28 lutego 2011

Luty 2011

27 lutego 2011
Nie chcę  tego tak zostawić. Nie mogę przejść  obojętnie. Przeczytałem uważnie wszystkie komentarze zamieszczone  pod  wpisem „ Robota jest robota „ i  do teraz  jest mi po ludzku głupio. Jak bowiem nazwać  kraj,  który spycha na margines swoich obywateli tylko z tego powodu,  że  zdmuchnęli na urodzinowym torcie  o kilka świeczek za dużo. Zresztą co to znaczy za dużo?
Kapitalizm dziewiętnastowieczny, którego odmianę mamy okazję doświadczać na co dzień, wprowadził takie ciekawe zasady. Właściwy kandydat do pracy to pozwalający się wykorzystywać za najniższą pensję, wykształcony, młody człowiek poniżej trzydziestki,  najlepiej z  wieloletnim  doświadczeniem. Brak rodziny  i oczekiwań  jest dodatkowym atutem.  Zasady nie do pogodzenia ze sobą, a jednak sądząc z zawieranych umów (najlepiej na czas określony),  pracodawcy znajdują tę kompilację cech w swoich przyszłych pracownikach.
A później realizacja tak zwanej indywidualnej  ścieżki kariery, chociaż sama  ścieżka kojarzy mi się z czymś wąziutkim, pokręconym i pełnym nierówności.
Czytałem gdzieś,  że na zachodzie w cenie są dojrzałe pracownice, które mają perspektywę znalezienia pracy jako np.  asystentki biznesmenów(tych z prawdziwego zdarzenia), lekarzy czy innych pracodawców.  Oni  dawno już zrozumieli,   że taka osoba która odchowała dzieci  i znajduje się na przykład w wieloletnim związku , może bez straty dla w/w  poświęcić więcej czasu dla firmy, oraz  na potrzeby własnego samodoskonalenia.  Osoba taka posiada  dodatkowo  tak zwaną mądrość życiową,  która jest nie do przecenienia, oraz szacunek do  pracy jako takiej.  Poza tym,  klienci bardziej wierzą takiej właśnie osobie,  niż długonogiej młodej blondynce o idealnej figurze.
Poprzez doskonałość  figury  jawi  się dla nas, przeciętnie niedoskonałych  jako  mało wiarygodna.
Co innego jest bowiem wyrwać się  an drinka nawet long, a co innego załatwić zaświadczenie lekarskie o problemach związanych z prostatą.
Kiedy  ta mądrość spłynie pod polskie strzechy biznesu?
Spłynie wcześniej czy później ,  bo pomimo  obaw artykułowanych  w latach dziewięćdziesiątych,  białe skarpety i czarne mokasyny,  nie są już elementem obowiązkowego ubioru biznesmanów.
Biorąc powyższe pod uwagę pomyślałem,  żeby na ten jeden raz przeciwstawić się swoim zasadom. Na chwilę zapomnieć, że ten blog jest wolny od polityki.
Może  napisać e-mail.  Korzystając z dobrodziejstwa Internetu  wybrać  trochę adresów,    na przykład  do posłów. To w końcu nasi przedstawiciele. Wielokrotnie zapewniano mnie o tym w trakcie kampanii wyborczej. A teraz zaczyna się nowa.  Niech poczytają Wasze komentarze .
Bo to co tam napisano,  to jest Polska właśnie .  
A może Wy macie jakieś propozycje co do adresatów?
A poza tym czy  to ma w ogóle jakiś sens?  

A teraz z innej beczki,  jak mówili  Monty Pythons
Dosłownie przed chwilą  oglądałem spotkanie z  Panami:  Danielem  Olbrychskim  i Wojciechem Pszoniakiem.  Tematem rozmowy była między innymi historia powstania filmu „Ziemia Obiecana” w związku ze zbliżającą się uroczystością wręczenia Oskarów. Ziemia Obiecana to wielki przegrany tamtejszego  rozdania nagród. Film  przegrał w starciu z Akiro Kurosawą. To ładna przegrana, a my Polacy kochamy piękne przegrane. O porażce filmu zdecydowała ponoć w opinii części  jury, antysemicka wymowa filmu .  Bzdurna opinia!.  Jestem zakochany w tym filmie, oglądałem go już przynajmniej dwadzieścia razy i kocham  Welta  Moryca granego przez Pszoniaka.
To najsympatyczniejsza postać filmu.
I Borowiecki który postanowił zerwać z klasycznym wzorcem Polaka. Chciał pokazać że Polak potrafi, ale i jego porwała czapka z pawimi piórami, jak   prostego Jaśka z „Wesela”.  A potem to już była katastrofa. Ale nie taka w stylu  Greka Zorby.
A Herr Borowiecki czyli Daniel Olbrychski obchodzi dzisiaj właśnie  66 urodziny. Z tej okazji do  studia wjechał tort.  Gratulacje i życzenia. Bohater uśmiechnięty i wyraźnie wzruszony  powiedział:
- Tortu nie zjem, bo jestem na diecie proteinowej, ale z chęcią na niego popatrzę.
Ech prorocy moi z dawnych lat, obrastacie w tłuszcz  – śpiewał Perfect.
Co stało się z dzikim Azją Tuchajbejem ,   czy zawadiackim Kmicicem , któremu Oleńka „ran nie godna była całować”?.  Gdzie ten Olbrychski, który z szablą w dłoni wpadł do Zachęty,  by ciąć i siekać?
Zastanawiałem się nad tym pierwszy raz,  gdy w jakimś kobiecym  magazynie  zauważyłem zdjęcie Pana Daniela z psem rasy York.  Zdjęcie jak zdjęcie, ale dla wizerunku mocnego faceta taki pies nie pasuje.
A może to ja chcę Go widzieć  jako buntownika i zawadiakę?. A może bohaterowie są zmęczeni?.
Być  może Johny Wayne czy Yul Brynner  męczyli  się  z wizerunkiem  twardziela, pod koniec  swojego życia, ale z kolei taki  Clint Estwood  pomimo osiemdziesiątki potrafi  jeszcze dać w pysk.
Bo prawdziwy twardziel w  jak mówi Kondrat w „Dniu Świra”  myje zęby króciutko,  płucząc usta whisky. Spluwa do umywalki  i zaciąga się papierosem.
Każdy ma prawo do swego wizerunku, każdy ma prawo swojego życia.  Martwi mnie jednak,  że  Daniel Olbrychski przybrał  soft wizerunek,  ponieważ i ja starzeję się ze swymi bohaterami (bo do takich bez wątpienia Daniel Olbrychski należy). Każdy taki fakt medialny uświadamia mi że i ja powinienem zbadać swój cholesterol i zrobić PSA, a przecież nikt nie lubi gdy przypomina mu się jego wiek. Sto lat Panie Danielu! 

Antoni Relski
48 komentarzy
22 lutego 2011
Kiedyś wydawało mi się, że otwiera wszystkie drzwi, podkreśla dorosłość  i umożliwia zakup wina. Chociaż z tym ostatnim nigdy nie miałem problemu, nawet  pomimo jego braku. Dowód Osobisty. Bywało że uroczyście wręczany na takich młodzieżowo - patriotycznych spędach, nastrojem przypominających  wręczenie paszportu w filmie Barei – „Miś”. Najpierw zielona książeczka, z masą pieczątek i wpisów, o ślubie, zameldowaniu, wydaniu kartek na cukier, zatrudnieniu, zwolnieniu , oraz  o możliwości przekraczania granicy z NRD.
 W ramach europeizacji  administracji  zmienił się w kolorowy kawałek plastiku  wielkości karty kredytowej. Kiedy wprowadzono nowe dokumenty, wspólnie z małżonką skusiliśmy się na wymianę. Być może z powodu zdjęcia. Na zdjęciu w starym dowodzie  widniał  osiemnastoletni szczeniak,  a mnie Dzięki Bogu  wystukało już prawie czterdzieści trzy.  Po miesiącu oczekiwania otrzymałem dokument, który po raz drugi z dumą pokazywałem.  Kiedyś jako fakt  dojrzałości,  później  jako gadżet. W końcu byłem jednym z pierwszych, wymieniałem już  w 2001 roku.
Dodatkowo otrzymałem   numer  seryjny z gatunku „ dla blondynki „  jak mówi moja żona, a więc: dwie  pierwsze cyfry  stanowiły jedną trzecią cyfr piątej  i szóstej a połowę trzeciej i czwartej. Trzecia i czwarta  z kolei stanowiły dwie trzecie ostatnich dwóch cyfr. Prawda że proste ?  Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nowe dowody posiadają termin ważności i niczym   mleko UHT  czy  sałatka wiejska i  mija im właśnie termin ważności.  Zgodnie z przepisami należy podjąć starania o jego wznowienie minimum trzydzieści dni od końca daty ważności.   Ze względu na konieczność osobistego złożenia wniosku i wiadome kłopoty mojej żony,  do naszego domu zawitał Pan Urzędnik , który przyjął  wniosek i dwa zdjęcia. Na  tych zdjęciach żona była dość podobna do siebie. Tutaj muszę oddać sprawiedliwość i stwierdzić że w Urzędach zmienia się na lepsze. Być może powoli, ale jednak.  W wielkiej radości,  z powodu załatwienia  urzędowej sprawy, Kochana , moja jedyna małżonka wypełniła w moim imieniu wniosek,  wyszukując dodatkowo dwa moje zdjęcia.  Jest pewna logika w tym wypełnianiu,  bo przecież kto jak kto, ale Ona patrząc mi w oczy najlepiej wie jakiego są koloru.  Natomiast pytanie o znaki szczególne potraktowała jako zbyt osobiste i pozostawiła bez odpowiedzi.
Zaopatrzony w dokumenty, pełen wiary w dobrą wolę żony ,w piątek po pracy zjawiłem się w Urzędzie . Co ciekawe,   urząd był czynny  do 18.00. Pani przyjęła mój wniosek,  który osobiście przy niej podpisałem  i wszystko by było załatwione,  gdyby nie urzędnicza dociekliwość,  z jaką zaczęła oglądać zdjęcia.
- Odnoszę wrażenie – stwierdziła – że to są te same zdjęcia jakie pan złożył do poprzedniego dowodu.
- Gdzież tam – zagrałem w ciemno – zrobiłem najpóźniej w zeszłym roku. Ja się po prostu tak wolno starzeję
- I nie zmienił się pan od dziesięciu lat? – spytała
- Tylko trochę posiwiałem , najbardziej na klacie –  żartem próbowałem spoufalić się z Panią Urzędnik.
 W międzyczasie spojrzałem na wspomniane fotografie i porównałem z dowodem. Nie da się ukryć to te same zdjęcia. My Polacy lubimy jednak bronić spraw nie do obrony.
- Nawet krawat ma pan ten sam na obu zdjęciach
- To był bardzo drogi krawat i niesamowicie trwały ? – pociągnąłem – Tak jak marynarka.
- Przyjmę Panu ten wniosek, ale nie wyjedzie z urzędu bez nowych fotografii. Może podrzucić nawet syn, albo teściowa,  jeżeli  pan nie ma  czasu.  Niech będą tylko  czytelnie podpisane. Zdjęcia oczywiście.
Tak więc nie ominęła mnie wizyta u fotografa,  w najbliższym Carrefourze. Przyklapnąłem na chwilę pomiędzy albumami i aparatami  przy składanym tle, a  pani odgadując moje intencję  powiedziała
- Proszę się nie uśmiechać.
A jest z czego. Ambitna praca zawodowych fotografów zamieniana  jest na fuchę osoby obsługującej automat do odbitek i tanią cyfrówkę.  Działania te przypominają mi widoki z Chin czy Indii. Gdzie na tamtejszych bazarach  wędrowni dentyści usuwają zęby. Pacjenci siedzą tak przykurczeni jak i ja przy robieniu dowodowych fotografii.  Ale za to tanio i promocja -  50% na drugi komplet.
Skorzystałem z promocji, tylko nie wiem po co. Na zdjęciu wyszedłem  kiepsko, ale nie zgłaszałem reklamacji.  Mógłbym przecież  usłyszeć
- Ja tylko rejestruję rzeczywistość, nie upiększam.
To byłoby  bardziej stresujące niż dziewięć nieudanych fotografii.
Kiedy w domu przyłożyłem jedną do drugiej,  zrozumiałem co Urzędnicza miała na myśli.
Przez chwilę poczułem na plecach te dziesięć lat,  które minęły od poprzedniego zdjęcia.
Ale czy sobota, jest porą  pogłębianie depresji ?
Kiedy  mijałem  lustro w przedpokoju,  zatrzymałem się na chwilę. Naciągając skórę na policzkach powiedziałem do siebie.
- No. Nie  jest tak źle.
Pewnie że nie jest źle,  odbiór dokumentu ustalono na dwudziesty pierwszy marca. Może będzie wcześniej.
  
Antoni Relski
43 komentarzy
17 lutego 2011
Znacie to uczucie  kiedy rano bez wstrętu podrywacie się z pościeli bo przecież trzeba iść do pracy?  Tak zrywałem się ja,  w poniedziałek , po odtrąbieniu końca przeziębienia na 6.30. I chociaż cholerny kaszel targał mną jeszcze jak rasowego gruźlika, porzuciłem  ciepłe łóżeczko i skierowałem się do łazienki.   Zima wróciła przede wszystkim pod postacią  bardzo ujemnej temperatury. Minus jedenaście  zmotywowało mnie do naciągnięcia aż na same oczy ciepłej czapeczki, z firmowym znaczkiem. Sprzeciwiłem się więc swoim  zasadom według których czapkę zakładam od minus piętnastu , a tak zwane gacie  od dwudziestu. Jak trzeba to trzeba. Wsiadłem do  auta i jak codziennie pokonałem to swoje dziesięć kilometrów. P:o drodze,  w odległości około dwustu metrów mijam budynek,  w którym o tej porze pewnie  śni jeszcze swoje szalone sny Mirek - Koniecmira  i  melduję się jako pierwszy w siedzibie firmy. Lubię być przynajmniej kwadrans wcześniej. Bez stresu parzę kawę, przeglądam pocztę i zerkam na newsy Onetu.  Ja po prostu lubię pracować. Może to głupie i takie nienowoczesne , ale zawsze praca sprawiała mi przyjemność . Co prawda  otarłem się kiedyś  o pracoholizm i miałem nawet pierwsze tego objawy, ale szczęśliwie przyszło na mnie opamiętanie. Otarłem się również o bezrobocie i z tego zestawienia wolę jednak nadmiar roboty.
Pomyśleć że w zeszłym roku o tej porze próbowałem zmagać się z innymi wyzwaniami.  Kolega  wyciągnął mnie z firmy w której okrzepłem. Ot po prostu  pod pozorem pomocy mojej rodzinie,  a szczególnie  mojej niepełnosprawnej żonie , doby znajomy  zwerbował mnie do pracy. Oczywiście interes miał być obustronny . Ja modernizuję mu firmę, on standard  mojego życia.  Ja jestem baran chociaż byk  i dałem się zwieść szpetnie. Bo to bliżej domu,  a więc gdyby coś się stało to dwa kroki.   A to zatrudnimy żonę, dla niej to będzie rehabilitacja, a ty  ją przywieziesz i odwieziesz . Otrzymasz pełną swobodę działania, nie będziemy się mieszać, liczy się wynik.  Piłem te słowa z ust kolegi i dałem się ponieść romantyzmowi wyzwania. Rozwiązałem umowę o pracę i przeszedłem do nowej pracy. W starej podarowano mi  pamiątkowy zegarek a w nowej  otrzymałem gwarancję zatrudnienia,  jeżeli nawet  zmieni się koncepcja zarządzania firmą.  Ja w rewanżu zaproponowałem wynagrodzenie w tej samej wysokości co w starej firmie nie biorąc pod uwagę tego,  że tam zajmowałem się tylko wycinkiem a tutaj całością. Ponieważ kasa nie mieściła się tak zwanej siatce płac, różnica miała być z tak zwanej kamizelki. Czy dżentelmenom i przyjaciołom potrzeba więcej niż uścisk dłoni i słowo honoru. Deklarowana swoboda działania okazała się również fikcją.  Kamizelkowy dług rósł,  a ja  głupi nie obniżyłem standardu  wydatków.  Szybko zrozumiałem, że wobec skrajnie różnych koncepcji prowadzenia firmy  bez względu na podjęta decyzję, pozostawałem w konflikcie z częścią właścicieli. Po pół roku  akcjonariat zdecydował   zmienić koncepcję zarządzania firmą. Po amerykańsku powiedziano mi -  żegnaj  i zostaw telefon i kluczyki na biurku. Nie musisz przychodzić do pracy, do końca wypowiedzenia. Na pytanie co z obiecaną gwarancją pracy usłyszałem milczenie.   Nie doczekałem się również pełnej kasy za żaden z miesięcy moje nowej pracy.  Niepamięci cud się kręci.  Ja obiecywałem ?  Tyle kasy? .  A ja durnie zgodziłem się brać mnie o półtorej stówy niż poprzednio. Pokażę się z najlepszej strony, będzie dobrze. Straciłem w ten głupi sposób starą,  dobrze płatną pracę, do której nie było  powrotu. Ale nawet gdyby to było możliwe, to nie honorowo. Dowiedziałem się szybko co to znaczy pokolenie +50. Na  setkę  z wysłanych CV nie przyszła odpowiedź.  No może gdybym był cieślą , albo kierowcą TIR-a to może. Przeprowadziłem szereg rozmów ze znajomymi. Miłych rozmów  z których absolutnie nic nie wynikało. Przesuwano odmowę  na następny tydzień, później na następny. Z oczywistych względów nie mogłem  pracować poza Krakowem, ponieważ żona…  Służba zdrowia i koszty rehabilitacji  i  sprzętu medycznego nie brały pod uwagę możliwości  braku pracy.  Płać albo zdychaj.  Zaczęły się pojawiać początki depresji. Siłą zbierałem w sobie wolę do wstania z łóżka aby zacząć dzień.   Żeby nie myśleć  gotowałem i sprzątałem patrząc jak mi to życie ucieka. Pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony, koleżance z byłej  pracy chciało się ruszyć tyłek i podejść z prośbą do właściciela firmy w której sama pracowała. Decyzja była pozytywna. Oczywiście spadłem z drabiny funkcji  ale złapałem  się  ostatniego  szczebla.  Potem  byłem szkolony.  Uczono mnie rzeczy,  które od lat wymagałem od swoich podwładnych. Niech tam. Lepiej mieć pracę niż jej nie mieć.  I zacząłem. I jak w starej sentencji – szukaj nowej pracy tylko wtedy kiedy masz starą ( pracę oczywiście). Zaraz też pojawiła się nowa propozycja pracy, którą przyjąłem, a kiedy jechałem rozwiązać umowę o pracę  na korzyść tej drugiej zatrzymałem się u byłego współpracownika  na kawie. I okazało się że otrzymałem propozycję pracy. Trzecią propozycję którą przyjąłem. Zadomowiłem się już tutaj, a ostatnio usłyszałem - fajnie że tu jesteś w naszym zespole. Tylko tyle i aż tyle.  I nawet  nie wiem dlaczego to wszystko przypomniałem sobie  tego poniedziałkowego ranka, kiedy  słabo-zdrowy otwierałem podwoje swojej nie takiej już nowej roboty. Może to wspomnienie działa lepiej  od aspiryny.
Antoni Relski
260 komentarzy
13 lutego 2011
Lewa ręka jest  ciężka. Prawa ręka jest ciężka
Nogi są  ciężkie . Obie  z wszystkimi dodatkami
O reszcie nawet nie ma co pisać.  Płuca pracują z wyczuwalną niechęcią.
Głowa co chwilę opada ma na piersi (moje własne niestety) . I pewnie zasnąłbym niechybnie gdyby nie kaszel, który  przywołuje mnie do porządku. Ból istnienia  materializuje się dzisiaj w takiej formie.  
Dodatkowo  odczuwam, że ja to nie ja, ale ktoś kto znajduje się w połowie  wewnątrz,  a w połowie na zewnątrz. Obserwuję więc siebie trochę tak,  trochę tak . Umysł przemielony  na kawałki, luźno przesuwające się z lewa na prawo przy każdym potrząśnięciu głową.  Coraz gorzej  artykułuje myśli, które  jednak jakiś dziwnym  sposobem przemykają między synapsami.
Złapało mnie zwykłe, chamskie przeziębienie. Ból głowy, katar, a dodatkowo  wszystkie mięśnie odczuwam tak, jakby ktoś obrócił  mnie w  młockarni. Odezwały mi się poprzednie kontuzje i tak dowala mi uszkodzone  kiedyś na nartach  kolano, oraz  łokieć, którego wcześniejszej kontuzji nie byłem nawet świadomy.  Piję  jakieś lekarstwo na gorąco  i dodatkowo wapno.
- Idź wapno do wapna -zażartował Młodszy - my zdrowi wolimy piwo.
Nie chce mi się. Niech chce mi się zimnego piwa i to jest chyba jedna z podstawowych oznak przeziębienia.
W telewizji  jakaś animowana reklama śpiewa „sto lat”  na cześć syropu na kaszel.
W innej blond aniołek demonstruje jak kaszle jej ojciec.
A może to ta sama reklama, wszystko zlewa mi się w jedno. Wegetując pomiędzy fotelem a kanapą wykazuję  des interesments   wobec programu TV .
A  jaki drażliwy się zrobiłem,  do czego przyznać się najtrudniej. Rodzina postanowiła wyręczyć mnie w pewnych  obowiązkach  domowych. Być może wybór tych prac do zastępstwa został wybrany  przypadkowo,  być może leki przesunęły mi granicę  irytacji. Faktem jest,  że wkurz mnie widok żony , która siedząc na wózku ciągnie za sobą suszarkę z praniem ,  albo niczym transportowiec,  przewozi coś  ponad miarę,  z jednego końca mieszkania w drugi.  Nie wiem dlaczego pojawia mi się wtedy  przed oczami scena z filmu z  Chevy Chasem.  On to w komedii  „Europejskie wakacje”  prosi o wyniesienie bagaży do pokoju w angielskim hotelu .  Byczkowaty  recepcjonista w przybrudzonym  podkoszulku na ramiączkach krzyczy:
-  Mamo ! bagaże !
Wtedy drobniutka osiemdziesięcioletnia  staruszka z daszkiem na głowie,  łapie się za bagaże których nie może podnieść  do góry.  Wtedy ta  mina głównego bohatera,  który po chwili  wyrywa  jej walizy,  aby  sam je wtargać bo inaczej nie wypada . Nie wiem dlaczego mam taką samą.  Nie wiem dlaczego , ale za każdym razem, gdy żona robi jakąś  karkołomną figurę aby coś dosięgnąć, coś wynieść ponad normę , coś przenieść ponad siły, pojawia mi się przed oczami  ta scena z filmu.  
- Dlaczego to robisz pytam? Przecież jestem, pomogę.
- Nie lubię się prosić – odpowiada niezmiennie żona
A przecież siedząc tyłem do zdarzenia,  lub przodem ale w innym pokoju ,nie widziałem. Pomimo łączącej nas więzi nie domyśliłem  planów. Telepatia nie zadziałała.
A może za dwa dni będę patrzył na to zupełnie inaczej.  Być może po męsku nie zauważę.
Jedyne co pozytywnego w tej całej chorobie to ,  że łaskawie pozwoliła  mi na chorowanie w weekend. Doczołgałem się do piątku,  a rozchorowałem po sobotnich rannych zakupach.  Być może po obejrzeniu  podsumowania  paragonu, za jak to powiedziała ślubna,  wyłącznie niezbędne rzeczy. To ile przyjdzie mi zapłacić gdy żonę ogarnie fantazja?
Jeszcze przetrwać niedzielny obiad.
Tu pomoże mi menuet  Młynarskiego o rodzinnym obiadku
….Nie ma nic milszego niech, kto chce mi wierzy,
Jak rodzinny obiad w sielskiej atmosferze,
Obrus świeży leży, starsi znad talerzy do młodzieży
Szczerze szczerzą się…
Pomijając mój dzisiejszy podły nastrój,  lubię te rodzinne obiady. Zwyczajem stało się, że synowie przychodzą  ze  swoimi dziewczynami  i jest tak jakoś miło. W zeszłym tygodniu ja przygotowałem kaczkę po chińsku a tygodniu  żona od rana znęca się nad piersiami …. Indyka.
Drób jednym słowem .  Do tego białe lekko  schłodzone lub różowe delikatne w smaku,  podpowiedział mi umysł. O widać że zdrowieję.  Jakże miało by być inaczej  skoro administracyjnie wyznaczyłem sobie koniec przeziębienia na poniedziałek  6.30.
   
Antoni Relski
50 komentarzy
06 lutego 2011
Dawno temu, tak ze trzydzieści pięć lat temu, wyjechałem na  tematyczny obóz  harcerski. Dlaczego tematyczny? Bo to był obóz dla uzdolnionej młodzieży. Pytano co robię w tym towarzystwie, ponieważ przez średnią szkołę przewinąłem się  na tak zwanej średniej pomiędzy dwa a pięć, czyli około plus trzy. To byłą cena niezależności, oraz koszty  doprowadzonego do perfekcji lenistwa. Dzięki uzyskanemu wolnemu czasowi, na większą skalę  mogłem pogrążyć się w werterowskim bólu dojrzewania. Wracając zaś do tematu   mojego uzdolnienia, w  rubryce „uzdolnienia”  wpisano – wiedza społeczno –polityczna. Tak szanowni państwo Antoniemu  Relskiemu, olewającemu ciepłym moczem  obecną politykę, wróżono  karierę męża stanu, a w najgorszym przypadku chociażby politruka,  w fabryce numerycznych obrabiarek. Powszechnie bowiem  wiadomo, że rozum dojrzewa na końcu. Co zaś do końca, to był on nad wiek dojrzały i przesadnie niecierpliwy. Szybko też, mniej więcej zaraz po rozbiciu namiotów i wykopaniu latryn poznałem Ją.  Ona czyli Basia była delikatną blondynką z dobrego domu,  która oprócz  umiejętności wpadania w oko, uwielbiała biologię. Może to była chemia?  tego nie pamiętam już tak dokładnie. W każdej wolnej chwili wychodziliśmy poza obóz, by na pokrytych mchem polankach trzymać się za ręce i całować, całować do tak zwanej pierwszej krwi. Wracaliśmy wieczorkiem na teren obozu,  gdzie  każde  wybierało drogę do swojego namiotu. Ona w pełni szczęśliwa   gotowa na kolorowe senne marzenia, mnie sen przychodził z trudem z powodu pewnej młodzieńczej dolegliwości, która przeszła  z wiekiem. Młodszym czytelnikom wypada przypomnieć,   że w tamtych czasach,  ze względu na panujące obyczaje, zdecydowanie  trudniej było rozładować gromadzące się wewnątrz  emocje i napięcia.  I chociaż  udało mi się już poznać namacalnie pewne elementy geografii Basinego ciała , cała tajemnica nie stanęła przede mną otworem .  Któregoś zaś  popołudnia,  elegancki Polonez  Jej ojca, wywiózł  moje  wakacyjne szczęście do domu, który mieścił się w okolicach jastrzębskiego zagłębia węglowego. Pozostały mi klisze w aparacie, naświetlone  w ważniejszych chwilach i nadzieja,  że zdjęcia wyjdą ostre.  Czekała mnie również niespodzianka. Następnego dnia  po wyjeździe Basi,  jej  najlepsza przyjaciółka powiedziała mi w tajemnicy, że tak naprawdę Basia nie jest blondynką . Jest rudzielcem , który dla niepoznaki farbuje włosy w pszeniczne barwy. Wiedza ta nie była mi do niczego potrzebna.   Nie zaburzyła też mojego wielkiego wakacyjnego uczucia.  Zastanawiałem się zaś , nad  fenomenem braku  dziewczęcej  solidarności.
O tym że następna moja blond miłość jest puszczalska, dowiedziałem się również od jej przyjaciółki, chociaż nie wiem czy to określenie jest najwłaściwsze. Akurat wszystko jak śpiewała Elita : „łapka w łapkę świetnie szło” i kiedy już prawie „co jej było moje”  podzielono się ze mną tą radosną wiedzą.
 Od tamtej chwili nie wierzę w kobiecą  solidarność.  Co prawda sam używałem określenia  „solidarność jajników” , ale chyba inaczej rozumiałem słowo „solidarność”. Pocieszam się jednak, że
problemy w rozumieniu znaczenia słowa „solidarność”  dotyczyły  chyba połowy naszego  społeczeństwa.
Nie jestem  odosobniony w swoich przemyśleniach. Ostatnio odnalazłem jedno z tak zwanych  złotych stwierdzeń . Tym razem autorem jest  Robert De Niro :
„Jak wynika z najnowszych badań, kobiety twierdzą, że czują się mniej niezręcznie, kiedy rozbierają się przed mężczyznami, niż gdy rozbierają się przed innymi kobietami. Według nich kobiety są zbyt krytyczne, podczas gdy mężczyźni, rzecz jasna, są zwyczajnie wdzięczni."
I ja do dzisiaj jestem tak zwyczajnie wdzięczny , trochę  starszej ode mnie  wychowawczyni  pewnej grupy kolonijnej.  Studentce pedagogiki WSP, która  kiedyś uczyniła to dla mnie bezinteresownie.
(A  może miała w tym jakiś swój interes. Mój na pewno)
A ja patrzyłem na nią w blasku pełnego górskiego księżyca  i nie w głowie byłą mi jakakolwiek krytyka.
Wdzięczność i podziw były tak duże, że jak to się mówi „aż wyłaziły  mi oczy z orbit”.  
Ech ten stary prymitywny świat,  gdzie nie znane były  wirtualne modele z internetu . Komputery ODRA  zajmowały  parę pomieszczeń  i sztab informatyków, a my  prawdę o życiu poznawaliśmy na obiektach naturalnych. Może również dzięki temu   brakowi solidarności?
 

Antoni Relski
58 komentarzy
01 lutego 2011
Czy to wiek, czy stan umysłu powoduje,  że uciekają nam niektóre rzeczy. Terminarz pełen jest spraw, które odhaczyłem jako wykonane. Niezrealizowane przenoszę na inne terminy, a i tak w to ułożone życie wkradnie się chochlik zapomnienia. Dopóki jest to zapomnienie zakupu żarówki do lampy w dużym pokoju, narażam się tylko na zarzut lenistwa lub złośliwego zaniechania.  A  co będzie jak któregoś dnia zapomnę się wysikać przed snem? Ponoć marzenie, aby nie lać w spodnie  tkwi u początku  jak i końca  męskiego życia. Spina  go jak klamrą. Póki co, pamiętając o wieczornej toalecie,  odszukałem  zagubione  w plikach przemyślenia z końca ubiegłego roku.
Dzień Babci i Dzień Dziadka.  Dwa miłe dni, które  jak co roku minęły.  I nim nastanie Dzień Kobiet, socjalistyczny wymysł, z którego Panie nie zrezygnowały pomimo rezygnacji z  samego socjalizmu, nastąpi Dzień Zakochanych  czyli Walentynki.  W powodzi innych dni „Ku czci i chwale” przypomniałem sobie, że umknął nam całkiem Dzień Orgazmu obchodzony 21 grudnia.  Niby  dotyczy zakochanych, niby   tego  samego,   a jednak wychodzi na to,  że Walentynki to inaczej - Dzień Kochających, ale nie fizycznie.
 Kiedy   ganialiśmy  za świątecznym karpiem i makiem na kutię, Polska The Times  informowała  tłustym drukiem : „Globalny orgazm wyzwoli "pokojową energię jądrową”
 Czyż mógłbym nie czytać dalej ? A dalej było jeszcze ciekawiej.
„21 grudnia przypada światowy dzień orgazmu. Według pomysłodawców idei, najlepiej by do orgazmu doszło między godz. 12 a 14, a optymalnie o 12.04 czasu uniwersalnego.To moment zimowego przesilenia. „
Ale o co chodzi? o co chodzi?  Czytam więc dalej
Co więcej, w Światowym Dniu Orgazmu nie chodzi jedynie o seks dla przyjemności, ale o seks dla światowego pokoju (Love & Peace). Globalny orgazm powinien w momencie przesilenia zimowego wyzwolić "pokojową energię jądrową".
No to już wiem wszystko. Jestem istotą społeczną,  a pokój leży mi na sercu nie mniej niż Miss  Północnej Dakoty.
Niestety.
Cholera pracowałem  w tym czasie  i ponieważ o inicjatywie dowiedziałem się tego samego dnia, nie można już było zorganizować żadnego urlopu na życzenie.  Co prawda jak twierdzi mój ulubieniec  Woody Allen - "Uprawianie seksu przypomina grę w brydża. Jak się nie ma dobrego partnera, to lepiej mieć dobrą rękę."  W pracy jak to w pracy,  zaczęły więc nachodzić mnie wątpliwości dotyczące  przywiązania do biurka.  Nadgorliwość jak mówią jest gorsza od faszyzmu.
Między dwunastą a czternastą odbyłem owocne rozmowy handlowe do których używałem umysłu, głosu i obu rąk.  I chociaż osiągnąłem zawodowy sukces , to trudno tu mówić o orgazmie, tym bardziej dla pokoju.
Światowy Dzień Orgazmu jest o tyle uczciwy, że dla świętowania go  nie trzeba zaliczyć perfumerii, czy sklepu z prezentami. Wystarczy tylko trochę się przyłożyć.
Być może zapomniałem, bo niema  czym się pochwalić?  Być może za bardzo  ujęła mnie magia świąt i atmosfera Sylwestra. Być może przestaje mi zależeć?
A może by tak, to efekt moich ostatnich  przemyśleń, uzgodnić „Dzień przykładania się do seksu”.
Ot po prostu, tego dnia  popracujemy nad sobą i przypomnimy sobie starą prawdę, że największą przyjemnością  jest  podarowanie przyjemności innym.
„Miłość to potrawa jarska, a nie sztuka kominiarska”-  pisał niezapominany Jan Sztaudynger.  A więc panowie :  do zakresu ars amandi należą również przytulanki  i szeptanki. Trochę fantazji a nie zwykłego codziennego  rachu ciachu.  Inaczej złośliwa żona zaproponuje nam seks, aby odmierzyć czas gotowania jajek na miękko ( 3 minuty).
Panie powinny wiedzieć zaś,  że trudno żądać  wieczorem perfekcji od faceta,  któremu cały dzień wytyka się  wady.
Inaczej zostanie nam rozgrywka brydżowa….  z  „dziadkiem”.
Antoni Relski
34 komentarzy

31 stycznia 2011

Styczeń 2011

28 stycznia 2011
Lubię oglądać siatkówkę i piłkę ręczną.  W przeciwieństwie do pasjonatów piłki nożnej, ci pierwsi  i drudzy reprezentują  styl kibicowania, który mi odpowiada. Ja po prostu lubię być za, a nie znaczy to, że koniecznie muszę być równocześnie przeciw.  Nawet w klubowych  sklepach  z pamiątkami kibica próbują udowodnić,  że się mylę. Trudno. Pozostanę przy swoim zdaniu i zainteresowaniu piłką traktowaną ręką.
I cóż tam  na boiskach?
Piłkarze ręczni, podopieczni trenera Wenty, sprawili niespodziankę której się nie spodziewaliśmy. Kto nie luki wygrywać? A jeżeli ktoś dodatkowo ma do tego  moralne prawo?
Bo my naród Konradów i rodacy Wkrótce Błogosławionego, tak źle znosimy upokorzenia losu, obwiniając wszystkich dookoła,  o wszystko, za wszystko.
Tytuł na Onecie kłuł w oczy   -   Porażka na pożegnanie, Polacy nie zrealizowali nawet planu minimum”.  To smutne bo nasi znaleźli się za burtą mistrzostw świata
Czy nie ma więc żadnej nadziei?  Nerwowo  śledziłem tytuły wiadomości.
Jest.  Tytuł mrugał do mnie zielonym oczkiem:     
„Bezdomny miał 10,24 promila alkoholu.  Przeżył”
Informuję że według specjalistów śmiertelna dawka alkoholu dla człowieka to ok. 4-5 promili. Zdarzają się jednak bardziej odporni. Stary dowcip mówił,  że na zachodzie Europy, w książkach do medycyny obok  informacji o dawce śmiertelnej  widniała gwiazdka. Uzupełnienie  brzmiało: Nie dotyczy Polaków i Rosjan.
Tłumiąc  rozpierającą mnie dumę, zagłębiłem się w lekturze:
…10,24 promila alkoholu we krwi miał bezdomny, którego znaleźli śpiącego na dworcu autobusowym w Cieszynie (Śląskie) strażnicy miejscy. W nocy temperatura w Cieszynie wynosiła ok. -10….  Po udzieleniu pomocy medycznej  nasz bohater przeżył.
Z tekstu dowiedziałem się jednak, że musiał ustąpić pierwsze  miejsce na pudle ponieważ  
kilka lat temu we krwi 45-letniego mieszkańca wsi pod Skierniewicami, potrąconego przez samochód, stwierdzono 12,3 prom. alkoholu. Mężczyzna przeżył zarówno wypadek, jak i ilość wypitego alkoholu.
Humor powrócił. A ja doszedłem do wniosku,  że aby uniknąć  zaburzeń depresyjnych powinno się czytać artykuły parami.  Coś na minus, coś na plus i bilans wyjdzie na zero.
Że nie ma   takich samoznoszących się wiadomości?. Ależ są. Wystarczy tylko  rozejrzeć się  i nie trzeba daleko szukać.  
W tymże samym  Onecie znalazłem co najmniej dwie pary takich wiadomości. Są to np:
·         "Milionerzy" znikają z małego ekranu
A zaraz poniżej
·         Nowy teleturniej w TVP 2: do wygrania milion
Mało? Proszę bardzo
·         Za cztery dni opieszali kierowcy poważnie się rozczarują
I ciut dalej
·         Dobre wiadomości dla kierowców - będzie taniej
I można  poczuć się lepiej?. Ja się poczułem
A jeżeli nie znajdziecie nic godnego do przeczytania, zawsze można zdać się na słuchanie opowieści.
W takich opowiadanych historiach, tkwi morał, ukryty sens, drugie dno i co tam jeszcze potrzeba.
Literacki język staje się balsamem na nasze uszy, a właściwa intonacja pobudza najczulsze fragmenty naszej duszy. Pod warunkiem że znajdziemy  właściwego człowieka.
Wczoraj drogą mailową otrzymałem taki dowcip :   
    Wraca dres z Paryża i opowiada swojej żonie, co tam widział:
>  Wiesz, Zocha, idę, patrzę, a tu wielki plac!
>  Patrzę na lewo... O..ujałem! Patrzę przed siebie... k..wa mać!
>  Patrzę na prawo... ja pie..olę... Zocha zaczyna płakać...
>  Dres pyta: Zocha, co sie stało?
>  Ta odpowiada: Boże, jak tam musi być pięknie.
 Jak to pisali klasycy socjalizmu?  Każdemu według jego potrzeb?


Antoni Relski
13 komentarzy
23 stycznia 2011
Za sprawą brata, a dokładnie  Jego serca,  przypominałem sobie jak od środka wyglądają szpitale. Co prawda niewiele czasu minęło, od czasu,  gdy odwiedzałem żonę. Pamięć jednak  o tych chwilach postanowiłem wyrzucić z użytecznej pamięci. Wpisałem  do nawigacji adres śląskiej kliniki i ruszyłem w kierunku płatnej autostrady.  Przejechanie czterdziestu ośmiu kilometrów tej drogi kosztuje  już szesnaście złotych, w jedną stronę  i uważam to za  mocno wygórowaną kwotę . Na usta cisną się inne bardziej dosadne określenia szczególnie, że pamiętam jeszcze te czasy,  kiedy jako obywatelowi socjalistycznej ojczyzny wbijano do głowy różne informacje. Przekonano mnie prawie,   że oto jestem współwłaścicielem  i tej ekspresowej drogi i tej huty, która stała z boku, o innych obiektach narodowej dumy nie wspominając. Przypominam to sobie za każdym razem, gdy odliczam  należną kwotę,  w punkcie poboru opłat.
Nie jestem piewcą przeszłości i rozumiem sens zmian. Wkurzało mnie jednak zawsze i wkurza dalej  ta prymitywna pazerność.
 Już po zjeździe nawigacja zgłupiała dwa razy, żądając   zawrócenia,  a po wykonaniu tego manewru dokładnie tego samego. Po obróceniu się o 360 stopni,  czyli powrotu do punktu wyjścia , oznajmiła mi w końcu, że za dwa kilometry dojadę do celu.  Chyba powoli przestaję rozumieć technikę. Ze zgrozą zauważyłem,  że chociaż  mniej ją rozumiem, mocniej się od niej uzależniam. Doprowadzi to kiedyś do sytuacji  czczenia procesorów i elektronicznych modułów, jak praprzodkowie czcili  pioruny i zaćmienie słońca.
 Szpital przywitał mnie jak wszędzie, tradycyjnie płatnym parkingiem , do czego zdążyłem się już przyzwyczaić. Wjechałem  na Oddział Kardiologiczny. Krótkie zapoznanie się z topografią piętra i poszukiwanie pokoju. Wyróżniałem się  na korytarzu zdecydowanym energicznym krokiem, podczas gdy reszta  towarzystwa snuła się noga za noga, jak gdyby spacer był jakąś receptą na zabicie czasu, który w szpitalu ciągnie się niemiłosiernie. Wszedłem do  pokoju  i od razu poznałem   tego faceta, który odwrócony do mnie tyłem,  szedł w kierunku okna. Charakterystyczna przygięta od bólu figura, kark i krótka fryzura, a przed wszystkim  sposób chodzenia  cały czas tkwią jeszcze w mojej pamięci. Tak wyglądał nasz Ojciec i pierwsze moje wrażenia było takie,  że to właśnie On drepcze w kierunku okna.  Za chwilę odwróci się i powita swoim uśmiechem.  Złudzenie trwało ułamek sekundy. Świadomość  wzięła górę nad  wyobraźnią.  To nie jest możliwe od prawie czterech lat.
 - Wyglądasz całkiem jak Ojciec – przywitałem brata.
- I tak jak On trzymam ręce z przodu, Wkładam dwa palce lewej dłoni  wskazujący i środkowy w zaciśniętą dłoń prawej ręki. Kiedy tak  idę do łazienki i mijam lustro w przedpokoju rzucę czasem do mijanego odbicia - czołem Ojciec.
- To jak ja, przy czym  ty jesteś wierniejszą kopią – oceniłem.
Wyszliśmy na korytarz i znaleźliśmy dla siebie wygodny kącik obok stanowiska internetowego.
Widać że nowe idzie nawet w służbie zdrowia. Bardzo powoli i opornie, ale jednak.
- Słuchaj mijałem tu ludzi, którzy  chodzą z taką uprzężą na sobie, jak gdyby przebywała tu ekipa alpinistów . Tylko zapiąć poręczówki i można się wspinać .
- A widziałeś jak kaszle człowiek z rozprutym mostkiem? .Ta uprząż z uchwytami po bokach pozwala zakaszleć. Przed atakiem łapiesz prawą ręką uchwyt z lewej strony , a drugą odwrotnie. ściskasz się w wyczuciem  i już możesz zaryzykować kaszel.
Jest to jakieś wytłumaczenie. Zresztą na logikę,  któż zakłada alpinistyczną uprząż na piżamę?
A potem już tradycyjnie . Niczym niewierny Tomasz (swoją drogą, to moje drugie imię) obejrzałem ślad cięcia  w miejscu gdzie instalowano bajpasy. A później miejsce skąd  pobierano na nie materiał. Swoją drogą to całkiem pomysłowe. Technologia ratująca ludzkie życie i przyprawiająca o zawał  Zakład Ubezpieczeń Społecznych.
Mój jedyny brat poddał się  działaniom szpitala na psychikę i jak każdy pacjent, ze szczegółami opowiedział mi przeżycia sprzed operacji, jak również zakłócane podawaną morfiną wspomnienia z OIOM-u.  Jest coś, że już w kilka dni od przybycia na oddział , najważniejsze staje się regularne wypróżnienie, co odnotowywane jest pionową kreską na karcie chorego.
Stolec był ? – pyta odzierając nas z intymności siostra oddziałowa.  
Jeśli wlazłeś między wrony musisz krakać jak i one.  
Kiedy tak słuchałem tego opowiadania, być może dopiero wtedy dotarło do mnie,  że tylko chwile mogły dzielić od sytuacji,  w której o posiadaniu brata musiałbym mówić w czasie przeszłym.
A kysz myśli złe !
Za chwilę  atmosferę szpitalnego korytarza  wypełnił zapach jedzenia i rozpoczęło się wydawanie posiłku.
 Co dzisiaj  dobrego? – zagadał jakiś sympatyczny facet o budowie sugerującej zamiłowanie do jedzenia.
Fasolka po bretońsku – odpowiedziała  jedna z  obsługujących nierdzewny  bufet na kólkach.
A u Was fasolka nazywa się fasolka? – spytałem
A jak się ma nazywać ? spytała podejrzliwie  młodsza z kobiet
Jeżeli mielony nazywa się tu „karminadel”  to  byłem pewien,  że i na fasolkę  macie regionalną nazwę.
Fakt. Kiedy żona leżała w Szpitalu na katowickiej Ligocie, jedna z pacjentek regularnie zakradała się na korytarz,  aby zwęszyć co jest na obiad. Wpadała potem rozradowania  do sali  i informowała od progu
- Dziołchy, dzisiaj bydzie karminadel - a potem zwracając się do mojej żony - A teraz specjalna informacja dla pani z Krakowa : ”mielony”.
Pytanie o fasolkę było z gatunku pytań „ dla podtrzymania rozmowy”  a nie regionalnej złośliwości, ponieważ akurat na Śląsku  zawsze spotykałem wyjątkowe natężenie bezinteresownie życzliwych ludzi.
Słuchając opowiadania brata i obserwując jak z niesmakiem spożywa  dietetyczny ryż, popijając wyjątkowo dietetyczną herbatą, podsumowałem :
- O dłuższego czasu chciałem się z Tobą napić. Migałeś się ile wlezie, ale  żeby uciekać do szpitala?. Nie doceniłem Cię.
Na oddziale spędziłem prawie trzy godziny. Opuszczając szpital, zapłaciłem prawie dychę za parking. Pracownik firmy ochroniarskiej wręczył mi wydruk z kasy fiskalnej. Wcale nie uspokoiło to moich wątpliwości,  że dzisiejszego dnia kolejna firma popisuje się pazernością . Czekała mnie jeszcze powtórka z płatną autostradą.
A może by tak zacząć żyć ekologicznie?
Chrupki z mlekiem, oczywiście odtłuszczonym ?
Kotlety sojowe i fasolowe kiełki?
Może od poniedziałku. Właśnie przyleciał w odwiedziny szwagier, który na co dzień  pomnaża produkt krajowy brutto w Irlandii.
Już w piątek przygotowałem kwaśnicę  i smalec z cebulką. W sobotę od rana żona lepiła ruskie  pierogi. Swojski chleb  stygł na bukowej surowej desce.
Czy w takich okolicznościach przyrody, chrupki mają jakąś szansę?
Oczywiście że nie. Zadbałem natomiast o to,  aby cholesterol nie odkładał się z taką łatwością w utrudzonych naczyniach .  Użyłem do tego celu   dobrze schłodzonego rozpuszczalnika,  który od dwóch tygodni leżał  w zamrażarce.
Szwagier również zadbał o bezpieczeństwo. Jego rozpuszczalnik , może nie był tak zmrożony, ale  zdecydowaliśmy się  również go zastosować.
Jeżeliby miały się spełnić życzenia zdrowia, jakie wznosiliśmy pod adresem mojego brata, to On już  dzisiaj powinien wybiec z domu na poranny jogging.
Nie wszystkie jednak życzenia spełniają się od razu.

Antoni Relski
27 komentarzy
19 stycznia 2011
„Sprzedawca” wskazał mnie jako kolejne  ogniwo łańcuszka jak to określił  „nomen omen  św. Antoniego”.   Zachęcając tym pokrewieństwem imion do wypełnienia  ankiety personalnej  -  „Cała prawda czyli czego o mnie nie wiecie” .
Odpowiedź na to pytanie jest o tyle skomplikowana,  że wiecie o mnie niewiele. Tak sobie założyłem i tak staram się trzymać.  Fikcja miesza się z rzeczywistością, a traumatyczne doświadczenia z  fantazjami. Anonimowość daje mi  swobodę wypowiedzi, ponieważ  nie zmusza do tak zwanej dworskiej satyry.  Nawet żona świadoma mojej blogerskiej  działalności, nie  zna tego adresu .  Nie wie nawet,  że jest Panią Relską.  I jest to kolejna rzecz z której nie muszę się tłumaczyć .  Nie chowam się za kurtyną aminowości. Biorę odpowiedzialność za swoje słowa czego dowodem jest to,  że niektórzy z Was znają mnie  trochę dokładniej.
 Reasumując  posłużę się  hasłem - nic nie jest tym czym się być wydaje.
Kiedy przed wojną spytano Makuszyńskiego o komentarz do jakiejś sytuacji politycznej,  odpowiedział niemal  natychmiast : Polityka? Od polityki to ja mam Piłsudskiego. Działo się to jeszcze wtedy, kiedy sztuka była sztuką. Pół wieku później Kazik śpiewał, że wszyscy artyści to prostytutki.
Takie są znaki czasu. Wracając zaś do Makuszyńskiego  i  ja pozwolę  sobie,  aby wysłużyć się kimś innym.
Niechaj za mnie przemówi poeta . Któż jak nie On, który czytał w mej duszy, wie jaki jestem.
Jacek Kaczmarski do spółki z  Włodzimierzem Wysockim wiedzieli doskonale czego nie lubię:
Nie lubię gdy mi mówią po imieniu,
gdy w zdaniu jest co drugie słowo "brat"
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
z uśmiechem wykrzykując "kopę lat!"
Nie lubię gdy czytają moje listy
przez ramię odczytując treść ich kart
Nie lubię tych co myślą, że na wszystko
najlepszy jest cios w pochylony kark.

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie musza

nie znoszę gdy na litość brać mnie chce
nie znoszę gdy z butami lezą w dusze
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się.
Nie znoszę much, co żywią się krwią świeżą
nie znoszę psów co szarpią mięsa strzęp
Nie znoszę tych co tępo w siebie wierzą
gdy nawet już ich dławi własny pęd!

Nie cierpię poczucia bezradności

z jakim zaszczute zwierze patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel
Nie cierpię więc niewyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć nie spełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat.

Ja nienawidzę gdy przerwie mi rozmowę

w słuchawce suchy, metaliczny szczęk
Ja nienawidzę strzałów w tył głowy
Do salw w powietrze czuję tylko wstręt.
Ja nienawidzę siebie kiedy tchórzę
gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych.
Kiedy uśmiecham się do tych, którym służę
choć z całej duszy nienawidzę ich!
Kiedy uśmiecham się do tych, którym służę
choć z całej duszy nienawidzę ich!
Patetyczne? Może i tak ponieważ napisanie  trzydzieści pięć lat temu ( tekst polski - 1976)
Ale to  co piękne,  mówię słowami Bułata Okudżawy
Według jego nomenklatury kocham drugą miłością,   bo przecież :
„Pierwsza miłość z wiatrem gna, z niepokoju drży
Druga miłość życie zna i z tej pierwszej drwi
A ta trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz
I walizkę ma spakowaną już.”
I błagam  Boga aby nie poznać  smaku tej trzeciej
Czy  teraz wiecie o mnie więcej?

P.S. Nie wskazuję nikogo następnego w tym łańcuchu. Ale jeżeli ktoś chce być kolejnym ogniwem, nie widzę przeciwwskazań.
Antoni Relski
40 komentarzy
15 stycznia 2011
 - Życie to nie teatr ja Ci  na to odpowiadam, życie to nie tylko kolorowa maskarada-
Tak Stachurą zaczął  Jacek Różański. Właśnie płyta wczytała się do  odtwarzacza i popłynęły pierwsze dźwięki. Jedna z moich ulubionych piosenek aktorskich, w porywającej interpretacji.
Tak, tak- pomyślałem - życie to nie je bajka, bo bajka jest nierealna, a życie jest realne i potrafi być wspaniałe. Bywa także wredne o czym mogłem się parokrotnie przekonać.  W chwilach zwątpienia,  kiedy i mnie wydaje się, że cały zbudowany jestem z ran,  zapodaję sobie tę płytę. Skłonny jestem wtedy  uwierzyć,  że i w takich okolicznościach można „przecudowny  stworzyć wiersz”
Siedzę sobie rozwalony w dużym skórzanym fotelu. Lubię go ale ze względu na staropolską gościnność  zmuszony jestem od czasu do czasu komuś go odstąpić.  Ostatnio był to kolędujący duszpasterz.
 Podniosłem do oczu kieliszek czerwonego wina. Ten cudownej barwy rubinowy filtr ukazał mi otoczenie, skąpane w jednej cudownej winnej brawie. Lubię tak patrzeć pod światło na kieliszek wina, nim  jeszcze zachwycę się jego zapachem, a na końcu aromatem.  Drażnię się z sobą oddalając tę chwilę, kiedy kubki smakowe napełnią się płynem.
„Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz
Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera” – wczuwam się w utwór i już wiem że jestem na progu czegoś niezwykłego. Póki co  spojrzałem na obraz „Powstaniec 1863 roku z koniem ” , który  ciągnąc wodze wlókł się pośród śnieżnej zamieci.  Obraz, dzieło jednego profesora a ASP, który dość wcześnie zauważył, że motywy końskie sprzedają się  najlepiej.  Pejzaż zimowy poprzez ścianę wina wydawał się cały skąpany w czerwieni.  Czy aby natura przepowiadała najbliższą przyszłość  skulonego wędrowca? Łatwo gdybać gdy zna się przyszłość dla mnie będącą odległą przeszłością.  
Cudny kolor i wspaniały aromat.  I w kategorii średniej półki można znaleźć coś co cieszy.  Pierwszy łyk jak pocałunek  dłoni nieznajomej jeszcze kobiety. Ten podświadomy atawistyczny zwyczaj, podrzucający zmysłom nad którymi wiele lat temu straciliśmy kontrolę, zapach i delikatny smak skóry. Kiedyś  zapach mówił nam wszystko, teraz  zatraciliśmy tę umiejętność. Czytałem gdzieś, albo słyszałem  że niemowlaki rozsmarowują swoje jedzenia na usta, nie tylko z powodu nieumiejętności jedzenia, ale również z tego powodu że wokół ust  posiadają receptory smakowe, które zanikają w późniejszym okresie życia. Czyż życie nie jest cudem.
„Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz
Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera”
A ja posiedzę w domu tą chwilę między wejściem i wyjściem ze szczerą ochotą na  powtórkę   degustacji ze swojego 180 cl.
 Ach czyj ach czyj to jest
Tak piękny hojny gest
Kto mi tu przysłał ją
Bym się wydostał stąd
Białą Lokomotywę
No właśnie komu zawdzięczam białą lokomotywę, która wywiozła mnie poza ramy mojego bloga? Jakiś czas temu  zgłosił się do mnie przedstawiciel wydawnictwa Legimi, z nietypową propozycją. Legimi przygotowuje książki i czasopisma  jako e-booki . E-booki to ponoć przyszłość  i szansa dla amazońskich lasów w związku z tym,  że publikuje się je w  pliku elektronicznym. Sprzedawane są pierwsze e-czytniki. Na razie jednak koszmarnie drogie, ale płyta RW CD też kosztowała kiedyś prawie stówę.  Wracając zaś do tematu  Na stronie www.legimi.com,   oprócz książek i gazet typu Wprost, w dziale czasopisma wybrano i udostępniono parę blogów. Znalazłem się w towarzystwie Piotra Wereśniaka  z jednej strony i Isabel, nowej żony byłego premiera z drugiej.  Co prawda w chwili obecnej jest to dla mnie wyłącznie powód do satysfakcji,  ponieważ kolejne wydania można pobrać za friko. Dobra i satysfakcja chociaż mówią,  że to określenie wymyślono na użytek biednych. Mam nadzieję że nie chodzi  tu  o ubogich duchem.  Boże aż mnie przeraża moja własna nowoczesność. No. No Panie Relski.
Właśnie zadzwonił mój młodszy brat. Kardiolog stwierdził, że w okresie świąt przeszedł przynajmniej jeden zawał. Brat jest zawiedziony, ponieważ po wielokroć widział na filmach jak uderza zawał. Facet ma taki dziwny wzrok, później rozluźnia  krawat i łapie powietrze jak ryba  wyrzucona na brzeg. Potem nerwowo szuka tabletki pod język i osuwa się za, albo na biurko. Może jeszcze coś powiedzieć i nie dokończyć, aby podkreślić  dramaturgię sceny.  Mojego brata nie spotkało nic z tych rzeczy, lekarz uświadomił go że to nic, to właśnie to. To jakby lekarz ginekolog powiedział -   to takie coś o czym Pani mówi droga moja to był właśnie orgazm.  A Ty nie jesteś pewna bo widziałaś parę filmów i tyle czytałaś na temat.
Może to nic ale bez bajpasów się nie obejdzie.  Póki co humor go nie opuszcza. Na polecenie  lekarza – Żadnego łażenia. Leżymy a Pan dostaje kaczkę.
- O tak i proszę jeszcze mnóstwo frytek .
 Zastanawiam się jak często pacjenci powtarzają ten dowcip swoim lekarzom.
Bajpasy na sercu brata po niedzieli. Mój weekend skrócony z powodu  pracującej soboty.  Młody odsypia imprezę , a żona wyszywa makatkę. Granatowe litery na białym płótnie głoszą „Świeża woda zdrowia doda”. Co prawda myślałem o „ Żono nie gniewaj męża”, ale nie chcę wyjść na szowinistę. Makatka zawiśnie w gorczańskiej kuchni, obok ręcznie malowanych talerzy, do których hasło: Dobra żona tak gotuje jak mężowi smakuje”  byłoby najlepsze. Żona mówi jednak,  że to za dużo liter.
 No proszę , a ja tam  przy kolejnych wpisach na blogu  liter nie skąpię.
  


Antoni Relski
18 komentarzy
13 stycznia 2011
 Niewielu  mam tych znajomych po prawej stronie mojego bloga. W okienku   „Tam często zaglądam” widnieje osiem czy dziewięć adresów. Kiedy patrzę na inne blogi zazdrość puka gdzieś od środka. Z drugiej strony staram się nie popaść w skrajność. Wyrywam gdzieś te wolne chwile, aby w miarę regularnie zamieszczać kolejny wpis i uczciwie przeczytać wszystkie komentarze. I tak czuję, że kradnę coś rodzinie. Wiecie, że jest ona dla mnie bardzo ważna.
Na więcej już niestety nie starcza czasu.  Przyzwyczaiłem się do tych paru znajomych, którzy dodatkowo od czasu do czasu wymienią się ze mną prywatnym mailem,  z potrzeby serca, albo co najbardziej lubię, ot tak sobie. Odpowiedzi na taką korespondencję zawsze pilnuję.
A więc co u moich blogowych znajomych ? Rozpoczął się coroczny konkurs na Blog Roku 2010.  Jury, nagrody, prestiż i tym podobne klimaty. Kto na swe skonie włoży w tym roku zwycięski wawrzyn?  Do póki piłka w grze, zamieszczam  przegląd znajomych blogów, startujących w tegorocznej edycji. 
 ·         Blog „Bet” pogadajmy o PRL –u. Szereg historii o absurdach, ale i uroku minionych lat. Lat realnego socjalizmu, ale również młodości i pierwszych uniesień.   
·         Blog „ Elli”  Opowieści przy kominku. Atmosferą przypomina mi takie zimowe  bajania    zebranych wokół  obdarzającego swoim ciepłem pieca.  Jeszcze tylko kubek gorącej herbaty i kieliszeczek nalewki. Oprócz tego dygresje na tematy aktualne.
·         Blog autora o pseudonimie „Koniecmira”.  Jeżeli zainteresowała Was recenzja z dwóch przeczytanych książek , zamieszczona ostatnio, oraz historia spotkania z Mirkiem, a dodatkowo chcecie wiedzieć co dzieje się dzisiaj z „ Ostatnim  Hippisem PRL-u” zapraszam na Jego  blog : Wariacje na temat wariacji
Tylu zaangażowanych w rywalizację o miano Bloga Roku 2010 znalazłem mojej grupie  odwiedzanych blogów. Że to prywata ?  Oczywiście że tak.
 Jeżeli spodoba Wam się któryś z nich i chcielibyście oddać  na niego swój głos,
 numer  znajdziecie na Ich stronach tytułowych.  Głosuje się poprzez wysłanie  SMS-a
Niby nic szczególnego,  bo na finalistów „Tańca z gwiazdami”  również  głosowało się poprzez wysłanie SMS-a.  A jednak ważne jest to,  że dochód z SMS-ów przeznaczony jest na szlachetny cel.
Jeżeli kogoś pominąłem przepraszam. Po zwróceniu uwagi  - dopiszę.   
To co?  Poznajemy i głosujemy?


 

Antoni Relski
15 komentarzy
10 stycznia 2011
 

 Gdzieś tak pod koniec ubiegłego roku otrzymałem w prezencie kalendarz. Nie ma nic dziwnego w tym oświadczeniu, ponieważ okres  świąteczny i noworoczny sprzyja tego typu prezentom. Od czasu gdy  rozdawnictwo kalendarzy jest kosztem z punktu widzenia przepisów fiskalnych, jesteśmy zarzucani  różnego typu  publikacjami. Zdobią nasze pokoje biurowe, szatnie, a nawet sypialnie. Poprzez dołączone widoczki, nastrajają nas na różne tonacje.  
Są więc konie, fale morskie targające piaszczysty brzeg. Zachód słońca nad mazurskimi jeziorami, czy najbardziej obfotografowane drzewo w Polsce, sosna na Sokolicy.  śrubki, podkładki, kolumny koksownicze a nawet trumny dębowe stają się  obiektem dekorującym zestaw 365 dni roku. Oczywiście obowiązkowa w zestawie jest kolekcja gołych lasek. Piszę  tu zarówno o artystycznym kalendarzu Pirelli,  jak i  o tych wszystkich dziewczynach  na firmowych  kalendarzach,  różniących  się  od siebie ilością silikonu i stopniem rozwarcia.  O przepraszam, otwarcia na użytkowników.
Potrzeba liczenia dni powstawała  w różnych społecznościach, w których zaczęto notować ważne wydarzenia. Obowiązujący powszechnie kalendarz gregoriański był stopniowo przyjmowany w całym świecie. Wynikało to z rozwoju światowego transportu i wymiany korespondencji, gdzie trzeba było usuwać niejasności dat. Polska przyjęła reformę kalendarza natychmiast, razem z Włochami, Hiszpanią i Portugalią. Inne państwa wprowadzały obecny kalendarz stopniowo. Najpóźniej – dopiero w XX wieku – tak duże i znaczące w świecie państwa jak Rosja (ZSRR), Chiny, Grecja i Turcja.
Kalendarz  przesłany mi przez telewizję kablową UPC,  był kalendarzem biurkowym. Zawierał   dwanaście kartek, po jednej na każdy miesiąc. Kwiatuszki, motylki, ptaszki i biedronki, jednym słowem Eden. Do każdego miesiąca przyporządkowano maksymę, która miała potrącać artystyczne elementy duszy.
Wszystko co doskonałe dojrzewa powoli -  twierdzi Schopenhauer, a Marek Aureliusz uważa że – Życie człowieka  ma kolor jego wyobraźni. Jednym słowem: cud, miód i malina.
Kiedy minęły echa  brzęku sylwestrowych kieliszków, postawiłem  na kuchennej półce  darowany kalendarz.  Niechaj nasze życie w nowym roku, przyjmie formę zorganizowaną. Jak co roku.
Mniej więcej po tygodniu żona powiedziała do mnie:
- Spójrz na ten kalendarz. Nie mogę się w nim zorientować. 
Potraktowałem to dość poważnie, bo kto jak kto, ale kobiety chociaż  uczulone są na kalendarz,  wprawione są w używaniu jego zdrobniałej  formy - kalendarzyka.
Wziąłem  w dłonie zadrukowane kredowe kartki, spięte cienką metalową sprężynką.
- Spójrz  tutaj nie ma podziału na tygodnie tylko na dekady  po 10 dni. Czyżby to jakiś powrót do czasów rewolucji francuskiej?  Nie daj Boże październikowej?
 Wiele państw eksperymentowało z kalendarzem już po ustabilizowaniu liczenia dni i lat. Przez kilkanaście lat we Francji używano kalendarza rewolucyjnego, który zaczynał się 22 września 1792 roku i dzielił się na dziesięciodniowe tygodnie.  W Rosji (ZSRR) w latach trzydziestych obowiązywał kalendarz liczony od dnia rewolucji z tygodniem pięciodniowym. Nie było tam niedzieli, lecz dni odpoczynku były różne dla różnych pracowników, aby utrzymać ciągłość pracy w całej gospodarce. Były natomiast wolne od pracy dni Lenina, Rewolucji, Pracy itp. Nawet niedawno, dziesięć lat temu, Korea Północna zaczęła liczyć kolejne lata od narodzin Kim Ir Sena. 
- Kochanie spójrz,  tutaj nie ma niedziel i  świąt zaznaczonych innym kolorem. Wszystkie cyfry są czarne.  Jedno po drugim, zaczęliśmy wymieniać słabe strony kalendarza.
 Wszystkie cyfry są na czarno, a  nie ma nazw tygodni.  
Jedyna informacja to taka że styczeń ma 31 dni  w następującej kolejności Pierwszy , drugi, trzeci i tak dalej.
A może są jakieś pozytywy?
Jeżeli datom nie są przyporządkowane dni tygodnia, to może to świadczyć o uniwersalności kalendarza, bowiem wiadomo, że styczeń ma 31 dni. Luty … A właśnie jak poradzili sobie z lutym?
Tutaj luty ma 29 dni.  Dla formalności sprawdziłem  organizer.  Nie, luty w tym roku ma 28 dni. Rok przestępny był w 2008,  a będzie dopiero w 2012.  Czyli według Majów  w ostatnim roku istnienia świata?  Czy to może ma jakiś wpływ na tę edycję?
Spojrzałem na kartę tytułową. Nigdzie nie napisano jakiego roku on dotyczy.  A więc jest to albo spóźniony prezent na 2008 rok, albo pierwszy kalendarz na Nowy 2012.  Pragnę wierzyć że UPC w trosce o swoich klientów chciała być najszybsza. To jej się udało.
Jako obdarowany nie chcę myśleć, że UPC użyła starych kalendarzy do tzw. dociążenia przesyłki.  
Jeżeli Majowie mylili się w swoich wyliczeniach,  to kalendarz nadaje się na 2012, a później 2016 i 2020.  
- A potem to go można zapisać w testamencie dzieciom. Nie?  -  zażartowała żona.
Daj każdemu dniu szansę stania się najpiękniejszym w całym twoim życiu.  - Mark Twain.
Taką sentencję odczytałem w lutym i wszystko stało się jasne.
Otóż twórcy kalendarza UPC  dają szansę każdemu dniu.  Nie przydzielając mu koloru, ani tygodniowej nazwy, nie nadają mu żadnych cech które mogłyby by być odczytane negatywnie. Bo ktoś nie lubi piątku, lub poniedziałku. Dodatkowo nie przyporządkowują go w żadnym roku, aby ułatwić  wszystkim dniom w całym roku, aby stały się najwspanialsze w całym  życiu jak chciał  klasyk.
I chociaż to takie mądre i sprawiedliwe, wrzuciłem kalendarz do dolnej półki. Z jego pomocą  na pewno nie udałoby mi się dotrzeć do umówionego fryzjera, w trzeci wtorek stycznia.


Antoni Relski
10 komentarzy
08 stycznia 2011
Pamiętacie moją Wigilijną wyprawę  do Mirka. W trakcie wizyty nabyłem dwie książki  jego autorstwa. O ile dedykacje przeczytałem jeszcze w zeszłym roku, o tyle książki już w nowym. Jestem z siebie dumny,  ponieważ  już w pierwszej dekadzie stycznia,  przekroczyłem narodową  roczną średnią czytelnictwa.
Chcąc się z Wami podzielić wrażeniami, napisałem recenzję przeczytanych pozycji.
Oto i ona. 
Jeden autor dwie książki
Pierwszy to przypadek w moim życiu, aby po egzemplarz książki udać się bezpośrednio do autora.  Bez względu na sposób, który jednak był połączeniem przyjemnego z pożytecznym, zostałem właścicielem dwóch książek:
„Ostatni Hipis PRL czyli metafizyka pół makowych”  i  „Sen o Victorii”,  autor  Mirosław  Konieczny.
Szczególnie ta pierwsza pozycja wywołała moje zainteresowanie.  Od niej zaczęła się  bowiem moja znajomość z Mirkiem,  a dyskusja o elementach filozofii hippisowskiej stała się zrębem naszej blogowej (mam nadzieję że nie tylko) przyjaźni.
Nie miałem doświadczeń z narkotykami, szczęśliwie ominąłem rafy z tym związane. Co prawda kiedyś w ogólniaku zbliżyłem się do nowego w naszej klasie ucznia. Przebywał na marginesie klasy, a ja nie akceptowałem takich sytuacji.  Gadka szmatka, jakieś płyty, pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. Zaskarbiłem sobie jego zaufanie, ponieważ któregoś dnia wyprowadził mnie na stary cmentarz, gdzie pomiędzy grobami powstańców z 1863r, dostałem pierwszą narkotyczną propozycję. Przy całej szczeniackiej ciekawości, odmówiłem i jak doczytałem się w tekście „Ostatniego hippisa”  zrobiłem dobrze, ponieważ  ten typ narkotyków uzależnia od pierwszego wzięcia. Podtrzymywaliśmy dalej nasze relacje, ale ja byłem już świadomy tajemnicy Piotrka , faceta z burzą długich włosów, spływających prawie na ramiona, ubranego w skórzaną kurtkę typu ramoneska.  Teraz przypominam sobie również opaskę,  którą  czasami oplatała jego skronie. Nie jestem, a może lepiej nie byłem aż tak bardzo namawiany,  jak by się to mogło wydawać z tego zwierzenia. Przypomniałem  sobie to zdarzenie  ponieważ w książce Mirka znalazłem taką samą kurtkę  i podobne sytuacje.
Ostatni hippis.. pokazał  mi całą sytuację widzianą oczami drugiej strony, oczami mojego szkolnego znajomego. Surowy opis przyjmowania narkotyków, nie oszczędzający czytelnika  nawet w kwestiach  fizjologicznych, ale w końcu to jest życie, trafia do przekonania. Mnie przekonał,  że wtedy podjąłem właściwą decyzję. Z drugiej jednak strony opisom czynności wkłuwania towarzyszą piękne opisy  przyrody,  która z reguły towarzyszyła tym celebracjom. Czytałem je z przyjemnością chociaż kiedyś śledząc „Nad Niemnem”, a wcześniej  „Przygody Tomka”, owe opisy skutecznie opuszczałem.  Do kompletu brakowało mi jakichś relacji damsko męskich, a przecież robiło się miłość, zamiast wojny. Ileż to nawypisywano w prasie na temat hippisowskich komun.
Autor po napisaniu pierwszej części doszedł chyba do podobnych wniosków, ponieważ  następna książka  „Sen o Victorii” w pełni to rekompensuje.
Zdecydowałem, że podrzucę książkę młodszemu synowi. Niechaj poczyta. Co prawda przy ogólnej dostępności wszelkiego rodzaju środków nikt pewnie nie ściana już makówek , ale „the day after „  zawsze jest podobny.
I na koniec, jeszcze jedno odczucie wiążące się z nieświadomością .  Z lektury książki wysnułem wniosek,  że buddyzm w znacznym stopniu wiąże się z narkotycznymi seansami. Ale może się mylę. Mam nadzieję że się mylę.
Sen o Victorii.  Kto wymyślił taki tytuł?  Z treści dowiedziałem się, kto jest t y m tytułowym  Victorią .  Zaiste postać bardzo ważna , można powiedzieć kultowa. Gdybym szukał po tytułach  minął bym ją ze względu na tę właśnie Victorię. Pierwsze skojarzenia błądziły gdzieś wokół Solidarności, zwycięstwa nad komuną  i w końcu charakterystycznym zajączkowaniu,  Owe dwa palce wystawione do góry, znak średniowiecznych łuczników,
zdewaluowały się. Tak wkurza mnie wśród obecnych  „bohaterów”  reportaży telewizyjnych, owe „V”  w każdej sprawie. Szczęśliwie źle skojarzyłem.                 
Po pierwszych stronach obawy minęły, bo książka była kontynuacją , opisów zbioru maku (tym razem tureckiego) i dawania w żyłę. Ale nie tylko.
Być może w chwili obecnej jeży mnie dewastacja pokoju hotelowego w Opolu, ale za chwilę ganię się na zasadzie - zapomniał wół jak cielęciem był.  Wspomniałem  imprezy  na których po kilku Cabernetach ,  zalepiliśmy taśmą klejąca lodówkę,  czy urządziliśmy wariackie  pranie  wszystkiego ze wszystkim. Boże o czym myślała matka koleżanki  po powrocie do domu?. Na swoje wygłupy patrzy się z reguły pobłażliwie.
Sen o Victorii to mniej pirogenu, rzygania po ćpaniu. Tu nawet niedojadanie ma w sobie coś z romantyzmu.  Poczucie więzi, brak przywiązania do pieniędzy, wolność i ciekawość świata.
Główni bohaterowie filmu Easy Rider przypłacili tą ciekawość życiem. Mirek miał więcej szczęścia.
W końcu spotkanie z tytułowym bohaterem Victorią i jego szczere wyznanie o konieczności brania  czyli o nałogu w którym tkwił po uszy. Szczere. Nam wydaje się, że nad paleniem, piciem, czy innymi używkami panujemy w zupełności. Prawda jest inna.
I na koniec wspomniany wyżej seks. Autor bez stresu przyznaje się do bycia samcem alfa. Tłumaczy tym swoje powodzenie u kobiet. I to jest ten fragment, który budzi błysk zazdrości w oku.  Któż z nas facetów, szczególnie tych z długim stażem zorganizowanego życia, nie chciały spróbować. Posmakować tej nieskrępowanej atmosfery obyczajowej swobody. Bez fochów i humorów, a także przysłowiowego już bólu głowy. Powracamy do marzeń z wczesnej młodości, snów niespokojnych i wilgotnych, o których nie zdecydowaliśmy się nikomu nawet wspomnieć.
Wypożyczenie partnerów, miłe jak trójkąty. Przytulanki, wydawać by się mogło, że w tej atmosferze hirsuityzm jednej z bohaterek ,nie byłby przeszkodą nie do pokonania.  Ale to pewnie rozważania czytelnika który żyje w czystym, ułożonym i przewidywalnym domu. Gdzie przewidywalnie nie ma co liczyć na szalony dziki i niekonwencjonalny stosunek, bo kto jeszcze nazywa to miłością?
Co tam zorganizowanego.   To marzenia każdego faceta!
A wracając do życia. Czytając Noty biograficzne czułem się jakby za plecami śpiewał kolejne  zwrotki Jacek  Kaczmarski.  Jego „Nasza klasa” i Mirka krąg znajomych.       
Już nie chłopcy, lecz mężczyźni. Już kobiety, nie dziewczyny
Młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej win
I dalej:
Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie
I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie
W dół, na boki, wzwyż, ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo
Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo...
Jedno i to samo drzewo...
 Kaczmarski jednak pisze o beznadziei, Mirek o tym, że w tamtym czasie można było żyć swobodnie i pełną piersią. Może wtedy bardziej niż dzisiaj.  Potwierdzam i to mi się w książkach Mirka najbardziej podoba.  
Antoni  Relski

A oto odpowiedź Mirka w ramach konstytucyjnego prawa do komentarza i z powodu naszej znajomości
Czołem Antoni,
Podoba mi się twoja recenzja. Zwłaszcza to, że jesteś uczciwy w swojej relacji moich przygód. I w tym, że gdybyś mógł przeżyć życie jeszcze raz to nie wiadomo czy nie wybrałbyś mojego stylu życia. Jak to jednak miło usiąść sobie w fotelu, z kieliszkiem Chianti pod ręką i czytać sobie o tym o czym tylko sobie coś wyobrażaliśmy.
A tytuł "Sen o Victorii" - mi też radzono, żebym go zmienił, bo kojarzy sie z jakąś lokomotywą, albo kopalnią. niestety dałem taki, bo chciałem nawiązać do piosenki Dżemu -"Sen o Victorii" , która była hymnem nas "Niewinnych" - odszczepieńców- wolnych mimo ucisku państwa opresji, w którym jak się wiedziało w którą stronę się obrócić to można było poczuć na twarzy wicher wolności...który porwał tylu młodych ludzi - na zawsze, na śmierć....
Pozdrawiam Mirek


Antoni Relski
17 komentarzy
05 stycznia 2011
Przybyli wczoraj jak trzej królowie.
Dwóch pierwszych zapukało z pytaniem, czy ich przyjmę?. Kiedy akceptująco kiwnąłem głową, zaśpiewali dwie zwrotki tradycyjnej kolędy. Nigdy nie wiem jak się wtedy zachować. Pewnie powinienem stać słuchać i cieszyć się, że to dla mnie, ale co roku z okazji wizyty kolędników mam taki sam dylemat. Później przyszedł ten trzeci, a zarazem najważniejszy. Odmówili modlitwę a najstarszy pokropił mieszkanie. Później rozsiadł się wygodnie w dużym skórzanym fotelu, a złocistą stułę rozłożył na boki. Fakt pokropienia wpisał do parafialnej kartoteki osobowej.  Zaliczyłem kolejną wizytę duszpasterską w moim mieszkaniu. Dwudziestą ósmą w naszym domu wspólnym domu. Zmienia się świat,  zmieniają się okoliczności, zmienia się również atmosfera.
Kiedyś moja niepracująca matka doprowadzała dom do stanu błysku, a my nie mogliśmy nawet głębiej odetchnąć, bo przecież za chwilę może przyjść ksiądz. Cały dzień dedykowany był tej wizycie.
Jedynie ojciec podchodził do tematu wizyty jakby spokojniej.
- Mam w barku jarzębiak, to sobie mogą palnąć po bańce z wielebnym.
Jako dziecku nie mieściła mi się w głowie taka poufałość, bo ksiądz przecież był drogowskazem do mojego wiecznego życia.
Jakże to częstować wódką taki moralny drogowskaz.  Minęło kilka lat i przeszedłem  przyśpieszoną edukację, również w tej kwestii.  Wiedza i własna rodzina, a także tempo codziennego życia wymusiły na nas swobodniejsze podejście do tematu. Bo to przecież żona biegiem, po pracy via przedszkole pędziła do domu. A tam szast -prast : biały obrus lichtarz, pismo święte i witajcie u nas.  Modlitwa, kropienie i kartoteka. Ten sam kartonik od wielu lat,  gdzie spisuje się nasze dobre i złe zachowania wobec parafii.  Powiem szczerze, że w trakcie tego ceremoniału czuję się jak przed pracownikiem działu kadr.  A jak napisał Lenin – kadry decydują o wszystkim. Nie o dział kadr jednak szło.
Młody ten ksiądz, ale nie za młody. To dobrze. Czas najbliższy pokaże jednak, o czym porozmawiamy.
No więc,.. Co tam u was słychać? – powiedział.
Dziękuję w porządku, a co u Was? - odwzajemniłem  pytanie.
Ksiądz spojrzał na mnie uważnie
- U nas również w porządku.  Dzięki Bogu.
Pytanie - odpowiedź , pytanie - odpowiedź , w zasadzie wyczerpały temat.
Łapiąc się  kołą ratunkowego, ksiądz powrócił  do kartoteki.
- Starszy syn. Gzie jest starszy?
- Mieszka u babci -  tutaj krótki opis powodów.
- Ale młodszy jest.
- Jestem - odpowiedział tubalnym głosem dwudziestolatek.
- A do kościoła chodzisz?
- Bywam, ale nie chcę dalej dręczyć tego tematu.
- Ale - zaczynał właśnie pasterz, gdy wmieszałem się do rozmowy
- Kto z nas nie był młodym, poszukującym buntownikiem?.  To prawo wieku. Wątpić i zadawać pytania. Niestety, coraz mniej chętnych do udzielania odpowiedzi. Polityka weszła w sferę sacrum.  Tak wiele osób czuje do niej obrzydzenie.
- Bo najważniejsza jest prawda – podchwycił temat 
- I ksiądz chce jej szukać w polityce?
- Wybory mogą być różne, a chodzi o to, aby nie dokonać niewłaściwych, na przykład…
- Przepraszam.W moim domu  nie mówi się o polityce. Takie wprowadziłem zasady i zdecydowanie ich przestrzegam.
- Ale, prawda wymaga…    
- Zabroniłem nawet własnemu Ojcu i on się dostosował, myślę  więc, że i ksiądz nie będzie miał z tym problemu.  W tym kraju nikt nikogo nie przekonał do swoich poglądów. Częściej zniechęcił takim bredzeniem. A ja lubię swoich znajomych, rodzinę i księdza też polubiłem.
Zostawmy to w sferze własnej prywatności.
- Oby to były wybory właściwe.
- Od tego mam sumienie.
Potem już było tylko o zdrowiu i tego zdrowia pożyczyliśmy sobie w najbliższym roku.
Wzrokiem omiótł jeszcze mieszkanie rejestrując wiszący na ścianie krzyż prawosławny, pamiątkę ze Lwowa.
Nie było pytania, nie musiało być odpowiedzi.  Buddy, który stał na półce za jego plecami,  z pewnością nie zauważył.
Wiem, pokój niczym Salon z Grześkowiaka:
„Od powietrza morowego, no i od wszelkiego złego
Salon nieźle jest chroniony,w rogu wiszą dwie ikony.
Budda się w czystości nurza. …”
Śpiewał świątek wyszarpany z wiejskiej kapliczki. Jak mój krzyż, którego jakiś dureń dla kilku hrywien, wyszabrował w jakiejś cerkwi.   
I właśnie o to mi chodzi o szacunek dla wszystkich religii.
Tylko menory nie mam. Stała się tak popularnym elementem wystroju w tym chrześcijańskim narodzie, że aż trąci kiczem. Może tu idzie również o ten szacunek dla innych religii?
Z rozrzewnieniem wspominam wiejskie kolędy,na mojej górskiej wsi. Ksiądz katecheta, ten sam od lat. Bez kartoteki pamiętał:  kto, co i dlaczego?. Odśpiewywał  ze dwanaście zwrotek kolędy.  Na Boga! Słyszałem je pierwszy raz w życiu. Recenzował postępy prac remontowych. Oglądał moje anioły na strychu, wychodząc po drabinie. Wtedy tak śmiesznie zawijał sutannę między nogami.  A potem była i metaxa i rozmowy o życiu. Tylko te rozmowy były takie tischnerowskie.  Może dlatego, że Ksiądz Profesor bywał na pobliskiej parafii.
Nie namawiał mnie do  „właściwych wyborów” , ufając w moje tradycyjne sumienie. Deklarował gotowość do pomocy,  nie tylko przy Metaxie,  Ja jednak tej pomocy miałbym najpierw potrzebować. I zdarzało się.  
On po prostu wierzył, że człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga, a więc i mądrości wyborów nie można mu odmówić.
Bo chodzi o to, aby dzierżąc opiekę nad owczarnią, nie widzieć w niej samych baranów.
Za co jestem wdzięczny księdzu Markowi, a jemu podobnych życzę Wam, w trakcie obecnych i przyszłych, tradycyjnych, kropionych wizyt.

Antoni Relski
16 komentarzy
04 stycznia 2011
  Tam zaglądam częściej lub rzadziej, czyli wykaz znajomych
  Jeżeli masz ochotę dorzuć  link do swojego bloga  w komentarzu
Antoni Relski
Skomentuj mnie
01 stycznia 2011
Nowe stawki VAT-u i zapowiadane kontrole kas fiskalnych, sprowokują wiele firm do wywieszenia  tabliczki  z napisem:  nieczynne z powodu inwentaryzacji.
Ponoć za nie przestawioną  kasę fiskalną można dostać trzy tysiące. Zacznie się więc gonitwa za sprzedawcami obwarzanków  i emerytkami w kiosku ruchu.  A to już temat do Uwagi czy  Wiadomości.  Jednym słowem, zabawa w policjantów i złodziei nabierze barw.
Mam we krwi te spisowe poszukiwania towarów,  nadgodziny za friko, oraz mozolnie zliczanie arkuszy.  Być może z powodów wyżej wspomnianych, bo przyzwyczajenie jest drugą naturą, taki spis udziela mi się również w sferze prywatnej. A może to  ten wiek, który nieuchronnie prowadzi mnie w kierunku tabliczki z napisem - meta. Jeszcze nie wierzymy że to się stanie, a jeżeli już, to gdzieś w bardzo odległej perspektywie. A wszystko zasnute mgłą przyszłości. Jak pisała Osiecka gdzieś na strychu kleimy połamane skrzydła. Teraz już jednak raczej w dni pogodne bo i skłonność do przeziębień jakby większa.
I wcześniej i obecnie stosuję się do powiedzenia - żyj tak jakby jutro miał być koniec świata. Teraz jednak  znaczy to jednak  jakby co innego.
I rok nam się skończył.
W rozważaniach i podsumowaniach wypada używać wyłącznie czasu przeszłego.    
Tak więc,  ubiegły rok  pozwolił mi na korzystanie z całej  palety doznań.
Kiedy po wrażeniach z 2009 pragnąłem jedynie szarej normalności, 2010 nie pozwolił mi na nudę.
Doświadczyłem różnorodności. Pracy na szczytach firmy, ale i pierwszego w życiu wypowiedzenia. Wizji bezrobocia, bezsensownej pracy ale również jej zmiany jej zmiany. Po raz kolejny mam nadzieję  na  powrót  codziennej monotonii.
Doświadczyłem nadużycia przyjaźni, kłamstwa i oszustwa, ale również  odruchu serca, uścisku pomocnej dłoni.  Siły  przyjaźni w którą  już zwątpiłem.
Kasy i jej braku. Uśmiechu i łez.
Radości i smutku. Euforii i depresji.
Zbyt wysokiego i zbyt niskiego ciśnienia.
I tak wszystkiego  mniej więcej po równo. Więc może  roczna średnia  moich doświadczeń, to właśnie  ta szara codzienność.
Zanuciłem nieśmiało piosenkę Izabeli Trojanowskiej,  z czasu gdy śniła mi się po nocach. Teraz  już mi się nie śni, gdzieś wyparowała z niej ta  energetyczna  dzikość.
Tyle samo prawd ile kłamstw rządzi całym światem mym
Tyle samo prawd ile kłamstw kieruje nim
Tyle samo prawd ile kłamstw pośród mijających dni
Ze sam diabeł nie odróżni ich
 A Sylwester w domowym wykonaniu spokojniutki. Z rana nie  odczuwałem żadnych ubocznych skutków toastów za zdrowie i na cześć. Mogą być dwa wytłumaczenia tego stanu rzeczy. W dalszym ciągu jestem w dobrej formie, albo   zażywam mniejsze dawki. Może i jedno i drugie. Młody także wrócił w dobrej formie. Z jego opowiadań wynika, że nie można tego samego powiedzieć o mieszkaniu, w którym odbywała się impreza. Wiem już skąd jego teoria, że  na domówki się chodzi, a nie organizuje. To klasyczny przykład nauki na cudzych błędach. Nie doceniłem Młodego.
Obyśmy więc w tym roku docenili mądrość własnych dzieci.