04 września 2014

Testosteron do późnej starości? Wolę przemijać świadomie

Pan Nieistotny przeglądał właśnie wiadomości na Onecie, kiedy rzucił mu się w oczy artykuł o nowym leku hormonalnie wspomagającym dla mężczyzn
„Na rynku pojawiła się nowość o nazwie TRT. Ci, którzy ją stosują mają więcej energii i chęci do życia, czują się bardziej agresywni i seksowni. Tabletki dedykowane są przede wszystkim osobom zmagającymi się z andropauzą. Jan Maria już widzi to hasło - ' Andropauza nie musi być wyrokiem”
To jak żyć bez tego stopniowego przekwitania i przemijania skoro jest ono fragmentem pewnego naturalnego cyklu wymiany pokoleń?
- Panie Premierze jak żyć - jakby zapytał najsłynniejszy polski paprykarz, chociaż dla Pana Nieistotnego najsłynniejszy polski paprykarz to ' Paprykarz Szczeciński” którym znaczona było edukacja Jana Marii.
To co pozwala zmagać się z przemijaniem jak zwykle staje się wsparciem dla tych którzy potrzebują więcej lepiej i dłużej Lek stał się przebojem wśród maklerów giełdowych.- TRT jest niesamowicie popularna na Wall Street i coraz popularniejsza na innych parkietach.
Pewnie już za chwilę zobaczymy bandę łysych maklerów giełdowych bo ponoć to nadmiar testosteronu odpowiedzialny jest za wypadanie włosów. Przynajmniej według producentów pewnego szamponu do włosów, oczywiście dla facetów.
Bo czy trzeba walczyć z przemijaniem? Według Pana Nieistotnego najważniejsze jest zrozumienie nieuchronności przemijania. W tekście jest nawet na ten temat taki fragment:
„... I być może akceptacja. – Mnie podoba się męski wiek średni i towarzyszące mu wrażenia – twierdzi Nicholas Coleridge, prezes Conde Nast, firmy medialnej, wydającej takie czasopisma jak miesięcznik ”GQ”, który od dawna wychwala zalety silnego, zadbanego męskiego ciała. – Nie ma już tej nerwowości, człowiek nie przejmuje się tak bardzo tym, co myślą o nim inni, wie co lubi i wie kim jest. Planuję dożyć dokładnie setki, więc mam za sobą 57 proc. mojego życia. Gdy tak się na to patrzy, manopauza jest tylko jednym z przystanków w długiej, szczęśliwej podróży.
Nie ma już tej nerwowości?
Kurde a co się ma, gdy jemu się kończy kolejna umowa zawarta na czas określony, a nie obejmuje go jeszcze okres ochronny związany z przejściem na emeryturę?
Człowiek nie przejmuje się tym co pomyślą o nim inni?
No niby tak, bo Jan Maria ma w zwyczaju powtarzać, że z każdym dniem zwiększa się ilość ludzi którzy mogą pocałować w dupę. Niestety wobec swego przełożonego, od którego zależy kontynuacja zatrudnienia jest elegancki, przejmujący się i jak mu to wypomniało któreś z dzieci wazeliniarski.
Nie potrafi dyskutować z tą diagnozą, chociaż jest mu przykro z powodu takiej oceny. Zachowuje spokój godny mędrca chociaż czasem tylko upija się do granicy sterowności własnym ciałem, by na chwilę zapomnieć o owym niewidzialnym autocenzorze. To przecież on co chwilę coś mu każe lub czegoś zabrania.
- Aż chce się rzygać – mówi Jan Maria Nieistotny i zdarzyło się, że w nerwowym stresie, uczynił zadość temu swojemu pragnieniu.
Wie co lubi ?
I co z tego, skoro własna małżonka powiada mu, że facet w tym wieku nie powinien mieć takich
pragnień, a już w ogóle nalegać na ich realizację.
I chociaż w odżywianiu ma jasno sprecyzowaną listę ulubionych dań to gdy otworzy lodówkę jakiś wewnętrzny imperatyw każe mu zjadać te produkty które mają najkrótsza datę przydatności do spożycia.
Starcza oszczędność? Nie to trening przed emeryturą.
Poza tym Nieistotny nie planuje dożywać setki, bo po co?
Chciałby tylko pracować do emerytury i przez kilka lat ową emeryturę brać, by nie wyjść na całkowitego ciula który całe życie płacił składki tylko na to by zmniejszyć dług publiczny.
Ma też nadzieję, że z tej emerytury, po opłaceniu mediów i zakupie leków pozostanie mu jeszcze na jakie takie przeżycie i niespieszne przejrzenie Internetu. Jan Maria ma bowiem świadomość, że Aero nie będzie już wtedy bezpłatne.
- Czemuś się ciulu nie uczył – zapyta ktoś w komentarzu
- A może po prostu miałem tylko wybiórcze szczęście? - odpowie wtedy Jan Maria Nieistotny - takie trochę zezowate.

01 września 2014

Maryśka

- Czy ktoś palił u was Marihuanę? - Zapytała nasza francuska znajoma na trzeci dzień swojej majowej wizyty.
Zrobiła to na tyle dyskretnie, że dopiero w ostatnia niedzielę dotarło ono do mnie.
- Claire miała jednak rację - powiedziała moja żona, otwierając zmywarkę – śmierdzi marychą
Po chwili zwracając się do mnie dodała
- Antoni nie kupuj tych zapachów do zmywarki. Zwłaszcza zestaw dwóch niebieskich płynów daje wrażenie, że myjemy w niej fajki do marychy.
- Zaraz, zaraz, z fajki to się chyba opium pali. Nie?
- Ty myślisz, że jak byłam dłuższy czas na opioidach to wiem wszystko. - zarzuciła mi.
Sprawdziłem w internecie, ponoć można palić z lufki. Takiej jak kiedyś paliło się sporty bez filtra ( kto to pamięta? Pewnie ci moi znajomi górale, których wyrzucono z pracy na budowie w USA bo manager myślał, że właśnie w pracy palą zioło.)
Fachowiec radzi a takich porad w internecie całe mnóstwo
Siedzę w Holandii już rok, poza tym, pale od 4 lat więc wiem co i owo. ( czytam bo Holandia to dobra rekomendacja)
Bijesz bongo/ lufkę/butlę/wiaderko/puszkę bądź też bociana. To obojętne. (starzeję się i mam problem z rozumieniem tekstu)
Paląc zioło nie musisz się zaciągać, aczkolwiek będzie bardzo słabo odczuwalny efekt, tak więc lepiej się zaciągać.( Clinton też palił trawę ale się nie zaciągał)
Nie musisz trzymać żadnych 5 sekund dymu w płucach jak to już ktoś tu napisał, trzymanie dymu w płucach powyżej 3 sekund powoduje niedotlenienie mózgu, idioci uważają że od razu odczuwają efekt palenia a to nie jest prawda. (Boże a ja będąc dzieckiem wstrzymywałem powietrze na ponad minutę, może więc to wszystko co mam to efekt niedotlenienia mózgu? )
Nie ma czegoś takiego jak dobre czy gorsze zioło. (A na amerykańskich filmach widziałem że po tak zwanym machu kulturalnie jest pochwalić – dobre zioło)
Produkt jest mniej lub bardziej zadbany prze hodowce ( pewnie idzie o hodowlę) są też gatunki konopii, których jest ich mnóstwo. Jedna działa tak druga inaczej, jedna pobudza a druga powoduje senność.( czyli z punktu widzenia konsumenta są lepsze lub gorsze. Nie?
Masz więcej pytań? Napisz, z chęcią udzielę kilku rad
Nie mam bo to i tak jak na mnie dużo. Teraz już jednak wiem, że taką lufkę można w zmywarce myć, ale jak pachnie lub śmierdzi marycha tego dalej nie wiem, a współczesny Internet nie daje jeszcze próbek zapachów.
Od czegóż jednak dezodorant do zmywarki. Szybko pobiegłem do spiżarni i tam zrywając folię ze zbiorniczka, zaciągnąłem się do głębi płuc.
Może i śmierdzi marychą Dla mnie to jakiś chemiczny zapach i to bez żadnych skojarzeń.
Skąd umiejętność porównania zapachów u mojej żony i naszej znajomej?
Kobiety mają umiejętność rozpoznania i nazwania kolorów, może to samo dotyczy zapachów?
Wierzę w to rozpoznawanie zapachów. Za każdym razem kiedy decyduję się na zakup artykułu tańszego dostaje wyraźny sygnał
- Ależ to śmierdzi ?
Za to pieniądze niech pachną inaczej – odpowiadam nieco zaczepnie, bo ten schemat się często powtarza.
Wracając zaś do znajomości zapachu zioła, to powiem tak - Nie wiem. Ja tam nic nie wiem ale przemyślę jej kolejny wyjazd do Francji.
Może się starzeję ale nie rozumiem swojego braku pędu do wiedzy w tej kwestii. A przecież młode pokolenie z pewnością mogło by w zdobyciu tej wiedzy pomóc.
Stary już jestem i nie zapowiada się żebym był młodszy, co słusznie to zauważył mój syn nomen omen młodszy. Nikt cię tak nie sprowadzi na ziemie jak własne dzieci.
Ustaliłem, że mogę nie kupować tego zapachu do zmywarki, ale ten o zapachu cytryny wiodącego na rynku producenta jest co najmniej trzy razy droższy. Przy tych oszczędnościach mogę pić kawę z delikatnym zapachem marychy. Dodatkowo zaś, gdy w trakcie takiej degustacji wpadnie któryś z kolegów Młodszego to wciągając powietrze do płuc pomyśli
- Ale ten K ma nowoczesnego starego.
Kiedyś popularność zyskiwało się czyniąc dobro. Teraz łamiąc granice przyzwoitości.
Nie ja wymyśliłem powiedzenie, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chcą.
A propos powiedzenia, to od razu dementuję - Nie jestem grzeczną dziewczynką, tym bardziej niegrzeczną.
Za młodu chciałem mieć krótkie ale namiętne kontakty z tymi niegrzecznymi. Rozglądając się za żoną całkowicie zmieniłem preferencje.
Tyle w temacie marychy, zioła czy jak kto woli konopi indyjskiej oraz preferencji przy wyborze kandydatki na żonę. O ile się nie mylę, bo jak mówi przysłowie ludowe – w kobiecym sercu społem mieszka diabeł z aniołem



27 sierpnia 2014

Zycie jak stary sweter

- Dlaczego ciągle chodzisz w tym samym swetrze – spytała
- Lubie go
- Ale to nie jest powód
- Dla mnie wystarczający. A czy w ogóle musi być jakiś powód?
- Ale on jest sfatygowany
- Jest jak moje życie. Prześwitujący, wyciągnięty na łokciach i popruty przy rękawach.
Czuję, że jest częścią mnie W nim jestem pewien, że nie udaję nikogo kim nie jestem.
- A przecież w szafie leżą inne nieużywane swetry.
- Ja o życiu, Ty o swetrze.
- Sweter wygląda fatalnie
- A życie lepiej? Pamiętasz taką scenę z filmu Pretty Women, kiedy bohaterka ruga swojego aktualnego klienta czyli, że na mecz w polo kazał jej się ubrać elegancko a potem powiedział koledze, że jest dziwką. - „Gdybym była w ubraniu dziwki wszystko byłoby w porządku. A tak ? Pomyśl jak ja się czułam.” Może z moim ubraniem jest tak samo.
Nie cierpiał oszustwa. A w ten sposób czuł się uczciwy, przynajmniej wobec siebie.
Sprane jeansy, buty z sieciówki, T-shirt z reklamą czegokolwiek i ten schodzony sweter, który był jak druga skóra.
Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że tak ubrany wzbudzał zainteresowanie ochrony w eleganckich sklepach, bo przecież taki to zawsze może coś zapieprzyć. Stereotypy wrzucane na szkoleniach. Sam znał więcej biednych i uczciwych niż bogatych i uczciwych.
- No i ciul z tego – mówił do siebie – Taki mają ochroniarski schemat.
Poza tym co miałby robić w eleganckich sklepach?
Nie przypuszczał, że kiedyś w dojrzałym życiu będzie preferował „być” zamiast „mieć”. A może jego preferencje nie mają tu nic do gadania. Po prostu życie tak wybrało za niego. Teraz rży po kątach, ale on nie da mu satysfakcji. Nie będzie tego rozpamiętywał.
Z przynajmniej chciałby nie wracać do tego tematu w nocnych rozmyślaniach podczas bezsennych nocy których coraz zaczęło się przydarzać od pewnego czasu.
Usiadł do stołu. W porcelitowej misce dymiła jakaś zupa. Zjadł szybko nie zapamiętując smaku.
Tak samo z drugim daniem. Bez tak zwanych krótkich wspomnień odszedł od stołu. Jadł żeby żyć i nie przywiązywał wagi do tego co je. Inaczej było z oprawą. Zawsze pilnował by na stole znajdowały się talerze z jednego kompletu. Tak jak i sztućce. Po prostu nie umiał posługiwać się noże i widelcem nie od kompletu. A już nie do pomyślenia było by filiżanka i spodeczek były z różnej parafii. Po prostu kawa nie smakowała w takim zestawie Miał kubki z których pił herbatę i takie z których absolutnie by do tego nie zrobił.
- Starcze naleciałości – tak oceniała to żona
- Po prostu uporządkowane życie – mówił w odpowiedzi na te zarzuty.
Bo nie o gatunek herbaty tu szło a o anturaż.
Poza tym tę skłonność do używania rzeczy od kompletu ma od zawsze. Dziwło go inne zachowanie - Przecież buty i skarpety z reguły używamy kompletami.
Za oknem wiatr targał drzewami a całość obficie była polewana letnim deszczem, który miał już coraz więcej jesiennych naleciałości.
- Dupa z roboty – powiedział do siebie – Niepotrzebnie planowałem




26 sierpnia 2014

O pieniądzach co nie śmierdzą

Jak dobrze pamiętam, w filmie „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową” jest taka scena:
Kiedy nasz bohater Franek Dolas suszy mokre banknoty wieszając je na sznurku.... A może kładzie na stoliku ? a na sznurku suszą się w całkiem innym filmie. W każdym bądź razie tę mokrą kasę podbiera mu knajpowa piosenkarka. A potem jest jak zwykle mordobicie.
To suszenie banknotów zawsze działało bardziej na moją wyobraźnię niż wspomniane mordobicie.
Teraz przyszły czasy kiedy owoce wyobraźni zmaterializowały się. Wczorajszy dzień poświęciłem na suszenie banknotów, które jakimś trafem zostały zalane deszczem w automacie na zewnątrz.

Deszcz o tej porze roku to normalne. Dziwne, że zalało solidną dosyć obudowę.
Tu też okazało się, że moja wyobraźnia i towarzyszące jej marzenia nie były precyzyjne.
Powinienem marzyć by suszyć własne pieniądze. Poprzez niechlujną wyobraźnię babram się w cudzych pieniądzach, nie mając okazji zamoczyć swoich, bowiem te ostatnie natychmiast po otrzymaniu (czytaj zarobieniu) trafiają do dostawców mediów, szambiarzy, benzyniarzy i innych którzy patrząc na mój numer PESEL, bądź tylko nieruchomości, co miesiąc niecierpliwie zacierają ręce w nadziei, że coś im tam zaraz skapnie.
Resztę pozostawiam w spożywczym, kupując żarcie na złość organizatorom ostatniej drogi w życiu, a może nawet poza nim.
Nie martwicie się hieny i wy się doczekacie.
Rozkładam więc na wiklinowej skrzyni te śmierdzące, mokre pieniądze i każdym ruchem dłoni zaprzeczam łacińskiemu maksymie, że pecunia non olet.
Poza tym jest nieprzyjemnie. A propos nieprzyjemnie.
Jakieś dwa tygodnie temu przyszedł do mnie biznesmen który po złożeniu zamówienia, płacił za nie gotówką. Z przepastnej kieszeni spodni wyciągnął gruby plik banknotów z których odliczył kilka tysięcy. Odliczone banknoty rzucił na biurko, a one wbrew przewidywaniom nie zsunęły się z biurka a jedynie trwale się do niego przylepiły.
Było bardzo gorąco, parno a biznesmen solidnie się pocił.
Długo zwlekałem z przeliczeniem otrzymanej kwoty. W zasadzie przyjąłem ją na słowo, wydając dokumenty.
Banknoty pozostawiłem na uboczu do wyschnięcia.
Pomyślałem, że przecież codziennie ktoś wciska gdzieś banknoty i spocona kieszeń mojego biznesmena nie jest chyba najgorszym miejscem. Obracamy dychami pięćdziesiątkami i stówkami, nie mając pojęcia w jakiej scenerii przebywały ostatnio. A już wcale, za co nimi płacono.
Opowiadał mi znajomy z branży, że pewien posiadacz gospodarstwa rolnego zapłacił takimi banknotami, że musieli je przeliczać na świeżym powietrzu. Tak capiły obornikiem.
Pecunia non olet? Kto to wymyślił.? Z pewnością w tym czasie obracało się wyłącznie złotem lub srebrem. A te podobno na smród są odporne.
Myślę tak sobie, że jeżeli produkuje się skarpety z dodatkiem włókna bambusowego co ponoć zapobiega przed nieprzyjemnym zapachem, to gdyby dodać trochę tego do stówek byłoby bardziej higienicznie.
Albo skoro robi się papier toaletowy o zapachu fiołków, aby tyłek nie czuł dyskomfortu, to taki zabieg sprawdziłby by się z pieniędzmi.
Nawet niewidomy lub słabo widzący wiedziałby po zapachu, że dajmy na to stówka to róża,
frezja to pięćdziesiąt i tak dalej.
Problem tylko w opracowaniu trwałego zapachu, którego nie zabije smród czosnku, albo owego obornika. To by musiała być moc zapachu.
Tutaj rodzi się jeden problem. Przychodzisz bracie do domu z wypłatą a żona mówi
- Co tak śmierdzi perfumami? Znowu byłeś na dziwkach?
I dostajesz brawka bracie.  Albo usłyszeć jakże prorocze
– Kochanie czuję, że jesteś przy kasie.
Może więc jednak porzucić szalone pomysły do i czasu gdy całkowicie nie zdominuje nas plastikowy pieniądz w postaci kart płatniczych, które każdy niech sobie nosi gdzie chce, myć ręce. Robić to często i dokładnie a już z pewnością gdy mamy kontakt z pieniędzmi
I z klamkami. szczególnie w miejscach publicznych. Pisałem już kiedyś, że dotykając klamek w średniej wielkości biurze mamy tak jakbyśmy dotykali pięć czy sześć cudzych penisów. Nie będziemy się tu kłócić o jednego wacusia.
Problem pozostaje niechęć naszych rodaków do mycia rąk. I chyba nie tylko naszych.
Za to w polityce co rusz ktoś umywa ręce , a i tak śmierdzi tam gorzej niż w szambie.

25 sierpnia 2014

Czy my o czymś nie wiemy?


Postać Andreasa Breivika jest wyjątkowo mroczna i ze względu na skalę zbrodni jakiej dokonał, nie funkcjonuje jako temat żartów. I słusznie. Cóż jednak innego mogłem zrobić, widząc na ekranie telewizora taką oto informację o programie.


"Kobiety które zabijają  - Anders Breivik". ????  Spróbowałem rozwinąć menu bo być może tam ukryte jest rozwiązanie zagadki. 


Na próżno.
Nawet nie byłem bardzo zdziwiony, bo przecież wszystko jest możliwe w przepełnionych humanizmem i troską o pensjonariuszy, skandynawskich więzieniach. Jednocześnie oświadczam, że w/w nie interesuje mnie ani jako mężczyzna ani jako kobieta. 
I co Pan na to Panie Terlikowski? Toż to dopiero argument dla przeciwników ideologii gender.

22 sierpnia 2014

Pizza on line

Pizza na telefon. Kiedy jeszcze nie wziąłem w swoje ręce drożdżowego ciasta na pizzę, sera i kiełbasek pepperoni, zdarzało się, że chodziliśmy do lokalu na ten włoski przysmak.
Potem korzystaliśmy z dobrodziejstwa pizzy na telefon, wspominając przy okazji pierwszą pizzerię w Krakowie. Mieściła się na Małym Rynku. W lokalu było kilka stolików a kolejka taka, że czasem stało się i dwie godziny. Jednak zjedzona w lokalu pizza w wersji z pieczarkami lub boczkiem zbliżała nas do wielkiego a zamkniętego jeszcze świata.
Do pizzy proponowano kieliszek czerwonego wina, najczęściej w postaci bułgarskiego Cabernet.
Kiedy otworzył się i dla nas świat zachodu, a nawet staliśmy się jego częścią, pizza nam spowszedniała. Wtedy też korzystaliśmy z niej z potrzeby lub braku czasu, a nie dla jakiejś nobilitacji
Tak się złożyło, że najczęściej korzystaliśmy z pizzerii która telefon albo tylko jego część miała w nazwie.
Zżyliśmy się ze sobą, a w miesiącach kiedy nie napływało nasze zamówienie oni sami dzwonili, proponując jakąś formę promocji.
Zwykle ulegaliśmy i zamawialiśmy, ku radości dzieci.
W trakcie przeprowadzki, kiedy siedzieliśmy na walizkach i trudno było coś upichcić, ze smutkiem zauważyliśmy, że nasza wieś nie jest w zasięgu działania ulubionej pizzerii. Wyszukana na szybko w Internecie alternatywa okazała się porażką.
Wykonałem sobie dwie blachy pod pizzę i kiedy tylko rodzina wpadała na ten pomysł z przyjemnością realizowałem się niczym Bartolini Bartłomiej herbu Zielona pietruszka. Karramba.(kto to jeszcze pamięta?)
Tak to sobie radzimy w wiejskich okolicznościach naszego domu.
Jakieś dwa miesiące temu do mojej pracy wpadł Młodszy, głodny jakby wrócił z obozu kondycyjnego.
- Zadzwoń po pizzę.
- Ojciec. Teraz zamawia się on line
Zalogował się na stronie. Tam przydzielono go do rejonu, podsumowano zamówienie proponując dodatki i promocje. Mailem przyszło potwierdzenie a na monitorze komputera można było śledzić postęp w realizacji i już na żywo samą dostawę. W końcu byliśmy w mieście, a więc skorzystaliśmy z naszej ulubionej firmy.
Rzekł Pan uczniom swoim - Nic nie jest dane wam raz na zawsze.
W zeszłym tygodniu zasiedziałem się w pracy ze względu na awarię maszyn. Razem ze mną  szef i pracownicy do naprawy.
- Może by jakąś pizzę ? - zaproponował szef.
- Zamawiam - odpowiedziałem na propozycję – w swojej ulubionej sieci.
Zalogowałem się, podałem adres i złożyłem zamówienie - Dwie duże pizze z dodatkami.
Promocja podsumowanie i informacja mailem, że za godzinę i dziesięć minut pizze będę miał na stole.
Opisałem szefowi wygodę płynąca z takiej formy zamówienia i chciałem pokazać ekran postępu zamówienia. Oczom moim ukazał się następujący tekst:
„Zaraz, zaraz jesteśmy szybcy ale nie aż tak.”
- Rzeczywiście może trochę przesadziłem – przyjąłem informację z uśmiechem.
Minęło jakieś pół godziny kiedy zadzwonił telefon.
- Pan zamawiał pizzę?
- Tak – powiedziałem, myśląc, że to dostawca – wjedzie Pan z ulicy na teren firmy i podjedzie...
- Zaraz, zaraz – wygasił mnie głos w telefonie – w tym rejonie pizzy nie dowozimy.
- Ale przecież to w graniach Krakowa. Nawet nie tak całkiem z boku i program z państwa strony skierował mnie do tego rejonu automatycznie.
- No właśnie, nie wiem dlaczego
- Tym bardziej ja nie będę zaprzątał sobie tym głowy. Wyjaśni pan z systemem i przekieruje moje zamówienie o numerze, tu podałem numer potwierdzenia przyjęcia zamówienia, tam gdzie trzeba.
- Jedyne co mogę zrobić to anulować zamówienie.
- Anulować? Jak to? W tej sieci? Nie rozumiem ale mocno jestem rozczarowany i jakby ukarany za dziesięć lat wierności.
Nic na to nie poradzę. Na Wolę Justowską też nie jeździmy – powiedział jakby usprawiedliwiając się przedstawiciel zakładu z ulicy wskazanej przez system.
Wola mnie nie interesuje skoro jestem z drugiej strony Krakowa. Chcę tylko powiedzieć że miesiąc wcześniej przywieźliście pizzę jak trzeba.
- Może mieliśmy mniej roboty – stwierdził szczerze rozmówca -J edyne co mogę zrobić to anulować – podtrzymał swoją propozycję głos w słuchawce.
- To niech pan anuluje - zrezygnowałem – żegnam.
W trzy minuty znalazłem inną sieć która z przyjemnością przywiozła dwie parujące od gorąca pizze i to w przeciągu czterdziestu minut.
Kiedy już zjedliśmy Pepperoni i Uśmiech Boryny, puściły pierwsze emocje. Zauważyłem na niezamkniętej stronie feralnej sieci prośbę – oceń nas - i tu adres mail
- Ja Was ocenię – postanowiłem i napisałem maila opisującego cała sytuację. Załączyłem potwierdzenie zamówienia i na koniec kliknąłem – wyślij. Poszlo.
Nawet zapomniałem o sprawie gdy dwie godziny później zadzwonił telefon.
- Pan zamawiał pizze w naszej firmie która w nazwie ma telefon albo jego część?
- Tak to ja
- Chciałabym bardzo przeprosić za niedogodności. Proszę podać adres to my Panu tę pizze podwieziemy
- Pan chyba żartuje? Po tym jak anulowaliście moje zamówienie, złożyłem je u konkurencji. Jestem już po tak zwanej konsumpcji. I nie wetknę w siebie nic więcej, nawet gdyby chciała Pani dowieść mi ją gratis.
To chyba nie była propozycja dostawy za darmo.
- Jedno tylko jest przykre, że rozstajemy się po dziesięciu latach udanej współpracy.
- Bo ja nie wiedziałam i bardzo przepraszam.
- Czy dzwoni Pani z tego lokalu który mnie anulował?
- Nie
- To po co pani przeprasza?
- Ja nie wiedziałam że to tyle czasu minęło i sama nie wiem dlaczego kazali mi zadzwonić?
- Może dlatego, że ładnie Pani przepraszam- zauważyłem- Nie powiem do widzenia ale raczej żegnam.
Zdobyłem się na to teatralne zakończenie i odłożyłem telefon.
Oderwałem z pudełka fragment z numerem telefonu nowej pizzerii i wrzuciłem do wizytówek.
Może się jeszcze przyda, wszak awarie chodzą po ludziach, a co dopiero po maszynach.

20 sierpnia 2014

Rozmowy istotne

Tak mniej więcej w maju Pan Nieistotny zauważył, że nie zna się na biznesie. Zrobił to po przeczytaniu artykułu o polskim „królu truskawek”. Nie sprzedając truskawek do Rosji postanowił on się przerzucić na czarną porzeczkę. Obserwując ceny skupu na te owoce Pan Nieistotny obawia się, że może to być taka zamiana siekierki na kijek.
Mądrzejsi i lepiej ustawieni w życiu codziennym rodacy podchwycili pomysł truskawkowego króla
i jak widać w ostatnim czasie moda na niesprzedawanie Rosji przeniosła się na jabłka i inne owoce. Do puli wchodzą warzywa, a nawet mięso i jego przetwory. W kolejce czekają produkty techniczne jak na przykład części samochodowe.
Co prawda autorem pomysłu tego odejścia od zakupu u nas, jest władca innego kraju, ale przecież na zasadzie analogii jeżeli tak robi się biznes na truskawkach to można i na innych owocach.
Bogaćmy się

***
Małżonka Jana Marii uczestniczyła w obrzędach pogrzebowych pewnego starszego pana.
Ten pan którego nie mieliśmy okazji poznać był ojcem innego również starszego Pana, z którym od pewnego czasu Państwo Nieistotni tworzą szeroko rozumiana rodzinę. Nieistotny nie mógł w tym smutnym skądinąd wydarzeniu uczestniczyć, ze względu na specyficzne warunki pracy.
Musiałby zamknąć firmę na czety spusty a czynił to już w poprzednim tygodniu ze względów zdrowotnych. Niestety cierpliwość jego szefa nie jest jak Boże miłosierdzie, nieograniczona.
Zaraz jednak po powrocie z pracy, już nad miską barszczu z jajkiem spytał żonę
- Jak tam było na pogrzebie?
- Jak na pogrzebie
- A trumna jaka była?
- Jak trumna, jasna taka
- A ludzi było dużo ?
- Nie dużo
- Tośmy sobie pogadali, jak za dawnych czasów
- Bo o czym rozmawiać. Wszystkie pogrzeby są tak samo smutne.
- No chyba, że to pogrzeb w „Czterech weselach...”
- Hugh Granta na uroczystości nie było.
- Zadaje te wszystkie pytania, bo z zadziwieniem obserwowałem jak moja teściowa a szanowna twoja mamusia opowiadała przez godzinę o jakimś pogrzebie znajomej A my obgadaliśmy to w trzy słowa.
- Może po prostu jeszcze nie dorośliśmy do takich rozmów ?
- Jak to nie dorośliśmy? Memento mori znam już od podstawówki
- Za parę lat kiedy będą brać z naszej półki z pewnością będziesz bardziej rozmowny.
- Słuchaj a może ta skłonność do rozmowy bierze się z tej radości, że to nie w nas trafiło?
- Patrząc na listę znajomych z którymi już nie porozmawiam to nawet trwa jakieś wstępne szperanie
- Nie wiadomo komu z brzegu – powiedziała żona podając zapiekankę z makaronu
Pogrążając się w talerzu Nieistotni przerwali tę istotną rozmowę od której już tak blisko do pytania o sens życia.