16 czerwca 2026

Do kogo należy świat ?

Świat należy do tych, którzy go biorą.
Autorem tych słów jest główny bohater powieści, Stanisław Wokulski.
Wypowiada je w myślach obserwując swojego dawnego subiekta, Szlangbauma, który przejmuje po nim interesy i zaczyna radzić sobie w handlu.
Ileż więc mają ze świata Ci którzy zbyt długo zastanawiają się, barć czy może raczej nie?
Z okazji 40 rocznicy naszego ślubu, dzieci ufundowały jako prezent, voucher na podróż do naszych francuskich przyjaciół. W tym roku wypada nam 45-lecie związku. Z prostego wyliczenia wynika, że było to pięć lat temu. Tak długo zastanawiałem się nad tym wyjazdem. W tak zwanym międzyczasie, żona uruchomiała Młodszego Syna, aby wziął sprawy w swoje ręce i wziął. Zajął się biletami lotniczymi i wynajęciem samochodu na lotnisku. Postanowił też,  że wraz  z żoną i córką polecą razem z nami. Po części do pomocy,  po części z sentymentu do ludzi i miejsca. Pierwszy raz Młody był  we Francji w wieku 2 lat.
Osaczony ze wszystkich stron, nie miałem wyjścia. Spakowałem swój spokojnie bagaż i wylecieliśmy.
Mój Francuski "Brat" zadowolony z tej mojej decyzji, zaczął organizować atrakcje w tym tę najważniejszą, czyli motocyklowy wypad w Pireneje. Ten pomysł ma już wiele lat. Kiedyś Eric powiedział, że jego marzeniem jest taki wypad. Mnie on wydawał się on nieprawdopodobny. Po pierwsze nie miałem prawa jazdy na motocykle.
Potem jednak zrobiłem takie prawo jazdy czyli kategorii A. Kupiłem pierwszy, a potem następny po nim motocykl, ale nie podejrzewałem nawet, że mógłbym jeździć we Francji. Teraz było to na wyciągnięcie ręki.
Aby podbudować mnie jako faceta, Eric przesłał mi zdjęcie parawanu - suszarki na ręczniki, którą wykonałem osobiście  w czasie pierwszego pobytu.



 Pod zdjęciem umieścił wpis, że oto zrobiony 15-20 lat temu parawan świetnie się trzyma i jest super.
Zaraz też odpisałem mu, że zrobiłem to w czasie pierwszej wizyty u nich, czyli w 1992 roku. Z prostego wyliczenia wynika, że właśnie mija 34 lata od tego wydarzenia. To rzeczywiście świadczy o tym,  że mój produkt jest solidny.
Odpowiedział tylko - Boże jak ten czas leci.
Rzeczywiście leci, tu musiałem się z nim zgodzić.
Nadszedł więc i ten dzień kiedy,  z pomocą własnego dziecka ruszyliśmy na podbój  Kraju Gallów.
Tu tylko nadmienię, że musieliśmy skorzystać z tak zwanej eskorty, aby żona mogła wsiąść do samolotu. Jest to specjalny samochód z podnośnikiem i mały wózek który mieści się między lotniczymi fotelami. Wejście odbywa się przez wyjście awaryjne, umieszczone zaraz przy ogonie samolotu.  
Zasada jest taka, że żona wsiada pierwsza, a wysiada ostatnia. Ja towarzyszę jej w tej podróży wchodząc tym samym sposobem z wyłączeniem wózka oczywiście. Ten leci w luku bagażowym.
Dwie godziny lotu i meldujemy się na lotnisku w Tuluzie. Boże jak szybko.
Pamiętam gdy kiedyś jechałem samochodem, potrzebowałem do tego prawie 29 godzin spędzonych w samochodzie i 3 Red Bulli, czyli energetyków, które trzymały mnie w jako takiej formie. 
Jeszcze tylko trzy kwadranse wypożyczonym samochodem i już mogliśmy paść  sobie w ramiona z naszymi Francuzami.
Jeden dzień aklimatyzacji i zaplanowana wycieczka. 
Eryk wraz ze swoim synem jechali na swoich własnych motocyklach,  ja z moim synem na pojazdach z wypożyczalni. Tu mieliśmy trochę problemów, zwłaszcza ze mną, ze względu na wymiary. Mam krótkie nogi i trzeba było trochę trudu, by wyszukać pojazd na którym siedząc dotykam stopami do podłoża.
Udało się znaleźć taki motocykl i  był to Royal Enfield  Super Meteor 650.


Syn dosiadł zaś rasowej Hondy Transalp.

Mój motocykl to produkt indyjski, ale o ciekawej historii.
Royal Enfield to brytyjska marka motocykli produkowanych przez założone w 1893 roku przedsiębiorstwo Enfield Cycle Company w Reddith  w hrabstwie   Worcestershire w Anglii.
W 1956 roku pod firmą Enfield w Indiach zaczęto składanie motocykli z wyprodukowanych w Wielkiej Brytanii komponentów, a w 1995 r. indyjskie przedsiębiorstwo  Royal Enfield Motors  nabyło prawa do posługiwania się znakiem Royal Enfield.  Te motocykle są obecnie najstarszą na świecie marką nieprzerwanie wytwarzaną, wraz z najdłużej w historii wytwarzanym sztandarowym modelem Bullet. Jego nazwa jest związana z historycznym mottem z 1893 r.: „Made like a gun, goes like a bullet.
Czyli mniej więcej : zrobione jak pistolet, gnają jak kula.


System odbioru i zwrotu motocykli był całkowicie zautomatyzowany i dobrze, że był z nami mój syn, który pomimo tego, że aplikacja była po francusku, ogarnął temat.  Po dokonaniu setki różnych czynności, wyjechaliśmy w końcu  z podziemnego garażu na ulice Tuluzy.  Z początku niepewnie jak to na nowym motocyklu bywa, potem coraz  bardziej swobodnie. Najpierw na autostradzie, gdzie przyszło pędzić 130 km/h, a zaraz potem bocznymi drogami, pełnymi zakrętów nierzadko sięgających 360 stopni i ze względu na teren wyprofilowanych jak się dało czyli nie zawsze zgodnie z regułami pochylenia zakrętu. Mała nieostrożność w takim zakręcie mogła skończyć się glebą. 
Daleko od autostrad toczyło się życie prowincjonalne. Spokojne i pełne życzliwości. Mijaliśmy małe miasteczka, gdzie jechaliśmy uliczkami które ledwo pozwalały na minięcie się dwóch motocykli. Samochody by tego nie dały rady zrobić. 
No i oczywiście kawa na małej prowincjonalnej stacji benzynowej, gdzie właściciel interesu okazał się bardzo wylewny. Stanął przy nas i długo coś opowiadał, gestykulując i spoglądając od czasu do czasu i na mnie. Nie zdradziłem tego, że nie rozumiem o czym mówi, uśmiechając się wtedy kiedy trzeba gdyż  z uwagą obserwowałem mojego brata.
Droga stawał się coraz węższa, a dodatkowo brak było miejsca do zatrzymania się na poboczu. Znaki drogowe zresztą tego surowo zabraniały. Potem skończył się zasięg Internetu i sygnał  telefoniczny.
GPS pokazywał jakąś małą niteczkę drogi pośród bezkresu zieleni. Tak tez było w realu. 
Po dłuższym czasie  pokonywania zakrętów w tę i w tamtą stronę, dotarliśmy do przełęczy 


Przełęcz Col de la Core to podjazd o długości 14.2 kilometrów. To jest podjazd kategorii 1. Znajduje się w Les Bordes-sur-Lez, Midi-Pyrénées, Francja. Średni nachylenie tego podjazdu wynosi 5.7% z maksymalnym nachyleniem 7.5%. Col de la Core wznosi się z 575 metrów na początku do 1.395 metrów na szczycie, z całkowitym wzniesieniem 820 metrów.


Jednak zameldowałem się na tej przełęczy.



 


A potem podobnie w dół i wcale nie łatwiej.




Na końcu powrót autostradą, mycie i tankowanie pojazdów. Potem zwrot na ten sam parking w mieście, oczywiście bez pośrednictwa kogokolwiek z firmy. Wykonaliśmy ze 100 różnych poleceń i znów mój Syn okazał się w tej sprawie bezkonkurencyjny  


Przez malutką ludzką próżność pozwolę sobie na koniec zamieścić zdjęcie w pozie, którą nazwałem  Antoni zwycięzca.


Ten dzień,  po przejechaniu jakichś 300 kilometrów jeszcze się dla nas nie skończył.  Zakończyła go uroczysta kolacja z okazji 70 tych urodzin mojego francuskiego brata.  To taki mały falstart, bo urodziny ma w sierpniu, no ale kto nam zabroni?



1 komentarz: