26 grudnia 2025

Coś się kończy, coś się zaczyna czyli pożegnania

Po górach zacząłem chodzić zaraz na początku studiów. Kolega z grupy zaprosił mnie na jesienny wypad w Tatry. Ja nawet nie miałem odpowiednich do tego butów. Miałem tam jakieś wcześniejsze wyjścia, w doliny lub do Murowańca, ale to można zrobić w byle czym.
Tak więc kolega ( potem przyjaciel, a obecnie tylko znajomy) pożyczył mi kasę na pierwsze buty specjalistyczne. 
Wyglądały mniej więcej tak


Po kilku latach nabrały szlachetnych zadrapań i dalej doskonale służyły. Na tym zdjęciu ze starszym synem mają jakieś 8 lat. Swoją drogą to pierwsze od założenia bloga czyli od 17 lat  moje zdjęcie tutaj  opublikowane.  Teraz ten młody człowiek obok mnie ma prawie 44 lata.
Zdecydowanie były to Polsporty, ale modelu jak mi bóg miły, nie pamiętam.
W nowych butach (co za idiotyzm) wybraliśmy się wraz z jego ciotką w poważniejsze góry. Wtedy zaliczyłem Szpiglasową Przełęcz, zasypaną śniegiem i zmrożoną chociaż był dopiero koniec września.
Spodobało mi się i zacząłem regularnie odwiedzać Tatry. Schodziłem te pierwsze buty i przekazałem Starszemu synowi. Wtedy buty trzeba było rozchodzić, aby były w trasie przyjazne. Pamiętam jak ze starszym synem i zrobiliśmy odpoczynek i rozsiedliśmy się na wielkim kamieniu. Tuż obok nas przysiadło starsze małżeństwo. Spojrzeli na buty Syna i powiedzieli - Och gdyby te buty mogły mówić.
Zrobiło mi się miło.
Zaraz zaraz.
Zanim przekazałem mojemu dziecku swoje buty, kupiłem sobie nowe.
Pamiętam był rok 1985 lub coś koło tego. Za każdym razem gdy przejeżdżaliśmy przez Andrychów, Syn prosił by zatrzymać się przy tamtejszym samolocie pomniku. Samolot LIM-2 w Andrychowie to historyczny pomnik, który jak czytaliśmy na tablicy jest symbolem miasta i hołdem dla pilotów poległych podczas II wojny światowej. W 1976 roku został ofiarowany mieszkańcom przez Ludowe Lotnictwo Polskie. Zmontowali go pracownicy Wytwórni Silników Wysokoprężnych Andoria, a samolot stoi na stalowym podeście przy ulicy Krakowskiej. Rozsądek mieszkańców i władz spowodował. że po kapitalnym remoncie w latach 2015-2016, wrócił na swoje miejsce, gdzie stoi do dziś. 
Wracając do schyłku PRL-u. Mieliśmy pewne zaległości w odwiedzaniu samolotu gdyż w pobliżu budowano pawilon z kilkoma sklepami. Zajrzałem tam z ciekawości . Połowa lat osiemdziesiątych to czas gdy kupowało się różne rzeczy nie wtedy kiedy była tak potrzeba, a jedynie wtedy gdy taka możliwość była.
Wchodzę więc do tego pawilonu, a tam na dziale sportowym są one,  buty do turystyki górskiej zwane popularnie "himalajkami" .
Nieopisanym szczęściem było to, że znalazł się i mój rozmiar czyli 39.
Wysupłałem wszystkie swoje oszczędności i kupiłem buty. Wtedy ceny tych butów były koszmarne, a oszczędności niewielkie.  To nie ja niosłem buty wychodząc ze sklepu, ale to rozpierająca duma unosiła mnie dziesięć centymetrów nad ziemią. Sunąłem tak niczym pomnik w kierunku naszego beżowego malucha.
Nie chciałem już odwiedzać brata mieszkającego w Bielsku Białej, ja chciałem gór.
Tym którzy nie pamiętają tamtych czasów i nie widzą w zakupie butów niczego niezwykłego, wytłumaczę po krótce.
Pierwszymi, solidnymi butami turystycznymi w Polsce o których tylko słyszałem, były ''Zawraty''. Potem pojawiły się opisywane tu Himalajki.. Nie dało się  w latach 70 tych kupić ich w sklepach, a dostawa z fabryki była realizowana jako zamówienie dla koła przewodnickiego. Najpierw trzeba było wnieść przedpłatę, a potem spokojnie czekać na swoją kolejkę.
Mnie udało się, ot tak.
Buty cudo.
Cholewka: wykonana ze skóry licowej o grubości ok. 2,5 mm
Wyściółka: miękka i cienka, jasna skóra
Membrana: brak
Podeszwa: Polsport Wałbrzych, przykręcana śrubami
Sztywność podeszwy: twarda
Waga: ok. 1800g (para)
Wyobrażacie sobie, piąć się w góry w butach ważących prawie dwa kilogramy.
Skóra i konstrukcja
Zasadniczą część cholewki wykonano z jednego kawałka sztywnej skóry. But miał dwa języki. Wewnętrzny był obustronnie skórzany ze sprężystą wkładka z gąbki. Zewnętrzny, ochronny, zrobiony był z grubej i sztywnej skóry a u góry miał haczyk do zaczepienia języka na sznurówce.
Całe wnętrze podszyto wyściółką z miękkiej, jasnej skóry. Między cholewką a wyściółką umieszczona była cienka warstwa izolująca. Podwyższona część buta, obejmująca kostki, zrobiona była z cieńszej skóry i wypełniona elastyczną gąbką, ocieplającą i chroniącą kostki.
Pierwsza wersja butów miała do sznurowania pięć par drucianych oczek i trzy pary haków a na samej górze niewygodne dziurki do przewleczenia sznurówki. Później buty robiono trochę niższe i nie miały dziurek na górze.
Podeszwa
Podeszwa  produkcji Polsport Wałbrzych była bardzo twarda, z ostrym bieżnikiem i dobrze trzymała się każdego podłoża. Buty były na wszystkich połączeniach szyte a guma podeszwy dodatkowo przytwierdzona mosiężnymi śrubkami. Bieżnik dość szybko się ścierał. Szczególnie pod palcami i na piętach (z czego można było wywnioskować, że powierzchnia Ziemi jest wklęsła).
Nim jednak wybrałem się w nich na Świnicę, trzeba było bestie zaimpregnować.
Buty były odporne na wodę, głównie przez swoją pancerność, wspomaganą od czasu do czasu impregnatem własnej roboty
Nie było gotowych impregnatów. Według starej receptury kupiłem:  podgardle wieprzowe i wosk pszczeli. Całość w odpowiednich proporcjach stopiłem i gorący jeszcze, małym pędzelkiem nanosiłem na skórę. Potem po ostygnięciu roztarłem równomiernie szczotką.
Po takim zabiegu mogłem przechodzić jak chciałem małe górskie potoki, Buty nigdy nie przeciekły, woda zaś zbierała się na ich powierzchni w dużych przeźroczystych kroplach które spadały z buta gdy tylko człowiek tupnął nogą.
Pomimo grubych skór i jakiejś tam warstwy między nimi, wilgoć pochodząca z potu potrafiła wydostać się na zewnątrz. Bez stosowania jakichkolwiek dezodorantów, do końca swoich dni nie śmierdziały zbyt mocno.
Komfort użytkowania
Buty były bardzo sztywne, po mocniejszym zasznurowaniu trudno było zgiąć nogę w kostce. W lecie często nie były sznurowane do końca, by je nieco ''odsztywnić''. Przez pierwsze kilka lat ugniatały i ocierały tu i ówdzie.
Po paru latach użytkowania skóra dopasowała się do nogi i przez kolejne lata już były wygodne.
Trochę tych gór schodziłem, choć muszę przyznać, że na Rysach nie byłem z szacunku do gór i właściwej ocenie swoich możliwości
Zawsze stosowałem Kodeks zachowania w górach
Honorowy Kodeks Turysty Górskiego
1. W górach liczy się partnerstwo i współpraca. „Wyszliśmy razem – wracamy razem”.
2. Najlepiej wybrać się większą grupą, bo to raźniej i bezpieczniej.
3. Nikt nie gna do przodu, nikogo też nie zostawia się w tyle.
4. W razie wypadku należy udzielić pomocy, inni z grupy powiadamiają pogotowie.
5. Po górach poruszamy się ostrożnie zwracając uwagę na luźne kamienie.
6. Nie wolno rzucać kamieni w przepaść.
7. Mijanych turystów powinniśmy powiadomić o ew. niebezpieczeństwie na szlaku.
8. Zawsze należy dawać pierwszeństwo schodzącym.
9. Nie biegamy po ścieżce turystycznej, a rozpychanie się jest niedopuszczalne.
10. Nie wolno krzyczeć, gwizdać a nawet zbyt głośno śpiewać zwłaszcza na terenach chronionych.
11. Wszystko, co wnosimy w góry znieśmy na dół – nie należy pozostawiać po sobie żadnych śmieci.
12. Dokarmianie zwierząt jest zabronione.
13. Nie wolno niczego zabierać „na pamiątkę” – nie można zrywać kwiatów, nacieków skalnych w jaskiniach, itp.
Pomyślcie, mając osobiste doświadczenie, lub widoki z wiadomości TV ile z tych punktów jest obecnie honorowanych przez odwiedzających góry ?
             A potem moje zainteresowania rozszerzyły się i było jakby mniej czasu na turystykę górską. Zaczęła ona przegrywać z nartami, a potem pierwszym motocyklem typu Trial. Po drodze było wychowanie dwóch synów i wieczny remont starej chałupy w Gorcach. Potem pechowa operacja żony i tak buty schły z tęsknoty cichutko w kąciku nie mając już odrobiny wilgoci w sobie by zapłakać.
Przeleżały tak ze dwadzieścia lat, Od kilku walczyłem ze sobą odkładając tę ostateczną  decyzję na później.
Dzisiaj w nabożnym skupieniu, wrzuciłem je do kontenera PCK. Były w świetnym stanie, więc być może jeszcze kogoś ucieszą.
Kiedy zamykałem pokrywę kontenera czułem się jakbym osobiście zamykał płytę grobową swojego najlepszego przyjaciela.
Kiedy zdałem sobie w końcu sprawę z nieodwracalności mojej decyzji oczy zrobiły nie się lekko wilgotne.
W końcu spędziliśmy ze sobą, w ten czy inny sposób jakieś 40 lat
Sam mam świadomość, że siły już nie te i kultura na szlakach jakby inna. Nie wiem czy zniósłbym tłum i dzikie zachowania w górach które są dla mnie formą świętości.
Coś się więc skończyło/
Może i mógłbym pozwolić by dalej leżały ciesząc oko przy każdym otwarciu szafy. Podjąłem jednak decyzję by się z nimi pożegnać na własnych warunkach. Kiedyś uczestniczyłem w opróżnianiu mieszkania po zmarłej samotnej osobie. Zdałem sobie wtedy sprawę z faktu, jak wiele emocjonalnie związanych z osoba przedmiotów wyrzucałem bez głębszej refleksji, bo nie było na nią czasu. Nawet mnie to nieco uwierało.  
Co się więc skończyło, a co w takim razie się zaczyna?
W zeszłym roku odświeżyłem sobie jazdę na nartach,  po 16 latach odmawiania sobie tej przyjemności.
Może uda się wrócić do jakiejś takiej regularności w uprawianiu tej formy męczącego wypoczynku ? Zwłaszcza, że jako emeryt mogę zapiąć deski o każdej porze, nawet w środku tygodnia.
Poniżej, ostatnie spojrzenie na moje " himalajki".

                                                
*
Do opisu butów skorzystałem z recenzji znalezionej w sieci.

14 komentarzy:

  1. PRL faktycznie był krajem zapisowo-kolejkowym, wielu rzecz nie można było kupić tak po prostu(nie lubię kiedy niektórzy twierdzą, że nic nie było, bo oznaczałoby to, że i nas nie powinno być), ale była to ojczyzna ludzi mądrych, szlachetnych, odważnych(wszak "Kolumbowie rocznik 20" mieli wtedy po 69 lat-siła wieku). Dzisiaj mówi się tylko o tym ile jakiś celebryta czy inna gwiazdeczka ze ścianki ma na koncie(już miliony czy tylko tysiące)lub jak duże i elegancko urządzone posiada mieszkanie. Twoją wzruszającą opowieść o butach tylko miłośnicy gór lub lub z Twojego pokolenia. Przystojne z Was chłopaki(ci na zdjęciu). Pozdrawiam serdecznie z końcem roku, oby nadchodzący był jak najlepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ze wszystkim bywa, nic nie jest kolorowe. Mówią nawet, że życie to paleta szarości. A góry? Cóż, Władimir Wysocki śpiewał, że od gór piękniejsze są tylko góry na których jeszcze nie byłem

      Usuń
  2. Każdy pewnie ma takie buty, swetry, scyzoryki, kurtki .... zaczuchrane i spracowane ale ułożone pod siebie i ulubione. Żal wyrzucić bo tyle zawierają wspomnień i do nas 'mówią'. I gdy je oddajemy, nawet śmietnikowi, to robimy taki malusieńki pogrzeb i czasem oczy robią się mokre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wiekiem coraz trudniej się wyrzuca. To jest chyba przynależne do wieku.

      Usuń
  3. Piękna historia. Twoje buty na pewno są wdzięczne za te opowieść. Buty wędrowca to nie jest tylko para obuwia - mają swoją duszę.
    Co zrobić aby przytoczony tu Kodeks Turysty trafił do idiotów na łyżwach w Morskim Oku lub imprezowiczów sylwestrowych na Giewoncie?
    Dopisuję kolejny punkt do Kodeksu, który mnie zawsze zachwycał:
    - napotkanych turystów pozdrawiamy zwyczajowym "Dzień dobry" pomimo, że są to nieznajomi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez wpisywania wiedziałem że pierwszy wita idący na szczyt w kierunku powracającego ze szlaku. Taka była hierarchia. Teraz nie wiem czy nie za wielu ludzi na szlaku do tych pozdrowień. Jest taki zwyczaj podnoszenia lewej ręki przy mijaniu się motocyklistów tak zwana LwG czyli Lewa w Górę. Przy rosnącej popularności motocykli czasem jest to mocno kłopotliwe. Poza tym część z motocyklistów, a ci na skuterach zwłaszcza, ma to w d.ie. Myślę że na szlaku było by tak samo

      Usuń
  4. Cześć Antoni. Niestety nie mogę się pochwalić butami tak dobrymi, bo rzeczywiście te Twoje miały doskonałą opinię. W góry, raczej w Beskidy niż w Tatry, chodziłem w tak zwanych pionierkach, Były tańsze i raczej młodzieżowe, ale trafiały się w moim numerze 40. Kupiłem sobie natomiast w 1989 roku buty narciarskie marki Koflach za gigantyczną z przeliczenia dolarowego cenę. Buty miały modne wówczas rozwiązanie jednoklamrowe. Tylna część buta była odchylana i zapinana pojedynczym plastykowym paskiem z jednokierunkowo nachylonymi zębami zamykanym specjalną klamrą. Dodatkowo miały z przodu pokrętło którym regulowało się luzy. Nikt ze znających się na rzeczy nie chciał wierzyć, że na na początku lat dwudziestych dalej mi służyły i nawet znośnie wyglądały. Ja też, w końcu blisko związany zawodowo z polimerami, dziwiłem się ich długowieczności i trochę się bałem że plastykowe skorupy pękną przy ostrym skręcie i w rejonowym szpitalu zabraknie gipsu na poskładanie prawie siedemdziesięciolatka. Na szczęście na organizowanej w mojej miejscowości tzw. senioriadzie zimowej, czyli spotkaniu starzyków mających potrzebę pobrylowania sprawnością fizyczną, usiłowałem dwa lata temu wszem i wobec okazać swoją wyzgerność (wyzgerny to śląskie słowo oznaczające kogoś lub coś zgrabnego, zręcznego, zwinnego,szybkiego lub temperamentnego. Jest używane do opisu osób sprawnych fizycznie, energicznych i ruchliwych- AI) i dziarsko robiłem przysiady na nartach z mocnym odchyleniem do tyłu. Na szczęście w czasie postoju bo butki pękły. Nie muszę opisywać, że też mi było smutno przy ich oddawaniu na pszok. Teraz mam Heady z kilkoma klamrami i wcale lepiej mi się w nich nie jeździ. Nota bene jutro o 7.15 zajeżdża kolega i jedziemy na jeden z nielicznych jeszcze czynnych w Beskidzie Śląskim wyciągów. Pozdrawiam. JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pierwsze buty na narty to czerwono czarne, model o nazwie Kasprowy. Pamiętam te Twoje Koflachy. Nowoczesny opływowy kształt i pokrętło na środku którego tak zazdrościłem. Teraz jeżdżę na Rosignolach, są tak wygodne jak francuskie samochody. Mam je już ponad 20 lat.

      Usuń
  5. Przepięknie opisany kawał historii życia. Takie wspomnienia są bezcenne dla przyszłych pokoleń o ludziach, epoce, codziennym życiu i zmaganiach z trudami, gdy na półkach stał ocet, a resztę zdobywało się w kolejkach. To trzeba było przeżyć. Mam nadzieję, że przeczytam jeszcze niejedną historię, bardzo zachęcam, piszesz wspaniale i tak też się czyta.
    Zasyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wiekiem zaczynają dominować wspomnienia, a te jak śpiewają Skaldowie " Są zawsze bez wad"

      Usuń
  6. Wszystko to nie dla mnie, ale... Wspominasz o samolocie w Andrychowie. W związku z tym przypomniała mi się taka historyjka, którą na pewno podzielę się w następnym poście. dziękuję za inspirację!

    OdpowiedzUsuń
  7. znowu obudziłeś wspomnienia... Takie buty kupiłam za nagrodę rektorską, to była duża kasa. O awanturze domowej za tak wydane pieniądze nie wspominam. Piękne były. Pewnego dnia wracam do domu a moje butki stoją jakieś złachane, ciepłe, co jest?... A wujek Sybirak, co Syberię pieszo przeszedł, powiada - nogi są najważniejsze, musi być sucho. Teraz ci nigdy nie przemiękną, towotem na ciepło ci zaimpregnowałem. wrrr... Ale fakt, przez strumień suchą nogą przechodziłam.
    Jak mogłeś swoje butki wyrzucić, szanujmy wspomnienia...
    Kodeks powinien recytować każdy przed wyjściem w góry. Jeszcze pkt 3a : najsłabszy idzie 2gi, najmocniejszy ostatni.
    Czy ja źle pamiętam, Zawrat to był plecak, super wygodny, wtedy luksus. Wór z nylonu, liczne kieszonki w dobrych miejscach, przypięty do aluminiowego stelaża.
    Dziękuję za te wspomnienia, Weronika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wujek mądry człowiek, a na Syberii o wosk pszczeli i podgardle wołowe trudno.
      To pokazuje że potrafił sobie radzić w każdej sytuacji.
      Punkt o najsłabszym jest bardzo istotny. Ostatnio czytam o przypadkach porzucaniu najsłabszych na szlaku. Co za czasy , co za ludzie.
      W moim wieku człowiek ma tyle sentymentalnych pamiątek, że mógłby w nich całkiem ugrząźć.
      Selekcja jest niestety niezbędna, a poza tym - trzeba z żywymi naprzód iść ....

      Usuń