19 maja 2026

Co mnie nastraja od kwietnia do maja, a nawet trochę dłużej

 10 maja. W sklepach pojawiły się czereśnie


Po skonfrontowaniu się z ceną za jeden kilogram, stwierdziłem, że zupełnie nie mam ochoty na czereśnie. Nawet gdyby ta cena sugerowała wartość koszyka, czyli jakieś dwa kilogramy, moje zainteresowanie tymi owocami byłoby podobne, znaczy żadne.
Jeżeli już dopadnie mnie „Apetyt na czereśnie” to włączam VOD i oglądam kultowy spektakl muzyczny oparty na tekstach Agnieszki Osieckiej i muzyce Macieja Małeckiego pod tym właśnie tytułem. To słodko-gorzka, pełna humoru opowieść o relacjach damsko-męskich, miłości, zdradzie i próbie ułożenia sobie życia na nowo, chociaż sam nie mam potrzeby układania czegoś na nowo.
No w wyjątkiem podkoszulek. Ten w moim zorganizowanym życiu mam podzielone na trzy kategorie.
T-shirty wyjściowe, domowe i takie do pracy w ogrodzie. Ponieważ żona nie zna metodologii podziału, zostawia mi cała kupę złożonych koszulek a ja stoję przed szafą u układam. Robocza to górna pólka,
wyjściowa środkowa, a domowa najniższa. I robię tak raz w tygodniu, od nowa i od nowa.
Z wielką radością zbieram za to z warzywnika: rzodkiewkę, cebulkę dymkę i sałatę majową zwaną popularnie  królową sałat. Nie myślcie jednak, że wszystko mi się udaje tak jak trzeba.
Pomyliłem 15 kwietnia z 15 maja i poniosłem tego bolesne skutki

                                                          

Zamiast wtedy obchodzić wspaniały Dzień Doceniania Męża, ja chcąc być pierwszy we wsi, rozłożyłem tunel foliowy. Wymiary 2x3m nie predestynują go do nazwy tunel, a jedynie tunelik, zawsze to jednak  grunty pod przykryciem. Wsadziłem tam dziesięć krzaków pomidorów, a za nimi wysiałem sałatę. Niestety, przyszedł zapowiadany przymrozek, a nawet mróz.  Temperatura spadła do jakichś 4 stopni na minusie, a folia okazała się kiepskim izolatorem i pomidory przemarzły, Przeleciał mi co prawda przez głowę pomysł, by może czymś tam dogrzać, ale zlekceważyłem go. Skutki były takie jakie były, czyli opłakane.

W długi majowy weekend wymieniłem: pomidory, paprykę i cukinię. Liczyłem, że " zimni ogrodnicy" okażą się wyrozumiali wobec psikusa z kwietnia. Udało się.
Zadziwiające, że w tym całym zimowym pogromie świetnie wytrzymała wspomniana sałata. Rośnie teraz w oczach, Króluje na naszym stole, spychając w niebyt mięsa, zwłaszcza te czerwone.
A jeszcze tak niedawno było tu pusto. Wnuczka która z początkiem kwietnia odwiedziła nas weekendowo, weszła ze mną do warzywnika, rozejrzała się dookoła i widząc jedynie przekopaną ziemię zapytała:

- A gdzie są owoce?

Rozłożyła przy tym bezradnie ręce, co najpierw wzbudziło moją wesołość, a potem potrzebę wytłumaczenia zasad cykliczności zjawisk pogodowych. Na tyle na ile pamiętałem jeszcze jak rozmawiać z ciekawymi, małymi dziećmi. Najtrudniejsza była klasyfikacja darów natury na warzywa i owoce.
My, dorośli którzy pozjadaliśmy wszystkie rozumy, sami mamy problem z  tą klasyfikacją
Najpopularniejszym przykładem jest pomidor
Pomidor – z naukowego punktu widzenia to owoc, jednak ze względu na wytrawne zastosowanie w kuchni traktujemy go jak warzywo. W 1893 roku Sąd Najwyższy USA orzekł nawet, że pomidor to warzywo (w celach podatkowych).
Potem to już leci mnie więcej tak :

Ogórek – botanicznie to jagoda (rodzaj owocu).
Papryka – również zaliczana botanicznie do owoców.
Cukinia i dynia – powstają z kwiatów i zawierają nasiona, więc są owocami.
Bakłażan (oberżyna) – z punktu widzenia botaniki to jagoda i tym samym owoc.
Awokado – posiada dużą pestkę (nasiono) w środku.
Strączki (np. zielony groszek, fasola) – są owocami (strąkami) danej rośliny.

W tej przyrodzie okazuje się, że nic nie jest takie jakim się wydaje. To jak w tym dowcipie który poznałem już w pierwszej klasie podstawówki. Chyba był zamieszczony w "Pierwszej czytance"

- Mamusiu co to jest?
- To czarna jagoda
- A dlaczego jest czerwona?
- Bo jest jeszcze zielona.

A propos jagód, dojrzewa już  jagoda kamczacka, która lubi sypnąć  owocami właśnie w maju.
To chyba pierwsze owoce w tym roku.
Czosnek niedźwiedzi właśnie kwitnie, to znak, że za chwilę będzie kończył tegoroczny żywot.
W czerwcu zanika do następnego roku, a jest świetnym uzupełnieniem zielonych sałatek wielowarzywnych.
Jak więc widzicie, nie samym motocyklem człowiek żyje, szczególnie przy deszczowej pogodzie.
Widzę jednak pewne nawiązania między pracą  w ziemi,  a jazdą na motocyklu, zwłaszcza w sposobie reakcji na wydarzenia.
Pięć lat temu miałem w planach weekendowy wyjazd w Bieszczady, a przez własną nieostrożność, dwa dni przed po gwałtownym hamowaniu waliłem się na bok tłukąc boleśnie mięśnie i lusterko.
W trakcie tego lotu który trwał sekundę, pomyślałem  - Toś sobie Antoni pojechał w te Bieszczady.
Nie interesowało mnie nic innego. Pojechałem jednak po wymianie lusterka. W trakcie wsiadania na motocykl,  musiałem sobie pomagać ręką, aby przełożyć nad siedzeniem nogę.
No bo są cholera jakieś priorytety.
Teraz z kolei okazało się, że moja żona wymusiła na mnie wyjazd. Celem są odwiedziny naszych francuskich przyjaciół. Ot po prostu, zbyt słabo oponowałem i decyzje zapadły. Kiedy więc zapłaciłem za bilety, moją pierwszą myślą było :
- A kto mi będzie przez te dni podlewał pomidory ?
Bo to nie jest takie hop siup.  Wodę lejemy delikatnie na korzenie, uważając, by nie polać liści. Pomidory tego zdecydowanie nie lubią. Przy złym traktowaniu odwzajemniają się chorobami grzybiczymi
I to wszystko zamiast radości w wycieczki ? - zapytacie.
Odpowiedź jest prosta, ja niestety nie umiem odpoczywać bez pracy. Nicnierobienie to nie moja bajka. 
Taki się urodziłem i takim mi kiedyś umrzeć przyjdzie. 
Póki co, idę do ogrodu i robię w nim aż do odcięcia zasilania. Kiedy wracam do domu na kończącym się już zasilaniu awaryjnym, muszę jeszcze wykrzesać z siebie energię przynajmniej na wysłuchanie nowych pomysłów mojej żony.
Wychodzi więc chyba na to, że ten 15 kwietnia doskonale mógłby być i moim świętem.
Może w przyszłym roku ? 
W moim wieku należy dodać skromnie - jak dożyję.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz