07 stycznia 2014

Wieczór Trzech Króli


Znalazłem je wczoraj w południe. Prężyły się do słońca, jakby wiedziały, że to tylko na chwilę i zima wróci. Wróci. Nie wiadomo czy ze śniegiem ale z mrozem na pewno.


Stokrotki skorzystały z okazji i zakwitły w święto Trzech Króli. Tego nie pamiętam bym już kiedyś rwał na łące kwiaty dla swojej ukochanej w święto Trzech Króli. Jak zwyczaj się upowszechni to może siedząc na miedzach, będziemy wianki pleść na cześć Dzieciny. Świat się zmienia to i obyczaje się zmieniają.
Dzień wcześniej pobieliłem wapnem pnie drzew owocowych. Na tle zielonej trawy biel jabłonek i grusz wygląda fascynująco. Przyda się jak znalazł wobec nadciągających mrozów. Wbrew powszechnemu przekonaniu wapno nie chroni przed szkodnikami ale właśnie przed mrozem w nocy, po słonecznym dniu i w celu osłabienia wegetacji, co w przypadku naszej zwariowanej pogody ma swoje uzasadnienie.
Zmęczyłem się już tym świętowaniem, którego ukoronowaniem była wizyta u teścia naszego Starszego. Fantastyczny kulebiak specjalność Pana Domu i eleganckie czerwone wina.
Zresztą wszystko było w ten wieczór eleganckie. Począwszy od porcelany a na zachowaniu wszystkich kończąc.
Dzisiaj dla odmiany, od rana szum i gwar.
Poczta aż roi się od obietnic, że ten rok będzie czasem spełnienia moich marzeń.
Po pierwsze Niejaki Mr Hung Au chce się ze mną podzielić niebotyczną wprost kwotą dolarów, przeznaczonych pierwotnie na budowę autostrad. Potrzebny pewnie tylko mały wkład własny, ale kto by żałował pół stówki jak setki tysięcy są dosłownie na wyciągnięcie ręki.
O nadciągającej na moje konto kasie dowiedzieli się już niektórzy. I tak Monika przypomina mi o randce załączając zdjęcie niebieskiej tabletki. To chyba sugestia, że będzie się działo.
Niejaka Asia pyta mnie wprost - czy masz problemy ze wzwodem?
Pamiętam jak Merlin Monroe w filmie „Pół żartem pół serio” z taką przypadłością swojego chłopaka się zmagała się i to z powodzeniem. Wyobraźnia zadziałała na chwilę, bowiem w załączniku znów zdjęcie niebieskiej tabletki. Cóż oni się wszyscy uwzięli. Dementuje plotkę jakoby miałbym jakieś problemy związane z moim zdrowiem fizycznym, wyłączając te dolegliwości o których już wcześniej wspominałem.
Nasza nie nasza kotka podjęła noworoczne zobowiązanie, że w tym roku zamieszka z nami na stałe.
Codziennie wieczorem, kiedy tylko uchylę drzwi, kotka wpada do domu. Chowa się przede mną za fotel, a kiedy odkryję jej obecność znika gdzieś na górze. Sprytna jest w tej zabawie w kotka i myszkę. I chociaż to ja ją gonię wydaje mi się, że w tej zabawie jestem myszką.
Konsekwentnie jednak żegnam się z nią mówiąc, że dobrze wychowane koty wracają wieczorem do siebie.
Ciekaw jestem kto kogo.


02 stycznia 2014

Poranna kolęda

- Już nie musisz pytać Hanki – usłyszał od Najważniejszej, kiedy Jan Maria odebrał telefon.
- A o co miałem ją spytać? - Jan Maria Nieistotny próbował skoncentrować się na dwóch sprawach jednocześnie. Po pierwsze na rocznej inwentaryzacji a po drugie na rozmowie z żoną.
- Kiedy przyjdzie ksiądz po kolędzie?
Fakt, wszyscy już byli z wyjątkiem proboszcza. I sportowcy i strażacy a nawet szkoła.
- Masz jakieś informacje? - zapytał, denerwując się jednocześnie na pojawiający się komunikat o złej wartości wprowadzonej do komórki.
- Z samego źródła. Od proboszcza.
- To kiedy będzie?
- Już był.
- Przecież dopiero drugi stycznia, godzina - tu spojrzał na zegarek - dziesiąta trzydzieści.
- No i z głowy.
- Nie wiem czy to dobre podsumowanie.
- To się trochę proboszcz pospieszył.
- Nie bardziej niż ksiądz u Andrzejów, on chodził już w Sylwestrowy wieczór, zmuszając w ten sposób ludzi do obecności w domu w ten wieczór.
- Już to sobie wyobrażam. Szukam zagubionej spinki do koszuli i klnę jak szewc, a tu w drzwiach pojawia się dobrodziej.
- Ale przecież ty nie kląłeś w Sylwestra.
- Bo nie potrzebowałem spinek. A swoją drogą,wiesz może gdzie są?
Ty nie masz koszuli na spinki, a więc nie masz spinek. - powiedziała trzeźwo Najważniejsza.
Kurde, jakie proste rozwiązanie. On zaś pamięta jak w domu rodzinnym, rok w rok starzy awanturowali się przed wyjściem na imprezę. Zaczynało się od spinek a kończyło na zmarnowanym życiu. A wystarczyło tylko wywalić do kosza tę koszulę z rękawami na spinki.
- To której On był?
- Koło dziewiątej. Wcześniej zaskoczył sąsiadkę, która dopiero co wstała i zawinięta w szlafrok zeszła do kuchni na pierwszą kawę.
Nie wiem czy takie wizyty nie powinny odbywać się później. Ale to specyfika wsi, tu dalej bierze się urlop w związku z coroczną wizytą. Ale też i na wsi księża są rozmowniejsi
- Zostawił komórkę i powiedział, że po piętnastym wpadnie na kawę.
- Towarzysko?
- Pewnie chce Ciebie poznać.
- Ale ja jestem taki....taki Nieistotny.
-Wiem, wiem Jan Maria Nieistotny – uzupełniła Najważniejsza.
- I po krzyku – powiedział do siebie, kiedy odłożył słuchawkę.
Wrócił do mozolnego śledzenia Excela, ale w głowie pojawiało się pytanie – takie wizyty to dobrze czy nie? Sam sobie też odpowiedział, że chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo wszystko zależy od ludzi.
Był bowiem zaprzyjaźniony ksiądz w górach z którym miał przyjemność strzelić metaxę i śpiewać wspólne kolędy, chociaż głos ma podły a słuch jeszcze gorszy. Był i młodzieniec, który obchodził blok w którym Jan Maria mieszkał , tak mechanicznie jakby pracował w fabryce, przy taśmie.
Ptaszek w kartotece, pokropek i koperta.
Sławna i niesławna koperta.
- Swoją drogą to ciekaw jestem kiedy pojawi się taki który otworzy tablet i odklika nas enterem, albo na kościelną modłę krzyżykiem – pomyślał klikając myszką na sumę długiej kolumny.
A może to też tradycja? Taka sama jak chodzenie z gwiazdą i turoniem?
Bo przecież w trakcie żadnej z tych wizyt nie dowiedział się jak Żyć.
Z tym problemem musi zmagać się sam




Kto ma odwagę niech zakazuje

To mi się udało rozśmieszyć Jaśka z gór.
W zasadzie to ja osobiście mam małą zasługę w doprowadzeniu go najpierw  śmiechu a potem w wyprowadzeniu go z równowagi.
Po prostu przekazałem mu decyzję Unii Europejskiej w sprawie zakazu wędzenia drzewem, o której przeczytałem zaraz po świątecznym śniadanie z pachnącą czosnkiem, profesjonalnie uwędzoną w czereśniowym dymie kiełbasą.
Tak więc ani kiełbasa, ani boczek, ani tym bardziej żadne szynki nie będą już dochodzić w tradycyjnym dymie bukowym, czereśniowym czy wiśniowym.
Unia zabrania.
- One to se mogą zabraniać – powiedział Jasiek - a ja to mam tak głęboko w dupie, że nie doleci tam żaden nawet najmniejszy zapach z mojej wędzarni.
A od mojej wędzarni wara bo po łbie dam.
Jasiek trochę się nakręcił bo zaraz dodał:
- Konia już co prawda nie mam ale orczyk do obrony chałupy pozostał, po ojcu jeszcze. Oj nie życzę nikomu co by mu się orczykowe kółko na plecach odbiło.
Taki to właśnie pierwszy komentarz na temat zakazu wędzenia usłyszałem od bezpośrednio zainteresowanych.
Pytanie dlaczego nie zareagował nikt w imieniu większych producentów?
Bo oni od dawna nie wędzą a tylko natryskując kiełbasy dymem w płynie. Co prawda sam tego nie widziałem, ale tak mówią.
Ciekaw jestem co zdrowsze dla naszego organizmu, dym czereśniowy czy chemia w płynie? Ten znak zapytania na końcu poprzedniego zdania to tak tylko pro forma, bo odpowiedź znam doskonale.
A czy może być coś lepszego niż wiejska kiełbasa zrobiona dla swoich, według sekretnej receptury i spokojnie wędzona w ogrodowej wędzarni?
Nie może. I stawiam tu dolary przeciwko orzechom, że w tej kwestii nic na polskiej wsi się nie zmieni.
Kilka lat temu w zasadzie na początku mojej blogowej kariery napisałem tekst o wiejskim świniobiciu. Pozwolę sobie go tutaj zacytować bez odsyłania linkiem gdzieś w mroki prehistorii. (2009)
Tekst bez związku z tzw świńską grypą. Jak mówił śp Maciej Kuroń : wiem co jem, a Wy wiecie ?
Była już około wpół do piątej. Mrok stajni przełamał blask żarówki czterdziestowatowej, ciemniejszej jednak w blasku ponieważ po ostatnim sezonie mocno została zapaskudzona przez muchy, które gęsto obsiadały ją nie bacząc na niebezpieczeństwo z tego wynikające. Z za drzwi wyłonił się Józek, gospodarz i dobrodziej tutejszej stajni oraz całego gospodarstwa rolnego, za nim Staszek, miejscowy osiłek co to może nie pogada, ale przepisowo w ryj przypieprzyć potrafi. Poza tym dusza człowiek zawsze chętny do pomocy, jeżeli ktoś jej potrzebuje. Krowy leniwie uchyliły po jednej powiece, bo to jeszcze nie pora aby poić a tym bardziej by ciągnąć za mleczne cycki. Tylko świnie jak to zwykle zaczęły pochrząkiwać radośnie, bo widok gospodarza nieodmiennie kojarzył im się z pełnym korytem. Najbliższa przyszłość jednej z nich nie rysowała się jednak w różowych barwach, ponieważ na tę właśnie sobotę Józek zaplanował tradycyjne świniobicie. Nieświadoma swej roli w dzisiejszym spektaklu jedna z nich podbiegła zbyt blisko gospodarza, który fachowym chwytem złapał ją za uszy i kopniakami zachęcił do udania się w wyznaczonym kierunku. Staszek złapał za tylne nogi, dźwignął do góry i w ten sposób świnia znalazła się w stalowym uścisku dwóch rządnych krwi facetów. Nim reszta zwierząt pojęła o co chodzi, opuścili we trójkę chlew, udając się w tą ostatnią życiową drogę wypasionej blondyny. Uderzenie obucha siekiery zwaliło świnię z nóg a następne rozpłatało czaszkę, pozbawiając całkowicie życia. Jeszcze w ostatnim tchnieniu zwierzę wydało ciche charknięcie, zanim po raz ostatni wypuściło z siebie powietrze.
- O dzisiaj Józek bije - rozległo się w okolicznych domach. Potem każdy z nich przewrócił się na drugi bok przymykając oczy, bo do karmienia inwentarza zostało jeszcze ze dwie godziny, a w pościeli obok leżała, pełna wewnętrznego ciepła małżonka, atrakcyjna w tej chwili chociażby przez sam fakt tego, że aktualnie była pod ręką.
Kiedy słońce w końcu wyszło zza góry, oświetliło wiszące ciało świni. Tylne nogi podwieszone były do futryny drzwi od stodoły solidnym łańcuchem. Brzuch rozpłatany, pozbawiony wnętrzności, krew do kaszanki złapana, jelita do kiełbas czyszczone i płukane w przepływającym przez osiedle potoczku. Każdy z domowników znający dokładnie swoje obowiązki sprawnie przemykał przez podwórko. Pojawił się już Karol z maszynką do mielenia mięsa. To on dzisiaj będzie mistrzem ceremonii, on to za pięćdziesiąt zeta plus bonus mięsny, przerobi kwiczącą jeszcze niedawno świnię na kiełbasy boczki ,salcesony i pasztetowe. Józek udał się do spiżarni gdzie z większego baniaka do półlitrowej butelki zlał swojską gorzałkę, którą przerobił w zeszłym tygodniu, przezornie planując dzisiejsze świniobicie. Zakręcił ręką metalową nakrętkę i już miał wyjść gasząc światło, ale po chwili zastanowienia cofnął się i nalał jeszcze jedną połówkę. Potem starannie zamknął baniaczek, zgasił światło i zamknął za sobą drzwi do spiżarni. Jedną butelkę zostawił za drzwiami do sieni a z drugą wyszedł do szopy.
- A napijcie się Karolu na dobrą robotę.
Cyk, cyk i dobrodziejka gorzałka zaczęła krążyć w żyłach rzeźników amatorów.
- Wypijmy jeszcze po jednym bo za chwile przyjdzie Staszek .
Staszek to gospodarz i sąsiad z osiedla, wielki admirator swojskiej gorzałki oraz każdego innego płynu zawierającego procenty. Staszek potrafił wyczuć otwartą butelkę z odległości pięciuset metrów i wcześniej czy później można go zauważyć w szerokim gronie konsumentów.
Mięso odkrojone schaby schładzane przed zamrożeniem, kości i głowizna gotują się na salceson a wątroba na pasztetową. Słonina oceniona według specjalnej miary. O ile Anglicy mierzą odległość w stopach u nas grubość słoniny mierzy się palcami. I te komentarze w stylu
- Dobra słonina gruba na dwa palce . A w zeszłym roku to Swok Maciej miał świnię co miała słoninę na trzy palce.
Ostatnimi jednak laty bardziej ceni się mięso niż słoninę, wieś też się bogaci. Mięso zmielone przyprawione do smaku. Karol wziął odrobinę w dwa palce i takie surowe włożył do ust.
- Będzie dobrze , lubię pikantną.
Napychanie jelit mięsnym farszem kończy rytuał, potem tylko powiązać na kij i do wędzarni. Faceci mają czas wolny. Teraz kobiety zajęły się myciem, sprzątaniem i czymś tam jeszcze co w kobiecej psychice uznawane jest za niezbędne i konieczne, a przecież faceci wiedzą doskonale, że konieczne jest tylko żeglowanie. Wiadomo - navigare necese est.
Chłopy zasiadły więc w cieniu szopy i mając na widoku wędzarnię przepijały do siebie, raz za razem, raz za razem. Chwilę później pojawił się Strażak. Szedł co prawda do lasu pociąć smreki ale nie odmówił wypicia jednego. Odłożył tylko motorówkę pod stajnią i zasiadł w tworzącym się właśnie kółku zainteresowań. Potem doszedł jeszcze Krakus, ciekaw wszystkiego co związane z tradycjami i obyczajami. Taki chory na te obyczaje i tradycje. Kosztem sporej kasy remontuje chałupę, starając się utrzymać jej klimat, podczas gdy miejscowi pukają się z wyrozumiałością w czoło. Twierdzą że „ trza było zwalić wszystko z góry i postawić nowe z maksa.
Bez grzyba w drewnie, myszy i kun, ale też bez duszy, jak często mówił Krakus.
Do kompletu brakowało jeszcze Staszka-degustatora. Pojawił się był pod koniec wędzenia, ponieważ obowiązki wobec ziemi i natury wypomniała mu i wyegzekwowała jego ślubna małżonka. Józek już wykonał kurs po drugą flaszkę, która gdy tylko poczuła powietrze parowała z siłą taką, że Józef przemyśliwał kurs po następną. W tak zwanym międzyczasie kiełbasa dojrzała już do konsumpcji. Wyciągnięto więc kij, a Józek z całej kupy wyciągnął jedno pęto rzucając je na deskę. Ociekająca w tłuszczu, gorąca, świeżo wędzona kiełbasa. Cholernie niezdrowa, szalenie apetyczna, kusząca jak kobieta swoimi wdziękami. Najbardziej napalony na kiełbasę był chyba Krakus, ale po kilku latach przenikania się wzajemnie kultur wiedział, że kiełbasa jest do zakąszania a nie obżarstwa. Gorzałka pobudziła krążenie. Języki stały się giętkie ale w innym niż Mikołaj Rej pragnął rodzaju giętkości.
- A Jasiek to był na robocie w tym no w tym ? - głośno zastanawiał się Staszek.
- W Anglii - podpowiedział mu znający zapewne tę opowieść i poirytowany lekko Zbyszek.
- W żadnej Anglii, w Londynie - obruszył się Staszek.
Przepił do Strażaka, przepisowo strzepnął resztki gorzałki pod nogi i uzupełnił puste szkło. Długim nożem wyrobionym w półksiężyc od częstego ostrzenia, zaciął kawałek świeżo uwędzonej kiełbasy, obrał jelito wsadził do ust, żując ze znawstwem.
- Dwa tyźnie temu to my robili kiełbasę u stryka Karola, ale my wypili ździebko za dużo i stryk się uśpił przy wędzarni. Okrył się derką i zamknął oczy, a jak się obudził to w jelitach latało w koło wysuszone mięso. A i boczków nie było tylko skóry zostały. Ech żal, ale gorzałka była przednia, bo ją stryk napędził na chrzciny najmłodszego wnuka, jeszcze w zeszłym roku.
- A tam, stryk pędził. Przecie wiecie, że to ciotka kręciła – poprawili Staszka zebrani.
A czemu się mówi kręciła jak ona leci z destylatora - spytał Krakus pragnący się jak zwykle przypodobać zgromadzonym w myśl zasady, jeśli wszedłeś między wrony musisz krakać jaki i one.
- No bo jak się nastawia zaczyn z cukru i dojrzeje, to można zostawić i się samo przedestyluje. Trzeba tylko uważać żeby nie palić zbyt mocno, bo zaciągnie do rurek i będzie mętne. A jak się robi z żyta, to trzeba kręcić tym co w kotle, żeby się ziarna nie przypaliły. Śmierdzi wtedy jak kruca fuks.
-To stąd się mówi ukręciłem sobie trzy litry żytniówki - zorientował się Krakus.
- Jak żem zeszłym razem pędził tom przypalił – przyznał się Franek.
- I cóżeś zrobił ?
- A przepuściłem przez węgiel drzewny, com go miał w piecu. I doprawiłem karmelem. Smród trochę minął, ale jak się ją wypiło, to w żołądku robiło się jak przy ognisku. Nikt jej nie chciał pić. Dopiero jak my sprzedali konia to przyszli kupce i my zaczęli. Po trzeciej flaszce ja im mówię - gorzałki już nie mam, tylko taką co mi się nie udała.
- Dawaj popróbować - powiedział nowy właściciel konia. Wypilimy tak jeszcze dwie flaszki, tylko te kupce co kwila chodziły wonitować za chałupę. Jam to strzymał dopiero mnie wzieno nocą i trzymało do połednia. A oczy to mi mało nie wyszły ze łba.
- Oj głupiś Franek –podsumował ktoś z zebranych. Przecież można się było struć.
- Swojom się nie strujesz - powiedział ze znawstwem Staszek.
- Ten mój znajomy co był w tym no, no ?
- Londynie - odparli chórem zebrani.
- To tam kupował takie wino owocowe, nawet dobre bo jeszcze do tego tanie. Tylko potem po wypiciu to go tak trzymało. Aż od tego małpiego rozumu dostawał.
- Wina to ja nie lubię - powiedział ze wstrętem Józek - Jak żem się kiedyś struł winem co takie słodkie było, tom sobie obiecał, że w życiu nie wezmę do gęby.
- No ale to chyba było lepsze niż picie gnojówki - zażartował Strażak.
Wszyscy parsknęli śmiechem, no może z wyjątkiem Staszka.
- A o co chodzi z tą gnojówką ? - dopytywał się swoim zwyczajem Krakus.
- A o tym to ci opowiemy następnym razem, ale ciekawość będzie Cię kosztować flaszkę. Stoi?
W tym stanie ciała i ducha Krakus byłby w stanie zgodzić się nie tylko na jedną flaszkę. Wszak gorzałka złodziejka łagodzi obyczaje i uskrzydla duszę.


31 grudnia 2013

Hej Kolęda, z gór Kolęda

I słowo stało się ciałem. W niedzielne południe, w naszym domu zabrzmiały swojskie nuty góralskiej kolędy. Od podłogi po dach niosły się śpiewy kolędników.
W nasze progi zawitali goście z naszej górskiej wsi. Nie mamy tam już domu, ale przyjaźnie jak widać pozostały. Nie potrafię wprost wyrazić naszej radości. Cenię to sobie bardzo, że chociaż nie musieli to przyjechali. A przyjechali paradnie, we dwa samochody.
Z kolędą  Otwarty sercem i prezentami. A jakie to były prezenty!
Uwaga! będę się chwalił i przemówi przeze mnie materialista.
  • Po pierwsze dlatego, że mamy daleko do tamtego gorczańskiego lasu, las przyjechał do nas. Dorodna jodełka wykopana z ziemią, zapakowana w donicę i gotowa do posadzenia w naszym ogrodzie.
  • Po drugie sery, a więc ser biały o smaku niepowtarzalnym.Poza tym podpuszczkowy zwany tam w górach serem klaganym. Dodatkowo ser klagany w wersji wędzonej niczym oscypek i oczywiście sznurówki zwane przez braci Słowaków korbaczami (warkoczami)
  •  Po trzecie mięsa, czyli wybór produktów powstałych na święta ze świni, która swe życie złożyła na ołtarzu tradycji. Była kiełbasa, pasztet, salceson i kaszanka do wyboru. A wszystko takie jak trzeba.
  •  Ciasta, krokiety i słodycze, a jak by komu jeszcze było mało to dla lepszego trawienia gorzałka pędzona samodzielnie w szopie na uboczu. Do wyboru z cukru i ze zboża to na  może być po czwarte. 
Wszystkie smaki Gorców, niczym wspomnienie dzieciństwa, wróciły w jednej chwili i to za sprawą ich mieszkańców.
Zadziwieni byliśmy razem z małżonką, że to wszystko zmieściło się do samochodów. Ale zmieściło się i dzisiaj wymieniam to jak leci z pamięci.
Zraz też po tym jak przyjęliśmy dary aby uwolnić ręce, rzuciliśmy się sobie w ramiona. Za chwilę po gospodarsku pokazałem im każdą dziurę w naszym nowym domu i dopiero po tym zwiedzaniu zasiedliśmy do stołu. Było to mocne wyzwanie logistyczne, gdyż przygotowaliśmy posiłek dla jedenastu osób, ale jak to móiwą gdy ludzie zgodni...
I za spotkanie i za przyjaźń co nie straszna jej przeprowadzka, wypiliśmy nie raz i nie dwa. Śmiało powiem że i nie trzy.
Było razy kilka ale nie będę wdawał się w szczegóły ze względu na dobro publiczne i naszej młodzieży wychowanie.
Wspomne tylko że dobrze zmrożona wódeczka rozwiązała języki i rozmowa zaraz potoczyła się tak jak toczyła się jeszcze dwa lata temu. Obgadaliśmy wszystkich i za wszystkie czasy, a jak kogoś irytuje określenie „obgadać” to informuję, że było to obgadywanie życzliwe dla zainteresowanych. Przecież w w tą niedzielę  chcieliśmy usłyszeć tylko dobre wiadomości.
A potem jakby nie było już przy kawie i ciastach spytałem o kiedyś swój dom.
- A czy przycięte? Czy winogron prowadzony jak trzeba? A czy może? A czy na pewno?.
Nie na wszystkie moje pytania otrzymałem odpowiedź, boć to teraz każdy żyje własnym życiem, a i wiejska ciekawość ustępuje miejsca innym cechom.
- A jak zaadoptowali się nowi właściciele?
O to pewnie musiałbym spytać ich samych. Niestety nie spytam, bo nie kontynuujemy naszej znajomości.
W zasadzie to normalne. Oni kupili, ja sprzedałem. Wymieniliśmy pieniądze na klucze do domu i formuła naszej znajomości wyczerpała się. Jeszcze ze dwa grzecznościowe telefony i sprawa umarła.
To chyba normalne? to  nawet chyba dobrze? chociaż ja zadzwoniłem ze świątecznymi życzeniami do byłej właścicielki naszego nowego domu.
-Czy będę dzwonił w Gorce? Nie.
Odpowiem tez na ostatnie niezadane pytanie. Czy wybieram się odwiedzić stary dom? Nie wybieram się. Zdecydowanie
Jedno tylko odczytałem z wypowiedzi moich gości. Chyba było nam dobrze ze sobą skoro często podkreślali
– Nie ma to jak było z wami.
To wspaniały komplement i pewnie najcenniejszy z prezentów.
A więc za zdrowie, za góry, za las i za drogę na Lubań, jedyną w swoim rodzaju i za to źródło krystalicznie czystej wody po drodze.
Przede wszystkim za ludzi którzy mieszkają pośród tych lasów i gór, oraz nieopodal źródła.
A kiedy wieczorem pojechali nasi goście, powietrze  drżało dalej od tej śpiewnej góralskiej mowy.
Nie muszę chyba wspominać, że w poniedziałek  rano poprosiłem Młodszego o podwózkę do pracy.
Nie zdecydowałem się usiąść za kierownicę.
No i dobrze bo po drodze mijaliśmy patrol z alkomatami gotowymi do badania.
A ten spokój który ogarnął mnie gdy ich mijałem był bezcenny.
Na szczęście na zdrowie na ten Nowy Rok
Hej kolęda kolęda.

30 grudnia 2013

Dzień jak codzień

Pan Nieistotny nacisnął przełącznik światła a duża lampa LED potrzebowała sekundy by rozbłysnąć pełnym blaskiem. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Połyskujące chromami w których odbijało się światło, pomieszczenie sprawiało wrażenie chłodnego i surowego.
Z takim też nastawieniem wszedł też do środka.
- Weźmy to na chłodno – powiedział, wygrzebując gdzieś z kąta wagę łazienkową. Postawił ją w miejscu które dobrze oświetlało elektroniczny czytnik. Potem z lekkim ociąganiem wszedł na szklaną płytę.
- No proszę.
W miejscu gdzie do niedawna pokazywała się ósemka widniało smętne zero, za to o jeden powiększyła się cyfra pierwsza. Pierwsza to znaczy ta która pokazuje dziesiątki kilogramów.
- Święta za nami – powiedział klepiąc się po większym jakby od pewnego czasu brzuchu – a Nowy Rok przed nami. Na razie nie da się nic z tym zrobić.
Zrezygnowany a dodatkowo w poczuciu lekkich wyrzutów sumienia musiał patrzeć sobie w oczy, bowiem zgodnie z codziennym rytuałem nakładał na twarz krem do golenia.
- Ziółkowscy, Czarnieccy i Pietrusińscy już byli . Przed nami Przecudni, Pawłowicze i Konopielski. Ten ostatni to solista, singiel lub jak kto woli stary kawaler. Lubi zjeść i wypić do tego. Trzeba się będzie poświęcić w imię gościnności, ale jak to mówił jego były znajomy – jak trza to trza.
W gruncie rzeczy to miłe gdy ktoś chce się pojawić z wizytą. Jan Maria nie przyjmuje argumentu pewnej pani, że organizacja przyjęć w domu to frajerstwo.
Może i frajerstwo, ale nie po to człowiek rodzi się by brać – zanucił znaną piosenkę Soyki.
No i Gardełowie, pewniaki jeśli idzie o obecność na imprezie, przesunięci z kolejce z powodu niespodziewanej wizyty pewnej ważnej persony I to tyle. Przyjdzie wytrzymać, a po Trzech Królach dieta.
Mocne postanowienie, zrobione wcześniej aby nie było noworocznym. Tych noworocznych z reguły się nie dotrzymuje.
Zawsze lepiej walczyć z pięcioma kilogramami niż z piętnastoma. A to już wie z własnego doświadczenia.
Ogolił się i wszedł pod prysznic. Przywitała go zimna woda i z nią pojawiło się trzeźwe spojrzenie na sytuację. Zaklął donośnie aby dodać sobie otuchy. To dziwne ale po takiej słownej emocji woda wydaje się cieplejsza.
Wyszedł z łazienki i zgodnie z tradycją rzucił kawałek białego sera na talerzyk.
Właśnie wczoraj śmiał się z tego serowego uzależnienia. Nie wyobraża sobie śniadania bez białego sera. Skończył jeść, zażył leki i wsadził naczynia do zmywarki. Jak co dzień przyniósł koszyk drzewa do kominka.
Wsiadł do auta i ruszył w drogę do pracy.
Po przejechaniu kilku kilometrów został zatrzymany, jak wszyscy jadący ta drogą, do dmuchania.
Funkcjonariusz podetknął mu pod nos piszcząca maszynę. Nie musiał nic mówić, Nieistotny posłusznie dmuchnął. Zrobił to może zbyt dobrze, bo policjant błyskawicznie zabrał urządzenie sprzed nosa.
Nic z tego pomyślał w duchu. Imprezy organizuje się w piątki, po to by w poniedziałek mieć całkowitą pewność trzeźwej jazdy.
Zbyt często dmuchał na tej trasie by ryzykować pomimo zasad.
Swoją drogą, to wygląda tak jakby zamieszkał w jakimś raju dla bimbrowników. Przez ostatnie dwadzieścia lat nie dmuchał tyle razy ile w ostatnim roku. A może z wiekiem wygląda coraz bardziej rozrywkowo.
Dzień jak co dzień - pomyślał gdy dojeżdżał do pracy a wzbudzona pilotem brama zaczęła się przesuwać.
Cholera! Ostatnie dwa dni roku to wyśmienity czas na obowiązkową inwentaryzację. Pomimo skrupulatnego prowadzenia dokumentacji tych rocznych spisów z natury Nieistotny nie cierpiał.
Dobrze że pogoda w miarę. Innymi laty palce przymarzały do liczonych przedmiotów.
- Machnie się raz dwa – dodał sobie otuchy wpisując równocześnie kod do odblokowania alarmu.
Coś tam jednak nie poszło jak trzeba bo odezwała się przeraźliwa syrena, a zaraz telefon z firmy ochroniarskiej.
- Sorry mój błąd – rzucił do słuchawki, ale jakiś służbista z drugiego końca zażądał pełnych danych i hasła, pod groźbą wysłania patrolu.
Mówi się, że facet powinien robić naraz tylko jedną rzecz, bo nie ma takiej podzielności uwagi jak kobieta.
Maja rację. W tej chwili on właśnie był tego najlepszym przykładem.
Swoją drogą to ciekawe jak można symulować orgazm i jednocześnie śledzić losy bohaterów swojej ulubionej telenoweli w TV
Ale to nie czas i miejsce na takie rozważania.
Wybiła ósma i jakiś gorliwy klient wisiał już na telefonie. Wyświetlacz informował ogólnie – numer prywatny.
Widocznie ktoś chce zdążyć przed inwentaryzacją.
Zdąży



29 grudnia 2013

Nie używam słowa niemożliwe

Nie używam słowa niemożliwe
Niemożliwe?
Możliwe, jak najbardziej.
Wczoraj  to jest dwudziestego ósmego grudnia, w sobotę,  stałem chwilę na przed domem i wobec pięknych okoliczności przyrody i przyjaznej temperatury zabrałem się za prace w ogródku. Jesienne mrozy przerwały mi działania  przy takim klombie, na który przesadziłem rośliny z rozrzedzeń. Włóknina która nie została przysypana korą, smętnie powiewała w intensywnych jeszcze niedawno podmuchach wiatru. Kładłem ją zresztą po nocy i to co przy świetle reflektora wydało mi się płaskie w konfrontacji z dniem okazało się wybrzuszone. Zerwałem więc włókninę a chwilę potem ciepłą koszulę i pozostałem w samym T-shircie. Było ponad dwanaście stopni na plusie, a w słońcu pewnie więcej.
- Nie wygłupiaj się-  powiedziała ślubna, ale za chwilę i jej od samego patrzenia na prace w ogródku zrobiło się ciepło.
Pogoniłem Młodego po piasek i podsypałem kilka opadniętych płyt chodnikowych, tworzących opaskę wokół domu. Potem zebrałem łopatą górki ziemi, wrzucając to do taczki. W tak zwanym międzyczasie okazało się,  że Młody nigdy nie jechał taczką.
- To świetna okazja by na koniec roku zrobić cos pierwszy raz – zaproponowałem.
 Młody poturlał się z ziemią na kupkę a ja pomyślałem sobie – ileż to jeszcze rzeczy przyjdzie Młodemu robić po raz pierwszy, z powodu troski rodziców. Zdecydowanie nadmiernej troski.
Nie używam słów  „ja w twoim wieku”,  ponieważ pamiętam jeszcze jak one mnie jeżyły, gdy swoje kazanie od tych słów zaczynał ojciec. A swoją drogą to właśnie w jego wieku będąc, brałem ślub trzydzieści dwa lata temu.  o tym  już pisałem na tych łamach i za życzenia jeszcze raz dziękuję. To właśnie w piątek  dwudziestego siódmego z tego tytułu strzeliliśmy z szampanem.
 Dwudziesty siódmy, to data związana mocno z moją rodziną,  a więc:
- Ojciec urodził się dwudziestego siódmego
- Matka i ja też dwudziestego siódmego, dodatkowo w tym samym miesiącu.
- Rodzice brali ślub dwudziestego siódmego, tak jak i my
- A nasi francuscy znajomi w ten właśnie piątek, dwudziestego siódmego grudnia obchodzili swoją trzydziestą rocznicę ślubu. Stuknęliśmy się kieliszkami przez Skypea.
Wracając do ogródka. Gdzie ja nauczyłem się powozić taczką?
Na czynach  społecznych.
 Ileż to razy jeszcze w podstawówce, grabiliśmy liście w miejskim parku w majowym czynie socjalistycznej ojczyźnie. Może szkoda tych czynów, w końcu  gdyby odrzucić politykę, to była praca dla nas samych. Po sprzątaniu parku nigdy już nie naśmieciłem na tych alejkach.
Ziemia wyrównana, włóknina położona i przyszpilona do ziemi  takimi pomysłowymi plastikowymi kołkami po dwadzieścia groszy sztuka. Co teraz tyle kosztuje?
Potem zamocowałem cienką ale już  belkę drewnianą, która oddzieliła od siebie żwir w okolicach podjazdu dla żony, od kory po stronie klombu.
Kora wysypała się z rozprutego worka i wokół dało się wyczuć zapach lasu zamknięty do tej pory w folii.
Z przyjemnością rozgrabiłem  ją na całej powierzchni. Jeszcze poukładałem kamienie i odtrąbiłem koniec prac.
- Niesamowite - powiedziałem do żony- spójrz w kalendarz.
- Też bym sobie tak pograbiła - stwierdziła żona kierując podświadomie kierując rozmowę na inne tory.
- Ale zamiast tego możesz postawić wodę na zieloną herbatę – zaproponowałem przezornie.
Bo przy zielonej herbacie i resztce makowca ze świąt, ta pogoda smakuje jeszcze bardziej.
I właśnie gdy zasiedliśmy przy kuchennym stole, włączyły się lampki choinkowe przed domem. Była szesnasta trzydzieści  i automat przypomniał nam o tym, że jest czas świąt Bożego narodzenia i zima.
Zaraz też  pojawili się kolędnicy. To druga oczekiwana grupa.  Tym razem młodzież szkolna , w towarzystwie nauczycieli  stanęli pod domem  z repertuarem kolęd  i młodzieńczą werwą. Be względu na co zbierają warto wesprzeć taką inicjatywę. Podziwiam też nauczycieli, przecież wygodniej siedzieć na kanapie przed TV, zamiast walczyć z materią bram i  warczeniem podwórzowych psów.
W piątek zaś, grupa mężczyzn w sile wieku śpiewała kolędy pod naszym domem. Ależ mają głosy! Przygotowani odpowiednio dali show z gwiazdą i turoniem. Warto było sypnąć groszem.
Widziałem też światła gwałtownie gasnące w sąsiedzkich oknach na widok kolędników. A przecież chodzenie po kolędzie to tradycja. Tradycją jest też przyjmowanie kolędników. A za tradycję jesteśmy wszyscy odpowiedzialni.  Jak tu spojrzeć w oczy dzieciom mówiąc,  że czegoś nie udało nam się uchronić?
 Co oni z tym zrobią dalej?
Nie wiem, ale jestem dobrej nadziei
Wszystko jest  bowiem możliwe

27 grudnia 2013

Wieczór cudów

Kto wymyśla te wszystkie ułatwienia dla edytorów tekstu ?– zaczął zastanawiać się Pan Nieistotny.
Pod każdym klawisze kryją się jakieś ukryte funkcje.
Jakiej kombinacji użył tym razem? Nie jest w stanie powiedzieć. Chciałby natomiast wykrzyczeć, że dzięki temu wyparował tekst o przygotowaniach do Wigilii, przekupywaniu kota i o tym co powiedział w tę jedyną noc w roku. A może nic nie powiedział i spał zwinięty w kłebel mając tradycję pod pręgowanym ogonem.
I czy w ogóle cudzy kot może urządzać takie gościnne występy.
Nie dane mi będzie tego opowiedzieć, mogę tylko wspomnieć że Pan Nieistotny też nic nie powiedział. Zaklął tylko szpetnie po francusku widząc jak zapisane maczkiem ponad dwie kartki tekstu zamieniły się w jednej chwili w białą planszę o kolorze bijącym w oczy jak wigilijny obrus.
A gdyby tak te wszystkie opcje trzeba było po prostu uaktywnić przed pierwszym używaniem.
- Chcesz? Masz Nie chcesz? Nie masz.
Albo tak, rezygnujesz z pewnych funkcji płacisz taniej.
Te pomysły są na przyszłość, a niezapisanego dokumentu nie można odzyskać, nawet w Wigilijny wieczór cudów.