31 maja 2010

Maj 2010

31 maja 2010
Ambiwalentne uczucie to w myśl dowcipów na przykład  takie,  gdy teściowa wpadła w przepaść w Twoim nowym  samochodzie. W piątek od  samego rana poziom mojego optymizmu był zdecydowanie  powyżej średniej. Po długich negocjacjach udało mi się namówić żonę na wyjazd  w Gorce. Wieś opuszczona wzywa do pracy, niestety w domu mamy problemy z samoakceptacją. Problemy skutkują uporczywym trwaniem w domu. Ja wiem że mój dom moją twierdzą, ale nie trzeba się od razu okopywać i bronić do krwi ostatniej. Te wyjścia, albo chociaż jedno, negocjowałem od kilku miesięcy, więc  kiedy więc w końcu osiągnąłem sukces, czułem się nie przymierzając jak negocjator który spełnił się  w  negocjacjach.
  Około trzynastej zadzwonił telefon .
-  A może zaproponuję mamie żeby z nami pojechała? – spytała żona.
 Zaniemówiłem.
 Budowałem sobie ten wyjazd jak puzzle, po kawałku,  element po elemencie. Wielokrotnie, w ostatniej chwili żona potrącała tą pierwszą kostkę,  a potem jak domino, wszystko sypało się w pył  i musiałem układać od nowa. Pierwszy raz wypuszczamy się w podróż i to z noclegiem poza domem,    w tych nowych dla nas  obojga okolicznościach.
- Wiesz mama pomoże przy okazji posprzątać dom, sami przecież nie dam rady - negocjowała twardo. A ja jakoś nie potrafiłem zdecydowanie  odmówić.  Kiedy odłożyłem słuchawkę, zdałem sobie sprawę, że teściowa stanowiła najpewniej tło tej rozmowy. Patrząc praktycznie to współpraca z teściową oznaczać powinna korzyści w postaci wzrostu  ilości porządku w jednostce czasu.  Ale do życia nie zawsze można podchodzić z perspektywy korzyści własnych i dodatkowo wymiernych.  Po prostu nie tak to sobie zaplanowałem.
 Wpadłem do domu około szesnastej.  Zastałem teściową  która jeszcze gościła . Chcąc czy nie chcąc  zaproponowałem wyjazd.  Jak to się mówi w kręgach dyplomatycznych?  Acha. Zaproszenie zostało przyjęte z zadowoleniem. Podziwiam teściową jak  wspaniale  potrafi się zmobilizować,  w sytuacji gdy stawiam jej warunek czasu.  Lata praktyki. Gwoli wyjaśnienia, nie mam nic do swojej teściowej. To dobra kobieta,  która poświęciła swoje życie miłości do swoich dzieci. Ze wszystkich sił stara się być użyteczna. Co wielokrotnie ratowało mi tyłek i pozwoliło nie rozerwać się pomiędzy dwoma miejscami w których powinienem być równocześnie. Chodzi tylko o to że  od czasu do czasu chciałbym, abyśmy pobyli z żoną sami.  Nie wszystko nadaje się do opowiadania w szerszym gronie.
Szczególnie rozmowy trudne, a takich nam ostatnio nie brakuje. Nie chcę aby ktoś je pomylił z trywialnym brakiem wsparcia. Czasem najlepszą terapią  jest terapia szokowa.
Poza tym,  z wiekiem powinno się nabyć taką piękną umiejętność,  aby umieć w orkiestrze zagrać drugie, a czasami trzecie skrzypce. Niestety niewielu jest to dane, bo przecież to z wiekiem nabieramy tyle życiowego doświadczenia. I dzielić się z nim jak chlebem to szlachetne działanie. Nie dla adresatów dobrych rad.
 Jak to się mówi,  codziennie proszę Boga o taką umiejętność, stworzenia sobą tła dla wydarzeń, które mogą się odbyć beze mnie  i oczywiście o mądrość w ocenie kiedy to powinno nastąpić.
 Po dłuższej chwili spowodowanej koniecznością przetransportowania się z kilku pięter  bez windy, zajęliśmy miejsce w samochodzie. Schowałem pendriva  z muzyczką zgromadzoną na drogę. Wiedziałem  już że zamiast ulubionego Kroke z Nigelem Kennedym,  dowiem się natomiast wszystkiego na temat kamieni żółciowych ciotki Wandzi, oraz poznam  historię życia ciotki Genowefy. A w okolicach Pcimia dowiedziałem się dodatkowo,  co Pani Krysia fryzjerka sądzi na temat  kierowniczki z warzywniaka, oraz  dlaczego Gośka córka kogoś,  kogo nie potrafię zlokalizować , rzuciła męża. Zgubiłem się w gałęziach drzewa genealogicznego, przy trzeciej gałęzi. No po prostu moja wyobrażenia nie pracuje w tym wymiarze. Ale za to gdy weszliśmy do domu w piątkowy wieczór teściowa  zaczęła sprzątać nim na dobre rozświetliłem dom. Słowna  jest, to dodatkowy plus, ale w piątek o 20.40 chciałem tylko otworzyć wino i oczywiście dokładać do kominka.
Sobota przywitała nas bzdurną pogodą.  Ciemne chmury  wisiały w powietrzu i zdawać by się mogło, że oto krople deszczu już lecą, ale przystanęły na chwilę na wysokości mojej głowy. Czułem już tą charakterystyczną wilgotność.  Ale że przy okazji trawa wokół chałupy wyrosłą na wysokość powyżej pół metra, chcąc czy nie chcąc  odpaliłem kosiarkę .
 Będę kosił nawet jak popada. Mam w dupie deszcz. Nie padało. Ja kosiłem  z założenia do skończenia. Skończenia żyłki lub benzyny, w zależności od tego co pierwsze nastąpi. Skończyła się żyłka. Musiałem więc schować sprzęt,  chociaż pozostałą do skoszenia kawałek który  na tle przystrzyżonej  łąki tworzył coś na kształt zaczepnego irokeza mojego wiejskiego domu. Udałem się do wiejskiego sklepu z narzędziami i materiałami rolniczymi,  w związku z potrzebą zakupu sznurka polipropylenowego, czyli popularnego sznurka do snopowiązałki. Sznurka który kiedyś był informacją numer jeden w meldunku ze żniw „ Sznurka do snopowiązałek wystarczy”. Dla mnie nie wystarczyło, ba nie było go wcale.  A prowadząca sklep paniusia nie wiedziała nawet jak taki sznurek wygląda. Pomyśleć że  w najbliższej mi Castoramie  bez trudu znajdę go kurzącego się  na półkach. Znak czasu. Kupiłem sznurek do bielizny i tak uzbrojony wziąłem się za związywanie iglaków. Po zimie i porze deszczowej moje iglaki w znacznej części pochyliły się, a gałęzie boczne, które kiedyś tworzyły sprężystą całość niczym płomień świecy, teraz wyglądają jak rozcapierzone  dzikie badyle. Powiązałem na ile wystarczyło sznurka. Część da sobie radę, dla części to zabiegi spóźnione i pewnie nie potrzebne. Zrobiłem to pewnie dla spokoju własnego sumienia.  A na koniec dnia spotkanie z moimi wiejskimi sąsiadami. Wiem już kto, z kim i dlaczego. Wiadomości podbudowane faktami sięgającymi  dwóch pokoleń wstecz.  Próbowaliśmy zeszłorocznej ratafii , którą zlałem na koniec dnia trzęsącymi się już rękami.
 Pomogło ponieważ jak mawiają Rosjanie są takie sytuacje że:
- Biez wodki nie razbieriosz.
I w jakiś durny, nie przemyślany sposób wylałem sobie trzy ćwierci takiej ratafii na t-shirta,  spodnie, o bieliźnie nie wspominając.  Wlała mi się nawet do butów. Przez chwilę czułem się jak karteczka samoprzylepna, lepiłem się do wszystkiego.
Nie straciłem jednak humoru parafrazując jedną z bajek Jachowicza:
Spodnie głupstwo Antek doda, ale wódki, wódki szkoda.
Ze względu na obecność sąsiadów nie rozważałem zlizywania ratafii z podłogi. Przecież teściowa pozamiatała.   
Zmęczenie ?  pewnie tak . Na pewno tak , ale żal bo można było inaczej.
A propos teściowej , tak zabrała się do tych porządków że porozkładała miotły w każdym rogu domu. Nawet jej przygryzałem, że nie może się zdecydować :  startować z wiatrem czy pod wiatr?.
 Z drugiej strony to ma do mnie cierpliwość, a może to tylko  siła przyzwyczajenia. Wieczorami w piątek i sobotę podrzuciliśmy trochę do kominka i zrobiło się ciepło. Na tyle, że mieszkające w ścianie mrówki uznały -  jest już konkretnie ciepło.  Otworami w belkach zaczęły wylatywać uskrzydlone mrówcze dzieci,, obsiadając  wszystko co popadnie od strony okna.  I jak z tym walczyć?
 Niedziela minęła mi na rozpamiętywaniu tego co pozostało do zrobienia, aby dom nie zjechał  ze skarpy, ponieważ  mur oporowy trochę się odchylił od pionu. No cóż,  jak powiedział filozof   - wszystko płynie.  Przybiłem w sypialni kolejne anioły , rozrysowałem w głowie sposób adaptacji progów , aby zlikwidować bariery. Powrót  do Krakowa  i zapamiętany krzak białego bzu , który z mocno rozwiniętymi kiściami  kwiatów, tak mocno pachniał  przed deszczem.
A mnie znowu jak w szkole, jak w majową porę,  jak w maturalnym nastroju  zapachniało Tuwimem:
Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,
Nanieśli świeżego, mokrego,
Białego i tego bzowego.  

Antoni Relski
21 komentarzy
27 maja 2010
Stałem właśnie na  osiedlowym parkingu, obok swojego samochodu. Jak zawsze sprawdziłem czy szyby są domknięte, a wszystkie  istotne rzeczy z wnętrza zabrałem ze sobą. Szybko omiotłem jeszcze spojrzeniem klapę silnika i lusterka. Odwróciłem się tyłem do auta i zrobiłem trzy kroki do przodu. Następnie  podniosłem prawą rękę w której trzymałem pilota na wysokość twarzy i nacisnąłem guzik oznaczony wizerunkiem zamkniętych drzwi. Nacisnąłem raz i w odpowiedzi usłyszałem pojedyncze piśnięcie uzbrajanego alarmu. To takie nonszalanckie podejście do zamykania samochodu, pozostało mi jeszcze z młodości, o ile wtedy były już piloty do automatycznych zamków samochodowych.  Nie zależy mi, to tylko przedmiot,  zdawała się mówić moja postawa,  a była fajna bo kłóciła się z powszechną wtedy modą na przesadną dbałość o samochód . Realizowano to  poprzez zakładanie blokad, dodatkowych wyłączników i tym podobnych zabezpieczeń, oraz mycie , pucowanie i polerowanie. Szpan szpanem minął, a głupie przyzwyczajenie pozostało. Właśnie usłyszałem to charakterystyczne piśnięcie, więc miałem już oddalić się zupełnie od auta, kiedy zobaczyłem nadjeżdżające od strony drogi małe audi, własność   sąsiadki z następnej klatki.  Zgrabna, sympatyczna i dobrze utrzymana trzydziestoparolatka i świadoma swej atrakcyjności blondynka. Czasami przesadnie wypielęgnowana,   roztaczała intensywny zapach  dobrych perfum. Kiedy mijałem ją, na przykład na klatce schodowej, czułem się tak jak gdybym mijał całą perfumerię,  a nie tylko  małą drobną kobietę. Ten dominujący zapach Diora czy Chanel zdecydowanie tłumił  ten zapach kobiety, o którym mówił film pod tym samym tytułem (włoski pierwowzór),  który podświadomie wyłapujemy swoimi nozdrzami, nie identyfikując go, a jednak reagujemy na niego, patrząc na płeć  zainteresowaniem, a czasem nawet zauroczeniem.  Z tego powodu  nasze żony i kochanki mogą być spokojne o  kontakty z Panią B.  Przesadnie użyte perfumy działają odwrotnie od zamierzenia, a któż  z nas chciały iść do łóżka z cała perfumerią. Nawet piżmo przesadnie podane, Nie do końca działa, jak natura chciała. Jednak pomijając watek czystko erotyczny,  lubiłem patrzeć z niewielkiej odległości na te ruchy pełne gracji które wykonywała  w drodze z auta do domu,  lub w przeciwnym kierunku. Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie widziałem jej paradującej w tenisówkach,  z workiem śmieci do śmietnika , czy w kolejce  w osiedlowym sklepiku. Ku  rozpaczy naszych żon  lubimy oglądać się za takim niepraktycznymi kobietami. W których imponuje nam brak tego co jest użyteczne u żon. Wracając do samochodu. Pani B zaparkował trzy stanowiska dalej i nie zwracając zupełnie uwagi na otaczający ją świat, wyszła z samochodu z podręczną torbą,  przypominająca aktówkę w wersji biznes.  Stała tak chwilę przy otwartych drzwiach audi zastanawiając się co zrobić. W końcu podniosła nogę  obutą w eleganckie włoskie szpilki i kopnęła drzwi  w taki sposób,  że zamknęły się mocno, głośno trzaskając przy okazji. Wtedy być może  dopiero zauważyłem,  że auto Pani B było przeraźliwie brudne. Był to brud stary, który  warstwami pokrywał lakier. Z tego to powodu użyła buta,  nie ryzykując spaprania delikatnej rączki ozdobionej najnowszymi wzorkami na akrylowych tipsach.
Tipsiara  – pomyślałem,  gdy chwilę zmagała się  z guzikiem pilota. Ryzykując  złamaniem lub odlepieniem paznokcia,  skutecznie uzbroiła alarm swojego A3. Spojrzała na buty,  czy nie noszą śladu użytkowania niezgodnego z przeznaczeniem i udała się do domu,  rozsiewając zapach wspomnianych perfum. Kiwnęliśmy sobie głowami  mijając się w odległości paru metrów, a ja zastanawiałem się  - jak to możliwe? Jak to możliwe,  że tak wypielęgnowana kobieta jeździ takim brudnym autem. Przypomniałem sobie,  że wielokrotnie widziałem to brudne auto, ale pierwszy raz widziałem Panią B w akcji. Czy możliwa jest taka dwoistość ludzkiej natury,  która każe moczyć dupę pod prysznicem przez pół godziny,  a nie pozwoli przejmować się  brudem własnego auta. Mój znajomy który układa swoje T-shirty w idealną kostkę w której funkcjonują wyłącznie kąty proste, ma ogromny bałagan w aucie. Podłoga usiana jest papierkami z gum do żucia, opakowaniami po batonach, nawet pustymi butelkami po Coli i kubkami po jogurcie. Najlepiej skomentował  to mechanik samochodowy,  który odbierał jego auto do okresowego przeglądu. Chociaż sam ubrany w przybrudzony kombinezon, otworzył drzwi samochodu, spojrzał do środka i powiedział - tylko tu jeszcze na środku nasrać. Po czym już bez słowa  wziął się za wymianę oleju  silnikowego.
Standardowo  nie myje się samochodów służbowych,  bo nie warto. A jeżeli jest już więcej użytkowników,  nie myje się,  bo niech ten drugi posprząta. Co znowu ja?
Trochę razi mnie ten brak  dbałości o auta, ze służbowymi na czele. Zawsze wydawało mi się,  że moje auto świadczy o mnie. Dodatkowo zawsze uważałem,  że o powierzone mienie powinienem dbać bardziej niż o auto prywatne. Bo to o mnie świadczy.
Do porządku jak i do sprzątania auta trzeba wdrażać  od dziecka. Jedna z zasad brydżowych mówi,   że aby dobrze grać w brydża należy najpierw dwa lata tasować karty. Ponieważ ojciec mój  grywał w karty, zmodernizował tą zasadę twierdząc,  że aby dobrze jeździć autem, należy go przez dwa lata myć. I myłem w świątek , piątek i niedzielę.  W lecie, zimą, wiosną i jesienią,  aż zasłużyłem na opłacenie kursu prawa jazdy. A później zostało już przyzwyczajenie  i nie żałuję.
Obecnie dostępność kursów na Prawo Jazdy jest duża.  A służbowych samochodów jeszcze więcej.
Przeczytałem gdzieś w prasie że służbowym, najlepiej zwozi się owoce i warzywa z działki, węgiel na daczę, prekursorzy nawet świnie na targ. Budując własny dom najlepiej zatrudnić się w firmie która powierzy ci służbowy samochód . Bo to można zawsze podrzucić brakujący worek wapna, albo klej do fliz.  Zajechać ponieważ nie moje. O swoje trzeba dbać. Zdarzają się jednak  wyjątki. Znałem kierowcę olbrzymiego TIR-a który zmieniał, buty przed wejściem do kabiny, na wygodne domowe kapcie. I w takich kapciach  prowadził 40 tonowego kolosa. To porównanie  ciężarowego kolosa i domowych kapci zawsze mnie zadziwiało. Ale Romek,  jak o nim mówiono miał też swoje zboczenia. Ze względu na ład czystość i sterylny  porządek, nie wpuszczał do kabiny ładowaczy,  czy pracowników  budowlanych, proponując im jazdę na pace. Romek był wtedy pewien że nie zmarszczą pokrowców, nie zadepczą wypastowanych gumowych dywaników.  Może więc  lepiej rozgarnąć kubki po jogurcie i skorzystać z zaproszenia znajomego bałaganiarza.  Gdyż on przeprosi za nieporządek, będąc go świadomym, ale nie zaproponuje nam  bagażnika na czas podróży . Przesada jest ponoć gorsza od faszyzmu i to przesada w każdym kierunku.
 A, tam pal licho. Przy ładnej pogodzie w weekend, posprzątam w swoim służbowym aucie, a może i młodego namówię- niech się młody uczy. I będzie czysto – do pierwszego deszczu.
    
Antoni Relski
18 komentarzy
23 maja 2010
Nadzy przychodzimy na ten świat, bez majtek, koszulek czy skarpetek. Dumnie podkreślamy  wiarę  stworzenia nas,   na obraz i podobieństwo Najwyższego.  Ale   zaraz po urodzeniu, opatulamy  się od stóp do głów, trochę z powodu chłodu, a trochę w związku z obyczajowością. Z czasem element obyczajowości staje się  dominujący, a im bardziej chronimy przed światem elementy swojej anatomii,  tym  większa presja na podpatrywanie. W końcu najbardziej kusi owoc zakazany.
Szczytem  zapyziałej obłudy jest tutaj ukrywanie piersi. Z  równie archaicznym podziałem:  męskie ogólnodostępne widokowo, damskie zakazane. Jeżeli decydujący byłaby tu estetyka, to przystawcie zarośnięte „bicepsy”  miłośnika chmielu,  z  wypielęgnowanym biustem atrakcyjnej trzydziestki. Nie,  estetyka na pewno nie była  w tym przypadku decydująca.
 A przecież  pierś żywicielka, to jeden z pierwszych obrazów  jakie rejestruje nasz mózg. Tryskający mlekiem cyc, którym niewprawna jeszcze matka zalewa oczy noworodka.  I kiedy jest nam źle, kiedy pierwsze kroki boleśnie doświadczają malutką pupę, albo przestraszy nas polny konik przeskakujący ze źdźbła trawy na dorodny kwiat mlecza, wtedy wtulamy się w matczyne piersi, najbezpieczniejszą przystań na świecie jaką znamy. A później tak z poniedziałku na wtorek dowiadujemy się, że piersi są be, a pamięci że jeszcze nie dawno z nich tak ochoczo korzystaliśmy , towarzyszy poczucie wstydu. Rośnie ono  z nami do chwili, kiedy pojedyncze hormony dojrzewającego organizmu oplatają nas  pajęczyną pragnień i marzeń i wtedy powraca zainteresowanie ciałem, albo bardziej precyzyjnie  ukrytymi jego  elementami. Ogólna dostępność  Internetu ten głód wiedzy zaspokajają  w jakimś stopniu,  ale nie u wszystkich. Ciekawość oczywiście kosztuje, co dość szybko uświadomiła sobie pewna branża , zbijając na tym przysłowiowe kokosy. 
Co rusz mamy do czynienia z mniej lub bardzo świadomym, publicznym pokazywaniem, tego co osłonięte.
 A że każdemu wydarzeniu powinien towarzyszyć event  (Testosteron) stąd mniej  lub bardziej  niesforny cycek,  uwalniający się na estradzie, bądź żądania takiego uwolnienia ze strony widzów.
Ze dwa przykłady takich działań  są już po ręką . 
W trakcie koncertu jednej z  popularnych polskich piosenkarek,  zgromadzona pod sceną część publiczności  wykrzykiwała  -  pokaż cycki.
W trakcie jednego z koncertów, z okazji zresztą Dnia Dziecka,  publiczność  skandowała do chwiejącego się na nogach, wokalisty pewnego zespołu rockowego  - Jasiu pokaż.
 I Jasiu rozpinając spodnie pokazał,  a popularna gwiazda muzyki pop nie pokazała, chociaż z powodzeniem mogłaby,  wszak kilka lat temu występowała jako twarz,  o przepraszam nogi pewnej firmy produkującej rajstopy.  Popularny tabloid  pokazał zaś na pierwszej stronie to, czego nie chciała pokazać na scenie wyżej wymieniona. Prawdą jest że  wbrew jej woli i o ile dobrze pamiętam z wypłatą piosenkarce zasądzonego  odszkodowania. Ogólnie mówiąc, abstrahując od opisanego przypadku, do końca nie wiadomo jest jak to bywa z tym” wbrew woli”.  Czasami aż trudno uwierzyć  w przypadkową obecność paparazzich ,  w trakcie jakiejś szalonej  wpadki  celebryty.
Wracając do pokazywania. Bez prośby ze strony publiczności,   lider zespołu Big Cyc pokazał zgromadzonej w Sali koncertowej  publiczności gołą dupę.
I tak pokazujemy sobie nawzajem to to, to tamto, a  pokazywanie rozszerza się na inne dziedziny naszego życia.
Władysław  Kozakiewicz, pokazał ruskim gest nazwany później jego nazwiskiem, a kierowcy z lubością pokazują sobie fucka.
A ty dziewczynko i ty chłopczyku, pokazałeś coś  komuś?.  A jeżeli tak to otwarcie, czy w tajemnicy?
Kiedy byłem małym chłopcem ,  w wieku  jeszcze przedszkolnym,  pod krzakiem  agrestu, ryzykując bolesne pokłucie tyłka, pokazałem koleżance swoją największą tajemnicę.  Ona  oczywiście pokazała mi swoją. Ze względu na brak małych dziewczynek  w najbliższym otoczeniu, byłem w szoku. Chyba pierwszy raz w życiu, nie był to jednak raz ostatni.
To pokazywanie wpisane jest chyba w standard  funkcjonowania ludzkiego gatunku.
Wypadło z obiegu powiedzenie,  którego  jeszcze niedawno używali   spierający się :
Ja Panu pokażę !
 Obiecani cacanki, ponieważ na gadaniu zwykle się kończyło. Można było zerwać z liścia,  albo dostać plombę,  po której rzeczywiście dane  było zobaczyć wiele rzeczy, ale to już inna historia
Pokazywanie. Męskie pokazywanie kwalifikowane, takie aby coś udowodnić, najlepiej z centymetrem.  Damskie  na granicy kobiecej przyjaźni,  oraz  takie,  o którym  nie powinniśmy  zapominać, nałogowe  pokazywanie czyli -  ekshibicjonizm. Najważniejsze to  pokazywanie międzypłciowe, ja tobie ty mnie.  Najbardziej typowe  chociaż najczęściej eksploatowane jest to pokazywanie  w literaturze. Jest też podstawą funkcjonowania życia na ziemi, chociaż tego do końca nie jestem pewien. Wszystko to  z powodu faktu,  że prymitywne plemiona, żyjące bez ubrań czyli skrywanej tajemnicy, rozmnażają się z równie dobrym skutkiem , jak te cywilizowane narody, które okrywają się tekstyliami.  
Pamiętam jak kiedyś,  w ramach rozładowania napięcia i zaspokojenia ciekawości,  wybraliśmy się do akademika  na tak zwaną imprezę. Znajomy, który  to rozładowanie napięcia potraktował bardzo dosłownie, zaatakował koleżankę z grupy.  Asia była ogólnie lubiana, ponieważ działała na naszą wyobraźnię.  Głębokość jej miseczek wyrażała się  literą z połowy alfabetu.
Po bezskutecznych próbach  ułożenia wspólnych spraw w jednej płaszczyźnie, zdesperowany  kumpel  teatralnym szeptem,  pełnym smutku wynikającego z braku efektów swego osobistego uroku wypalił:
- To chociaż pokaż cycki
Nie muszę dodawać że i ta ostatnia deska ratunku, dla mojego kolegi okazałą się kamieniem u nogi,     w relacjach z Asią.
Czasy się zmieniły. Teraz coraz odważniej pokazuje się  na Naszej Klasie i Facebooku. Pomaga w tym  technika. Obróbka zdjęć w domu, nie wystawia nas na pełen współczucia wzrok faceta z salonu fotograficznego.  Niczym wyrzut sumienia, wydając zrobione odbitki,  patrzył nam prosto w oczy.  Wykrzywione  usta w  grymasie pełnym niesmaku,  przy ładnej modelce, sugerowały być może  zazdrość.  Przyszło uciekać ze wzrokiem w najdalszy kąt salonu, a przecież nie zrobiliśmy nic niestosownego.  Obecnie   wystarczy tylko stanąć przed lustrem, opuścić majtki i przy pomocy  cyfrowego  aparatu   utrwalić  owe cycki , podrasowując  je  photoshopem i  czyniąc z JPG-a  dumę i chlubę posiadaczki.  Tylko stojąca na drugim planie automatyczna pralka, lub suszące się  na suszarce majtki  trochę  psują atmosferę.
  

Antoni Relski
65 komentarzy
19 maja 2010
Taki dowcip mi się przypomniał. Stary. Jeden z pierwszych które wrzuciłem do swego repertuaru, podsłuchany na jakichś imieninach, chyba mojego ojca.
Rzecz dzieje się w górach. Powódź na Dunajcu. W zasadzie już po powodzi , ale przybrzeżne pola jeszcze zalane wodą. Komisja z PSU już szacuje szkody. W pewnej chwili komisja zauważa góralski kapelusz z piórkiem płynący z prądem rzeki. Nie byłoby nic szczególnego w tym widoku, gdyby nie fakt że w pewnej chwili kapelusz zatrzymuje się i zaczyna płynąc pod prąd. Płynie tak do pewnego momentu, zatrzymuje się i płynie w przeciwną stronę. Powtarzalność cyklu powoduje, że niektórzy członków komisji rzucają się na kolana twierdząc że to cud. Tylko jeden stojący z boku baca uśmiecha się pod nosem i mówi:
Panowie, jaki tam cud. To Jasiek z dołu powiedział, że ma w dupie powódź i idzie orać.
Morał jest, a jakże -  róbmy swoje, nawet gdyby przeciwności na to nie pozwalały
No to się narobiło. Leje  tak,  że popadamy w paranoję. Telewizja, radio, Internet,  pełne informacji o efektach kapryśnej pogody. Potęgują to  własne spostrzeżenia zza okna.
Od rana z niepokojem śledzę place błądzące po klawiaturze, podświadomie oczekując tego najgorszego. Wydaje mi sięże za chwilę  woda wypłynie  spod klawisza „g” albo „h”.
Szczęśliwie dla mnie, żyję i pracuję w tej części Krakowa, która nie jest zagrożona przez  powódź.  Co chwila dobiegają mnie jednak  informacje o osobistych tragediach moich znajomych. Nerwowe działania którym przyświeca  konieczność ratowania dobytku, zmuszają do podejmowania szybkich decyzji . Z nurtem rzeki spływa dorobek całego życia. Ludzie mogą tylko bezradnie obserwować dzieło zniszczenia.
I chyba nie ma w nas tej greckiej swobody życia, jaką w filmowym klasyku „ Grek Zorba” reprezentował główny bohater. Zorba  obserwując awarię linii transportowej drzew, powiedział  do swego partnera
– Spójrz jaka piękna katastrofa.
Patrząc na to co się dzieje w tej chwili w na greckich ulicach,   skłaniam się jednak do  stwierdzenia, że nie ma już takich Greków.
A wydajność w pracy kuleje. Co chwilę ubywa kogoś z zespołu pracowników,  ponieważ w następnym miejscu pęka wał ochronny i wdziera się woda. Znajoma od ponad pół roku, codziennie biegła po pracy  do wynajętej w piwnicach bloku wózkowni,  ponieważ wymarzyła sobie własny biznes. Remont pomieszczenia znaczony odciskami na własnych dłoniach, systematycznie  posuwał się do przodu, a niedospanie i niedojedzenie tłumaczyło się  przyszłymi zyskami. Właśnie przez  dwoma dniami  zainstalowano maszyny i zwieziono pierwszy materiał. Na jutro  umówiona byłą  z agentem ubezpieczeniowym. Wczoraj brązowa bryja zalała wszystko, materiał, maszyny, świeżo położone podłogi i wymalowane ściany. Wszystko jak to mówi o kant dupy potłuc. Widząc to błoto w salonie, nawet się nie chce ratować… Tylko kupić flaszkę i się opić.
Ale pić też się nie chce.
Trzeba się było ubezpieczyć - mówił kiedyś jeden ze znanych polityków, wtedy nawet premier.
- Pani Kasiu, wpadnę w czwartek -  powiedział agent -  mam kilka polis do odnowienia w tej okolicy, to skomasuję.
Jakże odmówić takiej miłej prośbie ?
Bohaterowie „Ziemi Obiecanej” też nie zdążyli ubezpieczyć fabryki. Ogień strawił ich marzenia. Została podpalona z jakiegoś mniej lub bardziej  ważnego powodu. Mówią że męski honor to powód wystarczający. Mniej lub bardziej zawiniona strata. A w przypadku powodzi?
Ponoć obwiniać powinno się  ten islandzki wulkan, którego nazwy przeciętny człowiek nie potrafi wymówić.
Do wulkanu to znaczy do kogo?  Ponoć Hefajstos miał kuźnię w  wulkanie.
Pomijając pierwsze przykazanie Dekalogu,  zatoczyliśmy koło, aby dotrzeć z powrotem  do Grecji.
Patrząc zaś na prymitywne działania natury i to jak w jednej chwili czyni z nas istoty podobne maleńkiej mrówce zadaję sobie pytanie:
 Gdzie jesteśmy ze swoimi siedmiordzeniowymi  procesorami, Internetem i  trzecim filarem ubezpieczenia  emerytalnego?.
W takiej chwili jak ta,  sami sobie potrafimy uczciwie odpowiedzieć na to pytanie.
  
Antoni Relski
37 komentarzy
16 maja 2010
Czytać uczyłem się  w szkole. Mozolnie składane literki,  zamieniały się w  mamę, tatę, dom, miasto. Kolejne lata edukacji przyniosły mi umiejętność czytanie tego,  czego nie znalazłem w tekście,  poprzez proste złożenie liter do kupy. A przecież  życie toczy się między słowami i gestami,  dlatego powstało tyle fantastycznych dzieł  literackich, malarskich, czyli szeroko rozumianej sztuki.
W opozycji do powyższego stoi prawo,  które każe czytać wprost  paragrafy i podpunkty. Chociaż jeżeli bliżej na to spojrzeć, to tutaj dopiero toczy się walka o interpretacje.
Interpretacja czyli smak życia.
Oj, zebrało mi się za poprzedni post „ Ten pierwszy raz”.  Dzięki uprzejmości Onetu,  tekst zagościł 12 maja na pierwszej stronie. I stało się. Wylała się natychmiast fala przekonań, uprzedzeń czy stereotypów.  Poza częścią wpisów podchodzących do tematu ze zrozumieniem, otrzymałem całą masę  sygnałów potępiających w czambuł, działań uświadamiających. Tak to przynajmniej odebrałem.  Zarzuty wiązały się z odczytaniem tekstu wprost, chociaż przy odrobinie dobrej woli…
Po pierwsze  jestem zwolennikiem edukacji seksualnej, czego dałem dowód,  rozmawiając z dziećmi.  Własnymi oczywiście.
Nie było  to oczywiście narzucanie treści nieświadomemu dziecku, wbrew jego woli a zaspokajanie naturalnej ciekawości,  w sposób delikatny i odpowiedni do wieku.
 Mój starszy syn, od  czwartego roku życia drążył temat własnego pochodzenia i zaręczam że nie dał się spławić żadnymi bajeczkami.
 Odnoszę wrażenie że zrobiłem to,  w odpowiedni,  powiązany z miłością sposób.  Któregoś dnia jako poważny pięciolatek wszedł do naszego pokoju  i usiadł z poważną miną,  zakładając ręce na piersi.
- Wy się wcale nie kochacie – stwierdził z wyrzutem.
- Ależ kochamy się i to bardzo. Ja mamusię,  a mamusia mnie – odparłem natychmiast.
- Tak? To w takim razie nie robicie nic, aby mieć dziecko.
Jak się okazało marzeniem syna było mieć braciszka.
Ponieważ  Pierworodny kochał książeczki i artykułował mądre słowa,  wystarczyła rozmowa.
Młodszy jest praktykiem i bardzo długo nie uważał za potrzebne używania jakichkolwiek słów. Jego zainteresowanie płcią  było zdecydowanie mniejsze,  co uszanowałem,  do czasu, kiedy pojawił się głód wiedzy.    A technika samurajskich mieczy użyta w rozmowie, cóż pomoc naukowa.
W dalszym ciągu  twierdzę,  że seks to najpiękniejsze co trafia nam się w życiu,  pod warunkiem powiązanie go z miłością, o czym pisałem mówiąc do dzieci,  że ględzę o miłości.
Zarzut że popieram rozpasany seks  jest jakiś bzdurny, nigdzie tego nie pisałem.
Zdziwienie z określenia – „ syn stał się facetem z czego  niby czerpię jakąś dziwną przyjemność,  to wierutna bzdura. Nie odwracam oczu od problemu.  A określenie stać się facetem  jest tak wyeksploatowane w literaturze że nie mogę mienić się jego wynalazcą,  co najwyżej  licencjobiorcą.
Podkreślam -  jestem dumny,  że syn  zwierzył nam się ze swoich decyzji życiowych.
 Poczułem się  wtedy  fantastycznie. Być może ten pierwszy raz dzięki mojej rozmowie, był przemyślany,  kilkakrotnie odkładany i spełnił się w romantycznych okolicznościach.
A mógł się przydarzyć w toalecie,  na zapleczu klubu.  Krytycy  nie wiedzą że tak niestety,  często bywa?  Być może z powodu braku  rozmowy  z własnymi dziećmi.
 Co poczytujemy sobie za dodatkowy plus ? Dziewczyna syna wielokrotnie przychodziła do mojej żony z  własnymi problemami, chwaląc atmosferę bezpośredniej rozmowy i braku stresu w jej trakcie, na co w domu nie mogła liczyć.
Nie wyznaję zasady,  że rzeczy o których nie mówię nie istnieją.
Czy to się mi podoba czy nie,  poziom swobody seksualnej młodzieży zmienił się od czasu mojej inicjacji.  Dostępność materiałów,  szczególnie w Internecie,  powoduje lekko zakłócony obraz  współżycia. Niestety dominującym jest wizerunek  czysto hedonistyczny. Być może to my    pozostaliśmy,  aby przekazać dzieciom tą mądrość,  że prawdziwą przyjemność można czerpać ofiarując  siebie, najpierw w sferze duchowej,  a później cielesnej. Jak daleko jest od jednej strefy do drugiej,  nie zależy to niestety od nas. To nasze dzieci jak my kiedyś,  dokonują  właściwych wyborów, na własny rachunek.  I albo w jakimś stopniu będziemy uczestniczyć w tworzącej się historii pokoleń, albo wyautujemy się na jej początku.
Zakazy, kary,  czy milczenie,  sprawy nie załatwią.  Wręcz przeciwnie.
I na zakończenie  
Mówienie o seksie,  to tylko jeden z  elementów   rozmowy z własnymi dziećmi. Jeżeli nie potrafimy wcześniej znaleźć właściwych relacji w innych problemach związanych z dorastaniem, nie oczekujmy, że rzucą się całą otwartością na tematy  intymne.  Wypną się na nas, polecając swoją edukację Wujkowi Google.
I tyle w temacie komentarza do komentarzy.
 Pewnie by tak było,  gdyby nie sobota.
Sobota przyniosła  zakończenie do powyższego  tematu. Samochodowa eskapada w godzinach południowych.  
 W pięciu centralnych miejscach Krakowa  rozstawiły się ekipy drogowców,  budując, modernizując i przerabiając jezdnie. Stoimy więc w gigantycznych kolejkach na głównych, bocznych i polnych drogach, ponieważ  nawigację samochodową ma co drugi uczestnik drogowego ruchu.
Sześciokilometrowy odcinek drogi wylotowej z Krakowa  w kierunku północnym,  przemierzałem mniej więcej  godzinę,  klnąc na ”cwane gapy”,  co to niby przez pomyłkę wjechały w pas do skrętu w prawo i koniecznie  muszą wcisnąć się przed nas.  Zamknięte klimatyzowane pomieszczenie z powietrzem w obiegu zamkniętym,   można przeczekać.  Siedziałem w towarzystwie Starszego,  tak jak i ja uwięzionego w korku.  Podróżując  z szybkością czołgającego się żołnierza,  zabijaliśmy czas słuchając  radia,   a później rozmawiając o życiu.  Od czasu gdy Starszy opuścił dom rodzinny, przeszedł przyspieszony kurs dojrzewania. Czy to  korek, czy ciśnienie atmosferyczne, a może tylko dlatego,  że obaj postanowiliśmy ustąpić odrobinę z własnych pozycji obronnych, rozmawiało nam się znakomicie.  Na czas wspólnej podróży zapomnieliśmy o konflikcie pokoleń. Powiem wprost  pogadaliśmy,  jak nigdy dotąd.
Synuś dojrzewa -  stwierdziłem z zadowoleniem. I jak gdyby wracając do polemiki z początkowej części postu,  moje działania uświadamiające nie przyniosły żadnej szkody,  w tej skomplikowanej dziecięcej psychice. Doszedłem do wniosku, że nawet odwrotnie. Młody posiada priorytety z których mogę być dumny.
Odwiedziliśmy moją matkę, żeby upewnić się,  że daje sobie radę w życiu. Wymieniłem baterie w piecu gazowym  i nawinąłem nowy zapas żyłki, na szpulę do kosiarki. Nie jest jeszcze źle i oby tak jak najdłużej.
Oczywiście w dalszym ciągu nie zgadzam się  z wieloma  jej teoriami, ale potrafię to przemilczeć. Nauka i korzyść z posiadania własnych dzieci? 
Antoni Relski
24 komentarzy
12 maja 2010
Nakręcony w 1983r. film z udziałem Robina Wiliama i Waltera Matthau  „Sposób na przetrwanie”  rozpoczyna się od sceny w której  główny bohater Robin przychodzi do biura na wezwanie szefa. W gabinecie  jednak nie ma szefa. Siedząca na oparciu fotela  gadająca papuga  informuje go ludzkim głosem,  że zostaje właśnie zwolniony. Skrzeczący papuzi głos wyraża żal, ale jest stanowczy i zdecydowany.  Kiedy bohater rozbawiony sytuacją, opowiada o ptaku który  właśnie zwolnił go z pracy, sekretarka z wyrzutem mówi mu:
- Pan nie ma serca  to Pan Smith przez pół roku uczył papugę tych wszystkich słów, ponieważ pękło by mu serce, gdyby musiał to zrobić  osobiście. Jak pan może być takim niewdzięcznikiem.
Sposób  dziwaczny, fakt który pozostał niezmieniony,  nasz bohater pozostał bez pracy. Dalszy rozwój akcji doprowadzi do znalezienia zajęcia po wielu oczywiście zabawnych perypetiach. Ponieważ w hollywoodzkich obrazach  każdy znajdzie swoje miejsce w życiu . Lepsze lub gorsze, ale takie o którym może powiedzieć – moje.
 Żałowałem że nie mam papugi, Kiedy przyszło mi działać jak pan Brown.
 Liczyłem się z tym,  że wcześniej czy później  wręczę komuś wypowiedzenie.
Kiedyś  to zresztą  robiłem jako kadrowiec,  ale byłem wtedy całkiem młody, w okresie,  kiedy poprzedni system jak gąbka chłonął każde ręce do pracy. Dodatkowo zawsze mogłem puścić perskie oko do zwalnianego, że ja jestem oburzony jak on i nie rozumiem  szefa, ale takie życie, a to moja praca. Jak w wojsku – ja tylko wypełniałem rozkazy.
Sytuacja w której  trzeba powiedzieć - to moja decyzja i ja za nią odpowiadam  -  jest już poważna.
Dodatkowo atmosfera na rynku pracy i brak perspektyw  dla ludzi w wieku powyżej powiedzmy 40, narzucają nieciekawą atmosferę rozmowy.
Nikt jednak nie zwolni mnie z tego obowiązku. To niestety realny dodatek do lakierowanej wizytówki i automatycznej pieczątki.
Na moje  -  mamusiu ja nie chcę dzisiaj iść do pracy -  nie poczuję matczynej ręki na moim czole, która to ręka w ułamku sekundy wyczuwała różnice temperatur, nawet poniżej 1stopnia Celsjusza.
Nikt mi nie powie - to nie idź - chociaż zgodnie z serią reportaży w Discovery mógłbym powiedzieć że dzisiaj, dla mnie,  to najgorsza robota .
Przygotowując się do rozmowy z X, próbowałem wyobrazić siebie a podobnej sytuacji . Czy potrafiłbym pozostać w zgodzie z własnym charakterem?
Zwyczajowo staram się nie dać przeciwnościom. W chwilach złych i trudnych, zaciskam zęby i pięści, a pod nosem mruknę -  nie dam się, pomimo wszystko.
Staję się  taki uparty, chłopskim uporem aby pokazać że mnie to nie rusza. Za radą  Cilnta Estwooda  ze „Wzgórza rozdartych serc” – Nie daję ch…  satysfakcji.
 O wyznaczonej godzinie do pokoju weszła X usiadła na brzegu krzesła oczekując rozwoju sytuacji.
Przedstawiłem swoją ocenę, wnioski i propozycje.  Wypowiedzenie, lub porozumienie stron. Dlaczego tak się denerwujesz – ganiłem siebie w myślach -  wszak masz prawo dobrać sobie współpracowników  według własnego uznania.  I oceniać  pracowników szczególnie tych z  krótkim stażem pracy.
Może jestem humanistą a może po prostu nie nadaję się do tej roboty. Uważam bowiem że ból,  chociaż oczywiście różny,  towarzyszy zarówno  temu kto stracił nogę,  jak i temu którego bliski  tą nogę stracił.
Niestety na  merytoryczną  rozmowę nie było szans. Rozumiem rozgoryczenie, nie rozumiem natomiast oceny mojego życia, cech charakteru, moralności, sposobu wykonywania  pracy. Dodatkowo jako bonus  otrzymałem  życzenia,  aby spotkały mnie chyba wszystkie plagi egipskie. No i oczywiście abym wyleciał z pracy w następnej kolejności.
Cóż,  ten Pan Smith to wszystko przewidział.


Antoni Relski
42 komentarzy
08 maja 2010
Nasza  znajoma  przy  kieliszku czerwonego  wina  opowiadała nam,  jak przyszło jej zmierzyć się  z pierwszym razem swoje córki. Opowiadanie pełne było emocji i autentycznego dramatyzmu. Otóż jakiś czas temu,  nieświadoma niczego wróciła razem ze swoim mężem  z weekendowej podróży w góry. Po wejściu do przedpokoju zauważyła przylepioną do szyby żółtą karteczkę, na której córusia wprawną rączką napisała instrukcję dla Janka, jej faceta. Tekst brzmiał mniej więcej tak:
 „Kochany , przepraszam że nie ma mnie w tej chwili w domu ponieważ musiała wybrać się do dziadków na kolację. Proszę Cię nie zrażaj się i idź od razu do sypialni . Gdy wrócę odszukam Cię tam na pewno. „    
Dyskretna matka odlepiła samoprzylepną  memory stick  z szyby i pogrążyła się w domysłach . O mój Boże to już się stało. Córka skończyła osiemnaście lat  i rzeczą jak gdyby naturalną było, że stało się to co się stało. Po matczynemu martwiła się o swoją córkę. Po matczynemu odganiała od siebie tą myśl, że oto ktoś  dorwał się do miodu, tak normalnie bez pytania .  Wyobrażała to sobie inaczej. Fakt faktem,  że i ona nie konsultowała swego pierwszego razu  z rodzicami, zrobiła to na przekór, wbrew a może całkowicie obok, ponieważ dwadzieścia pięć lat temu nie było w zwyczaju dyskutować  z rodzicami na tematy związane z  materializowaniem  wielkiego uczucia. Rozważając wszystkie przeciw, oraz próbując doszukać się jakiegoś za, zdała sobie sprawę że tak naprawdę niewiele ewoluowała od czasu,   kiedy to jej rodzice chociaż nieświadomi faktu, przygotowywali się na ten jej pierwszy raz. Nie odważyła się na rozmowę  z córką. Teraz ta rozmowa po fakcie byłaby taka karykaturalna, zdominowana przez  wysokie mentorskie tony. Oszczędziła więc sobie taniej krytyki, ograniczając się do  obserwacji  zachowania córki. Kalendarz ten przyjaciel i towarzysz życia,  przez najbliższy czas był jej wrogiem. Dni mijały jeden za drugim,  jak gdyby w zwolnionym tempie. A kiedy powinien przyjść okres i nie przyszedł zaciskała palce z nerwów, odliczała godziny  i chwile. W tym liczeniu była zdecydowanie bardziej zdenerwowana od swoje córki. Jak to czasami bywa,  inicjacja seksualna córki spowodowała dwumiesięczny brak okresu. I na sam koniec znajoma nie wytrzymała  prowokując rozmowę z córką. Wysłała ją do swojej doktor ginekolog na badania i ustalenie najwłaściwszej do wieku antykoncepcji.
Znajoma zadbała o edukację córki. Zresztą żyje w kraju,  w którym  na lekcjach uczą się zakładać prezerwatywę na banana. Bogoojczyźniane zakazy z racji życia w innym kraju są jej obce.
 To zwalnia ją jak i innych rodziców z obowiązku zasadniczej rozmowy.  Jednak gdy przyszło ”co do czego” odniosła wrażenie,  że być może poświęciła zbyt mało czasu i zaniedbała tą najważniejszą z ważnych międzypokoleniowych rozmów. Kiedy tak słuchałem znajomej mimowolnie sięgnąłem pamięcią do rozmów uświadamiających z moimi dziećmi. Próbowałem również,  znaleźć w pamięci taką rozmowę z moim ojcem. Co do drugiej kwestii to nie przypominam sobie takiej  rozmowy. Pamiętam  natomiast doskonale,  jak  ojciec wspominał rozmowy ze swoim ojcem. Było to wtedy, kiedy byłem już posiadaczem pachnącego mlekiem  noworodka.  Dziadek  według relacji ojca ograniczył się do słów :
-  Słuchaj Stasiu, z piczką żartów ni ma.
Takie to przysłanie  dziadka towarzyszyło ojcu na początku dorosłego życia. Być może z tego powodu,  nie powinienem dziwić się swoim urodzinom po siedmiu miesiącach małżeństwa rodziców.
Brak materiałów pomocniczych, uświadamiających rozmów, oraz samopomoc koleżeńska na podwórku spowodowały,  że mój pierwszy raz przypominał bardziej wyprawę  z National Geografic  niż  szał miłosnych uniesień. Gdyby nie starsza, doświadczona koleżanka, być może zmagał bym się z jakąś odmianą postosunkowej depresji. Depresja, czy apatia, towarzyszą facetowi przez całe jego pracowite erotyczne życie.  
 Jak to się mówi wśród facetów? . Co to jest apatia?
Apatia to stosunek do stosunku,  po stosunku.  Jest coś na rzeczy.
Postanowiłem  nie kultywować rodzinnej tradycji. Jednemu z moich dzieci  przy pomocy słów, drugiemu z pomocą samurajskiego miecza i pochwy, wytłumaczyłem rolę penisa i wspomnianej pochwy. Uważam że dobrze odrobiłem tą lekcję. Bezpośredniość w traktowaniu tematu zaowocowała w przyszłości. Kiedy młodszy został facetem ,  wpadł w podskokach do domu,  aby faktem tym pochwalić się swoim starym. W tamtej chwili czułem się wspaniale. Byłem dumny, że  to moje ględzenie o miłości,  seksie, bez motyli i  biedronek, natomiast z wykorzystaniem wspomnianych mieczy nabrało sensu,  fantastycznego sensu.
Oto mój syn, nie pomny barierom międzypokoleniowym,  bez stresu  i wstydu  zakomunikował,  że stało się to co nieuniknione -  jest facetem. Tego luzu brakowało m i w kontaktach z moim ojcem.  Ja zacząłem przed odkryciem punktu G, syn potrafił z niego skorzystać.  Świat poszedł do przodu, pojęcie rodzicielskiej  odpowiedzialności czasem nie zmienia się . Ja nie nazwał bym tego odpowiedzialnością, dla mnie to raczej zmowa milczenia.
Narobilśmy  sobie dziadostwa, kiedyś w przeszłości . Nie ponosimy oczywiście odpowiedzialności za to,  co stało się setki lat temu. Ponosimy natomiast odpowiedzialność za to,  że wielu z nas nie robi nic by stan ten zmienić.
Szczera rozmowa z dziećmi. Uświadomienie im że seks to najpiękniejsza z rzeczy,  która może nas spotkać, a z drugiej strony  naturalna i nieunikniona,  bo wpisania łańcuch ciągłości pokoleń. Ba warunek konieczny owej ciągłości . W końcu bez tego „wstydliwego”  bara -  bara,  świat byłby jedną wielką  kontynentalną pustką.
 Marzy mi się podejście do tematu erotyzmu , jak do rzeczy naturalnych  niczym  posiłek i sen.   Higiena i rozsądek z korzystania ze wszystkich tych rzeczy, być może spowodowała by  ograniczenie tragedii ludzi młodych. A jeżeli przez rozsądną edukację udało by się uratować chociaż jedno ludzkie życie,  zamknięte w plastikową torbę i wyrzucone na śmietnik,  to ten cały wysiłek nabrałby sensu. Sensu wielkiego jak ludzkie życie.  Obłudni jesteśmy ukrywając wiedzę, a następnie  walcząc o niespodziewane  nienarodzone życie, nie interesując się zupełnie tym,  które się zaczyna.
Pan dał, pan wykarmi  - samo usprawiedliwiająca nas bzdura.
Antoni Relski
89 komentarzy
04 maja 2010
Telewizyjna Wróżka  Samanta czy Semiramida,  za cztery złote plus VAT,   rozłoży karty Tarota.  Zrobi to w twoim imieniu i w intymnej sytuacji.   Tylko Ona i Ty,  oraz pół miliona telewidzów. Ale to drobiazg, wszak tu idzie o Twoje szczęście. Może będziesz miał opory aby poznać odpowiedź na pytanie – kiedy umrę, ale są setki innych pytań. 
Czy na pewno wyjdę wkrótce za mąż ?
Kadzidełko i karty w ruch. Wiadomo karta lubi dym.  Lewą ręką na prawą stronę,  albo i odwrotnie. Gdzieś w tle zauważyłem szklaną kulę. Symbole, symbole. Rzekłbym nawet że to cały symbolizm  i tylko cena za tą pomoc jest zdecydowanie nie symboliczna.    
Spokojne cedzone słowa,  które rozbudzają ciekawość. Coś tam, gdzieś tam.
W tym roku?  Być może, ale to trzeba by dokładnie się przyjrzeć. Rosną emocje, tworzy się nastrój, bije licznik. Któż będzie jednak  patrzył na licznik,  kiedy ważą się losy,  moje, twoje, kraju i świata. Już nie zaglądamy wyłącznie  do kuchni własnego życia. Boże !
Niedowiarek rzuci okiem, najpierw na cennik, później obśmieje się jak norka  i zmieni kanał. Wytrwały wykręci po raz kolejny numer. W jednej z reklam zauważyłem gwarancję na dodzwonienie się za trzecim razem.  Pytanie czy zajęta linia natychmiast zrzuca, czy słucha się bzdur z muzyką w tle,  z telefonicznego automatu za wspomniane cztery plus VAT.
Wiem,  to jest wolny kraj i każdy może zrobić to co zechce ze swoimi pieniędzmi. Każdy może wierzyć w to co chce.  Że to daje szczęście, uśmiech i zadowolenie. Taki sam uśmiech   mam  kiedy wrzucę do puszki z napisem hospicjum pola nadziei. Dodatkowo mam uczucie zadowolenia i satysfakcji. Bezcenne uczucie i bezpieczne.
Czytałem ostatnio wypowiedź księdza  egzorcysty na temat  stwarzaniu podatnych warunków i otwierania się na złe moce.
Ponoć jednym z takich działań są wróżby i śledzenie horoskopów.
Tego akurat nie wiedziałem. Dodatkowo lubiłem rzucić okiem na gazetowy horoskop, szczególnie gdy zapowiadał mi szczęście w miłości, czy karierę w pracy.  Jedno i drugie mam  ale  dobrego nigdy dosyć. Dawało to takiego energetycznego kopa, brałem co  dobre a zapowiedź  złych chwil  kwitowałem pobłażliwym uśmiechem.
Kiedy jednak po przeczytaniu wypowiedzi księdza  rozejrzałem się  wokół,  zauważyłem że nastąpił  tak zwany come back, wszelkiego rodzaju wróżb, przepowiedni, horoskopów, analiz dat i numerów.
Wrzucam to wszystko być może nierozsądnie do jednego kotła,  ale trudno. Ponoć szanujące się  firmy  zatrudniają specjalnego człowieka,  który analizuje aurę człowieka, jego datę urodzenia i  jej wpływ na całe życie. W trakcie jednej z dyskusji  w sprawie zatrudnienia nowego pracownika,  jeden z członków zarządu spojrzał  na datę urodzenia,  następnie powiedział –  to siódemka , będzie dobrze. Dyplomy i umiejętności nie były  aż tak dokładnie analizowane.
Trzeba się nazywać Relski, Antoś Relski żeby wypalić.:
- A ja jaką mam cyfrę?
 - O Boże - jęknął  ktoś - tego nie analizowaliśmy.
Szybko podałem datę swoich urodzin.
 - Dziewiątka - policzył ktoś biegły w matematyce.
 I cisza.
To dobrze czy źle –  dopytywałem się.
To zależy-  powiedziała  kompetentna osoba - bywa różnie.
Dręczyło mnie jednak to czas jakiś, ale nie skorzystałem z telewizyjnej wróżki,  ale z bezpłatnej strony internetowej,  która automatycznie zliczyła cyferki  moje daty urodzin i wyrzuciła opis.  I co?  I rzeczywiście bywa różnie ponieważ: ( cytuję za w/w analizą )
Dziewiątka. To ciekawy typ Człowieka. 9 ma w sobie bardzo skrajne osobowości. Potrafi osiągać szczyty w szkole, pracy, ale bywa też tak, że jedną klasę powtarza 5 razy... Potrafi być niezastąpionym Psychologiem, Prawnikiem, który ze szczerego Serca pomaga, ale bywa, że 9 stoi pod sklepem od rana do nocy z piwem w ręku... 9 to ludzie, którzy muszą wszystkiego w Życiu doświadczyć, wszystkiego spróbować, dotknąć, są ciekawi Świata i ludzi. Są pomocne i ogólnie rzecz biorąc to bardzo dobrzy ludzie, tylko czasem gubią się w Świecie pełnym przemocy, okrucieństwa i niesprawiedliwości... W Miłości wierni i kochający raz i do końca! To ludzie, którzy wychodzą z założenia, że Miłość jest jedna do końca Życia! Choć zdarza się, że panie pracujący w klubach nocnych to też 9...
Jaki uniwersalizm bije z tego przesłania. Można i tak i tak . Można temu i temu.
Z drugiej jednak strony jeżeli mam wierzyć to nie jest źle,  ponieważ nie powtarzałem żadnej klasy  i nie lubię pić piwa pod sklepem  (chociaż  zdarzyło się ). Mogę więc spokojnie patrzeć w oczy  wszelkiej maści numerolożkom.   Dodatkowo byłem, nie powiem byłem, w Night Clubie,  ale bynajmniej nie w celach zarobkowych.
Nie ma więc  chyba strachu,  albo  jak mówią bracia Czesi - Ne ma problema.
Telewizja,  Internet  i specjalne SMS-y  spowodowały,  że nie słuchamy już czarnowłosej,   w kwiecistej spódnicy która  przepowiadając,  śpiewnym akcentem recytowała bez zająknięcia: Przyjdzie brunet porą ranną, będziesz wtedy młodą panną… Oczywiście tego bruneta można było zamienić na blondyna,  trzeba było tylko wcześniej, poprzez delikatne naprowadzanie  odkryć preferencje  ofiary.
Ale cyganka za darmo wróżyć nie będzie,  więc połóż dychę na rękę i chuchnij.  
A może  lepiej jak śpiewa Perfect :

Kiedy dręczy cię ból nie fizyczny
Zamiast słuchać bzdur głupich
Telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz
Spytaj siebie czego pragniesz.

I tego szczerego pytania i takiej samej szczerej wobec siebie odpowiedzi oczekujmy od  siebie zasypiając, bądź budząc się, kwestia wyboru.  Bo to przecież wolny kraj.
Antoni Relski
76 komentarzy

30 kwietnia 2010

Kwiecień 2010

30 kwietnia 2010
Mocne dębowe drzwi otwarły  się  szeroko,  ukazując ponure wnętrze, pełne smutnych postaci.  Protokolantka stanęła w  progu i powiedziała:
- Świadek Antoni  Reński proszony.
- Relski, poprawiłem dyskretnie swoje nazwisko.
Pani z niedowierzaniem spojrzała na mnie a następnie na przyczepioną do drzwi, z powodu awarii monitora, tradycyjną wokandę.
 A tak przepraszam  Relski – powtórzyła tym razem poprawnie.
Wszedłem nieśmiało, chociaż pogodzony z rolą jaką zapisał mi wymiar sprawiedliwości.
Nazwisko, imię i tym podobne jednostronne gesty grzeczności, zostały zaprotokołowane przez sprawczynię zmiany mojego nazwiska.
-  Dla pokrzywdzonego ?
- Nieznany – opowiedziałem
- Obcy – poprawił  sędzia
- Oby – poprawiłem się chociaż dla mnie obcy to jest listonosz, sąsiad z drugiej klatki.  Dla oskarżonego to ja jestem  całkiem obcy , właśnie  -mnie nieznany .
W zasadzie to obcych mi oskarżonych było około siedmiu,  z czego jak się okazało część przebywała na sali z własnej woli,  część reprezentowana była przez swoich pełnomocników-  znaczy się adwokatów.
- I co Panu wiadomo w tej sprawie? - po chwili zadał  merytoryczne pytanie Pan Sędzia.
- Nic mi nie jest wiadomo w całej tej sprawie – odpowiedziałem szczerze.
- A przecież Firma w której Pan pracował,  kupowała ciężarowe samochody służbowe.
- Tak osiem lat temu , w salonie samochodowym na zamówienie i odebraliśmy  je po wpłacie całej kwoty – odpowiedziałem nie rozumiejąc  istoty sprawy.
- Jak dokonaliście zakupu - pytał dalej Sędzia
- Tak jak to się zwykle robi, poszliśmy do salonu, wybraliśmy model i podpisaliśmy zamówienie.
- A dlaczego właśnie tam?
- Bo może to po drodze  z domu do pracy i zadziałało przyzwyczajenie? - odpowiedziałem jakby zadając pytanie,  ponieważ  nie widziałem powodów, by się nad tym kiedyś głębiej zastanawiać. Pasowała  cena, funkcje, wyposażenie, serwis.
- To ja  przeczytam zeznanie które Pan złożył.
- Zeznanie ? to było jakieś zeznanie?– pytałem sam siebie.
Sędzia otworzył dokumenty.  Z daleka dostrzegłem swój duży podpis, złożony tradycyjnie, wiecznym piórem. Nawet z daleka,  granatowe litery składały się w dające się przeczytać imię – Antoni.  Nazwisko może gorzej,  ponieważ świadomi końca podpisu stosujemy przy ostatnich literach jakieś  niecierpliwe rozciągnięcie.
Wtedy też przypomniałem sobie, że gdzieś w 2003  napisałem pismo, które było odpowiedzią na pytanie Policji o sposób zakupu samochodów i znajomość w tym kontekście firmy B i Pana Y.  Zdecydowanym głosem,  Sędzia  odczytał mi zeznania, może bardziej oświadczenie z którego wynikało że w 2003 roku  nie znałem wspomnianego Pana.
- Czy podtrzymuje Pan swoje zeznania – spytał Sędzia
- W całej rozciągłości, w dalszym ciągu nie znam Pana Y.
- Czy są jakieś pytania do świadka?
Nie ma ? Dziękuję Panu, proszę się zgłosić do sekretariatu po zwrot kosztów dojazdu.
Pięć, może siedem minut trwał mój występ na gościnnej  chociaż już nie małopolskiej ziemi.
Do chwili obecnej nie wiem czy byłem świadkiem oskarżenia, czy obrony ?.
A może byłem świadkiem neutralnym, który poprzez swoją obecność podnosi ilość uczestników procesu, dodając mu powagi.  Wśród poszkodowanych  był Urząd Skarbowy, a to już nadaje powagi sprawie.
Zapracowana  kobieta w sekretariacie, wyliczyła moją fatygę tak:  pociąg osobowy drugiej klasy,  czyli dwa razy dwadzieścia pięć złotych. Czas został tak skrojony,   że samochodem którym  jechałem wyprzedziłem grafik  raptem o piętnaście minut.  Sam koszt przejazdu autostradą to trzydzieści dwa złote. No cóż, dobre i to.
Tutaj pojawia się pytanie rodem z „Rejsu” w związku z procesem,  który trwa łącznie z postępowaniem przygotowawczym z siedem lat i sądząc  z miny adwokatów,  potrwa jeszcze parę.
I kto za to płaci?
Odpowiedź również jak z Rejsu
- Pan płaci, Pani płaci, społeczeństwo płaci.
Ja już odczułem osobiście na swojej kieszeni,  
A przecież tak  jak w Sadzie w X, z tą samą mocą mógłbym powtórzyć
- Nie znam nikogo w tej sprawie - przez Sędzią w Krakowie.
Notatkę z tego zdarzenia,  można by przesłać mailem  na adres Sądu w X. Można by skorzystać ze  Skype,  który jest za free.  Z przyjemnością stawiłbym się przed kamerą w sądzie o określonej godzinie.  Koszty transportu - bilet autobusowy, informacja dla pracodawcy - wyskoczę na pół godziny.
Ale po co. Ma być poważnie, z pompą  przytłaczające. Jak  samo wejście do Pałacu Sprawiedliwości.
Gdy wchodziłem  rankiem , zza drzwi, poprzez  nieduże szyby spoglądali na mnie strażnicy, wolni jeszcze od  natłoku obowiązków . Komentowali cos zawzięcie, ale czujny  wzrok zawieszony mieli na mojej, zbliżającej się postaci. Cudzy wzrok  na sobie z jakichś powodów daje się odczuć.   Przerwali wymianę zdań gdy wszedłem do holu i rzucili tylko suche
- Zawartość kieszeni proszę do tego koszyczka. 
Wyrzuciłem więc dwa komplety kluczy,  portfel z  drobnymi i telefon komórkowy. Aktówkę położyłem na taśmie,  która poniosła ją w głąb niedużego skanera. Jeszcze tylko małym czujnikiem  jeden ze strażników sprawdził moją aurę wokół całego ciała  i  dopiero wtedy mogłem zająć się  studiowaniem tablicy z opisem pokoi na drugim piętrze Sądu Rejonowego w X.
Z pozytywnych rzeczy.  Pod salą   spotkałem biznesowego znajomego,  który zestresowany jak ja,  nie był świadomy  powodów wezwania. Kiedy zrozumiał o co chodzi odparł,  że nie pamięta,  ponieważ od 2003 roku kupił jeszcze ze dwadzieścia podobnych pojazdów dla własnych potrzeb. Znajomy wygląda  świetnie. Starszy ode mnie,  nie przypomina tego smutnego gościa sprzed paru lat,  który odwiedzał mnie  w celach biznesowych.
Nowy image to  sportowe ubranie i sportowy  terenowy samochód. Ktoś mówił  kiedyś w zaufaniu - nowa żona.  Nie miałem odwagi zapytać, ale widząc go,  jestem w stanie w to uwierzyć. Szczególnie że w tej transformacji  zauważam podobieństwo z byłym premierem. 

Emocjonalne napięcie  puściło mnie w samochodzie  i tylko  nowa mapa w nawigacji ostrzegająca trzema gongami o tym że zbliżam się do  fotoradaru spowodowała,  że nie wyluzowałem się do końca. Istniało bowiem niebezpieczeństwo kontaktu z wymiarem sprawiedliwości w całkiem innym kontekście.


Antoni Relski
32 komentarzy
28 kwietnia 2010
W tekście „o mnie”  dokonałem zmiany.  Zmiany która dzieje się bez naszego udziału, a dla wielu wbrew. Już wczoraj musiałem odpowiedzieć na pytanie sędziego o wiek.  Pouczony o odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań zastanowiłem się chwilę  i niewprawnie jeszcze powiedziałem – pięćdziesiąt dwa. Tak to w wymuszony  sposób przerzuciłem  kartę  w książce mojego życia  Ależ to brzmi patetycznie!. Z drugiej jednak strony,  raz do roku.
Wieczorem patrząc w płomień dopalającej się  świecy zapachowej zamyśliłem się nad  liczbami, które po sobie następują i tych które już nie wrócą. 
Może to tylko w ramach ogólnopolskiej akcji reklamującej matematykę.

Do piątki dodaję dwójkę.
Samopoczucie na trójkę.
Na czwórkę męskie potrzeby,
więc działam sprawnie, ażeby

Dyskrecją szczelnie  okryty,
taktowny, niesamowity,
jedyną w swoim rodzaju
otworzyć Ci  bramę  do raju.

Jedynkę stawiam zaś bez złości
jako ocenę  swej skromności.
Za rok,  gdy znów  mi się uda
Z cyframi  wyczynię  cuda

Wieczorne telefony zmusiły mnie do wielokrotnego powtarzania -   pięćdziesiąt dwa. Na koniec   byłem już lekko przyzwyczajony.
Antoni Relski
42 komentarzy
26 kwietnia 2010
Perspektywa  wyjazdu,  o którym pisałem poprzednio, albo  kumulacja złych emocji z godzin,  które oddaję ze swego życia, w zamian za  cyklicznie wypłacaną pensję, zbyt małą by zrekompensować stresu ustawiła mnie w taki sposób. A może tylko odwieczna tęsknota, by chociaż przez chwilę myśleć, że wystarczy pomachać skrzydłami i unieść się w przestworza. Mieć taką możliwość na wyciągnięcie ręki i świadomie z niej nie skorzystać, dla dobra rodziny. Albo jeszcze inaczej. Wyrzucić z siebie ból istnienia, do kogoś kto równie jak ja  wyczulony na emocje, zaprawiony  tym samym środkiem co ja, wysłucha i zrozumie. Na koniec zaś przytoczy  historyjkę,  która wykaże,  że tak naprawdę to nie ja a on ma przerąbane.  Następnego dnia nie będzie  pamiętał tej całej rozmowy, a wszyscy  dla bezpieczeństwa ograniczą się do stwierdzenia:
- No. Wczoraj do daliśmy w dupę .
A może po prostu by się trochę sponiewierać, bez głębszego sensu i ideologii, umówiłem się na sobotni wieczór w gronie znajomych. Nawet złożyłem sobie na poczekaniu taki wierszyk który trzymał mi się  niczym upierdliwy refren piosenki nieustannie  nucony :

Gdy wszystko idzie mi po grudzie, gdy nie chce mi się dalej żyć.
To z kolegami  chcę na wódę , Bo żeby być to trzeba pić…

Mleko pijałem gdy dzieciakiem,  w pieluchę lałem  raz po raz.
I taką wtedy normę miałem,  że jeden cyc na jedną twarz

Pierwszy rowerek, pierwsza piłka i pierwsze wspólne serca bicie
I chciałem aby było pięknie. Bywało  ledwo należycie.

Gdy dojrzewania jął mnie ściskać metafizyczny wielki ból,
To z kolegami tanie wino, piłem na miedzy pośród pól

Aż pojawiła się w mym życiu kobieta,  co mnie chciała kochać.
I nie musiałem już jak Konrad, za milion cierpieć oraz szlochać

Sadzenie drzewa, remont domu, płodzenie syna, wierzcie mi,
Wpisały w mój życiorys wiele, wspaniałych  chociaż trudnych  dni.

Mniej czasu było by świat zmieniać. Choć świat nasz  się codziennie zmienia.
Właśnie osiągam  swój wiek srebrny, Mieszankę szczęścia i wk....enia.

Więc czasem gdy mi  jak po grudzie, gdy nie chce mi się dalej żyć.
Ze znajomymi piję  wódę,  wszak  czasem warto jest się spić.

Następnego dnia nie  miałem ochoty na dyskutowanie o  przesłaniu poezji,   ponieważ  za  Wiesławem Gołasem   skłonny byłem  nucić :
Tupot białych mew o pusty pokład...
Ból istnienia  odczuwalny do niedzielnego obiadu, harmonizował z niechęcią do głębszych przemyśleń.  
Przypominało mi się jednak  takie  powiedzenie:
W pewnym  wieku,  jeżeli obudzimy się i nic nas nie boli, to znaczy to że nie żyjemy.
W niedzielę żyłem więc pełną piersią
Antoni Relski
22 komentarzy
22 kwietnia 2010
-Narozrabiałeś gdzieś w Polsce – powiedziała żona, zaraz jak tylko  odebrałem telefon. -Przyszło wezwanie do sądu.
- Do jakiego Sądu?- spytałem  zaskoczony kwestią,  ponieważ moje myśli krążyły wokół całkiem innego problemu.
- Nie wiem koperta jest zamknięta ja tylko podpisałam żółtą kartkę listonoszowi.
- Zwrotkę?
- Nawet z refrenem - zażartowała sobie żona.
Dzień miałem załatwiony. Przez głowę zaczęły się przewalać, rok po roku, lata mojego życia. Dzielone później na kwartały,  ponieważ z miesiącami zaczynałem mieć problem.
Do sądu? W jakiej sprawie? I przede wszystkim jako kto?
O ile dobrze przypominam sobie,   jedyne moje  wątpliwe  zachowania, to zdjęcia które z fotoradarów przychodziły  na mój adres. Każdy jednak uczciwie zapłaciłem,  w myśl przerobionego na swoją modłę  przysłowia –  kto łamie i płaci honoru nie traci.
Nie wzywany, nie legitymowany nie protokołowany.  Nie. Zaraz, zaraz,   zgłosiłem kradzież radia.  Cztery lata temu, ale po miesiącu umorzyli z powodu nie wykrycia.  Wypłacili odszkodowanie i zapomniałem o bólu rozbitej szyby.
A z pięć lat temu rzeczywiście składałem zeznania  przed  Sądem,  w sprawie klienta który kupił w naszej firmie i nie zapłacił.  Na salę wprowadzono go już w kajdankach  i tyle pamiętam, ponieważ imię nazwisko, nazwa firmy czy kwoty,  uleciały gdzieś z mojej pamięci.
Zresztą tyle lat. Facet pewnie już na warunkowym.
Czas  uparł się,  aby tego dnia nie spieszyć się. Kwadrans za kwadransem  mijały godziny. Trzynasta. Boże mój jeszcze trzy. Pomimo prób, z zakamarków pamięci nie udało mi się  wygrzebać nic więcej.  Do domu biegłem po dwa schody, a zaraz po wejściu rozerwałem  nerwowo kopertę.
 Sąd Karny w odległym o ponad dwieście kilometrów  mieście, wzywa mnie w charakterze świadka.  No dzięki Bogu. Ciśnienie zauważalnie spadło. Spojrzałem jeszcze raz na nazwę  miasta, rzeczywiście ponad dwieście.  Czytam dalej:  w charakterze świadka, w sprawie karnej przeciwko Piotrowi P i inni.   Ja przecież nie znam żadnego Piotra P,  o innych nie wspominając.  
- Być może doszło do jakiejś pomyłki - ratowała sytuację żona.  Może ktoś coś pomylił. 
Nie mogłem tego sprawdzić od razu ze względu na późną porę. Zmarnowany wieczór  i przesrana noc.  Do codziennych problemów dołączył nowy kłopocik.  A już codzienne sprawy, kiedy tylko sobie o nich przypomnę,  nie dają mi zmrużyć oka. Kłopocik działał jak wzmacniacz.
Następnego dnia od samego rana wydzwaniałem do Sądu.  Za którymś razem udało się.
- Dzień dobry. Ja dzwonię w sprawie numer taki i taki.  Wie Pani dostałem wezwanie,  a nie znam sprawy, człowieka i nie przypominam sobie składania zeznań?  Może mi Pani odrobinę pomoże.
 - Ze względu na karny charakter sprawy nie mogę Panu udzielić żadnych informacji – usłyszałem w słuchawce.
 - Ale to może być pomyłka co do osoby. Może to Pani sprawdzi.
 - Jeżeli dostał Pan wezwanie,  to Pani Sędzia chyba wie co robi? – odpowiedziała Pani Asystent,  określając coraz dokładniej moją pozycję w tej rozmowie.
- Ale wie Pani,  to jest ponad dwieście kilometrów w jedną stronę , muszę wziąć  urlop z pracy a dodatkowo  opiekuję się…
- Jeżeli Pan nie pojawi się na rozprawie to zostanie Pan doprowadzony – zakończyła w swoim urzędniczym stylu Pani Asystent .
- Widzę że nie mam innego wyjścia – skapitulowałem.
- No nie ma Pan – podsumowała ze swej strony młoda z głosu Pani Asystent Sędziego.
Po rozmowie  jestem głupszy niż przed i tylko dodatkowo  nastraszony.
I tak to zgodnie z moim obywatelskim obowiązkiem wezmę urlop, zatankuję samochód do pełna i pojadę,   aby na miejscu dowiedzieć się o co chodzi. Totalnie nie przygotowany, czego nie lubię.  A koszty?
Co prawda mogę zwrócić się z podaniem do Sądu o zwrot kosztów, ale:
Za drogę,   mogę otrzymać  zwrot kosztu najtańszego środka transportu ,w najniższej klasie. Dziękuję.
A na zwrot utraconych zarobków mogę liczyć ewentualnie, po zwróceniu się do sądu z prośbą.  Jako załącznik  należy przedłożyć zaświadczenie z miejsca pracy o zarobkach.
Wiadomo że nie będę  się chwalił  wezwaniem do Sądu. Ilu z poinformowanych uwierzy w moją rolę?. Zresztą od dawna się mówi : ukradł czy jemu ukradli,  cóż to za różnica?
Z tego samego powodu nie wezmę  zaświadczenia o zarobkach, ponieważ powinienem wskazać cel.  I już z  płac pójdzie hasło, że zaświadczenie pewnie potrzebne do wyliczenia alimentów,  a ktoś gotów  potwierdzić, że widział to małe dzieciątko i  całkiem jest do mnie podobne. I skrzywdzoną matkę oczywiście też widział.
- Wie Pani , ona miała takie smutne oczy. Wykorzystał bidulę stary rozpustnik!
Znaczy się dzień w plecy. Nastrój w plecy, finanse w plecy.
I dziwić się, dlaczego  na pytanie stróżów prawa  najczęściej odpowiadamy:
 – nie wiem, nie widziałem.
To zdecydowanie redukuje przyszłe kłopoty.
A dodatkowo stres dla człowieka nie obytego w kontaktach z wymiarem sprawiedliwości, który to wymiar traktuje wszystkich jako swoich byłych, obecnych, lub przyszłych klientów.
Kayah śpiewa że” strach lepszy jest niż szacunek” i widać że jeszcze często urzędnicy z tej piosenki czerpią swoje natchnienie.
A ja powoli zaczynam się czuć jak  w Procesie  Kafki.  Antoni R. brzmi równie dobrze jak Józef  K.
„Czarny chleb i czarna kawa ….” . Tak mi się jakoś przyplątał ten muzyczny motyw i trzyma   od pewnego czasu. To taki auto prześmiewczy element mojego charakteru. Wszystkich traktuję równie prześmiewczo, siebie nie wyłączając. 
D-day  dopiero z początkiem przyszłego tygodnia, ale humor mam zepsuty od ubiegłego.
A w tym pierdlu w  sytuacji ekstremalnej,  czy dostanę w ryj, gdy na pytanie  - grypsujesz? ,   odpowiem – Nie. Ja bloguję.


Antoni Relski
42 komentarzy
19 kwietnia 2010
Z wybiciem północy motyle odzyskały swoje barwy.  Dzisiaj rano słońce wstało  pełnią swoich barw,  a telewizory zaczęły nadawać  w dedykowanym systemie true color.   Życie wraca do normy. Kina wrzucą na projektory szpule z najnowszymi filmami, domy handlowe włączą reklamy i puszczą głośną muzykę.  Wieczorem  knajpki zapełnią się klientami, a  ćmy barowe jak w poprzednich tygodniach zaczną  połyskiwać karminem ust.
Agencje prasowe już przynoszą informacje o tworzonych  ad  hoc koalicjach. Możemy,  już możemy
Od dzisiaj  możemy już różnić się,  czyli  szarpać  i dzielić  po Polsku. 
 Odzyskaliśmy glejt na swobodne obrażanie się na innych i lekceważenie adwersarzy. Można wytykać małość i  miałkość  idei, dwulicowość zachowań i łamanie złożonych ledwie wczoraj  deklaracji. Czerwoni przeciw czarnym, biali z  zielonymi, przeciwko żółtym, a wszyscy razem przeciwko gejom  i masonom. Aż skóra cierpnie na plecach na samą myśl że trzeba będzie nadrobić stracony tydzień.
Jeszcze dzisiaj trochę  onieśmieleni, ale jutro to na pewno się zmieni. Andrzej Sikorowski śpiewał co prawda przy innej okazji :
- A jutro znów pójdziemy na całość
za to wszystko co się dawno nie udało ..
I trochę dalej :
 a jutro znów pójdziemy na całość
miasto będzie patrzeć twarzą oniemiałą …
Co tam  miasto,   oniemieje cały kraj. Aż świat się cały zadziwi, bo  my nie będziemy się rozmawiać na drobne .
 A trawa wokół mnie tak samo zielona jak trzy dni temu. Na gałęziach  więcej pąków przeradzających się w liście.  Ptaki ćwierkają jak zwykle radośnie, ich nie obowiązywał czas oficjalnej smuty. Niebo  pełne chmur,  które tylko poprzez świadomość pyłu wulkanicznego,  wydają się bardziej szare  niż w zeszłym tygodniu. W radio leci muzyka elektroniczna lub rap może dance, a pianiści oderwali zgrabiałe dłonie od  fortepianowych klawiatur. Pozostaje smutek rodzin ofiar  i deklaracje. Czas pokaże czy będą miały pokrycie. Z doświadczenia mojego półwiecza wiem,  że z realizacją bywa różnie,  najczęściej  źle  i nijako. Chociaż  wszystko jest względne.  Z okazji narodowej żałoby w radio, nasłuchałem się rockowej klasyki z lat 70 -tych i 80-tych . Deep Purple,  Scorpions nawet Metallica. Utwory które w czasach  dorastania dawały mi radość,  teraz miały   być tłem smutku i refleksji.  Zrozumiałem  w końcu  dlaczego tak rzadko goszczą  na falach eteru.  Nie usunę jednak tych płyt z samochodu. W dalszym ciągu będą mnie stymulować do radości.
 - Show must go one -  śpiewał   Freddie Mercury.   Wraca więc  „Taniec z gwiazdami” ,” Śpiewaj i walcz”,  „ Tak to leciało”   i  setka  innych cukierkowych programów i  seriali, odbierających nam swobodę samodzielnej  oceny.  O przepraszam wolę możemy wyrażać za pośrednictwem  SMS-a  po wpisaniu cyfry pięć i wysłaniu na numer 74 coś tam coś tam,  za cztery złote netto plus VAT.
 Normalnieje. Dzisiaj rano jak zwykle,  sąsiad wyprowadził psa na dużą kupę i tradycyjnie udał, że nie dotyczy go obowiązek sprzątania po swoim ulubieńcu.   Inny dojechał do mojego zderzaka tak, że z szeregu wyjeżdżałem dziesięć minut  wprost pod śmieciarkę, która ustawiła się na środku drogi. Zagradzając wyjazd z osiedla  warczącą ciężarówką , operatorzy kubłów na śmieci  rzucali nieprzyjazne spojrzenia na chcących wyjechać.  Jesteśmy w pracy  rzucił jeden pod nosem. A my kurde co?   Jedziemy na imprezę do  francuskiego konsulatu?.  
Nabrałem powietrze pełnymi płucami . Żyć!
Antoni Relski
36 komentarzy
16 kwietnia 2010
To była kolejna  z moich szpitalnych  wizyt. Wlokłem się obładowany reklamówkami z żywnością, środkami higieny osobistej, oraz  medykamentami.  Przemykałem szpitalnymi korytarzami szybko, z wprawą powstałą w wyniku kilkutygodniowych już marszów w tę lub drugą stronę. Zastanawiałem się dlaczego codziennie potrzebujemy tak wielu rzeczy? . Dlaczego za najważniejszą rzeczą o którą chcemy zadbać to jedzenie.  W  jakim celu każdego szpitalnego pacjenta tuczymy i poimy bez opamiętania. I soczek i może ciasteczka, a jabłuszko? Koniecznie! Wpisałem się niestety,  w ten schemat szpitalnych zwyczajów .  Działałem według kartki, a wizytując żonę otrzymywałem kolejną   do realizacji. W niedługim czasie szpitalne łóżko obudowało się w dziesiątki mnie lub bardziej potrzebnych rzeczy. I jeszcze słoniki na szczęście. Pierwszego przyniosła stara znajoma i ktoś z rodziny niemal równocześnie. Pod koniec pobytu parapet okienny oddany został we władanie dwudziestu czterem słoniom różnej maści, wielkości i urodzie. Dzisiaj kolejne zakupy, czysty ręcznik i zaległa korespondencja.
Jeden cel:  piętro, oddział i pokój. Na oddziale zatrzymywałem się co jakiś czas, aby zamienić zdanie  lub dwa , z osobami z którymi zaprzyjaźniłem się w tak zwanym międzyczasie.
- Oj jak pan ładnie już chodzi!
- Jest coraz lepiej, ja to codziennie obserwuję.
- Co tam u mamusi?
-  Kiedy ściągają szwy?
Standardowe rozmowy, wywołujące  chwilowy uśmiech na zbolałych twarzach.
Pamiętam jednego z pacjentów , który po wypadku samochodowym uderzył głową w drzewo. Przeżył , ale jak to mówił jego ojciec -  zresetował się.  
Powoli uczył się mówić, chodzić, rozumieć. Kiedy wchodziłem na Oddział widywałem go jak razem z ojcem krok po kroku przemierzali szpitalny korytarz.
- Idziecie jak Felicjan na Kopiec? – pytałem.
Na Kopiec i  trzy kroki dalej -  odpowiadał ojciec, a syn uśmiechał się, szczególnie po   zdaniu :
 - Jest lepiej niż dwa dni temu.
Nigdy nie uważałem że cierpieniem można się zarazić. Ale odrobiną empatii na pewno można   pomóc , również sobie  Nie jestem wyjątkowy, po prostu problemy mojej rodziny pozwoliły mi otworzyć się na świat ludzi chorych.
Tym razem wędrówka   nie wiązała się z nadmierną ilością rozmów. Być może nietypowa pora spowodowała, że korytarz był raczej pusty, pomijając oczywiście chorych leżących na dostawkach. Nawet zdziwiłem się, że jest to jeszcze praktykowany korytarzowy zwyczaj. Nieludzki  zwyczaj ze względu na intymność z której chory w takim korytarzu jest odarty. Ale być może ratowane życie jest ważniejsze?.  Rozejrzałem się  wokół,  leżeli z reguły ludzie starsi, być może dlatego niezaradni, przyjmujący z pokorą to co niesie los. Minąłem drugie lub trzecie łóżko próbując aby chociaż wzrok nasz skrzyżował się na chwilę i by choć na chwilę na tej twarzy zagościł  cień uśmiechu.  Nawet szło jak wymyśliłem. Dwa łóżka dwa uśmiechy, trochę zadziwione, może trochę zaskoczone. W każdym razie oczekiwane bo  nieczęste w tym zabieganym świecie.
Osoby pozbawione dzwonka alarmowego, dla załatwienia swojej bardziej lub mniej życiowej sprawy próbowały  posłużyć się kimś przechodzącym. Niestety furkot fartuchów personelu, powiewających od powstałego przy szybkim marszu  wiatru, owiewał tylko te smutne i zawiedzione twarze.  Przy trzecim  łóżku, kiedy moje oczy spotkały się z oczami tego starszego człowieka i tutaj  zdarzyła się ta historia.   Kiedy nasze spojrzenia spotkały się , jego  w pół przymknięte oczy otwarły się z całą mocą. Podniósł z wysiłkiem  siwą głowę  jak gdyby próbował mi coś powiedzieć. Usta jednak poruszały się tylko na kształt słów, bezgłośnie. Wyciągnął wychudzoną rękę .Myślałem że  coś chciał mi pokazać.  Myślałem żęe chce aby podać mu wodę , okulary czy coś tam co leżało na podręcznej, metalowej, szpitalnej szafce.
- Czy coś podać? - zapytałem  spoglądając na wskazanie dłoni, ale on tylko powtórzył coś bezgłośnie i skierował dłoń bardziej w moim kierunku.
Podniosłem swoją i w połowie drogi nasze ręce spotkały się. Uchwycił mnie desperacko. Z początku delikatnie, a później mocno coraz mocniej. Jak gdyby  bał się że wyrwę tą swoją i odejdę.
Patrzył mi prosto w oczy a ja odniosłem wrażenie, że jego  źrenice stały się większe.
- Czy coś podać ? - powtórzyłem
- Może wezwać lekarza?. Zanegował gestem głowy.
 Nie próbował już mówić nic, patrzył mi tylko prosto w oczy, utrzymując zadziwiająco mocny uścisk.
Trwało to chwilę  krótszą, lub dłuższą,  a może tylko błysk chwili, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.  Nagle podniósł głowę, złapał dwa lub trzy razy powietrze i zastygł w bezruchu. Uścisk zwolnił się, a oczy pozostało otwarte. Nie potrafiłem  wyswobodzić się z jego uścisku, nie potrafiłem lub nie chciałem. Trzymałem ją jeszcze chwilę w swojej, a później delikatnie położyłem  jego dłoń na łóżko. Podbiegłem do pielęgniarek. Kiedy dowiedziały się o kogo chodzi, powiadomiły lekarza -  że już. Powoli podeszli do zmarłego. Jak się później dowiedziałem, tak miało być, kwestia czasu. Uspokoiłem swoje sumienie, które już zaczynałem atakować za brak zdecydowanej reakcji.
 Zastanawiałem się nad swoim zachowaniem. Kiedy umierał  obcy mi człowiek  trzymając mnie za rękę, kiedy zdałem sobie świadomość ze zdarzenia w którym uczestniczę, zachowałem się nad wyraz spokojnie. Nie panikowałem, nie odsunąłem ręki. Nie odczuwałem żadnych negatywnych emocji, strachu, niechęci czy jakiegokolwiek chociażby  obrzydzenia.  Odwrotnie czułem się  na swój sposób wyróżniony, przez obcego mi człowieka. To on zdecydował się odejść z tego świata w mojej obecności. Na chwilę trzymania mnie za rękę musiałem być dla niego kimś bliskim.  Byłem najbliższy.  Wyróżnienie, odpowiedzialność, gest?   Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Człowiek , drugi człowiek.  
Co ciekawe, w mojej pamięci zachował się obraz ciepłego staruszka. Nigdy nie pojawiało się to w moich myślach czy snach  w kategorii horroru czy czegoś równie mrocznego.
Zdarzenie które mnie spotkało jest typowe i codzienne  dla obsługi i wolontariuszy hospicjów, mnie zdarzyło się po raz pierwszy. Dlaczego?
Tempo i styl życia. Pragnienie awansu, strach o utratę pracy i w końcu odejście od tradycji  rodzin wielopokoleniowych powoduje,  że  brak nam czasu dla odchodzących. Brak czasu, brak cierpliwości w końcu  niezrozumiała próba ochrony dzieci przed widokiem śmierci.  Bo to takie nieestetyczne. Tak? . Poczekajmy chwilę. Dzieci wynoszą schematy zachowań z własnych domów.  I zdarzyć się może że i one  skutecznie ochronią swoje dzieci przed  nieestetycznymi widokami związanymi z nami.  A wtedy?  Czy pozostanie nam  oczekiwanie na przypadkową  dłoń,  która pomoże w przejściu na drugą stronę?
Mój umierający nieznajomy miał  ponoć  rodzinę,  kurczowo trzymającą się szczebli własnej kariery.
Kupienie  raz w tygodniu wody, herbaty czy czekoladek Merci w całości wypełniło im potrzebę kontaktu z  umierającym ojcem.
Przecież  wiadomo z reklamy,  że czekoladkami Merci dziękujesz najlepiej.
Uścisk dłoni to taniocha!

Antoni Relski
86 komentarzy
12 kwietnia 2010
Kilka lat temu przeczytałem w Tygodniku Powszechnym  następującą wypowiedź księdza Malińskiego:
„ Gdy już wszystko i wszystkich oplujemy, sponiewieramy, zmieszamy z błotem, zadepczemy. Gdy już każda świętość zostanie przez nas wykpiona, wyśmiana, zbezczeszczona, splugawiona.
Gdy już wykażemy, że miłość jest tylko seksem, że bezinteresowność jest interesem, prawdomówność - zakłamaniem, sprawiedliwość - zemstą. Gdy już z całą satysfakcją udowodnimy, że wszyscy są złodziejami, oszustami, szubrawcami. Gdy już odbrązowimy wszystkie autorytety, bo odkryjemy, że mędrcy nie byli tacy mądrzy, wielcy politycy popełniali błędy, wielcy święci bywali małostkowi. Wtedy nawet już nie będzie Tego, któryby powiedział: "Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień".
Tekst powstał w związku z pewnymi, wiadomymi problemami księdza, ale ta wypowiedż ma dla mnie dużo bardziej uniwersalny sens. Dlatego też ctyuję go dzisiaj, w okresie narodowego smutku.
Kilka lat temu, przeżywaliśmy narodowy bół rozrywający  serca. W tych trudnych chwilach  lgnęliśmy do drugiego człowieka.
 Bratali się wszyscy, nawet kibice Cracovii i Wisły. A później  sytuacja wróciłą do normy. Czy machający bejsbolem kibol pamięta tamte gesty i słowa?   
A może by tak korzystając z obecnej chwili narodowej zadumy postarać się bardziej niż pięć lat temu.
A gdybyśmy tak na co dzień potrafili odnaleźć człowieczeństwo w drugim człowieku.
Gdybyśmy chcieli zrozumieć jego racje, lub chociażby tylko spóbować je zrozumieć?
Gdybyśmy dostrzegli to wewnętrzne piękno duszy, a nie to powierzchowne, będące efektem plastycznych operacji?
A gdybyśmy nie  czekali z dobrym słowem  do pośmiertnych wspomnień?  
O zmarłych należy mówić dobrze albo wcale. Media od czasu sobotniej tragedii pełne są wspomnień żywych o zmarłych. W myśł  powyższej zasady opowiadają o niespotykanych zaletach tych którzy odeszli. O talentach, zdolnościach, umiłowaniu bliźniego i  wielkim sercu które już niestety nie bije. Odnoszę wrażenie  że Bóg czy jak ktos woli los,  wybiera z pośród nas  intelektualny kwiat i śmietankę  ludzkiej dobroci. Prawidłowośc tę zauważył i wyartykułował  Rektor Uniwersytetu Jailońskiego w dzisejszej wypowiedzi do telewizyjnej kamery . Sens był mniej więcej taki: O zmarłych mówimy dobrze, dla żywych brakuje nam sentymentu. Świat byłby rajem gdybyśmy potrafili dobrze mówić o żywych. Ostatnie dni  przynoszą tak wiele dowodów potwierdzających słusznośc wypowiedzi Jego Magnificencji.
Antoni Relski
15 komentarzy
09 kwietnia 2010
Wczoraj pomiędzy jednym a drugim zestawieniem które tworzyłem z samozaparciem, odwiedził mnie znajomy z poprzedniej pracy. Byłem pogrążony w tej robocie ponieważ wiadomo nie od dziś, że zestawienia tworzy się nie w celu informacji, a jednie w celu ochrony dupy tworzącego.
Tak dokładnie to znajomy był z poprzedniej, w stosunku do poprzedniej. To chyba znak że zapadam w pamięć i po mimo mikrego wzrostu, trudno mnie z niej usunąć. Sentymentalnie tak przywiązuję się do miejsc jak kot i do ludzi jak pies. W tym zestawie zwierzęcych instynktów pozwalam sobie, przynajmniej raz do roku odwiedzić znajomych z którymi nie pracuję już od czternastu lat. Gdy jednego roku zapomniałem o tym zwyczaju, zadzwonił szef i w niewybrednych słowach zaprosił mnie na wizytę. Piszę niewybrednych, ponieważ szef nerwus i wrzodowiec, znany był ze swego niekonwencjonalnego języka. A przy takim słownictwie, moje poddawanie w wątpliwość nieomylności szefa jakoś mi uchodziło. Z perspektywy widać, że bardziej pamięta się krnąbrnych o których przyjdzie nam się potknąć na swojej drodze, niż tych miękkich jak plastelina, po których przechodzi się bez wysiłku. Trzeba tylko uważać aby się nie pośliznąć. O nich zapomina się zaraz po przejściu. Kiedy w końcu po wspomnianym przywołaniu pojawiłem się na kawie, stary rzekł:
- Widzę Relski że wydoroślałeś w końcu.
- To że tutaj pijemy radośnie kawę znaczy że obaj wydorośleliśmy – odwzajemniłem komplement.
- Ale zostałeś sobą - dodał stary.
- Dzięki Bogu - wyrwało mi się po staremu.
Wracając zaś do wczorajszych odwiedzin. Znajomy oprócz dobrego słowa, podrzucił mi mąkę. Dwa razy po pięć kilo. Raz razową z otrębami, a raz pszenną „weselną”. Z połączenia tych dwóch mąk piekę chleb domowy. Piekę to może zbyt dosłowne określenie. Od czasu kiedy kupiłem maszynę do pieczenia chleba, ona za mnie miesza i wyrabia. Mnie pozostaje dobrać odpowiednio proporcje i wybrać stopień opieczenia. Nie jest to bynajmniej łatwe zajęcie, ponieważ proporcje inaczej dobiera się przy tak zwanym ręcznym mieszaniu, kiedy zawsze można dosypać mąki, czy dolać mleka. Tutaj zbyt duża ilość wody spowoduje, że ciasto wyrośnie znakomicie, a następnie spektakularnie opadnie, tworząc chleb na kształt wulkanu po erupcji. Nieograniczona możliwość dosypywania ziół i przypraw powoduje że chleb jest niepowtarzalny. Tylko ten czas, od wsypania do wyjęcia to trzy godziny. No i jeszcze te dwadzieścia minut aby ostygł chociaż trochę , ponieważ nóż kaleczy, a nie tnie, taki świeżo wyjęty z formy bochenek. Zapach pod koniec pieczenia powoduje, że nie udaje nam się dotrzymać tych dwudziestu minut.
A potem już tylko masełko, solo wystarczy. Albo margaryna to już kwestia wyboru.
W ramach wykorzystania wszystkich funkcji maszyny robię na niej także ciasto na pizzę. I chociaż nie wychodzi mi to podrzucanie wirujących krążków drożdżowego ciasta, to potrafię je rozklepać tak że pizza jest cieniuteńka jak w firmowych zakładach, do tego ten zapach. Prawdą jest to że człowiek je oczami i nosem. Przekładając to na inne dziedziny życia - prysznic to mój wielki przyjaciel.
Wracając do chleba. Szerokim łukiem jak mogę unikam marketowych wyrobów przypominających w smaku watę, chociaż wygląd i zapach czasami potrafią mnie zmylić. Jak głupi, nabieram się na określenie chleb fitness. A prawie wszystko pięknie pokrojone i zapakowane. Pamiętam wizytę moje ciotki z ameryki, na początku lat siedemdziesiątych. Wraz z mężem prowadziła małą piekarnię i opowiadała o swojej nocnej pracy . Największe wrażenie zrobiło na mnie to, że gotowy chleb kroi na kromki i pakuje w papierowe torebki.
Boże ty mój, tym amerykanom całkiem przewróciło się w głowie Nie dosyć, że mają chleb bez kolejki to jeszcze trzeba za nich kroić.
Ponieważ zakup chleba, zwłaszcza na niedzielę należał do moich obowiązków, ganiałem do piekarni PSS Społem. Tam na zapleczu pieczono chleb pszenno żytni, w formie dużych okręgów i wadze dwóch kilogramów. Pamiętam jak stałem w kolejce i czekałem, aż świeży wypiek wyjdzie z pieca. W głębi zaplecza widziałem jak dużymi drewnianymi łopatami piekarze wyciągali chleb z pieca na specjalny wózek i do sprzedaży. Pomimo tego że jakiś czas stygł jeszcze przed sprzedażą, chleb parzył w ręce i trudno go było bez problemu donieść do domu. Wypracowaliśmy metodę przerzucania bochenka raz w lewą, raz w prawą rękę. I biegiem do domu. A że nie zawsze udało się trafić w biegu w chleb, zdarzało się, że bochenek wypadał z dłoni. Podnosząc go, za każdym razem z szacunkiem całowałem jego skórkę . Taki wpojono nam szacunek dla chleba jako daru bożego. Upadły chleb podnosiłem szybko, całowałem mając wyrzuty sumienia i licząc że dobry Pan Bóg tego upadku nie zauważy.
Kto dzisiaj oprócz oficjeli na tradycyjnych dożynkach całuje jeszcze bochen chleba?
Nawet na mojej wsi odeszli od tego zwyczaju, chociaż nadal przed pierwszym krojeniem nowego bochenka,  ze spodniej strony robią  nożem znak krzyża.
Stary  chleb nie lądował nigdy w koszu. Nikt też nie kupował wtedy tartej bułki przy obfitości własnego surowca. Suchy chleb odbierali też hodowcy królików, kur i wszelakiej maści domowego inwentarza.
Dzisiaj mamy po amerykańsku. Chleb krojony w kromeczki, pakowany w papierowe torebki z kolorowymi naklejkami. Pełne półki tego chleba, a kiedy wracam do domu, koło osiedlowego śmietnika walają się kawałki suchego, kupionego na wszelki wypadek chleba. Pół biedy jeżęli staje się karmą dla gołębi czy wróbli, gorzej że to szwedzki bufet dla gryzoni.
I chleb coraz bielszy ponieważ zaczyna brakować żyta. Coś niesamowitego!. Powód jest prozaiczny. Ponieważ z jakiegoś powodu uprawy żyta nie są dotowane z funduszy unijnych, na zachodzie nie opłaca się go siać. Z braku własnego surowca zachód kupuje żyto u nas. Z powodzeniem, ponieważ cena jaką proponują na Niemcy jest tak wysoka, że nam to się opłaca nawet bez unijnej dopłaty. Nie opłaca się natomiast kupować go naszym piekarniom, stąd coraz częściej chleb mieszany bywa tylko przyprószony żytnią mąką, przez to jest coraz jaśniejszy i coraz mniej smaczny. Brak żyta to koniec z barszczem białym. A jak mówi reklama taki barszcz robią tylko Polacy.
O maszyna zapiszczała trzy razy. Otworzyłem pokrywę i wyrzuciłem chleb z formy. Cudny, motywujący zapach.
Chleb. Umieszczony w podstawowej modlitwie - Ojcze Nasz!
Chleba naszego powszedniego … recytujemy bez zająknięcia.
-  Swoją drogą, ile musieli dać piekarze? -  zastanawiali się przedstawiciele jednej z  największych i najstarszych  religii którzy w dowcipie próbowali namówić Papieża  do zmiany słów tej właśnie modlitwy poprzez dodanie  do :  chleba naszego powszedniego  …. i coca coli
 Ale żarty na bok, kroję….
- Żebyś nie musiał jeść czarnego chleba, jak ja za okupacji - mówiła matka kwitując kiedyś moje gastronomiczne marudzenia. Dzisiaj ten ciemny jest moim ulubionym.
I powiedzcie, czy ktoś dogodzi człowiekowi?
Antoni Relski
22 komentarzy
05 kwietnia 2010
Zaprzyjaźniony Gazda z Podhala opowiadał mi o swojej wizycie u amerykańskiej wnuczki w Chicago. Mile zaskoczony w konsulacie amerykańskim,  gdzie urzędnik wydał mu wizę bez oporów i tradycyjnego  amerykańskiego  biurokratyzmu. Może dlatego że Gazda nie wygląda ani ni arabskiego terrorystę, ani ze względu na wiek, na rodzimego zbieracza azbestu. Był widział. Kolorowe  zdjęcia świadczą o tym,  a opowiadania  z krainy amerykańskiej polonii -  bezcenne.
Czy jednak taki wyjazd za Wielką Wodę jest bezpieczny? Nie mówię tutaj o skrajnych przypadkach  WTC,  ale o zwykłe niebezpieczeństwo, którego pełno wokół , a które przyjść może z najmniej spodziewanej strony. Ale po  kolei    
Czyż może być lepsza chwila na spotkanie z przyjaciółmi  niż letni pogodny wieczór? Czy może być bardziej dogodna chwila niż brak starych w domu, dzięki czemu osiągnąć można ten luz, feeling, czy jak tam to się nazywa, kiedy przed starymi kolegi nie trzeba udawać abstynenta. Luz blues i te klimaty.
 Na zaproszenie Jurka Kiciarskiego wszyscy jego znajomi, oczywiście tylko ci którzy tego zaproszenia doświadczyli, porzucili swoje obowiązki i w komplecie stawili się w domu imprezowym  w  Siedlisku Kiciarskich. Tutaj  dworska atmosfera mebli bratała się z chłopskimi zdobieniami,  a wszystko przepojone  jest duchem secesji. Pięknie chociaż czasami zadziwiająco. Na potrzeby wyższych sfer ukuto określenie - styl eklektyczny, prości mówili po prostu - graciarnia. Ale ta historyczna graciarnia miała swój styl. Każdy kto raz zapuścił się przez drzwi tego domu lubił tam wracać,  na ile to było możliwe, czasami nawet gdy nie było możliwe ponieważ Jurek przez swoją kindersztubę nie potrafił nikomu powiedzieć -  spieprzaj dziadu. Tak więc grill  smolił mięsa na swoim ruszcie, wódka nie doczekawszy się zmrożenia wlewała się z głośnym chlupotem w gardła imprezujących,  a wino jak wino, toastowane , komplementowane a czasami zwyczajnie pite.
Dym jak drogowskaz do domu Jurka snuł się wzdłuż wiejskich płotów i popod chałupy miejscowych, którzy popijając wieczorne piwo powtarzali do siebie:
- O Kiciarska w Ameryce to młody rządzi.  Ciekawe co wyrządzi tym razem.?
Fakt faktem  tak się jakoś składało,  że po każdej ze zorganizowanych imprez pozostawała pamiątka w postaci jakiegoś złamania, zniszczenia przedziurawienia  rodzinnej pamiątki. Bądź przynajmniej zarzygania posesji sąsiada. Co gorsza raz  dotyczyło to dobrego dobrodzieja plebana. No cóż paw nie wybiera.
Potem przez tydzień jeszcze bywał to temat do dyskusji przed sklepem spożywczym, gdzie pijący piwo miejscowi górale opowiadali sobie jeden przez drugiego,  co to nowego nawyczyniał dziedzic. Ta impreza inna była  od wszystkich , bo to i zjeść co było,  a wypić to już w ogóle. Może temu jedzeniu z grilla zawdzięczać należy,  że alkohol trzymał się wnętrza imprezujących i poza przypadkami pozbawienia uszek kilku stylowych filiżanek,  nie notowano jakichś nadzwyczajnych ekscesów. Jerzy nie oszczędzał się  wznosząc toasty za zdrowie i na cześć,  o strzemiennym nie zapominając. Kiedy pożegnał gości i postanowił że sprzątanie odłoży do jutra, jak stał tak zaległ w wielkim dębowym łożu,  pamiętającym z pewnością  jeszcze zabójstwo arcyksięcia w Sarajewie, a na pewno  drugą wojnę. Tą  światową   oczywiście.
Jurek Kiciarski  jak miał to w swoim zwyczaju, zasnął natychmiast snem kamiennym. I trzeba by dobrego strzału z dwururki  lub komendy,  że oto  strzemienny jeszcze jest do wypicia, by poruszyć bezwładne ciało, ułożone w pozycji nurkującego samolotu. Wrak tego samolotu leżał  na powierzchni nie naruszonej  kołdry. Była jeszcze noc czarna, chociaż automatyczny zegar z  kalendarzem  pokazywał już dzień następny.  Zegar o który toczył nieustanną walkę z matką, ponieważ nie pasował do klimatycznego, chociaż eklektycznego. jak wspomniałem wnętrza. Ona zaś kupiła go na bazarze od ruskich i tak jakoś przypadł jej do gustu, że trzymała go właśnie obok łóżka,  by móc spoglądać na zmieniające się cyfry  minut, w długie bezsenne w tym wieku noce. Matka bez  ruskiego zegarka  wybrała się w  objazdowe odwiedziny swojej licznej amerykańskiej rodziny.  Miała jednak  ten zwyczaj, że codziennie wieczorem siadała przy  aparacie telefonicznym  i  opowiadała  swojemu synowi  o dokonaniach  mijającego właśnie dnia. Tak uczyniła i  tym razem wykręcając polski numer swojej wiejskiej  rezydencji.   Dokładając sześć godzin wynikających z różnicy czasu, telefon zadzwonił o  trzeciej  nad ranem.   W godzinę złodziei samochodowych, ponieważ trzecia - czwarta to ponoć ta faza snu kiedy głęboko w dupie mamy  wszystko to co dzieje się wokół. Upierdliwe dźwięki  telefonu zakłócały dokładnie alkoholowy sen Jurka.  Myśląc  iż to jakiś niedopity kompan próbuje umówić się na klinika,  w  zaspanym umyśle  wymyślając na poczekaniu jakąś  historyjkę krzyknął :
 - Nie mam czasu. Dom płonie, ratujemy co się da. Proszę zadzwonić później. Rzucił słuchawkę na widełki.
Telefon przestał dzwonić,  a Jurek pogrążył się cały w przyjemnym,  regenerującym śnie.  Następnego dnia koło południa kiedy Jerzy powoli zbierał się w sobie, a następnie  puste butelki, kubki i pety z klombów. Błoga ciszę południa przerwał  telefon, który  zadzwonił znowu. 
- Cześć Jurku. To ja Andrzej, Twój brat z Ameryki. Powiedz mi jakie straty?
- Jakie straty? -  spytał  zamulony jeszcze Jerzy. No  kilka szklanek i kieliszków.  No może ta dziura w dywanie co  się wypaliła  w tym dywanie w salonie – odpowiedział  zadziwiony,  że oto do Ameryki dotarła już wiadomość o wczorajszej imprezie. No  troszkę przegiął w trakcie wczorajszej imprezy.  Fakt nie powinni tak drzeć ryjów w rytm  Perfectu,  ale przecież każdy po alkoholu chce być sobą , a Autobiografia to jakby jego życie, żywcem zaplątane w śpiewne rymy.
A ta co z autobusem arabów zdradziła go? No może to nie był autobus,  a kolega  na imprezie trzy lata temu . Ale boli,  cholernie boli,  może bardziej niż ten autobus całkiem nieznanych  gości.
-  A dach,  a  drewniane ściany,  a  maszyny w warsztacie uratowałeś?
Jaki warsztat?,  jakie maszyny?  -   powtarzał powoli Jurek,  aby sobie dać czas na przypomnienie wczorajszej imprezy.  Nagle zaczęła  do niego dochodzić cała prawda. Tą upierdliwą dzwoniącą  była jego własna matka i to jej nałgał w tak prymitywny sposób.
 Wszystko już w porządku - postanowił  kontynuować  ściemę.-  To tak na wyrost powiedziałem  sytuacja opanowana nie ma szkód.
- U nas też opanowana – powiedział Andrzej. Tylko mama nie przyleci w piątek do domu.  Leży w szpitalu , miała zawał.  Tak że za remont po pożarze weź się sam.
 Chcący, czy nie chcący wybulił z własnej kieszeni za malowanie dwóch pokoi, To tak dla zatarcia śladów i okopcił chałupę z jeden strony,  aby historia była bardziej prawdopodobna .  To okopcanie belek wywołało konsternację wśród miejscowych i  piwne rozmowy w spożywczaku,  jak to dziedzic chałupę chrzcił ogniem. Zawał matki to przecież silna motywacja.

 Ale nie rzucajmy kamieniami w Jurka, wszak każdy z nas ma jakiś głupi kawał  na sumieniu.
Antoni Relski
27 komentarzy
01 kwietnia 2010
Gdy noc zapadła już głucha i ciemno było w kurniku
Kura szepnęła: słuchaj, Budząc koguta po cichu.
Głos  wprost zamiera mi w grdyce i wszystko staje się bajką.
Bo słodką  mam  tajemnicę. Słuchaj, będziemy mieli jajko!
(Wiem, wiem że trochę inaczej śpiewało się w harcerstwie )
Niewysłowiona radość kury, wyartykułowana przed kogutem ciemną nocą w dziwny sposób konweniowała z dzikiem uśmiechem chłopa  małorolnego Bronisława, który  rano zajrzał do stajni. Siedzące do tej pory na grzędzie, pogrążone w głębokim jeszcze półśnie kury, zerwały się błyskawicznie  do krótkiego lotu. Wystarczył sam odgłos klaszczących rąk Bronisława, tuż przed przeciągłym  gwizdem,  który po chwili wydobył się  z pełnych płuc chłopa. On zaś  szedł stając na palcach, jakby nie chciał zgnieść ewentualnego jaja, które  jakaś roztrzepana kurka porzuciła  byle gdzie. Sama chwila tego skradania się na palcach obutych w ciężkie gumofilce  wyglądała dosyć zabawnie. Rozbawiło to nawet świnie, te dwie które oparły się przedświątecznym przygotowaniom wędlin. Chrumkając głośno  przeciskały ryjki pomiędzy drewnianymi szczebelkami, aby z tej perspektywy mieć lepszą widoczność. 
- Cicho tam cholery jedne -  zaklął Bronisław,  po czym ślizgnął się na  małym organicznym fragmencie, który nie trudno nazwać po imieniu,  biorąc pod uwagę miejsce rozgrywania się owej sceny.
- Maryśka chodźże tu szybko,  mamy jajko.
- Tak, Wy macie -  rzucił pod dziobem kogut.  Ale z tych pretensji gospodarz usłyszał tylko coś na kształt niedorobionego piania.   Zresztą kogut zaraz dojrzał jakiegoś  robala  pełzającego w kierunku ściany. Podbiegł tam szybko i mocnym dziobem podzielił przekąskę na dwie części. Istota ojcostwa czy macierzyństwa zeszła automatycznie na plan dalszy.
-  O jeszcze jedno mamy jajko.
I tak wyciągając jedno po drugim,  jajka ukryte pośród  słomy i porzuconego pod ścianą siana,  gasił nadzieję mieszkańców grzędy na prokreację.
Nie doczekał się Maryśki, która pogrążona w pracach domowych, nie zwracała zupełnie uwagi na polecenia, które raz po raz wydobywały się z ust Bronisława.
Przynieś, wynieś, podaj – a któż  by to wszystko spamiętał.  
Stojąc tak bezradnie przez chwilę, analizował sytuację, w końcu zawinął do góry poły bluzy roboczej i ułożył tam  znalezione jajka.  Dwanaście sztuk. Jedno w jedno jako kurze,  tak jak szybko opuściły kurę, tak samo szybko opuściły stajnię.
- Mamy jajka - powiedział powtórnie  Bronisław wchodząc do kuchni niższej,  zbudowanej w suterynie. Służyła ona do brudniejszych bądź większych prac,  jak przygotowanie na święta mięs, kiełbas czy wypieków.  Złożył jajka do koszyka w którym leżał już zbiór z poprzednich  czterech dni.
 Jutro można by na targ do Krościenka    powiedział niby do siebie, ale  było to zawoalowane  polecenie wyjazdu dla Maryśki.
Kobieta bez słowa spojrzała na wychodzącego męża. Nie przerywała  mieszania czegoś na kształt drożdżowego ciasta,  w wielkim garnku  stojącym  obok tradycyjnego węglowego pieca.  Jedynie po minie widać było, że w jej głowie kłębiły się nie specjalnie pogodne myśli.
Gdyby spojrzenia zabijały, Bronisław leżałby wzdłuż sieni pokazując  resztki protektora mocno znoszonych gumofilców. Na szczęście spojrzenia nie wywoływały żadnych skutków ubocznych i małorolny spokojnie poszedł do stodoły, przechodząc miarowym krokiem pod oknami, za chwilę znikł zupełnie z pola widzenia, ale dosłyszeć można jeszcze było oddalające się człapanie gumowych butów.       
 Kury zaś pozostawione sobie obeszły grzędę spoglądając raz lewym, raz prawym okiem,  na stertę słomy w której nie bieliło się żadne ze zniesionych rano jajek.
- A takie duże dzisiaj zniosłam -  wyrzuciła z siebie ta z czarnymi piórkami na końcu skrzydeł.
- I warto tak było sobie dupę rozpychać  - wyrzucił z gorzkim sarkazmem kogut.
A jajka zaczęły żyć własnym życiem. Świadomość  pochodzenia, rodowód sięgający kur Piasta Kołodzieja i wiejski honor zaczynały decydować o życiu skorupkowych.
Następnego dnia jajka powędrowały na targ w towarzystwie gospodyni.  Przygotowania do świat  i wynikający z tego brak czasu spowodowały,  że nie mając  czasu na trzymanie ceny sprzedała wszystko na pniu hurtownikowi,  który podjechał  starym rozklekotanym  Żukiem. Dostawczak  nosił teraz  koreańską nazwę na cześć fabryki,  która również  zbankrutowała. Następnego  ranka  leciwy żuk zaparkował na wielkomiejskim placu targowym, gdzie na stołach  obok jajek  leżały w  równym rzędzie: jarzyny, owoce nie rzadko cytrusowe, piloty do telewizorów, konsole do gier i  pirackie filmy DVD. Jednym słowem  dystyngowane  otoczenie. I na tym właśnie stoisku wiejskie jaja spotkały się z jajkami z podmiejskiej fermy  hodowlanej.  W nich to stłoczone kury, bez emocji wyrzucają  jaja z siebie, a parametry klatki uniemożliwiają  analizę jakościową produktu.  Jaja tradycyjnie mądrzejsze od kury. W tekturowych wytłoczkach nabrały przekonania o  swojej wyższości. W końcu to parę..naście kilometrów od Wawelu. Tu nie może być nic z niskiej klasy.
My pokolenie  J VIP ! - mówiły o sobie. Co miało znaczyć: Jaja VIP. W życiu jednak tak bywa,  że trudno trafić na równego sobie.  I w tym przypadku  wiejskie złożone zostały w  towarzystwie tych miejsko - podmiejskich.  Te ostatnie kręciły nosem, że tak na jednej płaszczyźnie z wioskowymi.  Nie chciały być kraszankami  ani pisankami , o czym marzyły wiejskie. No! Koniecznie coś trzeba ze sobą zrobić,  ale niech nie będzie to trywialny wosk, czy wywar cebulowy.  O!  Niechaj to będzie  body painting. Coś ekscentrycznego, coś  mrocznego taka psychodela.  Jedno z nich,  to które zniosła nioska z klatki najbardziej oddalonej od  neonowej lampy,  rozpatrywało nawet  delikatny piercing.  A wszystkie za nic miały góralskie motywy, kurpiowskie wzory,  czy tęczowe kolory Zalipianek.  Z pogardą patrzyły więc na te wiejskie, a to skorupka taka  nie biała,  a spasione to takie. Wiadomo przecież ogólnie, że piękno tkwi w rozmiarze zero.  I przekomarzały by się pewnie tak do wieczora,  albo pęknięcia skorupki,  gdyby nie pogodziła ich  pewna starsza pani (moja teściowa)  przyzwyczajona do zakupów na placu.  I tak miejskie poszły do  Żurku i sałatki, a większe wyparzone w cebulowych łupinach  poddane zostały  rytualnemu skrobaniu i święceniu. Skrobaniu towarzyszyły rytualne  sprzeczki i rodzinne kłótnie, jak zawsze gdy wtłaczamy tradycję młodemu pokoleniu.
Następnego dnia przy świątecznym śniadaniu Pan domu  ( czyli Ja ) spytam  żonę:
-  A gdzie są nasze jajeczka?
Wasze !   - powiedziałaby z sarkazmem kura,  gdyby nie to, że zniesienie kolejnego jajka złagodziło jej  smutek za  wcześniejszym.  Szczególnie że ów smutek trwał  tylko  do chwili gdy Bronisław wsypał miarkę pszenicy  do wielkiego drewnianego korytka,  powtarzając głośno:  cip! , cip! , cip!.
Ale on śmieszny z tym swoim cip … żachnęła się jedna nioska konwersując  z drugą, ale nie ciągnęła już dalej tematu tylko wepchnęła się pod sam paśnik.  Wiadomo bowiem,  że ten się naje kto stoi najbliżej żłobu.
A kiedy przyjdzie Wam  ochota podzielić się  świątecznym jajeczkiem, pamiętajcie że droga na stół jest znacznie dłuższa,  niż ta  ze sklepowej półki poprzez kasę do garnka z gorąca wodą .

Świątecznie  pozdrawiam                    

Antoni Relski
23 komentarzy