30 kwietnia 2011

Kwiecień 2011

30 kwietnia 2010
Mocne dębowe drzwi otwarły  się  szeroko,  ukazując ponure wnętrze, pełne smutnych postaci.  Protokolantka stanęła w  progu i powiedziała:
- Świadek Antoni  Reński proszony.
- Relski, poprawiłem dyskretnie swoje nazwisko.
Pani z niedowierzaniem spojrzała na mnie a następnie na przyczepioną do drzwi, z powodu awarii monitora, tradycyjną wokandę.
 A tak przepraszam  Relski – powtórzyła tym razem poprawnie.
Wszedłem nieśmiało, chociaż pogodzony z rolą jaką zapisał mi wymiar sprawiedliwości.
Nazwisko, imię i tym podobne jednostronne gesty grzeczności, zostały zaprotokołowane przez sprawczynię zmiany mojego nazwiska.
-  Dla pokrzywdzonego ?
- Nieznany – opowiedziałem
- Obcy – poprawił  sędzia
- Oby – poprawiłem się chociaż dla mnie obcy to jest listonosz, sąsiad z drugiej klatki.  Dla oskarżonego to ja jestem  całkiem obcy , właśnie  -mnie nieznany .
W zasadzie to obcych mi oskarżonych było około siedmiu,  z czego jak się okazało część przebywała na sali z własnej woli,  część reprezentowana była przez swoich pełnomocników-  znaczy się adwokatów.
- I co Panu wiadomo w tej sprawie? - po chwili zadał  merytoryczne pytanie Pan Sędzia.
- Nic mi nie jest wiadomo w całej tej sprawie – odpowiedziałem szczerze.
- A przecież Firma w której Pan pracował,  kupowała ciężarowe samochody służbowe.
- Tak osiem lat temu , w salonie samochodowym na zamówienie i odebraliśmy  je po wpłacie całej kwoty – odpowiedziałem nie rozumiejąc  istoty sprawy.
- Jak dokonaliście zakupu - pytał dalej Sędzia
- Tak jak to się zwykle robi, poszliśmy do salonu, wybraliśmy model i podpisaliśmy zamówienie.
- A dlaczego właśnie tam?
- Bo może to po drodze  z domu do pracy i zadziałało przyzwyczajenie? - odpowiedziałem jakby zadając pytanie,  ponieważ  nie widziałem powodów, by się nad tym kiedyś głębiej zastanawiać. Pasowała  cena, funkcje, wyposażenie, serwis.
- To ja  przeczytam zeznanie które Pan złożył.
- Zeznanie ? to było jakieś zeznanie?– pytałem sam siebie.
Sędzia otworzył dokumenty.  Z daleka dostrzegłem swój duży podpis, złożony tradycyjnie, wiecznym piórem. Nawet z daleka,  granatowe litery składały się w dające się przeczytać imię – Antoni.  Nazwisko może gorzej,  ponieważ świadomi końca podpisu stosujemy przy ostatnich literach jakieś  niecierpliwe rozciągnięcie.
Wtedy też przypomniałem sobie, że gdzieś w 2003  napisałem pismo, które było odpowiedzią na pytanie Policji o sposób zakupu samochodów i znajomość w tym kontekście firmy B i Pana Y.  Zdecydowanym głosem,  Sędzia  odczytał mi zeznania, może bardziej oświadczenie z którego wynikało że w 2003 roku  nie znałem wspomnianego Pana.
- Czy podtrzymuje Pan swoje zeznania – spytał Sędzia
- W całej rozciągłości, w dalszym ciągu nie znam Pana Y.
- Czy są jakieś pytania do świadka?
Nie ma ? Dziękuję Panu, proszę się zgłosić do sekretariatu po zwrot kosztów dojazdu.
Pięć, może siedem minut trwał mój występ na gościnnej  chociaż już nie małopolskiej ziemi.
Do chwili obecnej nie wiem czy byłem świadkiem oskarżenia, czy obrony ?.
A może byłem świadkiem neutralnym, który poprzez swoją obecność podnosi ilość uczestników procesu, dodając mu powagi.  Wśród poszkodowanych  był Urząd Skarbowy, a to już nadaje powagi sprawie.
Zapracowana  kobieta w sekretariacie, wyliczyła moją fatygę tak:  pociąg osobowy drugiej klasy,  czyli dwa razy dwadzieścia pięć złotych. Czas został tak skrojony,   że samochodem którym  jechałem wyprzedziłem grafik  raptem o piętnaście minut.  Sam koszt przejazdu autostradą to trzydzieści dwa złote. No cóż, dobre i to.
Tutaj pojawia się pytanie rodem z „Rejsu” w związku z procesem,  który trwa łącznie z postępowaniem przygotowawczym z siedem lat i sądząc  z miny adwokatów,  potrwa jeszcze parę.
I kto za to płaci?
Odpowiedź również jak z Rejsu
- Pan płaci, Pani płaci, społeczeństwo płaci.
Ja już odczułem osobiście na swojej kieszeni,  
A przecież tak  jak w Sadzie w X, z tą samą mocą mógłbym powtórzyć
- Nie znam nikogo w tej sprawie - przez Sędzią w Krakowie.
Notatkę z tego zdarzenia,  można by przesłać mailem  na adres Sądu w X. Można by skorzystać ze  Skype,  który jest za free.  Z przyjemnością stawiłbym się przed kamerą w sądzie o określonej godzinie.  Koszty transportu - bilet autobusowy, informacja dla pracodawcy - wyskoczę na pół godziny.
Ale po co. Ma być poważnie, z pompą  przytłaczające. Jak  samo wejście do Pałacu Sprawiedliwości.
Gdy wchodziłem  rankiem , zza drzwi, poprzez  nieduże szyby spoglądali na mnie strażnicy, wolni jeszcze od  natłoku obowiązków . Komentowali cos zawzięcie, ale czujny  wzrok zawieszony mieli na mojej, zbliżającej się postaci. Cudzy wzrok  na sobie z jakichś powodów daje się odczuć.   Przerwali wymianę zdań gdy wszedłem do holu i rzucili tylko suche
- Zawartość kieszeni proszę do tego koszyczka. 
Wyrzuciłem więc dwa komplety kluczy,  portfel z  drobnymi i telefon komórkowy. Aktówkę położyłem na taśmie,  która poniosła ją w głąb niedużego skanera. Jeszcze tylko małym czujnikiem  jeden ze strażników sprawdził moją aurę wokół całego ciała  i  dopiero wtedy mogłem zająć się  studiowaniem tablicy z opisem pokoi na drugim piętrze Sądu Rejonowego w X.
Z pozytywnych rzeczy.  Pod salą   spotkałem biznesowego znajomego,  który zestresowany jak ja,  nie był świadomy  powodów wezwania. Kiedy zrozumiał o co chodzi odparł,  że nie pamięta,  ponieważ od 2003 roku kupił jeszcze ze dwadzieścia podobnych pojazdów dla własnych potrzeb. Znajomy wygląda  świetnie. Starszy ode mnie,  nie przypomina tego smutnego gościa sprzed paru lat,  który odwiedzał mnie  w celach biznesowych.
Nowy image to  sportowe ubranie i sportowy  terenowy samochód. Ktoś mówił  kiedyś w zaufaniu - nowa żona.  Nie miałem odwagi zapytać, ale widząc go,  jestem w stanie w to uwierzyć. Szczególnie że w tej transformacji  zauważam podobieństwo z byłym premierem. 

Emocjonalne napięcie  puściło mnie w samochodzie  i tylko  nowa mapa w nawigacji ostrzegająca trzema gongami o tym że zbliżam się do  fotoradaru spowodowała,  że nie wyluzowałem się do końca. Istniało bowiem niebezpieczeństwo kontaktu z wymiarem sprawiedliwości w całkiem innym kontekście.


Antoni Relski
32 komentarzy
28 kwietnia 2010
W tekście „o mnie”  dokonałem zmiany.  Zmiany która dzieje się bez naszego udziału, a dla wielu wbrew. Już wczoraj musiałem odpowiedzieć na pytanie sędziego o wiek.  Pouczony o odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań zastanowiłem się chwilę  i niewprawnie jeszcze powiedziałem – pięćdziesiąt dwa. Tak to w wymuszony  sposób przerzuciłem  kartę  w książce mojego życia  Ależ to brzmi patetycznie!. Z drugiej jednak strony,  raz do roku.
Wieczorem patrząc w płomień dopalającej się  świecy zapachowej zamyśliłem się nad  liczbami, które po sobie następują i tych które już nie wrócą. 
Może to tylko w ramach ogólnopolskiej akcji reklamującej matematykę.

Do piątki dodaję dwójkę.
Samopoczucie na trójkę.
Na czwórkę męskie potrzeby,
więc działam sprawnie, ażeby

Dyskrecją szczelnie  okryty,
taktowny, niesamowity,
jedyną w swoim rodzaju
otworzyć Ci  bramę  do raju.

Jedynkę stawiam zaś bez złości
jako ocenę  swej skromności.
Za rok,  gdy znów  mi się uda
Z cyframi  wyczynię  cuda

Wieczorne telefony zmusiły mnie do wielokrotnego powtarzania -   pięćdziesiąt dwa. Na koniec   byłem już lekko przyzwyczajony.
Antoni Relski
42 komentarzy
26 kwietnia 2010
Perspektywa  wyjazdu,  o którym pisałem poprzednio, albo  kumulacja złych emocji z godzin,  które oddaję ze swego życia, w zamian za  cyklicznie wypłacaną pensję, zbyt małą by zrekompensować stresu ustawiła mnie w taki sposób. A może tylko odwieczna tęsknota, by chociaż przez chwilę myśleć, że wystarczy pomachać skrzydłami i unieść się w przestworza. Mieć taką możliwość na wyciągnięcie ręki i świadomie z niej nie skorzystać, dla dobra rodziny. Albo jeszcze inaczej. Wyrzucić z siebie ból istnienia, do kogoś kto równie jak ja  wyczulony na emocje, zaprawiony  tym samym środkiem co ja, wysłucha i zrozumie. Na koniec zaś przytoczy  historyjkę,  która wykaże,  że tak naprawdę to nie ja a on ma przerąbane.  Następnego dnia nie będzie  pamiętał tej całej rozmowy, a wszyscy  dla bezpieczeństwa ograniczą się do stwierdzenia:
- No. Wczoraj do daliśmy w dupę .
A może po prostu by się trochę sponiewierać, bez głębszego sensu i ideologii, umówiłem się na sobotni wieczór w gronie znajomych. Nawet złożyłem sobie na poczekaniu taki wierszyk który trzymał mi się  niczym upierdliwy refren piosenki nieustannie  nucony :

Gdy wszystko idzie mi po grudzie, gdy nie chce mi się dalej żyć.
To z kolegami  chcę na wódę , Bo żeby być to trzeba pić…

Mleko pijałem gdy dzieciakiem,  w pieluchę lałem  raz po raz.
I taką wtedy normę miałem,  że jeden cyc na jedną twarz

Pierwszy rowerek, pierwsza piłka i pierwsze wspólne serca bicie
I chciałem aby było pięknie. Bywało  ledwo należycie.

Gdy dojrzewania jął mnie ściskać metafizyczny wielki ból,
To z kolegami tanie wino, piłem na miedzy pośród pól

Aż pojawiła się w mym życiu kobieta,  co mnie chciała kochać.
I nie musiałem już jak Konrad, za milion cierpieć oraz szlochać

Sadzenie drzewa, remont domu, płodzenie syna, wierzcie mi,
Wpisały w mój życiorys wiele, wspaniałych  chociaż trudnych  dni.

Mniej czasu było by świat zmieniać. Choć świat nasz  się codziennie zmienia.
Właśnie osiągam  swój wiek srebrny, Mieszankę szczęścia i wk....enia.

Więc czasem gdy mi  jak po grudzie, gdy nie chce mi się dalej żyć.
Ze znajomymi piję  wódę,  wszak  czasem warto jest się spić.

Następnego dnia nie  miałem ochoty na dyskutowanie o  przesłaniu poezji,   ponieważ  za  Wiesławem Gołasem   skłonny byłem  nucić :
Tupot białych mew o pusty pokład...
Ból istnienia  odczuwalny do niedzielnego obiadu, harmonizował z niechęcią do głębszych przemyśleń.  
Przypominało mi się jednak  takie  powiedzenie:
W pewnym  wieku,  jeżeli obudzimy się i nic nas nie boli, to znaczy to że nie żyjemy.
W niedzielę żyłem więc pełną piersią
Antoni Relski
22 komentarzy
22 kwietnia 2010
-Narozrabiałeś gdzieś w Polsce – powiedziała żona, zaraz jak tylko  odebrałem telefon. -Przyszło wezwanie do sądu.
- Do jakiego Sądu?- spytałem  zaskoczony kwestią,  ponieważ moje myśli krążyły wokół całkiem innego problemu.
- Nie wiem koperta jest zamknięta ja tylko podpisałam żółtą kartkę listonoszowi.
- Zwrotkę?
- Nawet z refrenem - zażartowała sobie żona.
Dzień miałem załatwiony. Przez głowę zaczęły się przewalać, rok po roku, lata mojego życia. Dzielone później na kwartały,  ponieważ z miesiącami zaczynałem mieć problem.
Do sądu? W jakiej sprawie? I przede wszystkim jako kto?
O ile dobrze przypominam sobie,   jedyne moje  wątpliwe  zachowania, to zdjęcia które z fotoradarów przychodziły  na mój adres. Każdy jednak uczciwie zapłaciłem,  w myśl przerobionego na swoją modłę  przysłowia –  kto łamie i płaci honoru nie traci.
Nie wzywany, nie legitymowany nie protokołowany.  Nie. Zaraz, zaraz,   zgłosiłem kradzież radia.  Cztery lata temu, ale po miesiącu umorzyli z powodu nie wykrycia.  Wypłacili odszkodowanie i zapomniałem o bólu rozbitej szyby.
A z pięć lat temu rzeczywiście składałem zeznania  przed  Sądem,  w sprawie klienta który kupił w naszej firmie i nie zapłacił.  Na salę wprowadzono go już w kajdankach  i tyle pamiętam, ponieważ imię nazwisko, nazwa firmy czy kwoty,  uleciały gdzieś z mojej pamięci.
Zresztą tyle lat. Facet pewnie już na warunkowym.
Czas  uparł się,  aby tego dnia nie spieszyć się. Kwadrans za kwadransem  mijały godziny. Trzynasta. Boże mój jeszcze trzy. Pomimo prób, z zakamarków pamięci nie udało mi się  wygrzebać nic więcej.  Do domu biegłem po dwa schody, a zaraz po wejściu rozerwałem  nerwowo kopertę.
 Sąd Karny w odległym o ponad dwieście kilometrów  mieście, wzywa mnie w charakterze świadka.  No dzięki Bogu. Ciśnienie zauważalnie spadło. Spojrzałem jeszcze raz na nazwę  miasta, rzeczywiście ponad dwieście.  Czytam dalej:  w charakterze świadka, w sprawie karnej przeciwko Piotrowi P i inni.   Ja przecież nie znam żadnego Piotra P,  o innych nie wspominając.  
- Być może doszło do jakiejś pomyłki - ratowała sytuację żona.  Może ktoś coś pomylił. 
Nie mogłem tego sprawdzić od razu ze względu na późną porę. Zmarnowany wieczór  i przesrana noc.  Do codziennych problemów dołączył nowy kłopocik.  A już codzienne sprawy, kiedy tylko sobie o nich przypomnę,  nie dają mi zmrużyć oka. Kłopocik działał jak wzmacniacz.
Następnego dnia od samego rana wydzwaniałem do Sądu.  Za którymś razem udało się.
- Dzień dobry. Ja dzwonię w sprawie numer taki i taki.  Wie Pani dostałem wezwanie,  a nie znam sprawy, człowieka i nie przypominam sobie składania zeznań?  Może mi Pani odrobinę pomoże.
 - Ze względu na karny charakter sprawy nie mogę Panu udzielić żadnych informacji – usłyszałem w słuchawce.
 - Ale to może być pomyłka co do osoby. Może to Pani sprawdzi.
 - Jeżeli dostał Pan wezwanie,  to Pani Sędzia chyba wie co robi? – odpowiedziała Pani Asystent,  określając coraz dokładniej moją pozycję w tej rozmowie.
- Ale wie Pani,  to jest ponad dwieście kilometrów w jedną stronę , muszę wziąć  urlop z pracy a dodatkowo  opiekuję się…
- Jeżeli Pan nie pojawi się na rozprawie to zostanie Pan doprowadzony – zakończyła w swoim urzędniczym stylu Pani Asystent .
- Widzę że nie mam innego wyjścia – skapitulowałem.
- No nie ma Pan – podsumowała ze swej strony młoda z głosu Pani Asystent Sędziego.
Po rozmowie  jestem głupszy niż przed i tylko dodatkowo  nastraszony.
I tak to zgodnie z moim obywatelskim obowiązkiem wezmę urlop, zatankuję samochód do pełna i pojadę,   aby na miejscu dowiedzieć się o co chodzi. Totalnie nie przygotowany, czego nie lubię.  A koszty?
Co prawda mogę zwrócić się z podaniem do Sądu o zwrot kosztów, ale:
Za drogę,   mogę otrzymać  zwrot kosztu najtańszego środka transportu ,w najniższej klasie. Dziękuję.
A na zwrot utraconych zarobków mogę liczyć ewentualnie, po zwróceniu się do sądu z prośbą.  Jako załącznik  należy przedłożyć zaświadczenie z miejsca pracy o zarobkach.
Wiadomo że nie będę  się chwalił  wezwaniem do Sądu. Ilu z poinformowanych uwierzy w moją rolę?. Zresztą od dawna się mówi : ukradł czy jemu ukradli,  cóż to za różnica?
Z tego samego powodu nie wezmę  zaświadczenia o zarobkach, ponieważ powinienem wskazać cel.  I już z  płac pójdzie hasło, że zaświadczenie pewnie potrzebne do wyliczenia alimentów,  a ktoś gotów  potwierdzić, że widział to małe dzieciątko i  całkiem jest do mnie podobne. I skrzywdzoną matkę oczywiście też widział.
- Wie Pani , ona miała takie smutne oczy. Wykorzystał bidulę stary rozpustnik!
Znaczy się dzień w plecy. Nastrój w plecy, finanse w plecy.
I dziwić się, dlaczego  na pytanie stróżów prawa  najczęściej odpowiadamy:
 – nie wiem, nie widziałem.
To zdecydowanie redukuje przyszłe kłopoty.
A dodatkowo stres dla człowieka nie obytego w kontaktach z wymiarem sprawiedliwości, który to wymiar traktuje wszystkich jako swoich byłych, obecnych, lub przyszłych klientów.
Kayah śpiewa że” strach lepszy jest niż szacunek” i widać że jeszcze często urzędnicy z tej piosenki czerpią swoje natchnienie.
A ja powoli zaczynam się czuć jak  w Procesie  Kafki.  Antoni R. brzmi równie dobrze jak Józef  K.
„Czarny chleb i czarna kawa ….” . Tak mi się jakoś przyplątał ten muzyczny motyw i trzyma   od pewnego czasu. To taki auto prześmiewczy element mojego charakteru. Wszystkich traktuję równie prześmiewczo, siebie nie wyłączając. 
D-day  dopiero z początkiem przyszłego tygodnia, ale humor mam zepsuty od ubiegłego.
A w tym pierdlu w  sytuacji ekstremalnej,  czy dostanę w ryj, gdy na pytanie  - grypsujesz? ,   odpowiem – Nie. Ja bloguję.


Antoni Relski
42 komentarzy
19 kwietnia 2010
Z wybiciem północy motyle odzyskały swoje barwy.  Dzisiaj rano słońce wstało  pełnią swoich barw,  a telewizory zaczęły nadawać  w dedykowanym systemie true color.   Życie wraca do normy. Kina wrzucą na projektory szpule z najnowszymi filmami, domy handlowe włączą reklamy i puszczą głośną muzykę.  Wieczorem  knajpki zapełnią się klientami, a  ćmy barowe jak w poprzednich tygodniach zaczną  połyskiwać karminem ust.
Agencje prasowe już przynoszą informacje o tworzonych  ad  hoc koalicjach. Możemy,  już możemy
Od dzisiaj  możemy już różnić się,  czyli  szarpać  i dzielić  po Polsku. 
 Odzyskaliśmy glejt na swobodne obrażanie się na innych i lekceważenie adwersarzy. Można wytykać małość i  miałkość  idei, dwulicowość zachowań i łamanie złożonych ledwie wczoraj  deklaracji. Czerwoni przeciw czarnym, biali z  zielonymi, przeciwko żółtym, a wszyscy razem przeciwko gejom  i masonom. Aż skóra cierpnie na plecach na samą myśl że trzeba będzie nadrobić stracony tydzień.
Jeszcze dzisiaj trochę  onieśmieleni, ale jutro to na pewno się zmieni. Andrzej Sikorowski śpiewał co prawda przy innej okazji :
- A jutro znów pójdziemy na całość
za to wszystko co się dawno nie udało ..
I trochę dalej :
 a jutro znów pójdziemy na całość
miasto będzie patrzeć twarzą oniemiałą …
Co tam  miasto,   oniemieje cały kraj. Aż świat się cały zadziwi, bo  my nie będziemy się rozmawiać na drobne .
 A trawa wokół mnie tak samo zielona jak trzy dni temu. Na gałęziach  więcej pąków przeradzających się w liście.  Ptaki ćwierkają jak zwykle radośnie, ich nie obowiązywał czas oficjalnej smuty. Niebo  pełne chmur,  które tylko poprzez świadomość pyłu wulkanicznego,  wydają się bardziej szare  niż w zeszłym tygodniu. W radio leci muzyka elektroniczna lub rap może dance, a pianiści oderwali zgrabiałe dłonie od  fortepianowych klawiatur. Pozostaje smutek rodzin ofiar  i deklaracje. Czas pokaże czy będą miały pokrycie. Z doświadczenia mojego półwiecza wiem,  że z realizacją bywa różnie,  najczęściej  źle  i nijako. Chociaż  wszystko jest względne.  Z okazji narodowej żałoby w radio, nasłuchałem się rockowej klasyki z lat 70 -tych i 80-tych . Deep Purple,  Scorpions nawet Metallica. Utwory które w czasach  dorastania dawały mi radość,  teraz miały   być tłem smutku i refleksji.  Zrozumiałem  w końcu  dlaczego tak rzadko goszczą  na falach eteru.  Nie usunę jednak tych płyt z samochodu. W dalszym ciągu będą mnie stymulować do radości.
 - Show must go one -  śpiewał   Freddie Mercury.   Wraca więc  „Taniec z gwiazdami” ,” Śpiewaj i walcz”,  „ Tak to leciało”   i  setka  innych cukierkowych programów i  seriali, odbierających nam swobodę samodzielnej  oceny.  O przepraszam wolę możemy wyrażać za pośrednictwem  SMS-a  po wpisaniu cyfry pięć i wysłaniu na numer 74 coś tam coś tam,  za cztery złote netto plus VAT.
 Normalnieje. Dzisiaj rano jak zwykle,  sąsiad wyprowadził psa na dużą kupę i tradycyjnie udał, że nie dotyczy go obowiązek sprzątania po swoim ulubieńcu.   Inny dojechał do mojego zderzaka tak, że z szeregu wyjeżdżałem dziesięć minut  wprost pod śmieciarkę, która ustawiła się na środku drogi. Zagradzając wyjazd z osiedla  warczącą ciężarówką , operatorzy kubłów na śmieci  rzucali nieprzyjazne spojrzenia na chcących wyjechać.  Jesteśmy w pracy  rzucił jeden pod nosem. A my kurde co?   Jedziemy na imprezę do  francuskiego konsulatu?.  
Nabrałem powietrze pełnymi płucami . Żyć!
Antoni Relski
36 komentarzy
16 kwietnia 2010
To była kolejna  z moich szpitalnych  wizyt. Wlokłem się obładowany reklamówkami z żywnością, środkami higieny osobistej, oraz  medykamentami.  Przemykałem szpitalnymi korytarzami szybko, z wprawą powstałą w wyniku kilkutygodniowych już marszów w tę lub drugą stronę. Zastanawiałem się dlaczego codziennie potrzebujemy tak wielu rzeczy? . Dlaczego za najważniejszą rzeczą o którą chcemy zadbać to jedzenie.  W  jakim celu każdego szpitalnego pacjenta tuczymy i poimy bez opamiętania. I soczek i może ciasteczka, a jabłuszko? Koniecznie! Wpisałem się niestety,  w ten schemat szpitalnych zwyczajów .  Działałem według kartki, a wizytując żonę otrzymywałem kolejną   do realizacji. W niedługim czasie szpitalne łóżko obudowało się w dziesiątki mnie lub bardziej potrzebnych rzeczy. I jeszcze słoniki na szczęście. Pierwszego przyniosła stara znajoma i ktoś z rodziny niemal równocześnie. Pod koniec pobytu parapet okienny oddany został we władanie dwudziestu czterem słoniom różnej maści, wielkości i urodzie. Dzisiaj kolejne zakupy, czysty ręcznik i zaległa korespondencja.
Jeden cel:  piętro, oddział i pokój. Na oddziale zatrzymywałem się co jakiś czas, aby zamienić zdanie  lub dwa , z osobami z którymi zaprzyjaźniłem się w tak zwanym międzyczasie.
- Oj jak pan ładnie już chodzi!
- Jest coraz lepiej, ja to codziennie obserwuję.
- Co tam u mamusi?
-  Kiedy ściągają szwy?
Standardowe rozmowy, wywołujące  chwilowy uśmiech na zbolałych twarzach.
Pamiętam jednego z pacjentów , który po wypadku samochodowym uderzył głową w drzewo. Przeżył , ale jak to mówił jego ojciec -  zresetował się.  
Powoli uczył się mówić, chodzić, rozumieć. Kiedy wchodziłem na Oddział widywałem go jak razem z ojcem krok po kroku przemierzali szpitalny korytarz.
- Idziecie jak Felicjan na Kopiec? – pytałem.
Na Kopiec i  trzy kroki dalej -  odpowiadał ojciec, a syn uśmiechał się, szczególnie po   zdaniu :
 - Jest lepiej niż dwa dni temu.
Nigdy nie uważałem że cierpieniem można się zarazić. Ale odrobiną empatii na pewno można   pomóc , również sobie  Nie jestem wyjątkowy, po prostu problemy mojej rodziny pozwoliły mi otworzyć się na świat ludzi chorych.
Tym razem wędrówka   nie wiązała się z nadmierną ilością rozmów. Być może nietypowa pora spowodowała, że korytarz był raczej pusty, pomijając oczywiście chorych leżących na dostawkach. Nawet zdziwiłem się, że jest to jeszcze praktykowany korytarzowy zwyczaj. Nieludzki  zwyczaj ze względu na intymność z której chory w takim korytarzu jest odarty. Ale być może ratowane życie jest ważniejsze?.  Rozejrzałem się  wokół,  leżeli z reguły ludzie starsi, być może dlatego niezaradni, przyjmujący z pokorą to co niesie los. Minąłem drugie lub trzecie łóżko próbując aby chociaż wzrok nasz skrzyżował się na chwilę i by choć na chwilę na tej twarzy zagościł  cień uśmiechu.  Nawet szło jak wymyśliłem. Dwa łóżka dwa uśmiechy, trochę zadziwione, może trochę zaskoczone. W każdym razie oczekiwane bo  nieczęste w tym zabieganym świecie.
Osoby pozbawione dzwonka alarmowego, dla załatwienia swojej bardziej lub mniej życiowej sprawy próbowały  posłużyć się kimś przechodzącym. Niestety furkot fartuchów personelu, powiewających od powstałego przy szybkim marszu  wiatru, owiewał tylko te smutne i zawiedzione twarze.  Przy trzecim  łóżku, kiedy moje oczy spotkały się z oczami tego starszego człowieka i tutaj  zdarzyła się ta historia.   Kiedy nasze spojrzenia spotkały się , jego  w pół przymknięte oczy otwarły się z całą mocą. Podniósł z wysiłkiem  siwą głowę  jak gdyby próbował mi coś powiedzieć. Usta jednak poruszały się tylko na kształt słów, bezgłośnie. Wyciągnął wychudzoną rękę .Myślałem że  coś chciał mi pokazać.  Myślałem żęe chce aby podać mu wodę , okulary czy coś tam co leżało na podręcznej, metalowej, szpitalnej szafce.
- Czy coś podać? - zapytałem  spoglądając na wskazanie dłoni, ale on tylko powtórzył coś bezgłośnie i skierował dłoń bardziej w moim kierunku.
Podniosłem swoją i w połowie drogi nasze ręce spotkały się. Uchwycił mnie desperacko. Z początku delikatnie, a później mocno coraz mocniej. Jak gdyby  bał się że wyrwę tą swoją i odejdę.
Patrzył mi prosto w oczy a ja odniosłem wrażenie, że jego  źrenice stały się większe.
- Czy coś podać ? - powtórzyłem
- Może wezwać lekarza?. Zanegował gestem głowy.
 Nie próbował już mówić nic, patrzył mi tylko prosto w oczy, utrzymując zadziwiająco mocny uścisk.
Trwało to chwilę  krótszą, lub dłuższą,  a może tylko błysk chwili, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.  Nagle podniósł głowę, złapał dwa lub trzy razy powietrze i zastygł w bezruchu. Uścisk zwolnił się, a oczy pozostało otwarte. Nie potrafiłem  wyswobodzić się z jego uścisku, nie potrafiłem lub nie chciałem. Trzymałem ją jeszcze chwilę w swojej, a później delikatnie położyłem  jego dłoń na łóżko. Podbiegłem do pielęgniarek. Kiedy dowiedziały się o kogo chodzi, powiadomiły lekarza -  że już. Powoli podeszli do zmarłego. Jak się później dowiedziałem, tak miało być, kwestia czasu. Uspokoiłem swoje sumienie, które już zaczynałem atakować za brak zdecydowanej reakcji.
 Zastanawiałem się nad swoim zachowaniem. Kiedy umierał  obcy mi człowiek  trzymając mnie za rękę, kiedy zdałem sobie świadomość ze zdarzenia w którym uczestniczę, zachowałem się nad wyraz spokojnie. Nie panikowałem, nie odsunąłem ręki. Nie odczuwałem żadnych negatywnych emocji, strachu, niechęci czy jakiegokolwiek chociażby  obrzydzenia.  Odwrotnie czułem się  na swój sposób wyróżniony, przez obcego mi człowieka. To on zdecydował się odejść z tego świata w mojej obecności. Na chwilę trzymania mnie za rękę musiałem być dla niego kimś bliskim.  Byłem najbliższy.  Wyróżnienie, odpowiedzialność, gest?   Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Człowiek , drugi człowiek.  
Co ciekawe, w mojej pamięci zachował się obraz ciepłego staruszka. Nigdy nie pojawiało się to w moich myślach czy snach  w kategorii horroru czy czegoś równie mrocznego.
Zdarzenie które mnie spotkało jest typowe i codzienne  dla obsługi i wolontariuszy hospicjów, mnie zdarzyło się po raz pierwszy. Dlaczego?
Tempo i styl życia. Pragnienie awansu, strach o utratę pracy i w końcu odejście od tradycji  rodzin wielopokoleniowych powoduje,  że  brak nam czasu dla odchodzących. Brak czasu, brak cierpliwości w końcu  niezrozumiała próba ochrony dzieci przed widokiem śmierci.  Bo to takie nieestetyczne. Tak? . Poczekajmy chwilę. Dzieci wynoszą schematy zachowań z własnych domów.  I zdarzyć się może że i one  skutecznie ochronią swoje dzieci przed  nieestetycznymi widokami związanymi z nami.  A wtedy?  Czy pozostanie nam  oczekiwanie na przypadkową  dłoń,  która pomoże w przejściu na drugą stronę?
Mój umierający nieznajomy miał  ponoć  rodzinę,  kurczowo trzymającą się szczebli własnej kariery.
Kupienie  raz w tygodniu wody, herbaty czy czekoladek Merci w całości wypełniło im potrzebę kontaktu z  umierającym ojcem.
Przecież  wiadomo z reklamy,  że czekoladkami Merci dziękujesz najlepiej.
Uścisk dłoni to taniocha!

Antoni Relski
86 komentarzy
12 kwietnia 2010
Kilka lat temu przeczytałem w Tygodniku Powszechnym  następującą wypowiedź księdza Malińskiego:
„ Gdy już wszystko i wszystkich oplujemy, sponiewieramy, zmieszamy z błotem, zadepczemy. Gdy już każda świętość zostanie przez nas wykpiona, wyśmiana, zbezczeszczona, splugawiona.
Gdy już wykażemy, że miłość jest tylko seksem, że bezinteresowność jest interesem, prawdomówność - zakłamaniem, sprawiedliwość - zemstą. Gdy już z całą satysfakcją udowodnimy, że wszyscy są złodziejami, oszustami, szubrawcami. Gdy już odbrązowimy wszystkie autorytety, bo odkryjemy, że mędrcy nie byli tacy mądrzy, wielcy politycy popełniali błędy, wielcy święci bywali małostkowi. Wtedy nawet już nie będzie Tego, któryby powiedział: "Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień".
Tekst powstał w związku z pewnymi, wiadomymi problemami księdza, ale ta wypowiedż ma dla mnie dużo bardziej uniwersalny sens. Dlatego też ctyuję go dzisiaj, w okresie narodowego smutku.
Kilka lat temu, przeżywaliśmy narodowy bół rozrywający  serca. W tych trudnych chwilach  lgnęliśmy do drugiego człowieka.
 Bratali się wszyscy, nawet kibice Cracovii i Wisły. A później  sytuacja wróciłą do normy. Czy machający bejsbolem kibol pamięta tamte gesty i słowa?   
A może by tak korzystając z obecnej chwili narodowej zadumy postarać się bardziej niż pięć lat temu.
A gdybyśmy tak na co dzień potrafili odnaleźć człowieczeństwo w drugim człowieku.
Gdybyśmy chcieli zrozumieć jego racje, lub chociażby tylko spóbować je zrozumieć?
Gdybyśmy dostrzegli to wewnętrzne piękno duszy, a nie to powierzchowne, będące efektem plastycznych operacji?
A gdybyśmy nie  czekali z dobrym słowem  do pośmiertnych wspomnień?  
O zmarłych należy mówić dobrze albo wcale. Media od czasu sobotniej tragedii pełne są wspomnień żywych o zmarłych. W myśł  powyższej zasady opowiadają o niespotykanych zaletach tych którzy odeszli. O talentach, zdolnościach, umiłowaniu bliźniego i  wielkim sercu które już niestety nie bije. Odnoszę wrażenie  że Bóg czy jak ktos woli los,  wybiera z pośród nas  intelektualny kwiat i śmietankę  ludzkiej dobroci. Prawidłowośc tę zauważył i wyartykułował  Rektor Uniwersytetu Jailońskiego w dzisejszej wypowiedzi do telewizyjnej kamery . Sens był mniej więcej taki: O zmarłych mówimy dobrze, dla żywych brakuje nam sentymentu. Świat byłby rajem gdybyśmy potrafili dobrze mówić o żywych. Ostatnie dni  przynoszą tak wiele dowodów potwierdzających słusznośc wypowiedzi Jego Magnificencji.
Antoni Relski
15 komentarzy
09 kwietnia 2010
Wczoraj pomiędzy jednym a drugim zestawieniem które tworzyłem z samozaparciem, odwiedził mnie znajomy z poprzedniej pracy. Byłem pogrążony w tej robocie ponieważ wiadomo nie od dziś, że zestawienia tworzy się nie w celu informacji, a jednie w celu ochrony dupy tworzącego.
Tak dokładnie to znajomy był z poprzedniej, w stosunku do poprzedniej. To chyba znak że zapadam w pamięć i po mimo mikrego wzrostu, trudno mnie z niej usunąć. Sentymentalnie tak przywiązuję się do miejsc jak kot i do ludzi jak pies. W tym zestawie zwierzęcych instynktów pozwalam sobie, przynajmniej raz do roku odwiedzić znajomych z którymi nie pracuję już od czternastu lat. Gdy jednego roku zapomniałem o tym zwyczaju, zadzwonił szef i w niewybrednych słowach zaprosił mnie na wizytę. Piszę niewybrednych, ponieważ szef nerwus i wrzodowiec, znany był ze swego niekonwencjonalnego języka. A przy takim słownictwie, moje poddawanie w wątpliwość nieomylności szefa jakoś mi uchodziło. Z perspektywy widać, że bardziej pamięta się krnąbrnych o których przyjdzie nam się potknąć na swojej drodze, niż tych miękkich jak plastelina, po których przechodzi się bez wysiłku. Trzeba tylko uważać aby się nie pośliznąć. O nich zapomina się zaraz po przejściu. Kiedy w końcu po wspomnianym przywołaniu pojawiłem się na kawie, stary rzekł:
- Widzę Relski że wydoroślałeś w końcu.
- To że tutaj pijemy radośnie kawę znaczy że obaj wydorośleliśmy – odwzajemniłem komplement.
- Ale zostałeś sobą - dodał stary.
- Dzięki Bogu - wyrwało mi się po staremu.
Wracając zaś do wczorajszych odwiedzin. Znajomy oprócz dobrego słowa, podrzucił mi mąkę. Dwa razy po pięć kilo. Raz razową z otrębami, a raz pszenną „weselną”. Z połączenia tych dwóch mąk piekę chleb domowy. Piekę to może zbyt dosłowne określenie. Od czasu kiedy kupiłem maszynę do pieczenia chleba, ona za mnie miesza i wyrabia. Mnie pozostaje dobrać odpowiednio proporcje i wybrać stopień opieczenia. Nie jest to bynajmniej łatwe zajęcie, ponieważ proporcje inaczej dobiera się przy tak zwanym ręcznym mieszaniu, kiedy zawsze można dosypać mąki, czy dolać mleka. Tutaj zbyt duża ilość wody spowoduje, że ciasto wyrośnie znakomicie, a następnie spektakularnie opadnie, tworząc chleb na kształt wulkanu po erupcji. Nieograniczona możliwość dosypywania ziół i przypraw powoduje że chleb jest niepowtarzalny. Tylko ten czas, od wsypania do wyjęcia to trzy godziny. No i jeszcze te dwadzieścia minut aby ostygł chociaż trochę , ponieważ nóż kaleczy, a nie tnie, taki świeżo wyjęty z formy bochenek. Zapach pod koniec pieczenia powoduje, że nie udaje nam się dotrzymać tych dwudziestu minut.
A potem już tylko masełko, solo wystarczy. Albo margaryna to już kwestia wyboru.
W ramach wykorzystania wszystkich funkcji maszyny robię na niej także ciasto na pizzę. I chociaż nie wychodzi mi to podrzucanie wirujących krążków drożdżowego ciasta, to potrafię je rozklepać tak że pizza jest cieniuteńka jak w firmowych zakładach, do tego ten zapach. Prawdą jest to że człowiek je oczami i nosem. Przekładając to na inne dziedziny życia - prysznic to mój wielki przyjaciel.
Wracając do chleba. Szerokim łukiem jak mogę unikam marketowych wyrobów przypominających w smaku watę, chociaż wygląd i zapach czasami potrafią mnie zmylić. Jak głupi, nabieram się na określenie chleb fitness. A prawie wszystko pięknie pokrojone i zapakowane. Pamiętam wizytę moje ciotki z ameryki, na początku lat siedemdziesiątych. Wraz z mężem prowadziła małą piekarnię i opowiadała o swojej nocnej pracy . Największe wrażenie zrobiło na mnie to, że gotowy chleb kroi na kromki i pakuje w papierowe torebki.
Boże ty mój, tym amerykanom całkiem przewróciło się w głowie Nie dosyć, że mają chleb bez kolejki to jeszcze trzeba za nich kroić.
Ponieważ zakup chleba, zwłaszcza na niedzielę należał do moich obowiązków, ganiałem do piekarni PSS Społem. Tam na zapleczu pieczono chleb pszenno żytni, w formie dużych okręgów i wadze dwóch kilogramów. Pamiętam jak stałem w kolejce i czekałem, aż świeży wypiek wyjdzie z pieca. W głębi zaplecza widziałem jak dużymi drewnianymi łopatami piekarze wyciągali chleb z pieca na specjalny wózek i do sprzedaży. Pomimo tego że jakiś czas stygł jeszcze przed sprzedażą, chleb parzył w ręce i trudno go było bez problemu donieść do domu. Wypracowaliśmy metodę przerzucania bochenka raz w lewą, raz w prawą rękę. I biegiem do domu. A że nie zawsze udało się trafić w biegu w chleb, zdarzało się, że bochenek wypadał z dłoni. Podnosząc go, za każdym razem z szacunkiem całowałem jego skórkę . Taki wpojono nam szacunek dla chleba jako daru bożego. Upadły chleb podnosiłem szybko, całowałem mając wyrzuty sumienia i licząc że dobry Pan Bóg tego upadku nie zauważy.
Kto dzisiaj oprócz oficjeli na tradycyjnych dożynkach całuje jeszcze bochen chleba?
Nawet na mojej wsi odeszli od tego zwyczaju, chociaż nadal przed pierwszym krojeniem nowego bochenka,  ze spodniej strony robią  nożem znak krzyża.
Stary  chleb nie lądował nigdy w koszu. Nikt też nie kupował wtedy tartej bułki przy obfitości własnego surowca. Suchy chleb odbierali też hodowcy królików, kur i wszelakiej maści domowego inwentarza.
Dzisiaj mamy po amerykańsku. Chleb krojony w kromeczki, pakowany w papierowe torebki z kolorowymi naklejkami. Pełne półki tego chleba, a kiedy wracam do domu, koło osiedlowego śmietnika walają się kawałki suchego, kupionego na wszelki wypadek chleba. Pół biedy jeżęli staje się karmą dla gołębi czy wróbli, gorzej że to szwedzki bufet dla gryzoni.
I chleb coraz bielszy ponieważ zaczyna brakować żyta. Coś niesamowitego!. Powód jest prozaiczny. Ponieważ z jakiegoś powodu uprawy żyta nie są dotowane z funduszy unijnych, na zachodzie nie opłaca się go siać. Z braku własnego surowca zachód kupuje żyto u nas. Z powodzeniem, ponieważ cena jaką proponują na Niemcy jest tak wysoka, że nam to się opłaca nawet bez unijnej dopłaty. Nie opłaca się natomiast kupować go naszym piekarniom, stąd coraz częściej chleb mieszany bywa tylko przyprószony żytnią mąką, przez to jest coraz jaśniejszy i coraz mniej smaczny. Brak żyta to koniec z barszczem białym. A jak mówi reklama taki barszcz robią tylko Polacy.
O maszyna zapiszczała trzy razy. Otworzyłem pokrywę i wyrzuciłem chleb z formy. Cudny, motywujący zapach.
Chleb. Umieszczony w podstawowej modlitwie - Ojcze Nasz!
Chleba naszego powszedniego … recytujemy bez zająknięcia.
-  Swoją drogą, ile musieli dać piekarze? -  zastanawiali się przedstawiciele jednej z  największych i najstarszych  religii którzy w dowcipie próbowali namówić Papieża  do zmiany słów tej właśnie modlitwy poprzez dodanie  do :  chleba naszego powszedniego  …. i coca coli
 Ale żarty na bok, kroję….
- Żebyś nie musiał jeść czarnego chleba, jak ja za okupacji - mówiła matka kwitując kiedyś moje gastronomiczne marudzenia. Dzisiaj ten ciemny jest moim ulubionym.
I powiedzcie, czy ktoś dogodzi człowiekowi?
Antoni Relski
22 komentarzy
05 kwietnia 2010
Zaprzyjaźniony Gazda z Podhala opowiadał mi o swojej wizycie u amerykańskiej wnuczki w Chicago. Mile zaskoczony w konsulacie amerykańskim,  gdzie urzędnik wydał mu wizę bez oporów i tradycyjnego  amerykańskiego  biurokratyzmu. Może dlatego że Gazda nie wygląda ani ni arabskiego terrorystę, ani ze względu na wiek, na rodzimego zbieracza azbestu. Był widział. Kolorowe  zdjęcia świadczą o tym,  a opowiadania  z krainy amerykańskiej polonii -  bezcenne.
Czy jednak taki wyjazd za Wielką Wodę jest bezpieczny? Nie mówię tutaj o skrajnych przypadkach  WTC,  ale o zwykłe niebezpieczeństwo, którego pełno wokół , a które przyjść może z najmniej spodziewanej strony. Ale po  kolei    
Czyż może być lepsza chwila na spotkanie z przyjaciółmi  niż letni pogodny wieczór? Czy może być bardziej dogodna chwila niż brak starych w domu, dzięki czemu osiągnąć można ten luz, feeling, czy jak tam to się nazywa, kiedy przed starymi kolegi nie trzeba udawać abstynenta. Luz blues i te klimaty.
 Na zaproszenie Jurka Kiciarskiego wszyscy jego znajomi, oczywiście tylko ci którzy tego zaproszenia doświadczyli, porzucili swoje obowiązki i w komplecie stawili się w domu imprezowym  w  Siedlisku Kiciarskich. Tutaj  dworska atmosfera mebli bratała się z chłopskimi zdobieniami,  a wszystko przepojone  jest duchem secesji. Pięknie chociaż czasami zadziwiająco. Na potrzeby wyższych sfer ukuto określenie - styl eklektyczny, prości mówili po prostu - graciarnia. Ale ta historyczna graciarnia miała swój styl. Każdy kto raz zapuścił się przez drzwi tego domu lubił tam wracać,  na ile to było możliwe, czasami nawet gdy nie było możliwe ponieważ Jurek przez swoją kindersztubę nie potrafił nikomu powiedzieć -  spieprzaj dziadu. Tak więc grill  smolił mięsa na swoim ruszcie, wódka nie doczekawszy się zmrożenia wlewała się z głośnym chlupotem w gardła imprezujących,  a wino jak wino, toastowane , komplementowane a czasami zwyczajnie pite.
Dym jak drogowskaz do domu Jurka snuł się wzdłuż wiejskich płotów i popod chałupy miejscowych, którzy popijając wieczorne piwo powtarzali do siebie:
- O Kiciarska w Ameryce to młody rządzi.  Ciekawe co wyrządzi tym razem.?
Fakt faktem  tak się jakoś składało,  że po każdej ze zorganizowanych imprez pozostawała pamiątka w postaci jakiegoś złamania, zniszczenia przedziurawienia  rodzinnej pamiątki. Bądź przynajmniej zarzygania posesji sąsiada. Co gorsza raz  dotyczyło to dobrego dobrodzieja plebana. No cóż paw nie wybiera.
Potem przez tydzień jeszcze bywał to temat do dyskusji przed sklepem spożywczym, gdzie pijący piwo miejscowi górale opowiadali sobie jeden przez drugiego,  co to nowego nawyczyniał dziedzic. Ta impreza inna była  od wszystkich , bo to i zjeść co było,  a wypić to już w ogóle. Może temu jedzeniu z grilla zawdzięczać należy,  że alkohol trzymał się wnętrza imprezujących i poza przypadkami pozbawienia uszek kilku stylowych filiżanek,  nie notowano jakichś nadzwyczajnych ekscesów. Jerzy nie oszczędzał się  wznosząc toasty za zdrowie i na cześć,  o strzemiennym nie zapominając. Kiedy pożegnał gości i postanowił że sprzątanie odłoży do jutra, jak stał tak zaległ w wielkim dębowym łożu,  pamiętającym z pewnością  jeszcze zabójstwo arcyksięcia w Sarajewie, a na pewno  drugą wojnę. Tą  światową   oczywiście.
Jurek Kiciarski  jak miał to w swoim zwyczaju, zasnął natychmiast snem kamiennym. I trzeba by dobrego strzału z dwururki  lub komendy,  że oto  strzemienny jeszcze jest do wypicia, by poruszyć bezwładne ciało, ułożone w pozycji nurkującego samolotu. Wrak tego samolotu leżał  na powierzchni nie naruszonej  kołdry. Była jeszcze noc czarna, chociaż automatyczny zegar z  kalendarzem  pokazywał już dzień następny.  Zegar o który toczył nieustanną walkę z matką, ponieważ nie pasował do klimatycznego, chociaż eklektycznego. jak wspomniałem wnętrza. Ona zaś kupiła go na bazarze od ruskich i tak jakoś przypadł jej do gustu, że trzymała go właśnie obok łóżka,  by móc spoglądać na zmieniające się cyfry  minut, w długie bezsenne w tym wieku noce. Matka bez  ruskiego zegarka  wybrała się w  objazdowe odwiedziny swojej licznej amerykańskiej rodziny.  Miała jednak  ten zwyczaj, że codziennie wieczorem siadała przy  aparacie telefonicznym  i  opowiadała  swojemu synowi  o dokonaniach  mijającego właśnie dnia. Tak uczyniła i  tym razem wykręcając polski numer swojej wiejskiej  rezydencji.   Dokładając sześć godzin wynikających z różnicy czasu, telefon zadzwonił o  trzeciej  nad ranem.   W godzinę złodziei samochodowych, ponieważ trzecia - czwarta to ponoć ta faza snu kiedy głęboko w dupie mamy  wszystko to co dzieje się wokół. Upierdliwe dźwięki  telefonu zakłócały dokładnie alkoholowy sen Jurka.  Myśląc  iż to jakiś niedopity kompan próbuje umówić się na klinika,  w  zaspanym umyśle  wymyślając na poczekaniu jakąś  historyjkę krzyknął :
 - Nie mam czasu. Dom płonie, ratujemy co się da. Proszę zadzwonić później. Rzucił słuchawkę na widełki.
Telefon przestał dzwonić,  a Jurek pogrążył się cały w przyjemnym,  regenerującym śnie.  Następnego dnia koło południa kiedy Jerzy powoli zbierał się w sobie, a następnie  puste butelki, kubki i pety z klombów. Błoga ciszę południa przerwał  telefon, który  zadzwonił znowu. 
- Cześć Jurku. To ja Andrzej, Twój brat z Ameryki. Powiedz mi jakie straty?
- Jakie straty? -  spytał  zamulony jeszcze Jerzy. No  kilka szklanek i kieliszków.  No może ta dziura w dywanie co  się wypaliła  w tym dywanie w salonie – odpowiedział  zadziwiony,  że oto do Ameryki dotarła już wiadomość o wczorajszej imprezie. No  troszkę przegiął w trakcie wczorajszej imprezy.  Fakt nie powinni tak drzeć ryjów w rytm  Perfectu,  ale przecież każdy po alkoholu chce być sobą , a Autobiografia to jakby jego życie, żywcem zaplątane w śpiewne rymy.
A ta co z autobusem arabów zdradziła go? No może to nie był autobus,  a kolega  na imprezie trzy lata temu . Ale boli,  cholernie boli,  może bardziej niż ten autobus całkiem nieznanych  gości.
-  A dach,  a  drewniane ściany,  a  maszyny w warsztacie uratowałeś?
Jaki warsztat?,  jakie maszyny?  -   powtarzał powoli Jurek,  aby sobie dać czas na przypomnienie wczorajszej imprezy.  Nagle zaczęła  do niego dochodzić cała prawda. Tą upierdliwą dzwoniącą  była jego własna matka i to jej nałgał w tak prymitywny sposób.
 Wszystko już w porządku - postanowił  kontynuować  ściemę.-  To tak na wyrost powiedziałem  sytuacja opanowana nie ma szkód.
- U nas też opanowana – powiedział Andrzej. Tylko mama nie przyleci w piątek do domu.  Leży w szpitalu , miała zawał.  Tak że za remont po pożarze weź się sam.
 Chcący, czy nie chcący wybulił z własnej kieszeni za malowanie dwóch pokoi, To tak dla zatarcia śladów i okopcił chałupę z jeden strony,  aby historia była bardziej prawdopodobna .  To okopcanie belek wywołało konsternację wśród miejscowych i  piwne rozmowy w spożywczaku,  jak to dziedzic chałupę chrzcił ogniem. Zawał matki to przecież silna motywacja.

 Ale nie rzucajmy kamieniami w Jurka, wszak każdy z nas ma jakiś głupi kawał  na sumieniu.
Antoni Relski
27 komentarzy
01 kwietnia 2010
Gdy noc zapadła już głucha i ciemno było w kurniku
Kura szepnęła: słuchaj, Budząc koguta po cichu.
Głos  wprost zamiera mi w grdyce i wszystko staje się bajką.
Bo słodką  mam  tajemnicę. Słuchaj, będziemy mieli jajko!
(Wiem, wiem że trochę inaczej śpiewało się w harcerstwie )
Niewysłowiona radość kury, wyartykułowana przed kogutem ciemną nocą w dziwny sposób konweniowała z dzikiem uśmiechem chłopa  małorolnego Bronisława, który  rano zajrzał do stajni. Siedzące do tej pory na grzędzie, pogrążone w głębokim jeszcze półśnie kury, zerwały się błyskawicznie  do krótkiego lotu. Wystarczył sam odgłos klaszczących rąk Bronisława, tuż przed przeciągłym  gwizdem,  który po chwili wydobył się  z pełnych płuc chłopa. On zaś  szedł stając na palcach, jakby nie chciał zgnieść ewentualnego jaja, które  jakaś roztrzepana kurka porzuciła  byle gdzie. Sama chwila tego skradania się na palcach obutych w ciężkie gumofilce  wyglądała dosyć zabawnie. Rozbawiło to nawet świnie, te dwie które oparły się przedświątecznym przygotowaniom wędlin. Chrumkając głośno  przeciskały ryjki pomiędzy drewnianymi szczebelkami, aby z tej perspektywy mieć lepszą widoczność. 
- Cicho tam cholery jedne -  zaklął Bronisław,  po czym ślizgnął się na  małym organicznym fragmencie, który nie trudno nazwać po imieniu,  biorąc pod uwagę miejsce rozgrywania się owej sceny.
- Maryśka chodźże tu szybko,  mamy jajko.
- Tak, Wy macie -  rzucił pod dziobem kogut.  Ale z tych pretensji gospodarz usłyszał tylko coś na kształt niedorobionego piania.   Zresztą kogut zaraz dojrzał jakiegoś  robala  pełzającego w kierunku ściany. Podbiegł tam szybko i mocnym dziobem podzielił przekąskę na dwie części. Istota ojcostwa czy macierzyństwa zeszła automatycznie na plan dalszy.
-  O jeszcze jedno mamy jajko.
I tak wyciągając jedno po drugim,  jajka ukryte pośród  słomy i porzuconego pod ścianą siana,  gasił nadzieję mieszkańców grzędy na prokreację.
Nie doczekał się Maryśki, która pogrążona w pracach domowych, nie zwracała zupełnie uwagi na polecenia, które raz po raz wydobywały się z ust Bronisława.
Przynieś, wynieś, podaj – a któż  by to wszystko spamiętał.  
Stojąc tak bezradnie przez chwilę, analizował sytuację, w końcu zawinął do góry poły bluzy roboczej i ułożył tam  znalezione jajka.  Dwanaście sztuk. Jedno w jedno jako kurze,  tak jak szybko opuściły kurę, tak samo szybko opuściły stajnię.
- Mamy jajka - powiedział powtórnie  Bronisław wchodząc do kuchni niższej,  zbudowanej w suterynie. Służyła ona do brudniejszych bądź większych prac,  jak przygotowanie na święta mięs, kiełbas czy wypieków.  Złożył jajka do koszyka w którym leżał już zbiór z poprzednich  czterech dni.
 Jutro można by na targ do Krościenka    powiedział niby do siebie, ale  było to zawoalowane  polecenie wyjazdu dla Maryśki.
Kobieta bez słowa spojrzała na wychodzącego męża. Nie przerywała  mieszania czegoś na kształt drożdżowego ciasta,  w wielkim garnku  stojącym  obok tradycyjnego węglowego pieca.  Jedynie po minie widać było, że w jej głowie kłębiły się nie specjalnie pogodne myśli.
Gdyby spojrzenia zabijały, Bronisław leżałby wzdłuż sieni pokazując  resztki protektora mocno znoszonych gumofilców. Na szczęście spojrzenia nie wywoływały żadnych skutków ubocznych i małorolny spokojnie poszedł do stodoły, przechodząc miarowym krokiem pod oknami, za chwilę znikł zupełnie z pola widzenia, ale dosłyszeć można jeszcze było oddalające się człapanie gumowych butów.       
 Kury zaś pozostawione sobie obeszły grzędę spoglądając raz lewym, raz prawym okiem,  na stertę słomy w której nie bieliło się żadne ze zniesionych rano jajek.
- A takie duże dzisiaj zniosłam -  wyrzuciła z siebie ta z czarnymi piórkami na końcu skrzydeł.
- I warto tak było sobie dupę rozpychać  - wyrzucił z gorzkim sarkazmem kogut.
A jajka zaczęły żyć własnym życiem. Świadomość  pochodzenia, rodowód sięgający kur Piasta Kołodzieja i wiejski honor zaczynały decydować o życiu skorupkowych.
Następnego dnia jajka powędrowały na targ w towarzystwie gospodyni.  Przygotowania do świat  i wynikający z tego brak czasu spowodowały,  że nie mając  czasu na trzymanie ceny sprzedała wszystko na pniu hurtownikowi,  który podjechał  starym rozklekotanym  Żukiem. Dostawczak  nosił teraz  koreańską nazwę na cześć fabryki,  która również  zbankrutowała. Następnego  ranka  leciwy żuk zaparkował na wielkomiejskim placu targowym, gdzie na stołach  obok jajek  leżały w  równym rzędzie: jarzyny, owoce nie rzadko cytrusowe, piloty do telewizorów, konsole do gier i  pirackie filmy DVD. Jednym słowem  dystyngowane  otoczenie. I na tym właśnie stoisku wiejskie jaja spotkały się z jajkami z podmiejskiej fermy  hodowlanej.  W nich to stłoczone kury, bez emocji wyrzucają  jaja z siebie, a parametry klatki uniemożliwiają  analizę jakościową produktu.  Jaja tradycyjnie mądrzejsze od kury. W tekturowych wytłoczkach nabrały przekonania o  swojej wyższości. W końcu to parę..naście kilometrów od Wawelu. Tu nie może być nic z niskiej klasy.
My pokolenie  J VIP ! - mówiły o sobie. Co miało znaczyć: Jaja VIP. W życiu jednak tak bywa,  że trudno trafić na równego sobie.  I w tym przypadku  wiejskie złożone zostały w  towarzystwie tych miejsko - podmiejskich.  Te ostatnie kręciły nosem, że tak na jednej płaszczyźnie z wioskowymi.  Nie chciały być kraszankami  ani pisankami , o czym marzyły wiejskie. No! Koniecznie coś trzeba ze sobą zrobić,  ale niech nie będzie to trywialny wosk, czy wywar cebulowy.  O!  Niechaj to będzie  body painting. Coś ekscentrycznego, coś  mrocznego taka psychodela.  Jedno z nich,  to które zniosła nioska z klatki najbardziej oddalonej od  neonowej lampy,  rozpatrywało nawet  delikatny piercing.  A wszystkie za nic miały góralskie motywy, kurpiowskie wzory,  czy tęczowe kolory Zalipianek.  Z pogardą patrzyły więc na te wiejskie, a to skorupka taka  nie biała,  a spasione to takie. Wiadomo przecież ogólnie, że piękno tkwi w rozmiarze zero.  I przekomarzały by się pewnie tak do wieczora,  albo pęknięcia skorupki,  gdyby nie pogodziła ich  pewna starsza pani (moja teściowa)  przyzwyczajona do zakupów na placu.  I tak miejskie poszły do  Żurku i sałatki, a większe wyparzone w cebulowych łupinach  poddane zostały  rytualnemu skrobaniu i święceniu. Skrobaniu towarzyszyły rytualne  sprzeczki i rodzinne kłótnie, jak zawsze gdy wtłaczamy tradycję młodemu pokoleniu.
Następnego dnia przy świątecznym śniadaniu Pan domu  ( czyli Ja ) spytam  żonę:
-  A gdzie są nasze jajeczka?
Wasze !   - powiedziałaby z sarkazmem kura,  gdyby nie to, że zniesienie kolejnego jajka złagodziło jej  smutek za  wcześniejszym.  Szczególnie że ów smutek trwał  tylko  do chwili gdy Bronisław wsypał miarkę pszenicy  do wielkiego drewnianego korytka,  powtarzając głośno:  cip! , cip! , cip!.
Ale on śmieszny z tym swoim cip … żachnęła się jedna nioska konwersując  z drugą, ale nie ciągnęła już dalej tematu tylko wepchnęła się pod sam paśnik.  Wiadomo bowiem,  że ten się naje kto stoi najbliżej żłobu.
A kiedy przyjdzie Wam  ochota podzielić się  świątecznym jajeczkiem, pamiętajcie że droga na stół jest znacznie dłuższa,  niż ta  ze sklepowej półki poprzez kasę do garnka z gorąca wodą .

Świątecznie  pozdrawiam                    

Antoni Relski
23 komentarzy

31 marca 2011

Marzec 2011

30 marca 2011
Jeżeli podasz swoje hasło do skrzynki pocztowej, program odszuka wszystkich Twoich znajomych. Facebook nie będzie pamiętał  tego  hasła –  brzmi informacja  poniżej .  Jakoś nie wierzę  w takie zapewnienia. To tak jakbym zapewniał, że zamknę oczy i nie będę podglądał,  gdy Pamela Anderson w stroju topless, będzie myła samochód,  na placu przed moimi oknami.  Zbyt duża pokusa.
Jeżeli nie pasuje Wam Pam, to postać obsługującej węża i gąbkę  dopasujcie sobie sami.
Zaryzykowałem  i już po chwili komputer wyświetlił  prawie setkę nieznanych mi osób.  Patrząc na  zdjęcia  na profilach,  próbowałem wygrzebać w zakamarkach pamięci  choćby cieniutką niteczkę wspomnień. Epizody, sytuacje czy choćby pojedyncze obrazy.
Czyniąc te nadludzkie  próby porównania  zdjęć i osób  czułem, że prawie pęka mi ta żyłka w mózgu,  a efekty nadal  były nijakie. W stosunku do trzech osób  mam pewne podejrzenia znajomości blogowej, a reszta? A reszta to jest proszę państwa mgła, mgła  niepamięci co się kręci.  Sojka to raczej śpiewał o cudzie niepamięci  i cudem jest rzeczywiście,  że w wykazie” te osoby możesz znać” mam trzy procent potwierdzenia.  
Prywatność i anonimowość w sieci powoduje,  że znam kogoś o loginie „Ciupaga w plecach”, ale pierwszy raz słyszę, że jest to Pan Krzysztof Jarzyna ze Szczecina – szef wszystkich szefów.
Na pytanie -dołączyć do listy znajomych, czy może odpuścić sobie? , wybrałem opcję  „odpuść sobie”. Uważam że nie powinienem naruszać prywatności osób które maile do mnie podpisują   pseudonimem,  a cwany program  na  podstawie adresu  wyszuka  profil na Facebooku.
To  jak wynajęcie detektywa , tylko wirtualnego.
Ponieważ profil utworzyłem  pod swoim prawdziwym nazwiskiem (dla żadnego uważnego czytelnika nie jest chyba zaskoczeniem, że Antoni Relski  postać literacka,  której nazwisko przyjąłem jako pseudonim) oczekuję   tożsamościowej wzajemności.
Jakiś czas temu otrzymałem zaproszenie do grona znajomych,  od kobiety o pseudonimie powiedzmy „Truskawkowe Niespodzianka ” . Długo zastanawiałem się nad tym co mam zrobić.  Przyjąć, odrzucić. Pani Prezydentowa nie miała jeszcze w tej sprawie wypowiedzi w Lekcji Stylu. Zaryzykowałem więc takiego maila
> Witaj  Truskawkowa Niespodzianko.
> Dzisiaj dostałem Twoje zaproszenie do grona znajomych.                                                                         > Odnalazłaś mnie na Facebooku  pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem.
> Znam Cię tylko pod artystycznym pseudonimem , ładnym ale jednak
> pseudonimem.
> Bez urazy proszę,  ale tam gdzie żyję ja jako ja, oczekuję takiej samej
> otwartości od moich przyjaciół. To  chyba uczciwe?
> Moje milczenie nie wynika z niechęci czy innych podobnych powodów ale
> z zasad którymi się kieruję.
> Że zaliczam Cię do grona moich sympatycznych znajomych, świadczy ten
> e-mail w którym wszystko tłumaczę.
> Jeszcze raz trzymaj się ciepło i realizuj swój plan na życie.
> powodzenia
AR
Kiedy naciśniesz klawisz Enter nie ma już możliwości  anulowania operacji. Poszło w sieć.
Jakiś czas potem otrzymałem wyjaśnienie sytuacji.  Szanuję to, nawet rozumiem , ale zasady to zasady.  Nasza znajomość,  co przyznaję z żalem podupadła , a szkoda.
W efekcie obecnie wykorzystuję opcję  „do zamrażarki” i  „nie informuj autora”.
Bo przecież niemożliwe  jest, żeby Nina Simone chciała być moją znajomą. Z dwóch  przynajmniej powodów: po pierwsze, dlaczego akurat ja?  A po drugie, Nina Simone nie żyje od ośmiu lat.  
Tak jak James Dean, chociaż jego akurat chciałbym mieć jako znajomego. Oczywiście myślę  o oryginale.
Machmud  z Algierii stojący na zdjęciu w otoczeniu pięciorga rodzeństwa zaklina się, że mamy wspólnego znajomego. Jeżeli nawet,  to co to zmienia ?
Wyrosłem ze słupków statystyk. Nie kręcą mnie dziesiątki znajomych. Wystarczy jeden, który poda rękę w odpowiedniej chwili.  
I ta wynikająca z wieku ostrożność. Bo już wiem że nikt mi nie da za darmo. Nie wysyłam  pustych SMS-ów na ogólnie znany numer, ani nie korzystam z prezentacji popartych prezentem.
Nie chcę być członkiem , a tu co chwila  jakieś stowarzyszenia, kluby, i grupy nie tolerujące i popierające.
I tylko w tym natłoku znajomych człowiek czuje się  coraz bardziej  samotny.
Nie dalej niż wczoraj usłyszałem informację o śmierci młodej dziewczyny i dojrzałego duchownego      ( dlaczego nie napisałem - dojrzałego faceta?). Sprawcami byli  nowo poznani Internetowi znajomi.
- Uważaj - ostrzegła żona -  masz tylu nowych znajomych w sieci.  Kogoś mogą ponieść emocje.
No proszę całkiem realna zazdrość z powodu wirtualnych znajomości.
Osobiście znam  tylko Mirka, ale On jako ostatni hippis zamiast wojny wybiera pokój.
O co mogliby mieć do mnie pretensję? O brak wpisu  na koniec trzeciego dnia od ostatniej publikacji?
Cza może za głos rozsądku na puszczy?  Wiadomo wszak co znaczy - wołać na puszczy!
Poza tym na zasadach równowagi, to ktoś po tamtej stronie kabla może podejrzewać,  że jestem zakonspirowanym  fetyszystą, a co najmniej  (sądząc z paru kolejnych postów) seksoholikiem.
Ryzyko jest, ale czym jest życie bez odrobiny ryzyka.
Życiu  trzeba stawiać czoła, a odrobina odwagi nie zaszkodzi .
Ale co to jest odwaga? i kto może się do takich  zaliczyć?.
Wiele lat temu  Bogdan Smoleń uważał się za odważnego ponieważ  jak o sobie powiedział :
- Ja jestem odważny. Trzy razy spałem ze striptizerką.
Czy z biegiem lat, z biegiem dni zmieniło się pojęcie odwagi?  I co to ma wspólnego z prywatnością na Facebooku?

   

Antoni Relski
24 komentarzy
26 marca 2011
- O pół godziny dłużej – stwierdziła  młoda dziewczyna w  telewizyjnej reklamie.
- Codziennie inaczej - zapewniła druga.
- Dzisiaj aż trzy razy -  wyliczyła,  o ile dobrze pamiętam trzecia.
Tutaj pomyślałem, że  chodzi  o wiosnę, ewentualnie oparte na piżmie jakieś ekstra perfumy.
Bo cóż innego trzeba  facetowi,  oprócz zgody samej zainteresowanej.  Niektórzy nawet  takiej zgody nie wymagają, a  jakiś czas temu  nazywało  się to przełamywaniem „przyzwoitego oporu”.
Teraz mieści się w kategorii molestowanie, a to już o włos od gwałtu. Łonowy włos jeżeli mamy trzymać się konwencji.  Kiedyś tam damskie „nie” oznaczało ponoć  „być może” .  Obecnie  „nie” znaczy nie, nawet jeżeli piękne młode ciało okrywa raptem pięć centymetrów kwadratowych tkaniny. Słowa okazują się we współczesnym  seksie bardzo ważne.  Spróbuj skończyć  po haśle „nie kończ teraz” , albo nie skończyć na „teraz, teraz , teraz”  Szczytowanie na życzenie rzeczywiście  bywa stresujące.  Do obowiązków wynikających z posiadania pracy, rodziny, dzieci, psa lub kota, dochodzi obowiązek orgazmu  na komendę.
Czy jeżeli nacisk położony jest na ilość, nie cierpi na tym  jakość?
Postanowiłem zgłębić temat. Reklama kieruje nas na stronę internetową.
 Spoglądam,  a tam?
Oczywiście obowiązki
…Jesteś zmęczony codziennym natłokiem obowiązków?
Prowadzisz stresujący tryb życia…
…a wieczorem Ty i Twój przyjaciel nie macie na nic ochoty?
Odzyskaj wiarę w Siebie  z  kółeczkiem  ze strzałką w górę ( tutaj  powinna być nazwa specyfiku)
Powiedz  „Nie!” niezręcznym sytuacjom! Nigdy więcej przykrych niespodzianek! Teraz zawsze możesz być pewien swojej męskości!
  „Nazwa kółeczka za strzałką ”  doskonale trafia w potrzeby prawdziwego mężczyzny!
Stres?
Zła dieta?
Życie w ciągłym pędzie?
Alkohol i inne nałogi?
Nie tylko Ty borykasz się z tymi problemami! Większość naszej męskiej  populacji jest na nie narażona… Każdy z nas czasem potrzebuje „wsparcia” w ciężkiej sytuacji TERAZ mamy dla Ciebie IDEALNE rozwiązanie – Kółeczko ze strzałką w górę….
Czyż powyższy tekst, zaczerpnięty ze strony internetowej jest  nie przypomina reklamy leku antystresowego w stylu - „ i wtedy koleżanka dała mi persen”
Już widzę taką reklamę : Skapcaniały facet siedzi na fotelu i mówi:
- Stres, Zła dieta, Życie w ciągłym pędzie. Alkohol i inne nałogi nie pomagały. Miałem wszystkiego dosyć. Myślałem o ostatecznym rozwiązaniu i wtedy kumpel poradził mi  „Kółeczko ze strzałką”
I znowu wróciły kolory życia . A moje bzykanie było doskonałe.  
Co trzeba zatem  zrobić aby wróciły kolory życia?
SPOSÓB UŻYCIA: 1 kapsułka dziennie, podczas lub po posiłku, popić wodą. Nie przekraczać zalecanej porcji do spożycia w ciągu dnia. Zaleca się przyjmowanie preparatu wg indywidualnych potrzeb, do godziny przed stosunkiem. . .
Pamiętajmy „do godziny przed stosunkiem”,   bo w przeciwnym przypadku pojawisz się na romantycznej kolacji z nieco nietaktownie wypchanymi  spodniami,  albo dopiero w taksówce  do której wsiądziesz po tym,  gdy kobieta wywali Cię z domu za to,  że  nie spisałeś  się  chwilę wcześniej.
Sposób użycia przypomina mi  ulotkę jakiegoś środka do nawożenia  trawnika, wyznaczał nam ile godzin przed deszczem powinniśmy go zastosować.
Z reklamy  środka  na pojedyncze źdźbło  wynika,  że prawdopodobieństwo wzwodu jest większe niż wspomnianego deszczu
- Przygotuj się na weekend -  grzmi panienka z reklamy.
 A ja kupuję butelkę wina,  zapachowe świece czasem coś delikatnie na ząb.  Aromat  świecy  uwalnia od stresów, wino wzmaga krążenie i z reguły wszystko wychodzi.  Mam również przygotowany wariant  awaryjny.  W razie czego zawsze można się poprzytulać.  
Kobiety. Przecież kochacie to przytulanie. Ba macie za złe,  że zaraz po seksie  portki na tyłek i do pilota TV. A tu trzeba objąć męskim ramieniem , pocałować w uszko i powiedzieć jak zapewniacie nam  pięknie i kompletne życie .
Wracając do ulotki   
Są i środki ostrożności: … Preparat przeznaczony dla osób dorosłych, niewskazany dla dzieci, kobiet w ciąży i karmiących…
Fakt wzwód może przeszkadzać podczas lekcji WF zresztą podczas  Biologii i  Polskiego również.  Tylko matematyka jest dyskusyjna.  Z kobietami karmiącymi nie dyskutuję  ograniczenia wynikające z karmienia piersią rozumiem
Jest również  ostrzeżenie standardowe:
Nie stosować w przypadku uczulenia na którykolwiek ze składników preparatu.  
A gdzie   ostrzeżenie,  że mechaniczne podejście do seksu grozi nam tym, że powoli zamieniamy się w bezduszne maszyny  bijące kolejne rekordy możliwości.
Mam pomysł dla producentów  seksualnych pomocy. Już widzę  te reklamy:
Pierwszy na świecie kompas do wyznaczania punktu G.  Wasza partnerka będzie zachwycona.
Albo takie urządzenie w stylu  wykrywacza metalu.  Mały lokalizator, my ze słuchawkami na uszach,  a na klawiaturze możemy wybrać czy chcemy odszukać punkt  C , D , czy G. Będzie  to opcja rozwojowa po wgraniu w przyszłości specjalnego softa  poszuka u naszej partnerki również punktów  H i K. że nie ma takich punktów ? A ze trzydzieści lat temu , kto słyszał o punkcie G?
Kobiety będą zachwycone dając upust  swej  radości w telewizyjnych reklamach, tylko faceci poczują się potraktowani nieco instrumentalnie.
Ale może i na to wymyślą jakieś tabletki.
Aby moja wypowiedź była kompletna – nic nie mam przeciwko medycznemu wykorzystaniu  zdobyczy medycyny, ponieważ pewien odsetek mężczyzn cierpi na z powodu  tej niemocy.

A póki co dzisiaj kładziemy się o godzinę wcześniej,  bo i jutro o siódmej będzie już ósma.
Zmiana czasu. Kolejna coroczna.
Najbardziej na zmianie czasu cierpi moja żona, bo w związku ze zmianą czasu tradycyjny poranny wzwód następuje u mnie w czasie jazdy  do pracy. Przynajmniej  do czasu gdy się nie przestawię.  
Będę miał okres. Przejściowy.

Antoni Relski
38 komentarzy
22 marca 2011
- Co tam Panie w Polityce. Chińczyki trzymają się mocno?  Ten i inne cytaty mogłem  przypomnieć  sobie dzięki kanałowi TV Kultura  i nagrywarce. Bo oczywiście film nadano w czwartek o 22.45 czyli w sam raz  dla pracujących na pierwszą zmianę. A ja mam coś takiego że jak leci Weselę to muszę obejrzeć. Żona zdiagnozowała  u mnie z tego powodu jakąś jednostkę chorobową.  W zeszłym tygodniu nagrałem Ziemię Obiecaną,  chociaż bardziej odpowiada  mi pierwsza wersja  i naprawdę nie wiem dlaczego nasz świeży  Laureat Orła Białego postanowił film ugrzecznić. Bo we mnie jest seks - śpiewała niezapomniana Kalina Jędrusik,  a mnie trzeba było lat by to zrozumieć i docenić. Tak się jednak w życiu składa,  że rozumiemy za późno i cenimy po fakcie.  Powoli, powoli zbiera mi się filmoteka domowa  według mojego własnego pomysłu. Niczym inżynier Mamoń  (Rejs także posiadam) lubię te filmy,  które już kiedyś widziałem. Konieczność oglądania dotyczy również Chłopów oraz Lalki.
- I tak  do zaje…  jak  stwierdził  syn  Adasia  Miauczyńskiego w filmie „Nic Śmiesznego”.  
Ewolucja, albo jak kto woli starcze skrzywienie spowodowało,  że kiedy dzisiaj miałem wybór  pomiędzy  między   Chuckiem Norrisem  na TVN7  a  Stevenem Seagalem na Polsacie,   wybrałem  zupełnie coś innego.  A jeszcze dwadzieścia lat temu,  po filmy z Norrisem  nagrane w siedemnastej kopii  VHS wybierałem się w każdą  sobotę pod  Elbud na Wadowicką. Funkcjonowała tam wtedy   jedyna w Krakowie   giełda komputerowa i RTV. Teraz  po prostu zmieniam kanał. Mam ich sześćdziesiąt, a okazuje się,  że nie ma czego oglądać.
Nie gustuję w grach komputerowych, chociaż od czasu do czasu coś o nich czytam, żeby wiedzieć w którym kierunku zmierza świat i co to jest konsola PS-3. W Internecie znalazłem reklamy gier komputerowych,  chyba na komórkę o ile moja znajomość branży na takie stwierdzenie pozwala.
Pierwsza  z gier nosi tytuł „Mokry Fred”. To z pewnością  gra dla ludzi w wieku  +18,  ponieważ określenie „Marszczyć Freda” to jeden z zabawnych synonimów  onanizmu.  A więc  ”Marszczyć Freda”, „Polerować hełm”  czy „Męczyć krasnala”  oznacza dokładnie  to samo .
Czyżby „Mokry Fred”  to jakaś  kolejna część sagi?
  
A później to dopiero zaczęło mi się kojarzyć.
Druga gra reprezentuje  zdecydowanie inną tematykę,  chociaż nie do końca. Gra nazywa się „Mocher i Paszcza” z dopiskiem „ ostateczna rozgrywka” .
Jak widać dla niepoznaki "moher" napisano przez ch.
O ile kto to jest Moher? wie w tym kraju  każde dziecko, o tyle Paszcza okrywa się nutką tajemnicy.  Chyba że chodzi o Paszczaki – gatunek ssaków leśnych,  żerujący przy leśnych parkingach , szczególnie w pobliżu ciężarówek typu TIR. Stąd  bierze się również pewne  logiczne  dookreślenie.  I jeżeli twórcy gier wybrali na bohaterów gry  tych z moich skojarzeń,  to zapowiada się ostro, a wszystko dodatkowo  w technice 3D.
Nie wierzę w określenie „Ostateczna Rozgrywka” czeka nas na pewno ‘Moher Reaktywacja”.Aż strach się bać.    
 
A jeżeli ktoś spojrzał w oczka tego zwierzaczka na rysunku powyżej  i uważa, że wszystko kojarzy mi się inaczej i jest to  jakaś  jednostka chorobowa, to podpowiadam A może  tak działa wiosna?  
Antoni Relski
27 komentarzy
18 marca 2011
Cały jest żółto-niebieski, z chromowanymi dodatkami. Dwa hamulce i żelowe siodełko pod ponad półwieczny tyłek. Dodatkowo dwadzieścia jeden przerzutek  i wszystko to do dyspozycji jednego człowieka – mnie. Kupiony kilka lat temu rower  służyć miał rekreacji i  pewnym  osiągom,  które pobudowałyby ego  faceta w mocno średnim wieku. Już po paru wypadach do Tyńca trasą nad Wisłą,  a szczególnie w czasie powrotu,  zdałem sobie sprawę z faktu,  że osiągnięciem będzie już sama rekreacja. Ta również stanęła pod znakiem zapytania ponieważ domowy klub cyklistów rozpadł się.  Najmłodszy przerzucił się na rower do skoków  tak zwany dirt jumping  i szerokim strumieniem olewał rekreację. Mnie z kolei skoki ze schodów pod Dworcem PKP zupełnie nie odpowiadały,  z powodu buchającej  jak wulkan,  w takich chwilach  wyobraźni.  Poza tym na takim rowerze z dwudziestocentymetrowym  skokiem amortyzatora  i  malutkim wciskającym się w tyłek siodełkiem, nie ma mowy o żadnej rekreacji.
Straszy porzucił rower na rzecz biegania i targał z Olszy nad Wisłę lub przez Rynek na Kopiec  i z powrotem. Bo gdzie Krakus może się wybrać?
Wprowadzał to potem do komputera , a trasę biegu ze wszystkim parametrami  wprowadzał  w jakimś programie  w Internecie. Patrzył  później na wydruk i osiągał kolejną satysfakcję porównywalną chyba tylko z wielokrotnym  orgazmem.  Co prawda  nigdy nie przeżywałem  osobiście wielokrotnego orgazmu, ale  skromnie powiem,  że z bliska widziałem jak on wygląda. Pozostańmy jednak tym razem przy tematyce rowerowej.  Od czasu kiedy żona zamieniła dwa koła na cztery i spędza na nich całe życie, nie mam kompana do rowerowych wycieczek. Z tego powodu w ubiegłym roku rower parkował na moim balkonie  tylko dla samego parkowania,  a ja mówiłem do siebie – może jutro, może w niedzielę. Z tego stania zaśniedziały mu śrubki i zmatowiały chromy. Pewnie gdybym był posiadaczem  harleya,  byłby to wystarczający powód do samobójstwa,  lub przynajmniej środowiskowego ostracyzmu.              
Nowa praca nie wymusza ode mnie garnituru ani krawata,  tak więc dojrzałem dla siebie nową szansę.
Będę jeździł do pracy rowerem , zdecydowałem i oznajmiłem w domu
Nie wywołało to żadnego wrażenia na zebranych. Jedynie  Młody spojrzał na mnie znad klawiatury i sceptycznie przymrużył oko.
No tak. Tradycyjny brak wiary.
Jednak  już następnego dnia,  wywiozłem w bagażniku sprzęt do. W pracy korzystając z kilku chwil wolnych, umyłem doczyściłem i trochę wypolerowałem zeszłoroczne zaniedbania. Wpuściłem trochę ożywczego powietrza w rowerowe dętki, angażując służbowy kompresor i znów mój rower był jak mój.  Teraz tylko okazja, która powinna się nadarzyć.
 Nadarzyła się już trzy dni później.
Samochód wymagał przeglądu technicznego, przy okazji wymiany paska rozrządu i zerwanej linki hamulca ręcznego.
Ostawiłem wóz do warsztatu, zarzuciłem  plecak na ramię i ruszyłem w drogę do domu. Rowerem!
Rano czujnie zamieniłem czarną skórzaną aktówkę na plecak, ponieważ  z taką  walizą na rowerze  wyglądałbym raczej komicznie. Pierwsze pokręcenia  zębatkami wypadły jako tako,  ale już po  czterystu metrach mięśnie zaczęły protestować.
- No dobra, wystarczy. Pamiętasz jak się jeździ na rowerze więc złaź natychmiast! – krzyczało moje ciało.
 Nie dałem się wcale i ani trochę. Zmieniłem przerzutkę i dalej. Mięśnie ud cały czas podpowiadały mi zakończenie eksperymentu, włączając  do pomocy mózg. Na wysokości przystanku  autobusowego zaczęły targać mną wątpliwości. Może rzeczywiście zejść i zdać się na MPK. Nie pozwoliłem się jednak namówić na takie rozwiązanie. Nawet gdy płuca   chciały mnie przekonać,  że nie mają już takiej pojemności jak kiedyś.
Dojechałem do domu.
 - O mój mąż na rowerze - powiedziała na przywitanie żona, bardziej do  rehabilitanta niż do mnie .
Zmieniłem  koszulkę,  ponieważ ta nosiła ślady mojego tegorocznego debiutu rowerowego.
Sądząc po wadze mokrego  t-shirta  powinienem właśnie wrócić co najmniej z Myślenic.  Trudno, początki są ciężkie.
Następnego dnia wstałem wcześniej niż zwykle. Zebrałem się w sobie i zmniejszyłem ilość odzieży. W końcu rozgrzeję się w ruchu.  Zapasowy t-shirt do plecaka i w drogę.
Dzięki sieci ścieżek rowerowych  poruszałem się w miarę swobodnie.  Dzięki wczorajszej próbie byłem przygotowany na reakcję obronną organizmu.
Mięśnie i  płuca odezwały się wkrótce zgodnie z oczekiwaniami, ale mózg nie wszedł z nimi do spóły.  Zaraziłem go ambicją i zadowoleniem z pokonanego dystansu.  Dopiero kiedy wspinałem się na most na Wiśle, wszyscy oni zgodnie zakrzyczeli
- Antoni ! Ciebie chyba porypało.
Mieszałem w przerzutkach  i udało się . Jazdą w dół od środka mostu udobruchałem wewnętrzne organy.  A potem już tylko kawałek bez chodników i rowerowych ścieżek. Całkiem  konkretny strach  towarzyszył mi,  kiedy ciągniki siodłowe z naczepą, a nawet tylko autobusy  wyprzedzały mnie na wąskiej drodze.  Zaufanie i przekonanie , że kierowca dobrze obliczył długość pojazdu nie było bezgraniczne. Udało się jednak, a dojechałem pół godziny przed czasem.
Tak jak przypuszczałem, koszulka do zmiany. Siadłem przy ciepłej kawie, ale czułem się  jak po dwóch piwach. Dotlenione płuca, mijane pejzaże brzegów Wisły tak na mnie podziałały, tłumaczyłem sobie  pozytywnie reakcję organizmu.  A kiedy w połowie dnia usłyszałem,  że spada temperatura i możliwe są opady deszczu wiedziałem już,  że jak zwykle jestem pechowcem.  Przecież jeszcze przedwczoraj było ponad piętnaście stopni na plusie.    Zadzwoniłem do warsztatu
- Nie wyrobię się na dzisiaj, jutro jest bardziej prawdopodobne – usłyszałem w słuchawce.
Zapakowałem ciało na rower i udałem się w drogę powrotną. Teraz  spotkało mnie zaskoczenie, gdyż korzystając z poboczy minąłem korek stojących w kolejce samochodów i szybko znalazłem się na  dedykowanej rowerom ścieżce. Droga z pracy  jest zdecydowanie krótsza, a i po drodze  mięśnie nie stawiały się już tak strasznie i płuca przestały udawać,  że są takie małe. Najważniejsze to przełamać opór. Podjechałem pod dom i prawdę powiedziawszy najbardziej zmęczyło mnie wynoszenie sprzętu na trzecie piętro.  Spojrzałem na zegarek. Uwzględniając, skróty, ścieżki rowerowe i przejścia dla pieszych , byłem w domu o tej samej porze co zwykle.
- Masz dwie wiadomości, dwie nowe wiadomości – powitała mnie żona tekstem znanym z  telefonicznej poczty głosowej.
- Po pierwsze. Starszy zwrócił Ci uwagę na  brak kasku.
Tak to moje zastrzeżenia wobec niego wróciły do mnie jak bumerang.
A druga od Młodszego. Powiedział że …. W tym momencie drzwi otworzyły się i wszedł Młodszy.
- Nie wiem jak Ci powiedzieć – wyrzucił z siebie - Jak czuję, czy grzecznie?
- Powiedz mi w grzecznych słowach,  co  czujesz – zaproponowałem.
Tutaj odbył się wykład o nieodpowiedzialności  niektórych,  którzy bez przygotowania wybierają się w trasy rowerowe, nie bacząc na to,  że tuż za progiem czyha na nich wylew udar i zawał.
Ocho !  Młodszy niepokoi się o kondycję banku.
- To co robię jest chyba dobre dla mojego serca. Szczególnie, że nie jeżdżę do pracy w towarzystwie młodej laski przed którą wypada się popisać.
Tu zagrałem trochę na pokaz,  ponieważ w  dalszym ciągu szukałem sobie kącika,  aby wzorem jednego z bohaterów filmu „ Gwiezdni Kowboje” - wypłakać się w samotności z powodu zmęczenia.
Następnego dnia, wszystko miałem zaplanowane.  Leżałem dłużej, wstałem później.  Zakwasy już  nie bardzo dopiekają, a otrzeźwienie przyszło, gdy spojrzałem na termometr.
Cztery stopnie . To nie najlepszy pomysł na rower, a  ja nie byłem przygotowany z komunikacji  miejskiej.
Rękawice rowerowe z obciętymi  końcówkami palców  to kiepski wynalazek. Wiało tak,  że zsiniały mi paznokcie,  a po drodze minąłem tylko jednego rowerzystę,  który sądząc z dopiętego wózka podróżuje  tym sprzętem nawet w styczniu.
I tylko otuchy dodała mi jedna młoda  panienka, biegająca  środkiem zadrzewionej alejki. Kiedy mijaliśmy się,  pomachała  do mnie ciepło. O kurcze jak na szlaku.
Odmachałem  energicznie i zaraz podkręciłem  obroty.  Rzeczywiście  nie powinienem jeździć w młodym damskim towarzystwie.
Wiatr nasilał się  i zagłuszał nawet radio,  które  zaordynowałem  sobie  na zagłuszenia wiatru.  Szum przebijał się przez wiadomości w taki sposób,  że czułem się jakbym uczestniczył w jakimś ambitnym survivalu.  Apogeum przyszło na moście,  na środku mostu. Wiatr wyrwał mi słuchawki z uszu i niebezpiecznie zbliżył mnie do bariery. Siedzący za kierownicą wypasionych bryk kierowcy,  patrzyli na mnie z poczuciem wyższości lub litości. w zależności od modelu .
A przecież sam sobie zgotowałem ten los.
Dojechałem nim pierwsze płatki śniegu z deszczem uderzyły o ulicę.
W związku z brakiem jakiejś linki, moje auto pozostawało w warsztacie. Ja obmyślałem  strategię  powrotu do domu.  Łaskawość natury spowodowała jednak,  że udało się to w miarę sprawnie. Teraz może być  tylko lepiej.
Złośliwość  przedmiotów polegała zaś na tym,  że gdy tylko siadłem w fotelu i złapałem pierwszy głębszy oddech, zadzwonił telefon.
- Dowieźli  już tę linkę i auto gotowe.
- Szkoda że teraz Pan mi to mówi. Warsztat znajduje się w połowie drogi do pracy.
Poddałem się, zresztą zaczęło lać. Zmarznięty rower stał na balkonie połyskując kroplami deszczu,  które osiadły na ramie.  
Młodszy podrzucił mnie samochodem starszego,  które to auto odgruzowałem po zimowym porzuceniu.
Opłaciło się
W warsztacie  Główny Mechanik zastosował jakiś japoński chwyt,  który zgiął mnie w pół  i bezsilnie powalił na krzesło. I to bez użycia siły. Wystarczyło, że powiedział ile mu wyszło z podsumowania.  Dwa razy więcej niż przewidywałem.
Za to moje stare auto jest jak nowe.
I siedzenie nie wpija się w tyłek.  A jednak gdy tak wracałem  autem poczułem,  że coś straciłem oprócz kasy za naprawę. Powoli  jazda rowerem zaczynała mi się podobać.
Zdecydowałem.
Poczekam tylko na poprawę  pogody. Nike musi być od razu lato.  Ot tak od dziesięciu – dwunastu stopni, to już chyba można .
Serce i cholesterol to jedno,  a walka z siłami  przyrody i własną słabością  przy pomocy dwóch pedałów, to drugie.  
I ta machająca  panienka  na asfaltowej alejce pośród lip - bezcenne.
Za wszystko inne zapłacisz Kartą Master Card
Antoni Relski
33 komentarzy
15 marca 2011
Od dawna dzielił nas stosunek do historii. Nie tej starej, ale najnowszej, a sama postać Generała  rozpala nas  do czerwoności. Z tym, że ostatnimi czasy na ten temat wypowiadają się osoby które prawdę o tamtym okresie znają wyłącznie z materiałów pisanych.
 Ordery Orła Białego wieszane są na szyjach bohaterów, bądź zdrajców, w zależności od podejścia do historii. Nie byłoby pewnie w tym nic dziwnego,  ponieważ frakcje i opcje polityczne nie są polskim wynalazkiem. Nam udało się jednak dzielić w tych kwestiach, które powinny łączyć i umacniać nasze poczucie  więzi narodowej.
I krzyż zaczął nas dzielić zamiast łączyć,  czego już naprawdę nie potrafię zrozumieć.  Ja  wychowany  w jego cieniu, jednak pełen szacunku dla inności wyglądu, wyznania, zainteresowań. Wszyscyśmy  ponoć dziećmi bożymi, bez względu na  sposób  w jaki sobie tego boga wyobrażamy.   
Jeżeli  potrafi  podzielić nas wspomniany krzyż, oraz  czerwień i biel sztandarów, czy jest coś co potrafi łączyć?
Ktoś zaraz zarzuci mi sprowadzenie rozmowy do poziomu szamba, a wiadomo,  że szambo perfumerią nie jest, ale do wczoraj uważałem że piwo.
Bo cóż może być  złego w wypiciu kilku piw, w towarzystwie dawno niewidzianych znajomych?
Ano może.  Czas i temat rozmowy.
Umówione od dwóch tygodni piwo zgrało się z japońską tragedią. Media informowały szeroko o bieżącej sytuacji, ponieważ takie jest ich zadanie.  Rywalizacja pomiędzy TVN 24, Polsat News czy TVP, śledzenie słupków oglądalności, oraz zapożyczenie zachodnich wzorców przekazu skutkuje epatowaniem tragedią. Filmy  z coraz wyższym poziomem dramaturgii po to między innymi, aby ten słupek  był niezmiennie wysoki.  Nawet  informacje w Japonii nie były takie dramatyczne, ponieważ trzęsienia ziemi i tajfuny i tsunami wpisane są  w ich życie, jak u nas pory roku.  Do usuwania skutków tych  tragedii są wyśmienicie przygotowani, a przy tym pełni poświęcenia.
Poza informacjami o tragedii, media emitowały normalną siatkę programowa. Była więc „ Bitwa na głosy” i „Tylko muzyka”  i” X-factor”.  Rządzący którzy  fundujący nam  dość często żałoby narodowe w wymiarze regionalnym bądź ogólnopolskim, zachowali tym razem rozwagę. Dlaczego więc akurat to  koleżeńskie sobotnie wyjście na piwo,  naznaczone zostało takim ładunkiem  cynizmu?
A może temat rozmowy?
Prawem autora jest wybrać fragmenty „ścieżki dialogowej” , inaczej post przypominałby protokół  z podsłuchu  ABW.  Jak w King speech – mój teren moje zasady.
Nie było to jednak bezmyślne cięcie.
Fragment pierwszy dotyczący fizjologii.
Czy wobec zaistniałej tragedii nie jest śmiesznym klub  prysznicowy,  albo  stowarzyszenie uważających wyłącznie szarego papieru toaletowego?. W jednej chwili natura ustaliła właściwe proporcje i znowu jesteśmy maleńkimi ziarenkami piasku, na tle światowych wydarzeń.  Na wskutek takiej tragedii, oprócz ludzi giną tysiące  chronionych drzew,  ryby i delfiny.  
Wtedy wydawać by się mogło,  że takie działania to tylko o przysłowiowy kant dupy potłuc.  A jednak  nie. Jeżeli dzięki tym działaniom uratujemy hektar tropikalnych lasów,  czy  antarktyczny lodowiec to jednak warto.
I temat drugi  rozważania o tak zwanej „dupie Marysi”.
A gdyby pomyśleć tak:
Przecież takie rozmowy toczyli wieczorami mieszkańcy Jokohamy,  czy innego dotkniętego tragedią  miasta Japonii. I co ? I żywioł przerwał pewną normalność. Bo te  dyskusje wpisane są w pewną piwną normalność.
I coś się przerwało i być może nie ma już  tego towarzystwa, które siedziało  przy stoliku pod oknem.
I to drugi wniosek,  który przy odrobinie dobrej woli można  by było wyciągnąć po przeczytaniu poprzedniego tekstu. Jeżeli ktoś chciał szukać japońskich motywów w tekście.
 Oczywiście można było,  przy jak to powtórzę  - odrobinie dobrej woli.
Bo przecież  w skali globalnej  zawsze dzieje się coś strasznego. Kto z nas nie poszedł do kina, albo do pubu z tego względu,  że huragan Katerina parę lat temu zniszczyło Nowy Orlean?  Zginęło wtedy  około półtorej tysiąca ludzi.  
Był sierpień a więc z plaży Tunezji  śledziliśmy walkę z żywiołem, pochyliliśmy głowę nad nieszczęściem, ale jak powiedział filozof:
- Nie ma takiego  cudzego nieszczęścia, którego byśmy nie znieśli.
A w zeszłym roku,  kiedy katastrofalne powodzie pustoszyły Chiny?   Kolejne półtorej tysiąca ofiar. Zbyt mało na żal?. A autobus, który zwalił się w przepaść zabijając pięćdziesiąt osób?.
A  masakra w  restauracji w Meksyku?
Jaka jest granica,  od której nie wypada?  Do jakiej wysokości jest to dopuszczalne?
Od  jakiej ilości ofiar,  można mi zwrócić uwagę na brak żałobnych szat?
Poetka  napisała :
Historia zaokrągla szkielety do zera.
Tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc.
Ten jeden, jakby go wcale nie było…
 Szymborska pisała co prawda o Obozie koncentracyjnym,  ale prawdy które przekazała  są uniwersalne.
Bo  przecież  najbardziej  powinna boleć pojedyncza śmierć.
Jeden człowiek zabity na pasach  przez pijanego kierowcę,  nie działa już na naszą wyobraźnię. No chyba, że to jest mała dziewczynka mordowana przez pedofila.  
A przecież na mnie najbardziej działają  pojedyncze śmierci. Ludzie których nie ma już w moim otoczeniu, ludzie którzy wywarli wpływ na moje życie. Nie to nie egoizm. To właśnie brak akceptacji na owe zaokrąglenia historii.
A przecież tam gdzie jest żal,  jest i śmiech. Taka jest kolej życia.  Pamiętam,  że gdy zmarł mój ojciec  i w  swoim mieszkaniu łykałem smutek i żal, piętro wyżej trwała  urodzinowa impreza.  Radość młodości dawała upust  wyobraźni, ale  nie przyszło mi nawet do głowy,  aby zapukać i zganić imprezujących.  Takie jest prawo życia.  A może i czyjaś radość delikatnie suszyła moje łzy?  Różne jest postrzeganie świata i trzeba tylko uwierzyć w ludzi. Ja  po szczeniacku wierzę,  że ludzie z definicji są dobrzy    
Jakby całkiem a propos,  słyszałem całkiem niedawno taką  oto historię :
 Duma która rozpierała Jana powodowała,  że przy odrobinie dobrej woli mógłby nie iść a szybować nad podłogą. Pojemność płuc wyraźnie zwiększyła się, a dotleniony organizm zachowywał się jak po alkoholu. Zdjęcie zrobione telefonem komórkowym stanowiło już tapetę,  a czterdzieści dwa SMS-y wysłane do znajomych miały tą samą skondensowaną treść –  jestem Ojcem, mam syna.  Janusz. Zostawił  sernik wiedeński w pokoju pielęgniarek, a na dodatek  włoskie wino musujące, za zdrowie małego. Zajrzał jeszcze na chwilę do żony. Stanął  przy łóżku i przez chwilę patrzył jak mały nieporadnie próbuje odnaleźć mlecznego cyca, nie ustawał jednak w poszukiwaniach.
-  Uparty, ma to po mnie.
 Potem jeszcze ucałował dłoń żony i po raz kolejny powiedział do niej:
 - Dziękuję Ci i kocham Cię.
Wyszedł z sali  numer osiem i szybkim krokiem udał się do windy. Każdemu mijanemu człowiekowi rzucał trochę tej swojej radości.  A było z czego się cieszyć. Piętnastoletnia historia małżeństwa Janusza,  to walka o dziecko. Ponieważ  jak to się kiedyś mówiło - Pan Bóg nie pobłogosławił,  postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.  Specjaliści  ginekolodzy  napisali przy okazji ze dwie prace doktorskie, a w nich powoli gasła nadzieja. I nagle,  radykalny zwrot scenariusza. Ciąża z zaskoczenia, jeżeli można tak to nazwać.  Później zagrożona, a więc wyleżana od trzeciego do ósmego miesiąca. Zła wiadomość, strach,  cesarka,  a na koniec niesamowita radość.
Nic więc dziwnego,  że dzielił się nią z każdym kogo mijał.
Porodówkę , albo Oddział Noworodków  jak to się zwykło teraz nazywać  usytuowany został na siódmym piętrze. Stanął przed zamkniętymi drzwiami  widny i nacisnął czerwony guzik.  Kabina błądziła jeszcze chwilę  pomiędzy piętrami, aż z wyraźnym  metalicznym dźwiękiem otworzyła przed nim drzwi na oścież.
Wszedł do środka  i nacisnął guzik z  cyfrą  0. Drzwi równie głośno zamknęły się, a cała klatka ruszyła w dół. Parter uwolnił go z metalowej klaustrofobicznej przestrzeni,  a drzwi automatyczne pozwoliły na wyjście z budynku. Zaczerpnął pełną piersią zimnego jeszcze o tej porze roku powietrza i  szybkim krokiem udał się na przystanek miejskiego autobusu. Na pętli nie parkował akurat żadem pojazd. Sprawdził rozkład, z którego wynikało, że planowany odjazd nastąpi dopiero  za dwadzieścia minut. W głębi przystanku znajdowała się ławka, podszedł do niej  i nim usiadł zapytał  o pozwolenie  siedzącego już na niej mężczyznę. Ten kiwnął głową, wyrażając w ten sposób zgodę.
- Dlaczego  Pan taki zmartwiony? – spytał Janusz –  ja  dzisiaj się cieszę. Zostałem Ojcem, mam syna.
I zapraszam Pana do dzielenia mojej radości
- A ja proszę Pana zostałem sierotą. Parę godzin temu w tym szpitalu umarł mój ojciec. Więc namawianie mnie do radości jest z Pana strony cyniczne. Nie uważa Pan?
Bardzo przepraszam. Nie wiedziałem.  Proszę jednak zrozumieć,  że na to ojcostwo czekałem dziesięć długich  lat i nie potrafię tego dnia przeżyć na smutno.
To idź się Pan cieszyć do domu, albo do knajpy– skwitował mężczyzna.
- Ale i w knajpie mogę trafić na stypę. I co wtedy?
-  Cham – skomentował  smutny mężczyzna .
 Dalszego ciągu nie było  ponieważ nadjechał autobus i smutek odjechał z przystanku.
Ale radość która pozostała, nie byłą już taka pełna.
Aż ciśnie się na usta pytanie:
Czy korzystając z prawa do smutku,  jesteśmy upoważnieni do ograniczania innym prawa do radości?

Antoni Relski
35 komentarzy
13 marca 2011
Wyrwałem się na tak zwaną przysłowiową chwilę z domu. Spotkałem się w gronie podobnych mi zbieraczy wolnych minut. Już nawet  nie łowców  a zbieraczy.
I wbrew temu co mogłoby się wydawać, nie rzuciliśmy się na wyścigi, aby opowiedzieć: co, gdzie, kiedy i u kogo. Panowała miła i stonowana  atmosfera. Relaks po który kobiety wybierają się do SPA.
Aby poczuć się jak w SPA zamówiliśmy po jednym piwie. Brak papierosowego dymu, niektórzy przyjęli z radością inni z żalem, wszyscy dostosowali się jednak  do zakazu. Ponieważ nie było akurat żadnego meczu, z głośnika zamiast wycia kibicującego tłumu fanatyków  leciała muzyka. Jakaś odmiana muzyki relaksacyjnej i  oczywiście Michał tradycyjnie zepsuł nastrój stwierdzając:
-Jak nie wyłączą tego szumu strumienia to się zaraz zleję w gacie
- A mamusia nie mówiła, że trzeba się wysikać przed wyjściem z domu? - rzucił Marcin
- Uczyła ale ja tak mam,  że jak słyszę wodę to muszę. Cierpię  katusze jak  tylko włączę prysznic.
Muszę wybiegać do toalety w ręczniku na biodrach.
- To lej pod prysznicem – wycedził Piotrek – wstąpisz do  Ligi Obrońców Planety,  jak Iza Miko.
Ona chyba  o tym opowiadała.
- To ja nie wiedziałem, że jestem takim zapalonym obrońcą planety  stwierdził Marcin.
- A nie moglibyśmy zacząć od przyjemniejszej natury piwa. Kiedy czuję jak ten zimny napój wlewa się w głąb mnie, to jakbym siedział w gabinecie relaksacyjnym, po każdym łyku wracają siły i narasta optymizm.
- I wtedy lejesz radośnie?  Nie ustępował Michał.
- Nie. Lanie to tylko konsekwencja, niechciany skutek, efekt uboczny. Chciałem powiedzieć, że to piwo, wraz z możliwością spotkania z ludźmi  z którymi akurat chcesz się spotkać to coś , czego w życiu  tak mało. Bo wiecie – kontynuowałem -  mam pięćdziesiąt dwa  lata i jestem uzależniony. Uzależniony od ludzi.  Jeżeli kiedyś przyjdzie mi odpowiedzieć za wszystkie głupoty jakie w życiu zrobiłem,  to największą  torturą  będzie wsadzić mnie do  kawalerki,  bez możliwości kontaktu z ludźmi.
- To żadna rewelacji -  zauważył  Marcin, ja również  jestem uzależniony od ludzi, a dokładnie od około 50% populacji . Tej części  z długimi nogami, a jeśli by jeszcze do tego ubrane w czarne pończochy, to już wariactwo.
- To się nazywa seksoholizm , a nawet fetyszyzm.  Ja zaś mówię o  takim zwykłym kontakcie. Cześć, co słychać, a wczoraj…
- A mnie to wkurwia, jak rano w poniedziałek wszyscy pytają:  czemu mam takie podkrążone oczy?
  Gówno ich to wszystko obchodzi.
 - Ja zaś to lubię, lubię zauważyć zmianę, pamiętać o wydarzeniu i rocznicy. W końcu dlaczego babka kupuje nowy ciuch, który jest niewygodny, a w dodatku kosztował kupę forsy?  Po to byś jeden z drugim powiedział jej  -  ładnie w tym wyglądasz.  Przecież ona to zrobiła  to właśnie dla tej chwili. Tym swoim stwierdzeniem ty nadajesz sensu jej życiu. Czy to nie jest fajne?
- Nadawać sens ludzkiemu życiu? Pewnie że fajne
- Kiedy idę na imprezę staram się słuchać, po prostu słuchać. Chociaż wiecie jak  lubię gadać. No żeby chociaż było pół na pół. Następnego dnia  dzwonię do znajomych  i mówię – Było super, bawiliśmy się wspaniale, dziękujemy.  Robię to dlatego,  że sam boleśnie odczuwam żę chociaż po udanej  imprezie u mnie, jeden z drugim nieźle zadżumieni, wychodzą do domu. A następnego dnia, ani me, ani be, ani kukuryku. I nie wiem czy  nie pogniewali się przypadkiem za moje  żarty, albo wódka była za ciepła?
- To wszystko o czym mówisz  to dobre wychowanie, a nie uzależnienie. Chociaż swoją drogą i od dobrego wychowania można się uzależnić.  Wtedy boli brak  tego u innych. Jak wódki, a ręce już się trzęsą .
- No chyba żeby w pysk dać?!
 - A ja się uzależniłem  od … .
- Dobra wiemy,  nie musisz kończyć.
Marcin całymi godzinami potrafił opowiadać jak realizuje swoje uzależnienie od kobiet. Ze szczegółami,  w barwnych słowach opowiadał  o swoich podbojach i przebojach.
Opowiadał nawet o swoich niepowodzeniach, zamykając to jednak zgrabną pointą z której wynikało, że suma sumarum odniósł sukces.
Marcinowi  nie przeszkadzało życie singla  w kawalerce na Kazimierzu. Przemykały przez nią raz po raz jakieś zgrabne, a  przynajmniej chętne nogi.
A nas, encyklopedycznych wzorców instytucji maleństwa, wkurzały te  opowiadania.  Ponieważ zbyt często poddawał w wątpliwość  ideę regularnego jedzenia  ciepłych posiłków.
Pomidorowa z makaronem w dobie  Fast foodów i sushi?
A związek uczuciowy. Porozumienie duchowe, poświęcenie dla drugiej osoby, radość posiadania dzieci?
- A czy wy w ogóle wierzycie w te brednie które mi tutaj pociskacie?  Ja również jestem za tradycyjnymi  relacjami pomiędzy kobietą a mężczyzną, szczególnie  w dobie sukcesów   wszelkiej  maści ruchów feministycznych. W końcu testosteron to ja!
Pozwolić zaś feministkom decydować o seksie to jak zafundować psu wakacje w Chinach – jak powiedział  Matt Barry.  Nawet nie wiem kto to taki, ale ma u mnie piwo.
Lubił podpierać się cytatami, to dodawało mu erudycji.Nie ma to jak   mówił -  rwać na erudytę
Im dalej ciągnął te swoje opowiadania, tym bardziej wystawiał na próbę nasze  poczucie stabilizacji uczuciowej.
Próbowaliśmy mu powiedzieć że od nadmiaru ostryg można się porzygać, a od codziennego  zakopiańskiego z kminkiem nigdy. Ale cóż. Są amatorzy kawioru, są pasjonaci kaszanki.  
- Od ludzi  nie trzeba się uzależniać – ciągnął Marcin - Uzależnienie zaś od korzystania z faktu istnienia ludzi to już inna sprawa.
 I spierdzielił nam Marcin taki miły  wyrwany rodzinie wieczór. Bo każdy z nas wracając do domu, dokonywał  swojego rachunku sumienia, bilansu życia i inwentaryzacji osiągnięć.
I w żaden sposób nie można było wyliczyć osiągniętej marży.
Ale zawsze zostaje satysfakcja. Satysfakcja?  – to przecież słowo wymyślone na użytek biednych
Nie używał go Humphrey Bogart  w Casablance.
 - Ale zawsze pozostaje dla nas Paryż - tak powiedział,  pamiętam bo widziałem to parę razy.
I czyżby On również był argumentem za teoriami  Marcina?


Antoni Relski
19 komentarzy
10 marca 2011
Najpewniej zdawało mi się – pomyślałem, gdy tytuł zapowiadanego programu TV pojawił mi się na ekranie. Nacisnąłem guzik pilota i pojechałem pozycja po pozycji. Nie, nie zdawało mi się. Tytuł brzmiał :
O seksie z mamą i tatą
Program  emitowany wieczorem,  ale nie w paśmie erotycznym  bo o 21.30. Stacja też nie byle jaka, TVN Style. Tutaj uczą jak podawać do stołu  i  jak przy tym stole się zachowywać. Jaką torebkę dobrać do butów a szalik do płaszcza. Stacja zawsze trendy, zawsze na czasie. A prowadzący to  prawdziwy high life. Program nadawany był między innymi  7 marca 2011  w  formacie 6:9. Mój dekoder dodał również,  że jest to magazyn poradnikowy.
O Boże jęknąłem. Jaki ja jestem nie na czasie. Do dzisiaj myślałem,  że seks z mamą i tatą mieści się w kategoriach kodeksu karnego,  nie mówiąc negatywnym zabarwieniu moralnym i emocjonalnym. A tu taka zmiana. No to się w pierdlach ucieszą.
Zaprogramowany dekoder w odpowiednim momencie przełączył mnie na właściwą stację,  gdzie po chwili zrozumiałem jak ważne jest właściwe budowanie zdań, oraz używanie przecinków.
Bo przecież gdyby ktoś pomyślał chwilę i napisał to na przykład tak
Z mamą i tatą o seksie
Nie traciłbym na chwilę co prawda,  ale zawsze, wiary w niezmienność pewnych fundamentalnych  zasad moralnych. Boże jak ja przez tamten czas oczekiwania na audycję  nie chciałem być nowoczesny.
A w pierdlu koniec radości, pałą po kratach i cicho tam!
Pozdrawiam przy okazji wszystkich komentujących, polonistów  z wykształcenia lub powołania,  którzy wypominali mi nieużywanie przecinków, bądź niewłaściwe budowanie zdań. Jeżeli moim udziałem było to, że poczuliście się tak niekomfortowo jak ja,  to jeszcze raz - bardzo przepraszam. 


  
Antoni Relski
32 komentarzy
08 marca 2011
Podarować Ci pragnę kwiatów naręcze
Zamiast słów używanych codziennie.
Łąki łan nietknięty kosą ,
Gdzie z dziką swobodą strzelają pąki
i tryskają kolorowe płatki.
Weźmy się za ręce i szukajmy razem.
Łąki są zaraz na początku naszej wyobraźni.  
A jeżeli odnajdziemy takie miejsce
Gdzie stokrotki lśnią rosą,
Padnę na kolana, by je rwać dla Ciebie
I upleść z nich wonny wianek przetykany makami.
A na koniec targać je garściami i bluźniąc obyczajom
Obsypać Cię całą.  
A potem jeszcze
Zamknąć oczy i chłonąc aromat łąki   
Bosymi stopami dotykać trawy
I poczuć drżenie każdego źdźbła.
I spojrzeć we własne serce
Jak radził poeta.


Kraków 8.03.2011
Antoni Relski
27 komentarzy
05 marca 2011
Kochany Onecie, źródle mojej inspiracji, studnio tematów. Po raz kolejny nie pozwalasz przejść mi obojętnie obok zamieszczonej wiadomości.  Jakiś czas temu w oczy rzucił mi się następujący tytuł:
„Kobiety wolą pieniądze od udanego seksu”.
Zamieszczono - Kiedyś tam , bo dnia nie pamiętam . Zaś godzina i źródło to:  08:35 WENN, MM
Notatka króciutka , prowadzi jednak do wielowątkowych wniosków.
… Najnowsze badania dowodzą, że większość kobiet woli seks od czekolady, ale pieniądze są dla nich jeszcze bardziej atrakcyjne.
73 proc. ankietowanych Amerykanek przyznaje, że wolałyby przez 5 lat uprawiać co tydzień udany seks, niż z podobną częstotliwością zajadać się za darmo czekoladą.
Jednocześnie 91 proc. badanych zamiast czekolady wybrałoby cotygodniową wypłatę 1000 dolarów…
Jestem w wieku,  kiedy pewnie i ja zdecydowałbym się na otrzymywanie  1000 dolarów tygodniowo. A wtedy mógłbym wydawać  powiedzmy 200 ma  może nieudany,  ale dziki, swobodny i intensywny, płatny seks.  Może nawet z bogobojną przedstawicielką narodów wschodu. Od czasu do czasy zażyć mógłbym i czekolady.  A dlaczego nie?.
 Póki co, nikt nie zaoferował mi  tauzena baksów za małżeńską abstynencję,   a więc dalej  inwestuję  całe zarobione pieniądze w trzydziestoletni małżeński seks .
 Klasycy pisali, a ja wyznaję zasadę uczyć się choćby od diabła:
Moim zdaniem seks to jedna z najpiękniejszych, najbardziej naturalnych, najzdrowszych rzeczy, jakie można kupić za pieniądze."  -  to Tom Clancy.  Rozumiem,  że za darmo  liczę jedynie na spojrzenia.
 Z drugiej jednak strony  - "Znacie to spojrzenie, które rzuca wam kobieta, kiedy ma ochotę na seks? ...Ja też nie."  To oczywiście  Steve Martin
Kiedy  to ja ostatni raz widziałem te oczy głodne seksu? Przemilczę jak gentleman.
Wracając do rozważań po artykule.
Część kobiet zdecydowała  się na pogodzenie wody z ogniem . Mają więc i udany seks i pieniądze.
 Z  każdym rokiem  liczba ich zdecydowanie rośnie.  Jakiś czas temu  czytałem ciekawą  rozmowę z przedstawicielem  urzędu skarbowego. Stwierdził on, że bardzo wielu  naszych rodaków i rodaczek , w trakcie kontroli  dochodów, na pytanie o posiadane nieudokumentowane środki pieniężne oświadcza,  że mają je z nierządu.  Powszechnie wiadomo bowiem,  że zgodnie z  obowiązującym prawem,  czerpanie zysków  z nierządu nie jest karalne, ani opodatkowane.  Karane jest zaś czerpanie korzyści ze stręczenia do nierządu.  Zmienia się świat zmieniają się Polacy. Z dumą przyznają się do udanego seksu. Oraz do uprawiania  go w płatnej formie. Nie uważacie że „uprawianie i seksu”   to dziwaczna konstrukcja?. Lepiej brzmi mi w towarzystwie np. buraków
Tak całkiem na marginesie przyszło mi  na myśl,  że gwarancją udanego seksu za pieniądze  może być taka oferta handlowa:
Udzielenie 10 % rabatu,  w przypadku doprowadzenia  oferującego usługę do orgazmu.  Wiadomo  że  warto się postarać,  gdy można połączyć przyjemne działanie z pożyteczną oszczędnością .
Co zaś do państwa w znaczeniu globalnym. Mogła taka Dulska brać pieniądze od kokoty, brzydząc się nimi , by jednak płacić nimi podatki. Może i państwo opodatkować płatny seks i  brać kasę  od uprawiających  nierząd  w ramach np. podatku liniowego. Można to zrobić  według zasady - im dłuższa linia tym wyższy podatek. Nie należy  robić odwrotnie,  gdyż posiadacze niezbyt hojnie obdarzeni przez naturę, zostaliby  pokrzywdzeni dwa razy.
Środki otrzymane z tego tytułu działalności  można by przelewać na konta towarzystw  emerytalnych,   w ramach tak zwanego drugiego filaru, którym państwowi urzędnicy brzydzą się co najmniej tak jak prostytucją.
Jedyna przykra chociaż nieuświadomiona konsekwencja to ta,  że kasą  z  tak zwanego  „ numerku” mogą być opłacane całkiem szlachetne   poczynania.  No i co z tego?
Już starożytni pisali  Pecunia non olet .   
 

Antoni Relski
30 komentarzy
02 marca 2011
Kiedy czytałem „1984” nie podejrzewałem nawet  możliwości istnienia programów w stylu Big Brother. Dzisiaj siedzę w pokoju zwierzeń i piszę kolejny post. Bo jakże  inaczej określić działalność  blogerską. Mój pokój zwierzeń  nie przypomina tego telewizyjnego, ogranicza się do monitora LCD i klawiatury qwerty. W powieści  mikrofony i kamery instalowane w zapyziałych pokojach  mrocznego miasta, niepokoiły mnie i przerażały. Te przed którymi Klaudiusze i Manuele robili z siebie dzieci,  śmieszyły,  kiedy już minęło pierwsze wewnętrzne oburzenie.
A później  poszło  gładko. Bez specjalnych programów mogę dowiedzieć się,  że X ma bolesne miesiączki , Y rodzi za trzy miesiące  dziecko którego ojcem jest Z, a siostry Kardashian smarują swoje waginy majonezem. Pierwsze pytanie,  które zadałem po usłyszeniu tej wiadomości, nie dotyczyło majonezu.  Brzmiało ono -  kto to są do cholery siostry Kardashian?.
Kiedy byłem dzieckiem, ojciec zabrał mnie na wycieczkę do zoo. Nie specjalna dla niego była ta wycieczka, ponieważ wielbłąd menel ,który przeżuwał coś z bezmyślnym wyrazem twarzy, splunął  mojemu ojcu prosto na dorodną łysinę.
-  Jak to dobrze że jestem nie wysoki – próbował ukryć zażenowanie ojciec – inaczej Camel napluł by mi w twarz.
Dzisiaj ta sytuacja miałaby swoje pięć minut sławy na youtube i pewnie z pół miliona wejść. Ale   wtedy,  zakładowy Żuk skrzyniowy,  zabierał po drodze pracowników, którzy czekali w umówionych miejscach. Tylko tokarz precyzyjny Józef Kwęk zaspał. To najpewniej efekt  sobotniej imprezy, był w końcu Dzień Budowlanych. Kiedy  Przewodniczący Rady Zakładowej  dobudził w końcu Józka,  ten w poczuciu obowiązku  ubrał się szybko,  a za jedyną toaletę  posłużyło mu  masło śmietankowe, którym przetarł twarz, dla zamaskowania  wczorajszego zarostu.   Dzięki temu prostemu zabiegowi twarz ślusarza błyszczała się, jak zaraz po goleniu. Następnego dnia Gazeta Krakowska, ani nawet Dziennik Polski nie zająknęły się nawet na ten temat, zaś całe przedsiębiorstwo ojca, opowiadało sobie  o porannej toalecie Józka, ponieważ co jak co ale tokarza precyzyjnego Józefa Kwęka znali wszyscy.
Opowiadali również o wielbłądzie,  który  Prezesowi napluł w pysk . Ale to już całkiem inna historia.   
Co łączy ślusarza precyzyjnego z siostrami Kardashian?
Lata się zmieniają i bohaterowie.  Metody higieny i kosmetyki  oparte o  naturalne surowce pozostają bez zmian.
Wracając zaś domyśli przewodniej.  Jak pogodzić to co robię z tym czego nie lubię?
Dostałem wczoraj e-maila, w  treści którego  autork(ka)  między innymi zadał(a)  mi szereg pytań.
A więc po kolei
Opisz mi siebie, takiego jakim teraz siebie widzisz. Opisz jak wyglądasz
Jakie jest Twoje samopoczucie?
 O czym marzysz?
 Czego Ci brak i dlaczego?
Czy czujesz się szczęśliwy?
Było również pytanie o stosunek do kobiet
Lubię otrzymywać maile, lubię nawet na nie odpowiadać. Ten należał do kategorii – odpowiedź obowiązkowa.  
Zacząłem budować odpowiedź. Jak jednak odpowiedzieć na powyższe pytania w sytuacji  wielokrotnego poruszania tego problemu na  łamach bloga.  Cóż mógłbym dodać więcej oprócz tego co napisałem. Budując posty ujawniłem w nich  precyzyjnie zamierzoną ilość informacji. Nie naruszają one moim zdaniem  mojego prawa do prywatności,  moich bliskich , ani nawet tych których do bliskich nie zamierzam zaliczać.  Nawet ekshibicjonizm  powinien mieć  swoje granice. Staram się rozdzielić świat realny od wirtualnego. Nie montuję więc kamer w kiblu życia  i jego sypialni. Zresztą przynajmniej połowa moich pomieszczeń pozbawiona jest  kamer i  tą sferę traktuję niezmiernie poważnie. Dodatkowo w jednym z pokoi urządziłem garderobę,  gdzie od czasu do czasu stroję się w cudze  piórka. Jestem jaki jestem, ale czasami zupełnie inny.
Starając się  nie urazić autora(ki)  e-maila, ponieważ przyświecały mu(jej) szlachetne pobudki, ale będąc w zgodzie ze swoimi zasadami  napisałem taką odpowiedź
… Od dwóch z górą lat, średnio co  cztery dni nie robię nic innego niż opisuję
siebie na blogu.  Najdokładniej zrobiłem to chyba w  „jestem jaki jestem:. który był
odpowiedzią na komentarz „kroniki 13”
http://moje50.blog.onet.pl/Jestem-jaki-jestem,2,ID352617172,DA2008-12-04,n

Upust swojemu samopoczuciu daję w złośliwych komentarzach,  gdzie się czemuś
dziwię. Cieszę się że się jeszcze dziwię. Czasem też kocham życie , jak  Geppert -  „nad życie”.
A żeby to wszystko nie  było takie proste i oczywiste, nie wszystkie  komentarze są odbiciem moich zapatrywań i poglądów. Czasami to prowokacja.
Nie zamierzam tak bez walki  powiedzieć -  oto jest głowa Antoniego, bo byłby to koniec mojego bloga….
Z pozdrowieniami
Antoni Relski
PS  Mam nadzieję że udało mi się uszanować również prawo do prywatności autora (ki) e-maila.
Antoni Relski
32 komentarzy