27 stycznia 2026

Siła komplementu

Ponoć dnia nie powinno się chwalić przed zachodem słońca. Kobietę zaś należy chwalić dopiero po śmierci. Słyszałem tę życiową prawdę wiele razy, szczególnie od tak zwanego starszego pokolenia. Jest oczywiście damska i męska wersja tego powiedzenia, a śmierć jest spoiwem tych obu powiedzeń.
Dzisiaj sam jestem starszym pokoleniem, ale ja stosuję inną zasadę: Do przeżycia dnia kobiecie wystarcza kromka suchego chleba i dwa komplementy. Sprawdziłem, działa.
Na dwa lata przed emeryturą zmieniłem pracę. Wszedłem w nowy, raczej młody zespół i jakoś się tam przyjąłem. Uśmiechnięty, nie upierdliwy, starałem się znaleźć czas na wysłuchanie każdego i miłe słowo na podsumowanie. W oczach mojego nowego szefa, nota bene młodszego 5 lat ode mnie jawiłem się pozytywnie. Kilka razy podkreślał moje eleganckie zachowanie wobec pań.
Kiedyś byłem na biznesowym lunchu z szefem i jednym kontrahentem północnej Polski.
W pewnej chwili mój szef przeprosił nas na chwilę, podszedł do sąsiedniego stolika gdzie przywitał się z siedzącymi tam paniami, potem wrócił, a gość stwierdził:
- Ależ pan jest gentlemanem.
Szef uśmiechnął się i powiedział - Ja to to nic, ale on to jest dopiero czaruś.
Oczywiście po tych słowach wskazał na mnie, a ja potraktowałem to jako wyraz uznania dla mojej pracy, osoby i stosunku do współpracowników.
Nie łudźmy się, faceci też potrzebują komplementów. Może nie łakną ich jak kania dżdżu, ale je lubią.
Podbudowują bowiem ich męskie ego
Co zaś tyczy się współpracy z innymi ludźmi to prawda jest taka, że z każdego zdarzenia można wyciągnąć różne wnioski. Można potraktować wpadkę, jak nieistotny szczegół pasma sukcesów, można też rozpamiętywać szczegóły i truć się bez końca. Można obrócić w żart prawie każde drobne nieporozumienie, byle tylko nie dorobić się metki człowieka któremu wszystko wisi. Szczególnie nam facetom taki „komplement” zupełnie nie odpowiada.
Chociaż siła komplementu jest ogromna, to komplementowane cechy zmieniają się z wiekiem
Dojrzałe komplementy, nawet szczerze wypowiedziane potrafią zaboleć.
- Stanęłam przed lustrem - opowiada mężowi żona - spojrzałam na siebie i stwierdziłam, że wyglądam obrzydliwie. Proszę powiedz mi jakiś komplement by mnie podbudować.
Mąż spojrzał znad gazety, pomyślał chwilę i rzekł:
- Jak na swój wiek masz doskonały wzrok.
Prawda, że potrafi zaboleć ?
A tu wszyscy jakby się uparli wytykać nam nasze niedoskonałości.
   
                                              

Jak więc widzimy, nie każdy komplement jest chciany lub oczekiwany
W 2013 roku napisałem już tekst o komplementach niechcianych.  Podeprę się nim w tej chwili, dziękując przy okazji za wyrozumiałość. Oto on:
Czytam. Oczywiście, że czytam. Aktualnie materiały przeznaczone dla kobiet. Dzięki temu mam nadzieję, że wzbogacam swoją wiedzę o jakieś nowe aspekty. Spowodują one, że mój stosunek do kobiet a szczególnie do jednej poprawi się, a wzajemne relacje staną się jeszcze lepsze. Jednym słowem zapanuje idealny związek ciał i dusz. Co prawda czytając te brednie wyssane często wprost z małego palca od nogi, zastanawiam się po co mi ta wiedza?
Jej przydatność jest taka jak posiadanie garbu dla wielbłąda w zoo. Może już czas żeby zacząć pisać własne poradniki?
Przed tym powstrzymuje mnie obiegowa opinia, że teraz to wszyscy piszą a nie ma komu czytać, ale jak wspomniałem na początku, ja czytam.
Ostatnio przeczytałem o zestawie najgorszych komplementów jakie kobieta może powiedzieć facetowi.
Gdzie ? W dziale kobieta w dzienniku pl.
Kiedy? Pewnie w łóżku, z pewnością po. A tak już całkiem dokładnie to dzisiaj, dzisiaj to czytałem ( w 2013 roku) w pracy.
A więc uwaga, oto najgorsze komplementy jakie kobieta może powiedzieć mężczyźnie
1. Wyrobiłeś się - teraz jest mi z Tobą w łóżku znacznie lepiej niż na początku związku.
To poniekąd prawda. faceci nie lubią słyszeć, że teraz są lepsi, bo to oznacza, że kiedyś byli gorsi.
Faceci zawsze są fantastyczni, nawet gdy jedynym ich doświadczeniem jest oglądanie materiałów „szkoleniowych” w Internecie. Nawet gdy taki facet zgubi się w poszukiwaniu „tego” miejsca to jest to zagubienie fantastyczne i graniczące z jakimś mistycyzmem.
Pamiętam moje zagubienie, ale zupełnie nie czułem się wtedy mistycznie. Dzięki temu, że potrafiłem tupetem przykryć własne zażenowanie sytuacją, powiedziałem do partnerki
- Kochanie albo pomożesz mi ją znaleźć albo będziemy się bawili tak do rana.
Rzeczywiście pomogła i po chwili było już po zabawie.
Przy najbliższym spotkaniu mógłbym już usłyszeć komplement, że wyrobiłem się zwłaszcza w porównaniu z ostatnim razem.
Faceci nie lubią kobiet z doświadczeniem, bo one mają skalę porównawczą i może w tym tkwi zła sława zwrotu „wyrobiłeś się”.
Komplement tego typu od faceta nie boli, jest wręcz odwrotnie. Oczywiście mówię o sytuacji dalekiej od seksu.
Kiedyś gdy wracałem od Notariusza z jednym góralem, od którego kupiłem jeden ar ziemi, usłyszałem coś bardzo podobnego.
Franek siedział w samochodzie. Rękę trzymał w kieszeni, w tej samej w której miał pieniądze ze sprzedaży ziemi. Być może to ten namacalny kontakt z kasą tak go rozczulił, bo zamyślił się i po chwili powiedział:
- Jasiu mówił, że kiedyś to ciężko z tobą było wypić, boś się szybko spijał, ale teraz to hej!
Czy można sobie wyobrazić większy komplement od sąsiada z gór?
A to hej znaczyło mniej więcej a nawet dokładnie tyle, że się wyrobiłem.
2 Zmężniałeś, ale naprawdę Ci to służy; świetnie wyglądasz.
To tak jakby to samo w sensie wypowiedziane jak wyżej tylko, że lepiej ponieważ po słowach wyrobiłeś się złośliwi czasem dodają – jak gówno w betoniarce.
I tej betoniarki boimy się najbardziej.
3.Lubię Twoje szpakowate skronie - wyglądasz z nimi tak męsko
Tego nigdy nie traktowałem jak uszczypliwość. Siwizna od zawsze była męska.
Przynajmniej w moim mniemaniu.
Bo facet w ogóle powinien być metalowy.
Metalowy to znaczy że powinien mieć: srebro na skroniach, złoto w kieszeni i przepraszam za dosłowność, stal w spodniach.
Coś się może nie zgadza?
Poza tym w takiej Japonii mówienie komuś, że wygląda starzej, a jeszcze lepiej, że grubiej jest od wieków traktowane jak komplement. Tam z pewnością największym zaufaniem darzeni są zawodnicy sumo na emeryturze.
4. Czuję się z Tobą jak ze starszym bratem
No tak. To jest nieręczne. To jest nawet bardzo niezręczne, a każdy gest wykonany później ma jakieś dewiacyjne zabarwienie.
Czy może być jeszcze gorzej?
Może
Kiedyś jeden facet poprosił żonę aby powiedziała mu coś co go równocześnie ucieszy i zasmuci.
Żona pomyślała chwilę i rzekła
- Masz większego penisa od swego brata.
No i proszę co za wyszukany komplement. I wiąże się w jakiś sposób z punktem pierwszym zestawienia. Z porównywaniem.
I na koniec
5. Miły z Ciebie facet i porządny człowiek...
To komplement który ma najwłaściwsze zastosowanie przy pożegnaniu odchodzących na emeryturę, albo odchodzących z tego świata. W innym przypadku trąci jakąś dalszą, ale jednak perspektywą rozstania.
Bo przecież od czasu do czasu chcemy żeby nasz partner okazał się nie taki znów porządny i miły. Okazuje się, że ponad połowa kobiet ma fantazje w którym facet bierze ją siłą zdzierając z niej ubranie. Niechby jednak własny mąż zaciągnął rajstopy, robi się rejwach na całą okolicę.
A facet do tego rwania jest gotowy, boi się tylko konsekwencji. Najłagodniejsza z nich jest odkupienie owych rajstop.
Stuknę się jednak we własną pierś.
Kiedy pisałem list pożegnalny do jednej dziewczyny, użyłem argumentu, że muszę odjeść ponieważ zacząłem o niej myśleć jak o kobiecie, a nie zastanawiałem się jeszcze nad swoja przyszłością.
Byłem bardzo dumny z tej kwestii.
Dostałem bardzo krótką odpowiedź
- Mama mówi, że ja to mam szczęście do porządnych ludzi.
Nie przyjąłem wypowiedzi tamtej mamy jako komplement.
Bo chyba nim nie był.

No i czas chyba podsumowanie, a to jest krótkie.
Ludzie bądźmy dla siebie dobrzy, nawet zimą  




20 stycznia 2026

Syndrom męża na emeryturze

Przeczytałem pewien artykuł w prasie kobiecej. Do czytania pism kobiecych przyznałem się przed Wam już kilka razy i nadal uważam, że wynikają z tego same korzyści. Jedne teksty są przyczynkiem do korekty mojego postępowania jako mężczyzny i męża, inne zabezpieczają mi część humorystyczną mojego życia, bo przecież jak w książce Johna Graya - Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus
Tak się złożyło, że tekst ten wpadł mi w ręce niedługo po stworzeniu panegiryku na cześć mojego małżeństwa z okazji rocznicy ślubu
Historia dotyczy małżonków na emeryturze którzy obchodzili 40 lecie swojego związku.  U nas to 44, a więc o 4 lata więcej. Być może pewne rafy niebezpieczne dla związku udało nam się już skutecznie ominąć. Po przeczytania artykułu ogarnęły mnie wątpliwości. Czy jest tak jak ja optymistycznie założyłem, czy może te problemu tylko bardziej nabrzmiały? Takie nabrzmiewanie lubi odbywać się w ciszy, ciszy która często zapada między kobietą a mężczyzną w pewnym wieku. Czy w relacjach z kobietą można być pewnym czegokolwiek?
Poprzez portal Onetu trafiłem na stronę Kobieta XL,  a zaintrygował mnie już sam tytuł : Mąż Teresy poszedł na emeryturę - Nie mogę na niego patrzeć.
Jest to historia równolatków których znajomość trawa od szkoły średniej. Obchodzili niedawno 40 rocznicę ślubu, a więc posiadają znaczny staż małżeński
Bohaterka artykułu skończyła 60 lat i przeszła na emeryturę. Mężowi pozostało do przepracowania jeszcze pięć lat. Dalej za artykułem :
" Te pięć lat w samotności Teresa wspomina z rozrzewnieniem. Rano Tadeusz wychodził do pracy, ona sprzątała po śniadaniu, wychodziła na zakupy, na spacer. Wracała do czystego domu, oglądała ulubione seriale, siadała w ciepłe dni z książką na balkonie. Kiedy Tadeusz wracał, jedli wspólnie obiad.(...)
- Posprzątałam po obiedzie, oddawałam mu telewizor. Ja sama wtedy prałam, prasowałam, przygotowywałam obiad na kolejny dzień. Nie wchodziliśmy sobie w drogę. Ja chodzę wcześniej spać, Tadeusz często przesiaduje w nocy. W sumie widywaliśmy się może przez dwie, trzy godziny.
I to Teresie bardzo odpowiadało. Czuła się wreszcie zadowolona, ba może nawet szczęśliwa? Trochę pogadali, wymienili uwagi, co kupić, co trzeba zrobić i każde szło do swoich zajęć.
- Ale nic nie trwa wiecznie – mówi Teresa. - I choć Tadeusz wcale nie chciał, wypchnięto go na emeryturę. To też trudno mu było przeżyć.
Zostali już w domu we dwoje i uporządkowany świat Teresy runął. Już nie ma czystego domu, nie ma seriali, bo mąż od rana okupuje telewizor. Ma swoje nieznośne nawyki, które Teresę doprowadzają do szału. Jak choćby jedzenie pączka bez talerzyka, a potem wkoło okruchy i lukier, który przykleja się do dywanu.
- Ileż razy prosiłam, by tego nie robił – wzdycha Teresa. - Podobnie jest z kładzeniem ogryzków na moje serwety po babci. On mówi, że przecież są „na stojąco”, to nie mogą niczego pobrudzić. A to nieprawda, bo sok z nich kapie."

Tadeusz snuje się po domu bez celu, w końcu siada w kuchni i doradza Teresie jak gotować, chociaż nie ma w tek kwestii żadnego doświadczenia
W efekcie:  
"Teresa jest stale poirytowana, ma kołatania serca, czasami drżą jej ręce, miewa dziwne nastroje, bywa, że płacze bez powodu. Mówiła o tym nawet swojej rodzinnej lekarce, ta poleciła zioła na uspokojenie. Ale nie pomagają.
- Bo we mnie jest coś takiego, że je nie mogę na niego patrzeć – mówi Teresa. - Wszystko, co mówi czy robi, doprowadza mnie do pasji. A przecież niby źle nie mamy, dwie emerytury, nie jesteśmy chorzy. Moglibyśmy żyć w miarę spokojnie."

Dochodzimy do sedna.
Ta dolegliwość która trapi Teresę to nie jest zwykła , prosta nienawiść do męża. To stwierdzony i udokumentowany Syndrom męża na emeryturze, a dosłownie „syndrom stresu z powodu przebywania męża w domu” RHS –( retired husband syndrome_)
Syndrom ten został zidentyfikowany przez Nobuo Kurokawę w 1991 roku Jest to psychosomatyczna choroba związana ze stresem, rozpoznawana w kulturze japońskiej, która według szacunków występuje u 60% starszych kobiet. Uważa się, że jest to stan, w którym kobieta zaczyna wykazywać objawy choroby fizycznej i depresji, gdy jej mąż osiąga lub zbliża się do emerytury.
Podobne problemy spotkać można i w innych kulturach. Na przykład w USA Europie Zachodniej i z tego co czytam u nas.
Nawet w dobrym małżeństwie, kiedy mężowie przechodzili na emeryturę, jakość życia ich żon szybko się pogarszała. Cierpiące żony tak opisywały ten stan :
: „Wariuję”, „Chcę krzyczeć”, „On doprowadza mnie do szału”, „Jestem zdenerwowana” lub „Nie mogę spać”.
"Amerykańscy mężowie wkraczali na teren na którym ich żony przyzwyczajone były do ​​posiadania własnego autorytetu: domu, a zwłaszcza kuchni, i wykonywania obowiązków domowych.
Kiedy mężowie rozładowywali poczucie straty, popadając w depresję, nieczułość lub przemoc, relacje między małżonkami pogarszały się do tego stopnia, że ​​żona czuła się źle fizycznie, emocjonalnie i psychicznie, rozwijając u niej zespół nadpobudliwości psychoruchowej.”
I to już koniec tego ciekawego skądinnąd tekstu.  
Problem jest rzeczywiście poważny. Przez okres swojej pracy zawodowej mężczyzna postępuje według pewnych schematów do których z czasem się przyzwyczaja. Wiadomo zaś, że przyzwyczajenia są drugą naturą.  
Kilkugodzinna nieobecność w domu skutkuje ożywioną konwersacją przy obiadowym stole, może i potem.
Można  przecież się wymienić poglądami i uwagami. Co zaś w sytuacji kiedy od rana do nocy małżonkowie przebywają razem ?
Podświadomie jakoś chyba przyjąłem pod swoją kuratelę ogród razem z warzywniakiem.
Instynkt obronny pozwala mi ewakuować się ze strefy rażenia, a jednocześnie odbyć serię gimnastycznych ćwiczeń.
- Ćwiczeń siłowych przy przekopywaniu ziemi,
- ruchowych: postawa skłon postawa, lub postawa skłon przyklęk.
- nawet  zwykły spacer kiedy muszę z kosiarką obejść te swoje 8 arów zieleni. Spokojnie mogę wtedy odhaczyć dzienną normę kroków. Tak mi mówi mój telefon ,który to liczy.
Że koszę z telefonem w kieszeni? Oczywiście, pracuję bowiem jeszcze od czasu do czasu. Nawet  nie dla pieniędzy a właśnie dla owego zdrowia psychicznego.
Czuję się potrzebny, a nawet jestem w tej pracy lubiany.
Kiedy zaś siedzę w ogrodzie, pod koniec dnia proszę, by żona zawołała mnie na serwis informacyjny w TV. Chcę wiedzieć czy dalej żyję w tym samym kraju w którym się obudziłem
Zona wtedy mówi wtedy z reguły - to może jutro bo jest już 20.30. Może byś już wracał do domu.
W razie braku prac ziemnych, rozwijam swój pęd do  majsterkowania lub naprawiania., Przy zupełnym braku zajęć, zawsze mogę wysprzątać samochód czy zająć się motocyklem.
Pilot do TV jest więc bezużyteczny przez większość dnia, bo żona do fanek seriali też nie należy.
Nie wtykam  nosa z sposób zarządzania kuchnią przez moją żonę, ale potrafię zrobić to czy tamto, może nawet trochę więcej. Oczywiście w ramach uzgodnień. Bez uzgodnień za to opróżniam zmywarkę czy robię śniadanie jaki i  kawę dla dwojga.
Być może w ten sposób, zupełnie instynktowny udało nam się ominąć rafy RHS .
Być może nie. Nie chcę być zarozumiały w swych stwierdzeniach.
Liczę na to, że chociaż uwielbiam mieć własne zdanie potrafię dać się  prowadzić niczym elegancki Bentley. Swoją drogę sztukę delikatnego prowadzenia narowistej maszyny, moja małżonka bardzo dobrze opanowała.

Mam też takie humorystyczne spojrzenie na całą  tę sytuację.
Mówi się, że jak facet mówi, że coś zrobi to zrobi i nie trzeba mu o tym przypominać co pół roku.
Jak w końcu  ma tyle wolnego, że przychodzi czas na tę robotę i facet postanawia, że pomoże na przykład w kuchni to wywołuje to stres a nawet syndrom RHS
Mówią, że kobieta powinna kochać i zrozumieć swojego faceta.
Facet zaś powinien kobietę bardzo kochać i pod żadnym pozorem nie próbować zrozumieć.

No to  smacznego
Dzisiaj robię pizzę Pepperoni, bez sprzeciwu ze strony żony. Sama mnie do tego zachęcała.

                                                                           

PS 
Chciałem zakończyć tekst jakimś miłym obrazem zgodnego małżeństwa i poprosiłem AI o stworzenie takiego sielankowego obrazu, mężczyzny który podaje żonie posiłek. Wiać tu z pewnością ciepło między tymi dwoma osobami
Kiedy pokazałem obraz żonie, oczywiście bez kontekstu, spojrzała na niego i powiedziała .
- Widzisz, facet ma na sobie elegancką koszulę.
Szybko pokazałem jej możliwości AI. Teraz obraz jest jakby bardziej do nas dopasowany.
Kolejny wniosek wynikający z tej sytuacji jest taki, że kobiety stosują inne kryteria do oceny sytuacji 


             

Ja już nie chcę się rozwodzić nad tym, dla kogo  w tym kochającym się związku AI przygotowała trzeci talerz?

13 stycznia 2026

Bo w życiu trzeba być twardym

Nadszedł w końcu ten wyczekiwany moment. Śniegu nasypało w bród, a ludziska wrócili do domu po wydłużonym świętowaniu. Żona już wcześniej namawiała mnie bym pojechał gdzieś na stok, ale wieczorne migawki ze stoków w czasie wielkiego świętowania, zamieszczone w wiadomościach TV upewniły mnie, że dobrze zrobiłem nie ruszając się z domu. 10 stycznia to miała być ta optymalna data.
Umówiony z Młodszym, przygotowałem dzień wcześniej potrzebne elementy. Oprócz nart i kijków oraz obowiązkowego kasku, przygotowałem bieliznę termiczną czyli koszulkę, kalesony i równie termiczne rękawiczki jako wkład w typowe rękawice narciarskie. Słuchając komunikatów meteo dołożyłem również kominiarkę. Teraz bieda już mi chyba nic nie zrobi.
Kierowany emocjami nie mogłem zasnąć, a kiedy już zasnąłem śniły mi się takie głupoty, iż byłem zadowolony z nagłego przebudzenia. Dzięki bogu obudziłem się przed finałem tego dramatu o zagubionym mnie.  Druga w nocy w tej sytuacji zupełnie mi nie przeszkadzała.
Ponieważ rozbudziłem się totalnie, zrobiłem to czego w żadnym razie nie powinno się robić. Sięgnąłem po komórkę i sprawdziłem pogodę na Wierchomli, wsi za Piwniczną gdzie znajduje się nasz ulubiony stok narciarski.

                                                              
Prognozy nie były optymalne. Zapowiadał się silny mróz. Kiedyś nie zwracałem uwagi na takie drobiazgi jak niska temperatura, ale od tego "kiedyś" nieco się zmieniło.  Coraz bardziej lubię ciepło.
Tak to mieszały się we mnie myśli optymistyczne i  pesymistycznymi.  W końcu, tak  koło 5.30 wysłałem zrzut prognozy z pytaniem, czy jedziemy ? Oczywiście zapewniłem, że ja jestem na taką pogodę przygotowany.

- Jedziemy, trzeba być twardym  - odpisał Syn

- Twardym trzeba być a nie miętkim,  jak mówił Jurek Kiler w filmie pod tytułem Kiler, uzupełniłem wypowiedź Syna. 
Ok spodobało mi się zarazem takie postawienie sprawy.
Ponieważ lubimy być na stoku od jego otwarcia, trzeba było też zaraz wstawać. Higiena codzienna, śniadanie, garść tabletek , a potem upychanie na siebie tych wszystkich warstw odzieży. Trochę  to  trwało. Kiedy dojechał syn  zapakowałem sprzęt i o 6.45 wyruszyliśmy spod domu. Przed nami jakieś 130 kilometrów
Siedziałem już wyluzowany i zadowolony. Od czasu do czasu szeleściłem radośnie. Ten szelest wynika stąd, że w czasie mojej większej aktywności narciarskiej, otrzymałem od żony  prezent. Był to  sweter w norweski wzór z wszytą w niego membranę z folii aluminiowej i to ta folia tak właśnie szeleści. 
Swoją drogą, szeleści już tyle lat
Kiedy przyjechaliśmy na stok rozpakowywała się już pierwsza grupka zapaleńców.
Temperatura - 12 stopni Celsjusza dawała się we znaki, ale entuzjazm dominował.
Potem tylko szybki odbiór karnetów i kanapa. Już pierwszy zjazd przekonał nas o dobrodziejstwie posiadania kominiarki.
Wyglądaliśmy tak jakbyśmy chcieli obrobić kasę wyciągu, ale było cieplej. 
Może te 11-12 stopni mrozu to nie jest jakieś lodowe piekło, ale pamiętajmy, że zjeżdżając z góry z szybkością ok 50 km na godzinę tworzymy wiatr pozorny. Wtedy odczuwalna temperatura może wynosić około minus 18 stopni Celsjusza lub jeszcze mniej
Szybko zaczęły marznąć mi  koniuszki palców. Mam taką nadwrażliwość, że przy niskiej temperaturze odczuwam to boleśnie.
Palce mi marzną a naskórek lubi popękać.  
No cóż, jak to mówią nobody`s  perfect.
Po piątym  zjeździe czyli po przejechaniu na nartach ok 10 km,  udaliśmy się do bacówki na stoku. Trochę by się nieco ogrzać, a trochę na małe co nieco. Młodszy od pierwszego ślizgu myślał już o szarlotce która podają w tutejszym barku

Była więc i herbata i kawa oraz szarlotka
- Herbata 10 zł,-/ szt
- Podwójne espresso 24 zł,/ szt
- Szarlotka 18 zł,; / szt
- Mała cola  16 zł-/but
Nie traktuję tych cen w kategorii paragonów grozy, bo w końcu nikt mi nie kazał składać zamówienia, a ogrzać się mogłem za darmo.  Myślę tylko, że taki  wyjazd rodzinny  z  dwójką dzieci którym trudno omówić zakupu  w połączeniu z ceną karnetów to naprawdę spory wydatek.
Moje dziecko obstawiło mi karnet, a więc nie miałem oporów by zapłacić za nas rachunek w "Bacówce"
Wróciliśmy na stok i zjechaliśmy jeszcze 4 razy. Wtedy też  poczułem, że nogi mnie już nie trzymają, a więc postanowiłem odpuścić.  Rozsądek na pierwszym planie.
Ponoć najgorsze są te ostatnie przejazdy, kiedy mówisz sobie - jeszcze ten jeden ostatni  zjazd...
O godzinie  12.45 ruszyliśmy w drogę powrotna do domu. Stok przybrał już kolorowy wygląd z powodu zagęszczenia narciarzami. Na parking pod wyciągiem wjeżdżały kolejne samochody
Kto rano wstaje temu pan bóg daje -  zacytowałem stare ludowe przysłowie.
Słońce towarzyszyło nam w całej powrotnej drodze.
Na 14.00  wróciliśmy do domu, gdzie czekał na nas gorący bigos. Był dobry, ale po tylu godzinach pobytu w mrozie  smakowałoby nam wszystko co gorące. 
Sobotę zakończyłem już  z Małżonką we dwójkę. Wieczorem pozwoliliśmy sobie  na  odrobinę  Single Malt  i był to dwunastoletni finisz udanego dnia.
Młody zmontował  taki filmik, na którym wszystko wygląda tak jak  powinno.
Z tym filmem jest jak ze wspomnieniami Te są zawsze bez wad.

P.S filmu niestety nie umieszczę ponieważ ma jakieś problemy z odtwarzaniem na blogu 
W zamian podrzucam  takie zdjęcie dla sceptyków







05 stycznia 2026

Myśl o co prosisz czyli noworoczne plany i życzenia .

Nowy Rok to okres składania noworocznych postanowień. Budowania planów i marzeń na najbliższą przyszłość. Niektóre z tych planów do spełnienia potrzebują tak zwanej bożej pomocy, bo w normalnych warunkach wydaje się to zupełnie niemożliwe, Ja też powoli wchodzę wchodzę w te buty zaczynając swoje plany na najbliższy rok od słów:
- A w nowym roku jak Bóg pozwoli....
Możecie się śmiać i żartować, ale dość już naoglądałem się sytuacji kiedy wielkie plany i niepohamowane ambicje w jednej chwili pakują się do urny i lądują na cmentarzu, na którym to nic co doczesne nie jest już istotne. No być może poza tym, by granit błyszczał, ale to już plan tylko dla żyjących.
Wracając jednak do tej weselszej części planowania.
Prosimy Pana Boga o to, by może nagiął swoje plany co do naszej osoby i szczodrze sypnął  łaską posiadania.
Uważajcie jednak o co prosicie ponieważ jak to powiedział znajomy ksiądz - Łaska Pańska chodzi różnymi drogami.
Pomyślałem o tym wtedy gdy usłyszałem ten dowcip :

Działo się to wtedy kiedy dobry Pan Bóg stwarzał mieszkańców ziemi, tej ziemi, zakreślał mi czasowe ramy życia.
Pan Bóg stworzył psa. Do psa powiedział :
- Będziesz biegał wokół domu, szczekał, warczał i odstraszał innych. Daję Ci 20 lat życia
- Panie- rzekł pies - 10 lat zupełnie mi wystarczy.
- Dobrze - zgodził się Pan.
Kiedy stworzył małpę rzekł :
- Będziesz fikać  koziołki i robić sztuczki, aby zadowolić człowieka. Daję ci 20 lat życia
- Panie- rzekła małpa - 10 lat zupełnie mi wystarczy
- Dobrze- zgodził się Pan
Stworzył też wołu któremu rzekł:
- Będziesz pracował, orał ziemię, dźwigał ciężary i ciągnął wóz. Daję ci 60 lat życia.
- Panie - rzekła wół, wystarczy mi 20 lat
- Dobrze - po raz kolejny zgodził się Pan
Na koniec jak to już wiemy ze Starego Testamentu, Pan stworzył człowieka.
- Będziesz poznawał ten świat  cieszył się nim przez 20 lat
- 20 lat? Panie Boże to za mało. Daj mi te 10 których nie chciał pies i te 10 z których zrezygnowała małpa. Wezmę też te 40 których nie chce wół.
- Na pewno tego chcesz ? - Spytał Pan - Dobrze będziesz miał.
W efekcie po 20 latach przyznanych przy stworzeniu, przez kolejne 40 człowiek zapieprza jak wół.
Potem przez 10 fika i robi sztuczki by zadowolić wnuki, a końcowe dziesięć spędza przy domu warcząc na wszystkich.

                                               
                                                                                                                  rys  AI Gemini

Śmieszne, ale przy okazji  przypomniałem sobie jakie osobiste doświadczenia mam z prośbami do Pana Boga. Napisałem o tym w 2008 roku, dokładnie 7 września 2008 w poście pod tytułem Znajomy Pana Boga
Ponieważ od tamtego czasu minęło już prawie 18 lat, pozwolę sobie przypomnieć ten tekst. Czynię to  pod rozwagę w składaniu noworocznych zobowiązań  powiązanych z prośbami o wsparcie  Pana Boga.

Znajomy Pana Boga 07 września 2008

Mam się za znajomego Pana Boga. No może jest to określenie na wyrost, ale muszę stwierdzić, że mam dobre relacje z Panem. 
Pierwszy przykład jest może trochę żartobliwy.
Rzecz działa się 10 lat temu ( w 1997 roku dopisek aktualizujący). Pracowałem poza K, a z nadwyżki budżetowej modernizowaliśmy mieszkanie. Zakupiliśmy właśnie bardzo wygodne skórzane fotele, Takie, by tylko zapaść się w nich z pilotem w ręce i nic więcej do szczęścia nie potrzeba, no może piwo ( teraz wolałbym kieliszek wina). Cały tydzień poza domem, a gdy wracałem w piątek wieczorem i już miałem oddać się ulubionej czynności domatora, usłyszałem od żony:
 - Jedźmy gdzieś. Cały tydzień nigdzie nie wychodziłam. 
Któregoś dnia, na takie zawołanie powiedziałem wznosząc oczy w górę:
-  Dobry Boże, żebym tak mógł posiedzieć w moim fotelu do bólu. 
W ten weekend pojechaliśmy na narty. Już w sobotę skręciłem nogę w kolanie. Najbliższe dwa tygodnie spędziłem w moim ulubionym fotelu, siedziałem tak, aż rozbolały mnie krzyże, a nawet to miejsce gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
- Uważaj o co prosisz - żartowała żona.
Przypadek drugi uzasadnia pierwsze zdania posta.
Cztery lata temu ( w roku 2004 dopisek aktualizujący) miał miejsce następujący przypadek. 
Nawał pracy, sprawy domowe i zwykłe wygodnictwo, albo jeszcze tysiąc innych pretekstów spowodowały, że przez kilka lat nie korzystałem z dobrodziejstwa spowiedzi. Wtedy, tak jak dzisiaj odstręczała mnie od tego sama forma. Po pierwsze mechanizm działania, 
Za kratką siedzi przypadkowy ksiądz, zadający jak mi się wydaje również przypadkowe pytania. Nie wiem dlaczego najczęściej są to pytania o antykoncepcję, oraz inne równie sztampowe. Nie odpowiadała mi ten mechanizm,  spowiedzi jak taśmy produkcyjnej w fabryce. Każdy z nas chciałby być potraktowany chociaż trochę indywidualnie. Zacząłem nawet  szukać tej  innej formy. Rozpytywałem znajomych o możliwość spowiedzi, tak twarzą w twarz. Takiej rozmowy indywidualnej o myślach, obawach, odczuciach. Chciałem by ksiądz przeznaczył mi więcej niż standardowe trzy minuty. Jak to jest trudne,  doświadczyła moja znajoma, która zbyt rozgadała się w konfesjonale. Usłyszała wtedy, że to nie jest gabinet psychoterapeuty. Poczuła się zlekceważona.
Padały różne propozycje możliwości. Może ośrodki akademickie, może Beczka … może … Tak to trwało, a czas mijał. 
W tak zwanym międzyczasie zacząłem odczuwać mocne dolegliwości związane z woreczkiem żółciowym. Inni zmagają się z nim przez dziesięciolecia zanim zdecydują się na operację. Ja miałem trzy poważne ataki i natychmiast zostałem skierowany do szpitala na zabieg. ( Jak się potem okazało prawie w ostatnim momencie ) Leżę więc tak po pierwszej nocy w szpitalu,  a tu  około 5.30 wchodzi ksiądz i pyta czy chcę przyjąć Komunię.
Kto wymyślił te godziny nawiedzania chorych? Zaspany i rozkojarzony spojrzałem na niego
- Nie mogę - odpowiedziałem - nie byłem u spowiedzi.
- Może chciałby się pan wyspowiadać ? - spytał
- Może mógłbym.
- Przyjdę wieczorem - powiedział i wyszedł. 
Leżałem samotnie w trzy osobowej sali, która tego dnia miała tylko jednego pacjenta, mnie. 
Przyszedł późnym wieczorem. Był to młody ksiądz od Bonifratrów. Od razu sprawiał wrażenie inteligentnego ideowca, co się zresztą potwierdziło. Byłem trochę zmieszany.
- To jak mam to zrobić ? uklęknąć ?
- Nie trzeba – rzekł – Zamkniemy drzwi, niech Pan siądzie naprzeciw i mówi. Mamy dużo czasu. Rzeczywiście spędziliśmy tak około godziny. Była to forma klasycznej rozmowy, bez gróźb i połajanek do których zdążyliśmy się przyzwyczaić i chyba przestawały robić na nas wrażenie.
Opisywana sytuacja często wychodziła poza klasyczną spowiedź. Dokładnie tak jak chciałem, dokładnie tak  jak sobie wymyśliłem. 
Nie będę tu już czepiał się okoliczności i miejsca spowiedzi. Nie mogę być drobiazgowy. W końcu różnymi drogami chodzi Wola Boża .
Tylko żona  od tego czasu mówi : Myśl o co prosisz. Już dwa razy Ci się spełniło

Poniżej króciutki wiersz który napisałem po tamtym wydarzeniu

Wątpię czasem w istnienie Boga.
Podważam dogmaty
Żeby za chwilę wystraszyć się swych myśli
I skrywać za filarem kościelnej nawy
Ze wstydu przed Nim

A ja jakiem mam plany na ten rok?
Cieszyć się radością życia i obecnością w nim wnuczki. Oczywiście jak Bóg pozwoli


31 grudnia 2025

Czterdzieści i cztery po raz kolejny

A życie jego – trud trudów,
A tytuł jego – lud ludów;
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,
A imię jego czterdzieści i cztery.

Od czasu gdy w ogólniaku przeczytałem "Dziady" jednym tchem, liczba 44 nabrała dla mnie wymiaru symbolicznego i tajemniczego.  Mickiewicz miał jakieś zacięcie do liczb, a więc  i milion stał mi się nie obcy
"Nazywam się Milijon – bo za miliony 
Kocham i cierpię katusze."
Rzekłbym, że ten milion był mi nieco bliższy, bo ze względu na młody wiek i należne mu przypadłości,
zasklepiłem się w jakiejś takiej skorupie cierpienia i niezrozumienia.
Gdy czytam moje wiersze z tamtego okresu to nie mogę pojąć, skąd we mnie znalazła się taka czarna rozpacz i cierpienie.
Potem miałem taki roczny epizod w moim życiu po którym wszystko się zmieniło. Rok pracy w Pogotowia Ratunkowym na stanowisku sanitariusza. Zawsze koło lekarza, nasłuchałem się i napatrzyłem na ludzkie cierpienie.
Podziwiałem to, że poważnie  chorzy ludzie, czepiają się życia i cieszą każdym przeżytym dniem.
Z całą pewnością doświadczenie to pozwoliło mi na inne spojrzenie na swoje życie.
Człowieku czy ty masz powód do narzekania?- zadałem sobie to pytanie w długim monologu wewnętrznym niczym Gustaw i Konrad, by pozostać w  pobliżu mistycyzmu Mickiewicza.
Od tamtego czasu zacząłem przyjmować świat jako coś ładnego, przyjemnego, a przynajmniej znośnego.
Tak postawa szybko przyniosła owoce,  niedługo później ożeniłem się. Z miłości.
Ślub wypadł na czas kiedy Pan Generał poszedł na wojnę z własnym narodem, a myśmy mieli  cywilny w pierwszym tygodniu stanu wojennego, a kościelny w trzecim tygodniu grudnia. Wtedy nie było jeszcze konkordatu, a więc ślub kościelny i cywilny to były dwa różne wydarzenia.
Opisałem to szczegółowo na łamach bloga pod datą 26 grudnia 2008 roku
Dla zainteresowanych link Wojenne śluby
Ze względu na migrację bloga z Onetu i związane z tym zamieszanie, trzeba w miesiącu grudniu odszukać wspomnianą datę 26 grudnia 2008.
A potem to już zaczęło się normalne życie z cała paletą jego barw.
Czterdzieści i cztery pojawiło się po raz pierwszy przy okazji moich urodzin. Pomyślałem o Mickiewiczu, ale nic nie rozjaśniło mi się w głowie. Pomimo tego przez te kilka dni  czułem się wyjątkowo.
27 grudnia tego roku wypadła nam okrągła, czterdziesta czwarta rocznica ślubu i to już chyba tyle jeżeli idzie o Wieszcza. Następuje zmiana pokoleniowa i w przyszłym roku to mój starszy Syn obchodzić będzie swoje czterdzieste czwarte urodziny. Czy wtedy pomyśli o Mickiewiczu?
A i miliona wspomnianego wcześniej też się nie dorobiłem, choć życie pozwoliło mi mieć tyle ile oczekiwałem. Może zadowolenie tkwi właśnie w racjonalnym ustawieniu własnych oczekiwań?
Poza tym śmiech i uśmiech. Każdy obśmiany problem staje się mniejszy i oswojony choć problemy są chyba po coś. Z pewnością są po coś.
Kiedy 16 lat temu moja żona siadła na wózku,  nastąpiła we mnie zmiana w postrzeganiu świata.
Zamiast pretensji do życia i stwórcy, zacząłem być wdzięczny za to czego do tej pory dostałem od losu.  Wspaniały zaś był każdy kolejny słoneczny poranek, a kiedy nie było słońca zachwycały mnie chmury układające się na niebie w niespotykane wzory.
Tylko czasem sąsiedzi zwłaszcza z tej religijnej części Polski czyli z gór, wspominali coś o krzyżu który przyszło mi dźwigać.
Jeżeli tak było to nie czułem jego wagi.
Po raz kolejny starałem się obśmiać sytuację, wytrzepując w ten sposób depresyjne myśli z głowy mojej żony. Przepraszam za dyskusyjne stwierdzenie, ale na swoją nie miałem już czasu.
Chyba to zadziałało, bo żona sama mi to powiedziała.
Efekty widziałem. Kiedyś w trakcie rozmowy z koleżanką która pocieszając ją, powiedziała:
- Bóg Cię kocha !
Na to moja żona odparła :
- Wiem, aż boję się pomyśleć co by było gdyby tylko mnie lubił. 
I tak to przetrwaliśmy ostatnie  szesnaście lat, naszego wspólnego życia, co razem daje właśnie 44.
Jeżeli  po przeczytaniu tej części, rysuje Wam się jakiś spiżowy zarys na horyzoncie, to natychmiast odgońcie go od siebie.
Klnę   
Nieraz przyszło mi zakląć siarczyście i szpetnie, a o to żona miała do mnie pretensje.
Były chwile takie i były inne, jak to w życiu, Były rozdroża i źle wybrane drogi. Bez tego moje życie było by cukierkowe jak we wzorcowej sielance sentymentalnej z epoki oświecenia. No cóż, ani moja żona nie Laura, a ja nie Filon.
Były i dobre wybory, które nieraz zaskoczyły i mnie samego, bo wszystko zapowiadało z początku katastrofę.
Uczucie wdzięczności za życie jest mi nieobce do dzisiaj i powiem Wam, że z tym żyje się zdecydowanie lepiej.
Czasem mamy dni pełne wrażeń, czasem wypełnione smutnym nastrojem. Są i takie kiedy mojego entuzjazmu i optymizmu musi nam wystarczyć dla nas dwojga.
Więc klnę, a czasami klnę jak  przysłowiowy szewc.
Żona pyta, czy muszę? A owe soczyste "panienki" w chwili zwątpienia stawiają mnie na nogi.
Zaciskam wtedy pięści i niczym Clint Eastwood w filmie "Wzgórze rozdartych serc" mówię 
- Nie dam h..jowi satysfakcji - I nie daję.
Czasami przekleństwo jest jak klucz lub lokalizator.  Pozwoli znaleźć zagubione narzędzie, wyprostować plecy po robocie czy w końcu odstresować się w jednej chwili. Złe myśli zaraz rozpływają się a ewentualna uraza znika.
To nie są przekleństwa przeciw komuś, to nie są wulgaryzmy rzucane w cudzą twarz.
To jest coś takiego jak zawołanie herbowe na polu bitwy, dla mnie i do mnie.
Ktoś powie - jaki herb, takie zawołanie i przyznaję, będzie miał rację.  
Poza tym, nie każdemu przekleństwo pasuje, moje przeklinanie ponoć przynajmniej nie razi.
Gdzieś przeczytałem, że przekleństwa są dowodem na inteligencję. Natychmiast przeczytałem ten fragment żonie. Polemizowała.
Większość z nas facetów ma chyba tę przypadłość.
W Starym Sączu, rok rocznie przed świętami, stawiało się do spowiedzi  pewne starsze małżeństwo.
Najpierw ona dość długo przedstawiała księdzu listę swoich grzechów, a potem on podchodził do konfesjonału.
- Proszę księdza. Przed chwilą spowiadała się moja żona. Ja mam te same co ona grzechy , ale dodatkowo strasznie klnę.
Chciałbym widzieć minę spowiadającego księdza.
Swoją drogą czy nie jest to dowód, że funkcjonują na świecie zgodne małżeństwa z długim stażem.
Czasem tylko przegadujemy się  trochę. Raz wychodzi to lepiej, raz gorzej. Jak w życiu
Ot przykład z ubiegłego tygodnia

- Dlaczego zawsze zostawiasz buty obok podkładki na obuwie w przedpokoju?

- Kochanie gdybym był idealny, byłoby to dla ciebie depresyjne. Kilka rzeczy nie tak jest naprawdę robione w trosce o Ciebie.

Zgadzacie się chyba, że życie z kimś idealnym byłoby nie do zniesienia. Poprzez te drobiazgi czynię wspólne życie bardziej znośnym.
Na koniec wypadałoby powiedzieć - więcej grzechów nie pamiętam, ale może niektóre specjalne pominąłem?
Przecież w tych moich  tekstach nie jestem do końca taki jaki jestem. Czasem jestem w nich taki jakim chciałbym być, a nie do końcami mi się udało.
Potrafię za to być jak widzicie całkiem szczery, czasem do bólu choć tego unikam.
Zastanówmy się, co by było gdybym ten tekst dał do przeczytania mojej żonie?
Czy poniżej w komentarzach  nie pokazała by się lista moich przewin?
Według obiegowej opinii  (ktoś powie, że krzywdzącej), panie najpierw przez lata  planują swój ślub, zapisując w punktach plan tego wydarzenia. Po ślubie zaś pozostałe strony w notatniczku zajmuje im spisywanie wad i przewinień własnego męża.
Nie musi być to fizyczny brulion czy plik w komputerze. To może siedzieć głęboko w ukochanej głowie.
Jeżeli tak rzeczywiście jest to liczę jednak na to, że lista mojej  żony jest raczej krótka


                                           

26 grudnia 2025

Coś się kończy, coś się zaczyna czyli pożegnania

Po górach zacząłem chodzić zaraz na początku studiów. Kolega z grupy zaprosił mnie na jesienny wypad w Tatry. Ja nawet nie miałem odpowiednich do tego butów. Miałem tam jakieś wcześniejsze wyjścia, w doliny lub do Murowańca, ale to można zrobić w byle czym.
Tak więc kolega ( potem przyjaciel, a obecnie tylko znajomy) pożyczył mi kasę na pierwsze buty specjalistyczne. 
Wyglądały mniej więcej tak


Po kilku latach nabrały szlachetnych zadrapań i dalej doskonale służyły. Na tym zdjęciu ze starszym synem mają jakieś 8 lat. Swoją drogą to pierwsze od założenia bloga czyli od 17 lat  moje zdjęcie tutaj  opublikowane.  Teraz ten młody człowiek obok mnie ma prawie 44 lata.
Zdecydowanie były to Polsporty, ale modelu jak mi bóg miły, nie pamiętam.
W nowych butach (co za idiotyzm) wybraliśmy się wraz z jego ciotką w poważniejsze góry. Wtedy zaliczyłem Szpiglasową Przełęcz, zasypaną śniegiem i zmrożoną chociaż był dopiero koniec września.
Spodobało mi się i zacząłem regularnie odwiedzać Tatry. Schodziłem te pierwsze buty i przekazałem Starszemu synowi. Wtedy buty trzeba było rozchodzić, aby były w trasie przyjazne. Pamiętam jak ze starszym synem i zrobiliśmy odpoczynek i rozsiedliśmy się na wielkim kamieniu. Tuż obok nas przysiadło starsze małżeństwo. Spojrzeli na buty Syna i powiedzieli - Och gdyby te buty mogły mówić.
Zrobiło mi się miło.
Zaraz zaraz.
Zanim przekazałem mojemu dziecku swoje buty, kupiłem sobie nowe.
Pamiętam był rok 1985 lub coś koło tego. Za każdym razem gdy przejeżdżaliśmy przez Andrychów, Syn prosił by zatrzymać się przy tamtejszym samolocie pomniku. Samolot LIM-2 w Andrychowie to historyczny pomnik, który jak czytaliśmy na tablicy jest symbolem miasta i hołdem dla pilotów poległych podczas II wojny światowej. W 1976 roku został ofiarowany mieszkańcom przez Ludowe Lotnictwo Polskie. Zmontowali go pracownicy Wytwórni Silników Wysokoprężnych Andoria, a samolot stoi na stalowym podeście przy ulicy Krakowskiej. Rozsądek mieszkańców i władz spowodował. że po kapitalnym remoncie w latach 2015-2016, wrócił na swoje miejsce, gdzie stoi do dziś. 
Wracając do schyłku PRL-u. Mieliśmy pewne zaległości w odwiedzaniu samolotu gdyż w pobliżu budowano pawilon z kilkoma sklepami. Zajrzałem tam z ciekawości . Połowa lat osiemdziesiątych to czas gdy kupowało się różne rzeczy nie wtedy kiedy była tak potrzeba, a jedynie wtedy gdy taka możliwość była.
Wchodzę więc do tego pawilonu, a tam na dziale sportowym są one,  buty do turystyki górskiej zwane popularnie "himalajkami" .
Nieopisanym szczęściem było to, że znalazł się i mój rozmiar czyli 39.
Wysupłałem wszystkie swoje oszczędności i kupiłem buty. Wtedy ceny tych butów były koszmarne, a oszczędności niewielkie.  To nie ja niosłem buty wychodząc ze sklepu, ale to rozpierająca duma unosiła mnie dziesięć centymetrów nad ziemią. Sunąłem tak niczym pomnik w kierunku naszego beżowego malucha.
Nie chciałem już odwiedzać brata mieszkającego w Bielsku Białej, ja chciałem gór.
Tym którzy nie pamiętają tamtych czasów i nie widzą w zakupie butów niczego niezwykłego, wytłumaczę po krótce.
Pierwszymi, solidnymi butami turystycznymi w Polsce o których tylko słyszałem, były ''Zawraty''. Potem pojawiły się opisywane tu Himalajki.. Nie dało się  w latach 70 tych kupić ich w sklepach, a dostawa z fabryki była realizowana jako zamówienie dla koła przewodnickiego. Najpierw trzeba było wnieść przedpłatę, a potem spokojnie czekać na swoją kolejkę.
Mnie udało się, ot tak.
Buty cudo.
Cholewka: wykonana ze skóry licowej o grubości ok. 2,5 mm
Wyściółka: miękka i cienka, jasna skóra
Membrana: brak
Podeszwa: Polsport Wałbrzych, przykręcana śrubami
Sztywność podeszwy: twarda
Waga: ok. 1800g (para)
Wyobrażacie sobie, piąć się w góry w butach ważących prawie dwa kilogramy.
Skóra i konstrukcja
Zasadniczą część cholewki wykonano z jednego kawałka sztywnej skóry. But miał dwa języki. Wewnętrzny był obustronnie skórzany ze sprężystą wkładka z gąbki. Zewnętrzny, ochronny, zrobiony był z grubej i sztywnej skóry a u góry miał haczyk do zaczepienia języka na sznurówce.
Całe wnętrze podszyto wyściółką z miękkiej, jasnej skóry. Między cholewką a wyściółką umieszczona była cienka warstwa izolująca. Podwyższona część buta, obejmująca kostki, zrobiona była z cieńszej skóry i wypełniona elastyczną gąbką, ocieplającą i chroniącą kostki.
Pierwsza wersja butów miała do sznurowania pięć par drucianych oczek i trzy pary haków a na samej górze niewygodne dziurki do przewleczenia sznurówki. Później buty robiono trochę niższe i nie miały dziurek na górze.
Podeszwa
Podeszwa  produkcji Polsport Wałbrzych była bardzo twarda, z ostrym bieżnikiem i dobrze trzymała się każdego podłoża. Buty były na wszystkich połączeniach szyte a guma podeszwy dodatkowo przytwierdzona mosiężnymi śrubkami. Bieżnik dość szybko się ścierał. Szczególnie pod palcami i na piętach (z czego można było wywnioskować, że powierzchnia Ziemi jest wklęsła).
Nim jednak wybrałem się w nich na Świnicę, trzeba było bestie zaimpregnować.
Buty były odporne na wodę, głównie przez swoją pancerność, wspomaganą od czasu do czasu impregnatem własnej roboty
Nie było gotowych impregnatów. Według starej receptury kupiłem:  podgardle wieprzowe i wosk pszczeli. Całość w odpowiednich proporcjach stopiłem i gorący jeszcze, małym pędzelkiem nanosiłem na skórę. Potem po ostygnięciu roztarłem równomiernie szczotką.
Po takim zabiegu mogłem przechodzić jak chciałem małe górskie potoki, Buty nigdy nie przeciekły, woda zaś zbierała się na ich powierzchni w dużych przeźroczystych kroplach które spadały z buta gdy tylko człowiek tupnął nogą.
Pomimo grubych skór i jakiejś tam warstwy między nimi, wilgoć pochodząca z potu potrafiła wydostać się na zewnątrz. Bez stosowania jakichkolwiek dezodorantów, do końca swoich dni nie śmierdziały zbyt mocno.
Komfort użytkowania
Buty były bardzo sztywne, po mocniejszym zasznurowaniu trudno było zgiąć nogę w kostce. W lecie często nie były sznurowane do końca, by je nieco ''odsztywnić''. Przez pierwsze kilka lat ugniatały i ocierały tu i ówdzie.
Po paru latach użytkowania skóra dopasowała się do nogi i przez kolejne lata już były wygodne.
Trochę tych gór schodziłem, choć muszę przyznać, że na Rysach nie byłem z szacunku do gór i właściwej ocenie swoich możliwości
Zawsze stosowałem Kodeks zachowania w górach
Honorowy Kodeks Turysty Górskiego
1. W górach liczy się partnerstwo i współpraca. „Wyszliśmy razem – wracamy razem”.
2. Najlepiej wybrać się większą grupą, bo to raźniej i bezpieczniej.
3. Nikt nie gna do przodu, nikogo też nie zostawia się w tyle.
4. W razie wypadku należy udzielić pomocy, inni z grupy powiadamiają pogotowie.
5. Po górach poruszamy się ostrożnie zwracając uwagę na luźne kamienie.
6. Nie wolno rzucać kamieni w przepaść.
7. Mijanych turystów powinniśmy powiadomić o ew. niebezpieczeństwie na szlaku.
8. Zawsze należy dawać pierwszeństwo schodzącym.
9. Nie biegamy po ścieżce turystycznej, a rozpychanie się jest niedopuszczalne.
10. Nie wolno krzyczeć, gwizdać a nawet zbyt głośno śpiewać zwłaszcza na terenach chronionych.
11. Wszystko, co wnosimy w góry znieśmy na dół – nie należy pozostawiać po sobie żadnych śmieci.
12. Dokarmianie zwierząt jest zabronione.
13. Nie wolno niczego zabierać „na pamiątkę” – nie można zrywać kwiatów, nacieków skalnych w jaskiniach, itp.
Pomyślcie, mając osobiste doświadczenie, lub widoki z wiadomości TV ile z tych punktów jest obecnie honorowanych przez odwiedzających góry ?
             A potem moje zainteresowania rozszerzyły się i było jakby mniej czasu na turystykę górską. Zaczęła ona przegrywać z nartami, a potem pierwszym motocyklem typu Trial. Po drodze było wychowanie dwóch synów i wieczny remont starej chałupy w Gorcach. Potem pechowa operacja żony i tak buty schły z tęsknoty cichutko w kąciku nie mając już odrobiny wilgoci w sobie by zapłakać.
Przeleżały tak ze dwadzieścia lat, Od kilku walczyłem ze sobą odkładając tę ostateczną  decyzję na później.
Dzisiaj w nabożnym skupieniu, wrzuciłem je do kontenera PCK. Były w świetnym stanie, więc być może jeszcze kogoś ucieszą.
Kiedy zamykałem pokrywę kontenera czułem się jakbym osobiście zamykał płytę grobową swojego najlepszego przyjaciela.
Kiedy zdałem sobie w końcu sprawę z nieodwracalności mojej decyzji oczy zrobiły nie się lekko wilgotne.
W końcu spędziliśmy ze sobą, w ten czy inny sposób jakieś 40 lat
Sam mam świadomość, że siły już nie te i kultura na szlakach jakby inna. Nie wiem czy zniósłbym tłum i dzikie zachowania w górach które są dla mnie formą świętości.
Coś się więc skończyło/
Może i mógłbym pozwolić by dalej leżały ciesząc oko przy każdym otwarciu szafy. Podjąłem jednak decyzję by się z nimi pożegnać na własnych warunkach. Kiedyś uczestniczyłem w opróżnianiu mieszkania po zmarłej samotnej osobie. Zdałem sobie wtedy sprawę z faktu, jak wiele emocjonalnie związanych z osoba przedmiotów wyrzucałem bez głębszej refleksji, bo nie było na nią czasu. Nawet mnie to nieco uwierało.  
Co się więc skończyło, a co w takim razie się zaczyna?
W zeszłym roku odświeżyłem sobie jazdę na nartach,  po 16 latach odmawiania sobie tej przyjemności.
Może uda się wrócić do jakiejś takiej regularności w uprawianiu tej formy męczącego wypoczynku ? Zwłaszcza, że jako emeryt mogę zapiąć deski o każdej porze, nawet w środku tygodnia.
Poniżej, ostatnie spojrzenie na moje " himalajki".

                                                
*
Do opisu butów skorzystałem z recenzji znalezionej w sieci.

24 grudnia 2025

Wesołych Świąt

W ten Szczególny Dzień, nie zawracam Wam głowy swoimi historyjkami 
życzę jedynie :

Zdrowych, Radosnych i Spokojnych 
Świąt Bożego Narodzenia