14 października 2012

Podkręcanie wyników

 No i stało się. W niedzielę wieczorem  Felix Baumgartner wylądował na ziemi. Pobił też  przy okazji rekord świata! Tym samym wiele lat przygotowań zakończyło się sukcesem.

Czego jak czego ale sukcesów Polacy są spragnieni. Premier zapewnia, że  gospodarka nasza rozwija się w  dobrym kierunku. Jest sukces i jest powód so dumy. Opozycja grzmi, że tak prawdę powiedziawszy to dołujemy, a te wszystkie zielone wyniki, to kreatywna księgowość oraz  sztuczki w interpretacji  faktów.  Ponoć z wyjątkiem dwóch czy trzech  gazet,  wszystkie inne pomagają rządowi w owym kreowaniu i naginaniu. Dlaczego piszę w o tym na blogu wolnym od polityki?  W celu nakreślenia sytuacji ogólnej.
Czytając internetowe relacje  z owego historycznego skoku Felixa zauważyłem, że niektóre  informacje są podkręcone. Jeżeli prawdą jest to co mówi opozycja, to owo kreowanie rzeczywistości tak weszło w krew przedstawicielom mediów, że podkręcają i kolorują wszystko.
Oto  zaraz po skoku który obserwowałem tymi oczami (tutaj wskazuję na ukryte za grubymi szkłami osobiste oczy, które z mniejszym lub większym powodzeniem służą mi ponad pięćdziesiąt lat) Podniosłem pokrywę laptopa aby na gorąco poczytać o owym wydarzeniu.  Onet na stronie startowej  zamieścił tytuł, który zachęcał do otwarcia strony. Był  intrygujący, a nawet nie boję się użyć tego określenia – szokujący
Rzuciłem się do otwierania strony ponieważ wiem, że prędkość światła to 300 000 km/s, a nasz bohater leciał  nieco ponad 1000 km/h. Dlatego zajęło mu to ponad cztery minuty. W innym przypadku jego lot trwałby  krócej  niż przysłowiowy błysk szprychy. Co prawda był znak zapytania, ale takie znaki tylko wzmagają ciekawość. Oczywiście miałem rację. Druga strona  okazała się już  mniej obiecująca 
No, to całkiem możliwe, bo prędkość dźwięku w powietrzu wynosi  jakieś 
1225 km/h, oczywiście w odpowiednich warunkach.
Jaskrawy i szkolny przykład propagandy sukcesu pełną gębą. Niestety mina zrzednie tym, których nie cieszy samo hasło tytułu i próbują dotrzeć do sedna.
Ale mam skojarzenia w ten niedzielny wieczór.
Po  jakimś czasie  ktoś poszedł po rozum do głowy i zrozumiał chyba, że nawet w przeginaniu trzeba zachować rozsądek.
Nowy zmieniony tytuł brzmiał: 

No. Cieszę się tak po ludzku. A żeby cieszyć się prawdziwie po Polsku, od jutra sprawdzamy czy nasz kosmiczny bohater nie miał w rodzinie jakiegoś Polonusa? Z może  jego ojciec był choćby przejazdem w Krakowie?
 

13 października 2012

Jakie w końcu jest to życie samotnego? czyli swingiem po singlu



Na początku przypomnę stary dowcip, którym błysnąłem w drugim chyba tekście, zaraz na początku prowadzenia bloga.
Leży facet na łożu śmierci i  snuje opowieść na temat swojego życia:
- Właściwie to nigdy nie chciałem mieć dzieci ani żony.  Ktoś kiedyś jednak  powiedział mi, że jak  będę umierał to nie będzie miał mi kto podać szklanki wody. Miałem więc żonę i dwoje dzieci.  A teraz co? Umieram i nie chce mi się pić.
Ponieważ statystyczna kobieta żyje dłużej od równie statystycznego mężczyzny, wspomniane pragnienie w ostatnich chwilach, może być powodem do zorganizowania sobie życia w małżeńskim związku.
A poza tym ? Co poza tym jest powodem podjęcia decyzji o radykalnej zmianie życia, o poświęcaniu swojej całej wypłaty, na nowe meble, fruwające na wietrze i utrudniające wyglądania za okno firanki, czy ten śmieszny psikacz do kibla, po którym nawet najgroźniejsza kupa zmienia swój smród w delikatny zapach. Czujesz się wtedy, jakbyś siedział nie na tej chłodnej porcelanie, ale gdzieś na miedzy, pośród lawendowych pól Prowansji. I tylko to pragnienie, tak wielkie, że wypiłbyś wodę z kibla. Niestety właśnie na nim siedzisz. Łeb nawala Ci po wczorajszym świętowaniu jubileuszu zgodnego pożycia, a elegancka frotowa podkładka ślizga się pod stopami.
I to już nie jest prawda,  poza tym lawendowym psikaczem i może tym frotowym dywanikiem w który zawijają się nogi. W trakcie jubileuszu uważna żona powie Ci dyskretnie – Jasiu nie pij więcej, wątroba Ci siada i ciśnienie wariuje. Zostaniesz więc przy tym swoim drugim drinku, wspominając wesołą kompanię, pijąca właśnie gdzieś na mieście. O tak, po tamtym spotkaniu miałbyś problem z suchością w ustach.
Musi być więc jakiś inny ważny powód, dla tych decyzji.
I ja ten powód znalazłem z pomocą „Jego strona pl”, na którą przekierował mnie dziennik.pl
Prawdę powiedziawszy to ja tę stronę doskonale znam, stanowi ona bowiem źródło mojej skrzywionej inspiracji.
Bycie singlem jest złe, pomimo tego, że przy piwie nagminnie zazdrościmy naszym wolnym jak dzikie świnie kolegom.
Ale jak pisze portal, ma nic wesołego w byciu samotnym
„Poza nudą i osamotnieniem, jest jeszcze szereg innych, znacznie poważniejszych zagrożeń, które prędzej czy później na pewno dopadną mieszkającego w samotności singla. Okazuje się, że ludzie korzystający z absolutnej prywatności nieświadomie kształtują w sobie wiele dziwacznych nawyków...”
Jakież to dziwne, a nawet dziwaczne nawyki kultywują w sobie samotnicy? Czemu hołdują?
  • Nie stronią od pornografii
Nie stronią, bo nikt im nie mówi – wyłącz natychmiast to świństwo, albo - Ty mnie już nie kochasz bo oglądasz te świństwa.
Jak dyskutować z takimi zarzutami?
Samo mechanicznie i zbyt częste powtarzane - kocham, kocham - zamienia się w jakieś cham-ko i wtedy dopiero robi się strasznie, albo śmiesznie. Jak kto woli.
Przecież wiadomo, że faceci to wzrokowcy. Jak nastroić się po latach małżeństwa na szybki seks pod kołdrą? Szybki, bo przecież jutro trzeba wstać do pracy.
Z czasem nie ma czasu na ten szybki seks, bo właśnie zmienili czas, na letni.
A przecież życie jest proste. Kto by tam oglądał dziewuchę która trze kolanami na widok dostawcy pizzy, gdyby własna żona pokręciła zalotnie pupą?
Wiem, wiem wszystko o: poświęceniu, przemęczeniu, znudzeniu i leniwych facetach przed telewizorem. Ale teraz rozmawiamy o fenomenie kulturowym, który zamyka się w pięciu literach – porno.
  • Dotrzymują sobie towarzystwa. Wchodzą w wewnętrzny dyskurs, trwający często do późnych godzin nocnych
No cóż, w nocy kiedy żona śpi, dotrzymuję sobie towarzystwa w bezsenności, tocząc ze sobą wewnętrzny dialog, który trwa do wczesnych godzin porannych. Potem wstaję niewyspany, z bagażem przemyśleń.
Żona mówi, że na to są tabletki. Jeżeli to prawda to medycyna przecież nie dzieli leków na te dla żonatych i singli. Nawet przysłowiowa Viagra nie ma swoich wersji forte dla singli i light dla żonatych, żeby pocałunki po czterdziestu latach małżeństwa były namiętne. A może z tą mocą specyfiku powinno być odwrotnie?
Nie wiem, bo unikam medykamentów jak mogę, zdając się na metody naturalne.
  • Najczęściej roznegliżowani... bo po co się ubierać?
Mieliśmy to samo, szczególnie na początku małżeństwa. A potem kiedy pierwsze dziecko zaczęło już co nieco rozumieć, odstąpiliśmy od tych naturystycznych praktyk.
A dziecko urodziło mi się nad wyraz rozumne. O to skąd wziął się w brzuchu mamusi, spytał już w wieku czterech lat. Musiałem się naprawdę wykazać.
  • Nadużywają swoich małych przyjemności
Jeżeli to się nazywa przykra dolegliwość, to jak nazwać leczenie kanałowe zęba?
Jeżeli mógłbym nadużywać jazdy na nartach, na motocyklu którego się nie dorobiłem, bo priorytety były inne, słuchania dobrej muzyki z lampką wina w dłoni, to byłbym naprawdę szczęśliwy.
  • Krążą po ścieżce samotnika: od telewizora do laptopa
Wobec wszechogarniającej mizerii telewizyjnej, zostaje chyba tylko laptop. A któż pójdzie dzisiaj spokojnie spać, dopóki nie przejrzy newsów i nie odbierze poczty?
Jak do tego dojdzie jeszcze machnięcie tekstu na bloga, robi się to rzeczywiście singlową dolegliwością. Aż sobie współczuję i rozumiem singli. Boże jak oni się z tym męczą.
  • Nie zamykają drzwi do toalety
To chyba kwestia zasad, nie formy współżycia czy życia. Zawsze zamykałem drzwi, a kiedy skręciłem nogę w kolanie i usztywniony kulas nie mieścił się w blokowych standardach kibla, musiałem zostawiać otwarte drzwi. Było to dla mnie kłopotliwe a nawet żenujące, szczególnie wtedy gdy musiałem dodatkowo odpowiedzieć na pytanie Młodszego. Uwielbiał stawać naprzeciw mnie i właśnie wtedy postanawiał wyjaśnić jakąś ważną kwestię.
Miał pewność, że nie zrobię żadnego uniku.
A wiadomo ciekawość dzieci jest bardzo ważna.
  • Jedzą wprost z lodówki
To i moje ulubione zajęcie. Lubię wieczorem zakraść się do kuchni i najpierw pooglądać produkty leżące na półkach, a potem wziąć kawałek tego i kawałek tamtego.
Gdyby nie była to powszechna przypadłość, producenci lodówek z pewnością nie montowaliby żarówek wewnątrz, które tę pasję ułatwiają.
Przyjemność trwa do chwili, gdy gdy z drugiego pokoju nie doleci mnie głos żony
- Siadłbyś uczciwie przy stole i zjadł, a tak tylko wietrzysz lodówkę.
Po pierwsze – co jest nieuczciwego w jedzeniu z lodówki?
Po drugie dlaczego dom musi być zawsze przewietrzony, a lodówka stanowiąca jego integralną część już nie?
Zauważyłem, że specjalistami w wietrzeniu, jeszcze większymi ode mnie, są moje dzieci. Myślę, że są lepsi ponieważ tak jak mnie, nikt im nie powtarza, że takie jedzenie jest nie uczciwe.
  • Huśtawki nastrojów... Te przechodzą jak letnie burze
Tutaj oddałem pola żonie. Huśtawki nastrojów to typowo damska przypadłość. Ja preferuje stały stan lekkiego podkur...enia.
  • Druga połowa łóżka to miejsce na brudną odzież
To nie jest prawidłowość, to przypadłość, którą widziałem również u małżonków. Tam miejscem składania brudnych rzeczy były nogi łóżka, lub podłoga bezpośrednio przed nim.
Brudasem jest się bez związku z małżeńską obrączką, bądź jej brakiem.
Chociaż ze skłonnościami do brudzenia, żony walczą poprzez permanentne sprzątanie.
Sprząta się przed świętami, na wiosnę, lato, jesień i zimę. Z okazji świąt w środku tygodnia i na każdy weekend. Najgorsze są firanki, żaden facet nie potrafi zdefiniować pojęcia „brudne firanki”.
Zawsze gdy pada kobieca komenda – zdejmij firanki do prania,
powtarza ten sam tekst - Po co? Są przecież jeszcze czyste.
Kiedy ostatnio żona wyznała - muszę odkurzyć bo przyjdzie umówiony facet - zaprotestowałem
- Daj spokój to tylko pośrednik, a nie perfekcyjna pani domu.
Wobec powyższego, ostatnie skrzywienie singla rodzi się jako swego rodzaju głos na tak.
  • Generalne sprzątanie, raz w miesiącu
I jak tu zrozumieć właściwie tytuł artykułu „Dziwaczejący single. 10 nawyków, które grożą samotnym”.
Z tym dziwaczeniem to nie zaprzeczam, bo widziałem samotne panie w pewnym wieku, z całą kolekcja naprawdę ciekawych fobii. Faceci z reguły potrzebują do tego z dziesięć lat więcej.
Druga część tytułu powinna jednak zdecydowanie brzmieć inaczej.
„10 nawyków które służą samotnym i odwodzą ich od myśli o związku”

11 października 2012

Bajkowy łańcuch pokarmowy


Ponoć nie ma zapotrzebowania na wiersze, a więc nikt ich nie zamawia.
Takie wnioski wysnułem z komentarza, pod którymś z ostatnich postów.
No nie! Tak  być to nie będzie - jak mówi mój ulubiony serialowy bohater.
Złożyłem sobie zamówienie na wiersz i zaraz odpowiedziałem na to zamówienie, pisząc parę rymowanych zwrotek. 
A że codziennych problemów mamy aż nadto, nie będzie o tym, że życie jest podłe. Bo jakie jest życie, każdy widzi.  A że każdy z nas patrzy z innej pozycji, barwy świata są tak różne jak różne są i niepodobne do siebie płatki śniegu.
Nie zapytam - jak żyć?. Takie pytanie postawił już jeden plantator  
Bez patetycznego zadęcia, wyszła mi tylko bajeczka o zwierzętach.

No to Panie Antoni Krasicki lecimy ze strofą. 

Tak mnie codziennych moc problemów
wgniata w fotela chłodną skórę,
z którego perspektywy smętnie
oglądam świat swój i naturę.

Lecz nawet jednym okiem patrząc,
czy tego chce się czy też nie,
to nie widziałem by depresja
drzemała w takim groźnym lwie.

Pan lew w sawannie leżąc bykiem,
znosi piekące w dupsko słońce.
Ogląda sobie kątem oka
zebry pasące się na łące.

Pazur wyostrzy na kamieniu,
dmuchnie w rozwianą mocno grzywę
i myśli sobie - choć są w paski,
ja się paskami tymi żywię.

Nie ma kryzysu w mej spiżarni,
Kilimandżaro jest daleko.
Wszyscy z mej drogi karnie schodzą
gdy tylko ruszę swą powieką.

W dodatku moja pani lwica
jak tylko wróci z polowania,
to zaraz się przekona sama
jak to przeze mnie jest kochana

Dobrze być lwem co trzęsie grzywą,
dzięki ci Panie za te kły,
bo chociaż chciałeś mieć świat dobra,
najlepiej temu kto jest zły.

W tym samym czasie biedna zebra
skubiąc pozostałości trawy,
z daleka obserwuje lwisko
tłumacząc sobie swe obawy.

Przez ten szalony pomysł stwórcy
ni ukryć się, ni zmienić skórę
Jak tu w poczuciu zagrożenia
ćwiczyć świadomość i kulturę.

Żeby ten lew miast zaraz zabić
tylko zapłodnić zechciał mnie,
to może wtedy zebrze dzieci
miały by w końcu cętki swe.

Że niby zebra w cętki śmieszna?
to niech się śmieje kto jest zdrów.
Lecz kto by się odważyć zechciał
wykrzywić gębę wobec kłów.

Prosty dylemat ale stały
Nikt nie chce zebrą na sawannie...
Lepiej ze zgrabną lwicą razem,
pijać szampana w dużej wannie.

Ty dobry Boże, zamiast pasków
daj cętki dla ochrony skóry.
I niech mi wtedy kto podskoczy,
z grzbietu polecą tylko wióry.

I tak od wieków jak światem
Jak zebra zebrą, a lew lwem
toczą się nieustanne walki,
bo nikt z nas nie chce zostać tłem.

Gdy siedzę tak w fotelu swoim,
wniosek nasuwa sam się gdy
zebr jest mniej na bożym świecie,
snują się wokół głodne lwy.




10 października 2012

Spoglądając w czeluść portfela

No to sobie pogadałem o kobietach. I z nimi sobie też pogadałem.
Ale czy to coś zmieni?
Już zmieniło, na przykład mój portfel oszalał. Koszty rozmowy z ta Panią, która tak nieszczęśliwie kierowała mnie na parking w głębi swojego ogrodu, wyniosły czterysta złotych. Nawet rozmowa z policjantem ukrytym w krzakach razem ze swoim radarem, nigdy mnie tyle nie kosztowała. A pewna Pani w Poznaniu, w trakcie jednej z  delegacji, zapewniała mnie, że za połowę tej kwoty zabierze mnie aż do nieba bram. Patrząc na jej skromne odzienie byłem w stanie w to uwierzyć. Tam jednak wyszedłem na dusigrosza, by tutaj szeroką ręka rzucić na biurko mechanika cztery stówy. On powoli brał z blatu stówka po stówce i gdy miał zamknąć rzecz całą jakąś okrągłą pointą byłem szybszy i podsumowałem.
- Któż bogatemu zabroni.
W siadłem do samochodu z nowym, srebrnym i przez to szpanerskim układem wydechowym.
Samochód pracował cicho wyrzucając z siebie smród spalin, spotęgowany o wypalającą się farbę. Czadowo, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
W domu zaś kiedy nie musiałem już przed nikim szpanować, zajrzałem w ziejąca pustkę portfela.
Potrzebna mi była ta elegancja w parkowaniu jak przysłowiowej dziwce majtki.
Lubie używać tego określenia, jest takie akuratne.
- Dobrze, że trzymasz portfel w rękach -  powiedział Młodszy pakując się do pokoju i moich rozmyślań - Potrzebuję na kartę KKM, ubezpieczenie, a oprócz tego trochę wydałem w związku z  rozpoczęciem semestru. 
Tu wyciągnął plik paragonów i położył  przede mną na ladzie.
- Spojrzałem na świstki termicznego papieru.
Dobrze, że nie musisz mieć tornistra i piórnika z bohaterami Star Wars.
- No widzisz, z wiekiem kosztuję Cię coraz mniej. Możesz mi przelać na konto – stwierdził łaskawie.
Z ulga przyjąłem tę propozycję. Wieczorem dokonałem transferu środków.
Jak to jest, że zawsze jestem coś winien mojemu dziecku.
Po prostu znajduję się w stanie permanentnego nieoddania.
Złośliwa pamięć podsunęła mi zaraz scenkę z czasów, gdy ja sam będąc studentem z jakimś zawalonym egzaminem, atakowałem ojca, za przeliczanie wszystkiego na pieniądze. Dla mnie ważne było życie jako takie i oczywiście pełne jego przeżywanie.
Więc to chyba jest tak, że własne dzieci oddają nam nasze sprawki wobec rodziców i to tą samą monetą.
Muszę szybko powiedzieć o tym swojemu dziecku, ma jeszcze szansę wobec własnych dzieci. Z drugiej jednak strony, jeżeli ta prawidłowość działa, to my jesteśmy tylko bezwolnym wykonawcą w łańcuchu zaplanowanym zdarzeń.
I jeżeli nie ma na to rady, to czym prędzej wybaczmy naszym dzieciom.
A tam wybaczanie, wielkie słowo. Może wystarczy tylko zrozumieć?

08 października 2012

O rozmowie z kobietami, według Antoniego


Ponoć konflikty wpływają ożywczo na każdy długoletni związek. W zasadzie to działają na każdy związek, a w tym dojrzałym pokazują partnerowi, że zależy nam dalej na tym układzie i jak to się mówi nie położyliśmy jeszcze na wszystkim lagi. Psychologowie i seksuolodzy piszą dodatkowo, że godzenie się po takim konflikcie, prowadzi do spontanicznego i udanego seksu. Seks jest ponoć w związku bardzo ważny, jak twierdzi cytowany całkiem niedawno profesor Lew Starowicz - już dwutygodniowa abstynencja seksualna prowadzi do osłabienia związku.
Prawdę powiedziawszy informacją tą zostałem zaskoczony, sam mając na koncie krótsze i dłuższe okresy zaniechania, żeby o samej abstynencji nie wspominać.
No cóż, świat zadziwia mnie nieustannie.
Jeżeli życie nie funduje nam problemów trzeba więc te problemy samemu sobie wymyślać. Przecież to dla dobra związku. I najważniejsze trzeba ze sobą rozmawiać, bo rozmowy są zawsze twórcze.
Ostatnio wybrałem się na zakupy. To nie jest żadna nadzwyczajna informacja, gdyż od ponad trzech lat to właśnie ja dokonuję wszelkich zakupów do domu. Trzymam żelazną ręką domowy budżet, co powoduje starcia i konflikty rodzinne. Kiedyś przy okazji rodzinnych konfliktów na  tle oszczędności, próbowałem policzyć tak zwane szable, czyli moich sojuszników. Okazało się, że mogę  podsumować to popularną historycznie kwestią –  jeden przeciwko wszystkim. Rambo też sam zmagał się z przeważającą potęgą bez względu czy był to wietnamski czy radziecki komunista.
Przyjmuję więc na klatę te wszystkie konflikty, wojenki i zwykłe zaczepki, ponieważ mam świadomość, że racja jest po mojej stronie.
Moja racja, to słuszna racja, a nawet jak ktoś inny ma rację to moja racja jest mojsza. (Dzień Świra)
 Zawsze uważałem, że wydawać można tylko  kwoty do wysokości posiadanych  na koncie środków. A to i tak jest niespecjalnie bezpieczne. Czasami jednak rodzina, która z pewnością oglądała film „Rozmowy kontrolowane”, wydaje się być pod  mocno jego wpływem.  Jest tam taka scena, kiedy siedzący w barakowozie pracownicy piją sobie beztrosko wiśniówkę.
- Wiśnia jest wiśnia – podkreśla ze znawstwem jeden, drugi zaś sylabizuje hasło zdobiące obskurne hale  - Tyle podzielimy ile wytworzymy.
Po chwili zaś dodaje - A jak  ich Solidarność za łeb weźmie, to podzielimy tyle ile zdecydujemy, albo nawet więcej.
O! „albo nawet więcej” to rodzinnie ulubione hasło.
Teraz pewnie część Pań powie - o mój stary też jest takim sknerą.
 A może to nie sknerstwo, ale podstawowa umiejętność dodawania i odejmowania na poziomie podstawówki?
Nie rozważając tego dylematu, biorę ze stołu karteczkę. Pod koniec miesiąca, cienkim ołówkiem skreślam te mniej potrzebne produkty. To się kiedyś nazywało gospodarowanie z ołówkiem w ręku. Specjalne kursy prowadziły oddziały Praktycznej Pani i Koła Gospodyń Wiejskich.
Teraz Koła Gospodyń Wiejskich zajmują się komponowaniem piosenek w stylu niezapomnianego koko koko… A może już zapomnianego?
W każdym bądź razie, korzystając z dobrodziejstwa początku miesiąca, robiłem zakupy według sporządzonej listy. Koszyk wypełniał się, a na trzymanej kartce coraz więcej ptaszków świadczyło o  odszukaniu produktu na regałach hali handlowej. To sztuka, bo co rusz zmieniają tu ułożenie produktów. Na mnie nie działają te sztuczki i nie kupię powyżej zapisanej kartki.  Chodzę natomiast po sklepie wyrzucając z siebie stek wyzwisk pod adresem pracowników marketingu, którzy uważają że wkur..ony  facet kupi więcej.
Oświadczam - Nie kupi !
Jeszcze kasa,  torby,  auto i do domu.
Telefonicznie zmusiłem Młodszego do bezinteresownej pomocy i po chwili dwie duże torby i dwie zgrzewki wody znalazły się na trzecim piętrze.
Żona wjechała do kuchni i rozkładała towar w niższej połowie szafek, lodówce i w szafie przedpokojowej spełniającej funkcję spiżarni.
Kiedy doszło do serków w ilości sztuk pięć, przeznaczonych na sernik z serków homo, żona spojrzała na opakowanie i odczytując napis - serek naturalny o smaku śmietankowym - spytała:
- A nie było waniliowych?
-  Były ale chciałaś śmietankowe. Łaziłem po stoisku w te i nazad, bo wszędzie były serki naturalne, a tylko na tym ktoś mądrze napisał serek naturalny o smaku śmietankowym.
- Chciałam waniliowe – odpowiedziała zdecydowanie
- Golono, strzyżono – pomyślałem niemal natychmiast. Trochę pośpieszyłem się z wyrzuceniem kartki za zakupy. Nie wyrzucam jej zaraz na parkingu, przed sklepem lecz  przynoszę do domu. Czasem zdarza się, że zaświadczy ona o mojej niewinności. Lepiej powiedzieć - o mojej racji -  bo to ma zdecydowanie inny wydźwięk. Z doświadczenia w różnych dziedzinach życia wiem jednak, że udowadnianie swoich racji poza sądem, zwykle  się nie opłaca. Niestety jest jeszcze męska ambicja, która nie kalkuluje co się opłaca, a co nie.
Rzuciłem się do kosza na śmieci. Szybko przebiłem się przez stertę kartonowych i foliowych opakowań  i  zrządzeniem losu natrafiłem na papierową kuleczkę. Rozłożyłem ją ostrożnie, odnalazłem pozycję i spytałem - co tutaj jest napisane?
- Śmietankowe – przyznała żona, zaraz jednak dodała - ale jak pisałam to myślałam waniliowe.
- Wybacz, jak mogę odczytać w sklepie masło i zastanawiać się - co żona miała na myśli pisząc masło?
- Odwróciłem się przezornie i szybko wyszedłem z kuchni, bo pewnie  zegnał mnie wywalony język, którego w sposób charakterystyczny dla małych dziewczynek używa czasami moja ukochana żona.
Sernik wyszedł jak trzeba, pomimo rozbieżności między myślą a czynem.
Po latach wspólnego życia coraz mniej rzeczy jest w stanie mnie zdziwić, chociaż przewrotnie czasami mówię do Niej  – Z biegiem lat zadziwiasz mnie coraz bardziej.
 Swoją drogą to tak do końca nie potrafię zdecydować się, czy opowiadam się za pierwszą czy drugą wersją o zadziwianiu 

06 października 2012

O rozmowie z kobietami według Pana Jana



Jan Nowicki powiedział, chyba przy promocji swojej nowej książki,  ze z kobietą rozmawia się przez dotyk. Przeleciało mi to przez głowę przy okazji przeglądania  jakichś innych informacji, a więc pamiętam nieco przez mgłę. Kto jak kto ale Pan Jan na kobietach się zna i trudno polemizować z jego wypowiedziami.  Fakt faktem jeżeli to jest najlepszy sposób komunikacji, to jest on bardzo trudny. Przypominałem sobie o tym dzisiaj, kiedy klęczałem na żwirowej alejce, spoglądając pod spód mojego samochodu. Byłem razem z rodziną w jednej z podkrakowskich miejscowości,  by załatwiać sprawę .. mniejsza o sprawę, ważne że zaparkowałem wzdłuż otwartej bramy przed  posesją owej kobiety.
- Czy mogę zostawić tak zaparkowane auto? – spytałem zaraz po słowach – Dzień dobry.
- Pomyślałam, że lepiej będzie jak wjedzie Pan do środka – zauważyła – dlatego zostawiłam otwartą bramę.
W końcu to jej dom – pomyślałem włączając wsteczny bieg. Cofnąłem odrobinę i w ślad za przychylnymi gestami  w stylu „follow me” ruszyłem do przodu. Natychmiast też usłyszałem  skrobanie metalu o metal, a auto zawyło.
Wycofałem gwałtownie  i wyszedłem z auta. Oczom  moim ukazały  się dwie solidne rurki utopione w kupie betonu do którym owa pani kotwiczyła skrzydła bramy.
- Myślałam że Pan je widzi – stwierdziła rozbrajająco, dając mi spóźnioną radę - Ja zawsze wjeżdżam o tak, bokiem.
Spojrzałem pod auto. Pierwszy tłumik wisiał smętnie opierając się swoim końcem o drogę. Reszta, to znaczy kawał długiej rury łączącej przedni tłumik z tylnym wisiała zmięta niczym harmonia, Siła gniecenia wykruszyła rdzę,  która wypełniała jakiś wspornik pod tylną osią. Wejście do tylnego tłumika  zostało pogięte w sześćdziesiąty szósty paragraf.
- Nic się nie stało, zdarza się – zapewniłem, ale chyba nie byłem w tym stwierdzeniu przekonujący.
Wizyta, przebiegła nieco nerwowo, ale przebiegła. Na odchodnym, podwiązałem  parcianym pasem wiszący tłumik tak,  że jego koniec znalazł się jakieś pięć centymetrów nad ziemią.
Przypierd  jaki wydawał samochód w trakcie  jazdy wywoływał popłoch wśród przechodzących bokiem pieszych.
Włączyłem wysoki bieg i starałem się jechać z użyciem minimalnego gazu.
- Mnie ten dźwięk, to się nawet podoba – stwierdził Młody
- Mnie nie specjalnie – stwierdziłem nad wyraz spokojnie.
W ogóle zauważyłem,  że jadąc z rozwalonym tłumikiem,  jestem o niebo spokojniejszy niż  dyskutując z Młodym w czasie jazdy do owej Pani.
- Ja jestem chyba skrojony na trudne chwile – pochwaliłem się swoim spokojem żonie.
Jakoś dziwnie nie poparła mnie w  tym moim stwierdzeniu.
Wysadziłem ich blisko domu i popierdując dziarsko, ruszyłem w drogę do mojego mechanika.
Nie musiałem się nawet przypominać, bo dwa dni temu naprawiał mi auto w związku z problemami z rannym zapalaniem.
- Cudów Panu z tego dzisiaj nie zrobię. Trzeba wymienić rurę i końcowy tłumik. Ten pierwszy z katalizatorem jest dobry. I miska olejowa też.
- To mnie Pan pocieszył -  uspokoiłem się
Zostawiłem auto do naprawy, będzie gotowe w  poniedziałek, po południu. Tą porą w sobotę, trudno o otwartą hurtownię.
No chyba żeby kupić firmową nówkę sztukę, ale taki rozrzutny to ja nie jestem
Przydał się też bilet miejskiej komunikacji, noszony w portfelu jak relikwia. Miał on swoją długą i barwną historię.
Bilet zakupił mój francuski przyjaciel w czasie pobytu w Polsce, w związku ze ślubem starszego syna.
Biletu nie wykorzystał i poleciał z nim z powrotem do Francji.
W trakcie porządkowania portfela, znalazł  te akcje MPK Kraków gdzieś w zakamarkach czarnego, skórzanego, eleganckiego, męskiego portfela. Wiadomo, że podstawą sukcesu ludzi zachodu jest pracowitość i oszczędność.
Wręczył tedy dwa bilety mojej żonie z nadzieją, że ja je wykorzystam.
Zona zapakował je do swojego portfela i via Londyn przywiozła   z powrotem do Krakowa.
Z rozczuleniem przyjąłem prezent od Erica i upchnąłem je  za prawo jazdy.
Jeden bilet przydał się dzisiaj, wtedy kiedy naprawdę go poturbowałem.
Możecie powiedzie - przecież  można kupić.
Kupić? To banalnie proste.  A tak,  zwykła podróż niebieskim autobusem została  wypełniona miłymi wspomnieniami.
Wróciłem do domu i z torbami w ręce udałem się na weekendowe zakupy. Skorzystałem z auta którym czasami jeździ Młody
-  Dałbyś auto – powiedziałem do Niego
- Zobacz jak szybko potrafią się odwrócić role – stwierdził lekko złośliwie, a na odchodnym dodał – Tylko mi nie wyjeździj całej benzyny.
Skąd ja znam ten tekst?
Okazało się, że musiałem zatankować żeby w ogóle dojechać do sklepu. Bez przesady oczywiście, tylko za pół stówy. Potem zrobiłem zakupy.
Zakładałem różne scenariusze w związku z sobotą, ten jednak wypadł tak sam z siebie.
A to jeszcze nie koniec dnia.
Dead life – tak nazywa moje kontakty wirtualne mój syn. Nie, nie on to wymyślił.  Ponoć to są  Ci znajomi którzy niby podbijają ci Konto na Facebooku, ale trudno ich szukać wśród uczestników twojej ewentualnej  uroczystości pogrzebowej.
Nie prawda!  Od pewnego czasu znam Mirka, człowieka z krwi i kości, który nie pozwala  DPS- om popadać w marazm i rutynę. Potem poznałem Polkę, która dla miłości życia wyemigrowała  do Włoch i z włoskich uliczek zdaje  relację na swoim blogu.  Dzisiaj zaś dostąpiłem zaszczytu spotkać się osobiście z pewnym blogowym znajomym,  o którym nic więcej  nie powiem, bowiem nie zostałem do tego upoważniony.  Powiem tylko, że we współczesnej sieci nie wiesz i nawet nie przypuszczasz, czy wymieniasz uwagi z człowiekiem z Chicago czy sąsiadem zza ściany. Teraz okazało się,  że był to  sąsiad prawie  zza ściany.  Miłe ponad  dwie godziny, w których nawet przez minutę nie zagościło niezręczne milczenie.  Skoro nie wszystko dane nam było powiedzieć w czasie tego pierwszego spotkania,  zaplanowaliśmy kolejne spotkanie, tym razem  z udziałem szanownych małżonek.
No i co Syneczku?
Oj dzieje się i  będzie się działo. Czasami trzeba tylko dać  temu dzianiu się  nawet małą szansę.


04 października 2012

Aperiodyczny przegląd prasy

* Monika Kuszyńska na bilbordach
Zauważyłem z daleka reklamę firmy Adrian. Wiem, że to pończochy i rajstopy bo sama firma już nie raz zaskoczyła, lokując na bilbordach panie w rozmiarze XL. Teraz znalazła się tam osoba na wózku. Ponoć niektórych to bulwersuje.
Od czasu kiedy kółka wózka inwalidzkiego są mi rodzinnie bliskie, patrzę na cała sprawę inaczej. Myślę, że za sprawą żony zostałem uwrażliwiony, nic bowiem tak nie działa na wrażliwość jak nieszczęście kogoś bliskiego.
Zanim jednak błyśnie się z bilbordu nogą ubraną w (i tu użyję tego słowa) „seksowne” rajstopy, trzeba najpierw zwyciężyć z samym sobą. Trzeba się odważyć wyjść z cienia, na widok i osąd innych ludzi. Tylko kto im dał prawo do osądu w tej kwestii?
To bywa naprawdę trudne. Wierzcie mi, wiem o czym mówię
Brawo Monika.

* I brawo dla mnie, bowiem użyłem w tytule nowego słowa. Mógłbym napisać nieregularny, ale nie napisałem.
Określenie nieregularny kojarzy mi się wyłącznie z seksem. Chociaż statystycznemu facetowi wszystko kojarzy się z seksem, jednakże to skojarzenie jest bolesne.

* Jeden aktor szczerze opowiedział o swojej chorobie sprzed trzydziestu pięciu lat. Dolegliwość nie w kij dmuchał, bo chodziło o raka jąder. Przy całym szacunku dla ludzkiego cierpienia, co jeszcze wygrzebią z zasobów pamięci ludzie ,wobec słabnącej własnej popularności?
A ja Pana jeszcze dobrze pamiętam z filmu Con Amore, i przy tym pozostanę. Zdrowia życzę przy okazji.

* Trzydzieści pięć lat temu inny ale francuski aktor miał 44 lata, a dowcipy o jego podbojach, przy nazwijmy to niekonwencjonalnej urodzie znajdowały się w repertuarze każdego wesołka.
- Ja ci dam Belmonda – brzmiało zakończenie jednego z popularnych wtedy dowcipów.
Teraz ten 79 letni aktor porzucił kochankę młodszą od siebie o 42 lata.
Dla jasności i pełnej arytmetyki – trzydzieści pięć late temu, była już kochanka Belmonda miała zaledwie 2 lata.
Aż ciśnie się na usta komentarz do dwóch ostatnich wiadomości – a jednak co Francuz to Francuz.
Choć jak ostatnio czytałem, sami Francuzi też są mocno przereklamowani. Inaczej rzecz ma się z Francuzkami. Też ponoć.

* Odpuściłem sobie tekst o cierpieniach Kasi Cichopek i o czym myśli podczas seksu Tatiana Okupnik. Chociaż nie tworzę biografii Kasi Cichopek, a przy Tatianie z pewnością zmiękło by mi serce, myśli tej drugiej interesowały by mnie tylko wtedy, gdyby ten seks uprawiała ze mną.
Ale tego to sobie nie potrafię nawet wyobrazić. Przez wrodzona skromność.

* Jest jeszcze dużo o gwiazdach i myślę, że definicja gwiazdy rozszerza się jak tak zwana czarna dziura, żeby użyć tu tej samej astronomicznej terminologii.

* Całkiem zaś na poważnie, analizowałem fragment pewnego wywiadu.
Słuchałem tego dzisiaj ze trzy razy. Mam zaufanie do profesora Lwa-Starowicza, dlatego nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Potem jeszcze dodatkowo, zapoznałem się z testem wypowiedzi. Oto ona:
"To jest coś co się w ogóle nie zmieni ze względu na to, że jest porozumienie rządu i Episkopatu w tej sprawie i absolutnie Ministerstwo Edukacji nie ruszy nawet palcem, żeby to zmienić..." - mówi Zbigniew Lew-Starowicz” Na temat tak zwanego wychowania seksualnego.
Zamurowało mnie, bo do tej pory starałem się myśleć, że żyję w nowoczesnym państwie środkowoeuropejskim. Okazało się jednak, że to tylko jakaś iluzja, jakaś wydmuszka.
Jak daleko odeszliśmy od sytuacji, które taki Boy Żeleński opisywał i to grubo prze wojną. Tą drugą, tą światową. To już prawie z osiemdziesiąt lat temu.
Obecnie w dobie badań DNA być może łatwiej tylko o ustalenie ojcostwa.
Kiedy na jednej szali położymy szkolną edukację seksualną, w tym informację na temat metod antykoncepcji, a na drugą reklamówkę z dzieckiem wyrzuconym na śmietnik zaraz po porodzie, szalki mojej wagi przechylają się w widoczny sposób. Nie zauważyłem nawet chwili zawahania. Ułamka sekundy równowagi.
Chronić ludzkie życie to najszlachetniejsze z zadań. Dlaczego etyków o religijnych korzeniach przestaje ono interesować w chwili, gdy dziecko pierwszy raz samodzielnie wciągnie do płuc powietrze. Czy pierwszy krzyk zwalnia już z troski?
Nie zawrócimy świata kijem, pałką i nawet najbardziej restrykcyjnym prawem.
Współżycie płci jest faktem od zarania ludzkości. A ustalanie granicy od kiedy jest to akceptowalne i jakim wydarzeniem powinno być poprzedzone, skompromitowało się jak wyśmiewana powszechnie godzina trzynasta. Za rządów Generała od godziny trzynastej można było kupić flaszkę.
Powszechnie wiadomo, że dla chcącego nic trudnego.
Co do tego wieku. Pomijam patologię związaną ze skłonnościami pedofilskimi, więc proszę mnie nie łapać za słowa.
Wychowanie seksualne to nie tylko nauka zakładania prezerwatywy na banana. To najpierw nauka o miłości i odpowiedzialności. Przede wszystkim, odpowiedzialności za drugiego człowieka. W tym także za tego nie narodzonego.
Rozsądna antykoncepcja spycha na margines problem aborcji. Może to o to chodzi, bowiem mądra edukacja wytrąca oręż z pewnych rąk. Można wtedy skoncentrować się na uczuciach
Jeżeli jest coś pięknego na tym świecie, to jest tym ta bliskość dwojga ludzi.
Pod warunkiem oczywiście, że uda się jej nie splugawić partyjnymi walkami i ideologią w służbie kolejnych wyborów parlamentarnych.
Sprawiedliwość na tamtym świecie jest słabym pocieszeniem, dla tych porzuconych reklamówek.