naradę z szefem finansów całego księstwa.
- Zgubiłam bucik na targu w Scarborough, pomożesz?
- Dla Ciebie wszystko - odpowiedział małżonek wyuczoną kwestią.
Zakończył tedy spotkanie i wraz z nieliczną grupą dworzan siadł na konie, by popędzić w poszukiwaniu zgubionego pantofelka.
Kiedy przybył do Scarborough, od razu skierował się na parking dla karet, gdzie w strefie VIP, po krótkim poszukiwaniu odnalazł pantofelek swej ukochanej.
I wtedy stała się rzecz niesamowita. Widząc przyszłego króla z bucikiem, pamiętając pewnie jeszcze historię sprzed kilku lat, zewsząd zaczęły się pojawiać  niewiasty pełne cnót.  Kobiety i dziewczyny, wystawiały nogi spod długich kolorowych sukien. Nogi młode, nogi stare, chude, grube. Blade i opalone, o stopach w pełnym zakresie rozmiarów. Od 35 do 44. 
- Czterdzieści cztery. Fiu, fiu - pomyślał książę.
Zaskoczony rozwojem sytuacji, Dziedzic  czuł się jakby dopadło go jakieś deja vu.
Spojrzał na te dziesiątki damskich nóg, a następnie na obrączkę zdobiącą jego książęcą dłoń.
- Wybaczcie nie mogę, ja już znalazłem - powiedział i potem bez wielkiej zwłoki dosiadł konia i ruszył w drogę powrotną do domu.
-Wielka radość zapanowała w pałacu oraz całym księstwie i to nie tylko z Loubotina robionego na zamówienie, ale i z faktu, że książę w dalszym ciągu gotów jest do poświęceń dla swojej ukochanej. 
- To dobrze wróży ciągłości dynastii - cieszyli się podwładni
I żyli dalej szczęśliwie do kolejnej wpadki jego lub jej. 
Dlaczego ruszam Kopciuszka ?
Otóż w ostatnią sobotę przydarzyła nam się historia rodem z niepublikowanej części historii Kopciuszka. 
Koło południa wyjechaliśmy na zakupy do Krakowa.
Pietruszkę mamy własną, ale coś z ubrania by się zdało. Żonie zamarzyła się także wełna z merynosem, która ponoć można kupić tylko w jednym miejscu w Krakowie.
Po udanych zakupach wsadziłem żonę do auta, a następnie zająłem się składaniem wózka i upychaniem go w bagażniku. 
Ruszyliśmy w kierunku domu, omawiając jeszcze dokonane wybory. Tak rozmawiając niewiele, acz konkretnie jak to mają w zwyczaju małżeństwa z dużym stażem. Po pewnym czasie dojechaliśmy do sklepu znajdującego się w niewielkiej odległości od domu. Szybko zrobiłem zakupu i gdy wróciłem do auta  usłyszałem od żony
- Zgubiłam bucik
- Co?
- Bucik zgubiłam
- Jak Kopciuszek - zauważyłem, pytając równocześnie - gdzie ?
- Chyba na placu Wolnica, tam gdzie parkowaliśmy.
- I nie zauważyłaś? Nie czułaś ?
- Wiesz jak jest z moim czuciem. Teraz zauważyłam, ale to zbyt daleko by wracać.
- Nic się nie martw. Podjadę do domu, zjemy coś na szybko, wsiądę na motocykl i pojadę - zapewniłem.
Jak powiedziałem tak zrobiłem. Ubrany w  czarną zbroję w postaci ramoneski i skórzanych spodni oraz podkutych kowbojskich butów, ruszyłem dynamicznie. 
Spieszyłem się po but ukochanej ale pilnowałem, aby nie przekroczyć dozwolonej szybkości o ponad 50 km.
Jak to mówił mój znajomy - celuję w trzy stówy i maksymalnie 6 punktów karnych.
Oczywiście im bardziej wjeżdżałem w centrum tym to nadużycie stawało się mniejsze.
Uwielbiam jeździć motocyklem w centrum Krakowa. Na pytanie o korki, śmiało mogę powiedzieć
- Korki? Nie zauważyłem.
Tak to sunąc na swojej gwieździe, dojechałem na Plac Wolnicy. 
Tam też, na miejscu parkingowym specjalnym pomalowanym na niebiesko dla wybranych kierowców, zauważyłem but 
Nie była to szpilka z czerwoną podeszwą, ale czerwony mokasyn o sportowym zacięciu.




Podjechałem do krawężnika i zapakowałem but do  sakwy. 
Wróciłem do domu z miną zwycięzcy.
Wręczyłem zgubę żonie, a raczej aby było bajkowo przyklęknąłem na ziemi i założyłem jej bucik na stopę. 
- Pasuje - powiedziałem
- Kocham Cię - powiedziała żona. 
- Warto było - pomyślałem.
Chciałbym abyśmy żyli szczęśliwie do następnego wydarzenia. 
Bo tych w naszym życiu pomimo wszystko nie powinno brakować.
Dobranoc. 


 

01 września 2021

Litania winowajcy

 W okresie pracy w winnicy, która w pewnej chwili stała się moja pasją pochodzi kilka wierszyków z których kilka już tu kiedyś zamieściłem. Teraz przy okazji udostępnię kolejne, bo choć w Winnicy już nie pracuję to pasja do wina pozostała. Przy okazji przybyło trochę wiedzy i praktyki. Wychodzi na to, że i ja, niczym często cytowany klasyk, ciągle się uczę. 

Litania winowajcy

Win pokuszenie
Win odpuszczenie
I odkupienie
poprzez pragnienie.
Win darowanie
Win przyjmowanie
Win otwieranie
Win próbowanie
Degustowanie
Bywa i picie
Wszak i wy także wina lubicie.
A teraz proszę, dosyć tych kpin
wszak się tłumaczę z nieswoich win.






27 sierpnia 2021

Niedzielno-świąteczne wyzwania, czyli jedziemy

Piętnastego sierpnia, było, minęło. Nie tak jednak do końca. W pamięci przechowuję informację od moich dziadków że to święto Matki Boskiej Zielnej. Z dziecięcych czasów pamiętam jak razem z rodzicami jeździliśmy na odpust do rodzinnej wsi ojca. Oj wtedy to były odpusty. Na stoiskach rękodzieło ludowe i nie było niczego z chińską metką. Balony, korkowce i strzelnica sportowa gdzie dla dziewczyny można było ustrzelić  wyliniałego nieco misia. Trzeba ją było jednak wcześniej mieć. Dzień piętnastego sierpnia znacznie to ułatwiał, o czym za chwilę
Nie jeździliśmy tam jednak z powodu dmuchanych baloników, różańców z ciasta i kolorowych piłeczek wypełnionych trocinami. W ten dzień zjeżdżała się całą rodzina, a w garze na rosół lądowa najlepsza kura, albo wkurzający kogut. Ileż to było śmiechu przy tym świątecznym stole, gdy wuj opowiadał jakąś historię z dzieciństwa, wplatając w to naszego ojca, odbrązawiając nieco  przy okazji jego życiorys. Pokazując, że każdy z nas ma lepsze i gorsze chwile. A że im w tym wspominaniu pomagała czarodziejka gorzałka to już całkiem inna historia.
    Przy okazji wspomnianej na wstępie Matki Boskiej Zielnej święcono zioła i wszelkie rośliny który kwitły w ten dzień. Zwyczajowo też, panny wkładały do bukietów jabłka a po kościele kawalerowie kradli dziewczynom te owoce.
One piszczały i broniły bukietów, ale tylko pozornie, bowiem ta która wróciła do domu z jabłkami w wiązance już traciła humor z powodu smutnej wróżby, braku szans na chłopaka i terminu ewentualnego ślubu.
     Potem na bazie przemian ustrojowych czyli tak w 1992 r,. wprowadzono Dzień Wojska Polskiego. Co stało się jakby przeciwwagą dla Matki Boskiej, albo czego nie wykluczam wzmocnieniem święta poprzez organizowanie w tym dniu parad, przemarszów i nominacji generalskich.
Jedno i drugie święto nie świeci już jednak takim blaskiem jak kiedyś.
Być może to tylko moje odczucia, bo nie jeżdżę już świąteczny rosół do rodzinnej miejscowości ojca. Teraz to ja wraz żoną czekamy w święta z rosołem.
Cieszę się że dzieci chętnie z tego zaproszenia korzystają  
Dlaczego kościelne i państwowe święta nie błyszczą już tak jak dawniej?
Każdy chyba potrafi na to pytanie sam sobie odpowiedzieć.
Jest taka modlitwa- 
Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić - 
Której autorstwo przypisywane jest wielu osobom począwszy od Marka Aureliusza.
Jakoś się więc z tym stanem pogodziłem.
Tak więc w ramach terapii na brak  wielkorodzinnych spotkań, z grupą znajomych wybrałem się w ten dzień na motocyklową wycieczkę do Kazimierza nad Wisłą.
Spotkanie o 9.00 wyjazd o 9.15, a potem przez 12 godzin w siodle. Oczywiście z drobnymi przerwami kiedy to schodząc z maszyny i maszerując w kierunku kawopoju na stacji benzynowej, mieliśmy chód niczym rasowy kowboj rewolwerowiec po trzech dniach na prerii.
Do tego dochodził jeszcze stukot podkutych kowbojek które uzupełniały obrazek.
Ponieważ w przeważającej swej części grupa jeździła na crouiserach bądź jak kto woli na chopperach, szybkość poruszania się po tych nieco bocznych drogach była raczej rozsądna choć i tak oscylowała koło setki.
I tak jednak w Sandomierzu do szło do incydentu. Pewien  orurowany samochód terenowy prowadzony przez emeryta, zmienił pas i wjechał wprost na naszego kolegę
Dzięki bogu, szybkość przy starcie ze skrzyżowania nie była duża, a więc skończyło się tylko na pogiętym tłumiku.



Oczywiście kierowca nie zatrzymał się i kontynuował jazdę. Chłopaki rzucili się w pościg nie dając żadnych szans terenówce. Kierowca widząc bezcelowość ucieczki podjechał na komisariat, tłumacząc od razu, że to on czuł się zagrożony.
Nie wiem czy to wpływ święta kościelnego czy wojskowego wpłynął na decyzję policjantów, bowiem sprawcy który finalnie przyznał się do swojej winy w ramach kary udzielono pouczenia. 
My zaś z oświadczeniem sprawcy udaliśmy się w dalszą drogę.
Żebym to ja trafił w razie potrzeby na funkcjonariuszy tak nakierowanych na człowieka jako takiego, a niejedynie jego finansowe zasoby.
Z Sandomierza droga robiła się coraz węższa by w końcu doprowadzić nas do tablicy z napisem Kazimierz Dolny.
Zaraz za nim sznur samochodów próbujących znaleźć miejsce do parkowania, Tutaj znów można było poczuć wyższość motocykli ponieważ wszystkim nam udało się przylepić gdzieś w zakamarkach  pomiędzy autami.
Tłum zniechęcał do kontemplowania architektury Kazimierza, dusił artystyczną atmosferę, czynił niemożliwym skorzystanie z knajpy.





Zdjęcie przy studni, zdjęcie przy Psie Werniksie, żeby tylko uwierzyli, że byliśmy.
No i jeszcze rzut okiem na Wisłę w tym miejscu. W końcu to Kazimierz nad Wisłą.
Przegłosowany przez grupę późniejszy o godzinę termin wyjazdu i strata dwóch godzin na Policji w Kazimierzu spowodowały, że  trzeba było czym prędzej wyznaczyć azymut na dom. Zjedliśmy na stacji przy okazji tankowania. Kawa na stacyjnym trawniku smakowała wybornie.




Zbliżał się wieczór więc tony much, komarów i innego latającego dziadostwa oblepiało nam szybki w kaskach. Co kilkadziesiąt kilometrów zatrzymaliśmy się na stacjach by przemyć nasze okna na świat. Pomagało na chwilę.
Było już dobrze po 21 gdy minęliśmy tabliczkę z napisem Kraków.
Rozjechaliśmy się gwiaździście do domów kończąc ten dzień. 
Od dawna chciałem zaliczyć Kazimierz Dolny, nie wiedziałem że zrobię to nieco po japońsku. On potrafią zwiedzić Europę w trzy dni. 
Obiecuję sobie że wrócę tam jeszcze na spokojnie w zwykły dzień tygodnia, może poza okresem wakacji. 
Kiedy? 
Pewnie na emeryturze. Pod warunkiem oczywiście że na emeryturze nie będę musiał udawać życia. 



530 kilometrów w jedną niedzielę na motocyklach to wynik o którym można śmiało mówić. Zna takich co tyle przejeżdżają w cały sezon.
Po powrocie do domu, otworzyłem lodówkę skąd wziąłem  zimne i aromatyczne piwo. Zaczerpnąłem łyk i przejrzałem SMS w znacznej mierze dziękujące za wspólną wycieczkę. 
A może tak Bieszczady we wrześniu ? - odpisałem - to tylko 550 kilometrów.
A co będziemy robić po południu ? - odpisał Zbyszek. Pewnie nie zeszła mu jeszcze adrenalina. 
Swoją drogą, od nas nad morze jest jakieś 630 km, jakby tak wyjechać jednego dnia rano...

Post scriptum

Ktoś ocenił naszą wycieczkę - jesteście fajni
Odpowiedziałem frazą wyczytaną na tabliczce w Kazimierzu :
Każdy może być fajny, ale bycie zajebistym wymaga praktyki.
Takiej jak choćby w tamtą niedzielę



18 sierpnia 2021

Strategia marketingowa czyli skąd my to znamy ?

Czytam ja sobie artykuł o strategii marketingowej. Akcja porywającą, a ja zagryzam z emocji palce. Nagle dochodzę do takiego oto momentu gdzie pewien Pan Profesor zauważa :
... "W tym przypadku ogromnie ważnym jest również efekt czystej eskpozycji, który sprowadza się do fenomenu polegającego na tym, że im częściej coś widzimy, tym bardziej to lubimy."
Fenomen? 
Tak, fenomenalny inżynier Mamoń w Rejsie stwierdził jako ścisły umysł, że :


A więc chodzi nie o ekspozycję a reminiscencję. Tak myślałem.
Czyli uczyć się można wszędzie. Pytanie które mnie nurtuje, ale nie za bardzo, ot tak bym mógł z tym żyć brzmi :
Kto się kim zainspirował?
A może to jak z radiem. Honor rozkłada się miedzy Marconiego i Teslę. A tak aby pozostać w temacie. Całkiem niedawno wyobraziłem sobie, że fajną rzeczą byłaby sztafeta mieszana kobiet i mężczyzn. I co ? Kilka godzin po erupcji mojego pomysłu, Polska sztafeta wymiotła konkurencję na Olimpiadzie w Tokio.
A miałem taki fajny pomysł.