31 grudnia 2025

Czterdzieści i cztery po raz kolejny

A życie jego – trud trudów,
A tytuł jego – lud ludów;
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,
A imię jego czterdzieści i cztery.

Od czasu gdy w ogólniaku przeczytałem "Dziady" jednym tchem, liczba 44 nabrała dla mnie wymiaru symbolicznego i tajemniczego.  Mickiewicz miał jakieś zacięcie do liczb, a więc  i milion stał mi się nie obcy
"Nazywam się Milijon – bo za miliony 
Kocham i cierpię katusze."
Rzekłbym, że ten milion był mi nieco bliższy, bo ze względu na młody wiek i należne mu przypadłości,
zasklepiłem się w jakiejś takiej skorupie cierpienia i niezrozumienia.
Gdy czytam moje wiersze z tamtego okresu to nie mogę pojąć, skąd we mnie znalazła się taka czarna rozpacz i cierpienie.
Potem miałem taki roczny epizod w moim życiu po którym wszystko się zmieniło. Rok pracy w Pogotowia Ratunkowym na stanowisku sanitariusza. Zawsze koło lekarza, nasłuchałem się i napatrzyłem na ludzkie cierpienie.
Podziwiałem to, że poważnie  chorzy ludzie, czepiają się życia i cieszą każdym przeżytym dniem.
Z całą pewnością doświadczenie to pozwoliło mi na inne spojrzenie na swoje życie.
Człowieku czy ty masz powód do narzekania?- zadałem sobie to pytanie w długim monologu wewnętrznym niczym Gustaw i Konrad, by pozostać w  pobliżu mistycyzmu Mickiewicza.
Od tamtego czasu zacząłem przyjmować świat jako coś ładnego, przyjemnego, a przynajmniej znośnego.
Tak postawa szybko przyniosła owoce,  niedługo później ożeniłem się. Z miłości.
Ślub wypadł na czas kiedy Pan Generał poszedł na wojnę z własnym narodem, a myśmy mieli  cywilny w pierwszym tygodniu stanu wojennego, a kościelny w trzecim tygodniu grudnia. Wtedy nie było jeszcze konkordatu, a więc ślub kościelny i cywilny to były dwa różne wydarzenia.
Opisałem to szczegółowo na łamach bloga pod datą 26 grudnia 2008 roku
Dla zainteresowanych link Wojenne śluby
Ze względu na migrację bloga z Onetu i związane z tym zamieszanie, trzeba w miesiącu grudniu odszukać wspomnianą datę 26 grudnia 2008.
A potem to już zaczęło się normalne życie z cała paletą jego barw.
Czterdzieści i cztery pojawiło się po raz pierwszy przy okazji moich urodzin. Pomyślałem o Mickiewiczu, ale nic nie rozjaśniło mi się w głowie. Pomimo tego przez te kilka dni  czułem się wyjątkowo.
27 grudnia tego roku wypadła nam okrągła, czterdziesta czwarta rocznica ślubu i to już chyba tyle jeżeli idzie o Wieszcza. Następuje zmiana pokoleniowa i w przyszłym roku to mój starszy Syn obchodzić będzie swoje czterdzieste czwarte urodziny. Czy wtedy pomyśli o Mickiewiczu?
A i miliona wspomnianego wcześniej też się nie dorobiłem, choć życie pozwoliło mi mieć tyle ile oczekiwałem. Może zadowolenie tkwi właśnie w racjonalnym ustawieniu własnych oczekiwań?
Poza tym śmiech i uśmiech. Każdy obśmiany problem staje się mniejszy i oswojony choć problemy są chyba po coś. Z pewnością są po coś.
Kiedy 16 lat temu moja żona siadła na wózku,  nastąpiła we mnie zmiana w postrzeganiu świata.
Zamiast pretensji do życia i stwórcy, zacząłem być wdzięczny za to czego do tej pory dostałem od losu.  Wspaniały zaś był każdy kolejny słoneczny poranek, a kiedy nie było słońca zachwycały mnie chmury układające się na niebie w niespotykane wzory.
Tylko czasem sąsiedzi zwłaszcza z tej religijnej części Polski czyli z gór, wspominali coś o krzyżu który przyszło mi dźwigać.
Jeżeli tak było to nie czułem jego wagi.
Po raz kolejny starałem się obśmiać sytuację, wytrzepując w ten sposób depresyjne myśli z głowy mojej żony. Przepraszam za dyskusyjne stwierdzenie, ale na swoją nie miałem już czasu.
Chyba to zadziałało, bo żona sama mi to powiedziała.
Efekty widziałem. Kiedyś w trakcie rozmowy z koleżanką która pocieszając ją, powiedziała:
- Bóg Cię kocha !
Na to moja żona odparła :
- Wiem, aż boję się pomyśleć co by było gdyby tylko mnie lubił. 
I tak to przetrwaliśmy ostatnie  szesnaście lat, naszego wspólnego życia, co razem daje właśnie 44.
Jeżeli  po przeczytaniu tej części, rysuje Wam się jakiś spiżowy zarys na horyzoncie, to natychmiast odgońcie go od siebie.
Klnę   
Nieraz przyszło mi zakląć siarczyście i szpetnie, a o to żona miała do mnie pretensje.
Były chwile takie i były inne, jak to w życiu, Były rozdroża i źle wybrane drogi. Bez tego moje życie było by cukierkowe jak we wzorcowej sielance sentymentalnej z epoki oświecenia. No cóż, ani moja żona nie Laura, a ja nie Filon.
Były i dobre wybory, które nieraz zaskoczyły i mnie samego, bo wszystko zapowiadało z początku katastrofę.
Uczucie wdzięczności za życie jest mi nieobce do dzisiaj i powiem Wam, że z tym żyje się zdecydowanie lepiej.
Czasem mamy dni pełne wrażeń, czasem wypełnione smutnym nastrojem. Są i takie kiedy mojego entuzjazmu i optymizmu musi nam wystarczyć dla nas dwojga.
Więc klnę, a czasami klnę jak  przysłowiowy szewc.
Żona pyta, czy muszę? A owe soczyste "panienki" w chwili zwątpienia stawiają mnie na nogi.
Zaciskam wtedy pięści i niczym Clint Eastwood w filmie "Wzgórze rozdartych serc" mówię 
- Nie dam h..jowi satysfakcji - I nie daję.
Czasami przekleństwo jest jak klucz lub lokalizator.  Pozwoli znaleźć zagubione narzędzie, wyprostować plecy po robocie czy w końcu odstresować się w jednej chwili. Złe myśli zaraz rozpływają się a ewentualna uraza znika.
To nie są przekleństwa przeciw komuś, to nie są wulgaryzmy rzucane w cudzą twarz.
To jest coś takiego jak zawołanie herbowe na polu bitwy, dla mnie i do mnie.
Ktoś powie - jaki herb, takie zawołanie i przyznaję, będzie miał rację.  
Poza tym, nie każdemu przekleństwo pasuje, moje przeklinanie ponoć przynajmniej nie razi.
Gdzieś przeczytałem, że przekleństwa są dowodem na inteligencję. Natychmiast przeczytałem ten fragment żonie. Polemizowała.
Większość z nas facetów ma chyba tę przypadłość.
W Starym Sączu, rok rocznie przed świętami, stawiało się do spowiedzi  pewne starsze małżeństwo.
Najpierw ona dość długo przedstawiała księdzu listę swoich grzechów, a potem on podchodził do konfesjonału.
- Proszę księdza. Przed chwilą spowiadała się moja żona. Ja mam te same co ona grzechy , ale dodatkowo strasznie klnę.
Chciałbym widzieć minę spowiadającego księdza.
Swoją drogą czy nie jest to dowód, że funkcjonują na świecie zgodne małżeństwa z długim stażem.
Czasem tylko przegadujemy się  trochę. Raz wychodzi to lepiej, raz gorzej. Jak w życiu
Ot przykład z ubiegłego tygodnia

- Dlaczego zawsze zostawiasz buty obok podkładki na obuwie w przedpokoju?

- Kochanie gdybym był idealny, byłoby to dla ciebie depresyjne. Kilka rzeczy nie tak jest naprawdę robione w trosce o Ciebie.

Zgadzacie się chyba, że życie z kimś idealnym byłoby nie do zniesienia. Poprzez te drobiazgi czynię wspólne życie bardziej znośnym.
Na koniec wypadałoby powiedzieć - więcej grzechów nie pamiętam, ale może niektóre specjalne pominąłem?
Przecież w tych moich  tekstach nie jestem do końca taki jaki jestem. Czasem jestem w nich taki jakim chciałbym być, a nie do końcami mi się udało.
Potrafię za to być jak widzicie całkiem szczery, czasem do bólu choć tego unikam.
Zastanówmy się, co by było gdybym ten tekst dał do przeczytania mojej żonie?
Czy poniżej w komentarzach  nie pokazała by się lista moich przewin?
Według obiegowej opinii  (ktoś powie, że krzywdzącej), panie najpierw przez lata  planują swój ślub, zapisując w punktach plan tego wydarzenia. Po ślubie zaś pozostałe strony w notatniczku zajmuje im spisywanie wad i przewinień własnego męża.
Nie musi być to fizyczny brulion czy plik w komputerze. To może siedzieć głęboko w ukochanej głowie.
Jeżeli tak rzeczywiście jest to liczę jednak na to, że lista mojej  żony jest raczej krótka


                                           

26 grudnia 2025

Coś się kończy, coś się zaczyna czyli pożegnania

Po górach zacząłem chodzić zaraz na początku studiów. Kolega z grupy zaprosił mnie na jesienny wypad w Tatry. Ja nawet nie miałem odpowiednich do tego butów. Miałem tam jakieś wcześniejsze wyjścia, w doliny lub do Murowańca, ale to można zrobić w byle czym.
Tak więc kolega ( potem przyjaciel, a obecnie tylko znajomy) pożyczył mi kasę na pierwsze buty specjalistyczne. 
Wyglądały mniej więcej tak


Po kilku latach nabrały szlachetnych zadrapań i dalej doskonale służyły. Na tym zdjęciu ze starszym synem mają jakieś 8 lat. Swoją drogą to pierwsze od założenia bloga czyli od 17 lat  moje zdjęcie tutaj  opublikowane.  Teraz ten młody człowiek obok mnie ma prawie 44 lata.
Zdecydowanie były to Polsporty, ale modelu jak mi bóg miły, nie pamiętam.
W nowych butach (co za idiotyzm) wybraliśmy się wraz z jego ciotką w poważniejsze góry. Wtedy zaliczyłem Szpiglasową Przełęcz, zasypaną śniegiem i zmrożoną chociaż był dopiero koniec września.
Spodobało mi się i zacząłem regularnie odwiedzać Tatry. Schodziłem te pierwsze buty i przekazałem Starszemu synowi. Wtedy buty trzeba było rozchodzić, aby były w trasie przyjazne. Pamiętam jak ze starszym synem i zrobiliśmy odpoczynek i rozsiedliśmy się na wielkim kamieniu. Tuż obok nas przysiadło starsze małżeństwo. Spojrzeli na buty Syna i powiedzieli - Och gdyby te buty mogły mówić.
Zrobiło mi się miło.
Zaraz zaraz.
Zanim przekazałem mojemu dziecku swoje buty, kupiłem sobie nowe.
Pamiętam był rok 1985 lub coś koło tego. Za każdym razem gdy przejeżdżaliśmy przez Andrychów, Syn prosił by zatrzymać się przy tamtejszym samolocie pomniku. Samolot LIM-2 w Andrychowie to historyczny pomnik, który jak czytaliśmy na tablicy jest symbolem miasta i hołdem dla pilotów poległych podczas II wojny światowej. W 1976 roku został ofiarowany mieszkańcom przez Ludowe Lotnictwo Polskie. Zmontowali go pracownicy Wytwórni Silników Wysokoprężnych Andoria, a samolot stoi na stalowym podeście przy ulicy Krakowskiej. Rozsądek mieszkańców i władz spowodował. że po kapitalnym remoncie w latach 2015-2016, wrócił na swoje miejsce, gdzie stoi do dziś. 
Wracając do schyłku PRL-u. Mieliśmy pewne zaległości w odwiedzaniu samolotu gdyż w pobliżu budowano pawilon z kilkoma sklepami. Zajrzałem tam z ciekawości . Połowa lat osiemdziesiątych to czas gdy kupowało się różne rzeczy nie wtedy kiedy była tak potrzeba, a jedynie wtedy gdy taka możliwość była.
Wchodzę więc do tego pawilonu, a tam na dziale sportowym są one,  buty do turystyki górskiej zwane popularnie "himalajkami" .
Nieopisanym szczęściem było to, że znalazł się i mój rozmiar czyli 39.
Wysupłałem wszystkie swoje oszczędności i kupiłem buty. Wtedy ceny tych butów były koszmarne, a oszczędności niewielkie.  To nie ja niosłem buty wychodząc ze sklepu, ale to rozpierająca duma unosiła mnie dziesięć centymetrów nad ziemią. Sunąłem tak niczym pomnik w kierunku naszego beżowego malucha.
Nie chciałem już odwiedzać brata mieszkającego w Bielsku Białej, ja chciałem gór.
Tym którzy nie pamiętają tamtych czasów i nie widzą w zakupie butów niczego niezwykłego, wytłumaczę po krótce.
Pierwszymi, solidnymi butami turystycznymi w Polsce o których tylko słyszałem, były ''Zawraty''. Potem pojawiły się opisywane tu Himalajki.. Nie dało się  w latach 70 tych kupić ich w sklepach, a dostawa z fabryki była realizowana jako zamówienie dla koła przewodnickiego. Najpierw trzeba było wnieść przedpłatę, a potem spokojnie czekać na swoją kolejkę.
Mnie udało się, ot tak.
Buty cudo.
Cholewka: wykonana ze skóry licowej o grubości ok. 2,5 mm
Wyściółka: miękka i cienka, jasna skóra
Membrana: brak
Podeszwa: Polsport Wałbrzych, przykręcana śrubami
Sztywność podeszwy: twarda
Waga: ok. 1800g (para)
Wyobrażacie sobie, piąć się w góry w butach ważących prawie dwa kilogramy.
Skóra i konstrukcja
Zasadniczą część cholewki wykonano z jednego kawałka sztywnej skóry. But miał dwa języki. Wewnętrzny był obustronnie skórzany ze sprężystą wkładka z gąbki. Zewnętrzny, ochronny, zrobiony był z grubej i sztywnej skóry a u góry miał haczyk do zaczepienia języka na sznurówce.
Całe wnętrze podszyto wyściółką z miękkiej, jasnej skóry. Między cholewką a wyściółką umieszczona była cienka warstwa izolująca. Podwyższona część buta, obejmująca kostki, zrobiona była z cieńszej skóry i wypełniona elastyczną gąbką, ocieplającą i chroniącą kostki.
Pierwsza wersja butów miała do sznurowania pięć par drucianych oczek i trzy pary haków a na samej górze niewygodne dziurki do przewleczenia sznurówki. Później buty robiono trochę niższe i nie miały dziurek na górze.
Podeszwa
Podeszwa  produkcji Polsport Wałbrzych była bardzo twarda, z ostrym bieżnikiem i dobrze trzymała się każdego podłoża. Buty były na wszystkich połączeniach szyte a guma podeszwy dodatkowo przytwierdzona mosiężnymi śrubkami. Bieżnik dość szybko się ścierał. Szczególnie pod palcami i na piętach (z czego można było wywnioskować, że powierzchnia Ziemi jest wklęsła).
Nim jednak wybrałem się w nich na Świnicę, trzeba było bestie zaimpregnować.
Buty były odporne na wodę, głównie przez swoją pancerność, wspomaganą od czasu do czasu impregnatem własnej roboty
Nie było gotowych impregnatów. Według starej receptury kupiłem:  podgardle wieprzowe i wosk pszczeli. Całość w odpowiednich proporcjach stopiłem i gorący jeszcze, małym pędzelkiem nanosiłem na skórę. Potem po ostygnięciu roztarłem równomiernie szczotką.
Po takim zabiegu mogłem przechodzić jak chciałem małe górskie potoki, Buty nigdy nie przeciekły, woda zaś zbierała się na ich powierzchni w dużych przeźroczystych kroplach które spadały z buta gdy tylko człowiek tupnął nogą.
Pomimo grubych skór i jakiejś tam warstwy między nimi, wilgoć pochodząca z potu potrafiła wydostać się na zewnątrz. Bez stosowania jakichkolwiek dezodorantów, do końca swoich dni nie śmierdziały zbyt mocno.
Komfort użytkowania
Buty były bardzo sztywne, po mocniejszym zasznurowaniu trudno było zgiąć nogę w kostce. W lecie często nie były sznurowane do końca, by je nieco ''odsztywnić''. Przez pierwsze kilka lat ugniatały i ocierały tu i ówdzie.
Po paru latach użytkowania skóra dopasowała się do nogi i przez kolejne lata już były wygodne.
Trochę tych gór schodziłem, choć muszę przyznać, że na Rysach nie byłem z szacunku do gór i właściwej ocenie swoich możliwości
Zawsze stosowałem Kodeks zachowania w górach
Honorowy Kodeks Turysty Górskiego
1. W górach liczy się partnerstwo i współpraca. „Wyszliśmy razem – wracamy razem”.
2. Najlepiej wybrać się większą grupą, bo to raźniej i bezpieczniej.
3. Nikt nie gna do przodu, nikogo też nie zostawia się w tyle.
4. W razie wypadku należy udzielić pomocy, inni z grupy powiadamiają pogotowie.
5. Po górach poruszamy się ostrożnie zwracając uwagę na luźne kamienie.
6. Nie wolno rzucać kamieni w przepaść.
7. Mijanych turystów powinniśmy powiadomić o ew. niebezpieczeństwie na szlaku.
8. Zawsze należy dawać pierwszeństwo schodzącym.
9. Nie biegamy po ścieżce turystycznej, a rozpychanie się jest niedopuszczalne.
10. Nie wolno krzyczeć, gwizdać a nawet zbyt głośno śpiewać zwłaszcza na terenach chronionych.
11. Wszystko, co wnosimy w góry znieśmy na dół – nie należy pozostawiać po sobie żadnych śmieci.
12. Dokarmianie zwierząt jest zabronione.
13. Nie wolno niczego zabierać „na pamiątkę” – nie można zrywać kwiatów, nacieków skalnych w jaskiniach, itp.
Pomyślcie, mając osobiste doświadczenie, lub widoki z wiadomości TV ile z tych punktów jest obecnie honorowanych przez odwiedzających góry ?
             A potem moje zainteresowania rozszerzyły się i było jakby mniej czasu na turystykę górską. Zaczęła ona przegrywać z nartami, a potem pierwszym motocyklem typu Trial. Po drodze było wychowanie dwóch synów i wieczny remont starej chałupy w Gorcach. Potem pechowa operacja żony i tak buty schły z tęsknoty cichutko w kąciku nie mając już odrobiny wilgoci w sobie by zapłakać.
Przeleżały tak ze dwadzieścia lat, Od kilku walczyłem ze sobą odkładając tę ostateczną  decyzję na później.
Dzisiaj w nabożnym skupieniu, wrzuciłem je do kontenera PCK. Były w świetnym stanie, więc być może jeszcze kogoś ucieszą.
Kiedy zamykałem pokrywę kontenera czułem się jakbym osobiście zamykał płytę grobową swojego najlepszego przyjaciela.
Kiedy zdałem sobie w końcu sprawę z nieodwracalności mojej decyzji oczy zrobiły nie się lekko wilgotne.
W końcu spędziliśmy ze sobą, w ten czy inny sposób jakieś 40 lat
Sam mam świadomość, że siły już nie te i kultura na szlakach jakby inna. Nie wiem czy zniósłbym tłum i dzikie zachowania w górach które są dla mnie formą świętości.
Coś się więc skończyło/
Może i mógłbym pozwolić by dalej leżały ciesząc oko przy każdym otwarciu szafy. Podjąłem jednak decyzję by się z nimi pożegnać na własnych warunkach. Kiedyś uczestniczyłem w opróżnianiu mieszkania po zmarłej samotnej osobie. Zdałem sobie wtedy sprawę z faktu, jak wiele emocjonalnie związanych z osoba przedmiotów wyrzucałem bez głębszej refleksji, bo nie było na nią czasu. Nawet mnie to nieco uwierało.  
Co się więc skończyło, a co w takim razie się zaczyna?
W zeszłym roku odświeżyłem sobie jazdę na nartach,  po 16 latach odmawiania sobie tej przyjemności.
Może uda się wrócić do jakiejś takiej regularności w uprawianiu tej formy męczącego wypoczynku ? Zwłaszcza, że jako emeryt mogę zapiąć deski o każdej porze, nawet w środku tygodnia.
Poniżej, ostatnie spojrzenie na moje " himalajki".

                                                
*
Do opisu butów skorzystałem z recenzji znalezionej w sieci.

24 grudnia 2025

Wesołych Świąt

W ten Szczególny Dzień, nie zawracam Wam głowy swoimi historyjkami 
życzę jedynie :

Zdrowych, Radosnych i Spokojnych 
Świąt Bożego Narodzenia
  

17 grudnia 2025

Śpiewający Grabaż

Na wstępie informuję, że nie ma błędu ortograficznego w tytule, a użycie dużej litery jest w pełni uzasadnione. Do wszystkiego dojdę jak w moim wieku, powolutku

- Co robisz w sobotę? - głos Młodszego był jak zwykle zdecydowany, a pytanie skondensowane w minimalnej ilości słów.
- Potrzebujesz zostawić u nas wnuczkę na weekend? - spytałem z nadzieją
- Ja się pytam, co robisz w sobotę ? - powtórzył z lekką irytacją w głosie.
Znam już tego mojego młodszego syna, kąpanego w gorącej wodzie. Sprawy toczą się według jego scenariusza lub w ogóle. Przed te trzydzieści pięć lat wspólnego życia w ramach jednej rodziny zdążyłem się do tego przyzwyczaić. W sytuacji w której według mnie przeholował, obracam sprawę w żart i obśmieję sytuację. Wtedy i jego puszcza i mięknie. Najgorszą rzeczą byłoby stawiać sprawę na ostrzu noża. Obaj wyszlibyśmy z tego spięcia zranieni.
Wewnątrz tego raptusa, znajdują się duże pokłady empatii i dobroci, trzeba ją tylko chcieć i umieć dostrzec. Trzeba tylko odrobinę elastyczności, a jak wiadomo elastyczność to marzenie starych kości.
Mówię to z perspektywy życiowego doświadczenia, a więc niech nikt nie mówi, że starość jest kiepska.

- Nic nie robię w znaczeniu twórczym. Pewnie będę jak zawsze do dyspozycji mamy, wypiję jeden lub dwa kieliszki wina, jak to w sobotę.

- To nie pij tego wina, bo mam inną propozycję. Co powiesz gdybyśmy razem wybrali się na koncert
do klubu studenckiego?

Przez przerażoną głowę przeleciała mi perspektywa muzyki klubowej czy house.. Ostatnio razem z żoną byli na występach Borisa Breicha. To taki niemiecki DJ tech-house/minimal w masce z ludzką twarzą i specyficznym „szczęściem” na niej. Miksowane dźwięki były jednak powyżej mojego poziomu percepcji, o przyjemności już nawet nie wspominam.

- Zaskoczę Cię, to Pidżama Porno. Mam dwa bilety i zapraszam.

- Pidżama Porno mówisz ?. Rzeczywiście daleko od house do punk rocka.

Tutaj wyjaśnienie dla czytelników nie podążających za muzyką. Pidżama Porno – to polski zespół punkrockowy, założony w 1987 roku, przez wokalistę Krzysztofa „Grabaża” Grabowskiego i gitarzystę Andrzeja „Kozaka” Kozakiewicza. Zespół znany był głównie w środowisku punkrockowym; muzyka punkowa przodowała w prawie wszystkich płytach zespołu, ostatecznie docierając do różnych odmian bardziej skondensowanego rocka.
Wiemy już skąd tytułowy - Grabaż
Zespół kilkukrotnie już zawieszał działalność by po latach ją wznowić w tym samym składzie niczym feniks z popiołów, bazując na wiernych fanach i wzbudzając zainteresowanie młodszych sympatykach punka.
Liderem zespołu Pidżama  jest autorem tekstów,  a pewna ich  część  funkcjonuje również bez muzyki – jego wiersze zostały wydane w tomiku poetyckim „Welwetowe swetry”, czy "Na skrzyżowaniu słów"
Nie byłem nigdy na koncercie zespołu punkowego. Trochę przeszkadzała mi dynamika wykonywanych utworów, zbyt szybie one są dla rockowego ucha. Dla niewprawionego obserwatora odstraszające są też migawki w mediach, obowiązkowo z tańcem pogo, który zwyczajowo odbywa się pod sceną.
Co to pogo?
Pogo to rytualny taniec grupowy, charakterystyczny dla kultur punków oraz metalowców Zaobserwować można go na sporej części koncertów rockowych, punkowych, emo oraz metalowych.
Ponoć ten metalowy jest dużo bardziej brutalny.
Pogo wywodzi się z subkultury punk, w Polsce rozpowszechnione zostało w latach osiemdziesiątych na Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie. Ech ten Jarocin, dla jednych źródło inspiracji, dla innych pomimo lat, powód do narzekania na młodzież.
Punkowcy tańczyli tam pogo podczas każdego koncertu, co urosło wśród nich do rangi niezbędnego rytuału.
Pidżama jest zespołem punk-rockowym, postanowiłem więc się skupić na tym drugim z elementów
Szybko rzuciłem na szalę:  z jednej strony pewien dystans do muzyki punkowej, a z drugiej to, że własny syn chce pójść na koncert do studenckiego klubu z ojcem któremu do siedemdziesiątki zostało miej niż trzy lata.
Swoją drogą Grabaż jest tylko siedem lat ode mnie młodszy. W wywiadzie udzielonym dwa lata temu mówił
- Jeszcze daję radę, jeszcze.
No to co, ja miałbym tej rady nie dać ?


Grabaż w swoim charakterystycznym cylindrze.

Cylinder muzyka powszechnie kojarzy się raczej ze Slashem z Guns N' Roses który zaczął nosić cylinder w 1985 roku, gdy szukał zespołu, a stał się on jego nieodłącznym elementem w 1989 roku, kiedy to założył swój kultowy już kapelusz, by ukryć się przed tłumem i poczuć się bardziej komfortowo. Od 1989 roku Zaczął nosić ten sam, charakterystyczny cylinder, z którym jest kojarzony, i podkreśla, że pomaga mu on przezwyciężyć nieśmiałość. Można więc przyjąć, że nikt nikim się nie inspirował.
Wracając zaś do szalek mojej wagi.
Jakaż mogła by być odpowiedz? Tylko jedna. Szala z relacjami przeważyła, uderzając głośno o podłogę w największym wychyleniu.

- Z przyjemnością pójdę z Tobą Synu na ten koncert.

Tak jak powiedziałem tak zrobiłem. Wczesnym sobotnim wieczorem udałem się na Miasteczko Studenckie.
Koncert  w klubie Studio na Miasteczku Studenckim odbywał się w ramach 38 rocznicy powstania zespołu. Zwykle w takich okazjach zespołowi towarzyszą inni zaproszeni wykonawcy. Tutaj zapowiedziano występ 3 kobiet. Kojarzyłem tylko Anię Rusowicz, córkę Ady.


Weszliśmy do klubu zaraz po 19.00, a początek koncertu przewidziano na 20.00
Czujnie stanęliśmy w środku sali licząc na to, że ewentualne pogo tutaj nas nie dosięgnie. 
Ludzie trwali już na swoich stanowiskach. Jedni tylko w koszulach ze stosownym napisem


Inni postarali się o charakterystycznego irokeza, bo przecież "Punk not dead"


Do tego cała kolekcja punkówek w charakterystycznych czerniach oraz byłe punkówy które przyprowadziły na koncert swoje córki,  takie małe lady punk.
Ja też mógłbym powiedzieć, że byłem z synkiem na koncercie, ale to był chyba najstarszy synek z ojcem na tym koncercie. Młody  ma w końcu 35 lat. 
Rzeczywiście szukałem jakiejś twarzy która by była starsza od mojej, ale nie znalazłem.
Po supporcie, tak przed 21.00 pojawili się Oni.
I zaczęło się wariactwo. Okazało się, że cała sala znała teksty wszystkich prezentowanych utworów.
Mając po raz pierwszy kontakt z  niektórymi tekstami, czułem się trochę jak niebieski krasnoludek w zielonej bajce. Mnie jednak też poniosła w końcu atmosfera koncertu. Zacząłem podrygiwać, kiwać się klaskać, a na końcu uczestniczyłem w pewnej formie pogo lajt, ponieważ stojąca obok mnie dziewczyna była bardzo dynamiczna w odbiorze muzyki i trącała  mnie raz po raz w trakcie przeżywania muzyki.
Zadziwiające, że nie miałem do niej o to żadnych pretensji. 
W końcu nad głowami uczestników pojawiali się pojedynczy słuchacze, przenoszeni w tę i drugą stronę za pomocą rąk tłumu. To było dość łatwe gdyż sala była  szczelnie wypełniona.
Grabaż nazwał ich sekcją gimnastyczną zwłaszcza wtedy gdy gość z irokezem stanął na ramionach kolegi by wybić się z tłumu.
Nasłuchałem się głośnej muzyki do woli, bo nie było obok żony która zwykle w takich sytuacjach mówi - przycisz to bo leci za głośno.
Czy ktoś słyszał kiedyś zbyt głośną muzykę rockową ? I czy w ogóle można cicho słuchać na przykład  rocka?
Ogarniając muzykę, bo w końcu to zespół punk- rockowy  i o dziwo słysząc słowa utworów, które powstały w latach 80 tych i 90 tych ubiegłego wieku zastanawiałem się nad tym jak współcześni fani interpretują je dzisiaj kiedy wszystko wokół się zmieniło. Nawet ludzka natura już nie taka sama.
 To jednak temat na inne rozważania.  Powiem tylko że teksty Grabaża  są mocno zaangażowanie i z tego co udało mi się zrozumieć  to  nawiązując do  kapelusza lidera.- chapeau bas.
O 23.00  wracaliśmy z synem do domu. Ponieważ mieliśmy  bilety na płycie. staliśmy więc jakieś 4 godziny. Nogi właziły nam do d**y, ale atmosfera była tego warta.
Zadziwiające, że pod siedemdziesiątkę zainteresowałem się muzyką punkową, ale sobotni koncert sprawił  mi niesłychaną frajdę, ba uczynił mnie szczęśliwym w tamten wieczór.
Przestałem  patrzeć na tę muzykę jako na wydarzenie z niższej półki artystycznej. Chętnie zagłębię się w dorobek Pidżamy Porno, a szczególnie w teksty Grabaża.
Nie żebym zaraz stał się fanem punka, ale trochę głupio mi, że coś kiedyś odrzuciłem, nie dając mu szansy.
A może nie ma w tym żadnej tajemnicy, żadnego muzycznego przebudzenia lecz tylko spełnia się powiedzenie, że człowiek dziecinnieje na starość ?
Nie wiem czy chcę sobie odpowiadać na tak zadane pytanie.
Wrzucam tu zdaniem wielu zdecydowanie najlepszą piosenkę Pidżamy Porno – „Stąpając po niepewnym gruncie” z płyty „Złodzieje zapalniczek”.  Recenzenci napisali, że utwór ten, w swoim hipnotyzującym brzmieniu traktuje jak wcześniej o uczuciach – jednak o zupełnie innych, takich o których się milczy i wypiera. Wygasłe już uczucie, może wzniecić bowiem iskrę, przenikającą w ostry i bolesny sposób, a Grabaż doskonale zdaję sobie z tego sprawę. W tekście słychać bezradność, desperację i eksplozję uczuć, a wszystko w połączeniu z intrygującą linią gitary stwarza atmosferę przyprawiającą o ciarki. Muzycznie utwór jest dosyć spokojny, lecz tylko na pozór – klimat od początku do samego końca trzyma w napięciu jak tykająca bomba, a podczas refrenu eksploduje. Z pewnością najbardziej docenią ją ci, którzy doznali uczucia, o którym śpiewa Grabaż, jednak nie tylko oni – nie bez powodu utwór cieszy się tak wielką popularnością chociaż został nagrany na płycie wydanej w 1997 roku.



Nawiasem mówiąc na tej samej płycie znajduje się też utwór - Bal u Senatora
Jeżeli komuś tytuł kojarzy się z Dziadami Mickiewicza, to dobrze trafił
Mamy tu bowiem do czynienia z nawiązaniem do znanego z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza Balem u Senatora, umieszczonym w realiach wielkich polskich przemian ustrojowych – wczesnych lat 90. W siedlisku moralnej zapaści jest jednak również trójka młodych ludzi, czekających tylko na odpowiedni moment na wykorzystanie okazji do masakry. Wybija się tu konflikt wartości, buntowniczość Grabaża i warstwa liryczna ze stopniowo narastającym napięciem. Wszystko łączy się w utwór niebanalny i z pewnością warty uwagi.
Tego utworu zainteresowani czytelnicy mogą poszukać sobie na You Tube.
Ponieważ zespół nagrał dwa utwory o tym samym tytule, szukajcie tego z powiązanego z tytułem płyty "Złodzieje zapalniczek" lub rokiem 1997.

Kto by posądzał punkowego wykonawcę o inspirację Mickiewiczem?
Ano właśnie, parę razy pisałem na tych łamach, że nic nie jest takie na jakie wygląda.
Teraz też pasuje jak ulał.

PS
A dla zobrazowania atmosfery, malutki fragment utworu  - Tu trzeba krzyczeć.
I krzyczeliśmy w rytm melodii.
  








10 grudnia 2025

Osobisty Jezus

Już widzę te zbulwersowane miny niektórych już po przeczytaniu tytułu.
Czy odważycie się jednak zanurzyć w tekst? Jednym zdaniem można go streścić, cytując najczęstszą wymówkę mężów złapanym in flagranti z jakąś atrakcyjną flamą. Pierwsze co potrafią z siebie wydusić to z reguły -  To nie jest tak jak myślisz !
No właśnie. To nie jest tak jak myślicie.

Wszystko zaczęło się jakiś czas temu. Mój Starszy podarował swojej żonie w prezencie urodzinowym
warsztaty tworzenia zapachów. Warsztaty odbyły się w pewnym profesjonalnym  laboratorium perfum. Synowa wróciła zafascynowana tworzeniem kompozycji zapachowych Stworzone przez nią perfumy, firma wlała do flakonika i była to wyjątkowa pamiątka oprócz ozdobnego  certyfikatu ukończenia kursu.
Ponieważ mój Syn podziela zainteresowania żony, on też w tym szkoleniu uczestniczył .
Parę dni temu, żona zajmowała się Seterem Starszego gdyż ten musiał pilnie stawić się na rozprawie w sądzie, oczywiście jako prawnik.
Widocznie rozprawa przebiegła po jego myśli ponieważ oboje z żoną otrzymaliśmy 30 mililitrowe flakoniki z perfumami ze wspomnianego laboratorium.
Moje nosiły nazwę Personal Jesus czyli właśnie tytułowy Osobisty Jezus.
W pierwszej chwili nie skojarzyłem, ale Starszy podsunął mi pod nos teledysk Zespołu Depeche Mode
Zaskoczyło i wszystko stało się  jasne.


Jasne i pięknie. Zapoznałem się nawet z tłumaczeniem, ale wobec powagi problemu miałem potrzebę, aby ktoś mi wytłumaczył sens utworu. Tak  prosto,  z polskiego na nasze.
O czym jest piosenka Personal Jesus?
Jak zwykle nieoceniony Internet pozwolił mi, abym poznał prawdziwe znaczenie i historię utworu Depeche Mode
Z całą przyjemnością podzielę się tą wiedzą z Wami :

Piosenka "Personal Jesus" zespołu Depeche Mode, wydana w 1989 roku jako pierwszy singiel z ikonicznego albumu Violator, to utwór o niezwykłej głębi i wieloznaczności, który stał się kamieniem milowym w karierze grupy i w historii muzyki elektronicznej. Na pierwszy rzut oka, tytuł może budzić skojarzenia religijne, jednak Martin Gore, główny autor tekstów, przyznał, że inspiracją do jego powstania była zupełnie inna historia – książka Priscilli Presley Elvis and Me. Gore był zafascynowany tym, jak Priscilla idealizowała Elvisa, traktując go niemalże jako swoją osobistą figurę zbawiciela, kogoś, kto oferuje nadzieję i opiekę. Właśnie ta refleksja nad skłonnością ludzi do stawiania innych na piedestale i przypisywania im boskich cech, legła u podstaw utworu.
Tekst piosenki, z refrenem "Reach out and touch faith ...." , mówi o uniwersalnej ludzkiej potrzebie wsparcia, zrozumienia i wiary – niekoniecznie w sensie religijnym, ale raczej w drugim człowieku. Gore tłumaczył, że każdy z nas może być takim "Jezusem" dla kogoś innego, choć jednocześnie zaznaczył, że nikt nie jest doskonały i takie idealizowanie może prowadzić do niezrównoważonego spojrzenia na relację. Z drugiej strony, Dave Gahan, wokalista Depeche Mode, określił piosenkę jako bardzo optymistyczną, sugerując, że chodzi o wiarę w coś większego niż my sami, a ostatecznie o wiarę w siebie, bo odpowiedzi są w środku, jeśli kopać wystarczająco głęboko. To pokazuje dwie strony tej interpretacji: z jednej strony przestroga przed ślepą idealizacją, z drugiej – zachęta do poszukiwania wewnętrznej siły i oparcia...
...Ostatecznie, "Personal Jesus" to skomplikowana opowieść o poszukiwaniu sensu i wsparcia w świecie, który często wydaje się obojętny. To utwór, który stawia pytania o naturę wiary, idealizacji i relacji międzyludzkich, pozostawiając słuchaczom przestrzeń do własnych refleksji, czy to o duchowej odnowie, czy o nieco bardziej cynicznej perspektywie, jak sugerują niektórzy komentatorzy. Niezależnie od interpretacji, pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych dzieł Depeche Mode.  ( fragment pochodzi z witryny Wersuj.pl }

Tak więc poranne skropienie się  perfumami to bardziej wędrówka z Osobistym Elvisem, którego nie tylko Priscilla uważała kiedyś za boga, ale również zachęta do poszukiwania tego uniwersalnego boga w sobie.
Jak pachnie mój Osobisty Jesus ?
Piramida zapachowa wygląda następująco
Głowa: cytryna, czarny pieprz, elemi;
Serce: cedr, cypriol, jaśmin;
Baza: mech dębowy, suche drewno, białe piżmo;

Nie mam wrażliwego nosa i chociaż w przypadku perfum to wada, w przypadku prozaicznych czynności wykonywanych w życiu to zdecydowana zaleta.
Ileż to razy zanurzając się po uszy w śmierdzącej robocie,  dziękowałem bogu za  niewyostrzanie mi tego zmysłu.
Ponieważ wraz z żoną jesteśmy małżeństwem kompletnym, a więc moim brakom towarzyszy jej nadwrażliwość na zapachy. Widzę więc czasami jak się męczy.
Może żona jest kompletna sama w sobie. Myślę tak i  nie potrafię na szybko powiedzieć  w czym to  jestem lepszy od niej. 

Stwierdzam, że pierwszym zapachem jaki wyłapują moje zmysły jest pieprz.
Czuję się więc na początku jakbym dostał za zadanie, aby zmielić pieprz dla kolejnej edycji Master Chefa . Może przesadzam, ale ten aromat uderzył mnie jako pierwszy.
Potem pojawiają się inne nuty jak cytryna i cedr, ale o niebo delikatniejsze.
Mam, a raczej miałem, poważne obawy przed szerokim stosowaniem tych perfum.
"Pepper man czy może Spicy man"  ktoś o mnie powie ciągnąc nosem.
Czy jednak wypada się tak reklamować, gdy na odległość widać, że to trochę naciąganie. Nie te lata.
Nie poddając się jednak,  znalazłem rozwiązanie.
Gdy ktoś wyczuje ten aromat pieprzu i spyta, potwierdzę dodając, że to przeszłość ciągnie się dalej za mną jakby nie zamierzała odpuścić.
Ot takie niedomówienie. Ani tak, ani nie
Z każdym użyciem rośnie jednak moja tolerancja i sympatia do tych perfum.
Biorąc pod uwagę cenę którą odkryłem przy okazji zbierania informacji o zapachach to perfumy te z pewnością obiecują coś więcej. W moim wieku wspaniałe sprowadza jedynie sny, po  wieczornej aplikacji. Wystarczy jedno psiknięcie.  Wiek wiekiem, a ludzką rzeczą jest pomarzyć.
Nie na darmo Anglicy dla snu i marzenia mają jedno określenie "dream". 
Niestety tłumaczenie obejmuje też urojenie i marę.
A Syn rzeczywiście  wygrał tę sprawę.


PS Nie jest to żaden tekst reklamowy, a więc na zdjęciu zatarłem nazwę producenta 
     

                                                                     

03 grudnia 2025

O krok od kompromitacji

Ośmielony wyznaniem Nitagera,  pozwalam sobie zmieścić ten post, aby nie czuł się w swoich wyznaniach osamotniony 
Wypowiedź mojego znajomego pasuje jak ulał do tematu, a więc stanowi cytat  na dziś:  

Jestem już w takim wieku, że jak widzę  kibel w pobliżu to korzystam.

To eleganckie by tekst zacząć lub zakończyć jakaś mądrością po łacinie. Ta którą wrzuciłem poniżej  jak ulał ( Nomen omen ) pasuje do tekstu który Wam prezentuję.
"Homo sum, humani nihil a te alienum puto" - "Jestem człowiekiem, nic co ludzkie nie jest mi obce"  Terencjusz.
W moim wieku coraz trudniej wyobrazić sobie, że wybieram się na koncert jakiegoś popularnego zespołu rockowego. Staję w  ogromnej kolejce kolejce przed zamkniętymi bramkami, na dwie godziny przed wydarzeniem. Potem zajmuję dobre miejsce z przodu i otoczony tłumem innych fanów zespołu, znoszę jakiś godzinny support.  W końcu mogę już cieszyć się  ponad  godzinnym występem swoich ulubieńców, gwiazdy wieczoru.
W moim wieku facet wybiera się raczej tam gdzie ma nieskrępowany dostęp do toalety.
W miejscach podwyższonego ryzyka zajmuje miejsce w jakiejś rozsądnej odległości od kibla, mając drzwi z napisem "toaleta" w zasięgu wzroku.
Pamiętam taki fragment z Przygód Dobrego Wojaka Szwejka gdy główny bohater idąc korytarzem chyba sądowym, zatrzymuje się przed każdą spluwaczką i pluje do niej karnie, ponieważ powyżej naczynia znajduje się tabliczka z napisem - pluć do spluwaczek.
Wiadomo wszystkim, że Szwejk miał  urzędowo stwierdzony debilizm. Dlaczego wplatam go do tekstu?
Otóż przyszedł mi na myśl gdy kumpel zamykając za sobą drzwi kolejnego Toy Toya wypowiedział:
te słowa które stały się mottem tego tekstu - Jestem w takim wieku, że jak widzę kibel to korzystam. 
No cóż,  to są konsekwencje posiadania prostaty w pewnym wieku. Tak mówi mój urolog.
Jest taki dowcip.
Dobry Pan Bóg przywołał kiedyś do siebie Adama i Ewę i zapytał :
- Które z Was chce sikać na stojąco?
- Ja, Ja, ja - zaczął wykrzykiwać Adam
- Dobrze będziesz mógł to robić - rzekł Pan, a zwracając się do Ewy powiedział - Tobie pozostaje wielokrotny orgazm
Tak to jakoś się porobiło, że wiele z kobiet nigdy nie miało okazji skorzystać z tego wielokrotnego cuda, a niektóre uważają, że orgazm to tylko wymysł autorów literatury erotycznej.
Pamiętam taką scenę z filmu Manhattan z 1979 r, w reżyserii Woodego Allena, gdzie jedna z Pań na przyjęciu mówi :
- Mój terapeuta powiedział, że miałam w życiu jeden orgazm i w dodatku nieudany.
No cóż, to jest jak z Windowsem, wersja demo jest super, ale praktyka pokazuje coś innego.
          Jakieś dwa tygodnie temu wyjechałem z żoną do lekarza. Po delikatnym obiedzie i poobiednim espresso, wsiedliśmy do auta, planując załatwić jeszcze parę spraw po drodze. Nie codziennie w końcu jedzie się do miasta. Posuwaliśmy się ulicami  w żółwim tempie, ponieważ  taki jest Kraków w godzinach szczytu. Tak czy siak, po prawie dwóch godzinach dotarliśmy do przychodni. Bardzo dobrze, że dotarliśmy, bo  właśnie odczułem narastającą  potrzebę by  odszukać drzwi z dwoma charakterystycznymi kółeczkami.
Jakież było moje zdziwienie gdy po dotarciu po te drzwi, oczom moim ukazał się taki tekst

                                      

W wyobraźni widziałem już  wielką kompromitację ze swoim niestety udziałem, bowiem kolejka do rejestracji była spora. W ogóle było tam kilka poradni, więc najpierw trzeba ustalić czy to ta właściwa
rejestracja.  Ktoś powie, że mogłem podejść bez kolejki. Bardzo proste, ale :
Po pierwsze to nie ja byłem pacjentem, a żona. Po drugie, wytłumacz  głośno całej zniecierpliwionej kolejce,  Ze ja chcę siku! Że akurat tak cię przyparło i musisz zaraz, bo inaczej zaraz tu i teraz....
Szczęśliwie, jakiś mało obowiązkowy pacjent, co prawda odniósł klucz do swojej poradni, ale zapomniał wcześniej przekręcić  go w zamku.
Widzisz żyjemy choć śmierć był blisko - zacytowałem  po raz kolejny poetę, przecierając delikatnie spocone z emocji czoło.
Ten PRL- owski zwyczaj zamykania kibla na klucz i chowania go w jakichś zakamarkach to koszmarna pozostałość po czasach  kiedy klienci kradli papier toaletowy, nie mówiąc o włażeniu z buciorami na deskę klozetową, czy zalewanie jej osobistym strumieniem. Tylko czy wyżebranie klucza powodowało, że człowiek stał się nagle ucywilizowany?   Dziś już papieru nie kradną, bo jest ogólnodostępny. A może jednak kradną  nie przejmując się moją wiarą w ludzi?
A ja jakoś głupio w nich wierzę. 
W czasie jednego z ostatnich wyjazdów motocyklowych, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, aby zatankować maszyny i skorzystać z toalety. Ponieważ podjechało kilka samochodów na raz, zrobiła się kolejka tak przy pompie jak i w toalecie.
Zaczęło się  więc odliczanie osób przede mną, sześć, pięć, cztery osoby.
- Czy 10 minut to dużo? 
- To zależy z której strony drzwi do toalety jesteś - odpowiadają  dowcipnisie
I kiedy tak kontemplowałem upływ czasu, gdy stojący przede mną facet w podobnym wieku,  zapytał:
- Wytrzymamy? Bo jeżeli nie to wchodź Pan.
- Wytrzymamy! - odpowiedziałem dzielnie, bo każdego faceta łatwo sprowokować do rywalizacji
Rozczulił mnie jednak ten prosty ludzki odruch w kiblu, na stacji benzynowej w Białce Tatrzańskiej.
Oczywiście, że wytrzymałem. Pozostałem też z wiedzą, iż Człowieka można spotkać nawet w najdziwniejszych miejscach tego globu nie wyłączając  kibla.




26 listopada 2025

Pokolenie X czyli my? Tak nas widzą młodzi

Pokolenie 50-latków jest przerażone. "To już nie jest to samo życie"
W jednej chwili unikatowe pokolenie zadowolonych z życia 50 i 60-latków zmieniło się w wyczerpanych, niezdrowych, potrzebujących wsparcia. Szczególnie niepokojący jest stan ich głów.
To Początek artykułu Małgorzaty Święchowicz w Newsweeku. 
Lead (z angielska)  jest zazwyczaj wytłuszczony i zawiera kluczowe informacje. Jego zadaniem jest wprowadzenie czytelnika w tematykę artykułu, podając w skróconej formie najważniejsze fakty (kto, co, kiedy, gdzie, dlaczego) i zachęcając do dalszej lektury
Mnie ten początek, by trzymać się rodzimego nazewnictwa, bardziej wystraszył niż zaciekawił, ale coś zmusiło do czytania
Artykuł omawia beznadzieję życia ludzi z tego przedziału wiekowego. Pokolenia wychowanego w PRL które jak krety, jako pierwsze przebijało się przez nowe realia gospodarcze.
Pokolenie ludzi odnoszących sukcesy, ale niepewnych jutra. Potem wypalonych , a na koniec dobitych przez epidemię Covid, po którym zdrowie już nie takie samo, a dodatkowo liczne likwidacje firm, bankructwa i rewolucje w zatrudnieniu.
Jakby tego było mało Pokolenie X jak o nim mówią wchodzi w opiekę zniedołężniałych rodziców w wieku 70 plus.
Artykuł kończy się jeszcze bardziej pesymistycznie niż się zaczynał.
Prof. Szukalski mówi, że to, co teraz się dzieje z osobami mającymi 50-60 lat, wpłynie na ich dzieci. Nie ma się co łudzić. Problem dopiero się rysuje, za kilka lat napęcznieje. Wtedy pierwsze powojenne roczniki wyżu demograficznego przekroczą 80 lat. I pojawi się problem większy niż ten dzisiejszy – gdy część jeszcze jakoś sobie radzi, a część na razie nie jest w stanie zrobić zakupów większych niż dwie bułki i mleko. Za kilka lat będą już być może leżeć i z pewnością tych leżących będzie więcej niż teraz. W pewnym momencie mogą się pojawić dwa pokolenia seniorów – te "dzieci" mające teraz 50+ i tyle swoich problemów, że przestaną sobie radzić z problemami rodziców mających 80+ – mówi prof. Szukalski. – Jedni i drudzy będą potrzebować opieki. I to spadnie na dziecio-wnuki, które teraz być może nawet tego nie podejrzewają. Będą mieć 40-45 lat i poważny problem.
I to podsumowanie tego hiobowego tekstu

                                                                                               Gemini AI

Ja emeryt zbliżający się do 70 ( te  niecałe trzy lata szybko zlecą ) póki co mam nadzieję, że jej  dożyję.
Zacząłem mówić tak od czasu gdy już trzeci pogrzeb na którym jestem dotyczy osoby młodszej ode mnie.
Nie wiem czy mogę podpiąć się pod to pokolenie X. Nie chciałbym wpaść do koszyka oznaczonego literą S jak seniorzy, a jeszcze gorzej - Staruchy.
Piszą o pokoleniu X, że jest – jak wynika z badań – lojalne, pracowite, godne zaufania,
To by się, baz fałszywej skromności zgadzało i z ludźmi z mojej półki wiekowej.
Na rynku niestety pokolenie to jest niepożądane. Tego też doświadczyłem
Wychowane w PRL, często już siwe, młodszym źle się kojarzy. Nagminnie wsadzają Iksów do jednego worka ze swoimi dziadkami – pokoleniem baby boomers urodzonym po II wojnie światowej.
Badacze przyjrzeli się rodzajom  aktywności iksów.
Tu ciekawostka z omawianego  artykułu.
Wśród osób 50+ badacze zauważyli:
Fotelsów (słabiej wykształconych, niezbyt aktywnych domatorów),
Kapłanów Tradycji (mało otwartych, bardzo religijnych, głównie mieszkańców wsi).
Byli też obciążeni chorobami Cichosze i przygniecione obowiązkami Matki Sercanki, na które spadła opieka nad wnukami albo starzejącymi się rodzicami.
Wtedy czyli przed pandemią to wszystko były mniejszości. Na pierwszy plan wychodziły:
zadbane, pełne werwy GrandLejdis – chcące się rozwijać, cieszące się życiem, aktywne, towarzyskie.
Poza tym zadowoleni z życia HotHardzi
i zamożni GoldBoye: stale zapracowani, z mnóstwem zobowiązań, ale znajdujący czas na wyszukane rozrywki, egzotyczne podróże.
Większość była bardzo zadowolona ze swojego życia. Mówiła, że czuje się o 11 lat młodsza, niż wynikałoby z metryki.
Teraz to wszystko się przetasowało.  

A Wy,  naginając nawet ten przedział wieku dla pokolenia X, do jakiej grupy moglibyście się zaliczyć ?
 

19 listopada 2025

Umieranie z Wyspiańskim

Najpierw zapowiedział się Starszy z żoną, a więc jego matka rzuciła się do przygotowania jedzenia. Taka jakaś zrobiła się zależność, że telefon od syna otwiera w jej głowie książkę kucharską. Mówiłem już tyle razy, że to my powinniśmy  raczej  być zapraszani na specjały kuchni włoskiej, czyli kraju i obyczajów jakie sobie starsze dzieci ukochały, ale wiadomo serce matki.
Kiedy wszystko było już przygotowane do wydawania,  Starsi wpadli, zjedli, i opowiedzieli o plenerze malarskim we Włoszech. W plenerze tym  uczestniczyła małżonka syna, albowiem odkryła w sobie zapał twórczy.
Na koniec wizyty otrzymaliśmy torbę z prezentami z podróży. Jakimiś włoskimi przyprawami i tajemniczą kopertą.
Po otwarciu okazało się, że to bilety do Teatru Słowackiego na sztukę - Proszę Państwa, Wyspiański Umiera.
W pierwszej chwili nie oszalałem ze szczęścia. Oczami wyobraźni widziałem te tłumy uczniów ze szkolnych wycieczek i patetyczny nastrój.
Skoro jednak mieliśmy już te bilety to czemóż nie skorzystać z okazji by odwiedzić elegancki garniturowy teatr ? Napisałem garniturowy, bo do Słowackiego nie odważę się iść inaczej ubrany.
Przyzwyczajenia z młodości pozostają nadal w mocy. W końcu Słowacki i Stary to takie Narodowe Świętości.
Moja żona martwiła się trochę o moją garderobę. Ostatnio, na spektakl Piaf nie udało jej się wsadzić mnie w marynarkę i wystąpiłem na sportowo. Odniosłem wrażenie, że hala Ice Areny i repertuar nie nakładają na mnie takiego obowiązku.
Tu nie miałem wątpliwości.
Przyznam bez bicia, że korzystam z dostępności wiedzy która znajduje się w Internecie i trochę o tym spektaklu poczytałem.
Po pierwsze reżyserem spektaklu jest Agata Duda Gracz, co napawało mnie pewną nadzieją.  Reżyserka wychowywała się w domu w który kpiono z owej narodowej powagi. W obrazach Jerzego Ojca widać doskonale. Jak wyrosło się w takiej atmosferze, to może, może...
Agata Duda Gracz jest również autorką tekstów, scenografii i kostiumów
Jak napisał na swojej stronie  sam Teatr :

"- Nie jest to jednak opowieść o umieraniu, tylko o życiu. O bufonadzie, egoizmie, zazdrości, okrucieństwie i o pysze. Ale też o marzeniach, sztuce i o miłości. Nasze przedstawienie nie jest laurką dla Czwartego Wieszcza.
Ostatnia noc życia Wyspiańskiego. A może ostatnia chwila? Miejscem akcji jest jego głowodusza. Przestrzenią – scena i widownia Teatru Słowackiego. Tego samego, gdzie po raz pierwszy wystawił swoje Wesele i Wyzwolenie, którego chciał zostać dyrektorem. Ale nie wyszło, bo „oni” wybrali „tego nadętego Solskiego”. O „onych” też będzie dużo. O „onych” którzy skrytykowali, odmówili, zabrali, nie zapłacili, zazdrościli i jeszcze na końcu pokłócili się o podział kosztów jego pogrzebu. Wszystkie postaci, które pojawią się na scenie mają swój pierwowzór w przeszłości bądź teraźniejszości. W przeciwieństwie do zdarzeń, które z pewnością nie miały miejsca.
W tym ostatnim momencie życia, kiedy wyobraźnia zastępuje rzeczywistość, po Wyspiańskiego przychodzi jego zmarła wiele lat wcześniej matka. I prowadzi go niczym Wergiliusz przez przestrzeń między życiem a śmiercią, gdzie – tak jak na scenie – wszystko jest możliwe."

Akcja sztuki jak wspomniano dzieje się na scenie, na którą na początku spektaklu aktorzy zapraszają widzów, aby z bliska zobaczyć to łoże śmierci Wyspiańskiego i wejść w sztukę. Scenografia jest skromna, można powiedzieć ascetyczna. Zaraz potem akcja przenosi się na widownię gdzie wśród widzów krążą aktorzy, a chwilami wypowiadają swe kwestie nawet z teatralnych lóż. Trzeba  mieć oczy dookoła głowy.
Powiem szczerze, nie jest to laurka dla Wyspiańskiego. Poruszane są sprawy bolesne. Rywalizacja twórców z wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami, czy relacje tytułowego bohatera z wiejską żoną Teosią. Ciekaw jestem co by powiedział o tej sztuce Tadeusz Żeleński Boy znany ze swych działań na rzecz odbrązawiania historii ? Czy ta sztuka nie byłaby zbyt nowoczesna dla jego, otwartego przecież umysłu? Może nie.
Sztuka ze wszech miar "krakoska" Tutejsze klimaty i osoby. Kogóż tu widzimy na scenie, by wymienić tylko najbardziej znane postacie.:
Helenę Modrzejewską, Wandę Siemaszkową, Lucjana Rydla, Józefa Mehoffera, Jana Matejkę, Tadeusza Kantora, Krystiana Lupę, Ludwika Solskiego, Jerzego Grzegorzewskiego,
Ten ostatni związany raczej z Łodzią i Warszawą, ale jak przyznał Wyspiańskiemu, ściągnął do Warszawy paru krakowskich aktorów  jak Jerzy Trela czy Dorota Segda.
Jest i  Wernyhora, a nad wezgłowiem łoża śmierci Wyspiańskiego siedzi muza, którą sam bohater w rozmowie z matką nazywa muzą Jacka Malczewskiego.
W tę rolę wcieliła  się utalentowana piosenkarka Maja Kleszcz. Swoimi przejmującymi wokalizami wypełnia znaczną część spektaklu. 
Być może natłok tych postaci spowodował, że niektóre z wątków zostały ledwo dotknięte, bo ileż można wcisnąć do spektaklu który trwa półtorej godziny ?
Ciekawostki to, że trakcie sztuki aktorzy ustawiają się w żywe obrazy, a Reżyserka ułatwia nam zagadkę wyświetlając powyżej tytuły obrazów.  
Jest więc ołtarz Wita Stwosza,   Lekcja anatomii doktora Tulpa Rembrandta, czy Śmierć Jacka Malczewskiego. Na koniec bardzo dynamiczna Pieta





                                                                          Na  koniec  dynamiczna Pieta

                                                                        
                                                                                       Zdjęcia ze strony Teatru Słowackiego

Zaskakujące w finale sztuki jest spotkanie Wyspiańskiego z influencerem który nie ma nic ciekawego do powiedzenia, ale jak to teraz  modne,  robi sobie selfie z artystą.
Wątków aktualnych, poza postaciami nie brakuje. Oto aktorzy rozpatrując historię choroby wenerycznej Wyspiańskiego ogłaszają ze sceny, że Kraków jest miastem wolnym od syfilisu.
Odważnym jest scena kiedy Wanda Siemaszkowa pyta Wyspiańskiego po co napisał "Wyzwolenie" i o czym ono dokładnie jest ? Następnie robi test, zwraca się z pytaniem do publiczności. Twierdząc, że widzowie to inteligentni ludzie skoro przyszli do teatru, pyta - Czy ktoś z Państwa wie o czym jest Wyzwolenie ? Widownia  rozświetla się, ale ani jedna ręka nie podnosi się do góry.
 W trakcie spektaklu naszła mnie taka myśl ogólna, być może związana z wiekiem.
Jak to jest, że teraz z reguły aktorzy zaopatrzeni są w mikroporty które wzmacniają ich głos, a i tak bywały chwile, że traciłem możliwość zrozumienia wypowiadanych słów. Pamiętam zaś czasy gdy Jerzy Trela wygłaszał w  Teatrze Starym  monolog Konrada  czyli Wielką Improwizację to jego głos był słyszalny na Krakowskim Rynku. Czyżby problem tkwił wyłącznie po mojej stronie?
           Czas w teatrze szybko zleciał, odbiór przerywany śmiechem. Był to jednak śmiech gorzki zmuszający do przemyśleń.
A teraz organizacyjnie.
Teatr Słowackiego to kolejny na mojej mapie przyjazny niepełnosprawnym obiekt.  Aktorzy widząc żonę na wózku, zadbali o lepsze miejsce niż wykupione bilety. Przeniesiono nas do loży na parterze, a więc mieliśmy komfortowy odbiór.
W organizacji widowni zarezerwowano nam miejsce postojowe przed samym teatrem, a zezwolenie odebrałem przed spektaklem w kasie.
Winda wywiozła żonę po schodach i tylko pojazd do samego budynku był usytuowany z boku.
Minęliśmy tłum oczekujący i skierowaliśmy się za budynek.  Wchodziliśmy jakby kuchennymi drzwiami i przez moment czuliśmy się odrobinę jak ubodzy krewni. Wytłumaczyłem jednak żonie, że to ze względu na historyczną bryłę budynku . Zgodziła się z tym tłumaczeniem i odgoniła głupie myśli.
Poza tym suma plusów zdecydowanie przykryła tę jedną niedogodność.
         Najgorszą zaś rzeczą było dojechać pod sam teatr. Wszędzie wokół strefy bez samochodów, lub ze znacznym ich ograniczeniem. Dawno nie byłem w tej okolicy samochodem a więc czułem się jak prowincjusz. Lubicz Podwale jednokierunkowe a znaki kierowały nas w ten sposób, że oddalaliśmy się od teatru, zamiast do niego dojeżdżać. Nawigacja nie była tu wcale pomocna,  ponieważ sugerowała, aby zostawić samochód  na poboczu i dojść pieszo. Dawanie dobrych rad nic nie kosztuje, nawet nawigację.
Czas uciekał i w zapasie zostało nam w końcu tylko kwadrans.
Przyznam szczerze i niech to zostanie między nami, ale w pewnej chwili zdesperowany godziną " nie zauważyłem"  kilku znaków drogowych i w ten sposób dojechałem na miejsce. Już na ostatnich metrach widziałem patrole straży miejskiej oprawiających nieostrożnych kierowców. 
Mam tylko nadzieję, że w najbliższych tygodniach nie dostanę z tego powodu zaproszenia na Policję.
To była najciemniejsza chwila wieczoru.
Mądry powie, jedź tramwajem, ale w naszej sytuacji nie możemy sobie na to pozwolić.
Reszta była perfekcyjna.
Po powrocie do domu, choć to już była późna godzina, uczciliśmy udany wieczór kieliszkiem Shiraza.
Tyle mówią o udanych prezentach, a ten nasz  był nad wyraz udany.
Wracając koło budynku Opery Krakowskiej, żona wyraziła życzenie wizyty i tutaj. 
- Czemu nie. Wybierz spektakl, ja zadbam o resztę.
 W końcu Emeryci Wolne ptaki,







12 listopada 2025

My młodzi, my młodzi, nam wódka nie zaszkodzi. A wino?

Motto :
Nie wiem z jakiego powodu zwykłe chlanie nazywa się ostatnio "Kulturą nadmiernego spożycia alkoholu". I co to w ogóle ma wspólnego z kulturą ?
 
Tytuł nieco mylący ponieważ od jakichś 12 lat nie korzystam z ciężkich alkoholi, młody też już zdecydowanie nie jestem Bez żalu pożegnałem się z wódką od kiedy w sposób widoczny przestała mi służyć. Zadziwiające, a nawet zachwycające, że nie spotkałem się z żadnym sprzeciwem w tej kwestii ze strony mojego organizmu. Nie znaczy to, że nie korzystam z alkoholu jako takiego. Moje zainteresowanie skupiło się na winie, który to napój od zawsze traktowałem wymiennie z wódeczką. Od zawsze też miałem przeciętne zainteresowanie piwem. Napój ów jest dla mnie przede wszystkim moczopędny i bywał kłopotliwy z tego właśnie powodu. Przyznam jednak, że lubię wypić małe dobrze schłodzone piwo po koszeniu trawy w lecie. Tak więc moje zainteresowanie piwem zaczyna się wraz z pierwszym pokosem, a kończy tak w połowie września. Potem butelka leży w spiżarni, oczekując otwarcia  nowego okna konsumpcyjnego.

Wino poprzez swoja tajemniczość i różnorodność zainteresowało mnie z wielu stron, a nie jedynie z powodu samej konsumpcji. Pomijając wszystko, twierdzę, że rozsądna degustacja wina wpływa na ogólną kulturę.
Preferujący wódkę lub (i)  piwo mają za złe picie przez innych wina. Atakują ich gusta, za zły smak, kwasowość płynu i ileś tam jeszcze wymyślonych jego mankamentów.
Bardzo rzadko zdarza się odwrotna reakcja.
Zaraz po zamieszkaniu w nowym (dla nas) domu,  zbliżyliśmy się towarzysko z sąsiadami. Niektórzy byli bardziej biesiadni inni mniej.
Zaprosiłem kiedyś z rewizytą jednych z nich, pamiętając, że dwoje z nich pije wódkę, a jedna piwo. Dobrze schłodzone trunki znalazły się na stole do wyboru. Nie zapomniałem rzecz jasna o gospodarzach. Dla żony przygotowałem białe wytrawne wino, dla siebie wytrawne czerwone.
Już przy pierwszym kieliszku spotkałem się z zarzutem, że lekceważę gości nie pijąc wódki. Wytrzymałem jeszcze dwie zaczepki i powiedziałem:

- Drogi sąsiedzie. Spotkaliśmy się tu, aby porozmawiać, pośmiać się i dobrze bawić. Biorąc pod uwagę zwłaszcza to ostatnie przygotowałem dla każdego z nas to co lubi, to co sprawia mu przyjemność już podczas picia. Lubisz wódkę, masz wódkę. Tak samo Twoja siostra i żona maja wybór. My lubimy wino i to lejemy do własnych kieliszków. Dlaczego zabraniasz nam wyboru?
Nie zmuszam Cię do picia wina, więc z jakiego powodu ty zmuszasz mnie do konsumpcji wódki?

- Bo nie piejmy równo - odpowiedział.

- A więc tu Cię boli sąsiedzie drogi. Z przeliczenia na 40 procentową wódkę jedna butelka wina to ćwiartka wódki o stężeniu 40%.  Patrząc na butelkę Twoja i moją butelkę, to jesteśmy na podobnym stopniu konsumpcji, a obaj pijemy to co lubimy.

Nie wiem czy przekonałem go do końca, bo w kwestii alkoholu jest podobnie jak z polityką. W tym kraju nikt nikogo do niczego nie przekona, a jedynie zwiększy urazy.
Postanowiłem obniżyć nieco temperaturę naszych relacji, Po śmierci sąsiada reszta towarzystwa zaakceptowała w końcu  nasze "dziwactwo"  W końcu dobrze żyć zgodnie z sąsiadami.
I oto właśnie chodzi, o akceptację. W końcu alkohol ma być tylko i wyłącznie dodatkiem do towarzyskich spotkań, a nie jego głównym celem .



                                                                                                                                                                                 rys GPT- AI
Po co przywołuje te procentowe wspomnienia?
Od początku prowadzenia tego bloga ciepło piszę o degustacji wina. Z rozsądkiem i umiarem.
Teraz chcę napisać o przełamywaniu rutyny.
Czytający mój blog wiedza, że piątek godzina 17.00 to ten magiczny czas kiedy zaczynam przygotowywać stół na piątkową degustację. To raczej taka kolacja z winem, chociaż nieco skromniejsza w oprawie. Świeża bagietka, kabanos, kilka rodzajów dobrego sera i wino. 
Jak wspominałem, białe delikatne z owocowym aromatem dla żony. Czerwone, zdecydowane w smaku średnio ciężkie z dającym się wyczuć aromatem suszonej śliwki, wanilii czy czarnej porzeczki, ale też czekolady, czy pieprzu.
Od lat trwa ta celebracja piątkowego wieczoru i ta długotrwałość doprowadziła do pewnej rutyny. Nie chodzi o to, że tego wina jest zbyt dużo,  ponieważ z wiekiem narzuciłem sobie pewne maksymalne normy, które są zależne od nastroju i potrzeb. Zwykle lokuję się poniżej normy, czasem do niej dobijam. Norma  nie jest  na szczęście wygórowana. Staram się i w tej kwestii słuchać organizmu.
Problemem jest to, że piątek stał się nieco przewidywalny. Dodatkowo gdzieś z tyłu głowy siedzi mi zdanie z rozmowy z pewnym specjalista od terapii uzależnień. Stwierdził on, że nawet weekendowa konsumpcja alkoholu niesie za sobą zagrożenie. Jeżeli w piątek rano cieszysz się z tego, że wypijesz wieczorem to znaczy, że masz problem.
Niby śmiałem się z tego, ale cytowane zdanie powracało jakoś tak samo z siebie.
Co, ja nie dam rady?
W piątek 19 września podjąłem decyzję o zmianie piątkowych zachowań. Żona zadeklarowała, że będzie uczestniczyć w ogłoszonym przeze mnie zobowiązaniu.
Od zawsz żartowałem na temat noworocznych zobowiązań. Szczególnie tych dotyczących picia , alkoholu. Uważam że jeżeli już, to w takich przypadkach nie powinno się szermować słowami "nigdy" i "zawsze".
Przyjmujmy zobowiązania na naszą miarę ponieważ niehonorowo jest ich nie dotrzymywać.
Postanawiamy -  Nie degustujemy przez miesiąc.
Ten detoks, ma na celu przełamanie dotychczasowej piątkowej rutyny.
Tak jak już wspomniałem, pod koniec września rozpoczęliśmy detoks i przyznam szczerze, że poszczególne weekendy minęły nam bez żadnych problemów. Nawet moje wewnętrzne ja nie naciskało na zmianę decyzji. Zadziwiające, że żaden z moich organów wewnętrznych na czele z głową nie strajkowały.
W chwili gdy pisałem te słowa kończyłem ów 30 dniowy okres niekorzystania z winnych aromatów.
Powiem, że po tym miesiącu czuję się lepiej, pewniej i mogę pisać o zrównoważonej konsumpcji.
Choć niektórzy próbowali wybić mi z głowy  sympatię do wina,  pisząc o nim : Skisła, śmierdząca, niepijalna ciecz,  to ja przyjmę tę ich subiektywną ocenę z pokorą i nie będę ich przekonywał, że jest inaczej.
W końcu to sami sobie w miarę możliwości budujemy swój mały świat, swój dom w którym nawet drobne przyjemności ustawiamy po swojemu. 
Ponieważ jednak niektórzy mają jakąś potrzebę ekshibicjonizmu, dlatego ja zaprosiłem Was do mojego świata, mając nadzieję, że tego nie pożałuję. Wiele razy pisałem na tych łamach, iż wierzę w Człowieka.
Z drugiej strony, trzymam się wiernie czerwonej linii  prywatności, którą sobie kiedyś wyznaczyłem.
Patrząc zaś na sprawę wina, zauważam, iż potrafię być czasami konsekwentny.  No ale już dość tej auto pochwały.
Taki idealny to ja znowu nie jestem



 

05 listopada 2025

Zepsuta natura, czyli listopadowy spleen

Listopad. Ciepło już było, zimno najprawdopodobniej będzie. Po zmianie czasu siedzimy dłużej przy sztucznym świetle. Dopada nas, w zależności od osobistych predyspozycji: zwątpienie, zniechęcenie, a w ostateczności listopadowa depresja. Jeszcze na półkach znicze w przecenie, a już z głośników dobiega dźwięk dzwoneczków u sań renifera. Potrafisz sobie wyliczyć, że do świąt jeszcze prawie dwa miesiące.  Jak w tych okolicznościach  wykrzesać z siebie entuzjazm i zachwyt nad pięknem tego świata?
Ho, ho, ho, ho wkurza za każdym wykrzyczanym ho i w ogóle.  Mnie też udzielił się ten minorowy nastrój stąd stąd te listopadowe teksty są takie gorzkawe lub tylko słodko-gorzkie.
Motywem przewodnim miesiąca listopada jest dla mnie utwór  Krystyny Prońko - Psalm stojących w kolejce, chociaż ostatnia  kolejka jaką widziałem,  była to ta do toalety, na koncercie Dżemu w Tauron Arenie 

Na początku definicja. Pochodzenie słowa  spleen użytego w tytule,  mnie samego nieco zaskoczyło.
Spleen, splin to stan przygnębienia i złości, ponury nastrój,  apatia, chandra.
Nazwa pochodzi od angielskiego spleen dosłownie oznaczającego  śledzionę, ponieważ schorzenia śledziony łączono z takimi uczuciami.

Tyle razy obiecywałem sobie by nie pisać o polityce i z reguły mi się to udaje.
Jakże jednak temat całkowicie pominąć kiedy to ludzie robią politykę, a nic co ludzkie nie jest nam przecież obce.
Dzisiaj dla odmiany o zachowaniu któremu daleko od określenia ludzkie.
Nie jestem takim intelektualistą, aby wiedzieć kto to był Andre Maurois. A te trzy myśli są z pewnością wyciągnięto z jakiegoś szerszego kontekstu i podano mi na tacy. Dopiero po tym jak zgodziłem się z ich przesłaniem sprawdziłem kim był ten który je napisał

"Podli zawsze górują nad przyzwoitymi, bo traktują ich jak wrogów. A ludzie uczciwi często odnoszą się do podłych tak, jakby ci byli warci szacunku"

Niebywale aktualne stwierdzenie. Spójrzcie jak się traktuje rasistów, antysemitów, farbowanych patriotów. Odpuszczamy im wyskoki, tłumacząc je jakimiś absurdalnymi sytuacjami lub co gorsze nie tłumacząc ich wcale. Liczymy, że ten ktoś pogubił się tylko i z pewnością wróci na słuszną drogę.
A to głupie bo nic takiego się nie stanie. Z miejsca do którego się posunął zaczyna robić kolejny krok testując naszą cierpliwość. Uważajmy bo wcześniej czy później za plecami przyzwoitych pojawi się ściana i co wtedy ?
Pod koniec swojego pięknego życia sporą dawkę goryczy  otrzymał profesor Strzembosz, chociaż  tym swoim życiem udowadniał, że warto być przyzwoitym. Jakże było mi wtedy wstyd za tych pyskaczy.

"Głupi gardzi mądrym, nieuk - człowiekiem wykształconym, cham-kulturalnym, i tak dalej.
A wszystko to przykrywa się znajomymi frazami: "Ja jestem prostym człowiekiem", ,nie lubię zbędnych gadek", "żyłem i bez książek", ,,to nie od Boga" i podobnymi. A w środku siedzi nienawiść, zazdrość i poczucie własnej marności."
 
Każdy z nas poda z łatwością choć kilka przykładów takiego zachowania.
Działo się to za wczesnego PRL-u, gdzie wprost nie wypadało być kimś innym niż murarzem czy cieślą,  bo oni byli przyszłością narodu.  Na pytanie o wykształcenie padała odpowiedź w stylu - moją szkoła były lasy kabackie ( to z Pietrzaka). W końcu  komunistyczne elity zrozumiały, że nie da się zbudować takiego państwa którym, według Lenina, mogłaby  rządzić sprzątaczka. W latach osiemdziesiątych zawierzyliśmy intelektualistom co doprowadziło do zmiany ustroju.
W ostatnich latach nastąpił powrót do do wyświechtanego schematu, że nie matura a chęć szczera i odpowiednie preferencje partyjne oczywiście.
Ostatnim wydarzeniem  o jakim czytałem jest mianowanie pewnego tynkarza dyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w mieście wojewódzkim na wschodzie Polski
Pan żadnego doświadczenia w egzaminowaniu przyszłych kierowców nie ma, a jego nominacja na korytarzach Urzędu Marszałkowskiego wywołała salwy śmiechu. W przeszłości ten pan miał firmę tynkarską, zajmował się także uprawą chmielu". Zasługą jego jest to, iż jest teściem posła w chwili obecnej będącego w opozycji.
Byle bym był złym prorokiem, ale widzicie tu możliwość ewentualnej dyskusji na argumenty bez używania znajomych fraz?

  W ciągu życia często spotkasz ludzi i ze zdziwieniem zapytasz siebie: ,, Dlaczego on mnie nie lubi? Przecież nic mu nie zrobiłem". Mylisz się! Największym jego zarzutem wobec ciebie jest to, że samą swoją obecnością obnażasz jego zepsutą naturę."

Ten ostatni cytat mocno rozjaśnił mi w głowie. Przyznam że kilka razy w moim życiu zadawałem  sobie to pytanie. Zabiegałem o czyjąś znajomość i próby te okazywały się daremne.  Zawsze pojawiało się coś  co stawało się bezbarwną zaporą, przeszkodą  w bliższym poznaniu.
To jednak nie było w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze przychodziło wtedy gdy ten ktoś nagle wykazywał cień zainteresowania. Chwytał się wtedy człowiek tego  czegoś aby zbudować relację, a była to zasadzka której celem było pozyskanie twojego zaufania. Wszystko po to aby cię w kolejnym ruchu totalnie i całkowicie skompromitować.  Ty zaś chciałeś pokazać, że jesteś człowiekiem  ze słabościami  nawet przynależnymi  człowieczej naturze. W każdym z nas tkwią bowiem jakieś skrywane  lęki czy fobie. Wiedzę o nich kładzie się  nieopatrznie na ołtarzu owej relacji.  A potem w sytuacji której się  najmniej spodziewasz  twoje tajemnice i lęki wychodzą na światło dzienne. To boli Cholernie boli
Przerabiałem to kiedyś i pozostały mi tylko bolesne doświadczenia. Nie pomógł nawet inny cytat który mówił:
Przyjaciel który raz cię zawiódł, tak naprawdę nigdy nie był nim  naprawdę.
No a co zrobić gdy człowiek z natury swojej nie potrafi zamknąć się jak ślimak w swojej skorupie ?
Psu na buty porady w stylu, że trzeba być ostrożniejszym. 
Nie wierzę więc
- W maile iż ktoś chce się ze mną podzielić pieniędzmi
- W SMS-y że muszę dopłacić do paczki
- Przesłanie na Facebooku zaproszenia do grona przyjaciół przez amerykańskie żołnierki
- Telefony rzekomo z banku iż moje pieniądze są zagrożone.
i z pól setki innych prób orżnięcia mnie na kasę
Jak jednak zabezpieczyć się przed rozmową z człowiekiem który w trakcie rozmowy patrzy ci prosto w oczy, a po fakcie okazuje się, że on tylko szuka w twoich oczach odpowiedzi jak daleko w swoim szubrawstwie może się posunąć
Co zrobić z tym że nadal głupio wierzę w to, że człowiek to brzmi dumnie Jak zachować się w tej sytuacji?
A przecież jako miłośnik Edwarda Stachury i fan Siekierezady powinienem być ostrożny.
Tam bowiem, wiele lat temu Sted ostrzegał : "Ludzi coraz więcej, a człowieka coraz mniej. I ja widzę, że tak będzie w przyszłych czasach. Już teraz tak zaczyna być. Już się widzi tego początki. Ludzi coraz więcej, a człowieka coraz mniej"
Stachura nie był pierwszy w tych spostrzeżeniach na temat człowieczeństwa.
Z lampą po starożytnych ulicach w poszukiwaniu człowieka chodził grecki filozof Diogenes z Synopy, jeden z najsłynniejszych przedstawicieli szkoły cyników Chodząc w biały dzień z zapaloną latarnią, Diogenes miał symbolicznie pokazywać swoje zniechęcenie ludzką naturą i brak wiary w istnienie prawdziwego, cnotliwego człowieka wśród ludzi.
Pasuje podeprzeć się też Konfucjuszem, wtedy cała wypowiedź nabiera innego wymiaru


Przeczytałem ten tekst i zamyśliłem się 
Wyszło coś smutnego, na przekór mojej naturze. 
Nie poddawajmy się. Z pewnością jest jakieś światełko w tunelu.
Byle by nie okazało się ono światłami pędzącej w naszym kierunku lokomotywy.



29 października 2025

W życiu piękne są tylko chwile

W życiu piękne są tylko chwile.
I kto to mówi ? Facet zadowolony ze swojego życia?
W dalszym ciągu nie zamierzam narzekać na nie. Są jednak chwile, które błyszczą niczym brylant na palcu pięknej pani siedzącej w loży narodowej opery. Wspaniały żyrandol rozświetla wnętrze, a światło przenika ten szlachetny kamień, powodując, że przez chwilę brylant żyje swoim życiem, Promieniej i błyszczy cudzym światłem, stanowiąc cudowny przykład symbiozy.
Tak jest i z naszym życiem Kiedy zagrzejemy się w blasku cudzej sławy, wtedy i nasze życie wydaje się lepsze i pełniejsze, ale po kolei.
Zaczęło się to parę miesięcy temu, kiedy wraz z żoną obchodziliśmy imieniny. Tak się złożyło, że obchodzimy te nasze imieniny dzień po dniu. Robimy wtedy jedno wspólne przyjęcie. Kiedyś to wychodziły z tego bale, a dla niektórych i balety, teraz pokornie oddajemy ten czas najbliższym. Imieniny to w Małopolsce rzecz ważna i o tyle istotna, że Facebook nie przypomni o imieninach tak jak przypomina o urodzinach, wymuszając składanie życzeń. Tutaj możliwość nietrafienia we właściwego solenizanta jest z reguły duża.
Nasze dzieci trafiły bezbłędnie, w końcu jeden utrwala to sobie od ponad czterdziestu lat drugi od trzydziestu pięciu. Był czas zapamiętać.
Wraz z życzeniami idą prezenty, a że według naszej miary jesteśmy skromni prosimy aby były one symboliczne. W naszym rozumieniu słowa symboliczne to znaczy skromne.
W tym roku od młodszych dzieci i w wnuczki otrzymaliśmy kopertę a w niej :

                                   

Nie nazwałbym tego skromnym prezentem, ale widocznie dzieci inaczej rozumieją znaczenie słowa symboliczny. W końcu " Dżem " to kawał historii naszego życia i co by nie powiedzieć, prawdziwy symbol.
Teraz wystarczyło już tylko poczekać pół roku.
Można by posiłkować się Fredrą, unikając oczywiście pewnych wyrazów :

Prędko, prędko baśń się baje, lecz nie prędko rzecz się staje
baśń się baje, czas ucieka, Ojciec z Matką "Dżemu" czeka
Te bilety są na płytę, tam doznania znakomite
Taki powrót do młodości, porozciąga wszystkie kości.

Rzeczywiście Dzieci kupiły nam bilety na płytę, aby przypomnieć sobie dawne dobre czasy.
Pokiwany się więc trochę droga Żono.
W końcu nadszedł długo oczekiwany piątek 25 października, a my z ponad półgodzinnym wyprzedzeniem pojawiliśmy się w Tauron Arenie.
Wszędzie widać stan podwyższonej ostrożności. Przy wjeździe na parking sprawdzono nam bagażnik, ale ze względu na żonę nie płaciliśmy za parkowane i mogliśmy się zatrzymać bardzo blisko wejścia.
Widząc jak pcham wózek rozpięto bariery i młodzi ludzie wpuścili nas bocznymi drzwiami.
I tu nastąpi chwilowe załamanie tej hura opowieści.
Nie mogliśmy znaleźć wejścia na płytę Tauron Areny. Podeszliśmy więc do informacji i tu po dłuższych ustaleniach okazało się, że wózki mają zakaz wjazdu na płytę.
Czasy się jednak naprawdę zmieniły i nie spuszczono nas po przysłowiowej brzytwie. Wskazano nam sektor który miał część przystosowaną do specjalnych wymagań. Było więc kilka stanowisk z fotelem dla opiekuna i miejscem na wózek obok.
Ze trzy osoby odprowadziły nas na miejsce, odrzucając propozycję dopłaty do biletów.
Wszystko to młodzi i chętni do pomocy ludzie, a tak źle mówi się o pokoleniu Z. Od jakiegoś czasu mówię, że ten kraj się zmienił i dalej zamierzam tak twierdzić.
Ja się chyba też zmieniłem, bo zamiast starego zgorzkniałego piernika zmieniam się w uśmiechniętego i wdzięcznego za miłe gesty, seniora.
Wybija godzina zero plus dziesięć minut.
O godzinie 19.40 pogasły światła i zaczął się wyczekiwany koncert

                                   

Stare kawałki przeplatały się z nowszymi kompozycjami, ale ja jak ten inżynier Mamoń z "Rejsu" cieszyłem się jak dziecko na starocie, bo lubię te piosenki które już kiedyś słyszałem.
Było sporo rówieśników, ale i trochę młodszych ludzi Niektórzy ciągnęli za ręce dzieciaki, co z mojego punktu widzenia dobrze rokuje na przyszłość.
Dżem to Polski zespół muzyczny grający muzykę z pogranicza rocka i bluesa który założono w 1973 roku. Zaliczany jest do najważniejszych zespołów w historii polskiej muzyki rockowo-bluesowej.
Już w grudniu 1973 roku do zespołu dołączył jako wokalista Ryszard Riedl
Historię Ryśka Riedla znają chyba wszyscy choćby przez film "Skazany na Bluesa".
Wiemy więc, że niczym rak zżerał go nałóg. W drugiej połowie lat 80tych, Riedl stopniowo oddalał się od zespołu popadając w nałóg narkotykowy, przez co choćby w 1986 i 1987 roku grupa koncertowała z Tadeuszem Nalepą
Riedl z różnym zaangażowaniem wynikającym z choroby koncertował z Dżemem do swojej śmierci w 1994 roku.
W tak zwanym międzyczasie zespół stał się legendą.
Od 2024 roku funkcję solisty pełni syn Ryszarda Riedla 47 letni Sebastian Riedl. Trochę więc z Ryśka mieliśmy.
Sebastian doskonale radził sobie z repertuarem ojca. W końcu W 2000 zajął drugie miejsce w plebiscycie miesięcznika „Twój Blues” w kategorii najlepszy wokalista bluesowy
Były więc hity :
Czerwony jak cegła
Harley mój
Złoty paw
W życiu piękne są tylko chwile
Whisky moja żono
List do M
Czy w końcu Sen o Victorii
Może przekręciłem którąś z nazw, ale pamięć do tekstów mam, do tytułów mniejszą . 


Trochę z zazdrością patrzyłem na płytę, ale z drugiej strony, żona na wózku widziałby tylko plecy stojących przed nią Jak widzicie widok mieliśmy bardzo dobry, a i tu można było pośpiewać, poklaskać i pokręcić nóżką. W końcu jak mówił były prezes telewizji, że nie wymienię jego nazwiska - Nóżka sama chodzi. Tylko że ta nóżka jest bluesowo - rockowa.
Refren Cegły sala śpiewała acappella, pełną piersią. Przy Liście do M i Victorii zapłonęły lampki w smartfonach .
Nagrałem kilka fragmentów piosenek, Tak tylko by zapamiętać atmosferę

Pierwszy to List do M
                                                                                                                                                                                                                                     

Drugi to finałowa Victoria

  

Na koniec  pozwalam sobie załączyć  Ryśka Riedla  w klubie REMONT, śpiewającego "W życiu piękne są tylko chwile". To z You Tube więc  można posłuchać w całości.

Wróciliśmy do domu przed 23.00 zadowoleni, a nawet szczęśliwi. Najbardziej jednak zadowolona wydawała się nasza suka, która nie jest przyzwyczajona do tego, że znikamy z domu w takich godzinach.
W sumie dla nas to też było pewne zaskoczenie

22 października 2025

Życie takie czyli patchwork

Klęska urodzaju na wsi.
No może nie urodzaju, ale współpracy pomiędzy rolnikami, a skupem. Tak cwani za każdym razem rolnicy, zawarli wiosną umowy gentlemańskie na zakup plonów jesienią. Umowy gentlemańskie znane są nam choćby z filmu Juliusza Machulskiego "Vabank". Przypomnę, Lokata bankowa na inne nazwisko (Henryk Bista) z angielska to gentlemen's agreement. Pośrednicy wycofali się z odbioru, a rolnicy chcą masowo wychodzić z Unii. Nie bardzo dociera do nich, że pozostaną też bez dopłat bezpośrednich, i ichniejszego ZUS-u czyli KRU-u. A nie, z pewnością to ma być poza Unią, ale z dopłatami. Trochę to chyba przekombinowane, ale może się udać w ramach kampanii przedwyborczej która ponoć właśnie się zaczyna choć do wyborów dwa lata. Póki co radzą sobie z nadprodukcją w ten sposób, że ludzi dokonują samozbiorów i płacą rolnikowi pewną kwotę. Nierzadko wychodzi to lepiej niż sprzedaż w skupie, co dobrze świadczy o zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Aż chciałoby się napisać o ludzkiej solidarności, ale to słowo przypisała do siebie tylko jedna opcja, więc nie napiszę. Jak mówi stare przysłowie - gdzie drwa rąbią tam wióry lecą. Niestety i to jest niefajne Jeden właściciel gorzelni zakupił 150 ton ziemniaków z przeznaczeniem do produkcji. 150 ton to mniej więcej 6 naczep do tira wyładowanych po brzegi. Ktoś puścił plotkę, że są do zabrania za darmo i rzucili się ludziska z torbami workami i samochodami z przyczepami. Posprzątali bo wiadomo, że plotka ma skrzydła orła.
Kiedy właściciel stwierdził, że to zwykła kradzież, sumienie nie pozwoliło ludziom pozostać z ziemniakami. Zaczął się zwrot co znów dobrze świadczy o ludziach. Niekoniecznie, ponieważ jak zwykle okazało się, iż nie wszyscy to sumienie posiadają. Właściciel ziemniaków wspominał o emerytce która zwróciła torbę z 4 kilogramami ziemniaków, gęsto się przy tym tłumacząc. Przyczepy póki co się nie pojawiły. Aż strach zostawić auto zaparkowane na ulicy, ktoś puści plotkę że porzucone  
i będzie pozamiatane.
Dlaczego o tym piszę?
U mnie też zrobiła się taka nadprodukcja. Tematów ci u mnie dostatek i zaczęły się mnożyć wersje robocze. Aby uniknąć przeterminowania, złączyłem kilka tematów w jeden i proszę, tekst jest do wzięcia od zaraz i całkowicie za darmo.

Zbliża się Dzień Zmarłych. Czas przemyśleń  o zmarłych i w ogóle o kruchości tego życia. Pomimo kłopotów i trudności dnia codziennego kurczowo się tego życia trzymamy, zaś brak troski o swoje życie klasyfikuje się nawet jako grzech. Nie brakuje takich co całe swoje życie spędzają na badaniach jak to życie przedłużyć. Ba, co zrobić by żyć wiecznie?  Czy jest na to jakiś skuteczny sposób? Jest, a podaje go na tacy filozofia żydowska.

                                                            

Grzęźniesz w tym swoim życiu człowieku i powtarzasz utarte schematy.
Najpierw robisz to, co każą rodzice
Potem robisz to, czego chce żona.
Potem robisz to, czego chcą dzieci.
A jak w końcu robisz to, co chcesz, to wszyscy zgodnie stwierdzają:
- Dziadek, odwaliło co do końca!
Nie przejmuję się tym zupełnie, ale i moje robienie tego co się chce jest takie sobie. Cały czas obowiązuje konwenans i obowiązki wpisane w kalendarz na smartfonie, bo pamięć już jakby nie ta.

Nie nadużywam alkoholu. Nie przesadzam z szybkością na motocyklu i nie wypuszczam się nim na kilkudniowe trasy, bowiem ściągają mnie do domu obowiązki. Wypełniam je wtedy z pełna piersią wrażeń i z muchami w zębach.
Niesmaczne? Jest takie pytanie: Po czym poznać zadowolonego motocyklistę?
- Po muchach między zębami. Kto jechał ma motocyklu ten wie z jaką siła uderzają w człowieka wszelkiej maści owady.
A jak już mnie najdzie na swobodę, to podkręcę głośniej na wzmacniaczu gałeczkę i "Smog on the water" zabrzmi z większą ( nie wielką) siłą.
W ogóle ten mój męski pokój skłaniać może do robienia byle czego, bowiem daje złudne poczucie wolności. Tu mogę, bez skrępowania rzucić ubranie na podłogę i nie zaścielić łóżka. Mogę nie opuszczać klapy od kibla, mogę ...
Mogę ale tego nie czynię, bowiem sam sprzątam ten mój pokój wraz z przyległościami.
To doskonały sposób na utrzymywanie porządku. Co to za przyjemność rozmazać pastę do zębów na umywalce gdy trzeba potem to samemu posprzątać, albo polerować lustro z kropek po tejże paście.
Utrzymywanie porządku, który z resztą lubię, jest prostsze gdy porządek utrzymuje się na co dzień.
Moja skłonność do porządku to robota kobiet mojego życia, matki i żony.
Niestety czasami to poczucie przeradzało się to u mnie w swego rodzaju natręctwo.
Nie potrafiłem siedzieć spokojnie w fotelu gdy narzuta na kanapie była zmarszczona, a firanka byle jak rozsunięta. W tej chwili jest już lepiej, bowiem nie mam narzuty na kanapie, a pies lubi rozsunięte firanki w drodze na taras.
Da się ? da się.
Miałem pisać o wariactwach wieku dorosłego, a nie o natręctwach . Są takie wariactwa
Mój czysty jak wspomniałem chwilę temu pokój, objąłem w użytkowanie po Młodszym. No nie tak zaraz. Stał tak sobie pusty jako gościnny. Z gośćmi też jakby teraz lżej bo rówieśnicy obrośli w swoje rodziny i mają inne zobowiązania. Alkoholu tez jakby mniej na takich spotkaniach, albo nie ma go w ogóle więc ewentualni goście z czystym sumieniem mogą wracać samochodami do domu. Wracam myślą do czasu kiedy sam dziwiłem się, że ojciec nie chce imprezować pełną piersią. Jakby mam to samo. Koncentruję się raczej na degustacji niż ilości. Taka chyba kolej rzeczy.
Wracając zaś do pokoju. Swoją sypialnie urządziłem zaraz po zamieszkaniu na parterze, naprzeciw pokoju żony. Małżonka cierpiąca na bezsenność, nawet w nocy ogląda TV lub czyta. Kiedy ogląda w moim pokoju błyskają światła jakby tam była dyskoteka. O dźwięk zadbałem wyposażając żonę w słuchawki. Ze światłem nie da się nic zrobić. No chyba żeby zainstalować drzwi bez szyby i je zamykać, ale to bez sensu. Dodatkowo mam czuły sen i w zasadzie to takie bardziej czuwanie. Dla informacji, to ja wstawałem w nocy do dwójki naszych dzieci, bo po pierwsze słyszałem, po drugie łatwo było mi się rozbudzić, bez problemu też zasypiałem. Ale to już było.
Kiedy teściowa wyjechała do syna, a poddasze opustoszało, zaadoptowałem je dla własnych potrzeb.
Podwójne łóżko, komputer, parę książek. Oczywiście czarne płyty i gramofon. Jednym słowem męski pokój. Z czasem pokój obrastał w inne sprzęty.
Od tego czasu śpię zdecydowanie lepiej, chociaż dalej mam zwyczaj nocnego czuwania
       Jako człowiek w swoim wieku mam już problemy z kręgosłupem, ale nie narzekam, bo znajomy doktor nazwał to chorobą cywilizacyjną. Zwał jak chciał, ale wieczorem przed TV organizm domaga się pozycji horyzontalnej na wygodnym posłaniu.
Moja kanapa jest o kilka centymetrów za krótka, by pomieścić mnie leżącego. Zrozumiałem co to znaczy kanapa do siedzenia. Moja suka natomiast swobodnie mieści się na na połowie zwijając się w precel i śpiąc jak zabita. Suka ma swoje lata i jako staruszka może w naszym domu więcej.
Traktuje więc tę kanapę jako swoją własność. Chcący czy nie chcący, albo cierpię na fotelu, albo rezygnuję z TV. Ta rezygnacja z wiekiem, a szczególnie po analizie programu przychodzi mi coraz łatwiej. Czasami jednak warto by być z czymś na bieżąco.
W pokoju na górze nie ma TV i nie bardzo planowałem zakup kolejnego odbiornika. W pokoju ze skosami  trudno mu z resztą znaleźć dobre miejsce.
Czasem podejrzałem coś na komórce, ale od oglądania boli ręką w której trzymam smartfona. Kupiłem chiński uchwyt na  telefon, ale fajny to on jest tylko na zdjęciu. Nie narzekam jednak, kosztował grosze.
Z pomocą przyszedł syn,  który sprezentował mi rzutnik, albo jak kto woli projektor.

 Nie, nie taki za tysiące złotych. Koszt to jakieś dwieście złotych. Też oczywiście chińszczyzna.
Projektor ma połączenie z WiFi i Bluetootha, do tego HDMI i USB. Wgranego Androida i trochę aplikacji.
Zainstalowałem go po prostu na podłodze, a na ścianie nagle rozbłysło mi 100 cali telewizji, Netflixa YouTube i paru innych udogodnień jak pisze producent w 4K. Rzeczywiście odbiór w ciemnym pokoju jest doskonały  Do tego pilot .
Kładę się więc w wygodnym łóżeczku, okrywam cieplutką kołderką, w ręce pilot lub  myszka którą też mogę sterować. Dodatkowo pilot do światła w pokoju,  który sobie już wcześniej zainstalowałem. Włączam film który zacząłem oglądać na dole, zakładam słuchawki, aby nie być dla nikogo kłopotliwymi  i ..... i  za kwadrans śpię snem sprawiedliwych.
Zbyt dużo komfortu źle wpływa na przeżywanie cudzych problemów, zwłaszcza tych które dzieją się według scenariusza.

Trwałość takiego sprzętu pewnie niewielka, ale też cena nie jest porażająca. O zaletach już pisałem. Wadą jest to, że w pokoju musi być ciemno, ale tak z reguły jest gdy włażę do łóżka czyli problem jakby niewielki.
Pilot chodzi raz lepiej raz gorzej. Raz z dwóch metrów, raz z połowy metra. Nie narzekam, bowiem znam to amerykańskie przysłowie które mówi - Nigdy nie oczekuj od towaru więcej niż za niego zapłaciłeś.
Na sen też nie narzekam... tak do trzeciej. Potem zaczyna się tradycyjne rozmyślanie o życiu. Oczywiście nie o kwestii nieśmiertelności, ale o zbiorze codziennych problemów, zniechęceń i jakoś bardzo rzadko o sukcesach. Te celebruję  raczej na jawie.

W razie potrzeby mogę głos podłączyć do amplitunera, a ten ma pięć  kolumn z czego dwie o mocy głośników zdrowo ponad 100 watów.            

W końcu to męski pokój