22 maja 2013

Taki dzień

Było już koło południa, bo słońce stało wysoko. Rozpoczęła się gwarantowana Kodeksem Pracy przerwa śniadaniowa.
Chłopy zasiadły więc w kącie pod magazynem, na specjalnie w tym celu wymoszczonych paletach.
- Zapal se Marlboro - powiedział Dziadek wyciągając w kierunku Krzyśka paczkę papierosów.
Pudełko nie było znoszone a wręcz przeciwnie, otulone jeszcze celofanem co mogło sugerować zawartość zgodną z opakowaniem.
- Gdzieś to kurde znalazł takie pudełko? - Spytał Krzysiek nie spiesząc się zbytnio z wyciąganiem ręki.
- Kierowca od nich mi dał – tu Dziadek wskazującym palcem zakreślił kółko w powietrzu. Miało ono sugerować, że idzie o kierowce z sąsiadującej za płotem chłodni spożywczej - Ale nie lubię, bo są dla mnie za słabe. Wolę sobie sam skręcić, wtedy wiem co palę.
- Ty se kręcisz? zapytał ironicznie Krzysiek i zaraz sam dał sobie odpowiedź.
- Gówno byś palił gdyby Ci kobita nie skręciła.
- Od tego w końcu jest – stwierdził ze znawstwem Dziadek. W zasadzie trudno by było z tym dyskutować, bo chłop przekroczył już wiek emerytalny. W powietrzu zawisła jednak swego rodzaju niepewność co do roli kobiet w życiu prawdziwego mężczyzny, co natychmiast wykorzystał Kierownik
- Tak mi się wydaje, że kobiety nie są tylko od skręcania papierosów.
- Mogą jeszcze zakręcić torbą, ale Dziadka to już nie dotyczy – powiedział filozoficznie Krzysiek, wypuszczając elegancko dym z głębi swoich płuc. Potem odwrócił się do Dziadka i rzekł
- Jak żeś tego Ciponiu nie wiedział, to po coś Ty tyle lat po tym świecie chodził.
- Cicho być – warknął Dziadek, co na chwilę stępiło ostrze satyry Krzyśka.
Siedzieli cicho, patrząc na przejeżdżające samochody, szczególnie te ciężarowe, z wielkimi reklamami. Komentowali rysunki bo auta poruszały się zbyt szybko by doczytać hasło reklamowe lub chociaż nazwę firmy.
- Obiad jedzie dla Ciebie – powiedział Krzysiek wskazując na rysunek potężnego wilczura reklamującego psią suchą karmę.
- Albo Twoje dupcenie – odpowiedział natychmiast Dziadek czym wzbudził zadziwienie samego Kierownika.
- Szybki jesteś Dziadek - rzekł - i ostry
- A co? Ja tam się tańcu nie pierdzielę, jak kto jest Pizdoń to Pizdoń będzie.
Wrzucili niedopałki do małej puszki po sardynkach w sosie własnym i czekając na to aż ich przełożony oddali się do swoich zadań pogrążyli się w zamyśleniu.
A może to nie było zamyślenie, tylko zwyczajne wyczekiwanie, żeby już przestał pierdzielić po urzędniczeniu i poszedł sobie do biura.
On zaś wiedział, że oczekują jego odejścia, bo schowane w pokrzywach butelki piwa z każdą minutą podnoszą swoją temperaturę do stanu bliskiego wrzenia.
Stał więc jeszcze chwilę drażniąc ich ale wiedział, że i tak nie uchroni ich przez zgubnym wpływem alkoholu. Wszak swój nałóg pielęgnują już od wielu lat.
Dobrali się do siebie na zasadzie przeciwieństw. Dziadek był starszy od Krzyśka o równe dwadzieścia lat i całkiem inny, nie tylko z wyglądu. Łączyła ich jedna namiętność. Namiętność do ciepłego piwa.
Kierownik tolerował tę skłonność i o ile nie wykraczała ona poza wyznaczoną normę, przymykał na to oko. Wykreślał tylko pod koniec dnia z zakresu prac te, które były związane z pracą na wysokości, lub z obsługą narzędzi z wirującymi końcówkami.
Kiedy zaś namiętność brała górę nad rozsądkiem, w krótkich wojskowych słowach wysyłał jednego bądź drugiego do domu, wcześniej wykreślając pół dniówki.
- Już wypierdalam Kierowniku – mówili posłusznie i wynosili się, zapominając nawet o brązowych zwrotnych butelkach.
Kiedy w powietrzu zawisła już pewna i widoczna niecierpliwość - Kierownik spokojnie oddalił się do biura.
- Widziałeś tego psa ? - spytał Krzysiek pociągając łyk piwa i prowizorycznie zakapslował butelkę.
- Jakiego psa? - Dziadek wykazał zainteresowanie
- Tego co leżał zabity na poboczu drogi jak szliśmy do roboty.
- Ten mały rudy z czarnym łbem?
- Ten. Mazanek miał takiego samego
- Co ty pierdzielisz. Mazanek miał ciemniejszego z białą łatą. On Józkowi ukradł kiełbasę z
ogniska kiedy żeśmy lali płytę Mazankowi.
- Płytę tośmy lali Nowaczykowi. Zapomniałeś?
- Ale to Mazanek miał takiego psa.
- Ale chałupę stawiał Nowaczyk.
- A Kudelski nie stawiał?
- Kudelski ten co mu się stodoła spaliła?
- Ten sam. Aż mu się traktor zajął. Dobrze, że udało mu się odpalić i wyjechać. Kabinę miał potem całkiem okopconą.
- Jeździł tak potem cały rok bez malowania. Kupę lenia.
Zgodzili się w sprawie lenistwa Kudelskiego. Zaciągnęli się dymem jak na komendę i równie synchronicznie ten dym wydmuchali. Wydawało się jednak że temat Kudelskiego nie został w pełni wyczerpany. Dziadek powrócił do gospodarza na traktorze.
- A widziałeś jakie on ma pokrzywy na podwórku?
- W tych pokrzywach dziada z babą nie brakuje. Jak mu Nowak przywiózł blachę na drzwi do garażu to ja tam pierdolnął do pokrzyw, a potem nie zauważył i sam se tę blachę przejechał traktorem. Ale potem klął. Kurwy latały w powietrzu jak deszcz w maju
- Tym traktorem z opalona kabiną ?
- Co traktorem?
- No przejechał. Traktorem z opaloną kabiną?
- Nie pamiętam już czy była opalona wiem, że blacha była od Nowaka.
- Tego co nie żyje?
- Nie, tego co się powiesił w ogrodzie.
- Jak się powiesił to chyba nie żyje? - włączył się do rozmowy Kierownik, który pojawił się nagle i znikąd. Miał taki zwyczaj by znienacka pojawiać się i kontrolować w ten sposób ilość spożytego piwa.
- To tak nie do końca jest. Józek od Krupy też się wieszał a żyje – stwierdził filozoficznie Dziadek
- Bo go szybko odcięli. Charczał potem dość długo, i długo nie mówił.
- Bo i o czym miał mówić?
- Pamiętam jak jego stara darła się kiedyś na niego, że jest taki ciul jak stąd do Warszawy i że nie umie nic robić, nawet się powiesić nie umie.
- Wieszać się z powodu głupiej baby? To trzeba być rzeczywiście popieprzony.
- Kobita mu się puszczała i te dzieci to były ponoć nie jego, tylko tego małego z końca ulicy. Podchodził tam do niej często.
- I to ma być dowód - nie ustępował Kierownik.
- Ten ich chłopak, to chodził w tak samo jak ten mały. Chłopy w knajpie się z tego śmiały.
- Przecież trzeba zrobić badania DNA żeby mieć pewność – dodał Kierownik.
- A tam chłopom przy piwie badania niepotrzebne. Jak baba się kurwi to widać i bez badań.
- Najczęściej oskarżają Ci co się sami nie załapali – zauważył przełożony.
- Co fakt to fakt, baba lubiła tę robotę.
- A propos roboty, auto czeka na rozładunek a i przerwa śniadaniowa już się skończyła - Kierownik wskazał palcem wskazującym samochód, który zbliżał się powoli do otwartych drzwi magazynu – Obgadaliście już chyba całe swoje osiedle.
- No nie, całe to nie – odpowiedział szybko Dziadek - przecież tam mieszkają jeszcze: Tkacze, Smardze i Lipowscy. Pod samym lasem zaś ten, no jak mu tam? - i zwracając się do Krzyśka zawołał – Ja się nazywał ten co mu ukradli motorower, jak pojechał na zabawę do Lipnika?
- Nie na zabawę do Lipnika tylko na przysięgę na Pasternik.
- Na przysiędze to był Pietrasik, ale on się tylko opił do nieprzytomności i go wojskowa żandarmeria odwoziła.
- Żandarmeria to odwoziła Marciniaka Ciponiu jeden. Całkiem ci te nalewki mózg zlasowały.
- Przecież ja nie piję mózgotrzepów tylko piwo mocne Pizdoniu jeden.
I tak szli obaj w kierunku samochodu wymieniając się komplementami i tytułami. W ich kierunku podążał kierowca z kompletem dokumentów.
Dzień jak co dzień


20 maja 2013

Pryskałem, nie zaprzeczam

Dolegliwości związane z wiekiem nie eksplodują jak wulkan. Pojawiają się powoli i w niezauważalny prawie sposób stają się częścią naszego życia. Z powodów degeneracji kręgosłupa cierpły mi dwa palce, mały i serdeczny. W sobotę rano, zaraz po obudzeniu zauważyłem, że ścierpnięty jest ten fuckowy. Czyżbym musiał dać sobie na wstrzymanie? Częściej mówić – pieprzyć to?. Spróbuję, ale może nie teraz. Jeszcze kilka prac do wykonania, a dzień swoją długość ma. Jak to mówił mój znajomy czas nie prezerwatywa nie naciągnie się. Miał i drugie powiedzenie ale jest ono zdecydowanie bardziej dosadne.
No więc tak po kolei.
Skończyli układać kostkę. Błoto jesienne i wiosenne będą już tylko wspomnieniem. Chodzę teraz z miotłą i zasypuję powstałe szczeliny. Mrówki będą miały co wynosić.
A propos zwierząt drobnych. Na liściach gruszki siadły zielone mszyce. Tak sprzedawca z ogrodniczego zdiagnozował pomięty liść. Trzeba było kupić oprysk i opryskać.
Obejrzałem dokładniej wszystkie drzewa, mszyce wybrały tylko grusze.
Opryskiwacz, gumowe rękawice i maseczka na twarz. W końcu pracowałem kiedyś jako BHP – owiec. Pryskałem wieczorem, po tym gdy odleciały pszczoły. Sprawdziłem temperaturę, miała być poniżej 20 oC i była. Zadziwiające ile można doczytać z ulotki. Sprawdzam teraz efekty, ale na to trzeba poczekać.
W sobotę wynająłem się u siebie za pomocnika do montażu kilku segmentów ogrodzenia. Oddałem spawanie w fachowe ręce, bo chociaż umiem używać to miotające łukami elektrycznymi urządzenie, to spawy w moim wydaniu są mało profesjonalne. Jeszcze tylko wyczyścić pomalować i wejście nie będzie kojarzyć się z pracowniczym ogródkiem działkowym. Popołudniowe chodzenie z kosiarką dopełniło planu dnia, a najgorsze nie jest koszenie tylko opróżnianie koszta z pociętej trawy.
Wieczorne wino smakowało jak ambrozja, czyli napój bogów.
Śniadania na tarasie, przywróciło to co z takim sentymentem zachowałem we wspomnień z gór.
Potem obiad i popołudniowa kawa bo temperatura nie zachęcała do siedzenia w domu.
Późnym popołudniem wykopałem z kotami topór wojenny. Pałka się przegła – jak mówi Ferdek Kiepski.
Kiedy na chwilę wszedłem po coś do mieszkania, na stół wskoczył rudy kot sąsiadów. Ten sam który kiedyś wizytował dom i zasnął w fotelu.
Kot zaczął wyżerać ciasto i wcale nie spieszył się zaprzestania tego procederu pomimo pokrzykiwania żony. Dopiero moje pojawienie się zdyscyplinowało kota. Zwierzak czmychnął, a półmisek wylądował w koszu. Po pierwsze kot nie mój, po drugie nieodrobaczony. Właścicielka wyznała, że postępuje według zasady - do roku nie chodzi się z kotem, ani psem do weterynarza.
To w takim razie kocur z pewnością nie jest wysterylizowany.
Od dzisiaj ma u mnie czerwoną kartkę. Będę gonił ile sił w piersiach, tak mi dopomóż wiek. Wszystko lubię z wyjątkiem bezczelności. Strata ciasta, to i tak niewiele. U sąsiadki, wspomniany kot zlał się na środku dywanu. Ich dwie osobiste i wysterylizowane kotki, nigdy tego nie zrobiły. Nawiasem mówiąc jedna z nich namiętnie przychodzi do nas by wylegiwać się na płytkach, przed domem. Kiedy nie leży ociera się o nogi by ją głaskać.
- Tylko jej nie daj jeść – upominam żonę
Kotka wchodzi do domu robiąc obchód, ale wczoraj zauważyliśmy, że mocno rozespana schodzi na dół po schodach. Nikt nie widział kiedy do domu weszła i jak długo była.
Muszę to zacząć kontrolować bo inaczej zginę jak przysłowiowa ciotka w Czechach.
Kotkę toleruję dopóki mi czegoś nie zeżre albo nie zniszczy. Kocur ma przechlapane już teraz.
Pies sąsiadów poszczekuje żałośnie przed furtką, bo od czasu ułożenia kostki nie mieści się już pod furtką a jest zbyt gruby by wcisnąć się między sztachetki jak kot. Razem z kocurem uwielbiali bawić się w berka, pośród rosnących na grządkach kolorowych kwiatów.
To już się udało, resztę będzie pewnie kuleć do czasu pojawienia się psa.
A on się pojawi. Z pewnością się pojawi.
Dla uspokojenia ciała i duszy wywlokłem lornetkę i obserwowałem ptaki urzędujące wokół drzewek. Co rusz jakiś przysiadał na gałęzi bądź mocował się ze źdźbłem trawy.
W pewnej chwili, w zasięgu wzroku uzbrojonego w soczewki znalazł się sąsiadka.
W jakiś sposób zorientowała się w sytuacji i całkiem po kobiecemu poprawiła dekolt.
Prawie się zmieszałem.
Wieczorem zatwierdziłem sobie plan prac na bieżący tydzień.
I żona i syn z pewnością poprzestawiali by te priorytety.

15 maja 2013

Dwójca

Barbara Krafftówna znana przede wszystkim z roli Honoraty z serialu „Czterej pancerni i pies” obchodzi kolejne urodziny. Osiemdziesiąte piąte z kolei. Na maj szykuje się jej benefis w jednym z warszawskich teatrów. Według mnie to niesprawiedliwe skojarzenie, bowiem dorobek artystyczny Pani Barbary jest imponujący.
Swoja drogą, wiek bardzo dojrzały dopadł naszych pancernych.
Tylko Olgierd wciąż młody bo Wilhelmi odszedł zbyt wcześnie.
Suszy więc swoją sztuczną szczękę Młody Czereśniak czyli Wiesław Gołas, który pomimo wieku dalej gotów iść w Polskę,
Janusz Gajos odżegnuje się coś od postaci Janka, bo w czasie ostatniej wizyty u Kuby Wojewódzkiego nie chciał rozmawiać na temat czołgów, co ponoć zastrzegł sobie wcześniej.
Wcześniej odcinał się od postaci Tureckiego, a przecież wszystkie te jego role wspaniałe.
Wyrośli nam ci Pancerni na rasowych aktorów i starą modą, śmiało można by zwracać się do nich – Mistrzu.
Może najmniej widoczny na ekranach jest Włodzimierz Press, ale już jego charakterystyczny głos od lat dominuje w radiowych słuchowiskach.
Całkiem niedawno swój benefis obchodził Franciszek Pieczka czyli serialowy Gustlik. Jancio Wodnik wolę o nim mówić, ponieważ w filmach Jana Jakuba Kolskiego był rewelacyjny.
Wczoraj usłyszałem informację o jubileuszu Krafftównej w radio i od razu przypomniało mi się zdjęcie zamieszczone jakiś czas temu w Onecie.
Zachowałem je dla zasady.
Była to fotorelacja z jubileuszu Pana Pieczki. Zdjęcie jak zdjęcie, ale jaki podpis pod nim jest już całkiem interesujący. Trzy osoby kroją tort w kształcie czołgu. No może dwie kroją a jedna trzyma za lufę. Podpis - „Barbara Krafftówna, Barbara Krafftówna i Franciszek Pieczka”.
Co prawda na pierwszy rzut oka, w łysawym starszym Panu rozpoznałem Włodzimierza Pressa filmowego Grigorija, ale ja tam wiem, może to jakieś złudzenie?
Bo jeżeli to złudzenie, to nowego sensu nabrało używane wobec aktorki określenie „boska Krafftówna”. Na załączonym zdjęciu występuje pod dwoma postaciami, mówiąc krótko „dwójca święta”
A tak na poważnie. Coraz więcej pomyłek przynosi nam filozofia edytora tekstów i maniera określana zgrabnym „kopiuj – wklej” 



13 maja 2013

Zapachy i znów działamy


Trzech ogrodników i zimna Zośka jeszcze nie minęli a ja mam już posadzone.
Tak po prostu, po ludzku nie mogłem doczekać do piętnastego
Teraz tylko obserwować termometr, żeby wiedzieć czy ta praca miała sens.
A może lepiej nie obserwować bo i bez pomidorów, stresów mi nie brakuje.
Piętnaście krzaków pomidorów w różnych odmianach, w tym jedna, której nazwa mnie rozczuliła. Nazywają się „bycze serca”. To musi być okaz. Potem papryki słodkie, ostre i oczywiście ogórki.
Ponoć wystarczy pięć krzaków tych ostatnich  by zabezpieczyć w mizerię całą rodzinę i zrobić przetwory. Na razie moja wyobraźnia za ogórkami jeszcze nie nadąża. Sałata  i wymarzony ziołowy ogródek dla żony. Lubczyk, bazylia, oregano, rozmaryn i mięta.
Lilie, astry, goździki  i słoneczniki dla tak zwanej ładności też już w ziemi. Proces  sadzenia prawie zakończony. Coś tam się jeszcze wciśnie z pewnością, bo o czymś na pewno zapomniałem.
W poniedziałek dotnę kije, żeby było do czego podwiązać krzaki. Całkiem mnie wciąga ta praca na roli, czasem ku rozpaczy mojej żony.  Maria z całego bukietu zapachów, które spowijają ogród w czasie kwitnienia, bezbłędnie potrafi wyłapać ten, który świadczy o tym, że gdzieś tam właśnie karmią świnie.
Mam na tylko jedną gotową odpowiedź  - Przez dwadzieścia lat życia w Gorcach był czas aby do tego przywyknąć.
Jeżeli już jesteśmy przy zapachach, to czasem przez ten aromat bzów przebija zapach pieczonego chleba, bowiem całkiem blisko jest mała wiejska piekarnia. Jak mi ktoś powie, że wśród tych zapachów można kontrolować swoja wagę,  zwłaszcza po godzince pracy w ziemi, to niech przyjdzie mi to zademonstrować.
Ekipa układająca kostkę na wjeździe do domu,  urządziła sobie wolne, Ponoć jest jakiś przejściowy problem z zaopatrzeniem. A może z zapłatą? To mi się wydaje bardziej prawdopodobne.  Brnę więc od domu do bramki i z powrotem w świeżym żwirze, czując się niczym na nadmorskich wydmach.
Młody który od początku naszego mieszkania  napierał na wykonanie pojazdu, wreszcie zobaczył i zrozumiał o co chodzi. Wie już, że  układanie kostki nie ogranicza się do rozłożenia elementów, bo same przygotowanie podłoża jest żmudne.
Żmudne i kosztowne jak się okazało po wstępnych wyliczeniach mistrza brukarskiego.
Nie jestem zaskoczony, ale wydatek już boli.
W poniedziałek zadzwonił Majster. Kostka ma być, ale deszczu ma nie być. Ponieważ jednak deszcz jest, nie ma ekipy. I tak to jak w życiu. Dobrze, że płacę od dzieła a nie na godziny, bowiem deszczowy licznik mógłby mi zdrowo nabić.
Plan na teraz skończyć, zapłacić i używać. To będzie też początek konstruowania podjazdu dla wózka małżonki. Mam nadzieję, że z niewielką pomocą przyjaciół dam radę.
Po sobotnim sadzeniu, akurat wtedy kiedy zdążyłem poskładać narzędzia, pojawili się znajomi w towarzystwie psa rasy husky. Ponieważ teren jest ogrodzony, mogli puścić psa a w zasadzie sukę całkiem spokojnie. Do czasu jednak, dopóki nie zauważyliśmy, że psina postanowiła wykopać świeżo zasadzone pomidory. Być może rządki wydawały jej się zbyt gęste?
Parę razy musieliśmy przywołać ją do porządku. Porzuciła swoje niecne plany dopiero, gdy grill wydawał ten sympatyczny zapach świadczący o tym, że karkówka już gotowa do konsumpcji.
Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas na tarasie korzystając z przyjaznego końca dnia, tylko jaskółki przelatujące coraz niżej koło domu, zasiewały w nas  taką obawę o jutro.
Uzasadnioną jak się okazało. Ze względu na zimy i deszczowy dzień, nie miałem nic do roboty. Takie nic nierobienie  jest jednak strasznie męczące.
A dzisiaj od rana w pracy jakieś problemy z internetem.
O poprzednich jeszcze nie zdążyłem zapomnieć.

I jeszcze na koniec informacyjnie.
Paluszek który stanowił temat jednego z  moich poprzednich postów już jest naprawiony, czyli  mówiąc innym językiem zrósł się. Pani optyczka wywiesiła stosowną tablicę – Znowu działamy.
Pod spodem zaś dopisek - zniżka na oprawy – 50%. Ponieważ ufam, że radość z odzyskania zdrowia nie przesłoniła Pani optyk zdolności do trzeźwego spoglądania na świat, zastanawiam się z jaką marżą sprzedaje się takie oprawy? Tak na zdrowy rozum, co kosztuje w takich plastikowych oprawach 500 złotych? Zapytam mocniej co w tych oprawach kosztuje powyżej 50 złotych?
Nie będę jednak zaglądał w cudze kieszenie. Zrobiłem zdjęcie i  już miałem odejść, ale zaraz byłem świadkiem dość śmiesznej sytuacji. Do drzwi podeszła młoda dziewczyna. Przeczytała informację i  powiedziała do siebie – No nareszcie.
Zaraz też zaczęła napierać na drzwi, ale te nie ustąpiły. Pchnęła mocniej i dopiero po trzecim pchnięciu zauważyła mała tabliczkę przyczepioną bezpośrednio do drzwi – Wracam za 5 minut.
Dziewczyna zbierała się do odejścia, ale zatrzymałem ją wtrącając,  że jeżeli wytrzymała dwa tygodnie to z pewnością owe pięć minut nie powinno już stanowić dla niej żadnego problemu.
Nie miałem czasu sprawdzić czy było to normalne, czy takie góralskie pięć minut.
Dlaczego góralskie ?
Kto był w górach ten wie, że na pytanie o odległość do wybranego miejsca, od starego górala  z reguły usłyszy:
- Eee to jak copkom rzucić.
W wolnym tłumaczeniu może to znaczyć dwa, trzy, ale równie dobrze dziesięć kilometrów.
Strasznie daleko rzucają tymi swoimi czapkami.
Moi górale coś milczą. Muszę zadzwonić i przepytać
W taką pogodę i tak nie ma nic innego do roboty.




10 maja 2013

Wyprzedaż posezonowa




Żółtko i białtko czyli dylemat z Konopielki.
Dlaczegóż to, skoro siedzą w jednej skorupce zabierać tę jedną literę? Dlaczego białtko białkiem zwane ma być o jedno „te” pokrzywdzone ?
Zaśmiewałem się czytając te dialogi, zastanawiając się równocześnie nad filozofią mieszkańców książkowych Taplar.
Redliński jednak z pewnością pisał to co gdzieś widział, a Taplary mają się dobrze i dzisiaj.
W długi weekend miałem przyjemność dokonywać zakupów w sieciowym sklepie – Delikatesy Centrum.
Delikatesy generalnie zajmują się sprzedażą towarów. Czasem jednak coś tam się długo nie sprzedaje i trudno takie na przykład sanki trzymać ze sztywną ceną na pólkach wiosną.To samo dotyczy baranków wielkanocnych, którym czerwiec i lipiec nie służą. Nie mogą zajmować miejsca w sklepie letnią porą. Aby się tego ustrzec prowadzi się akcję sprzedaży po obniżonych cenach
Taka akcja nazywa się wyprzedaż.
Tu jednak pojawia się taplarski dylemat, bo skoro jest sprzedaż, to dlaczego jej końcówka nie nazywa się wysprzedaż?
Kto postanowił zabrać tej czynności jedno „es”
Obsługa delikatesów stanowczo zaprotestowała przeciwko takiej dyskryminacji, czemu dała wyraz malując stosowną tablicę. Dzięki błogosławieństwu telefonów z aparatem fotograficznym, udało mi się uwiecznić ten protest.
Z czego wynika zabieranie, a z czego dokładanie litery? Nie wiem. Pamiętam natomiast, że w moim rodzinnym mieście namiętnie przekręcano słowo bób i funkcjonował on tutaj jako bober.
Sam parę razy nieświadomie błysnąłem tym „określeniem”.
A teraz z innej beczki ale o czymś Co się tyczy sprzedaży.
W obecnych czasach najtrudniej jest sprzedać siebie. Oczywiście chodzi mi o to pozytywne znaczenie tego słowa. Wszechobecny marketing i PR wymagają by sprzedawany towar miał atrakcyjne opakowanie. Staramy się więc być nawet tym kim naprawdę nie jesteśmy.
Właśnie zauważyłem tytuł artykułu w Dzienniku - Każda to może, nie każda robi: niezawodny sposób na przyciągnięcie faceta! Kierując się tak zwanym pierwszym skojarzeniem faceta, zajrzałem do tekstu.
W nagłówku czytam Nie wielkość biustu, czy długość nóg, ale spontaniczność, poczucie humoru i pewność siebie - to mężczyźni cenią w kobietach. Za sprawą szczerego i swobodnego uśmiechu atrakcyjność pań w oczach płci przeciwnej wzrasta czterokrotnie.
No właśnie, dlaczego współczesne dziewczyny w swej większości nie uśmiechają się?
Dlaczego chcą być, jak to określiła pewna celebrytka z TVN nadętymi pindami. Przywoływana w jej określeniu paprotka jest całkowicie drugorzędna.
Czytając ten tekst, przypomniałem sobie całkiem świeżą rozmowę z Młodym.
Wiozłem go na pętlę tramwajową z powodu tego, że wbrew rozsądkowi i doświadczeniu postanowił sobie pospać jeszcze kilka minut. Rozmawialiśmy niewiele jak to z rana szczególnie, że Młody zagryzał kanapką, którą wcisnąłem mu do ręki przed wejściem do samochodu. Właśnie skręciłem w kierunku pętli i zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych.
Przez pasy przeszła jedna, młoda dziewczyna. Być może dlatego, że była jedna mieliśmy okazję zlustrować ją, można by powiedzieć od stóp do głów, a dokładnie do głowy, bo miała jedną co zapamiętałem. Nie uczyniliśmy jednak tego z powodu twarzy. Twarz nadętej pindy, z czegoś niezadowolonej od rana, traktującej całe otoczenie jak najgorzej. Tyle odczytałem z twarzy i powiem szczerze, że po czymś takim nie miałem ochoty spoglądać dalej.
- Co ona taka nadęta? - podzieliłem się spostrzeżeniem z Młodszym,
- One teraz wszystkie tak mają – odpowiedział niemal natychmiast Młody. Mogę polegać na zdaniu Młodego ponieważ jest on w naszej rodzinie uznawany za największego miłośnika damskiej urody.
Być może spowodowane jest to tym, że tylko on pozostaje w swobodzie tak zwanego stanu wolnego. I chociaż a może dlatego, że jego dziewczyna jest miła, zawsze uśmiechnięta i wrażliwa na wszystkie rodzinne zachowania uważam, że wie co mówi.
Tylko dlaczego tak się dzieje? Czy to z powodu tego, że ulice pełne są zużytych samochodów, którymi młodzi przemieszczają się między studiami a jakaś dorywczą pracą. Nie zauważyłem natomiast księcia, który na białym koniu chciałby jechać nowoczesną ulicą w poszukiwaniu narzeczonej. Z pewnością przeciętni faceci to nie ten poziom dla dziewczyny, której tłumaczono w domu, że jest wyjątkowa i należy jej się wszystko to co najlepsze. A wyjątkowość z reguły polega chyba na tym, że lądując w kuchni potrafi z gracją przypalić nawet wodę na herbatę.
Nic to. Ja zaszczepiłem moim chłopakom umiejętność gotowania. Nie umrą z głodu gdy trafią w swoim życiu na kogoś „wyjątkowego”. Czego im jednak nie życzę. Z drugiej strony mam nadzieję że odziedziczyli po mnie również niechęć do nadętych pind.

08 maja 2013

Pobożne życzenia

- Było zimno. Elektryk stał w drzwiach i kontrolował co się świeci, a co nie. Rozpaliłam w kominku i po jakimś czasie zrobiło mi się ciepło. Wydawało mi się że cały czas to kontrolowałam. Dotykałam łydek. Zapomniałam jednak, że kolana są bliżej kominka. A potem wieczorem, Antoni zobaczył te oparzenia na kolanach. Naprawdę sporych rozmiarów bąble.
Normalnie jak w filmie Nietykalni. Nic nie czułam.
- Pani Mario, jedyne co mogę powiedzieć, jedyne co nasuwa mi się w tej chwili to „no comment”.
- Jak to się w końcu mówi no comment czy no comments - zwrócił się z pytaniem do mnie
- Można powiedzieć po polsku. Najlepiej - jest Pani nieprzewidywalna, żeby użyć tylko najlżejszego z możliwych określeń.
Doktor założył dwa solidne opatrunki na kolana, a następnie zajął się właściwym celem wizyty.
Wtorek lub piątek po południu ewentualnie niedziela, wtedy mogę transportować żonę w tę i drugą stronę. Tak jak normalny kochający lub tylko troskliwy małżonek. Chociaż jedno nie wyklucza drugiego.
Niestety służba zdrowia pracuje przed południem, a wtedy robi się problem. Przecież ktoś musi zarobić na realizację recept i opłacenie wizyty.
Korzystam z dobrodziejstwa teściowej, która odwiedza te wszystkie fundusze i inne organizacje, cierpliwie wydreptując ścieżki w te i drugą stronę. Czasem nie objedzie się bez jednej wizyty.
Ja regularnie załatwiam zaświadczenia. Proszę o pracodawcę o zaświadczenie o zatrudnieniu,A on patrzy na mnie podejrzliwie. No może patrzył na początku.
Wszystkie potrzebne nam decyzyjne placówki czynne są wtedy, kiedy przeciętny, normalny człowiek pracuje.
Może i czasem napisze coś złośliwego o teściowej, ale w gruncie rzeczy jestem jej szalenie wdzięczny.
Mam też z powodu tego braku dyspozycyjności lekki zgryz. Mam problem z zastępstwem w pracy na kilka godzin, co tydzień. Staram się zostawić to dla spraw naprawdę ważnych. A przecież wszystkie one są ważne.
Żona stara się jakoś sobie radzić. Nauczyła się korzystać z taksówek, lub od czasu do czasu z transportu medycznego. Ten ostatni zależy zaś od decyzji lekarza prowadzącego, a wiadomo, że wszędzie oszczędności. To się rozlicza.
Zauważyłem, że w przypadku takiego wypadku losowego, ktoś powinien zwolnić się z pracy w celu załatwiania spraw i wystawania w kolejkach do rejestracji.
Po kilku latach takich zmagań z problemami zdrowotnymi, trudno już radośnie umawiać się na prywatne wizyty. Na przeszkodzie staje cennik.
Doktor który zaopatrzył żonę, opowiedział mi dowcip na czasie.
Pacjent umawia się do kardiologa. Kobieta w rejestracji mówi, że najbliższy termin jest dokładnie za cztery lata.
- Ale przed południem czy po południu - pyta pacjent
- A cóż to dla Pana za różnica, to przecież za cztery lata.
- Bo wtedy przed południem mam umówionego okulistę.
Znamy się z doktorem już jakiś czas, za sprawą dolegliwości żony. Może stąd śmiałość do dowcipów jakby większa. Poza tym zawsze staram się przełamać rutynę chłodnego służbowego kontaktu. Nie zawsze to działa, czasem jednak procentuje.
- Za cztery lata, mówi Pan – to nie dowcip to samo życie.
Potem jeszcze tylko recepty na leki, które i tak nie są refundowane.
- Refundacja jest tylko na przewlekłe schorzenie – stwierdził spoglądając w internet doktor.
- A jakie ma żona? - pytam
- Przewlekłe ale nie tego typu.
Szkoda bo leków na receptach tyle jakbym sam miał zakładać mały punkt apteczny.
No i gitara.
Kiedy zapakowałem żonę do samochodu i powoli ruszyliśmy w stronę budki parkingowego żeby i tu uiścić, spojrzałem na żonę i powiedziałem:
- Zauważ jak po latach realizują się nasze wspólne obietnice. Żona spojrzała na mnie z zaciekawieniem
- Ty obiecałaś mi, że nie będę się z Tobą nudził i nie nudzę się. Ja z kolei obiecywałem, że będę nosił Cię na rękach i zauważ, że słowa dotrzymuję.
- Ale ja chciałam inaczej – odpowiedziała żona której dziwnie nie było do śmiechu.
- Może wyraziliśmy się wtedy niezbyt precyzyjnie. A tam na górze nie mają czasu myśleć na tym co kto miał na myśli Ręce, ręce ciach ciach, odhaczone. Ze strachem myślę czego czego jeszcze moglibyśmy sobie życzyć.
Ze spokojem jednak stwierdzam, że tych pobożnych życzeń nie było za wiele.
Swoją drogą to określenie „pobożne życzenia” brzmi w tych okolicznościach trochę dziwnie.
Wróciliśmy do domu.
Kiedy wjeżdżaliśmy na ganek, na niebie pokazał się czerwony kształt motolotni.
- To mnie strasznie kręci – powiedziała żona – to będzie kolejna rzecz którą zrobię.
- Poczekaj niech tylko zagoją się kolana – poprosiłem – poza tym pamiętaj o czym mówiliśmy przed chwilą. Myśl nad tym o co prosisz.

06 maja 2013

I ten jeden spóźniony

Nie będę rozpisywał się na temat tej karkówki, która leży jeszcze w lodówce. Kolejni goście odwoływali swoje wizyty, bo jakaż to przyjemność moknąć nad grillem smażąc, a potem konsumować w domu. Syndrom pustki imprezowej ogarnął również i moich sąsiadów, którzy z nadzieją spoglądali raz w niebo, raz na termometr. W końcu niektórzy postanowili odwiedzić się wzajemnie i tak doszło do pierwszego spotkania z bardzo sympatycznymi sąsiadami zza płota. Kiedy tylko przestało padać, pojawili się pod moją bramą, zapowiadając z dawna umawianą wizytę. Wszyscy ubrani w kolorowe gumiaki, z tą tylko różnicą, że rodzice pomimo ochronnego obuwia unikali kałuż a dzieci odwrotnie. Podskakiwały radośnie w dość sporej kałuży, która zaraz koło ogrodzenia odbijała w swoim lustrze promienie pojawiającego się słońca.
Zaraz też kolorowe gumiaki nabrały wody i trzeba było wrócić do domu by je przebrać.
Wrócili po chwili w suchych butach, właśnie wtedy kiedy gorąca herbata i chłodny sok leżały na ławie.
Dzieci lekko spłoszone, w wieku cztery i półtora roku rozejrzały się po kątach. Starsza pamiętała wnętrze jeszcze z czasów odwiedzin u poprzedniej właścicielki.
Szybko też, jak to dzieci, rozkręciły w swoich pomysłach.
Mój pomysł aby włączyć im telewizyjną bajkę podziałał na kwadrans, to i tak dużo by spokojnie ustalić : kto słodzi​?, kto nie? i czy możemy, korzystając z okazji wypić kieliszek wina.
Młodzi, lekko po trzydziestce, opowiadali o tym jak zjawili się w tej okolicy i skąd pomysł wybudowania tu domu.
Potem coś tam o sobie opowiedzieliśmy my i jak to w takich sytuacjach bywa, prawiliśmy sobie komplementy. Z wzajemnego komplementowania wyrwał nas huk. To Starsza skoczyła z czwartego schodu, lądując łagodnie na oparciu dużego fotela. Zaraz tez pojawiła się Młodsza, trzymając w rękach mydło wyniesione z łazienki. Mydło powędrowało na miejsce, a Starsza została przywołana do porządku. Sok zabezpieczył spokój na chwili kilka, podobnie jak czekoladowe delicje z wiśniową galaretką.
- Dlatego nie zapraszają nas do siebie niektórzy znajomi – z rozbrajającą szczerością stwierdziła sąsiadka.
- Jesteśmy świadomi, a pamięć posiadania własnych dzieci jeszcze dopisuje – stwierdziłem dyplomatycznie. Zacząłem jednak współpracować z rodzicami w zakresie kontrolowania zachowań energicznych milusińskich.
Trudno bowiem, żeby w moim domu nabiło sobie guza jakieś dzieciątko z powodu gadulstwa gospodarzy.
- Mam pomysł - powiedział sąsiad – Mamba
Dzieci rzuciły się na kolorową słodycz, która przylepiła się do zębów skupiając tym na sobie chwilową uwagę. Potem druga i trzecia.
Ta trzecia niekoniecznie mieściła się już w małej buzi. Wypadła, klejąc nie podniebienie a poduszki skórzanego fotela.
Zachowałem spokój. Tu sam się podziwiam, nie podniosło mi się ciśnienie, nie reagowałem nerwowo.
- Kids – pomyślałem tylko filozoficznie.
- Impreza skończyła się nagle, tak jak nagle się zaczęła. Najmłodsza latorośl sąsiadów w gracją uśmiechnęła się szeroko, co wywołało niepokój rodziców.
- Ona tak się uśmiecha jak zrobi kupę - stwierdziła sąsiadka
- Kochanie, chodź do mamusi – przywołała małą, a kiedy ta podeszła, sąsiadka obwąchała ją jak ekspert.
- Nie myliłam się. Kupa.
Trzeba było kończyć, bowiem po tym anielskim uśmiechu nastąpiła tradycyjna też nerwowość małego człowieka. Tak naprawdę to kto z nas byłby zadowolony mając takie coś w majtkach?
Gumiaki na nogi i w drogę.
Kiedy zostaliśmy w domu sami, jakby na komendę bez umawiania się zaczęliśmy sprzątać.
Ja zbierałem kawałki ciastek i orzeszki z podłogi, żona najpierw wyczyściła lustro ze śladów małych raczek, a potem pokrycie foteli z klejących pozostałości mamby.
- Wszyscy mają Mambę, mam i jak – zacytowałem reklamę wyciągając spod fotela kawałek rozpuszczalnej gumy owocowej. Za chwilę dodałem też od siebie – to bardzo mądry pomysł by starać się o dzieci w odpowiednim wieku własnym, czyli po prostu wtedy gdy człowiek jest młody.
Zrobiło się filozoficznie i dałem się unieść nastrojowi.
Wnuki kocha się bezwarunkowo. Kocha na tyle, by wytrzymać wizyty z mydłem i Mambą. Po to by przytulić do serca i zobaczyć, że jakaś cząstka nas wygląda tak młodo.
Bez oporów ścierasz wtedy ślady mydła, słodyczy i innych rzeczy.
- Sugerujesz, że to dzisiejsze wydarzenie było jakimś sprawdzaniem nas?
- Nie nerwowym sprawdzianem. Nasi Młodzi twierdzą, że do świąt wielkanocnych przyszłego roku nie powinniśmy poruszać tego tematu.
- Nie poruszamy więc, tylko tak od czasu do czasu rzucimy jakąś małą aluzję. Okazało się, że teść syna czyni to samo i to bez porozumienia z nami.
Kiedy po tym sprzątaniu wyszedłem przed dom, zobaczyłem jak po murze, z jakimś uporem wartym wielkich rzeczy maszerował winniczek.
- Niestety ślimaku. Spóźniłem się na imprezę. Wziąłem go ostrożnie za skorupkę w wsadziłem w wysoką trawę w rogu ogrodu.
- Z kim rozmawiałeś? - spytała żona po moim powrocie
- Ze ślimaczkiem – odparłem.
- Dalej trzyma Cię ten nastrój ?
- Ćwiczę, bo widzę ile pracy przede mną. Poza tym to mi się chyba spodobało.