11 sierpnia 2012

Spóźnienia małe i te duże


Lubię pojawić się w pracy przed czasem. Tak mniej więcej pól godziny przed.  Spokojnie  wprowadzam kod alarmu i już otworem stoi dla mnie czajnik elektryczny i słoik rozpuszczalnej kawy. Ponieważ to mój prywatny czas, regularnie przeglądam wiadomości z sieci i nim człowiek obejrzy się, mija ósma. Czasem jakiś niecierpliwy klient szturmuje drzwi, bo jak uchylone znaczy to, że zapraszają.
Minutę przed punktem zero pojawia się reszta  i już można spokojnie wciągać falę na maszt.
Raczej nie spóźniają się, a i tak dla kilku minut jestem tolerancyjny.
Czasem trzeba zostać trochę po pracy i wtedy oczekuję, że ta tolerancja  zadziała w drugą stronę. Działa.
Kiedyś, w czasie tak zwanej planowej gospodarki socjalistycznej najważniejsza była lista obecności.  Druk o sygnaturze Pu-Os 225, gdzie PU znaczyło powszechny użytek, Os – druki  osobowe,  225  –kolejny  numer w rejestrze.
Podstawą wypłaty były nie zaangażowanie w proces produkcyjny, a właśnie podpis na liście. Złożony przed godziną  rozpoczęcia - niebieski, a po godzinie - czerwony.
Pracownicy działu kadr, z dziką sadystyczną przyjemnością podtykali czerwony pisak pod nos spóźnionego  pracownika. Za trzy spóźnienia potrącano należną premię, bądź też nie wypłacano tak zwanej premii motywacyjnej.  A trzeba się było motywować, by codziennie  iść do pracy, a za zarobione tam pieniądze niewiele kupić.
Próbując uniknąć podpisu na czerwono, wymyślano historie z tej i nie z tej ziemi. Serce kadrowca pozostawało niewzruszone, bo przecież jak to powiedział Lenin – Kadry decydują o wszystkim.
Fakt, że wódz rewolucji  nie miał na myśli działu kadr,  nie psuł im zupełnie samopoczucia.
- Gdyby tu był kapitalizm. To wtedy dopiero zobaczylibyście –  Kadrowcy zwykle kończyli dyskusję pochwałą gospodarki socjalistycznej.
No i co? I mamy gospodarkę wolnorynkową już od dwudziestu paru lat. I pomimo tej zmiany, w dalszym ciągu do pracy spóźnia się prawie jedna piąta Polaków.
Wg portalu  Jego strona pl  14 proc.  raz w tygodniu, 2 proc. nawet trzy razy w tygodniu, a 1 proc. pracowników spóźnia się codziennie.
Wśród wszystkich badanych, 2 proc. nie potrafiło ocenić, czy... się spóźniają, czy też nie.
Z pewnością to prezesi i dyrektorzy, którzy przychodzą do pracy i wychodzą z niej kiedy chcą, sami zaś twierdzą, że pracują zawsze. Nawet seks z sekretarką jest po prostu testowaniem personelu.
Na pewno w jakiś sposób trzeba to spóźnienie przeciętnego pracownika usprawiedliwić
Czy wymówki są te same co w PRL-u?
Wśród uzasadnień króluje szkolne „zaspałem”. To całe  59% ankietowanych.
14% spóźnia się przez zawodną komunikację miejską,
Usprawiedliwienia żywcem wyjęte z  czasów socjalizmu.
Tylko  13%  przyznaje, że  długo stali w korkach. To novum,  bo poprzednio ilość samochodów na mieszkańca, nie uzasadniała tłoku na ulicach.
Nowy model życia i brak socjalistycznej moralności, pozwala na to, że kilka procent zwala winę na nocne imprezowanie.  Imprezowało się i w PRL-u. Ja sam, kilka razy dosłownie wstałem od  biesiadnego stołu i udałem się do pracy. Dotarłem tam jednak przed czasem i dopiero po podpisaniu listy, wysypiałem się na kufajkach w magazynku administracyjnym. Ech! Było, minęło.
- Lubię poranny seks  - odważnie przyznaje przełożonym jakieś 4 % respondentów.
I to wydaje się jak najbardziej usprawiedliwione.
Jak to spóźnienie  dziwnie powiązane jest z seksem.
Za młodu trzeba było uważać, żeby nie spóźnić się w trakcie seksu, a kiedy już mamy go ile dusza zapragnie, trzeba było uważać by z kolei przez niego się nie spóźnić, do roboty.
Najgorsza zaś jest zmiana czasu.
Poczucie obowiązku terminowego pojawiania się w pracy, wiązać się może z  wymiernymi stratami małżonki.
Słyszałem jak w towarzystwie jeden ze znajomych żalił się, że od dnia zmiany czasu na letni,  poranny wzwód pojawia mu się w trakcie jazdy autobusem do pracy.
Nawet jeżeli to co mówił znajomy było tylko dowcipem, wpływa na moją pobłażliwość dla  spóźnień kochających się rano.
W życiu nie podsunął bym komuś  takiemu czerwonego pisaka.
No chyba, że przejął zwyczaje godowe królików.

09 sierpnia 2012

Uczę się na błędach teściowej

Pewna babcia ze Starego a może Nowego Sącza, codziennie dzwoniła do swoich dzieci w Warszawie. Dzieci już miały po czterdzieści lat i żyły z troską o starzejącą się matkę.
Działo się to oczywiście w czasach PRL-u, kiedy to nikomu o komórkach jeszcze się nie śniło. Pojawiała się na poczcie, zamawiała międzymiastową i już po godzinie miała już możliwość wykrzyczenia do słuchawki:
- Czuję się dobrze.
Następnie kładła na ladzie dwa złote, a na próbę perswazji ze strony obsługi, że mówiła nie mówiła musi zapłacić za trzy minuty, powtarzała niezmiennie
- Za tyle wygadałam.
I nic jej się nie stało, bo za szybką siedziała córka chrześnicy.
Taka babcia, dzisiaj mogłaby zostać królową Twittera.
Dlaczego przypominam te historię?
Bo w ramach rodziny martwimy się o siebie nawzajem, cieszymy się ze swoich osiągnięć, czyli
tak w ogóle realizujemy swoją ideę więzi rodzinnej.
Czasem jednak coś się w tym wszystkim poprzestawia się i chociaż chcemy dobrze, wychodzi jak zawsze.
Przykład chyba ostatni z ostatnich.
W ostatnią sobotę, kiedy żona wykonała swój skok, spóźniony z powodu mgły i kiedy opadły pierwsze emocje, wykonała telefon do własnej matki.
- Skoczyłam. Jest już wszystko w porządku - powiedziała w pierwszych słowach.
- Dziękuję za informację - powiedziała teściowa i rozłączyła się.
- Babcia rozłączyła się – powiedziała z wyraźnym zaskoczeniem żona.
- Zwięzła jak twitterka – podsumowałem.
Potem dała nam czas na zastanowienie się, nie odbierając trzech, kolejnych połączeń.
Kiedy w końcu odebrała, wyrzuciła z siebie, że przecież ona tak się martwi, a my nie informujemy jej o szczegółach.
- Trzeba było zadzwonić z samolotu, a potem zaraz jak otworzyła się czasza spadochronu
i na bieżąco relacjonować lądowanie – zażartowałem.
I to był ten zgrzyt w całej kolorowej i miłej sobocie.
W poniedziałek mama odwiedziła swoją pięćdziesięcioletnia córkę, ale ani słowem nie wspomniała o sobocie, skoku, czy emocjach. Przełamała się dopiero wczoraj oglądając zdjęcia i opowiadając za pomocą wielu słów jak bardzo przeżywała tamten skok.
Przy okazji wywaliła z siebie, że przeżywała przesiadkę w Londynie córki na lotnisku w Londynie, bo to przecież olimpiada i terroryści.
- Ale zawsze mogę sobie wpisać do C,V że byłam w Londynie, w trakcie olimpiady – żona próbowała obawy obrócić w żart.
Zdjęcia córki oglądała tylko przy okazji, bo wpadła do nas w towarzystwie przyjaciółki. Przyjaciółka teściowej oglądając te same zdjęcia skomentowała:
- Widać na tych zdjęciach Marysiu, że byłaś autentycznie szczęśliwa.
Cały czas uczę się roli teścia. W myśl przysłowia najlepiej uczyć się na błędach, ale cudzych.
Wspominam swoje doświadczenia z własnym ojcem, a teściowa jak widać, to dla mnie tętniące życiem poletko obserwacyjne. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, mój nieżyjący już ojciec i teściowa ciesząca się dobrym zdrowiem to dobrzy ludzie, ale zdarzyło się co najmniej parę razy, że przedobrzyli.
Jak nie być sennym koszmarem dla synowej i syna? Jak z jednej skrajności nie popaść w drugą i nie zapisać się jako troskliwy i słodki do wyrzygania?
Przecież tego czego oczekiwała córka to odrobina wspólnej radości, ponieważ radość bliskiej osoby podwaja własne szczęście. A do tej radości, autentycznej czy nie, mogła się już mamusia przyzwyczaić. Był na czas od lutego.
W ostatnich latach swojego życia, ojciec wymagał telefonów. Za każdym razem gdy przyjechałem i że wyjechałem, ponieważ martwił się o mnie. To akurat rozumiem.
Wewnętrzny bunt rodził jednak pytanie - czy mniej martwił się o mnie, kiedy byłem sporo młodszy i zwyczajowo darliśmy koty, w myśl szczytnej idei konfliktu pokoleń?
Może uczucia zmieniają się z wiekiem i miejsce dumy zajmuje troska?
Chyba coś w tym jest, bo z osobistych przeżyć ostatnich lat wiem, że ze sporej dawki aplikowanej sobie dumy musiałem zrezygnować. To teraz w to miejsce wejdzie troska?
Teściowa oplotła nas swoją troską, a jest ona tym większa im mniej informacji dociera do niej ze irlandzkiego syna. W naszym domu próbuje realizować się podwójnie.
Co jakiś czas musimy dokonać operacji naprowadzenia jej na właściwą drogę.
Dobrze, że realizujemy swoje, wcześniej określone role.
Od początku, ja załatwiłem sprawy ze swoimi rodzicami, a żona ze swoja matką.
Dzięki temu prostemu zabiegowi możemy pozostawać dobrymi, zięciem i synową.
Łapię się jednak na tym, że pomimo tej mądrości, sam popełniam błędy. To chyba w myśl zasady, że stać na własne mnie błędy.
Przecież jesienią ubiegłego roku, sam nie do końca umiałem się cieszyć radością syna, który kupił motocykl. Wyobraźnia podpowiadała mi tyle scenariuszy, że spędziłem parę bezsennych nocy.
Z wiekiem wyobraźnia jest coraz bardziej rozbudowana. Być może za jej projekcje odpowiada doświadczenie nabyte z czasem.
Chyba tak, bo z wiekiem nie masz już marzeń, że latasz, że będziesz kimś ważnym w tym świecie, a i bogatym tez nie zostaniesz. Wyżej dupy nie podskoczysz.
Brak doświadczenia w młodym wieku, pozwala na marzenia i ich realizację. Bo czasem jeżeli nie wiesz, że coś jest niemożliwe do wykonania, możesz to zrobić.
Wtedy, przy motocyklu nie potrafiłem skakać z entuzjazmu, chociaż natychmiast zrobiłem mu stojak do motocykla. Znalazłem garaż na zimę i zainstalowałem odbojniki po bokach owiewek.
- Powinieneś mu zabronić zakupu, a teraz chociaż jazdy – podpowiadała teściowa
A przecież On, w rozumieniu prawa może być już mężem, a od dawna ojcem. Na motor zapracował sobie sam. Jaki sens miałby więc taki zakaz? Próbą sił na własne życzenie?
A jeżeli tę próbę przegrałbym? Jak wtedy wyglądałyby nasze relacje.
Pisałem wyżej, że musiałem zrezygnować z części swojej dumy, ale na Boga nie z całej. Ponadto ta poprzednia całość była dość rozbuchana. Może nawet w sposób odwrotnie proporcjonalny do wzrostu.
Pozostaje mi teraz codzienny apel o rozsądek i rozwagę.
I emocje przy każdym wyjściu z domu. I ulga gdy wraca
Staram się jednak ich nie upubliczniać.
Cieszę się że wypolerował zadrapania na lakierze, wymienił łańcuch i ksenony.
Czasem tylko, gdy dzieci zarzucają mi zbytnia upierdliwość mówię do nich:
Wybaczcie ale to przychodzi z wiekiem.
A może czegoś uda mi się uniknąć?

07 sierpnia 2012

Ludzka twarz Olimpiady

Olimpiada pokazała swoją ludzką twarz. Nie chodzi mi tutaj bynajmniej o informację dotyczącą ilości prezerwatyw, zużytych przez sportowców w trakcie igrzysk. Ilość ta w szaleńczym tempie rośnie co cztery lata.
Wytłumaczenie tego stanu jest proste i zawiera się w idei Pierrea de Coubertina, inicjatora nowożytnych Igrzysk, aby na czas trwania zmagań sportowych porzucić działania wojenne.
A jeżeli nie robić wojny to co robić?
Doprecyzowanie przyszło już w czasie wojny wietnamskiej – brzmiało: make love, not war. Hippisi pokazali jak słowa wprowadzać w czyn.
Może więc nie powinniśmy czepiać się sportowców za nadużywanie. W końcu biegają ekstremalnie, skaczą ekstremalnie i pływają również ekstremalnie. To dlaczegóż mieliby nie kochać ekstremalnie? Wszelako to tylko realizacja wspaniałej idei.
A propos pływania.
Najbardziej utytułowany olimpijczyk w historii Michael Phelps powiedział to, nad czym zastanawiamy się wszyscy.
- Pływacy sikają do basenu. Również do basenów olimpijskich.
- Sądzę, że wszyscy sikają do basenu. To naturalne dla pływaków. Spędzamy w basenie po kilka godzin, naprawdę nie chce nam się wychodzić.
Na usprawiedliwienie dodał:
- Po za tym chlor to unieszkodliwia.
Z wypowiedzi kolegi z reprezentacji wychodzi, że chlor nie tylko działa oczyszczająco ale i prowokująco. Ryan Lochte powiedział:
- To jest coś co robisz automatycznie po wejściu do chlorowanej wody. Zawsze to robimy. Nie podczas wyścigu, ale podczas rozgrzewki.
W szkole, prasie i innych mediach stawia nam się sportowców, a przed wszystkim mistrzów olimpijskich za wzór do naśladowania.
Naśladownictwo tak, ale bez przesady.
Kiedyś wywalono z basenu takiego właśnie naśladowcę.
Kiedy ochrona wyprowadzała gościa poza ogrodzenie, jego koledzy pytali:
- Dlaczego wyrzucacie Franka za ogrodzenie?
- Bo sikał do basenu
- Przecież wszyscy do basenu sikają – nie ustępowali
- Tak ale nikt z trampoliny.
Po przeczytaniu zwierzeń Michaela Phelpsa blady strach padł na służby basenowe i to nie tylko te, które maja trampolinę na wyposażeniu.
Nie wiem czy w dalszym ciągu będę szedł do Aquaparku z radosną mina, widząc na przykład parkujące trzy autokary pełne wycieczkowiczów.
No nie wiem, nie wiem. Czy niechęć może być usprawiedliwieniem zaniechania?
Spędzam sześć do ośmiu godzin w łóżku, a zawsze chce mi się wstać i wyjść do toalety. Ba o zachowanie takiej chęci pomimo upływu lat, codziennie się modlę.
Słyszałem opowiadania o zmaganiach ciężarowców. Ponoć w trakcie zawodów puszcza się głośną muzykę. Zagłusza ona dźwiękowe efekty napięcia mięśni, u skoncentrowanego zawodnika.
Czasem te mniej ważne dla dźwigania robią sobie przerwę.
- Posraj się a nie daj się ! – podpowiadają trenerzy, a hasło to zyskało uznanie również u sportowców amatorów, czyli u nas wszystkich.
Wzorujmy się na sportowcach z umiarem i nie usprawiedliwiajmy sypialnianego wyluzowania, pozowaniem na mistrza.
Żona nie da się na to nabrać. Zasugeruje nawet, że jeżeli już, to lepiej wzorem lekkoatletów - trzymać tyczkę w pogotowiu.
A poza tym ryzykujmy dalej, tyle, że w sportowym duchu.
Wiadomo bowiem, że kto nie ryzykuje, szampana nie pije.

06 sierpnia 2012

Czekaliśmy na to od lutego

Piątek. Drogę na południe wyznaczały nam błyskawice, które z jakimś wielkim zapamiętaniem biły w zbocza  majaczących na horyzoncie wzniesień. Deszcz najpierw straszył pojedynczymi, ciężkimi kroplami, po to by na kilka minut uderzyć o dach samochodu z wielką mocą. Świat weekendowego wypoczynku rozmazał się w strugach deszczu. Sam deszcz zaniknął zupełnie po przejechaniu kolejnych  piętnastu kilometrów. Mijaliśmy kolejne skrzyżowania dróg, oddając burzy  całkowitą  palmę pierwszeństwa. Kiedy wjeżdżaliśmy na most prowadzący ponad wodą  do naszego osiedla,  tylko brązowo mętna, rwąca  woda w dole, świadczyła o tym, że i tu burza byłą przed nami. Z wprawą rozpakowaliśmy się i wpuściliśmy w puste wnętrza odrobinę świeżego powietrza. Chłód wieczora wypełnił cały dom, od parteru po strych. Rozświetlony dom zaczął tętnić życiem.
Otworzyłem butelkę argentyńskiego wina. Wypiliśmy po jednym kieliszku, a później powtórzyliśmy ten sam manewr. W tle leciał cichutko RMF Classic, a po zielonych jeszcze kiściach winogron  spadały ostatnie krople upamiętniające minioną już burzę.
A więc to już jutro. Podarowany przez dzieci skok spadochronowy miał się sfinalizować już jutro. Po raz kolejny sprawdziłem prognozę pogody. Na przekór temu co działo się za oknami w piątek, sobota zapowiadała się pogodnie.
Wszystko się zgadza - Nowy Targ, sobota, godzina dziewiąta. Data potwierdzona  w rozmowie telefonicznej z Aeroklubem w Nowym Targu. Aby przyspieszyć nadejście soboty, położyliśmy się  spać wcześniej niż zwykle. To wcale nie jest dobry pomysł. Ileż więcej myśli przewinie się w tym czasie  przez czaszkę?
Kiedy w sobotę z samego rana wyjeżdżaliśmy  w kierunku lotniska,  witała nas słoneczna pogoda. Było jeszcze chłodno i przyjemnie, ale południe zapowiadało się ponoć upalnie. Kiedy wyjeżdżaliśmy z lasu przełęczą na której znajomy góral postawił bacówkę, zamiast widoku gór natknęliśmy się na mgłę. Drzewa na poboczu śniły jeszcze, spowite welonem mgły.  Za nimi była  już tylko biała ściana.
- To sobie już pooglądałam gór – zmartwiła się żona. Zaraz dodała jednak, starając się patrzeć na świat bardziej optymistycznie – to się musi rozejść. Mój skok musi być perfekcyjny.
Punktualnie o dziewiątej zameldowaliśmy się w centrum dowodzenia. Miła dziewczyna powitała nas w budynku którego lata świetności minęły razem z PRL-em. Wewnątrz  panował gwar  i zamieszanie, które było udziałem mnóstwa młodych pasjonatów latania.
Młodość pełna optymizmu – oceniłem – tylko jak to się ma do  doświadczenia?
- Mamy spóźnienie – poinformowała nas zaraz po powitaniu. Za godzinkę rozpoczniemy, bo lotnisko jest zamglone. Tej mgły, która unosi się nad lotniskiem nie ma na żadnej mapie.
Na mapie może nie, ale dokładnie widziałem ją  jak otula blachy małych samolotów, wplatając się w ich śmigła i zasnuwa okna.
-  A kysz mgło. Ciebie tu nie ma – próbowała zaklinać rzeczywistość moja żona.
Nie była podenerwowana, a raczej podniecona perspektywą szybkiej realizacji jednego z największych życiowych marzeń.
A może to swoje podenerwowanie umiejętnie maskowała? Jeżeli tak, zrobiła to perfekcyjnie.  Nawet ja dałem się na to nabrać.
- Pani Maria? – dobiegł nas za plecami czyjś damski głos.
Żona odwróciła się do tyłu na tyle  na ile pozwalał jej kręgosłup.
- Gabrysia ? Co ty tu robisz? -  spytała żona
- Mam spóźniony skok. Miał być  o ósmej, a Pani?
- A ja ma też spóźniony, o dziewiątej.
Była dziesiąta. Na ziemi, przed lotem spotkały  się : moja żona ofiara i Gabrysia rehabilitantka, która ćwiczyła ją i uczyła jak radzić  sobie z podstawowymi problemami życiowymi.
 - W życiu nie pomyślałabym że spotkam Panią a takiej sytuacji.
 - Ja też nie liczyłam się z Twoją obecnością.
Mgła zaczęła się podnosić i pierwsza ekipa udała się po kombinezony  oraz  na krótkie szkolenie.
Do żony podszedł Instruktor. Z rozmowy wynikało, że ma doświadczenie w lotach z niepełnosprawnymi. Cierpliwie i z uśmiechem tłumaczył zasady, a następnie omówił jak poradzi sobie z ograniczeniami  wynikłymi ze stanu zdrowia żony.  Najdłużej trwało jednak wybieranie kombinezonu.
- To, że nie chodzę nie znaczy wcale, że mam nie wyglądać ładnie w powietrzu.
Stanęło na kolorze niebieskim z ciemniejszymi paskami po bokach. A potem uprząż.  Wspólnie i w porozumieniu pozapinaliśmy wszystkie troki. To znaczy zapinanie pozostawiliśmy Kubie, bo tak kazał do siebie mówić Instruktor. Zauważyłem, że w  uprzęży na wysokości pleców żony  znajduje się pomarańczowa kieszeń  z napisem „danger”
- Co to? – spytała
- Z pewnością to czarna skrzynka – powiedziałem. Bo wszystkie czarne skrzynki są pomarańczowe.
- To mnie nie pocieszyłeś – stwierdziła żona - Lotnisko z mgłą i teraz te skrzynki to mi się nie najlepiej kojarzy.
- Mgły już nie ma. Lecimy –  niemal w tym samym momencie wykrzyczała do megafonu sympatyczna dziewczyna.
Gabrysia już znajdowała się w powietrzu, kiedy ja pchając wózek żony, wraz z grupą spadochroniarzy skierowałem się do małego sportowego samolotu. Właśnie wylądowała Gabrysia i zaraz po uwolnieniu z uprzęży rzuciła się do mojej żony, żeby ją ucałować i powiedzieć, że tam w górze jest wspaniale. Trzęsła się jeszcze cała i prawie widać było jak  uchodzi z niej adrenalina. Na całkowite uspokojenie trzeba będzie jeszcze poczekać.
 Pospieszono nas.
Instruktor pomógł wsadzić żonę do samolotu, a ja zostałem z wózkiem na świeżo skoszonej trawie lotniska. Wiatr rozwiewał mi włosy, a uszy rozsadzał warkot silnika. Maria pomachała mi tylko, bo już myślami była ponad szczytami Tatr.
Powróciłem do oczekujących. W  tak zwanym międzyczasie zebrał się już spory tłumek gapiów. Wśród obserwujących znajdowali się:  syn z synową oraz jego teść. Pojawili się punktualnie i teraz stali patrząc  w niebo, przysłaniając sobie czoło daszkiem,  utworzonym z wyprostowanej  dłoni.
Samolot wzbił się na cztery tysiące metrów, po czym zaczął wypluwać ze swego wnętrza pasażerów.
Oprócz żony i podpiętego do niej instruktora, leciał też kamerzysta. Na małej kamerce rejestrował wszystko co związane było ze skokiem.
- To dla wnuków, żeby wiedziały jaką miały postrzeloną babcię – opowiadała żona, odpierając  ewentualne  zarzuty.
Po dłuższej chwili z chmur wyłoniła się czasza spadochronu  z doczepionym poniżej jakimś cudacznym chrabąszczem o podwójnej ilości rąk i nóg. W miarę opadania rozróżnialiśmy już zarys sylwetek.
Dość szybko zbliżali się do ziemi. Rosła we mnie obawa o szczęśliwe lądowanie, ale Kuba z wyćwiczoną perfekcyjnie  wprawą, wylądował na tyłku razem z moją żoną. W  takich lotach z pasażerem ląduje się zawsze na tyłku.
Pobiegłem z wózkiem na środku lotniska, tam gdzie koło kolorowej czaszy  siedzieli sobie spokojnie  Kuba z Marią.  Wyciągali kciuki w charakterystyczny gest – jest OK.
- Było super -  krzyczała nadal nieźle nakręcona Maria - Pokonałam następną granicę. Od teraz mogę już wszystko.
Instruktora  nagrywał to wszystko na kamerę, która zabrał ze sobą.  Dla własnego użytku – tak twierdził.
Zresztą wózek kręcący się wokół pilotów i skoczków wzbudzał cały czas żywe zainteresowanie prawie wszystkich zebranych.  Bo jak można trafniej dobrać do siebie dwie, najmniej pasujące do siebie rzeczy.  A jednak dzisiaj wszystko do siebie spasowało. Jak trzeba.
Kiedy zbliżyliśmy się do budynku lotniska i jechaliśmy wśród szpaleru widzów zebranych tu  żywiołowo.  Tak samo żywiołowo nagrodzono ją brawami. Przyznam się szczerze, że i mnie opuściły emocje. Stałem się taki miękki i wrażliwy. W zruszyłem się i oczy zrobiły mi się wilgotne.
Zwróciliśmy kombinezon. Żona otrzymała certyfikat wykonanego skoku w tandemie. Film i zdjęcia dotrą pocztą, w terminie czternastu dni.
To wtedy się pośmiejemy.
Póki co wystarczyć muszą zdjęcia które robił Starszy z pomocą swojego nie mniej profesjonalnego sprzętu.
Gratulacje, gratulacje i pożegnania.
Gabrysia krzyczała, że w poniedziałek opowie o tym skoku na oddziale rehabilitacji. Że to takie nieprawdopodobne i takie wspaniałe.
W jaki sposób ta moja żona  tak szybko zaprzyjaźniła się z taką kupą ludzi?
W samochodzie zaczęły się telefony od znajomych i do znajomych. Gratulacje i słowa uznania.
Tylko kochana mamusia, kiedy opuściły ją  nerwy, strzeliła focha i pogniewała się na córkę  -  za jej  brak rozsądku.
Adrenalina powoli uchodziła z mojej żony. Jeszcze trzęsły jej się ręce, jeszcze szumiało jej w głowie. Jeszcze…
- Musicie mnie zrozumieć – powiedziała w końcu na usprawiedliwienie – miałam dzisiaj skok.
Piliśmy właśnie aperitif w postaci dobrze schłodzonego półsłodkiego wina, a żona o czymś zapomniała.  Ja natomiast zapamiętałem sobie to jej tłumaczenie. Oczywiście zapamiętałem po to by niecnie to wykorzystać  przy nadarzającej się okazji.
Żona  z wypiekami na twarzy opowiadała jak leciała, a później wyskoczyła. Że Tatry z tej wysokości to najpiękniejszy widok  w życiu. Że nie wie jak długo leciała z zamkniętym spadochronem. Że jak się otworzył to wcale mocno nie szarpnęło. Że nie było jej niedobrze, że było jej wspaniale. I że leci się bardzo szybko. Zdecydowanie za szybko. I że wstąpiły w nią nowe siły.
Po grillu,  przy winie, poprosiliśmy o powtórkę lotniczej  opowieści.
Opowiedziała.
 A kiedy czegoś tam zapomniała, powiedziałem do niej.
- Nie ma problemu. Rozumiem to, w końcu miałaś dzisiaj skok. I potem to już jakoś samo poszło, a z następną butelką wina przyspieszyło. Tak prowadziliśmy rozmowę, że każdy z nas miał okazję żeby stwierdzić :
- Nie ma problemu, zdaję sobie tego sprawę, że miałaś dzisiaj skok.
Żona złościła się na niby, ale i tak dostałem kuksańca w bok. Jak widać adrenalina nie wyparowała do końca.  A może przy okazji uwolniło się trochę testosteronu?
Gwoździem wieczoru była rozmowa w której ktoś, nie pamiętam już kto,  powiedział coś do Starszego
- Nie dziwcie mu się – powiedziałem – jego Matka miała dzisiaj skok.
A swoją drogą, zastanawiam się czy taki rabuś bankowy też mówi
- Dzisiaj mam to wszystko gdzieś, bo miałem skok?
I skończyliśmy żarty. Wiadomo bowiem, że co za dużo to nie zdrowo.
I tylko za zasługą wina Maria chociaż późno, poszła spać  i zasnęła bez najmniejszego trudu,. Ale i tak we śnie oddała  przynajmniej jeszcze jeden skok spadochronowy. Tylko okoliczności jak  na sen były zgoła absurdalne.
A w niedzielę, po śniadaniu, wszyscy zebrani zażyczyli sobie po raz kolejny opowieści o skoku, na co jednak żona nie dała się namówić. W końcu ona też nie pozwoli się bezkarnie wypuszczać.
Bezdyskusyjnie to był Jej weekend. Wzdłuż i wszerz, w głąb  i w górę. Od północy do północy. Ale nie myślcie, że moja żona należy do tych co osiadają na laurach.
A może na lotni? – tak sobie myślę…
A ja przecież nie zaproponuję, żeby sobie wzięła urlop od myślenia.
A ja ? Ja też czuję się lepiej, szczególnie gdy po Jej udanym lądowaniu spadł mi kamień z serca. A huk był taki, że Syn zapytał mnie
- Słyszałeś jak coś huknęło?
A jakże miałem nie słyszeć?



W górze

 I już na dole

I  dowód czarno na białym

03 sierpnia 2012

Zagubienie

Zagubiony jestem w natłoku wiadomości. Wypadłem z obiegu i nic nie mówi mi co drugie nazwisko, podawane w wiadomościach portali internetowych. Nie otwieram już nawet nagłówków które zaczynają się od słowa – gwiazda. Z reguły w środku znajduje się opowieść o bolesnej przypadłości Niewiadomokogo. Gwiazda kupiła, gwiazda sprzedała, gwiazda zapomniała. Na plaży na ulicy, na dupie, na boku. Brrr Należę chyba do tego pokolenia, które inaczej definiuje słowo - gwiazda. Drugi wyraz – artysta, ma dla mnie też nieco inne od obowiązującego znaczenie.
Ostatnio w fotoreportażu zatytułowanym – lista gwiazd na koncercie Madonny znalazła się fotka Natalii Siwiec. Nie mam nic do Pani Natalii, bo jako kobieta podoba mi się, ale na Boga, kudy tam do gwiazd.
Wielcy umierają w ciszy, jeden po drugim. Aż boję się tej pustki, którą po sobie zostawiają.
Właśnie odszedł saksofonista, kompozytor Tomasz Szukalski. To był największy polski saksofonista, jeden z najwybitniejszych saksofonistów na świecie.
To już nie gwiazda, to Gigant jazzu.
Ludzie płakali gdy wykonywał solówki na koncertach i nie mówię tu o rozhisteryzowanych nastolatkach.
Grał wiele lat z Tomaszem Stańko, ze Zbigniewem Namysłowskim, Włodzimierzem Nahornym.
Zastosowanie do nich określenia gwiazda, szczególnie wobec inflacji słowa, wydaje się nie adekwatne.
Jaka to radość, gdy pomyślę, że w tych koncertach mogłem uczestniczyć na żywo.
Pustka, której nie wypełni żaden Trans, House, Dub.
Ale życie jako takie nie znosi pustki i pcha się swoim odwiecznym nurtem.
Wczoraj pojechałem na wieś. Zagnały mnie tam pilne sprawy. Tak pilne, że gdyby mój syn jechał tak jak ja wczoraj, z pewnością spotkałby się z moimi uwagami.
Sto kilometrów, załatwianie sprawy w dziesięć minut i następne sto powrotnej drogi.
Próbowałem zagadać do Jaśka, ale on dumnie rozparty na maszynie do młócenia, wrzucał kolejne snopki pszenicy w czeluść urządzenia.
Po bokach pasy transmisyjne wzbijające kurz i plewy. Szum silnika i pasów, jazgot maszyny. W takiej atmosferze nie pogadasz o życiu, a i Jasiek nie wyłączy maszyny z byle powodu.
Rzuciłem tylko w czeluść stodoły dwa dowcipy i pośród śmiechu zatrudnionych do pomocy kobiet, pożegnałem się.
- Będę jutro – rzuciłem tylko.
- Z żoną? - spytali
- Z żoną, dziećmi i teściem syna. Zapowiada się zlot rodzinny na ten weekend.
Wstawiłem do piwniczki wino, zakupione na tę okazję. Niech nabierze temperatury. Ja wiem, że wino czerwone podaje się w temperaturze otoczenia, ale spróbujcie wypić wino o temperaturze ponad 20 stopni. Ja to mawiają bracia Czesi – "To se nie egzistuje!"
Chłodne winko przyda się i owszem, bo nie muszę chyba mówić kto będzie musiał prażyć się przy grillu.
Żona pozostaje w rozmyślaniach, na temat niedzielnego obiadu.
Spoglądam od czasu do czasu na zegarek. Jeszcze pięć godzin pracy, pozostaje mi do zamknięcia tygodnia
Zleci.

01 sierpnia 2012

Faceci to wzrokowcy

Faceci są wzrokowcami, a sex jest przereklamowany.
Te dwie przewodnie myśli kłębiły mi się pod czaszką, po przeczytaniu artykułu o wieczorach kawalerskich. Każde z tych twierdzeń jest wystarczające do napisania całej rozprawy doktorskiej, a co dopiero posta. A dwa w jednym, to już nadzwyczajne bogactwo myśli.
Użyję obu i to w jednym tekście, ponieważ dzięki pierwszemu przeczytałem o drugim.
Gdzieś tak, chyba wczoraj, nie pamiętam dokładnie bo jak to mówią - szczęśliwi czasu nie liczą - zauważyłem to zdjęcie na pierwszej stronie Onetu.
Jako mężczyźnie i wzrokowcowi zaraz rzuciły się w oczy damskie nogi zdobne w czarne, nylonowe pończochy. Prawdę powiedziawszy dopiero przy kliknięciu w zdjęcie przeczytałem tytuł – Wieczór kawalerski inaczej.
-Jakie mi tam inaczej – pomyślałem - sądząc ze zdjęcia pomysł na takie spędzenie wieczoru kawalerskiego znany jest od wieków. Praktykowany był nawet wtedy, gdy do męskiego towarzystwa zapraszano kokoty lub metresy.
Teraz zaprasza się striptizerki.
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nie seks stawia się w tej chwili na pierwszym miejscu atrakcji wieczoru kawalerskiego. Czyżby stał się przereklamowany, dla ludzi przed trzydziestką?. Nie do uwierzenia jak oni teraz wcześnie zaczynają.
W pierwszej kolejności, zamiast striptizu wybiera się kontakt z dzika naturą.
Jak podaje portal stagweb.co.uk, do pięciu najpopularniejszych wypadów z okazji wieczoru kawalerskiego należą obecnie: paintball, gokarty, spływ tratwami po strumieniach górskich, strzelanie do rzutków oraz crossy na quadach.
Podpowiedzcie mi proszę, który z wymienionych powyżej sposobów rozrywki przedstawiony jest na tytułowym zdjęciu?
Artykuł opisuje również historię górskich wypraw młodych ludzi. Zrobili to co zwykli turyści, z tą różnicą do tradycyjnego sposobu wejścia, że wszyscy ubrani byli w piżamy, w paski, ku rozpaczy służb górskich. Nie paski były powodem troski służb, ale to, że na piżamach nie mieli nic więcej. Nawet wesołych różowych szlafroków. Oni zaś zaledwie dzień wcześniej zwozili sztywne efekty braku rozsądku.
Może to właśnie do wycieczek w góry nawiązuje tytułowe zdjęcie? Posiadaczka tych nóg ubranych w czarne pończochy posiada bowiem jeden wzgórek i dwa symetryczne uwypuklenia, na widok których nie tylko alpinistom zapiera dech w piersiach. Coraz częściej używa się jednak do nich określenia „argumenty” . To całkiem nie fachowo, a jeśli już to ja tam wole swojskie – bimbały.
Tyle jest jeden problem. Dziewczyna stoi tyłem do obiektywu, więc z widoków górskich nici.
W pierwszym odruchu poczułem się trochę rozczarowany, ale do rozczarowań zdążyłem się przyzwyczaić. Co rusz bowiem, albo wygrywam, albo dostaję coś za darmo. Jaka zaś to darmocha wiedza wszyscy.
Po drugie z wieczorem kawalerskim jestem na świeżo, ponieważ Młody zaczął dopiero co drugi miesiąc małżeńskiego pożycia. Nie obiły mi się o uszy żadne historie, ani o górkach, ani o wzgórkach. Ale może to i dobrze?
Zawsze może być gorzej
W artykule publikowana jest też lista najlepszych dowcipów, jakie można zrobić przyszłemu panu młodemu. Przykłady?
  • Przykuć go kajdankami do karła pomalowanego na niebiesko i przebranego za Smerfa
Już wyobrażam sobie tę myśl która która marszczy czoło i dławi gardło. Czy wykorzystałem bliskość jaką dają te pokryte różowym futerkiem kajdanki?
  • upozorować porwanie
Takie sobie. Kiedy zginęło od alkoholu pół miliona szarych komórek, które wzdrygały się myśl o alkoholu, kto uświadamia sobie niebezpieczeństwo porwania?
Prawdziwym niebezpieczeństwem mógłby być seks z najlepsza przyjaciółką przyszłej żony.
Niemożliwe?
A striptizerki nie mają najlepszych przyjaciółek?
  • kiedy już urwie mu się film podczas popijawy - włożyć mu nogę w gips.
Dobre i z przesłaniem. Zaraz też bowiem można poprosić dziewczynę, żeby zrobiła solidną laskę.
I proszę bez skojarzeń!
Chodzi o taką z gumą na końcu, aby nie porysować parkietu, w trakcie przemieszczania z tym cholernym gipsem.
Nie zazdroszcząc młodym zabawy, bo i sam kiedyś miałem swój wieczór kawalerski i uczestniczyłem w kilku.
Zadaję jednak sobie samemu jedno pytanie
- Antoni! Kiedy przestaniesz oceniać towar po opakowaniu?
Przecież w takim człowieku na przykład, najpiękniejsze jest wnętrze.
Z drugiej strony, nie ma to jak piękne wnętrze, w ślicznym opakowaniu.
Mogę się tak sam ze sobą kłócić z pasją.
Z wiekiem coraz dłużej.
Boje się tylko jednej rzeczy. Gdy któregoś dnia pogniewam się na siebie.

31 lipca 2012

Cisza


Cisza. Ale to tylko cisza przed burzą.
Koniec tygodnia znaczony będzie z pewnością wizytą na wsi.
Ale to nie takie zwykłe bratanie się z przyrodą.
Znajomy zapisał się już na ten wyjazd, a że bezpośrednio u nas nie, groźne mu widmo bankructwa żadnej agencji turystycznej ani linii lotniczej. Pozostaje tylko ustalić menu. W końcu znamy zwyczaje żywieniowe znajomych. Czasami te zwyczaje kolidują z naszymi, w których dominują ostre potrawy z udziałem papryki i ryżu.
Ale cóż, gość w dom. Według staropolskiego obyczaju, to jakbyśmy Boga gościli. A ponieważ to tylko przysłowie, nabędę też odpowiednią ilość wina, nie licząc na cuda gościa.
Potem oczekujemy wizyty dwóch par, w tym jednej prawie małżeńskiej.
Zejdzie nam z tym do połowy miesiąca. A więc będzie się działo. Poklepałem po przyjacielsku wątrobę. Znamy się tyle lat, że rozumiemy się bez słów.
Sierpień to tradycyjny u nas czas wzmożonych kontaktów towarzyskich. Wiąże się to z wakacjami, częstszymi pobytami na wsi i takie tam. Poza tym trzeba szanować to co pozostało po przesianiu tych naszych przyjaźni przez wielkie sito weryfikacji.
Jednocześnie nie jest to żaden protest przeciwko ogłaszaniu tu i tam, sierpnia miesiącem trzeźwości narodowej.
Tyle już dźwiga ten miesiąc na swych barkach.
Bo to i Powstanie Warszawskie, Porozumienia Sierpniowe, Bitwę Warszawską. Aż chce się wypić.
Za zdrowie, za pamięć, na cześć. A może kiedyś tak ułożymy się z naszą historią, że wypijemy ze zwykłej radości życia.
Szczególnie, że przysłowie mówi - Sierpień jasny i pogodny dla win jest bardzo wygodny.
Ta składnia jest trochę naciągana, ale oczywiście każdy interpretuje przysłowia po swojemu.
Ja urządzam konsumpcję.
W domu znowu pojawiły się dzieci, oczywiście razem z partnerkami. Szum i gwar niczym w greckiej rodzinie.
Szczególnie w małej kuchni tłok jak na Krupówkach, ale potrafię odnaleźć w tym rodzinnym galimatiasie prawie same pozytywne emocje.
Młodzi przypadkowo wpadli na obiad. A moja żona przypadkowo przygotowała kurczaka z mleczkiem kokosowym, według przepisu Claire. Coś mi się nie chce wierzyć w te przypadki.
Cztery lata temu, w prezencie na pięćdziesiątkę otrzymałem od żony elegancki zegarek znanej firmy. Poprzedni, firmy mniej znanej otrzymałem na czterdziestkę. Służy mi do dzisiaj i reguluję go tylko w chwili zmiany czasu z zimowego na letni i odwrotnie. Trudno mi było odłożyć na półkę zegarek, po dziesięciu latach użytkowania. W końcu zżyłem się z nim. Mając jednak dość pytań dlaczego nie chodzę z nowym, po dwóch latach uników, założyłem chromowaną bransoletkę na przegub ręki. Cięższy, solidniejszy, elegantszy i zdecydowanie droższy. Po dwóch latach ostrożnego użytkowania zgłupiał jednak totalnie. Zatrzymywał się co dobę i nie chciał ruszyć. Było to o tyle dziwne, że w tradycyjnym zegarku doba to dwa pełne obroty wskazówek wokół tarczy.
Zatrzymywał się dokładnie dziesięć po jedenastej, wieczorem.
Zegarmistrz wskazany przez producenta pokiwał głową i przyjął sprzęt do naprawy. Dwa razy musiałem jednak potwierdzić zgodę na przypuszczalną wartość naprawy.
Za tę kwotę mógłbym kupić nowy zegarek. Owszem ale oprócz marki, ważna jest również wartość emocjonalna.
Zegarmistrz, bez emocji włożył go do koperty i wypisał kwitek. Po dwóch tygodniach zadzwonił i podniósł koszty naprawy o pięćdziesiąt złotych. Zgodziłem się bez zastanowienia. Trwało to w sumie tyle czasu, że w porywie napadu sprzątania przed powrotem żony, wyrzuciłem gdzieś pokwitowanie. Całe szczęście, że na jego kartce są wszystkie moje dane.
Tak więc odbiorę zegarek z nowym mechanizmem, wątpiąc w trwałość eleganckich rzeczy.
Kiedy odbierałem prezent stwierdziłem filozoficznie, że - ten zegarek wystarczy miz pewnością na całe, pozostałe po pięćdziesiątce życie. Może w tym stwierdzeniu było coś z Konopnickiej, ale po raz kolejny przekonałem się, że nie ma rzeczy na całe życie. Dzisiaj wątpię w tę wystarczalność. Uważam też, że marki produktów to tylko marketing.
A zegarek z czterdziestki założyłem na rękę, aby wypełnić pustkę w czasie naprawy.
Chodzi punktualnie, nie zacina się. Jakby tak się lepiej przyjrzeć, to nie wygląda znowu tak ubogo.
Zresztą widziałem nie tak dawno, na ręce znajomego zegarek za siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych.
Dobra firma z udokumentowanym pochodzeniem i numerem seryjnym, przyporządkowanym do właściciela.
Gdyby ktoś powiedział, że kosztował dwieście pięćdziesiąt złotych, przyjąłbym to stwierdzenie za dobra monetę.
Dodatkowo zegarek perfekcyjnie spóźniał pięć minut na każdy tydzień. Pomimo kilku napraw.
Ale za to można śmiało poszpanować w gronie podobnych miłośników drogich gadżetów. Nikt nie zauważy ułomności chronometru. W końcu gale i koktajle na trwają tak długo.