Jakby dla przeciwwagi chcę pisać o życiu, a dokładnie o jego początku.
Codziennie dochodzą mnie hiobowe wieści dotyczące przyszłości kościoła w Polsce w kontekście masowego wypisywania się z lekcji religii.
Ileż bowiem można słuchać, przemyśleń domorosłych filozofów lub janczarów ideologii.
Dziwić się alergicznym reakcjom inteligentnych w końcu dzieci, szczególnie tych w wieku w którym zadaje się trudne pytania?
Dziwić się negacji wygadywanych bredni?
O jakie brednie chodzi ?
Katecheci mówią na przykład, że homoseksualizm to choroba, którą można leczyć m.in. elektrowstrząsami albo wycięciem macicy, że tampony noszą tylko zboczone dziewczyny, które nie potrafią wytrzymać bez niczego w pochwie. Że jeżeli mąż chce seksu, to żona musi się zgodzić. Że plemniki w prezerwatywie to zamknięte duszyczki, a tabletki antykoncepcyjne zabijają zarodki
No comment - wypadałoby powiedzieć.
Zaraz zaraz a propos duszyczek.
W czasach komunistycznych czyli słusznie minionych, katechetka mówiła nam na lekcjach religii, że tylko człowiek obdarzony jest duszą.
Katechetka zaczerwieniła się nieco (może nawet nieco bardziej niż nieco) i powiedziała, że człowiek zaczyna się w chwili gdy plemnik spotka się z jajeczkiem, a powstała w wyniku zapłodnienia zygota zaczyna się dzielić.
Pozostając zaś w branży. Czyżby ksiądz katecheta nie uważał na tej lekcji religii będąc szczeniakiem ?
Nie będąc zygotą - zgodnie ze słowami katechetki - Plemnik ani jajeczko nie mogą mieć duszy !
Gdybym miał dzieci w wieku szkolnym, z pewnością napisałbym im z tego przedmiotu zwolnienie i żaden purpurat na czele z tym krakowskim, do zmiany decyzji by mnie nie nakłonił.
Bo jakże można opowiadać takie głupoty i dodatkowo robić kartkówki z Pana Boga.





