22 czerwca 2015

Czasami człowiek musi

Wczoraj odnotowałem pierwszy dzień lata. A może powinienem napisać, że zapomniałem odnotować choć pogodny prezenter pogody w telewizji opowiadał coś o najdłuższym dniu w roku.
No po prostu nie skojarzyłem, a poza tym nie muszę już z tego być przygotowany bo nikt i tak na stopnie nie odpyta. Dzieci też już dorosłe i pojawienie się lata biorą na własny rachunek. W rzecze dni który są już za mną i w niewiadomych co do ich ilości w przyszłości przychodzi się zgubić. Optymistycznie to biblijna powódź tych nowych dni przede mną, pesymistycznie mało jak woda z potrąconej szklanki.
I tylko pytanie które pozostaje nadal aktualne, co lepsze ?
Co rusz któryś z polityków zapowiada, że na starość trzeba odkładać bo emerytury będą symboliczne. A teraz słyszę, że ponoć idzie nowe. Będzie więcej i wcześniej. Dla rolników to nawet dużo wcześniej. To oznacza, że dla tych co mają jeszcze trochę do przepracowania będzie mniej.
Ile wytworzymy tyle podzielimy – dukał bohater „Rozmów kontrolowanych”
A jak ich dociśnie Solidarność to podzielimy tyle ile będziemy chcieli, albo i więcej zdecydował nad szklanką wiśniówki drugi.
Wiśnia jest wiśnia.
Tylko trzeba pamiętać, że od tego wyciskania ZUS może dostać sraczki (zresztą on ją już chyba ma) i będzie jeszcze bardziej skromnie.
Jaki jest stopień wyższy od symbolicznie?
I czy w takim razie warto bić się o ten każdy kolejny dzień, gdy z bólem kręgosłupa, rozregulowaną prostatą i stawami jak barometr, przyjdzie się budzić skoro świt tylko po to by uświadomić sobie, że nie ma już żadnej pracy w której czekają na naszą punktualność.
Że nie jestem ciekaw świata?
Czego można być ciekaw z taką bardziej niż symboliczną emeryturą?
No to jak brzmi ten topień wyższy od symboliczna?
Można odpowiedzieć jak ten pijak któremu lekarz tłumaczył, że jeżeli nie przestanie pić to straci wzrok.
Pijaczek zapatrzył się gdzieś w dal, potarł ręką dwudniowy zarost i powiedział
- Wie Pan doktorze a mnie się wydaje, że ja już wszystko w życiu widziałem.
Spokojnie, nie mam zamiaru mierzyć długości sznura do bielizny lub nurkować bez oddechu w pobliskiej żwirowni.
Ot tak po prostu mnie naszło, ale spokojnie to się rozchodzi.
Przyjdzie zaraz większa bieda przy której to o której pisałem powyżej to tylko mały Pikus lub jak to się kiedyś mówiło - reszta z piątki.
Od czasu kiedy zamontowałem płot sałata jest bezpieczna. Mogę teraz oglądać z pewnej odległości jak spokojnie przerasta, bo w ramach kawalerskiej kuchni nie da się tego wszystkiego przejeść.
A przepić nie ma z kim.
W psiej głowie zrodził się pomysł na nową zabawę. Trzeba się rozpędzić, wyskoczyć koło drzewa i złapać w pysk najniższą gałąź. W efekcie zaatakowane drzewo porzuca gałąź, sypiąc obficie wokół niedojrzałymi morelami, brzoskwiniami lub wiśniami. Owoce nie są istotne. Gałąź można z przyjemnością okorować, a niedojrzałe owoce pogryźć z wykrzywionym pyskiem.
- Świetna zabawa i o co ten cały dym? -psie ślepia nie widzą problemu.
Dotarło do mnie, że gdybym tak otoczył parkanem jeszcze drzewa, pozostanie mi tylko ścieżka tak wąska i kręta jak ta którą poruszał się Pacman w starej grze komputerowej.
Trzeba liczyć na to, że suka dojrzeje. Boksery nie dojrzewają jednak tak szybko a zdarza się, że nigdy.
Wczoraj minęły trzy tygodnie od dnia kiedy wywiozłem żonę do Zakopanego. Dla nas to półmetek i z rozmowy wynika, że druga połowa będzie gorsza. Kto z nas lubi przebywać dłużej poza domem. Jak by jej nie artykułować to tęsknota,za znajomą a więc dobrą biedą.
Wczoraj odwiedziła żonę nasza wspólna znajoma. Chciałem napisać „stara znajoma”, ale nie chcę jej wciskać w poczucie jakiejś winy z tego tytułu. Przecież dopiero co skończyła pięćdziesiątkę.
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego.
W trójkę bo do tego doszła jeszcze jej córka, panie wybrały się na zakupy.
Szmaty, szmaty, szmaty, czyli to co tygrysice lubią najbardziej.
W trakcie wieczornej rozmowy nie słyszałem już tego ckliwego tonu.
Jak mówiła M Monroe – pieniądze nie dają szczęścia, tak naprawdę szczęście dają dopiero zakupy. Gdyby to jeszcze moje zakupy były – broniła się małżonka.
- Może cudze zakupy w których uczestniczysz dają tego szczęścia tylko odrobinę, ale na pewno zdecydowaną poprawę humoru, co słyszę – powiedziałem jej w trakcie rozmowy.
- Może dają – nie oponowała.

10 czerwca 2015

Cytując Świrusa

"Tak se tu mieszkamy tak se tu żyjemy"
Świrus w filmie Anioł w Krakowie 

Trzeba żyć przyszłością a nie rozpamiętywać przeszłości, radzą lekarze od duszy. Niestety przeszłość podobnie jak rzeczywistość skrzeczy, tylko jakby trochę mniej bo ponoć łaskawa pamięć pozostawia w umyśle same miłe wspomnienia.
Nie jest to do końca prawda bo leje się dupę (teraz już nie wolno, ale ja jak widać rozpamiętuję przeszłość) gówniarza, żeby skojarzył, iż pewne niewłaściwe zachowania skutkują bólem.
Jakiś czas temu w popularnym sklepie wielkopowierzchniowym kupiłem pisaki które przyjmował i wprowadzał do komputera jakiś amator miłych wspomnień z przeszłości
Oto produkt

A oto dowód w postaci paragonu 


 
Na podobnej zasadzie skojarzeń, z duszą na ramieniu jechała moja żona do szpitala rehabilitacyjnego w Zakopanem. Poprzedni, krótki pobyt zakończony nagłą operacja ratującą życie tak zagnieździł się w jej świadomości, że na jej twarzy bardziej widać było strach niż zadowolenie. A przecież tak szybki wyjazd spowodowany był serią decyzji ludzi dobrej woli i nie można było tak sobie zrezygnować.


Zdjęcie z pokoju szpitalnego dowodzi, że udało się dojechać i w pokoju szpitalnym zakotwiczyć.
Rozmawiamy teraz kilka razy dziennie pomiędzy jednym zabiegiem a drugim. O dzieciach, o sprawach codziennych czyli o tym o czym małżeństwo z ponad trzydziestoletnim stażem rozmawiają na co dzień. Jeżeli w ogóle jeszcze ze sobą rozmawiają.
Jako szczęściarze rozmawiamy a ja podsyłam jej od czasu do czasu jakieś zdjęcia dokumentujące codzienność,
A to różę pnąca co kwitnie jak głupia, a to pierwsze truskawki i ogórki z działki.


No i obowiązkowo muszę zdać relacjię z poczynań psa i kota. Ze względu na panujący i wszechobecny upał opowiadania te są raczej krótkie. Bo cóż w opisie dodać do takiego zdjęcia? 

Oprócz upału w moim domu dominuje teściowa, która pojawia się codziennie, doglądając działkę i zwierzaki.Wcale mi to nie przeszkadza, ponieważ z wiekiem zrobiłem się łagodny jak baranek. Może to prawda z tym ubytkiem testosteronu?
Ponieważ oczkiem w głowie mojej teściowej są pomidory na, staram się jej to ułatwić. Ostatnio widziałem jak szarpie się z zamkiem do szopy narzędziowej zwanej popularnie garażem, z powodu przetrzymywanego tam motocykla Młodego.
Wymieniłem zamek i dzisiaj z rana okazało się, że ten jest bardziej nieotwieralny (nie ma takiego słowa w słowniku ale tu pasuje jak ulał) od poprzedniego.
Rozwiązaniem będzie chyba skobel i kłódką, ale to wywołuje grymas niechęci u młodego posiadacza 115 koni mechanicznych zaprzężonych w elegancką niebieską obudowę na dwóch kołach o aluminiowych obręczach.
No fakt ta kłódka zgrzyta jak ta rzeczywistość
A suka?
Czasem czuje się sfrustrowana jak na poniższym obrazku

Jak ja przyłapałem na wyciąganiu wacianego mózgu z głowy małpki przez oko, zaraz odwróciła łepek jakby chciała powiedzieć
- To nie ja, to kot !
W to jednak nie uwierzyłem bo kot patrzył na to wszystko zza okna



Lumpiarska zaś kota nie zawsze wraca na noc, zawsze jednak daje znać o sobie zbyt wcześnie.
Jak śpi w domu to chce wyjść o 5,30. Jak nie śpi to chce wrócić o 4,30. I kto to zrozumie?
Po takiej akcji to aż się chce parafrazować Rysia Rynkowskiego i nucić:
Za późno na sen....  Wersu o seksie nie chcę nawet cytować.

I tak nam mijają, dzień za dniem




07 czerwca 2015

Ballada o drzewach



Inspirowane wierszem  Stół - Juliana Tuwim

Wyrosło w lesie drzewo potężne, Twarde, wysmukłe i niebosiężne.
Drzew było nawet więcej. Pień w pień, dookoła jak okiem sięgnąć. Jedne bujne i strzeliste inne rachityczne i pokręcone, jak w życiu. Te bujne i strzeliste wyrosły ponad głowy tych marnych i jak to powiedziano w jednym z polskich filmów – słońce im się pierwszym kłaniało.
Maluchy wyciągały listki w kierunku pojedynczych promyków, naciągały gałązki ile tylko starczyło soków  w konarach. Na koniec prosiły wielkoludy by te przesunęły się choć na chwilę, albo trochę inaczej ustawiły liście,  żeby choć na chwilę i je omiotły promienie słoneczne.
Wszystko na nic. W najlepszej sytuacji były te które rosły na brzegu albo wokół polanki, która jakimś zrządzeniem losu utworzyła się w samym środku lasu.
To tu przychodziły zakochane pary by odpłynąć na fali namiętności. Krótkie to było pływanie i bardzo szybkie, bo czego wymagać od  magii chwili kiedy oboje nerwowo rozglądali się na boki, wypatrując grzybiarzy. Cały czas w stresie i  w czujnej gotowości do odwrotu.
A jednak to właśnie miejsce cieszyło się wyjątkowym wzięciem.  Hitem miejscowych imprez był discopolowy przebój „ Weź mnie w lesie”
Weź mnie w lesie, weź mnie w lesie
No bo w lesie echo niesie
Niesie ciebie niesie mnie
I ogólnie nie jest źle
Słowa może mało ambitne, ale od tego typu muzyki nie wymaga się by miała ambitne teksty, ale łapiące za serce nuty, a te kleiły się do duszy wyjątkowo.
To na tej polanie  pojawiali się grzybiarze by posilić się w trakcie grzybobrania, może wypić co nieco  i tu  rodziły się opowieści o grzybach gigantach, ukrytych w sobie tylko wiadomym miejscu plantacjach borowików i  wspaniałym smaku  przetworów z zeszłorocznych zbiorów.
Kosze zebranych grzybów rosły w tych opowieściach niczym dorodne sumy z wędkarskich opowieści.
Tu w końcu pojawiały się szkole wycieczki na lekcje przyrody w terenie.
Dzieciaki siadały na kocach, a pani z zawodowym zapałem lub nie ( w zależności od powołania)  opowiadała te swoje historie o drzewach.
O widzicie dzieci to dostojne drzewo to dąb.
A że po łacicie to tak a tak, a jak pąki to wielołuskowe, a jak liście to skrętoległe, a jak kwiaty to rozdzielnopłciowe.
- I co z tego zostaje w ich dorosłym życiu? - zastanawiał się przekazując wiedzę pedagog - Co z tego jest im potrzebne gdy rozleją butelkę piwa na zadbany dębowy parkiet? Może to, że owocami dębu są  orzechy zwane żołędziami.
- Zaraza zaraz - buntowały się dzieci – albo orzechy albo żołędzie.
Dęby żyją bardzo długo. W Polsce najstarszym dębem jest Bartek który…
Dzieci zachwycały się lub nie, co kładziono na krab wychowania domowego, ale zgodnie z programem nauczania stawały wokół tych dostojnych i potężnych drzew by oddać cześć najszlachetniejszym  przedstawicielom leśnej flory.
W tym patetycznym zgiełku jakoś nikt jakoś nie pytał o pokręcone sosny i inne niezbyt dorodne gatunki.
Te lepsze rosły w wzwyż i w dumę, te niższe walczyły o przetrwanie i o to by dendrologiczna depresja nie wysuszyła im ostatnich liści.
- Mam przed sobą tysiąc lat. W poszumie moich liści  snuć się będzie historia tego kraju – napawał się zasłyszanymi opowieściami dąb.   Jestem zajebisty i po łacinie zwą mnie Quercus.  To już nie byle co.
- A my, a my ? – nieśmiało pytały małe drzewa.
- A was w najlepszym wypadku wykorzystają na jesienne ognisko. Nie nadajecie się nawet na kije do pieczonej kiełbasy-  kpił dąb
- Mów za siebie - odcięła się leszczyna
- A do mnie to się nawet przytulają – próbowała dodać sobie animuszu brzoza -  Nie widzieliście tej dziewczyny w zeszłym tygodniu?  Przyszła do mnie, objęła pień rękami i przytuliła głowę do kory. Jak ona  wtedy ładnie do mnie mówiła
-  Mówiła do siebie, bo to wariatka miejscowa jest – dąb wygasił brzozę  niczym peta w popielniczce  - Opowiadał mi to jesion, co  jest wysoki i rośnie z brzegu  więc ma doskonały widok na okoliczne wioski.
- Wariatka nie wariatka a przytulała się – brzoza pozostawała nieustępliwa.
- Tysiąc lat ! Słyszałaś co opowiadała nauczycielka. To jest coś o czym warto mówić a nie jakiś macanki z wiejską wariatką. Tak czy siak zaraz pójdziesz na opał. Mnie jeżeli już pisany los materiału to na elegancki sekretarzyk w szlacheckim dworku.
Najbliższa przyszłość okazałą się być zdecydowanie inna.
Drzewa tkwiąc wokół polanki nie korzystają z nowoczesnych mediów, a więc nie dotarło do nich powiedzenie Woody Allena o planowaniu.
„Jeżeli chcesz rozśmieszyć Pana Boga opowiedz mu o swoich planach na przyszłość”
Piszący te słowa komplet filmów Allena obejrzał a więc czuje się upoważniony a nawet zobowiązany do częstego ich cytowania.
Któregoś dnia na polankę  wpadł zdyszany zając. Zrobił słupka a może tylko słupek, na środku  dużego kawałka gęstej trawy  a zaraz potem przeciągle gwizdnął.
- Hej zwierzaki  kryć się, drwale jadą   
Raz przyszli drwale, drzewo zrąbali, Bardzo się przy tym naharowali.
Potem je konie na tartak wlokły, Tak się zziajały, że całe zmokły.
Drwale przyjechali samochodami terenowymi. Wyciągnęli piły spalinowe, zalali benzyną  i wycięli nie jedno, a wszystkie drzewa na szerokości dwudziestu metrów.
- Ja protestuję, ja się nie zgadzam - krzyczał dąb kiedy pierwsze zęby w łańcuchu nowoczesnej szwedzkiej pilarki naruszyły jego korę. Nawet wiatr ustał z wrażenia i nie poruszał nawet liści,  ale nikt nie usłyszał tego protestu.
Padł dąb najdostojniejszy, jesion najwyższy, brzoza, sosna pokręcona i na koniec leśna leszczyna.
Ofiar było zdecydowanie więcej, ponieważ zaprojektowana w tym miejscu obwodnica wielkiego miasta nijak nie mogła z lasem współistnieć.
Na koniec przyjechał samozaładowczy samochód który w trymiga  załadował drewno na olbrzymią pakę i zaraz też  opuścił teren.
Po pracy, roboty pracownicy leśni rozpalili ognisko w którym spłonęły resztki gałęzi.
Z drobnej leszczyny wycięli  patyki na które nadziali kawałki kiełbasy. Kiełbasa zaś powędrowała nad żar ogniska. Zaraz też pojawiła się  gorzałka złodziejka serc i sumień, która krążyła z rąk do rąk i od ust do ust.
I pewnie teraz też miała za zadanie uciszyć sumienia tych którym żal było, że oto plama asfaltu zaleje takie fajne miejsce w sam raz na numerek z dziewczyną  i  okazjonalne spotkania w plenerze, chociaż seks w lesie to też spotkanie okazjonalne.
 Nie było jednak wielkiego żalu. Ekolodzy za obietnicę przełazu nad drogą dla zwierząt, zrezygnowali z przykucia się do dostojnego dębu co by z pewnością jeszcze bardziej rozbuchało jego ego już i tak prawie eksplodujące spod  popękanej kory.
Następnego dnia mocne maszyny wyrwały pozostałe w ziemi korzenie, jeden po drugim, Napędzane  ropą silniki  zrobiły to także bez wysiłku.
A co z drewnem?  
A w tym tartaku warczące piły  Tak drzewo cięły, że się stępiły.
Widiowe zęby  pił poradziły sobie z twardym dębem, kalorycznym bukiem i smukłym jesionem.
Pocięte deski złożono w pryzmy, do wysuszenia w specjalnej suszarni. Wjeżdżały paleta po palecie by po osiągnięciu 10% wilgotności zająć miejsce na placu  składu budowlanego.
Tylko na rachityczną sosnę  i byle jaką brzozę nie było pomysłu. Większego pomysłu, bo porąbać
na opał potrafi za przeproszeniem każdy głupi.
Kupił te szorstkie listwy i deski  Stolarz warszawski Adam Wiśniewski.
Stolarzowi ze stolicy daleko by było do składu w południowej Polsce,  nie przeszkadza to jednak by owa historia nie potoczyła się podobnie.
Któregoś dnia  na placu pojawił się starszy mężczyzna. Starszy to jest takie naciągane określenie, ponieważ piszący te słowa podejrzewał nawet, że człowiek ten jest jakby jego rówieśnikiem.
Jakby ? Co to ma znaczyć jakby?  Albo jest albo nie jest.
Ustalenie tego faktu jest już nie możliwe a dla całej historii nieistotne.
- Dzień doby – przywitał się z właścicielem składu – jestem  Adam Wiśniewski . To ja dzwoniłem do Pana.  Czy mogę rozejrzeć się na placu ?
- Dzień doby, oczywiście - odpowiedział  właściciel owładnięty już wizją zysku.
Pan Wiśniewski długo oglądał materiał  i co zadziwiło szefa, najbardziej zachwycił się  pokręconymi kawałkami drzewa.
- Te biorę  i te biorę – pokazywał   rzeczy które nijak się mają do stereotypu porządnego materiału stolarskiego.
- A na cóż to Panu? – chciał spytać klienta, ale ugryzł się tylko w język. W końcu klient płaci i nie grymasi, niech bierze.
- Wie Pan, zbuduję z tego huśtawkę dla mojej wnuczki. Wnuki są osłodą naszej starości i jakby takim bonusem od życia pod sam jego koniec. A ja na punkcie swojej wnusi totalnie oszalałem – klient odpowiedział na niezadane pytanie.  - A może z tego zrobię jeszcze jakiś domek czy szałas. To się do tego nada doskonale. Mamy taką starą chałupę na wsi więc  to wokół nie może być  zbyt  miejskie, zbyt równe .  Acha i niech mi Pan dorzuci  jeszcze jedną , dosłownie jedną deskę z drzewa twardszego i bez drzazg. Wie Pan remontuję sławojkę i chcę wymienić tę najważniejszą deskę. Chodzi o to by było bezpiecznie. Wie Pan drzazga w dupie powoduje znaczny  dyskomfort  dla samej dupy jak i dla osoby którą prosimy o pomoc.
- Dąb może być?
- Będzie idealny
I parafrazując Pana Tuwima można by zakończyć czym w takim stylu
Adam Wiśniewski, nie lada majster,
Wziął piłę, młotek, hebel i klajster.
Mierzył, heblował, kleił, sposobił …
I deskę z dziurą w wychodku zrobił

A tak się dobrze ten dąb zapowiadał.
Na koniec zakończenie  w stylu  amerykańskiego filmu, czyli czas  smrodek edukacyjny.
Desek pozostało jeszcze sporo, a sławojki są u nas w odwrocie. Może więc trafi się jeszcze ktoś kto będzie  chciał zrobić stół lub sekretarzyk w szlacheckim dworku.  Ważne jest to  by nie nabijać sobie głowy banałami i z uśmiechem. przyjmować od życia to co nam daje.
Tylu bowiem wokół starych i wkurwionych którzy się tak dobrze zapowiadali

26 maja 2015

Filozoficznie o rąbaniu i szczypaniu


Tak naprawdę to najważniejsze jest rąbanie drewna na opał, bowiem działa uspokajająco.
Ogólnie uspokajająco dodam aby uciąć wszelkie spekulacje na ten temat. Nie nerwy i potrzeba ich wyładowania, a potrzeba przemyśleń jest najlepszą motywacją do rąbania.
Jakiś czas temu układałem płytki chodnikowe w blaszaku który robi za domek ogrodnika, warsztat i garaż na motocykl Młodego. Usunąłem z niego palety które do tej pory udawały podłogę. Powstałą stertę desek pociąłem, tępiąc łańcuch piły spalinowej i paląc silnik piły elektrycznej. Tej elektrycznej to mi najmniej żal, bo sam przecież powtarzam to amerykańskie powiedzenie – nigdy nie oczekuj od towaru więcej niż za niego zapłaciłeś. Maszynka kosztowała „grosze” i przy kolejnej belce jęknęła wypuszczając z wnętrza odrobinę niebieskawego, gryzącego dymu.
- Po ptokach – pomyślałem, odkładając ją na bok.
Następnego dnia z miną studenta złapanego na onanizmie udałem się do specjalisty od maszyn ogrodniczych, celem naostrzenia łańcucha.
Niby łańcuch jest mój i za ostrzenie płacę a więc moja sprawa gdzie i co przycinam, głupio się jednak czuję gdy specjalista spojrzy fachowym okiem na łańcuch a potem na mnie i pyta
- A na czym pan to tak zmasakrował?
Przełykam nerwowo ślinę i czasem zwalam na Młodego.
Nie za każdym razem jednak wypada. Poza tym spec mógłby nabrać przekonania, że posiadam idealną rodzinę w której celem i sensem życia dzieci jest pomoc rodzicom.
A przecież jaka młodzież teraz jest każdy widzi.
Jedno jest pewne, że nie narzuca się ze swoją bezinteresowną dobroczynnością.
Coś tam jednak z owej współpracy na polu i w ogrodzie się udaje.
Ostry łańcuch niczym nóż w masło wszedł w deski, ścinając wszytko w jedną chwilę.
Deseczki postanowiłem porąbać na szczapki do rozpałki w kominku. Ustawiłem pieniek i rozpocząłem swoje kilo w górę kilo w dół.
Dobry trening siłowy.
Machałem tak w zapamiętaniu przez trzy godziny, zadziwiając nie tylko siebie ale i sukę która to na pieńku to znów na mnie wyładowywała frustracje spowodowane tym, że nie bawiłem się z nią, do czego przecież jestem stworzony.
W końcu znalazła inny cel i postanowiła wskoczyć na drzewo w pogoni za naszym domowym kotem. Ileż się ona naskakała i to bez najmniejszego efektu.
To tak jakby i ona postanowiła skorzystać z oferty tej niecodziennej siłowni w plenerze.
Kotka siedząca wśród konarów z przymrużeniem oczu patrzyła na te popisy pełne beznadziejnego uporu. Kiedy zaś pies na chwilę zajął się czymś innym, ona powoli zeszła z drzewa. Sprawnie uniknęła swego prześladowcy, a może tylko partnera do zabawy.
Siedząc przy pieńku, szczypałem te deseczki rozmyślając i planując co tam mi do głowy wpadło.
Uważałem tylko aby w tym zamyśleniu nie stracić któregoś z nieodzownych mi w dalszym ciągu dziesięciu palców
Udało się
Jeden, dwa, trzy........ dziesięć.
Gdybym tak podnosił i opuszczał kilogramowy ciężarek na siłowni, nuda zabiła by mnie już po dwóch kwadransach. A tak jest kondycja i są efekty.
Kiedy wróciłem do domu miałem tylko niejaki problem w utrzymaniem szklanki z piwem. Subtelny kształt wydawał mi się zbyt delikatny.
Dzisiaj ułożę to wszystko w drewutni i trzeba będzie rozejrzeć się za czymś solidniejszym co paląc się utrzymuje żar.
W końcu wychowałem się w czasach obowiązywania hasła - kupuj węgiel latem.
To samo można powiedzieć o lekko przesuszonym buku.
Właśnie skończyłem budować płot oddzielający grządki warzywne od reszty ogrodu. Nie będzie już suka wykopywać cebulek posadzonych przed chwilą i nurzać się w zagonie sałaty tak, że tylko pojedyncze liście wystrzeliwały w niebo spod jej łap.


Nawet całkiem nieźle mi to wyszło, jeżeli mogę tu się odrobinę pochwalić.
Czekam na lepszą pogodę, a bateria środków chemicznych zmagazynowana w garażu czeka razem ze mną.
Póki co harcują jeszcze na swobodzie niedobitki mączniaka które przetrwały pierwsze pryskanie, a zaraz potem przędziorki na winogronach szpeciele ( podoba mi się ta nazwa) na liściach gruszy. Mszyce na jabłoni i śliwach, kędzierzawość na moreli. Sam jestem zaskoczony jak szeroko odkrywa się przede mną świat ogrodowych szkodników.
Już nawet nie wspominam o babce lancetowatej, mleczach czy koniczynie w trawniku. O nornicach zżerających cebulki i korzonki roślin można by pisać bez końca.
Jak tylko słyszę frazę, że owoce są nie pryskane, to pojawia mi się na twarzy taki kpiarski uśmiech, bo kolejną grupą po politykach której przestaję wierzyć zaczynają być ogrodnicy, a zaraz potem wędkarze.

21 maja 2015

O tym co tygrysy lubią najbardziej


Kto się nie lubi pochwalić?
Chyba tylko ci którzy stosują formę bardziej zawoalowaną i doprowadzają podstępem, sposobem i wszystkim czym się da do tego, że to inni ich chwalą;
Należę do tak zwanej grupy przeciętnej. Przeciętny intelekt, przeciętne wykształcenie i może tylko wzrost mniejszy niż przeciętny dlaczegóż mam więc tego nie uczynić?
Zaraz ktoś zarzuci mi stosowanie kokieterii, która również jest sposobem na pocieszanie i pochwalenie.
Nic z tych rzeczy. Taki po prostu jestem, a kompleksu wzrostu nie mam, przynajmniej już nie w tym wieku.
Ale żeby nie wychodziło plus minus na zero, każdy stara się być w czymś choćby odrobinę lepszy.
- Sprawdź się – wykorzystują to twórcy wszelkiej maści quizów i testów.
- Mam to w dupie - myślę sobie czytając zachęty.
No ale nie wszystko tam mam, bo musiałbym mieć największy tyłek na świecie.
Strzeż się Kim.
Ponieważ jak co roku nie zawiodły kasztany (pomimo robaka co je powszechnie toczy) i zakwitły w pierwszych dniach maja, nie było wyjścia matury musiały się rozpocząć
- Za naszych czasów to były matury – staram się unikać takich uogólnień, szczególnie jak na maturze pisało o tym, że spełniły się słowa poety o tym ażeby z gruzów Warszawy rósł żelbetonem socjalizm.
I chociaż wywaliłem ze sześć stron papieru kancelaryjnego , to, ani słowem nie zająknąłem się że w tym samym wierszu Broniewski chciał aby i Hejnał Mariacki szumiał czerwonym sztandarem.
Zanim ktoś powie że byłem na własne życzenie „ janczarem socjalizmu” odpowiem mu jednym słowem – nieprawda.
Prawda zaś była taka, że tak zwany wolny temat był jak worek do którego można było wrzucić cokolwiek. Jak się jeszcze do tego miało lekkie pióro które niwelowało braki w wiedzy o literaturze.
I co mi zostało z tych lat?
No właśnie, przy okazji matur na jednym z portali internetowych pojawiła się taka oto zachęta



Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono – pamiętałem to jeszcze ze szkolnej edukacji.
A dlaczegóż to nie mogę sprawdzić sam siebie? Wziąłem się za test
Wynik zaskoczył mnie samego.



 Okazało się, że pomyliłem się w jednym pytaniu i to tylko w liczeniu. Źle policzyłem polskich noblistów i jeden mi gdzieś zginął. Czy mogę mieć jednak do siebie o to pretensję ?
W końcu napisałem już kiedyś, że moja natura humanisty z bólem przyjmowała wszelkie działania matematyczne.


15 maja 2015

Dusza i ciało

...dusza i ciało, serce i rozum
wiedza i sztuka wyśniona
każda ta para jest wtedy szczęśliwa
gdy w siebie zapatrzona
( M.Grechuta)

Wczoraj wieczorem, tuż przed zaśnięciem, wpadł mi do głowy pomysł na post.
Uśmiechnąłem się do siebie i poczyniłem nawet plan tekstu. Sen sprawiedliwy który ogarnął mnie w jednej chwili, wymazał niczym gąbką na szkolnej tablicy wszelkie tezy założenia i punkty tekstu.
Rano, kiedy otwarłem oczy, zobaczyłem psie ślepia wpatrzone w moją twarz i zaraz też oznaki zadowolenia z faktu mojego obudzenia.
Po pomyśle nie było już ani śladu a nie znalazłem w sobie nawet jednego punktu do którego mógłbym przywrócić mój system pamięci.
Nie zgodzę się jednak z twierdzeniem, że takie zaniki pamięci spowodowane są nadmiarem telewizji
Nie oglądam telewizji i jest to akt świadomego wyboru i jednocześnie desperacji.
Mój stosunek do polityki jest ogólnie znany, nie znaczy to jednak, że z moich praw obywatelskich nie korzystam. Korzystam jak najbardziej i zawsze staram się dokonywać świadomych wyborów.
To jednak co dzieje się w polityce, a może bardziej w mediach powoduje, że po chwili robi mi się niedobrze. Kierowany do mnie przekaz powoduje, że czuję się traktowany jak idiota.
- I co ja robię proszę pani, pana?
Chciało by się odpowiedzieć słowami bohatera Rejsu
- Ja proszę pana wstaję i wychodzę z kina.
I rzeczywiście wstaję i wychodzę z domu nie zapominając o zrobieniu użytku z czerwonego guzika na pilocie. Guzik opisany jest z angielska off
- Uff – wzdycham przy okazji już czysto po polsku.
Kandydaci podskakują, wykonując piruety i volty intelektualne by za chwilę niczym gombrowiczowski Miętus bratać się ze wszystkimi dokoła.
Przypomnę tylko, że Miętus, chcąc zbratać się z parobkiem, każe dać sobie w gębę, co w efekcie staje się przyczyną rewolty chłopskiej.
Kogo to wszystko ma przekonać?
No i sam potrafię odpowiedzieć sobie na to nieopatrznie postawione pytanie
Wiele lat temu rozmawiałem z żoną mojego szwagra. Byłem młody, naiwny i gotów spierać się na tematy związane z polityką. Wtedy byłem jeszcze młody i gniewny, teraz według nomenklatury Jonasza Kofty, teraz czuję się stary i wkurwiony.
- Dlaczego głosowałaś na Wałęsę? - spytałem ją z życzliwej ciekawości.
- Spodobał mi się bo był taki rubaszny.
- W katalogu cech potrzebnych do sprawowania urzędu prezydenta, rubaszność jest raczej wadą nie zaletą – zauważyłem.
- Poza tym przekonał mnie tym, że powiedział iż ma dużo dzieci i musi im zabezpieczyć przyszłość.
- No, tę akurat obietnicę zrealizował. Wszystkie jego dzieci są zabezpieczone na przyszłość.
Dalszą jednak część rozmowy zakłócił nam znajomy który słysząc fragment naszej rozmowy pociągnął spory łyk piwa i krzyknął gdzieś w dal
- Wałęsa oddaj mi moje sto milionów.
Nic tylko siąść w cieniu i niczym Stańczyk z obrazu Matejki zadumać się nad losami Rzeczypospolitej. Ale że nie chcę powtarzać ogólnie znanych min idę za radą byłego premiera który zniechęcony polityką powiedział
- Muszę iść bo puszcza wzywa.
Do puszczy mi niedaleko wszak mieszkam w okolicach Puszczy Niepołomickiej, ale zapędzam się tylko do ogrodu który wzywa mnie głośniej.
Tu mocując się z rzeczywistością i amerykańskim mączniakiem agrestu, zapominam na chwilę o tym jakie będą Rzeczpospolite...
Jako zapóźniony pozytywista zaczynam od siebie.

06 maja 2015

Statystycznie idealny kochanek

Pisałem już kiedyś, że czytam kobiece magazyny
- Ze sto razy – usłyszę z pewnością po takim pytaniu.
W porządku. Informuje więc uprzejmie, że nic w tej kwestii mi się nie zmieniło, no być może czas. Tego ostatniego tradycyjnie już mi brakuje, bo dalej nie mogę się przekonać by zrobić wszystko ale po łebkach. Czasem coś tego czasu ukradnę i zachomikuję. Odstawiłam wtedy narzędzia na swoje miejsce i poświęcam się rozwojowi duchowemu, przeglądając na przykład prasę w Internecie. Co prawda różne programy a zwłaszcza jeden, próbują mi to darmowe przeglądanie ograniczyć, ale póki co darmowo korzystam.
Na kobiecych stronach gazety pl znalazłem artykuł pod tajemniczym tytułem „5 znaków, że on jest dobrym kochankiem”
Setki takich zestawień znajdują się w sieci ale to zestawienie nie przedkłada nad inne, pełne parametrów, skłonności do zabawek, upodobania do miłości francuskiej, hiszpańskiej i oczywiście brazylijskiej depilacji.
Wiadomo bowiem, że prawdziwy seks rodzi się w głowie.
Wokół głowy, kindersztuby oraz ogólnego obycia kręci się to zestawienie.
Czytam więc, że idealny kochanek jest: równocześnie prawdziwym dżentelmenem który szuka kontaktu fizycznego ale bez przesady. Takie „łapka w łapkę” wystarczy a jak się trafi coś innego w coś innego to też nie narzeka.
Nie jest też skończonym egoistą i nie spieszy się.
I prawi Ci komplementy, bo jest Tobą zachwycony
Dalej następuje rozszerzenie punktów co ja streszczę w dużym skrócie.
A więc gentleman w knajpie na pewno nie będzie chamem w łóżku. Nie złapie cię od razy za cycki ale weźmie dłoń w dłoń, pewnie złoży na nich róż swych ust a potem głęboko spojrzy ci w oczy. Na pożegnanie odgarnie Ci kosmyk włosów z głowy (a co z tymi z fryzurą na chłopczycę?)
Zaproponuje kino, ale wcześniej uzgodni z Tobą tytuł filmu , godzinę seansu i położenie kina. W łóżku rozwinie grę wstępną do maksimum. Zafiniszuje dopiero wtedy gdy ty ze trzy razy znajdziesz się na orbicie.
No i będzie ci niezmiernie wdzięczny gdy się w ogóle rozbierzesz.
Miękki taki w uszach wydaje mi się ten idealny według gazety kochanek.
Ponoć kobiety lubią być mile zaskakiwane ale ten ideał pyta o wszystko, zwalając sferę decyzyjną na biedną i dzielną zarazem polską kobietę.
Miałem sobie kiedyś za plus to, że potrafiłem kobietę zaskoczyć.
Stare czasy chociaż i dzisiaj potrafię zaskoczyć choć być może w innym kontekście.
Na co mi ta cała gazetowa wiedza? W moim wieku i rodzinnej sytuacji, przydatność jej jest taka sama jak korzyść wielbłąda z posiadania garbu w ZOO.
Wiem już o sobie wszystko lub prawie wszystko. Zna mnie też własna małżonka i ja też ją znam doskonale. Przy takim znawstwie problemu wystarczy naprawdę niewiele by uczynić sobie wspólne życie piekłem lub całkiem znośnym do przeżycia. Nie piszę celowo o raju bo to za słodkie, mdli a przy okazji mdłości można się porzygać.
Miarkę zestawienia przykładam do siebie w wieku szesnastu, osiemnastu czy dwudziestu kilku lat.
Tylko, że wtedy był PRL, czas czynów zrywów i wielkich budów. Sam osobiście wbiłem kilkaset razy łopatę na budowie Huty Katowice, co to miała być „Wszystkich hut królową”
Jak królewny traktowałem wtedy wszystkie kobiety na swej życiowej drodze. Dokładnie tak jak opisuje to gazeta. I co? i gówno można by rzec, gdyby nie chodziło o uczucie. Dziewczyny pozostawały obojętne na czar i elegancję które dużą szuflą rozsypywałem dokoła. Dla nich liczyło się bardziej metr osiemdziesiąt wzrostu, choćby wieńczyło je tylko trzydzieści deko rozsądku i głębszej myśli. U mnie z głębsza myślą nie było problemu, metr osiemdziesiąt pozostawało w sferze marzeń nawet gdy przy miarce stawałem na palcach.
Moje problemy zaczęły znikać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaraz wtedy gdy przestałem kobiety traktować jak księżniczki. Zrozumiałem, że odrobina egoizmu pomieszana z udawanym nawet brakiem zainteresowania i dosadnym językiem, potrafią zdziałać cuda.
Oczywiście poszedłem ze sobą na kompromis odchodząc od swych zasad tylko o krok, ale wierzcie mi, było warto.
Można mi wylać na łeb kubeł zimnej wody twierdząc, że tam w zestawieniu cech idzie o idealnego kochanka. Odpowiadam więc szybko - A któż z nas nie ma siebie za idealnego? Idealnego kochanka też, tylko ten przeszkadzający w rozwoju chroniczny brak okazji.
Pod względem okazji rzeczywiście z czasem zmieniło się wiele i z samczą zazdrością mogę powiedzieć, że wahadło wychyliło się mocno w drugą stronę.
Trzymając się swojej wersji, postanowiłem w dalszym ciągu zaskakiwać kobietę swojego życia choć w tej chwili to zaskakiwanie ma wymiar bardziej praktyczny.
Ostatnio zakładałem szalunki które następnie zalewałem własnoręcznie zrobionym betonem
- Skąd ty to umiesz ? - spytała zaskoczona żona.