31 grudnia 2025

Czterdzieści i cztery po raz kolejny

A życie jego – trud trudów,
A tytuł jego – lud ludów;
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,
A imię jego czterdzieści i cztery.

Od czasu gdy w ogólniaku przeczytałem "Dziady" jednym tchem, liczba 44 nabrała dla mnie wymiaru symbolicznego i tajemniczego.  Mickiewicz miał jakieś zacięcie do liczb, a więc  i milion stał mi się nie obcy
"Nazywam się Milijon – bo za miliony 
Kocham i cierpię katusze."
Rzekłbym, że ten milion był mi nieco bliższy, bo ze względu na młody wiek i należne mu przypadłości,
zasklepiłem się w jakiejś takiej skorupie cierpienia i niezrozumienia.
Gdy czytam moje wiersze z tamtego okresu to nie mogę pojąć, skąd we mnie znalazła się taka czarna rozpacz i cierpienie.
Potem miałem taki roczny epizod w moim życiu po którym wszystko się zmieniło. Rok pracy w Pogotowia Ratunkowym na stanowisku sanitariusza. Zawsze koło lekarza, nasłuchałem się i napatrzyłem na ludzkie cierpienie.
Podziwiałem to, że poważnie  chorzy ludzie, czepiają się życia i cieszą każdym przeżytym dniem.
Z całą pewnością doświadczenie to pozwoliło mi na inne spojrzenie na swoje życie.
Człowieku czy ty masz powód do narzekania?- zadałem sobie to pytanie w długim monologu wewnętrznym niczym Gustaw i Konrad, by pozostać w  pobliżu mistycyzmu Mickiewicza.
Od tamtego czasu zacząłem przyjmować świat jako coś ładnego, przyjemnego, a przynajmniej znośnego.
Tak postawa szybko przyniosła owoce,  niedługo później ożeniłem się. Z miłości.
Ślub wypadł na czas kiedy Pan Generał poszedł na wojnę z własnym narodem, a myśmy mieli  cywilny w pierwszym tygodniu stanu wojennego, a kościelny w trzecim tygodniu grudnia. Wtedy nie było jeszcze konkordatu, a więc ślub kościelny i cywilny to były dwa różne wydarzenia.
Opisałem to szczegółowo na łamach bloga pod datą 26 grudnia 2008 roku
Dla zainteresowanych link Wojenne śluby
Ze względu na migrację bloga z Onetu i związane z tym zamieszanie, trzeba w miesiącu grudniu odszukać wspomnianą datę 26 grudnia 2008.
A potem to już zaczęło się normalne życie z cała paletą jego barw.
Czterdzieści i cztery pojawiło się po raz pierwszy przy okazji moich urodzin. Pomyślałem o Mickiewiczu, ale nic nie rozjaśniło mi się w głowie. Pomimo tego przez te kilka dni  czułem się wyjątkowo.
27 grudnia tego roku wypadła nam okrągła, czterdziesta czwarta rocznica ślubu i to już chyba tyle jeżeli idzie o Wieszcza. Następuje zmiana pokoleniowa i w przyszłym roku to mój starszy Syn obchodzić będzie swoje czterdzieste czwarte urodziny. Czy wtedy pomyśli o Mickiewiczu?
A i miliona wspomnianego wcześniej też się nie dorobiłem, choć życie pozwoliło mi mieć tyle ile oczekiwałem. Może zadowolenie tkwi właśnie w racjonalnym ustawieniu własnych oczekiwań?
Poza tym śmiech i uśmiech. Każdy obśmiany problem staje się mniejszy i oswojony choć problemy są chyba po coś. Z pewnością są po coś.
Kiedy 16 lat temu moja żona siadła na wózku,  nastąpiła we mnie zmiana w postrzeganiu świata.
Zamiast pretensji do życia i stwórcy, zacząłem być wdzięczny za to czego do tej pory dostałem od losu.  Wspaniały zaś był każdy kolejny słoneczny poranek, a kiedy nie było słońca zachwycały mnie chmury układające się na niebie w niespotykane wzory.
Tylko czasem sąsiedzi zwłaszcza z tej religijnej części Polski czyli z gór, wspominali coś o krzyżu który przyszło mi dźwigać.
Jeżeli tak było to nie czułem jego wagi.
Po raz kolejny starałem się obśmiać sytuację, wytrzepując w ten sposób depresyjne myśli z głowy mojej żony. Przepraszam za dyskusyjne stwierdzenie, ale na swoją nie miałem już czasu.
Chyba to zadziałało, bo żona sama mi to powiedziała.
Efekty widziałem. Kiedyś w trakcie rozmowy z koleżanką która pocieszając ją, powiedziała:
- Bóg Cię kocha !
Na to moja żona odparła :
- Wiem, aż boję się pomyśleć co by było gdyby tylko mnie lubił. 
I tak to przetrwaliśmy ostatnie  szesnaście lat, naszego wspólnego życia, co razem daje właśnie 44.
Jeżeli  po przeczytaniu tej części, rysuje Wam się jakiś spiżowy zarys na horyzoncie, to natychmiast odgońcie go od siebie.
Klnę   
Nieraz przyszło mi zakląć siarczyście i szpetnie, a o to żona miała do mnie pretensje.
Były chwile takie i były inne, jak to w życiu, Były rozdroża i źle wybrane drogi. Bez tego moje życie było by cukierkowe jak we wzorcowej sielance sentymentalnej z epoki oświecenia. No cóż, ani moja żona nie Laura, a ja nie Filon.
Były i dobre wybory, które nieraz zaskoczyły i mnie samego, bo wszystko zapowiadało z początku katastrofę.
Uczucie wdzięczności za życie jest mi nieobce do dzisiaj i powiem Wam, że z tym żyje się zdecydowanie lepiej.
Czasem mamy dni pełne wrażeń, czasem wypełnione smutnym nastrojem. Są i takie kiedy mojego entuzjazmu i optymizmu musi nam wystarczyć dla nas dwojga.
Więc klnę, a czasami klnę jak  przysłowiowy szewc.
Żona pyta, czy muszę? A owe soczyste "panienki" w chwili zwątpienia stawiają mnie na nogi.
Zaciskam wtedy pięści i niczym Clint Eastwood w filmie "Wzgórze rozdartych serc" mówię 
- Nie dam h..jowi satysfakcji - I nie daję.
Czasami przekleństwo jest jak klucz lub lokalizator.  Pozwoli znaleźć zagubione narzędzie, wyprostować plecy po robocie czy w końcu odstresować się w jednej chwili. Złe myśli zaraz rozpływają się a ewentualna uraza znika.
To nie są przekleństwa przeciw komuś, to nie są wulgaryzmy rzucane w cudzą twarz.
To jest coś takiego jak zawołanie herbowe na polu bitwy, dla mnie i do mnie.
Ktoś powie - jaki herb, takie zawołanie i przyznaję, będzie miał rację.  
Poza tym, nie każdemu przekleństwo pasuje, moje przeklinanie ponoć przynajmniej nie razi.
Gdzieś przeczytałem, że przekleństwa są dowodem na inteligencję. Natychmiast przeczytałem ten fragment żonie. Polemizowała.
Większość z nas facetów ma chyba tę przypadłość.
W Starym Sączu, rok rocznie przed świętami, stawiało się do spowiedzi  pewne starsze małżeństwo.
Najpierw ona dość długo przedstawiała księdzu listę swoich grzechów, a potem on podchodził do konfesjonału.
- Proszę księdza. Przed chwilą spowiadała się moja żona. Ja mam te same co ona grzechy , ale dodatkowo strasznie klnę.
Chciałbym widzieć minę spowiadającego księdza.
Swoją drogą czy nie jest to dowód, że funkcjonują na świecie zgodne małżeństwa z długim stażem.
Czasem tylko przegadujemy się  trochę. Raz wychodzi to lepiej, raz gorzej. Jak w życiu
Ot przykład z ubiegłego tygodnia

- Dlaczego zawsze zostawiasz buty obok podkładki na obuwie w przedpokoju?

- Kochanie gdybym był idealny, byłoby to dla ciebie depresyjne. Kilka rzeczy nie tak jest naprawdę robione w trosce o Ciebie.

Zgadzacie się chyba, że życie z kimś idealnym byłoby nie do zniesienia. Poprzez te drobiazgi czynię wspólne życie bardziej znośnym.
Na koniec wypadałoby powiedzieć - więcej grzechów nie pamiętam, ale może niektóre specjalne pominąłem?
Przecież w tych moich  tekstach nie jestem do końca taki jaki jestem. Czasem jestem w nich taki jakim chciałbym być, a nie do końcami mi się udało.
Potrafię za to być jak widzicie całkiem szczery, czasem do bólu choć tego unikam.
Zastanówmy się, co by było gdybym ten tekst dał do przeczytania mojej żonie?
Czy poniżej w komentarzach  nie pokazała by się lista moich przewin?
Według obiegowej opinii  (ktoś powie, że krzywdzącej), panie najpierw przez lata  planują swój ślub, zapisując w punktach plan tego wydarzenia. Po ślubie zaś pozostałe strony w notatniczku zajmuje im spisywanie wad i przewinień własnego męża.
Nie musi być to fizyczny brulion czy plik w komputerze. To może siedzieć głęboko w ukochanej głowie.
Jeżeli tak rzeczywiście jest to liczę jednak na to, że lista mojej  żony jest raczej krótka


                                           

26 grudnia 2025

Coś się kończy, coś się zaczyna czyli pożegnania

Po górach zacząłem chodzić zaraz na początku studiów. Kolega z grupy zaprosił mnie na jesienny wypad w Tatry. Ja nawet nie miałem odpowiednich do tego butów. Miałem tam jakieś wcześniejsze wyjścia, w doliny lub do Murowańca, ale to można zrobić w byle czym.
Tak więc kolega ( potem przyjaciel, a obecnie tylko znajomy) pożyczył mi kasę na pierwsze buty specjalistyczne. 
Wyglądały mniej więcej tak


Po kilku latach nabrały szlachetnych zadrapań i dalej doskonale służyły. Na tym zdjęciu ze starszym synem mają jakieś 8 lat. Swoją drogą to pierwsze od założenia bloga czyli od 17 lat  moje zdjęcie tutaj  opublikowane.  Teraz ten młody człowiek obok mnie ma prawie 44 lata.
Zdecydowanie były to Polsporty, ale modelu jak mi bóg miły, nie pamiętam.
W nowych butach (co za idiotyzm) wybraliśmy się wraz z jego ciotką w poważniejsze góry. Wtedy zaliczyłem Szpiglasową Przełęcz, zasypaną śniegiem i zmrożoną chociaż był dopiero koniec września.
Spodobało mi się i zacząłem regularnie odwiedzać Tatry. Schodziłem te pierwsze buty i przekazałem Starszemu synowi. Wtedy buty trzeba było rozchodzić, aby były w trasie przyjazne. Pamiętam jak ze starszym synem i zrobiliśmy odpoczynek i rozsiedliśmy się na wielkim kamieniu. Tuż obok nas przysiadło starsze małżeństwo. Spojrzeli na buty Syna i powiedzieli - Och gdyby te buty mogły mówić.
Zrobiło mi się miło.
Zaraz zaraz.
Zanim przekazałem mojemu dziecku swoje buty, kupiłem sobie nowe.
Pamiętam był rok 1985 lub coś koło tego. Za każdym razem gdy przejeżdżaliśmy przez Andrychów, Syn prosił by zatrzymać się przy tamtejszym samolocie pomniku. Samolot LIM-2 w Andrychowie to historyczny pomnik, który jak czytaliśmy na tablicy jest symbolem miasta i hołdem dla pilotów poległych podczas II wojny światowej. W 1976 roku został ofiarowany mieszkańcom przez Ludowe Lotnictwo Polskie. Zmontowali go pracownicy Wytwórni Silników Wysokoprężnych Andoria, a samolot stoi na stalowym podeście przy ulicy Krakowskiej. Rozsądek mieszkańców i władz spowodował. że po kapitalnym remoncie w latach 2015-2016, wrócił na swoje miejsce, gdzie stoi do dziś. 
Wracając do schyłku PRL-u. Mieliśmy pewne zaległości w odwiedzaniu samolotu gdyż w pobliżu budowano pawilon z kilkoma sklepami. Zajrzałem tam z ciekawości . Połowa lat osiemdziesiątych to czas gdy kupowało się różne rzeczy nie wtedy kiedy była tak potrzeba, a jedynie wtedy gdy taka możliwość była.
Wchodzę więc do tego pawilonu, a tam na dziale sportowym są one,  buty do turystyki górskiej zwane popularnie "himalajkami" .
Nieopisanym szczęściem było to, że znalazł się i mój rozmiar czyli 39.
Wysupłałem wszystkie swoje oszczędności i kupiłem buty. Wtedy ceny tych butów były koszmarne, a oszczędności niewielkie.  To nie ja niosłem buty wychodząc ze sklepu, ale to rozpierająca duma unosiła mnie dziesięć centymetrów nad ziemią. Sunąłem tak niczym pomnik w kierunku naszego beżowego malucha.
Nie chciałem już odwiedzać brata mieszkającego w Bielsku Białej, ja chciałem gór.
Tym którzy nie pamiętają tamtych czasów i nie widzą w zakupie butów niczego niezwykłego, wytłumaczę po krótce.
Pierwszymi, solidnymi butami turystycznymi w Polsce o których tylko słyszałem, były ''Zawraty''. Potem pojawiły się opisywane tu Himalajki.. Nie dało się  w latach 70 tych kupić ich w sklepach, a dostawa z fabryki była realizowana jako zamówienie dla koła przewodnickiego. Najpierw trzeba było wnieść przedpłatę, a potem spokojnie czekać na swoją kolejkę.
Mnie udało się, ot tak.
Buty cudo.
Cholewka: wykonana ze skóry licowej o grubości ok. 2,5 mm
Wyściółka: miękka i cienka, jasna skóra
Membrana: brak
Podeszwa: Polsport Wałbrzych, przykręcana śrubami
Sztywność podeszwy: twarda
Waga: ok. 1800g (para)
Wyobrażacie sobie, piąć się w góry w butach ważących prawie dwa kilogramy.
Skóra i konstrukcja
Zasadniczą część cholewki wykonano z jednego kawałka sztywnej skóry. But miał dwa języki. Wewnętrzny był obustronnie skórzany ze sprężystą wkładka z gąbki. Zewnętrzny, ochronny, zrobiony był z grubej i sztywnej skóry a u góry miał haczyk do zaczepienia języka na sznurówce.
Całe wnętrze podszyto wyściółką z miękkiej, jasnej skóry. Między cholewką a wyściółką umieszczona była cienka warstwa izolująca. Podwyższona część buta, obejmująca kostki, zrobiona była z cieńszej skóry i wypełniona elastyczną gąbką, ocieplającą i chroniącą kostki.
Pierwsza wersja butów miała do sznurowania pięć par drucianych oczek i trzy pary haków a na samej górze niewygodne dziurki do przewleczenia sznurówki. Później buty robiono trochę niższe i nie miały dziurek na górze.
Podeszwa
Podeszwa  produkcji Polsport Wałbrzych była bardzo twarda, z ostrym bieżnikiem i dobrze trzymała się każdego podłoża. Buty były na wszystkich połączeniach szyte a guma podeszwy dodatkowo przytwierdzona mosiężnymi śrubkami. Bieżnik dość szybko się ścierał. Szczególnie pod palcami i na piętach (z czego można było wywnioskować, że powierzchnia Ziemi jest wklęsła).
Nim jednak wybrałem się w nich na Świnicę, trzeba było bestie zaimpregnować.
Buty były odporne na wodę, głównie przez swoją pancerność, wspomaganą od czasu do czasu impregnatem własnej roboty
Nie było gotowych impregnatów. Według starej receptury kupiłem:  podgardle wieprzowe i wosk pszczeli. Całość w odpowiednich proporcjach stopiłem i gorący jeszcze, małym pędzelkiem nanosiłem na skórę. Potem po ostygnięciu roztarłem równomiernie szczotką.
Po takim zabiegu mogłem przechodzić jak chciałem małe górskie potoki, Buty nigdy nie przeciekły, woda zaś zbierała się na ich powierzchni w dużych przeźroczystych kroplach które spadały z buta gdy tylko człowiek tupnął nogą.
Pomimo grubych skór i jakiejś tam warstwy między nimi, wilgoć pochodząca z potu potrafiła wydostać się na zewnątrz. Bez stosowania jakichkolwiek dezodorantów, do końca swoich dni nie śmierdziały zbyt mocno.
Komfort użytkowania
Buty były bardzo sztywne, po mocniejszym zasznurowaniu trudno było zgiąć nogę w kostce. W lecie często nie były sznurowane do końca, by je nieco ''odsztywnić''. Przez pierwsze kilka lat ugniatały i ocierały tu i ówdzie.
Po paru latach użytkowania skóra dopasowała się do nogi i przez kolejne lata już były wygodne.
Trochę tych gór schodziłem, choć muszę przyznać, że na Rysach nie byłem z szacunku do gór i właściwej ocenie swoich możliwości
Zawsze stosowałem Kodeks zachowania w górach
Honorowy Kodeks Turysty Górskiego
1. W górach liczy się partnerstwo i współpraca. „Wyszliśmy razem – wracamy razem”.
2. Najlepiej wybrać się większą grupą, bo to raźniej i bezpieczniej.
3. Nikt nie gna do przodu, nikogo też nie zostawia się w tyle.
4. W razie wypadku należy udzielić pomocy, inni z grupy powiadamiają pogotowie.
5. Po górach poruszamy się ostrożnie zwracając uwagę na luźne kamienie.
6. Nie wolno rzucać kamieni w przepaść.
7. Mijanych turystów powinniśmy powiadomić o ew. niebezpieczeństwie na szlaku.
8. Zawsze należy dawać pierwszeństwo schodzącym.
9. Nie biegamy po ścieżce turystycznej, a rozpychanie się jest niedopuszczalne.
10. Nie wolno krzyczeć, gwizdać a nawet zbyt głośno śpiewać zwłaszcza na terenach chronionych.
11. Wszystko, co wnosimy w góry znieśmy na dół – nie należy pozostawiać po sobie żadnych śmieci.
12. Dokarmianie zwierząt jest zabronione.
13. Nie wolno niczego zabierać „na pamiątkę” – nie można zrywać kwiatów, nacieków skalnych w jaskiniach, itp.
Pomyślcie, mając osobiste doświadczenie, lub widoki z wiadomości TV ile z tych punktów jest obecnie honorowanych przez odwiedzających góry ?
             A potem moje zainteresowania rozszerzyły się i było jakby mniej czasu na turystykę górską. Zaczęła ona przegrywać z nartami, a potem pierwszym motocyklem typu Trial. Po drodze było wychowanie dwóch synów i wieczny remont starej chałupy w Gorcach. Potem pechowa operacja żony i tak buty schły z tęsknoty cichutko w kąciku nie mając już odrobiny wilgoci w sobie by zapłakać.
Przeleżały tak ze dwadzieścia lat, Od kilku walczyłem ze sobą odkładając tę ostateczną  decyzję na później.
Dzisiaj w nabożnym skupieniu, wrzuciłem je do kontenera PCK. Były w świetnym stanie, więc być może jeszcze kogoś ucieszą.
Kiedy zamykałem pokrywę kontenera czułem się jakbym osobiście zamykał płytę grobową swojego najlepszego przyjaciela.
Kiedy zdałem sobie w końcu sprawę z nieodwracalności mojej decyzji oczy zrobiły nie się lekko wilgotne.
W końcu spędziliśmy ze sobą, w ten czy inny sposób jakieś 40 lat
Sam mam świadomość, że siły już nie te i kultura na szlakach jakby inna. Nie wiem czy zniósłbym tłum i dzikie zachowania w górach które są dla mnie formą świętości.
Coś się więc skończyło/
Może i mógłbym pozwolić by dalej leżały ciesząc oko przy każdym otwarciu szafy. Podjąłem jednak decyzję by się z nimi pożegnać na własnych warunkach. Kiedyś uczestniczyłem w opróżnianiu mieszkania po zmarłej samotnej osobie. Zdałem sobie wtedy sprawę z faktu, jak wiele emocjonalnie związanych z osoba przedmiotów wyrzucałem bez głębszej refleksji, bo nie było na nią czasu. Nawet mnie to nieco uwierało.  
Co się więc skończyło, a co w takim razie się zaczyna?
W zeszłym roku odświeżyłem sobie jazdę na nartach,  po 16 latach odmawiania sobie tej przyjemności.
Może uda się wrócić do jakiejś takiej regularności w uprawianiu tej formy męczącego wypoczynku ? Zwłaszcza, że jako emeryt mogę zapiąć deski o każdej porze, nawet w środku tygodnia.
Poniżej, ostatnie spojrzenie na moje " himalajki".

                                                
*
Do opisu butów skorzystałem z recenzji znalezionej w sieci.

24 grudnia 2025

Wesołych Świąt

W ten Szczególny Dzień, nie zawracam Wam głowy swoimi historyjkami 
życzę jedynie :

Zdrowych, Radosnych i Spokojnych 
Świąt Bożego Narodzenia
  

17 grudnia 2025

Śpiewający Grabaż

Na wstępie informuję, że nie ma błędu ortograficznego w tytule, a użycie dużej litery jest w pełni uzasadnione. Do wszystkiego dojdę jak w moim wieku, powolutku

- Co robisz w sobotę? - głos Młodszego był jak zwykle zdecydowany, a pytanie skondensowane w minimalnej ilości słów.
- Potrzebujesz zostawić u nas wnuczkę na weekend? - spytałem z nadzieją
- Ja się pytam, co robisz w sobotę ? - powtórzył z lekką irytacją w głosie.
Znam już tego mojego młodszego syna, kąpanego w gorącej wodzie. Sprawy toczą się według jego scenariusza lub w ogóle. Przed te trzydzieści pięć lat wspólnego życia w ramach jednej rodziny zdążyłem się do tego przyzwyczaić. W sytuacji w której według mnie przeholował, obracam sprawę w żart i obśmieję sytuację. Wtedy i jego puszcza i mięknie. Najgorszą rzeczą byłoby stawiać sprawę na ostrzu noża. Obaj wyszlibyśmy z tego spięcia zranieni.
Wewnątrz tego raptusa, znajdują się duże pokłady empatii i dobroci, trzeba ją tylko chcieć i umieć dostrzec. Trzeba tylko odrobinę elastyczności, a jak wiadomo elastyczność to marzenie starych kości.
Mówię to z perspektywy życiowego doświadczenia, a więc niech nikt nie mówi, że starość jest kiepska.

- Nic nie robię w znaczeniu twórczym. Pewnie będę jak zawsze do dyspozycji mamy, wypiję jeden lub dwa kieliszki wina, jak to w sobotę.

- To nie pij tego wina, bo mam inną propozycję. Co powiesz gdybyśmy razem wybrali się na koncert
do klubu studenckiego?

Przez przerażoną głowę przeleciała mi perspektywa muzyki klubowej czy house.. Ostatnio razem z żoną byli na występach Borisa Breicha. To taki niemiecki DJ tech-house/minimal w masce z ludzką twarzą i specyficznym „szczęściem” na niej. Miksowane dźwięki były jednak powyżej mojego poziomu percepcji, o przyjemności już nawet nie wspominam.

- Zaskoczę Cię, to Pidżama Porno. Mam dwa bilety i zapraszam.

- Pidżama Porno mówisz ?. Rzeczywiście daleko od house do punk rocka.

Tutaj wyjaśnienie dla czytelników nie podążających za muzyką. Pidżama Porno – to polski zespół punkrockowy, założony w 1987 roku, przez wokalistę Krzysztofa „Grabaża” Grabowskiego i gitarzystę Andrzeja „Kozaka” Kozakiewicza. Zespół znany był głównie w środowisku punkrockowym; muzyka punkowa przodowała w prawie wszystkich płytach zespołu, ostatecznie docierając do różnych odmian bardziej skondensowanego rocka.
Wiemy już skąd tytułowy - Grabaż
Zespół kilkukrotnie już zawieszał działalność by po latach ją wznowić w tym samym składzie niczym feniks z popiołów, bazując na wiernych fanach i wzbudzając zainteresowanie młodszych sympatykach punka.
Liderem zespołu Pidżama  jest autorem tekstów,  a pewna ich  część  funkcjonuje również bez muzyki – jego wiersze zostały wydane w tomiku poetyckim „Welwetowe swetry”, czy "Na skrzyżowaniu słów"
Nie byłem nigdy na koncercie zespołu punkowego. Trochę przeszkadzała mi dynamika wykonywanych utworów, zbyt szybie one są dla rockowego ucha. Dla niewprawionego obserwatora odstraszające są też migawki w mediach, obowiązkowo z tańcem pogo, który zwyczajowo odbywa się pod sceną.
Co to pogo?
Pogo to rytualny taniec grupowy, charakterystyczny dla kultur punków oraz metalowców Zaobserwować można go na sporej części koncertów rockowych, punkowych, emo oraz metalowych.
Ponoć ten metalowy jest dużo bardziej brutalny.
Pogo wywodzi się z subkultury punk, w Polsce rozpowszechnione zostało w latach osiemdziesiątych na Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie. Ech ten Jarocin, dla jednych źródło inspiracji, dla innych pomimo lat, powód do narzekania na młodzież.
Punkowcy tańczyli tam pogo podczas każdego koncertu, co urosło wśród nich do rangi niezbędnego rytuału.
Pidżama jest zespołem punk-rockowym, postanowiłem więc się skupić na tym drugim z elementów
Szybko rzuciłem na szalę:  z jednej strony pewien dystans do muzyki punkowej, a z drugiej to, że własny syn chce pójść na koncert do studenckiego klubu z ojcem któremu do siedemdziesiątki zostało miej niż trzy lata.
Swoją drogą Grabaż jest tylko siedem lat ode mnie młodszy. W wywiadzie udzielonym dwa lata temu mówił
- Jeszcze daję radę, jeszcze.
No to co, ja miałbym tej rady nie dać ?


Grabaż w swoim charakterystycznym cylindrze.

Cylinder muzyka powszechnie kojarzy się raczej ze Slashem z Guns N' Roses który zaczął nosić cylinder w 1985 roku, gdy szukał zespołu, a stał się on jego nieodłącznym elementem w 1989 roku, kiedy to założył swój kultowy już kapelusz, by ukryć się przed tłumem i poczuć się bardziej komfortowo. Od 1989 roku Zaczął nosić ten sam, charakterystyczny cylinder, z którym jest kojarzony, i podkreśla, że pomaga mu on przezwyciężyć nieśmiałość. Można więc przyjąć, że nikt nikim się nie inspirował.
Wracając zaś do szalek mojej wagi.
Jakaż mogła by być odpowiedz? Tylko jedna. Szala z relacjami przeważyła, uderzając głośno o podłogę w największym wychyleniu.

- Z przyjemnością pójdę z Tobą Synu na ten koncert.

Tak jak powiedziałem tak zrobiłem. Wczesnym sobotnim wieczorem udałem się na Miasteczko Studenckie.
Koncert  w klubie Studio na Miasteczku Studenckim odbywał się w ramach 38 rocznicy powstania zespołu. Zwykle w takich okazjach zespołowi towarzyszą inni zaproszeni wykonawcy. Tutaj zapowiedziano występ 3 kobiet. Kojarzyłem tylko Anię Rusowicz, córkę Ady.


Weszliśmy do klubu zaraz po 19.00, a początek koncertu przewidziano na 20.00
Czujnie stanęliśmy w środku sali licząc na to, że ewentualne pogo tutaj nas nie dosięgnie. 
Ludzie trwali już na swoich stanowiskach. Jedni tylko w koszulach ze stosownym napisem


Inni postarali się o charakterystycznego irokeza, bo przecież "Punk not dead"


Do tego cała kolekcja punkówek w charakterystycznych czerniach oraz byłe punkówy które przyprowadziły na koncert swoje córki,  takie małe lady punk.
Ja też mógłbym powiedzieć, że byłem z synkiem na koncercie, ale to był chyba najstarszy synek z ojcem na tym koncercie. Młody  ma w końcu 35 lat. 
Rzeczywiście szukałem jakiejś twarzy która by była starsza od mojej, ale nie znalazłem.
Po supporcie, tak przed 21.00 pojawili się Oni.
I zaczęło się wariactwo. Okazało się, że cała sala znała teksty wszystkich prezentowanych utworów.
Mając po raz pierwszy kontakt z  niektórymi tekstami, czułem się trochę jak niebieski krasnoludek w zielonej bajce. Mnie jednak też poniosła w końcu atmosfera koncertu. Zacząłem podrygiwać, kiwać się klaskać, a na końcu uczestniczyłem w pewnej formie pogo lajt, ponieważ stojąca obok mnie dziewczyna była bardzo dynamiczna w odbiorze muzyki i trącała  mnie raz po raz w trakcie przeżywania muzyki.
Zadziwiające, że nie miałem do niej o to żadnych pretensji. 
W końcu nad głowami uczestników pojawiali się pojedynczy słuchacze, przenoszeni w tę i drugą stronę za pomocą rąk tłumu. To było dość łatwe gdyż sala była  szczelnie wypełniona.
Grabaż nazwał ich sekcją gimnastyczną zwłaszcza wtedy gdy gość z irokezem stanął na ramionach kolegi by wybić się z tłumu.
Nasłuchałem się głośnej muzyki do woli, bo nie było obok żony która zwykle w takich sytuacjach mówi - przycisz to bo leci za głośno.
Czy ktoś słyszał kiedyś zbyt głośną muzykę rockową ? I czy w ogóle można cicho słuchać na przykład  rocka?
Ogarniając muzykę, bo w końcu to zespół punk- rockowy  i o dziwo słysząc słowa utworów, które powstały w latach 80 tych i 90 tych ubiegłego wieku zastanawiałem się nad tym jak współcześni fani interpretują je dzisiaj kiedy wszystko wokół się zmieniło. Nawet ludzka natura już nie taka sama.
 To jednak temat na inne rozważania.  Powiem tylko że teksty Grabaża  są mocno zaangażowanie i z tego co udało mi się zrozumieć  to  nawiązując do  kapelusza lidera.- chapeau bas.
O 23.00  wracaliśmy z synem do domu. Ponieważ mieliśmy  bilety na płycie. staliśmy więc jakieś 4 godziny. Nogi właziły nam do d**y, ale atmosfera była tego warta.
Zadziwiające, że pod siedemdziesiątkę zainteresowałem się muzyką punkową, ale sobotni koncert sprawił  mi niesłychaną frajdę, ba uczynił mnie szczęśliwym w tamten wieczór.
Przestałem  patrzeć na tę muzykę jako na wydarzenie z niższej półki artystycznej. Chętnie zagłębię się w dorobek Pidżamy Porno, a szczególnie w teksty Grabaża.
Nie żebym zaraz stał się fanem punka, ale trochę głupio mi, że coś kiedyś odrzuciłem, nie dając mu szansy.
A może nie ma w tym żadnej tajemnicy, żadnego muzycznego przebudzenia lecz tylko spełnia się powiedzenie, że człowiek dziecinnieje na starość ?
Nie wiem czy chcę sobie odpowiadać na tak zadane pytanie.
Wrzucam tu zdaniem wielu zdecydowanie najlepszą piosenkę Pidżamy Porno – „Stąpając po niepewnym gruncie” z płyty „Złodzieje zapalniczek”.  Recenzenci napisali, że utwór ten, w swoim hipnotyzującym brzmieniu traktuje jak wcześniej o uczuciach – jednak o zupełnie innych, takich o których się milczy i wypiera. Wygasłe już uczucie, może wzniecić bowiem iskrę, przenikającą w ostry i bolesny sposób, a Grabaż doskonale zdaję sobie z tego sprawę. W tekście słychać bezradność, desperację i eksplozję uczuć, a wszystko w połączeniu z intrygującą linią gitary stwarza atmosferę przyprawiającą o ciarki. Muzycznie utwór jest dosyć spokojny, lecz tylko na pozór – klimat od początku do samego końca trzyma w napięciu jak tykająca bomba, a podczas refrenu eksploduje. Z pewnością najbardziej docenią ją ci, którzy doznali uczucia, o którym śpiewa Grabaż, jednak nie tylko oni – nie bez powodu utwór cieszy się tak wielką popularnością chociaż został nagrany na płycie wydanej w 1997 roku.



Nawiasem mówiąc na tej samej płycie znajduje się też utwór - Bal u Senatora
Jeżeli komuś tytuł kojarzy się z Dziadami Mickiewicza, to dobrze trafił
Mamy tu bowiem do czynienia z nawiązaniem do znanego z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza Balem u Senatora, umieszczonym w realiach wielkich polskich przemian ustrojowych – wczesnych lat 90. W siedlisku moralnej zapaści jest jednak również trójka młodych ludzi, czekających tylko na odpowiedni moment na wykorzystanie okazji do masakry. Wybija się tu konflikt wartości, buntowniczość Grabaża i warstwa liryczna ze stopniowo narastającym napięciem. Wszystko łączy się w utwór niebanalny i z pewnością warty uwagi.
Tego utworu zainteresowani czytelnicy mogą poszukać sobie na You Tube.
Ponieważ zespół nagrał dwa utwory o tym samym tytule, szukajcie tego z powiązanego z tytułem płyty "Złodzieje zapalniczek" lub rokiem 1997.

Kto by posądzał punkowego wykonawcę o inspirację Mickiewiczem?
Ano właśnie, parę razy pisałem na tych łamach, że nic nie jest takie na jakie wygląda.
Teraz też pasuje jak ulał.

PS
A dla zobrazowania atmosfery, malutki fragment utworu  - Tu trzeba krzyczeć.
I krzyczeliśmy w rytm melodii.
  








10 grudnia 2025

Osobisty Jezus

Już widzę te zbulwersowane miny niektórych już po przeczytaniu tytułu.
Czy odważycie się jednak zanurzyć w tekst? Jednym zdaniem można go streścić, cytując najczęstszą wymówkę mężów złapanym in flagranti z jakąś atrakcyjną flamą. Pierwsze co potrafią z siebie wydusić to z reguły -  To nie jest tak jak myślisz !
No właśnie. To nie jest tak jak myślicie.

Wszystko zaczęło się jakiś czas temu. Mój Starszy podarował swojej żonie w prezencie urodzinowym
warsztaty tworzenia zapachów. Warsztaty odbyły się w pewnym profesjonalnym  laboratorium perfum. Synowa wróciła zafascynowana tworzeniem kompozycji zapachowych Stworzone przez nią perfumy, firma wlała do flakonika i była to wyjątkowa pamiątka oprócz ozdobnego  certyfikatu ukończenia kursu.
Ponieważ mój Syn podziela zainteresowania żony, on też w tym szkoleniu uczestniczył .
Parę dni temu, żona zajmowała się Seterem Starszego gdyż ten musiał pilnie stawić się na rozprawie w sądzie, oczywiście jako prawnik.
Widocznie rozprawa przebiegła po jego myśli ponieważ oboje z żoną otrzymaliśmy 30 mililitrowe flakoniki z perfumami ze wspomnianego laboratorium.
Moje nosiły nazwę Personal Jesus czyli właśnie tytułowy Osobisty Jezus.
W pierwszej chwili nie skojarzyłem, ale Starszy podsunął mi pod nos teledysk Zespołu Depeche Mode
Zaskoczyło i wszystko stało się  jasne.


Jasne i pięknie. Zapoznałem się nawet z tłumaczeniem, ale wobec powagi problemu miałem potrzebę, aby ktoś mi wytłumaczył sens utworu. Tak  prosto,  z polskiego na nasze.
O czym jest piosenka Personal Jesus?
Jak zwykle nieoceniony Internet pozwolił mi, abym poznał prawdziwe znaczenie i historię utworu Depeche Mode
Z całą przyjemnością podzielę się tą wiedzą z Wami :

Piosenka "Personal Jesus" zespołu Depeche Mode, wydana w 1989 roku jako pierwszy singiel z ikonicznego albumu Violator, to utwór o niezwykłej głębi i wieloznaczności, który stał się kamieniem milowym w karierze grupy i w historii muzyki elektronicznej. Na pierwszy rzut oka, tytuł może budzić skojarzenia religijne, jednak Martin Gore, główny autor tekstów, przyznał, że inspiracją do jego powstania była zupełnie inna historia – książka Priscilli Presley Elvis and Me. Gore był zafascynowany tym, jak Priscilla idealizowała Elvisa, traktując go niemalże jako swoją osobistą figurę zbawiciela, kogoś, kto oferuje nadzieję i opiekę. Właśnie ta refleksja nad skłonnością ludzi do stawiania innych na piedestale i przypisywania im boskich cech, legła u podstaw utworu.
Tekst piosenki, z refrenem "Reach out and touch faith ...." , mówi o uniwersalnej ludzkiej potrzebie wsparcia, zrozumienia i wiary – niekoniecznie w sensie religijnym, ale raczej w drugim człowieku. Gore tłumaczył, że każdy z nas może być takim "Jezusem" dla kogoś innego, choć jednocześnie zaznaczył, że nikt nie jest doskonały i takie idealizowanie może prowadzić do niezrównoważonego spojrzenia na relację. Z drugiej strony, Dave Gahan, wokalista Depeche Mode, określił piosenkę jako bardzo optymistyczną, sugerując, że chodzi o wiarę w coś większego niż my sami, a ostatecznie o wiarę w siebie, bo odpowiedzi są w środku, jeśli kopać wystarczająco głęboko. To pokazuje dwie strony tej interpretacji: z jednej strony przestroga przed ślepą idealizacją, z drugiej – zachęta do poszukiwania wewnętrznej siły i oparcia...
...Ostatecznie, "Personal Jesus" to skomplikowana opowieść o poszukiwaniu sensu i wsparcia w świecie, który często wydaje się obojętny. To utwór, który stawia pytania o naturę wiary, idealizacji i relacji międzyludzkich, pozostawiając słuchaczom przestrzeń do własnych refleksji, czy to o duchowej odnowie, czy o nieco bardziej cynicznej perspektywie, jak sugerują niektórzy komentatorzy. Niezależnie od interpretacji, pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych dzieł Depeche Mode.  ( fragment pochodzi z witryny Wersuj.pl }

Tak więc poranne skropienie się  perfumami to bardziej wędrówka z Osobistym Elvisem, którego nie tylko Priscilla uważała kiedyś za boga, ale również zachęta do poszukiwania tego uniwersalnego boga w sobie.
Jak pachnie mój Osobisty Jesus ?
Piramida zapachowa wygląda następująco
Głowa: cytryna, czarny pieprz, elemi;
Serce: cedr, cypriol, jaśmin;
Baza: mech dębowy, suche drewno, białe piżmo;

Nie mam wrażliwego nosa i chociaż w przypadku perfum to wada, w przypadku prozaicznych czynności wykonywanych w życiu to zdecydowana zaleta.
Ileż to razy zanurzając się po uszy w śmierdzącej robocie,  dziękowałem bogu za  niewyostrzanie mi tego zmysłu.
Ponieważ wraz z żoną jesteśmy małżeństwem kompletnym, a więc moim brakom towarzyszy jej nadwrażliwość na zapachy. Widzę więc czasami jak się męczy.
Może żona jest kompletna sama w sobie. Myślę tak i  nie potrafię na szybko powiedzieć  w czym to  jestem lepszy od niej. 

Stwierdzam, że pierwszym zapachem jaki wyłapują moje zmysły jest pieprz.
Czuję się więc na początku jakbym dostał za zadanie, aby zmielić pieprz dla kolejnej edycji Master Chefa . Może przesadzam, ale ten aromat uderzył mnie jako pierwszy.
Potem pojawiają się inne nuty jak cytryna i cedr, ale o niebo delikatniejsze.
Mam, a raczej miałem, poważne obawy przed szerokim stosowaniem tych perfum.
"Pepper man czy może Spicy man"  ktoś o mnie powie ciągnąc nosem.
Czy jednak wypada się tak reklamować, gdy na odległość widać, że to trochę naciąganie. Nie te lata.
Nie poddając się jednak,  znalazłem rozwiązanie.
Gdy ktoś wyczuje ten aromat pieprzu i spyta, potwierdzę dodając, że to przeszłość ciągnie się dalej za mną jakby nie zamierzała odpuścić.
Ot takie niedomówienie. Ani tak, ani nie
Z każdym użyciem rośnie jednak moja tolerancja i sympatia do tych perfum.
Biorąc pod uwagę cenę którą odkryłem przy okazji zbierania informacji o zapachach to perfumy te z pewnością obiecują coś więcej. W moim wieku wspaniałe sprowadza jedynie sny, po  wieczornej aplikacji. Wystarczy jedno psiknięcie.  Wiek wiekiem, a ludzką rzeczą jest pomarzyć.
Nie na darmo Anglicy dla snu i marzenia mają jedno określenie "dream". 
Niestety tłumaczenie obejmuje też urojenie i marę.
A Syn rzeczywiście  wygrał tę sprawę.


PS Nie jest to żaden tekst reklamowy, a więc na zdjęciu zatarłem nazwę producenta 
     

                                                                     

03 grudnia 2025

O krok od kompromitacji

Ośmielony wyznaniem Nitagera,  pozwalam sobie zmieścić ten post, aby nie czuł się w swoich wyznaniach osamotniony 
Wypowiedź mojego znajomego pasuje jak ulał do tematu, a więc stanowi cytat  na dziś:  

Jestem już w takim wieku, że jak widzę  kibel w pobliżu to korzystam.

To eleganckie by tekst zacząć lub zakończyć jakaś mądrością po łacinie. Ta którą wrzuciłem poniżej  jak ulał ( Nomen omen ) pasuje do tekstu który Wam prezentuję.
"Homo sum, humani nihil a te alienum puto" - "Jestem człowiekiem, nic co ludzkie nie jest mi obce"  Terencjusz.
W moim wieku coraz trudniej wyobrazić sobie, że wybieram się na koncert jakiegoś popularnego zespołu rockowego. Staję w  ogromnej kolejce kolejce przed zamkniętymi bramkami, na dwie godziny przed wydarzeniem. Potem zajmuję dobre miejsce z przodu i otoczony tłumem innych fanów zespołu, znoszę jakiś godzinny support.  W końcu mogę już cieszyć się  ponad  godzinnym występem swoich ulubieńców, gwiazdy wieczoru.
W moim wieku facet wybiera się raczej tam gdzie ma nieskrępowany dostęp do toalety.
W miejscach podwyższonego ryzyka zajmuje miejsce w jakiejś rozsądnej odległości od kibla, mając drzwi z napisem "toaleta" w zasięgu wzroku.
Pamiętam taki fragment z Przygód Dobrego Wojaka Szwejka gdy główny bohater idąc korytarzem chyba sądowym, zatrzymuje się przed każdą spluwaczką i pluje do niej karnie, ponieważ powyżej naczynia znajduje się tabliczka z napisem - pluć do spluwaczek.
Wiadomo wszystkim, że Szwejk miał  urzędowo stwierdzony debilizm. Dlaczego wplatam go do tekstu?
Otóż przyszedł mi na myśl gdy kumpel zamykając za sobą drzwi kolejnego Toy Toya wypowiedział:
te słowa które stały się mottem tego tekstu - Jestem w takim wieku, że jak widzę kibel to korzystam. 
No cóż,  to są konsekwencje posiadania prostaty w pewnym wieku. Tak mówi mój urolog.
Jest taki dowcip.
Dobry Pan Bóg przywołał kiedyś do siebie Adama i Ewę i zapytał :
- Które z Was chce sikać na stojąco?
- Ja, Ja, ja - zaczął wykrzykiwać Adam
- Dobrze będziesz mógł to robić - rzekł Pan, a zwracając się do Ewy powiedział - Tobie pozostaje wielokrotny orgazm
Tak to jakoś się porobiło, że wiele z kobiet nigdy nie miało okazji skorzystać z tego wielokrotnego cuda, a niektóre uważają, że orgazm to tylko wymysł autorów literatury erotycznej.
Pamiętam taką scenę z filmu Manhattan z 1979 r, w reżyserii Woodego Allena, gdzie jedna z Pań na przyjęciu mówi :
- Mój terapeuta powiedział, że miałam w życiu jeden orgazm i w dodatku nieudany.
No cóż, to jest jak z Windowsem, wersja demo jest super, ale praktyka pokazuje coś innego.
          Jakieś dwa tygodnie temu wyjechałem z żoną do lekarza. Po delikatnym obiedzie i poobiednim espresso, wsiedliśmy do auta, planując załatwić jeszcze parę spraw po drodze. Nie codziennie w końcu jedzie się do miasta. Posuwaliśmy się ulicami  w żółwim tempie, ponieważ  taki jest Kraków w godzinach szczytu. Tak czy siak, po prawie dwóch godzinach dotarliśmy do przychodni. Bardzo dobrze, że dotarliśmy, bo  właśnie odczułem narastającą  potrzebę by  odszukać drzwi z dwoma charakterystycznymi kółeczkami.
Jakież było moje zdziwienie gdy po dotarciu po te drzwi, oczom moim ukazał się taki tekst

                                      

W wyobraźni widziałem już  wielką kompromitację ze swoim niestety udziałem, bowiem kolejka do rejestracji była spora. W ogóle było tam kilka poradni, więc najpierw trzeba ustalić czy to ta właściwa
rejestracja.  Ktoś powie, że mogłem podejść bez kolejki. Bardzo proste, ale :
Po pierwsze to nie ja byłem pacjentem, a żona. Po drugie, wytłumacz  głośno całej zniecierpliwionej kolejce,  Ze ja chcę siku! Że akurat tak cię przyparło i musisz zaraz, bo inaczej zaraz tu i teraz....
Szczęśliwie, jakiś mało obowiązkowy pacjent, co prawda odniósł klucz do swojej poradni, ale zapomniał wcześniej przekręcić  go w zamku.
Widzisz żyjemy choć śmierć był blisko - zacytowałem  po raz kolejny poetę, przecierając delikatnie spocone z emocji czoło.
Ten PRL- owski zwyczaj zamykania kibla na klucz i chowania go w jakichś zakamarkach to koszmarna pozostałość po czasach  kiedy klienci kradli papier toaletowy, nie mówiąc o włażeniu z buciorami na deskę klozetową, czy zalewanie jej osobistym strumieniem. Tylko czy wyżebranie klucza powodowało, że człowiek stał się nagle ucywilizowany?   Dziś już papieru nie kradną, bo jest ogólnodostępny. A może jednak kradną  nie przejmując się moją wiarą w ludzi?
A ja jakoś głupio w nich wierzę. 
W czasie jednego z ostatnich wyjazdów motocyklowych, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, aby zatankować maszyny i skorzystać z toalety. Ponieważ podjechało kilka samochodów na raz, zrobiła się kolejka tak przy pompie jak i w toalecie.
Zaczęło się  więc odliczanie osób przede mną, sześć, pięć, cztery osoby.
- Czy 10 minut to dużo? 
- To zależy z której strony drzwi do toalety jesteś - odpowiadają  dowcipnisie
I kiedy tak kontemplowałem upływ czasu, gdy stojący przede mną facet w podobnym wieku,  zapytał:
- Wytrzymamy? Bo jeżeli nie to wchodź Pan.
- Wytrzymamy! - odpowiedziałem dzielnie, bo każdego faceta łatwo sprowokować do rywalizacji
Rozczulił mnie jednak ten prosty ludzki odruch w kiblu, na stacji benzynowej w Białce Tatrzańskiej.
Oczywiście, że wytrzymałem. Pozostałem też z wiedzą, iż Człowieka można spotkać nawet w najdziwniejszych miejscach tego globu nie wyłączając  kibla.




26 listopada 2025

Pokolenie X czyli my? Tak nas widzą młodzi

Pokolenie 50-latków jest przerażone. "To już nie jest to samo życie"
W jednej chwili unikatowe pokolenie zadowolonych z życia 50 i 60-latków zmieniło się w wyczerpanych, niezdrowych, potrzebujących wsparcia. Szczególnie niepokojący jest stan ich głów.
To Początek artykułu Małgorzaty Święchowicz w Newsweeku. 
Lead (z angielska)  jest zazwyczaj wytłuszczony i zawiera kluczowe informacje. Jego zadaniem jest wprowadzenie czytelnika w tematykę artykułu, podając w skróconej formie najważniejsze fakty (kto, co, kiedy, gdzie, dlaczego) i zachęcając do dalszej lektury
Mnie ten początek, by trzymać się rodzimego nazewnictwa, bardziej wystraszył niż zaciekawił, ale coś zmusiło do czytania
Artykuł omawia beznadzieję życia ludzi z tego przedziału wiekowego. Pokolenia wychowanego w PRL które jak krety, jako pierwsze przebijało się przez nowe realia gospodarcze.
Pokolenie ludzi odnoszących sukcesy, ale niepewnych jutra. Potem wypalonych , a na koniec dobitych przez epidemię Covid, po którym zdrowie już nie takie samo, a dodatkowo liczne likwidacje firm, bankructwa i rewolucje w zatrudnieniu.
Jakby tego było mało Pokolenie X jak o nim mówią wchodzi w opiekę zniedołężniałych rodziców w wieku 70 plus.
Artykuł kończy się jeszcze bardziej pesymistycznie niż się zaczynał.
Prof. Szukalski mówi, że to, co teraz się dzieje z osobami mającymi 50-60 lat, wpłynie na ich dzieci. Nie ma się co łudzić. Problem dopiero się rysuje, za kilka lat napęcznieje. Wtedy pierwsze powojenne roczniki wyżu demograficznego przekroczą 80 lat. I pojawi się problem większy niż ten dzisiejszy – gdy część jeszcze jakoś sobie radzi, a część na razie nie jest w stanie zrobić zakupów większych niż dwie bułki i mleko. Za kilka lat będą już być może leżeć i z pewnością tych leżących będzie więcej niż teraz. W pewnym momencie mogą się pojawić dwa pokolenia seniorów – te "dzieci" mające teraz 50+ i tyle swoich problemów, że przestaną sobie radzić z problemami rodziców mających 80+ – mówi prof. Szukalski. – Jedni i drudzy będą potrzebować opieki. I to spadnie na dziecio-wnuki, które teraz być może nawet tego nie podejrzewają. Będą mieć 40-45 lat i poważny problem.
I to podsumowanie tego hiobowego tekstu

                                                                                               Gemini AI

Ja emeryt zbliżający się do 70 ( te  niecałe trzy lata szybko zlecą ) póki co mam nadzieję, że jej  dożyję.
Zacząłem mówić tak od czasu gdy już trzeci pogrzeb na którym jestem dotyczy osoby młodszej ode mnie.
Nie wiem czy mogę podpiąć się pod to pokolenie X. Nie chciałbym wpaść do koszyka oznaczonego literą S jak seniorzy, a jeszcze gorzej - Staruchy.
Piszą o pokoleniu X, że jest – jak wynika z badań – lojalne, pracowite, godne zaufania,
To by się, baz fałszywej skromności zgadzało i z ludźmi z mojej półki wiekowej.
Na rynku niestety pokolenie to jest niepożądane. Tego też doświadczyłem
Wychowane w PRL, często już siwe, młodszym źle się kojarzy. Nagminnie wsadzają Iksów do jednego worka ze swoimi dziadkami – pokoleniem baby boomers urodzonym po II wojnie światowej.
Badacze przyjrzeli się rodzajom  aktywności iksów.
Tu ciekawostka z omawianego  artykułu.
Wśród osób 50+ badacze zauważyli:
Fotelsów (słabiej wykształconych, niezbyt aktywnych domatorów),
Kapłanów Tradycji (mało otwartych, bardzo religijnych, głównie mieszkańców wsi).
Byli też obciążeni chorobami Cichosze i przygniecione obowiązkami Matki Sercanki, na które spadła opieka nad wnukami albo starzejącymi się rodzicami.
Wtedy czyli przed pandemią to wszystko były mniejszości. Na pierwszy plan wychodziły:
zadbane, pełne werwy GrandLejdis – chcące się rozwijać, cieszące się życiem, aktywne, towarzyskie.
Poza tym zadowoleni z życia HotHardzi
i zamożni GoldBoye: stale zapracowani, z mnóstwem zobowiązań, ale znajdujący czas na wyszukane rozrywki, egzotyczne podróże.
Większość była bardzo zadowolona ze swojego życia. Mówiła, że czuje się o 11 lat młodsza, niż wynikałoby z metryki.
Teraz to wszystko się przetasowało.  

A Wy,  naginając nawet ten przedział wieku dla pokolenia X, do jakiej grupy moglibyście się zaliczyć ?