13 lipca 2016

Dwa miliony plus i Czarny Anioł

- Chwalmy Pana – jak mówił szanowny James Brown w Blues Brothers. Jedną z praktykowanych form jest już chwalenie samego siebie. To chyba najpopularniejsza forma pochlebstwa.
- Udałem się Panu Bogu.
Dziwne to, bo to samo zadnie wypowiedziane przez kogoś innego nie ma już tak pozytywnego wydźwięku.
- Udałeś się Panu Bogu – zwykła mówić moja teściowa zawsze gdy ktoś coś zawalił.
- Ale o co chodzi? O co chodzi? - chciało by się zapytać, bo zwykle mam raczej skłonność do narzekania?
Z wielką przyjemnością zauważyłem, że w ostatni weekend licznik mojego pierwszego bloga na Onecie przekroczył dwa miliony wyświetleń. Zauważyłem to po czasie, bo w trakcie tego okrągłego przekręcania cyfr, z pewnością byłem po raz kolejny w trasie do, albo z Zakopanego.


Blisko osiem lat prowadzenia „Sumy lat...” to prawie dziewięćset pięćdziesiąt zamieszczonych tekstów. Moja polonistka byłaby ze mnie dumna. Chociaż kto to wie? Teraz zapanowała moda na wstyd za tych z których byliśmy do tej pory dumni.
Wracając do polonistki. W ogólniaku miałem zwyczaj pisać wypracowania na przekór sugerowanym tezom i o lepszą ocenę niż tradycyjna trójcyna musiałem się wykłócać publicznie. Nierzadko decydowałem się publicznie czytać wypracowanie. Stąd chyba bierze się we mnie taki ekshibicjonizm, chociaż mam nadzieję, że zawsze pamiętam o granicach.
Było minęło. Kiedy ostatnio poprzez Internet zajrzałem na listę nauczycieli w moim ogólniaku, nie znalazłem tam żadnego z nazwisk które zapamiętałem w ten czy w inny sposób. Jak zresztą miało by tam być w sytuacji gdy maturę zdawałem trzydzieści dziewięć lat temu?
Jak ten czas leci.
Dwa miliony a nawet stosując zapożyczenie od obecnego rządu dwa miliony plus. Bo na wskutek kłopotów z prowadzeniem bloga na Onecie, umieściłem kopię bloga na inną platformę. To na blogspocie doczekałem kolejnych dwustu tysięcy odwiedzin.
Było minęło. Nowy dzień, nowa noc, nowy tydzień. Wszystko nowe tylko ja stary i z każdym dniem jakby straszy.
Zapowiada się, że i w tę sobotę zasiądę na wąskim motocyklowym siodełku i ruszę zdobywać góry. Zdobywać w szeroko tego rozumianym znaczeniu.
Ostatnio na oczach żony zdobyłem serce pewnej starszej góralki z Poronina. Za dowcipy o mądrości górali. Postanowiła, że koniecznie musi je opowiedzieć swojemu staremu. Co z tego dowiozła do domu ? Nie wiem, ale podziwiam jej pozytywne podejście do życia.
Pogoda na sobotę zapowiada się ciekawie. Bez opadów, nie za zimno i nie za gorąco.
Istnieje jednak pewne ryzyko, bo prognozy sprawdzają się w około 95%. A mnie się lubi skomplikować. Póki co nie nastawiam się więc zbyt mocno. Uda się będzie fajnie.
Mógłbym pojechać samochodem. Po ostatnim wyjeździe, gdy mijałem boczkiem gigantyczny korek przed mostem w Białym Dunajcu i tylko nieco mniejszy za mostem w Czarnym Dunajcu, powiedziałem sobie – nigdy więcej samochodem z własnej woli.
Z własnej zaś i nieprzymuszonej woli, stojący w kolejce kierowcy skręcali lekko w prawo by umożliwić mi przejazd. Byli i tacy którzy z tej samej woli i nie przymuszani przez nikogo dojeżdżali do samego pasa na środku drogi, aby ten przejazd specjalnie utrudnić.
Swoistym rekordzistą był młody człowiek cierpiący na jakiś kompleks ( być może właśnie małego penisa) który dodatkowo uchylił drzwi swoje drzwi, tuż przed nadjeżdżającym motocyklem.
Astra była stara, ale nóg szkoda. Wspominałem że mamy z żoną jedną parę na spółkę
Można lubić jednoślady, można ich nie lubić. Zawsze jednak powinno się zachować się w sposób przyzwoity.
Mój „serwisman” wybudził mnie z pięknego snu w którym trwałem od roku.
- To za chwilę koniec gwarancji - zauważył
- Jak to tak, dopiero minie rok a miało być dwa lata ?
- Dwa lata albo sześc tysięcy kilometrów
- Wiem, wiem. Co szybciej minie.
Spojrzałem na licznik było 4700 km (dzisiaj rano wskazywał 5300)
Prawie sześć tysięcy w rok to chyba całkiem przyzwoity wynik?
Jaskółeczko, dobrze jest?
Moja teściowa też cieszy się wynikami.
Pod nieobecność żony, wczoraj machnęliśmy wspólnie i w porozumieniu dwadzieścia cztery słoiczki dżemu wiśniowego.
Mój udział był raczej skromny. Nalewałem i dokręcałem. W czasie zaś drelowania kosiłem trawę, cały czas mając teściową na oku.
W końcu jak mawiają …..... A co to ja jestem Tewje Mleczarz by cytować mądre księgi.
Skąd tytułowy Czarny Anioł ? To pseudonim osoby (kobiety) która pierwsza zamieściła na moim blogu komentarz.
Od tego czasu pojawiło się ich ponad 23000. A każdy cieszy.



07 lipca 2016

Szału nie ma

Czasy się zmieniły.
Ja też się zmieniłem, ale pamiętam jeszcze wierszyk którego uczono w podstawówce
„Choćby cię smażono i pieczono w smole, nie mów tego nikomu co się dzieje w szkole.”
Teraz jest moda na mówienie. Wysypał się więc worek ze szkolonymi aferami.
Wszyscy dyskutują i dziwią się, szczególnie starsi. Powtarzają też przy emeryckiej herbatce – za naszych czasów takich rzeczy w szkole nie było.
Owszem były, bo szaleństwa nie wymyślono wczoraj. Od kliku lat nazywa się go tylko inaczej - ADHD.
Tylko narzędzia ewoluują z czasem. Miejsce kałamarza zajął smartfon z dostępem do sieci i nie tylko. Czego tam zresztą nie ma ? Pełny asortyment występków i wykroczeń. Od A do Z
Za naszych przemilczanych czasów też się szalało na granicy ustalonego porządku.
O wygłupach wiedzieli tylko ludzie z wąskiego kręgu i oczywiście ofiary.
Teraz, za chwilę mamy trzysta tysięcy odsłon na Youtubie.
Warto było? Z pewnością tak, bo łatwo pomylić (szczególnie w naszych czasach) dowcip od czynu zabronionego czyli przestępstwa.
Koszty zaś są takie, że między innymi przez to rośnie nam pokolenie zupełnie nieodporne na stres.
A stres stał się nieodłącznym elementem naszego życia. Nie twierdzę broń boże, że kiedyś było lepiej. Sugeruję tylko, że wahadło odgięło się w drugą stronę i trzeba czasu by znaleźć tak zwany złoty środek. Tylko, że złoty środek nie jest zgodny z ideą wahadła.
I czy Unia na to pozwoli?
Albo coś innego. W zasadzie to cytat podobny, tylko źródło inne.
„Brudy trzeba prać we własnym domu”
Kto to? To nieśmiertelna Pani Dulska z „Moralności Pani Dulskiej”
Jak się to ma wobec wszechobecnych kolorowych magazynów, programów telewizyjnych typ talk show i w końcu przepastnych zasobów internetowych.
Bez wychodzenia z domu wiemy już, która gwiazda była molestowana w dzieciństwie przez swego ojca. Kto zdradził aktora B, w jakich okolicznościach i koniecznie w jakiej pozycji.
Kto zrobił tak zwany coming out a kto jeszcze z tym zwleka bo ma dopiero zadatki. Na co choruje pan B i gdzie z tego powodu dostał wysypki.
Najdziwniejsze jest to, że każdy sam wyrzucił to z siebie w specjalnym wywiadzie, w komplecie z całą kolorową sesją zdjęciową, poprawioną w Photoshopie
Żeby to była tylko domena celebrytów.
Kiedyś zerknąłem okazjonalnie na „Rozmowy w toku” i nie mogłem wyjść z podziwu. Pokazać całą swoją duszę wraz z poziomem umysłowym w gratisie, za jakąś stówę lub dwie?
Szaleństwo
Oto jedna z czytelniczek modnego ostatnio poradnika pyta
- Panie doktorze, mój facet troszczy się o mnie ale ma małego penisa. Czy mam go zostawić?
- Nie męcz się – odpowiada fachowiec zapominając jednocześnie, że gdzieś tam truje się uczciwym ludziom, iż nie liczy się długość instrumentu bo tak naprawdę prawdziwe pożądanie rodzi się w głowie?

W zasadzie to taki kącik porad mógłby prowadzić i rabin. On zawsze ma wiele dobrych rad w każdym temacie. Niektóre z nich znakomicie sobie przeczą.
Szaleństwo.
Nie ma również odpowiedzi na pytanie, czy lepiej być pięknym czy bogatym?
Ktoś mówił ( albo pisał ), że kobieta ma zawsze inne oczekiwania od tych na jakie może liczyć w aktualnym związku.
Jeżeli jest żoną bogatego faceta, odejdzie z kloszardem o odpowiednich parametrach. Biednego ale przystojnego faceta porzuci dla bogatego kurdupla z brzuszkiem.
Myślę, że wtedy nie pisze do popularnych poradników z pretensjami do życia, bo jak szaleć to szaleć.
A może pisze, bo chciałaby od życia full serwis ?
Jak usłyszę zarzut po tej wypowiedzi, że jestem męskim szowinistą, powiem krótko
- Ja męskim szowinistą ? To jakieś szaleństwo.
Czasy się zmieniły co sugerowałem na początku tekstu.
Teraz facet ma być piękny, bogaty oraz hojnie obdarzonym przez naturę. Dodatkowo z owej hojności powinien robić odpowiednio długi użytek.
 i tak, chociaż spotkałem się z tekstem że naprawdę liczy się tylko wymiar portfela.
Informowałem zresztą o tym już w poprzednim poście.
Szaleństwo.
A propos szaleństwa.
Samo szaleństwo też zmienia swoje znaczenie wraz z wiekiem.
Inaczej szaleństwo rozumie kilkulatek, inaczej nastolatek. Inaczej zaś moja teściowa, która mówi
do swojej przyjaciółki
- Zaszalałam. Zjadłam dwa kawałki ciasta z truskawkami.
Ja też popadłem w schemat i po powrocie ze sklepu budowlanego wyrzuciłem z siebie
- Zaszalałem i kupiłem o taki komplet wierteł.
W zasadzie to kupno wierteł to jest tylko preludium do jakiegoś głębszego szaleństwa. W filmie "Nic śmiesznego" jest taka scena gdy w windzie dużego bloku mieszkalnego, lokator z wyraźnym podekscytowaniem zwierza się głównemu bohaterowi
- Dzisiaj przyjdą do mnie koledzy z wiertłami udarowymi to sobie powiercimy.
A wy pamiętacie swoje szaleństwa/ Zwłaszcza te dla Was najfajniejsze?
Myślicie, że szaleć i szumieć można tylko w młodości?
Otóż nie. Niezapomniany Jan Sztaudynger pisał w jednej ze swoich fraszek
„Starość nie młodość musi się wyszumieć, bo żeby szumieć trzeba mieć i umieć”
I byłbym w stanie uwierzyć mistrzowi Janowi, gdyby nie rysunek Jana Kozy w którejś z ostatnich Polityk. Oto jak wygląda szaleństwo w wieku pięćdziesiąt plus.

Smutno się zrobiło.
Nie traćmy jednak nadziei. Szaleją wszyscy nawet popularny Rysiu z Klanu. Chociaż on sam (jako postać) w tym Klanie zginął bohaterską śmiercią już z tysiąc odcinków temu.

Jak żyć w takim szaleństwie?
Albo bardziej ogólnie – jak żyć ?
Kogo teraz można o to zapytać?






04 lipca 2016

Zero - jeden, ale to nie o futbolu

Czy jest może coś bardziej dołującego w poniedziałkowy poranek niż sama już konieczność zwleczenia się z łóżka ( szczególnie po wczorajszym meczu na  Euro) i wyjście do pracy?
Oczywiście, że jest i sam tego doświadczyłem.
To była chwila zaraz po wejściu do pracy, kiedy świeżo odpalony komputer poinformował mnie, że mam osiemset siedemnaście nieprzeczytanych wiadomości. Osiemset dwanaście pomimo tego, że w piątek na koniec dnia uczciwie sprawdziłem służbową pocztę, chociaż myśli krążyły już wokół sobotniej eskapady do Zakopanego. 

Pierwszy rzut oka wystarczył by zauważyć, że ponad siedemset dotyczyło tak zwanych opcji binarnych.
O co chodzi w tych opcjach? Pamiętam ze szkoły, że w układzie binarnym idzie o system zero jedynkowy. Nikomu jednak nie marzy się chyba mój powrót do średniej szkoły?
 Nie. Idzie tu o inwestowanie w akcje, tak chyba mogę w skrócie powiedzieć, bo nawet Wikipedia zamiast wytłumaczyć, pogmatwała mi wszystko swoim przykładem.
Chodzi więc o pieniądze, pieniąchy pieniądzory. O ich pomnażanie, bo reklamy mówią o 240% zysku. O możliwości straty profilaktycznie się nie wspomina. Po co?
Jak sępy rzucili się na mój kapitał który na dobrą sprawę składa się z tej kasy która pozostaje mi po opłaceniu wszystkich mediów i kredytów. Garna się do tego kapitału którym miesiąc w miesiąc wspomagam fortuny pana Carrefoura, Tesco, Lidla i tego Portugalczyka, co to dla niepoznaki nazwał się swojsko Biedronką.
Od Konga do Kaliningradu ślą do mnie maile ludzie zatroskani stanem mojego kapitału.
Koniecznie muszę go powiększyć.
To znaczy, że co? Że rozmiar mojego penisa przestał ich już martwić?
Pomyślałem chwilę i doszedłem do następujących wniosków.
Jestem po prostu ofiarą własnej popularności. Popełniłem całkiem nie dawno tekst w którym wykazałem za pomocą jednego kolorowego tygodnika, że tak naprawdę najważniejszy jest rozmiar portfela.
Przeczytali i postanowili wzmocnić mi tę ekonomiczną protezę.
Dobrzy ludzie, szansę dali.
Lecz jak nic się w tej sprawie nie zmieni i poczuję się przywalony tą korespondencją mailową, będę musiał publicznie oświadczyć, że ten cały seks jest potwornie przereklamowany, choć codziennie jeszcze proszę Boga by nie skłaniał mnie do formułowania takich wniosków.
Poza tym, czy wtedy będę miał lżej? Rzucą się nam nie prezenterzy cudownych garnków, uzdrawiającej pościeli i pożyczek w parabankach.
I czy wtedy będzie mi rzeczywiście lżej?
Może tylko fizycznie, bo czy psychika wytrzyma to, że zostałem wrzucony do ostatniego koszyka konsumpcji? Wtedy już tylko pozostanie decyzja – jaka urna? W macie czy raczej na wysoki połysk?
I niech ktoś mi powie, że seks nie determinuje naszego życia.
Że determinuje?
To dlaczego ostatnio otrzymałem maila który zaczynał się od słów „Ty mały zboczeńcu !”
Odpowiedziałem tylko jednym zdaniem
Jeżeli już, to dlaczego zaraz mały?


01 lipca 2016

Logistyka

Do spółki z żoną mamy jedną parę sprawnych nóg i dwie pary rąk. A ponieważ obie nogi z owej sprawnej pary są w moim posiadaniu, żona stara się z nich skorzystać w sytuacjach awaryjnych.
Wtedy gdy coś jest za daleko alb za wysoko, albo mówiąc krócej gdy nie jestem w pracy.
Z ta wysokością to i dla mnie jest problem, bo do najwyższych nie należę. Skaczę więc jak małpa po drabince, ale nigdy wprost po półkach. Mentalność BHP-owca z lat słusznie minionych we mnie została.
I nie mam nic przeciwko temu, żeby opuścić swój fotel, zdjąć przecier pomidorowy z półki i podać go żonie. Problem rodzi się wtedy gdy zapadnę się po takiej operacji w chłodną otchłań skórzanego fotela, a żona mówi
- Kochanie chyba ten jeden słoik to będzie mało, przynieś jeszcze jeden.
Zawsze zaczyna od „kochanie” więc robię to, chociaż czasami narzekam
Albo inna sytuacja. Po wieczornej ablucji małżonka udaje się spoczynek i już z pokoju prosi o podłączenie telefonu do ładowania, ustawienie telewizora albo coś podobnego.
Wstaje z fotela, odkładam polarowy koc i udaję się do sypialni na usługę serwisową. Kończę, wracam do salonu, siadam w fotelu i na powrót owijam się w polarową ochronę przed wieczornym chłodem.
Nie, nie narzucam koca na siebie byle jak. Niczym bohater „Dnia świra” rozkładam koc, bacząc by dłuższa jego część biegła wzdłuż a nie w poprzek mojego ciała. Sprawdzam też czy metka produktu w postaci takiej białej błyszczącej wszywki, znajduje się w okolicach nóg a nie na wysokości twarzy bo tego nie lubię. Jeżeli tak jest, odwracam koc powtarzając powyższe czynności.
Zawijam boki koca wokół nóg tak aby jak najmniej ciepła uciekało ta drogą. Chowam pod koc jedno a potem drugie ramię, przyciskając brodą koniec koca. Kiedy już jestem cały nim omotany, zauważam, że pilot do dekodera znajduje się na ławie i w razie potrzeby będę musiał się odkryć.
Szybko więc wyciągam ręce spod koca, łapię za pilota i powtarzam czynności powyżej już opisane, kontrolując przy okazji czy nogi są właściwie osłonięte.
No wszystko w porządku.
Od samej procedury zawijania robi mi się ciepło i kiedy już sam przed sobą chcę powiedzieć że jest cieplutko, słyszę z pokoju
Kochanie, a zgasisz mi światło?
Parafrazując wspomniany „Dzień Świra” chciało by się powiedzieć
- To moja żona. Jak można jej nie kochać?!
No i ja ją kocham i wstaję zrzucając z siebie koc i gaszę to światło i narzekam trochę lub trochę bardziej, ale nie na nią tylko na jej logistykę.
W zasadzie na jej brak
Logistyka – to według Wikipedii - proces planowania, realizowania i kontrolowania sprawnego i efektywnego ekonomicznie przepływu surowców, materiałów, wyrobów gotowych oraz odpowiedniej informacji z punktu pochodzenia do punktu konsumpcji w celu zaspokojenia wymagań klienta.
No właśnie. Sam proces zaspokajania klienta mi nie przeszkadza, wkurza mnie gdy nawala logistyka.
Być może skłonność do planowania wynika z mojego wrodzonego lenistwa?
Może i tak ale gdy mam wyrzucić śmieci, odpadki na kompost i przynieść wiertarkę z garażu, udaję się po klucz do szopy ogrodniczej szumnie nazywanej garażem.
Wkładam go do kieszeni, potem biorę w rękę wiaderko z odpadkami komunalnymi i wiaderko z tym organicznymi.
Wyrzucam komunalne do zielonego kosza i zostawiam wiaderko koło niego. Z organicznymi idę na kompostownik. Wprawnym ruchem wywalam to na kupę ściętej trawy i kieruję się do szopy po wiertarkę. Wiertarkę wnoszę pod wiatę skąd zabieram wiaderko które opróżniłem w pierwszej kolejności.
Jedno wyjście jeden powrót trzy sprawy załatwione, a logistyka czyli planowanie trwało tyle co błysk szprychy.
Wszystko zrobione można się opierdzielać.
A przecież mówi się, że facet potrafi skoncentrować się tylko na jednej rzeczy, dlatego tak denerwują go seriale które lecą w tle zabaw w sypialni. Bo albo, albo.
Ba sam o tym przekuję żonę mówiąc do niej
- Zwolnij i ustalaj ze mną jedną kwestię naraz. Wiesz przecież, że faceci są tak prosto zaprogramowani.
Chyba Ona nie wierzy w tę naszą prostotę, bo kwestię powyższą muszę powtarzać co jakiś czas.
Dlaczego piszę o tym wszystkim?
Od razu odpowiadam, nie jest to donos na żonę czy nawet na cały rodzaj żeński. To próba zmagania się z ową cholerna logistyką w związku ze zbliżającymi się ŚDM czyli Światowymi Dniami Młodzieży
Będę miał gości, pątników albo pielgrzymów. Zwał jak chciał czyli krewni i znajomi królika.
Nasi Francuzi i Francuzi naszych Francuzów. Dodatkowo jeden całkiem z naszymi Francuzami nie związany facet. W sumie parę osób, wiem na pewno, że nieco mniej niż dziesięć. 

- Co my im damy jeść – załamała się teściowa.
- Damy radę - powiedziałem wyciągając kartkę papieru - Trzeba to niestety wszystko przemyśleć.
W te dni większość sklepów może być nieczynna, albo pustawa bo zaopatrzenie dojedzie tylko w nocy.
Ceny też wystrzelą w kosmos chyba, że za okazaniem meldunku będzie można liczyć na jakąś zniżkę. Ja tam na zniżkę raczej nie liczę.
Przygotuję się z wodą (mineralną) a w domowej spiżarni zwiększę zapas mąki i drożdży.
W ramach pilnej potrzeby sam upiekę chleb i francuskie bagietki.
- No i jako konsekwencja wyżywienia, zadbać muszę o drożne szambo - dodałem.
 W końcu jak nie dojedzie chleb to trudno liczyć na  dojazd szambowozu. A jak to mówią ”szambo nie kondom nie rozciągnie się” 
Może piszę tu o bardzo przyziemnym temacie, ale pewnie niektórzy z was doświadczyli parcia
które walczyło ze świadomością, że technicznie będzie to możliwe dopiero za parę godzin.
Nie życzę nawet wrogowi.
I tak sobie planujemy i narzekamy, by za chwilę cieszyć się na te spotkania. Jesteśmy targani sprzecznościami jak w życiu.
Bo jak mówi pewne powiedzenie wszystko zależy od tego z której strony drzwi od toalety znajdujemy się w danej chwili. Niby dotyczy ono szybkości upływu czasu, ale odniosę je do ogólnej sytuacji. Co mi tam.
Na granicy naszej miejscowości znajduje się dzikie lądowisko motolotni. Pasjonaci tego sportu, w dni wolne meldują się tam już po szóstej rano. Odpalają swoje silniki i startują w niebo, a podczas lotu napawają się widokiem jeziorek powstałych po eksploatacji złóż piasku i żwiru.
- Jest pięknie, na pewno tu powrócimy – piszą na forum. I ja zgadzam się z tym pięknem mojej okolicy. Jest jednak i druga strona medalu. Lotniarze się zmieniają a tubylcy mają niezmienny warkot silników nad głowami. Do mnie szczęśliwie dolatują nieliczni.
- Tak wziąć śrutu i strzelić w jedną czy drugą dupę – zamarzył kiedyś jeden z pijących piwo w pięknych okolicznościach przyrody - Byłby spokój.
I jemu a zwłaszcza mieszkańcom domów w okolicach tej feralnej łąki nie bardzo dziwię się oburzeniu, choć wiem, że to prawie groźby karalne.
No, już za nieco ponad trzy tygodnie dojdzie do konfrontacji takich właśnie dwóch światów.
Uduchowionego, który wpadnie i zachwyci się atmosferą i być może dozna jakiego głębszego przeżycia duchowego i tego któremu wyrwie się ponad tydzień z życiorysu, lokując go na przymusowych urlopach. Nie wszyscy pójdą na urlopy. Niektórzy już organizują śpiwory i kąt do spania dla pracowników, w sklepie w którym do przyjęcia dostawy towaru dojdzie w nocy
Z nimi staram się o mistycyzmie przeżyć nie dyskutować.
A mówią, że w każdej sytuacji najlepszy jest tak zwany złoty środek.
Na razie zwariowały ceny kwater prywatnych, zaraz oszaleją ceny napoi i tak zwanych szybkich przekąsek.
Ciekaw jestem czy krakowski obwarzanek oprze się pokusie zmian ceny?
Miało być pięknie, duchowo w chrześcijańskim poczuciu jedności (czyli według mnie bezpłatnie, z dobroci serca choćby z tymi noclegami). Czuję że wyjdzie jak zwykle. Niestety.
                     Na razie jednak mam wyłom w planowaniu najbliższej przyszłości. Moja żona jest bowiem uosobieniem prawa Murphy`ego,  a nawet dwóch praw naraz. 
  • Jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda.
  • Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie.
Właśnie w szpitalu czeka do poprawki. A ja opracowuję logistykę sobotniego wyjazdu do niej.
Pogoda zaś ma być mieszana jak odczucia czytających powyższe rozważania.
Pozdrawiam



27 czerwca 2016

NIe odpuszczaj czyli rozmiar który się liczy

Wakacje czas zacząć. Nie ja je odtrąbiłem, nie mam dzieci w wieku szkolnym, ale czuję to na swój sposób.
Moja droga do pracy zdecydowanie przyspieszyła a to z powodu mniejszej ilości samochodów. Widocznie zmęczeni pracą i dojazdami do niej Krakowianie, zamienili korki na Wielickiej, Alejach w Nowej Hucie na urokliwe postoje w drodze do Zakopanego, na Hel czy gdzie tam jeszcze wyznaczono miejsca urlopowego spędu. Dzisiaj na swoim motocyklu nie musiałem niczego wymuszać i wyprzedzać na trzeciego. Dziwny spokój który mnie wypełniał po dotarciu do bram zakładu to widoczny skutek braku adrenaliny. A jak się już od niej uzależniłem to co?
Nie jestem jednak całkowicie wolny od emocji, zwłaszcza gdy spoglądam na niebo zasnute ciężkimi chmurami.
Lunie czy nie? A jak lunie to przed czy po południu?
Jeżeli mogę coś zasugerować Osobie odpowiedzialnej to obstawiam ten czas do szesnastej.
Potem wracam do domu.
Internet też wakacyjny i nawet Brexit spłowiał nieco w wiadomościach dnia. Miało zamarznąć piekło po takiej decyzji, a tu co? smaży w najlepsze.
Skupmy się na tym co obecnie najważniejsze. A co może być ważnejsze w sezonie urlopowym, oprócz oczywiście pieniędzy?
Wiadomo, odpowiedni penis. Nie nie tenis wielkoszlemowy a penis właśnie. Jednooki, lśniącogłowy przyjaciela każdego faceta.
Nie mówię duży, ale większy. Trawestując bowiem powiedzenie legendy filmów porno Rona Jeremiego który powiedział, że nie ma za dużych piersi można by rzec - Żaden penis nie jest zbyt duży dla jego posiadacza.
Wielu uważa natomiast, że ich przyjaciel jest zbyt mały. Tak przeczytałem w pewnym reklamowym tekście:
Setki tysięcy mężczyzn w Polsce, boryka się z problemami, zbyt krótkiego penisa. To stwarza wiele kompleksów, wstydliwych sytuacji, a nawet potrafi spowodować stany depresyjne. Długi penis jest oznaką męskości, dodaje pewności siebie. Jeżeli tego brakuje mężczyźnie, to wszystko może wydawać się trudniejsze.”
Dwa no może trzy, dosadne chociaż proste zdania potrafią wytłumaczyć wszystkie problemy połowy populacji.
Masz depresję? Wydłuż penisa
Żona mówi, że jesteś nieudacznikiem? Wydłuż penisa
Twój stary samochód się sypie ? Wiadomo zajmij się swoim „przyjacielem”
Dlaczego sięgnąłem po ten tekst?
Bo zainteresował mnie tytuł który brzmiał
Emeryt wydłużył swojego penisa o 7 centymetrów.
Po co? Dlaczego? W jakim celu?
Może dla utrzymania równowagi. Stare polskie przysłowie mówi bowiem:
Gdy sześćdziesiąt latek mija, torba dłuższa niż fuzyja.”
Tak dla równowagi i proporcji.
Ze względu na wiek, nie mogę jeszcze wypowiedzieć się w tej sprawie autorytatywnie. Ze smutkiem muszę jednak przyznać, że nastąpi to już niedługo.
Emeryt natomiast, według obowiązujących standardów to facet po 67 roku życia.
Nie odmawiając nikomu prawa do udanego życia i pożycia. Przypominał mi się jednak ten stary dowcip w którym żona skarży się, że jej starszy już mąż posiada bardzo długiego penisa.
- No i w czym problem? Skorzysta pani na tym
- Tak kiedyś korzystałam, teraz on mnie nim wyłącznie bije.
W treści artykułu nie doczytałem się jak z tym emerytem było, był to tylko chwyt reklamowy i jak po mnie widać całkiem skuteczny. Powaliły mnie podane tam przykładowe efekty. A oprócz wspomnianego na początku cytatu dobiły komentarze.



Mirosław to jakby mój rówieśnik. Zbulwersował mnie oceną - Mimo że mam 58 lat.
A ja pocieszałem się, że właśnie się rozkręcam w byciu dojrzałym i doświadczonym.
Monika też nie należy do mistrzyń elegancji. To jeszcze gorzej niż kupić koledze z pracy dezodorant w prezencie imieninowym. Nie ma bardziej czytelnego sygnału, że kolega śmierdzi. Mąż z pewnością poczuł się jeszcze gorzej. Wyszło na to, że nie sięga konfitur.
Wszędzie zaś piszą dużymi literami, że w związku można prawie wszystko pod warunkiem wcześniejszych rzecz jasna uzgodnień.
Monika odtrąbiła pełen sukces, a ja myślę, że chodzi tu również o specjalną techniką aplikacji
środka. Jej mąż „zarzywał” podczas gdy przeciętny amator zbliżeń, mówiąc prostacko zażywał by tylko.
A co z tymi co uważają, że najważniejsza jest technika współżycia i ewentualnie rozbudowana gra wstępna?
W obiegowej opinii to posiadacze krótkich i zbyt krótkich penisów, którzy jak cytowałem na wstępie to zakompleksieni depresanci.
A ci którzy uważają, że wystarczy im proporcjonalna budowa ciała ?
To też ludzie którym brakuje pewności siebie
Zresztą jak pisze no-masco


Co by zrobił? Tylko strzelił w łeb czy coś zażywał, ewentualnie nawet „zarzywał”?
I teraz pytania które same cisną się na usta
No bo jak to w końcu jest?
Co liczy się najbardziej? Inteligencja? Dobroć? Empatia? A może skłonność do poświęceń w związku?
Co brać pod uwagę?
Czym to mierzyć i jaki rozmiar najbardziej się liczy?
Kolorowa prasa codzienna już wie
Liczy się ...


Kiedy zacząłem mierzyć swój portfel, żona wytłumaczyła mi, że idzie o rozmiar w znaczeniu zawartości.
Niepocieszony odłożyłem linijkę do szuflady biurka. W młodości trzymałem podobną w szufladzie nocnej szafki.

20 czerwca 2016

Hot dog and cat

 Już był w ogrodzie, już witał się z gąską – to gdybym chciał po polsku podeprzeć się wieszczem.
Chcesz rozśmieszyć Pana Boga ? Opowiedz mu o swoich planach na przyszłość – to prawie to samo tylko w wykonaniu Woody Allena.
Niedziela miała wyglądać całkiem inaczej. Skóra, dwa kółka i spotkanie z przedstawicielami pewnego klubu motocyklowego. Skok w ciemno na nieznane wody.
Odległości były w zakresie moich możliwości, zresztą zrobiłem sobie trening, zapuszczając się nieco dalej od domu. Wytrzymałem.
I kiedy podsumowałem roboczy tydzień porównując lewą i prawą stronę zestawień, dopadła manie ta informacja.
Oprócz małżonki która znajduje się na etapie rekonwalescencji z jakichś powodów przedłużającej się, doszła teściowa która nie chciała uwierzyć kiedy jej mówiłem:
- Niech mama zwolni, nie ma mama już sześćdziesięciu lat.
Nie ma jedności nawet w organizmie. Kiedy rozum pozostaje uparty, wyłamuje się kręgosłup.
Oczywiście wyłamuje się w przenośni ale boli realnie. Cała gama medykamentów z zastrzykami dwa razy dziennie.
I kto daje teściowej zastrzyki?
Zięć daje. Zięć może bezkarnie wbijać w teściową szpile. Wdzięczność zaś teściowej nie ma granic.
- Wdzięczność nie jest już problemem – zauważyłem – od kiedy ZUS objął mamę swoimi świadczeniami.
Tak sobie zażartowałem, ale doszedłem do wniosku, że być może zbyt dużo naoglądałem się Ferdka Kiepskiego.
Dobrze, że w całym kontekście wyszło śmiesznie.
Od soboty mam więc turkot kółek inwalidzkiego wózka i regularne postukiwania inwalidzkiej kuli. Oprócz świadczeń medycznych, sobota upłynęła mi na układaniu kwiatostanu pnącej róży mocno potarganego przez wiatr i na naprawie żagla ogrodowego, (zadaszenia na tarasem) który opadł niczym liść z brzoskwini po ostatnich ulewach i wichurach. Zrobiłem prowizorycznie, ale już mam pomysł jak to trwale wzmocnić.
Niedzielna awaria w robocie to był jedyny ale krótki wyskok na motocyklu. Wyskok z konieczności.
Bezrobotne siedzenia motocykla zaadoptowała kota, co widać na załączonym zdjęciu.


Niedzielny upał nastrajał zresztą zwierzaki do układania się w różnych dziwnych miejscach czego próbka poniżej.

 
 
 
 

Całą nadzieja w tygodniu, że będzie lekki, miły i przyjemny.
Tak sobie tłumaczyłem dzisiaj rano, stojąc w samochodowym korku do pracy. Motocykl został w domu z powodu zapowiadanych opadów atmosferycznych ze skłonnością do oberwania chmury.
Rzeczywiście zaczęło się leciutko.



12 czerwca 2016

Mario o Mario jesteś moim niebem, jesteś moją ziemią

Maria.
Kiedy tylko oderwiemy się od tematu Bogurodzicy i wpłyniemy na neutralne wody rozważań takich sobie, zauważamy ile odmian i zdrobnień związanych z tym imieniem funkcjonuje w naszej codzienności.
Maja, Mania, Mari, Marika, Marychna, Marylka, Maryna, Marysia, Marysieńka. Każdy z nas obudzony w środku nocy, poda jeszcze kilka innych zdrobnień. Bo każdy na swoją Marię w życiu trafił. A niektórzy trafieni pozostają z nimi do krańca swych dni, a nawet nieco dłużej ( wliczając w to funeralną imprezę) 
Jana Marię Rokitę z tych rozważań oczywiście wyłączam. Choć to ciekawy przypadek Marii co to ma diabła za skórą
Po cóż to i na co? Te Marynie i Majeczki  albo Isie.
W jakim celu oprócz oczywiście tego, żeby nasza Maria była Marią wyjątkową a nie typową, bo nikt nie chce być typowy  a tym bardziej zwyczajny.
To jest cały system, zresztą bardzo użyteczny. Obserwując internet bo to świetne miejsce do wszelkich obserwacji, zauważyłem, że odmiany imion używa się w pewnym kontekście.
Nikt nie powie na przykład „profesor Maryśka Pawlikowska” jak nikt nie mówi profesor Jadźka Staniszkis. Tu mamy oficjalną Marię
W przedszkolnej grupie starszaków najlepiej zaśpiewała Marysia a nie Maria Kowalska. I tak dalej i tak dalej.
Ja do swojej sąsiadki mówię Marysiu, chyba, że jesteśmy po piwie albo dwóch wtedy zawsze mówię Maryśka. Gdybym tak ni z gruszki ni z pietruszki powiedział – Mario, to zaraz było by pytanie dlaczego tak oficjalnie ?I czy przypadkiem się nie gniewam.
A więc sytuacje.
Dla zobrazowania pewnych sytuacji przygotowałem przezrocza, jak na dobrą prezentację przystało
Mówimy - Przygoda z Marią


 
 Urządzamy zabawę z Maryśką
 


 A lody zamawiamy z Marychą


To ostatnie zdjęcie otrzymałem od moich francuskich przyjaciół jako pamiątkę z pobytu w Holandii. Resztę doszukałem sobie w Internecie.
A co z moją Marią?
Ciągła przygoda, od trzydziestu pięciu już prawie lat. Gdyby zaś liczyć nieformalny początek znajomości to robi się okrągłe trzydzieści siedem.
Właśnie przywiozłem ją do domu. Teraz tak szybko wypuszczają. Spięta metalowymi klamrami, bo chyba tam w Zakopanem szybko odkryli, że mają do czynienia z żelaznym charakterem. Razem z wypisem małżonka otrzymała urządzenie do wyciągania owych metalowych spinek. W resorcie zdrowia planują  przerzucić na pacjenta coraz większa liczbę różnych zabiegów. Może da się żyć dopóki sami nie będziemy składać kości w łupki i wycinać woreczków.
Zaraz, zaraz, widziałem już kiedyś automat z opatrunkami gipsowymi. Zrobiłem nawet zdjęcie tego cuda. Idzie w kierunku IKEI. Dostajesz lub kupujesz części, resztę robisz sam.
Żona  pomiędliła nieco, sterylny chyba woreczek i powiedziała
- Dostałam od Pana Doktora zestaw małego tapicera. Z tym zszywkami w plecach sama się czuję jak kozetka po renowacji.
- Ciekawe. Nikt tego jeszcze tak nie nazwał - doktor poruszył się wydarzeniem które przełamało codzienną rutynę ortopedy.
A ja jakby zaczynam rozumieć skąd wzięło się imię Kozeta ( Cosette). Czyżby aż tak pokrętna była jego etymologia.
- To Pan dzisiaj nie motorem - spytała pielęgniarka widząc mnie na korytarzu, bez skóry i bandany.
- Wie Pani, mam problem z wózkiem inwalidzkim. Nie wezmę na plecy, a po przeróbce na wózek boczny do motocykla jechałbym do Krakowa przez najbliższy tydzień.
Przyjęła wyjaśnienie z pełnym zrozumieniem.
Suka podeszła do powrotu żony z intensywnym machaniem ogona, a kota z pewnym dystansem. Póki co kot śpi u teściowej. Teściowa zaś z niekłamaną radością i ulgą. W końcu to ona siała największa panikę.
Oboje z teściową pilnujemy na zmianę by żona spokojnie przeżyła ten poszpitalny okres. Prośbą, groźbą, perswazją i obietnicami.
Właśnie nastraszyłem ją, żeby pod żadnym pozorem nie zbliżała się do mikrofalówki. Bo te spinki...
Z taką ilością metalowych spinek w plecach nie wiadomo co się stanie.
Strachy na lachy zdawały się mówić jej oczy