15 kwietnia 2013

Bociany i inne zjawiska


Kiedy sięgałem po tak zwaną efkę do zakończenia kabla antenowego, poczułem coś ciepłego i wilgotnego. Przesunęło się to po mojej dłoni zanurzonej w pudełku z częściami. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale jak najbardziej niespodziewane. Szarpnąłem więc dłoń do siebie i spojrzałem pod nogi. Obok mnie merdając radośnie ogonem, stał szczeniak. Cały brązowy, jedynie końcówki uszu, ogona i kufa czarne. Puszysty tym pierwszym szczenięcym futrem i z pewnością pachnący jeszcze mlekiem jak to dziecko, ale nie zdecydowałem się tego sprawdzać.
- Co ty tu robisz? - spytałem, ale zaraz sam sobie odpowiedziałem na pytanie, porównując szparę pod bramą z wielkością psa.
- Czyj ty jesteś ? - poprawiłem pytanie, ale dalej wiedziałem, że i na to lepiej sformułowane pytanie psiak mi nie odpowie.
Odpowiedział mi za to swoją obecnością mały rudy kot z obróżką. Ten sam który zasnął kiedyś w moim fotelu. Wylazł spod samochodu i odważnie zatrzymał się przede mną.
Szczeniak natychmiast zwrócił się ku niemu i zaczął traktować jak swego rodzaju przewodnika.
Koci Cicerone oprowadził go wokół domu, co trwało sporą chwilę. Później zasiedli wspólnie i zgodnie, przyglądając się moim czynnościom przy antenie.
I miałbym pewnie tych kursantów aż do końca łącznie z regulacja telewizora w domu, gdyby nie pojawiła się ta sama, przepraszająca za psoty psa i kota dziewczynka z sąsiedztwa. Wzięła szczeniaka na ręce, a kot jak pies popędził za nią krok w krok.
Jak znam życie odwiedziny te z pewnością jeszcze nie raz się powtórzą.
Miałem rację, ponieważ już następnego dnia rano pojawił się rudy kot, układając mi koło samochodu mysz. Nie wiem czy żywą czy tylko podduszoną, wiem że powinienem się czuć wyróżniony.
I tak też się poczułem. Po godzinie myszy już nie było, stąd moje podejrzenie co do owego podduszenia. Nie przejąłem się wcale i zupełnie tą mysią absencją w miejscu składania kocich darów.
A żyj sobie, wiosna przecie.
Mamy tu na wsi swoje bocianie gniazda. a jedno z nich jest nawet całkiem niedaleko. Z gniazda rozciąga się pewnie rozkoszny widok na łąkę przed moim domem. Od kilku już dni nasz bocian pasie się na niej całymi godzinami, a od czasu do czasu towarzyszą mu w tym wypasie rybitwy.
Bocian podchodzi pod samą siatkę. Z tak bliskiej odległości nie dane mi było nigdy obserwować tych pięknych ptaków. Ale nie samym oglądaniem człowiek żyje.
Korzystając z pięknej pogody, wspólnie i w porozumieniu z Młodszym urządziłem sprzątanie i adaptację szopy narzędziowej. Po tym liftingu blaszak stał się budynkiem wielofunkcyjnym. Jest to połączenie garażu z warsztatem z zachowaniem pierwotnej funkcji szopy na narzędzia. Udało się chyba nieźle, bowiem już w sobotę Młody ze trzy razy wyprowadzał i wprowadzał do garażu swój motor.
- No to znowu zarobiłem, albo mówiąc precyzyjnie, nie wydałem – stwierdziłem ściągając na koniec roboty rękawice ochronne.
Fakt. Gdyby ktoś inny robił tę podłogę z drewna, to pewnie zdrowo by mnie stuknęło.
A tak wykorzystałem palety z odzysku, nieco tylko je modyfikując.
Stuknęło mnie tylko raz tego dnia, a to z powodu piecyka gazowego.
Stary PG-4 i PG-6 nie miał dla m,nie tajemnic, dawałem też rady z nowszym Junkersem
Ten jednak to dla mnie nowość, bowiem oprócz funkcji grzania wody kąpielowej ogrzewa cały dom, czyli jest podstawa CO.
Od pewnego czasu wyświetlał błąd elektroniki i wyłączał się. Wiedziałem gdzie się go resetuje to i resetowałem. Zaproszony fachowiec wymienił mi elektrody i zainkasował dwie i pół stówy. Swoim zwyczajem uważnie obserwowałem jego pracę. A ja mam dobrą pamięć, szczególnie do przypadków przewalania kwot za usługi.
Po pracowitej sobocie miałem leniwą niedzielę. Prowadzimy z Młodszym męskie gospodarstwo ponieważ żona przebywa w szpitalu, na planowanych zabiegach.
- A może by tak takie amerykańskie burgery – stwierdził syn oglądając „Kuchenne rewolucje”.
- A proszę Cię bardzo – powiedziałem.
W niedzielę podzieliliśmy się obowiązkami. Ja zmieliłem mięso, przygotowałem i upiekłem burgery. Młody zaś zajął się oprawą wizualną. Podpiekł bułki, włożył mięsiwo i ułożył jarzyny.
- Wyszło jak trzeba - powiedział, chwaląc naszą robotę. Sięgnął też zaraz po kolejnego „amerykana”.
Ja wytrwałem przy jednym. Jednak co zasady to zasady.
Chyba już sam będę mielił mięso. To na burgery wyszło jak trzeba. Do ostatniego spaghetti użyłem gotowej paczki mielonego i musiałem odlewać wytopiony z „mięsa” tłuszcz.
Kiedy talerze znikły ze stołu, Młody zdobył się na zwierzenie.
- Tu jest tak cicho, że można zwariować. Muszę stąd na chwilę wyjechać.
Był to chyba pierwszy tak jasno wyartykułowany komplement, związany ze zmianą miejsca zamieszkania.
Za chwilę też usłyszałem warkot oddalającego się motoru.
Zadzwoniłem do żony opowiadając o hamburgerach.
- Tak bym chciała już być w domu – podsumowała moją opowieść.
- Będziesz. Już w poniedziałek po południu. Może nawet jednego takiego amerykańca uda się dla Ciebie uratować.
A żeby nie było mi tak błogo i słodko, w poniedziałek w pracy od samego rana awaria.
Gdzieś tan odeszły wspomnienia o bocianach, kotach i amerykańskich burgerach.




11 kwietnia 2013

Symptomy końca

Nie myślcie, że odpuściłem sobie koniec świata. Miliard lat w tą miliard w tamtą nie ważne, ja rozglądam się uważnie i zauważam pierwsze symptomy. 
Wędrowny mędrzec w Konopielce mówił - że idą czasy ostateczne, w których to  między innymi - chłop z chłopem spał będzie, a baba z babą.
No i proszę. Aktualnie przez politykę i media przelewa się fala dyskusji na ten temat.   
i inne, widoczne w mediach znaki. Oto czytam że :
Spółka Central European Distribution Corp chcąc ograniczyć swoje zadłużenie złożyła wniosek o upadłość. CEDC produkuje takie marki jak BOLS, Żubrówka, Absolwent, Soplica i Parliament, jest liderem na rynkach rosyjskim, węgierskim i polskim. Firma ma jednak problemy finansowe, a jej prezes jakiś czas temu złożył rezygnację.
Firm produkująca gorzałę i to dla Europy środkowej i wschodniej bankrutuje, czyż to nie jest koniec świata?
Jest bo wiadomość jest z gatunku nie do uwierzenia. Bądźmy jednak szczerzy, ja również nie wspomagam tej branży. Jakiś czas temu złożyłem deklarację wypowiedzenia sympatii i jak na razie słowa dotrzymuję.
Co jakiś czas wykupuję udziały w branży winnej, a latem w piwnej.
Przy okazji wyszło na jaw, że nie ma już bezpiecznych branż.
Przed wojną branżą godną zaufania była kolej. Taki kolejarz sprawdzał zegarek na podstawie przyjeżdżających pociągów i wzbudzał zazdrość posiadaniem służbowego zegarka i rozwiniętej jak na tamte czasy opieki socjalnej.
Po wojnie mit zawodu kolejarza trwał, chociaż imperialiści podrzucali gawiedzi dowcipy i powiedzenia w stylu - Matka porządna ojciec porządny a syn kolejarz.
I do czego to doprowadziło? Nie lokomotywy a związkowcy gwiżdżą, stojąc na torach.
Potem lekarz, prawnik i ksiądz. To były pewniaki, ale i na nich zaczęły się w wolnej już Polsce nagonki.
Tylko wódka wydawała się nieśmiertelna. Te szklane butelki w których trzymano wódkę aby rozpijać pańszczyźnianego chłopa. Potem upijano tego uwłaszczonego i tego z sojuszu z robotnikiem. Obyczaj picia wydawał się trwać niezmiennie, bez względu na to jaki ustrój w naszym kraju aktualnie panuje.
A może zjadły ich koszty produkcji?
Mój były już sąsiad, nie miał swojego gabinetu z sekretarką, bo sam planował ilość, sam kupował cukier i drożdże a na koniec sam stał przy destylatorze. Jak już kogoś musiał bzyknąć to bzykał nie sekretarkę a własną żonę, która przy okazji prowadziła mu małe biuro, między krojeniem makaronu a obieraniem ziemniaków. Koszty własne miał więc chyba dość niskie.
Kiedy nalewał mi drinka, robił to w proporcji 3:1. Trzy jednostki wódki i jedna jednostka pepsi. Na pytanie - dlaczego te drinki są takie mocne? Niezmienne odpowiadał - Daj spokój pepsi taka droga.
I tutaj wyliczenie: droga pepsi to jakieś 4,80 za dwa litry, czyli 2,40 za litr, lub jak kto woli 1,20 za pół litra.
Ile w takim razie musi kosztować go tradycyjne pół basa, że tak zdecydowanie narzeka na cenę popitki?
Być może zysk trzeba robić ilością sprzedaży czyli masą, a faceci nie chcą tą masa być. Bo masa kojarzy się źle i najczęściej jest ciemna.
Umiera więc ten tradycyjny męski świat jakim pamiętali go nasi ojcowie.
Faceci nie palą, nie piją, a co najgorsze powszechnie depilują klaty. Coraz częściej chcą aby to kobieta w łóżku była na górze i przejawiała inicjatywę. Mówiąc prostymi, żołnierskimi słowami – faceci lubią być dymani. Coraz częściej pichcą w kuchni, bijąc na głowę kobiety. Oczywiście nie w codziennym gotowaniu, bo to pańszczyzna a nie maestria. Oni specjalizują się w perfekcyjnych, romantycznych kolacjach na gorąco. Na potrzebę tej zmiany wymyślono nawet określenie mężczyzna gastroseksulany. I nie chodzi tu bynajmniej o faceta z problemami z układem trawiennym, ale takiego, który przygotowanymi w winnym sosie krewetkami doprowadza kobietę do drżenia.
W pewien sposób konweniuje to z innym jeszcze określeniem ostatnich lat – mężczyzna metroseksualny i nie chodzi tu bynajmniej o faceta który lubi seks w metrze.

09 kwietnia 2013

Nowe znaczenie starego słowa

Pewien Argentyńczyk kupił na targu w Buenos Aires dwa pudle odmiany toy. Zapłacił za nie równowartość ok. 1000 złotych. Następnego dnia, udał się ze swoimi nowymi pupilami do weterynarza, aby je zaszczepił i przeprowadził rutynowe badania.
Lekarz weterynarii powiedział mu, że jego pudle to tak naprawdę duże, białe fretki. Na sterydach. Według niego, zwierzętom od dziecka podawano sterydy, aby urosły do odpowiednich rozmiarów. Następnie przystrzyżono je tak, aby przypominały pudla.
Trudno w to uwierzyć, ale ten przekręt się udał.
Używając zapomnianą już trochę terminologii fretki zostały podpicowane.
Teraz picuje się namiętnie wszystko i wszędzie. Właśnie wybuchła afera o odświeżanie przeterminowanych wędlin. Po odpowiednich zabiegach dostawały swoje drugie życie.
Klient to frajer i wszystko kupi uważają wszelkiej maści biznesmeni oszukując nas na potęgę.
Politycy picują rzeczywistość naginając realia w tę lub w tamtą stronę.
Picowanie w ekonomii nazywa się nawet księgowością kreatywną.
Rozmawiałem wczoraj z gościem z komisu samochodowego. Przymierzam się bowiem do wymiany samochodu na nowszy model. Jedyne moje oczekiwanie co do modelu jest takie by w bagażniku zmieścił się wózek żony.
Człowiek służbowo znajomy zgodził się pomóc w tej zamianie.
- Posiadam samochody sprowadzane z Niemiec. Nie z jakichś tureckich - jak to nazwał - komisów. Powypadkowe, ale w stopniu nieznacznym. Wszystkie przyjechały tu na własnych kołach.
Potem było coś o cofaniu liczników a kiedy człowiek dowiedział się ile kilometrów przejechało moje auto stwierdził:
- Za taką cenę kupi Pan samochód z podobnym przebiegiem tylko młodszy rocznikowo.
Potem trzeba przy nim coś niecoś zrobić i tu nasuwa się pytanie, czy warto ponosić takie koszty?
150.000 tysięcy na obecne silniki to tylko właściwe dotarcie. Serwisować i jeździć póki się da.
Dziwne, to samo mówił mi mój mechanik. Mam potwierdzenie i chociaż męska fantazja chciałaby zmian, postawię na serwis i wymianę amortyzatorów z przodu. Przy okazji dowiedziałem się o kilku innych sztuczkach picerów
Kiedy tak słuchałem tego opowiadania i kiedy układało mi się ono w głowie już po wyjściu klienta przypomniało mi się hasło z całkiem innej branży. Któraś z celebrytek, ale z pewnością nie ta która reklamuje krem na sprężystość biustu, powiedziała – dzięki ci boże za push up.
Kobieto, wyobraź sobie, że na swój biust poderwałaś na imprezie fajnego faceta i potem idziesz z nim do łóżka a tu szok. Koleś jest zaskoczony bo widzi co zupełnie co innego niż wcześniej. Jak się wtedy czujesz? Czy to nie jest oszustwo?
Co same kobiety mówią na ten temat na internetowych forach ?
  • Niektórzy twierdzą, że w ten sposób kobieta oszukuje partnera... Myślę, że mają rację. Ale ja i tak bym z nich nie zrezygnowała.
  • Nie nazwałabym noszenia takich staników "oszukiwaniem facetów". Po prostu kobieta chce wyglądać bardziej atrakcyjnie. Oszukiwaniem byłoby wypychanie stanika, albo sylikon. A z niewinnym push-upkiem to tak samo jak z makijażem- poprawia wygląd i podkreśla kobiecość.
  • Oczywiście, że uważam to za okłamywanie partnera... Facetów jest bardzo łatwo złapać "na biust"
Do tego pojawiły się push upy do modelowania pośladków. Jak dołożyć do tego pas modelujący talię i makijaż uzasadnionym wydaje się stwierdzenie nawiązujące do samochodów
- Gdyby sprzedawcy samochodów robili z nimi to co kobiety robią ze sobą, wszyscy oni siedzieli by już dawno w więzieniu.
Z drugiej strony my faceci wzrokowcy pozwalamy się tak oszukiwać i wodzić za nos. Powiem więcej że to nam się podoba.
Wobec inwazji wszelkiego rodzaju materiałów do nazwijmy to tuningu, jestem za zakupem dopiero po obejrzeniu towaru bez opakowania.
Tu jednak nie zgodzi się z pewnością mój stary ksiądz katecheta.
Spytam go, bo być może to nie Panu Bogu trzeba by dziękować za wynalazek Pana Push Upa.

08 kwietnia 2013

To jest Ameryka, to słynne U.S.A

Podniecamy się po raz kolejny. Okazało się bowiem, że dwóch kongresmenów zgłosiło ponadpartyjną inicjatywę rozszerzenia programu ruchu bezwizowego między innymi dla Polski, argumentując, że wzrost turystyki przyczyni się do tworzenia nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego w USA.
Zaciskamy kciuki i jak to my, już uważamy sprawę za załatwioną.
Po jakimś czasie będziemy wypominać niewdzięczność Amerykanów, bo przecież:
My – naród, Za wolność naszą i Waszą. Kościuszko Pułaski do tego Solidarność Walesa i oczywiście JPII. To wszystko od nas dla świata, a świat co? Ci niewdzięczni Amerykanie nie potrafią nagiąć dla nas przepisów. Zaraz tam przepisów, jednego głupiego paragrafu.
Taki Obama obiecywał i nie zrobił, dokładnie jak Bush czy Clinton.  W tym akurat amerykańscy prezydenci są konsekwentni ponadpartyjnie. Mogą sobie gadać co chcą, przecież od nich to nie zależy.
Najczęściej z powodu wyborów i wyborców, jakiś kongresmen zgłasza projekt poprawki i już delegacja z Polski wiezie mu szablę, z którą  oczywiście on się ochoczo fotografuje. A potem to samo, zawód.
Przecież cała Unia jeździ bez wiz, a nas prześladują. Węszymy w tym spisek masonów i kilku tradycyjnych grup narodowościowych. Gotowi jesteśmy mieć żal nawet do rowerzystów.
Nikomu zaś nie przyjdzie nawet do głowy, że to co się dzieje wynika ze zwykłego poszanowania prawa. Na użytek imigrantów z całego świata przygotowano zasady, które należy respektować. Wprowadzono procentowy próg odmów i jeżeli znajdziemy się poniżej takiego progu to wizy zniosą nam automatycznie.
Dziwne to, bo u nas w prawie zawsze jakaś furtka się znajdzie.
A gdyby tak w poczuciu jedności narodowej, w jednym tylko roku nie składać wniosków o wizy do USA? Szczególnie, gdyby odpuścili to sobie Ci którzy po kilka odmów mają już na koncie.
To najprostszy ze sposobów załatwienia tej sprawy na „legalu” jak to mówią młodzi i naszymi własnymi rękami.
Tylko czy jest w nas takie poczucie narodowej wspólnoty?
My Polacy wolimy narzekać, że wielkie mocarstwo wypina na nas tyłek, bo znowu nic. My do koszyka poświeceń dorzucamy Irak i Afganistan.
Ale to już jest polityka, a ja chciałem tylko o naszym narodowym charakterze i skłonności do narzekania

05 kwietnia 2013

Wyliczenia grubym ołówkiem

- Proszę mi to wyliczyć grubym ołówkiem – mówię do fachowca i chodzi mi kalkulacje wstępne i orientacyjne. Ot po prostu o rząd wielkości. Nie wiem czy przygotować setki, czy tysiące złotych. Wiadomo, że życie samo skoryguje i doprecyzuje kwoty, które fachowiec wyliczy z pomocą kalkulatora w telefonie.
Okazuje się, że nie jest to chyba tylko moje ulubione powiedzenie. Pytanie jest jedno - jak bardzo grubego ołówka używają Ci inni.
Jestem zszokowany. Okazało się bowiem, że wszechświat jest nieco starszy – powstał dokładnie 13,8 mld lat temu a nie, jak dotychczas podawano, 13,7 mld lat temu.
Być może spóźniona tegoroczna wiosna to sprawka tego błędu w wyliczeniach.
Już zastanawiam się, czy zmieni to coś w moim dotychczasowym życiu?
Na pewno zmieni to odczucia ekonomistów. Jeszcze bardziej będą zazdrościć astronomom.
Kosmiczne gdybania na temat rynków finansowych i rozwoju ekonomicznego są do zweryfikowania po kilku latach, a z pewnością w czasie trwania aktywności zawodowej jednego pokolenia. Tak ekonomista to zwód wysokiego ryzyka. Ryzyka pomyłki w którym uczestniczą sporo ryzykując również członkowie kapituły nagrody Nobla, honorując koncepcje i badania naukowe w tej dziedzinie. Z moich obserwacji wynika że najwięcej ryzykują ci którzy zatrudniają i nagradzają takich wizjonerów.
Każda zaś teoria astronoma podbudowana jest milionami lub miliardami lat.
Kłócić można się do woli, czy coś tam wybuchło, czy była to boska cząstka. Nie do sprawdzenia.
Ale jeżeli był Wielki Wybuch na dzień dobry, to na do widzenia czeka nas Wielkie Rozdarcie.
Tak po prostu to: rosnąca gęstość ciemnej energii zacznie przeważać nad innymi siłami w kosmosie i rozrywać znajdujące się we wszechświecie obiekty. Najpierw zniknie przyciąganie w galaktykach i rozpadną się one na pojedyncze gwiazdy i planety. Kosmos stanie się śmietniskiem pełnym chaotycznie poruszających się obiektów, aż w końcu i przyciąganie atomowe budujących je cząsteczek zaniknie. Wtedy one eksplodują, a wszystkie atomy rozpadną się.
Nim popędzicie do spowiedzi z całego życia aby godnie się na to przygotować, chcę Was uspokoić.
Prof. Robert Caldwell szacuje, że ta katastrofa zdarzy się za 20-22 mld lat. Jednak w ubiegłym roku chińscy uczeni, obliczyli, że może to być już za 16 miliardów lat. I nic nie będziemy mogli na to poradzić.
Spór o to kto ma rację nie zostanie niestety rozstrzygnięty.
Chińczycy postawili na szybki rozwój gospodarczy, co widać choćby po zanieczyszczeniu środowiska naturalnego w tym kraju. Rozwijają konsumpcję, nie dbając zupełnie o środowisko.... Czyżby mieli jakieś bliższe informacje? Być może to nastąpi już za 10 miliardów lat?
Przy czym jakby co, to ostrzegałem.

03 kwietnia 2013

By każdy tekst był o czymś, bo tak wiele jest o niczym

No właśnie. Podnoszą się głosy, że blogi pisane są dla znajomych. Tworzą oni z autorem sieć blogowych znajomych. To takie towarzystwo wzajemnej adoracji, gdzie członkowie piją sobie z dzióbków. Tematy są błahe a problemy wymyślone.
Wzorem niezapomnianego Wiesława Dymnego chcą chyba powiedzieć - dość już tego memłania (na blogach). Koniec o swojskich makatkach, pieczeniu chleba i zdrowiu teściowej.
Teksty powinny być zaangażowane. Istotne w walce o pokój, albo sprawiedliwość społeczną.
Chyba zaczyna nam brakować określeń z poprzedniej epoki.
Bez memłania? Proszę bardzo.


Polska B. Niektórzy chcą krzyczeć, że zapóźnienie i oddalenie od władzy.
Przepraszam mieszkańców ściany wschodniej, ale ja tak nie uważam. W dobie wszechwładnego internetu nie ma już miejsc zapomnianych i prowincjonalnych.
Czytając wiadomości można dojść do wniosku, że bywa tam czasem ciekawiej niż w wielkim mieście.
Przykład? Proszę bardzo.
Do szkoły w Skomacku Wielkim (woj warmińsko-mazurskie) chodzi tylko 8 dzieci – pięcioro do zerówki, jedno do klasy pierwszej i dwoje do drugiej. Natomiast zatrudnionych jest w niej aż 9 nauczycieli.
Czy widział ktoś taką szkołę w Krakowie czy Warszawie gdzie na każdego ucznia przypada 1,1 nauczyciela?
Jak z tym żyć ?

* * *

Fragment z internetu:
Jeśli chcecie wkurzyć sąsiadów, to w soundbarze (cokolwiek to znaczy) LG i tu długi numer ustawcie basy na maksimum. Przy okazji skazujecie się jednak również na gniew innych domowników.
No tak. Z dalszej treści wynika, że jest to zestaw mogący zastąpić tradycyjne kina domowe 5.1
Mój sąsiad z góry uwielbiał kino domowe, nie uznawał natomiast wykładzin i dywanów.
Kiedy włączał kino akcji z efektami audio sound woofer podskakiwał na panelach niczym irlandzki tancerz. Wywoływał tym u mnie na dole przygnębiające wrażenie, że zaraz cały sufit runie, grzebiąc mnie pod jego resztkami.
Na sąsiada kinomana nie było silnych, a policja nie reagowała, być może z powodu kłopotów z właściwym zapisem słowa sound woofer w raporcie.
Tak czy inaczej z radością przyjąłem informację o nowej pracy sąsiada. Bywał w domu rzadziej a po powrocie słychać było raczej pracujące sprężyny materaca niż opróżniany magazynek pistoletu Stevena Seagala.
Ten ostatni dźwięk jak zgodny z naturalnym zachowaniem człowieka nie przeszkadzał mi zwłaszcza, że sąsiadka przyjmowała kolejne orgazmy w ciszy i spokoju.
Z rozrzewnieniem wspominałem też rozmowę z sąsiadem z dołu któremu przeszkadzały moje kąpiele po dwudziestej trzeciej.
Dzięki Bogu nie miałem wielu imprezujących sąsiadów.
A przecież mogliby w myśl piosenki Oddziału Zamkniętego (potem popularyzował ja Liroy).
Zróbmy więc prywatkę, jakiej nie przeżył nikt,
Niech sąsiedzi walą, walą, walą,walą do drzwi.
Sztuczne ognie niech się palą, palą, palą, a Ty
Tańcz i wino pij, niech cały wiruje świat,
Tańcz i wino pij, niech cały wiruje świat.
A przecież kiedyś było inaczej. Czy razem z PRL- em odeszło do lamusa liczenie się z sąsiadem?
Bo przecież i my kiedyś będziemy mieli gorszy dzień i przyda nam się spokój dla skołatanej duszy?
Powyższe działanie nie różni się niczym od wystawiania śmieci na klatkę schodową. Bo przecież my home is my castle. A za drzwiami i murami to już mi wszystko jedno.
To trochę prymitywne, nie?
Z pewnością nie dla targającego 200 watowy wzmacniacz sąsiada z trzeciego piętra.
Przecież to dźwięk 5.1 jak można tego nie lubić?

* * *

Daniel Olbrychski twarzą Biedronki. Pamiętam jeszcze jego debiut reklamowy z lodami. W duecie z Marylą Rodowicz reklamował wyroby pewnego polskiego producenta.
Jakby odpierając zarzuty malkontentów, Daniel Olbrychski stwierdził, że po to wiele lat pracował na swoje nazwisko by teraz mógł z tego skorzystać. Zgadzam się z nim. Staramy się żyć w dobrobycie, ale tego samego zabraniamy jednak innym. Chcielibyśmy by popularny aktor występował tylko w ambitnych produkcjach, krzywiąc się na udział w telenowelach.
Tylko tych ambitnych filmów nikt nie kręci, albo kręcone są niezwykle rzadko. Rachunek za gaz czy owies dla konia trzeba płacić regularnie.
Tak więc poeta ma klepać biedę by być wiernym własnym wierszom, a aktor odgrywanej postaci.
Mieszkaniec gór powinien żyć ekologicznie, wyrabiając samemu ser i masło. Krzywimy się na jego zakupy w dyskoncie. W koszyku bowiem chleb z sieciowej piekarni i margaryna do smarowania pieczywa. Przecież powinien sam zasiać, zebrać, zemleć, zagnieść i upiec. Każmy mu jeszcze pleść kapcie z łyka, byśmy mogli w ramach dwóch tygodni urlopu rozkoszować się dzika prostotą, po której oczywiście wrócimy, do lunchów brunchów i klimatyzacji.
Nie mam pretensji do Daniela Olbrychskiego o występ w reklamie. Nie zniszczył tym swojego wizerunku mocnego faceta. W moich oczach nadgryzł ten wizerunek fotografując się dla jakiegoś kolorowego magazynu ze swoim psem rasy …. york, ale prawa do posiadania takiego właśnie psa też mu nie odmawiam.
I jeszcze jedna rzecz w tym temacie.
Stowarzyszenie przeciwko wykorzystywaniu przez Biedronkę pisze w liście do aktora:
"Chcielibyśmy nadal kojarzyć Pana raczej jako Kmicica z 'Potopu' i Karola Borowieckiego z 'Ziemi obiecanej' niż jako Starszego Pana Lubiącego Polskie Jedzenie z Biedronki". To może nie najlepszy przykład. Jeżeli ktoś nie czytał książki, ale karnie obejrzał „Ziemię Obiecaną” do samego końca ten wie, że her Borowiecki nie wahał się wysłać zbrojnych przeciwko robotnikom swojej fabryki.
Ale to tylko tak przy okazji.

02 kwietnia 2013

Tydzień zaczyna się od wtorku



Było minęło. W zasadzie przygotowania były dłuższe od świętowania.
Zimowa pogoda i dodatkowo przenikliwy wiatr pokrzyżowały plany spacerowe. Nie wspominałem nawet o jakimś zwariowanym pomyśle w stylu - skoczmy do Szczawnicy.
Kiedy dzisiaj parzyłem poranną służbową kawę, poczułem, że wróciłem do cywilizacji.
Po północy Cyfrowy Polsat przywrócił mi w domu łączność internetową.
Młody tak zagłębił się w zasobach sieci, że wyżarł wszystko. Z początkiem świąt pojawił się komunikat informujący, że korzystać można ale tylko ze strony www dostawcy.
Nie chciałem patrzeć na smętne zero w pozycji dostępny internet i nie przypadł mi do gustu żaden film z ichniejszego VOD. Nie korzystałem więc z laptopa wcale.
Nie nastąpiło jakieś tam radykalne zwolnienie z możliwością przejrzenia poczty, tylko klasyczna blokada. Akurat w czasie wolnym planowałem sobie dokonać płatności i wysłać PIT-y. Nie zrobiłem tego jednak z powyższych powodów. Pretensje mogę kierować wyłącznie do Młodego,
bo zasady i limity są wyraźnie określone.
Tylko jak tu zarzucić mu, że za dużo korzystał z sieci?
Jak to za dużo? Z internetu?
I czy w ogóle te dwa słowa mogą funkcjonować obok siebie?
Za dużo i internet.
Śmieszne.
Dopiero dzisiaj, z samego rana wysłałem odczyt licznika gazu. Jak zawsze na koniec miesiąca.
Dzisiaj też poczytałem zaległe komentarze i zaproszenia z których już, nie dane jest mi skorzystać.
W zasadzie i bez internetu nie cierpiałem na nudę, wręcz odwrotnie zapychałem jak mały samochodzik. Aby odciążyć odrobinę żonę rozkładałem i składałem świąteczny stół a potem zapychałem i rozkładałem zmywarkę.
W misternie zaplanowany scenariusz świąt wkradł się fałszywy ton. Wielkanocne śniadanie odbyło się bez teściowej. Najpierw zamówiła sobie fryzurę u kichającej i kaszlącej fryzjerki,
Ta w gratisie podarowała jej dorodne bakterie grypy.
Żeby bakterie miały dogodne warunki, teściowa wybrała się zgodnie z krakowskim obyczajem na obchód kościołów. Wizytuje się groby, a potem je ocenia. Coś się dzieje.
Nikt nie potrafi jej jednak wytłumaczyć, że jeżeli tylko kilku lat brakuje do osiemdziesiątki ,nie jest koniecznym praktykowanie zwyczaju z lat młodości. Zwłaszcza w taka pogodę.
Kaszel, katar i temperatura.
Nie przeszkadzało jej to oczywiście na uczestnictwo w rezurekcji. Co prawda zarzekała się, że w procesji już nie brała uczestnictwa, ale znając ją...
Na śniadanie już jednak nie dojechała i święta  odbyły się tylko w towarzystwie dzieci.
W pierwszy dzień z synową jako nowym i mam nadzieję stałym gościem. W drugi dzień z dziewczyną młodszego.
W niedzielę w trakcie śniadania puściłem nieco wodze fantazji, ale już następnego dnia poprzestałem na lekkim posiłku.
Kiedy dzisiaj rano stanąłem na wadze z uśmiechem zauważyłem, że niewiele jest do odrabiana.
A poza tym nie ma o czym mówić.
Zamrożona wędlina i inne dobra, z pewnością obsłużą jeszcze długi majowy weekend.