17 marca 2014

Apetyt rośnie w miarę jedzenia czyli o weekendowym zawodzie.

Tym razem nie idzie mi o żadne odchudzanie czy wiosenne problemy z wagą. Chodzi mi o pokarm dla duszy czyli o kontakt ze sztuką. Już Lenin powiedział, że film jest królową sztuk, a więc na to przebywanie w kręgu wyższych sfer postawiłem w ten weekend.
Staram się umiejętnie dobierać oglądane pozycje filmowe, niestety popełniam wciąż ten sam błąd, sugerując się nazwiskiem reżysera lub grających w filmie aktorów.
Coraz częściej jest jednak tak, że jedni i drudzy biorą się za sztukę filmową tylko po to by jak to się mówi zarobić na benzynę do samochodu.
Jeżeli w tej sprawie jest takie komercyjne porozumienie to pół biedy, gorzej gdy jedna ze stron poważnie podchodzi do tematu i firmuje swoim nazwiskiem jakieś przedsięwzięcie, które rodzi w bólu strasznego knota. Za każdym jednak razem cierpi na tym końcowy odbiorca czyli widz.
Ileż to raz oglądałem już Anioła w Krakowie i Zakochanego Anioła? Obydwa dzieła w reżyserii Artura Więcka, według scenariusza duetu Więcek – Bereś. Jak dorzucić do tego duetu inny Trela – Globisz, można być pewnym wysokiego artystycznego poziomu.
Ileż to razy na łamach tego bloga cytowałem co ciekawsze fragmenty dialogów i do oglądania całości zachęcałem?
Ileż więc nadziei rodziło się we mnie, że oto w tym samym składzie reżysersko aktorskim powstaje nowy film – Wszystkie kobiety Mateusza.
Ze względów technicznych i organizacyjnych, mamy pewien problem ze wspólnym wychodzeniem do kina, a moja lojalność wobec małżonki nie pozwala mi na samotne wyjścia. Nadzieja i ochota na „Wszystkie kobiety Mateusza” rosła od czasu gdy film zagościł na ekranach.
Razem z nim pojawiły się recenzje do filmu, niestety nie najlepsze, ale zakochany potrafi sobie wszystko po swojemu wytłumaczyć.
„Anioł..” też jednym podobał się innym nie, bo jest choćby bardzo krakowski.
To pewnie zwykłe, złe ludzkie języki są – myślałem.
Globisz, Trela i Teresa Budzisz Krzyżanowska, w końcu Romantowska i Seniuk nie mogą firmować czegoś miałkiego i nieistotnego.
W końcu wypatrzyłem go w ofercie płatnej wypożyczalni mojej platformy.
Korzystając z dobrodziejstwa VOD wypożyczyłem i w niedzielne popołudnie zasiadłem wraz z żoną, przed ekranem TV.
Herbatka ciasto i niech się dzieje.
Z miejsca ujęły mnie klimaty starego Cieszyna i muzyka Leszka Możdżera.
Tytułowy Mateusz Kłos, grany przez Krzysztofa Globisza, jest artystą, hulaką i wielbicielem płci pięknej. Po swojej śmierci odwiedza w snach wszystkie kobiety, z którymi miał romans, co niepokoi ich mężów.
Cieszyn, Możdżer i ….. niestety nic dalej.
Po pól godziny czułem się znudzony i zacząłem sprawdzać czas na monitorze, potem wziąłem do ręki telefon i zacząłem go ustawiać by zabić czas. Poza tym wydawało mi się, że aktorom będzie głupio gdy będę patrzył na ich wysiłek, próżny wysiłek. Tylko Jezus potrafił uczynić cud zamieniając wodę w wino. Tu woda pozostała wodą. Lała się cienką strużką, sennie i monotonnie. Realizatorzy filmu czynili zaś wszystko by przy każdej okazji zwolnić akcje już i tak ledwo snującego się filmu.
Jakiś taki brak spójności, czytelności i niektóre sceny, powiedzmy wprost na żenującym poziomie.
Nie poradził sobie Pan Więcek tym razem. Mogę stwierdzić, że nawet gdzieś się zagubił.
Kiedy pojawiły się końcowe napisy, powiedziałem do żony – tak to wygląda gdy ma się pomysł na pól godziny filmu a całość rozciąga się do półtorej godziny.
Przyznała mi rację.
Poczułem tak wielkie niespełnienie, że zrozumiałem nawet co to znaczy gdy kobieta kończy seks bez orgazmu.
Tu też nie było trzęsienia ziemi, ba ona nawet nie zadrżała.
Może jak zwykle, za dużo sobie naobiecywałem.
Tak to minął mi weekend w niespełnieniu. Pogoda nie sprzyjała żadnym pracom w ogrodzie. Przygotowane elementy konstrukcji nowego kompostownika leżą w rogu pod wiatą i czekają na lepszy czas. Wiatr przygiął młode sosny do ziemi, zalewając wszystko deszczem. Trzeba będzie poprawiać, na razie pozostaje mi tylko bezsilne obserwowanie sił przyrody.
Nie było więc ni pracy, ni obcowania z kulturą przez większe K.
Na niedzielny wieczór pozostała mi lektura książki S. Kopera – Alkohol i Muzy.
Nazwisko autora mówi, że jak zwykle zasugerowałem się nim przy wyborze.
W zasadzie to wyboru dokonał syn z małżonką w oparciu o moje pozytywne reakcje na wcześniejsze książki.
I to jedno inaczej. W porównaniu z innymi weekendowymi zajęciami tutaj nie poczułem zawodu.


14 marca 2014

Skąd Chińczycy wiedzieli?

Będąc pod wpływem ostatniego posta Mości Vulpiana, dotyczącego tłumaczeń z języka chińskiego, postanowiłem sprawdzić rzecz całą na sobie. Prawdę mówiąc często zdarza mi się kreślić jakieś quasi chińskie znaki gdy o czymś intensywnie myślę. Bazgrzę wtedy bez zastanowienia jakieś figury geometryczne elementy roślinne i owe chińskie znaczki. Lubię myśleć o czymś pozwalając swej ręce na zachowywania bezmyślnie. Spoglądam potem na owo dzieło i przyznam bez bicia, że nie raz byłem już zaskoczony efektami tej samowoli.
Spodobała mi się metoda bazgrania w słowniku a więc otworzyłem internetowego tłumacza.
Ciach pierwszy bazgroł i zaskoczenie jest
zmęczony
Znak drugi również trafiony
w
No to do trzech razy sztuka
drewno
Zmęczony w drewnie.
Równie dobrze można pewnie przetłumaczyć nieco swobodniej „zmęczony przy drewnie”
Skąd Oni wiedzieli że ostatnie dwa dni spędziłem przy układaniu dodatkowego rzutu drewna opałowego, które spadło na mnie (w znaczeniu dla mnie) zupełnie niespodziewanie.
No proszę, stos drewna jeszcze drży od układania a Chińczycy już o tym wiedzą.
Rzeczywiście trochę to składnie drewna mnie umęczyło, ale nie o moje zmęczenie tu idzie.
Aż boję się pomyśleć, co takiego napisałem na tych innych zniszczonych bezpowrotnie świstkach papieru? Czy były to rzeczy ważne? A może tylko coś na poziomie ciasteczkowej wróżby?
Czy podświadome pisanie to przypadek czy jakiś etap wędrówki dusz?
Może kiedyś byłem Chińczykiem, teraz chociaż jestem Europejczykiem to z poprzedniego wcielenia pozostał mi wzrost.
A może nie? Może to przypadek, czysty przypadek jak w tym dowcipie:
Niewidomy przejeżdża delikatnie opuszkami palców po dziurkach na metalowej tarce do warzyw.
Krzywiąc się mówi do siebie - jak żyję nie czytałem większych głupot.

Posłowie
Gdzieś tak godzinę po opublikowaniu mojego posta w którym narzekałem na mój chiński wzrost, otrzymałem wiadomość pocztową następującej treści


Przypadek?
Taki sam jak moje bazgranie? czy może już jesteśmy poddani totalnej internetowej inwigilacji.
Odrzucam psychozę na tym punkcie i staram się zachować  zdrowy dystans do tego tematu.
Kiedyś pisałem, że są takie maszyny które analizują nasze teksty zamieszczane w Internecie, chodziło jednak wtedy o wiadomości pocztowe. Czyżby było coś o czym jeszcze nie wiem?
I czy to coś działa tak szybko?





10 marca 2014

Ewolucja mężczyzny i słowo na G

Nie, nie idzie o żaden wulgaryzm. Idzie o to, co w pewnych środowiskach uważane jest za największe zagrożenie dla trwałości ludzkiego gatunku.
Nie da się zaprzeczyć, że ewolucja spowodowała pewne zmiany w naszym zachowaniu.
Jeszcze kila tysięcy lat temu, mniej więcej tak oto wyglądała sobotnia randka przystojnego troglodyty.
Zaczajał się za skałą koło ścieżki do wodopoju. Rachu ciachu maczugą przez skudlony łeb i do jaskini. A tam ciepło ogniska i zapas mięsiwa w przyległej komorze skalnej. Tylko ta monotonia dnia i gadanie najwyżej do merdającego ogonem psa,  a  przecież chciało by się by było miło i przyjemnie. Z krągłą kobietką to zawsze było jakieś urozmaicenie, a jak dobrze poszło to taka jeszcze na koniec posprzątała jaskinię przed jej opuszczeniem. Bo z założenia związki były nietrwałe, ot do zaniknięcia guza po uderzeniu wspomnianą wyżej maczugą. 

(znalezione w internecie)
Z czasem facet zauważył, że i inne korzyści które płyną z dzieleniem się pożywieniem z kobietą, oprócz tych krótkotrwałych i pełnych emocji chwil zjednoczenia. Ona zaś zrozumiała jaką potężną broń dzierży w dłoniach. Może i gdzie indziej, mniejsza o szczegóły.
- Tu mi dobrze - pomyślała,
- Tu mi ciepło - oceniła.
- Tutaj się rozmnożę - zdecydowała w imieniu nowej komórki społecznej. Chociaż samo społeczeństwo wymyślono grubo później. 
Kobieta została na stałe w jaskini, wnosząc w nią swoją estetykę i zamiłowanie do porządku. Dodatkowo paprotkę, a wiecie jak wyglądały paprocie w dawnych czasach.
Z tego i innych  powodów jaskinia stawała się za już za mała i ciągle wymagała remontu.
Męczenie faceta o remont i nowy wystrój  pojawiło się zaraz, gdy tylko mowa zaczęła służyć do komunikacji.
Jaskinia Lascaux z jej malunkami jest przykładem tego co kobieta potrafi wymóc na mężczyźnie w ramach zmiany estetyki. A to był dopiero początek.
Mijały setki a może tysiące lat.Pomimo przepowiedni Majów świat dalej gna ku zagładzie zwiększając tylko szybkość. Na przełomie ostatniego tysiąclecia tradycyjne role odwróciły się całkiem i to kobieta potrafi przywalić facetowi jakimś ciężkim argumentem w łeb i zawlec go do swojej jaskini. Zestaw argumentów jest zresztą od lat ten sam. Zaręczam, że to bardzo krótka lista.
(znalezione w internecie)
Otwierając drzwi do swej różowej, pachnącej i czyściutkiej jaskini, już od progu zapowiada, że nie ma mowy o żadnym trwałym związku i liczy się tylko sex, a dokładnie ilość i jakość jego finałów.
Rankiem facet zrywa się  i zgodnie z umową znika nim pierwszy sąsiad wyjdzie z psem na poranny spacer.
Aż wierzyć się nie chce gdzie owa ewolucja zaprowadziła równouprawnienie. Zresztą czy to co teraz widzimy dokoła owym równouprawnieniem dalej można nazwać?
Toż to gender w całej swojej najczarniejszej postaci!
Gender czyli równość płci, jak czytam definicję  artykułowaną przez jego zwolenników.
I ja naiwny wbrew ostrzeżeniom w tę równość uwierzyłem.
Kilka dni temu jadę sobie w sznurze samochodów. Powroty z pracy bywają monotonne no chyba, że wjedzie przed nas żółty samochód z takim oto napisem.

Pokaż cycki dam ci ciastko.
Akurat spadł mi poziom cukru, co zacząłem odczuwać coraz bardziej dotkliwie. Dodatkowo nudy jak cholera.
Co mi tam?. W końcu nie wstydzę się swojego ciała.
Dźwignąłem T-shirta ukazując do wstecznego lusterka żółtego samochodu, dojrzałe i dostatnie męskie piersi.
Kilka samochodów jadących z przeciwka mrugnęło światłami, żaden jednak nie miał wypisanej na klapie deklaracji dania czegokolwiek. Nie będę opisywał uczucia zawodu jaki mnie ogarnął.
Zmierzając do finału, stwierdzam, że żadnego ciasta nie otrzymałem, a przecież już starożytni mówili : pacta sunt servanda - czyli - umów należy dotrzymywać.Chyba, że właściciel żółtego auta założył jakieś rasistowskie ograniczenia co do płci, chociaż to wbrew konstytucji.
Jeżeli tak to z to gender  jest jedna wielka ściema.
Jak ja bym coś obiecał to bym się wywiązał.
Ja na klapie bagażnika  mam taki  napis - Patrz w lusterka, motocykle są wszędzie.

I co? nalepiłem  nieprawdę?




08 marca 2014

To właśnie dziś jest ten dzień

 
Zbliża się 8 marca. Jak się ten tekst ukaże to będzie dokładnie ósmy marca, kolejne już po Walentynkach święto które szturmem weszło do naszych serc i hipermarketów. Międzynarodowy Dzień Kobiet uczestniczył w naszym życiu dużo wcześniej, nawet wtedy kiedy nasz kraj nie mógł się pochwalić żadnym żądnym hipermarketem oczywiście w dzisiejszym rozumieniu tego słowa.
Tradycyjny tulipan lub ledwo pęknięty pąk goździka i do tego tradycyjne rajstopy lub kawa zakupione przez dział socjalny i tam też tradycyjnie kwitowane. A potem - Za zdrowie pięknych pań!. Zdrowe i uradowane panie robiły kawę i potem zmywały szklanki.
Jak już wielokrotnie pisałem, sam pracując w dziale socjalnym nie chciałem tego święta przenosić do domu. Chciałem kobietę mojego życia traktować z miłością w każdy z pozostałych 364 dni w roku, a latach przestępnych 365.
Kobiety jednak zazdrosne bywają o wszystko, nawet o ten jeden dzień roku. Przeciętnie wrażliwy facet potrafi to wyczuć. A że z czasem mężczyzna na wskutek najpewniej obniżenia się w jego organizmie poziomu testosteronu łagodnieje i zmienia poglądy. Wszak tylko krowa ich nie zmienia.
Dzisiaj jestem przycięty do standardowego wymiaru i idę w szeregu tłumu który wykrzykuje
Vivat Nasze Panie! Vivat!
A chciało by się bez kalendarzowego przymusu, niczym Józef Toliboski w białym garniturze, rwać nenufary i rzucać do stóp ukochanej.  nenufary
Panuje jednak obiegowa opinia, że faceci potrafią obchodzić tylko dni uroczyste stąd pewnie ta nachalna podpowiedź.
Poza tym ponoć kwiaty to taniocha i tak zwane wypchanie się sianem. Handlowcy prześcigają się w podpowiedziach i sugestiach co może uszczęśliwić kobietę naszego życia.
Ba tworzone są nawet specjalne przewodniki z których można się dowiedzieć co wypada, a czego absolutnie nie wypada prezentować.
Poniżej zestawienie które uczyniłem po lekturze portali dla kobiet i mężczyzn
Faceci sugerują co kupić, a kobiety czego nie chcą dostać.
Prezenty trafione i zaskakujące  wg portalu Jego strona czyli wielkie TAK
  • Tatuaż artystyczny
  • Polo dance czyli rura do tańca na rurze
  • Intymna sesja zdjęciowa
  • Zajęcia z sexy dance
  • Warsztaty tworzenia czekoladek
Prezenty nietrafione i obciachowe  według portalu kobieta czyli wielkie NIE
  • Kosmetyki do walki z celulitem
  • Książa kucharska dla odchudzających  się
  • Garnki i akcesoria kuchenne
  • Voucher na zabieg odchudzający
  • Bielizna wyszczuplająca
No cóż. Po analizie w/w tabeli wynika, że kobiety nie chcą być postrzegane jako dbające o linię gospodynie domowe.
Coś jest na rzeczy, bowiem kolejna już dziewczyna Młodego której ten serwował suflet, skomentowała to słowami - umiesz gotować? To świetnie, będziesz nam gotował.
Patrząc zaś na sugestie męskich prezentów muszę stwierdzić, nawet narażając się na zarzut nielojalności wobec własnej płci, że te wszystkie prezenty na dobrą sprawę są im (facetom) dedykowane.
Pomagają tworzyć wizerunek kobiety jako wulkanu erotyzmu, gotowych na wszystko dla satysfakcji partnera.
Z wyjątkiem czekoladek?
Razem z nimi, czekolada wszak jest mocnym afrodyzjakiem.
I co na to wszystko feministki którym nie podoba się taki płaski i jednostronny obraz kobiety?
I Jak z tym żyć?
Panie Premierze jak żyć?
Nie wiem czy Pan Premier, w końcu sam facet, wpadnie do mnie z odpowiedzią na to pytanie.
A więc, póki co:


Wszystkiego co najlepsze Drogie Panie !

05 marca 2014

Fair i play do kompletu

Olimpiada zimowa Soczi 2014 już za nami, chociaż w najbliższy piątek zaczyna się paraolimpiada czyli zmagania sportowców niepełnosprawnych. Ze względu na sytuację polityczna podnoszą się głosy namawiające paraolimpijczyków do bojkotu igrzysk. Bo w myśl starożytnej tradycji. bezpośrednio przed i w trakcie igrzysk obowiązywać miał święty pokój, a w obecnej sytuacji na Ukrainie o pokoju takim trudno mówić.
Mam mieszane uczucia, bowiem w trakcie igrzysk w Soczi już działy się bulwersujące rzeczy na Ukrainie, ale większość zamiast pokoju wolała święty spokój.
W końcu na przygotowanie zawodników wybrano miliony i ten wydatek powinien się opłacić. Poza tym są transmisje telewizyjne i najdroższy czas reklamowy w trakcie. Inaczej z niepełnosprawnymi. Wegetują gdzieś na pograniczu, najczęściej zw własne pieniądze, są mało medialni i jak to stwierdził jeden z ekstremalnym polskich polityków - nie powinni epatować swoich kalectwem. Niechaj więc siedzą w domu.
Wszystkie sankcje, bojkoty i zakazy uderzają najczęściej w ludzi bezbronnych, bogaty da sobie radę. O tym poinformował w trakcie jednej ze swoich konferencji rzecznik PRL-owskiego rządu w latach osiemdziesiątych, słynnym hasłem – Rząd sam się wyżywi.
Dlaczego więc gra się na uczuciach tych którzy i bez tego są skrzywdzeni przez los?
Czy to jest fair?
Czy to w ogóle jest fair play?
A propos zaś sportowego zachowania, zderzyły się w moim umyśle dwie podobne historie z ostatnich igrzysk z i ich jakże różnym zakończeniem
Historia pierwsza
Kanadyjski trener narciarstwa klasycznego Justin Wadsworth zachował się przyzwoicie jak na sportowca wypada. Podczas sprintu mężczyzn rosyjski biegacz zanotował przykry upadek, w wyniku czego połamała mu się narta. Bieg mógł ukończyć jedynie dzięki pomocy Kanadyjczyka, który pożyczył mu nartę przeznaczoną dla swojego podopiecznego.
Wadsworth chwycił zapasową nartę, którą miał przygotowaną dla swojego podopiecznego i ruszył na pomoc Rosjaninowi. Ten widząc biegnącego w jego stronę trenera, stanął, po czym szkoleniowiec ukląkł przed nim i bez słowa zaczął zmieniać mu nartę. Po zakończonej wymianie, rosyjski zawodnik mógł znów "pełną parą" ruszyć w kierunku mety. Po jej przekroczeniu kibice zgotowali mu huczną owację.
- Chciałem tylko, aby zachował godność, gdy będzie przekraczać linię mety - powiedział Kanadyjczyk, który sam trzykrotnie startował na igrzyskach olimpijskich.
W myśl chrześcijańskich zasad, że jeżeli czynisz dobro niechaj twoja lewica nie wie co czyni prawica, gdy dwie godziny po tym wydarzeniu, dziennikarka chciała z nim porozmawiać o tym, jak pomógł Rosjaninowi, ten był zaskoczony, że w ogóle ktokolwiek zwrócił na to uwagę.
- To po prostu pozwoliło mi poczuć się choć trochę lepiej. Gdyż wcześniej pozostała część dnia, była całkowicie do d... - powiedział trener, którego zawodnicy odpadli wcześniej.
I druga historia podobna w temacie z jakże innym zakończeniem.
Niemiecki bobsleista Manuel Machata ukarany został przez krajowy związek dyskwalifikacją i grzywną za pożyczenie prywatnych płóz Aleksandrowi Zubkowowi. Rosjanin w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi zdobył złote medale w konkurencji dwójek i czwórek.
Niemiecki Związek Bobslejowy ukarał byłego mistrza świata, skreślając go z kadry narodowej na rok. Wymierzył mu ponadto grzywnę w wysokości 5 tys. euro.
Czy problemem może być to, że w Soczi niemieccy bobsleiści ponieśli sromotną klęskę?
Przecież kanadyjski trener też był na pozycji przegranej.
Machata o swoim kroku nie poinformował federacji – czyli działał według wspomnianej już chrześcijańskiej zasady.
Pojawiło się we mnie wzburzenie i irytacja, ale tylko do czasu przeczytania następnego zdania.
Federacja pretensje ma tym większe, że jego płozy zostały stworzone w państwowym instytucie, podczas gdy zawodnik wypożyczył je Zubkowowi za opłatą, którą sam zainkasował.
Nie wnikam już czy idzie o to kto zainkasował zyski ?, oraz czy odprowadzono podatek od transakcji. Jedno wiem, że może to i play, tylko fair zaplątało się gdzieś pomiędzy zerami tej handlowej operacji.
Wniosek zaś z tego jest taki, że każdy tekst powinno się czytać do końca.
- Do końca mojego lub jej – jak powiedział Franz Maurer w „Psach”

(na podstawie lektury  www.sport.pl)

04 marca 2014

Próba na wytrzymałość

„Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono” – Cytat hasło które z powodzeniem można malować na dużych pustych ścianach oraz obowiązkowo umieszczać w książeczkach do nabożeństwa.
Putin rozwiódł się i jak Pan Nieistotny przeczytał na jakimś plotkarskim portalu, zamknął była żonę w klasztorze.
Prezydent Francji Francois Hollande nie musiał się rozwodzić bo preferował luźne związki. Z perspektywy czas wyszło, że jest on bardzo wyluzowany.
W powyższy duet ktoś postanowił wmanewrować naszego sędziwego generała, który kiedyś internował Teleranek.
Może chodzi o to, żeby pokazać jakimi jesteśmy światowcami ?
I nim Jan Maria zdążył się oburzyć na postępowanie dwóch pierwszych prezydentów i brukowców w stosunku do Generała, wszystko zostało przykryte niesamowitą informacją. Ponoć Pani Obama z kalendarzem w ręku odmierza czas do końca kadencji by rozwieść się z byłym już wtedy prezydentem USA. Ponoć już nawet ze sobą nie śpią.
Ciekawe kto tu robił za materac?
Powodem jest jak w pozostałych przypadkach niewierność.
Niczym obuchem uderzyła Nieistotnego wiadomość, kto jest obiektem Barakowych zwierzeń, że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą już nie śpią.
B e y o n c e
Kopara opadła Janowi Marii Nieistotnemu na stół i ten stan zadziwienia wcale mu nie ustępuje.
Monika Jaruzelska w jakimś wywiadzie skomentowała rodzinne zamieszanie słowami, że jaki kraj takie bunga bunga.
Większość oburzona a statystycznie wychodzi, że wierność większości nie wiąże się z jakimiś twardymi zasadami moralnymi, a jedynie z brakiem możliwości.
Po co było mieszać poetkę do tekstu o ludzkiej niewierności?
Pan Nieistotny wraca myślami do początkowego cytatu.
Bo przecież tak naprawdę nie miał okazji sprawdzić jaki jest naprawdę, bo tak na szczęście nie musiał sobie tego udowadniać.
Teraz jednak siadł wygodnie w fotelu, odprężył się i już widzi oczyma wyobraźni, bo na szczęście jej nie traci taką oto scenę :
Przy stoliku w małej restauracji siedzi on a naprzeciw niego najpiękniejsza kobieta świata roku 2012 według magazynu People. A może tak na punkcie której ma prawdziwego choć bezpiecznego hopla, niejaka Charlize Theron.
Wiem - mówi - że masz żonę którą kochasz. Nie chcę burzyć twojego małżeństwa, ale chociaż przez parę chwil pragnę poczuć twoją bliskość. Nie zmieniaj nic w swoim życiu, tylko mnie kochaj
Beyonce a jeszcze lepiej Charlize Theron, lekko rumieni się zaskoczona swoją śmiałością.
Pan Nieistotny udaje światowca. Zdradzają go jednak wilgotne z emocji dłonie które cghłodzi na szkle wysokiego kieliszka.
W kieliszkach i szklankach odbija się promienna kobieca postać. Przez chwilę przestaje podliczać czy stać go na opłacenie rachunku w tej knajpce i zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią.
Tą jednym krótkim zdaniem, które ma zmienić jego życie. A może to nic nie zmieni w jego poukładanym życiorysie?
Kochanie....
Nie wie niestety co odpowiedział, bo poczucie obowiązku wobec pracodawcy zerwało go z łóżka na równe nogi.
Może to i dobrze, że został w tej nieświadomości, bo sam już nie wie czy sprawdziłbym się jako odpowiedzialny mąż, wobec takiej propozycji.
A czy w ogóle chciałby być poddany takiej próbie?
Co innego senne marzenia a co innego twarde życie.
To może i nie warto tak surowo oceniać tych co zostali tej próbie poddani.

03 marca 2014

I ja umiem coś tam, coś tam

Mówi się, że jak się coś raz trafi do Internetu to pozostaje tam  już na wieki.  To określenie na wyrost, bowiem sam internet ma nie więcej niż ćwierć wieku. Co jednak jest na rzeczy. Gdzieś tak w 2008 roku, firma w której aktualnie pracuję, umieściła na portalu z ofertami pracy ogłoszenie. Informowali o możliwości zatrudnienia kilku pracowników magazynowych. Żadnych specjalnych wymagań bo i praca jaką mieli wykonywać jest prosta. Przenieść stąd tam, według wskazań przełożonego. Pracowników przyjęto a ogłoszenie pozostało. Pracownik odpowiedzialny zagubił gdzieś hasło. Próby kontaktu z właścicielem portalu od tamtego czasu nie dają żadnego rezultatu, ponieważ do korespondencji służy mail na który nie dostajemy żadnej odpowiedzi. Tak to już szósty rok ogłoszenie jest  automatycznie odświeżane i wtedy zostaję zasypywany CV- kami. Mnie się śmieci poczta, a ktoś robi sobie fałszywą nadzieję na pracę. Nie mam już siły odpisywać na maile i wysłuchiwać dobrych rad, że nieaktualne ogłoszenia powinno się kasować. Ileż razy próbowałem to zrobić. I co ? I jestem w tym samym miejscu co zawsze. W wolnej chwili przeglądam jednak listy motywacyjne które obrazują mi, że naprawdę jest trudno o pracę.  Pojawiają się też perełki nowomowy jak ten początkowy fragment listu : „Szanowni Państwo, Wychodząc na przeciw Państwa oczekiwaniom wysyłam swoja kandydaturę do rekrutacji. Poszerzając spektrum doświadczeń zawodowych w przyszłości chciałabym położyć nacisk na, poszerzanie swojej wiedzy oraz możliwości.” Aż mnie zamurowało bo jakież spektrum możliwości daje ciągnięcie wózka magazynowego z  drewnianą paletą?
W sobotę sam tyrałem gorzej niż pracownik magazynowy. Jak pracownik leśny woziłem taczkami drewno na opał. W wyniku cięć pielęgnacyjnych pozostało do zagospodarowania trochę konarów z brzozy i wierzby. Metodą dyplomatyczna wszedłem w ich posiadanie. Wszystko pocięte i porąbane na równe kawałki przyjechało na małej wywrotce, która wywaliła jakieś cztery metry drzewa na podjazd  przed domem. Z drobnymi to było prawie pięć.
Konieczność parkowania za ogrodzeniem  była najlepszą motywacją do tego aby zawinąć rękawy. Zawinąłem je więc  i jeździłem w te i nazad  w czasoprzestrzeni, to znaczy od kupy drzewa do piątej. Pewnie i w sobotę mógłbym to wszystko skończyć, gdyby nie to, że żona zdecydowanie zakończyła mi prace zagradzając wózkiem trasę przemierzaną przez taczki. Może to i dobrze, bo w innym wypadku trzeba by mnie było znieść do domu. Resztę skończyłem układać następnego dnia. W ciszy i spokoju wrzucałem pozostałe najcieńsze gałązki na taczki, mając świadomość tego, że innym mieszkańcom mojej wsi może się ta aktywność nie spodobać. Nikt jednak nie pojawił się aby zwrócić mi uwagę, tak, że przez chwilę czułem się nawet nieco nieswojo. Na sam koniec roboty pojawili się jednak dwaj niespodziewani goście. Przyczłapały gdzieś z głównej drogi i wsadziły łby między szczebelki bramy, aby z wyrazem  tego koziego zadziwienia  obserwować moja robotę.  Patrzyły tak chwilę kręcąc łbami i trąc rogami o chłodny metal. Potem uwagę ich przykuła ozimina na polu sąsiada. Wyskubały trochę zielonych odrostów, przerzucając się już po chwili za żywopłot. Żona  wyniosła mi aparat fotograficzny, ale powiedziałem jej że marchew będzie im zdecydowanie bardziej smakować.  Rzeczywiście na widok aparatu odwracały się tyłem i dopiero karoten marchewki był w stanie przekonać je do zmiany perspektywy.
Jedna z kóz miała założoną na szyi solidną kolczatkę niczym jakiś owczarek alzacki.
Wyszło na to, że to zwierz domowy który uciekł w czasie niedzielnego spaceru.  Kozy łaziły w tę i nazad to obgryzając żywopłot, to poskubując oziminy. Trwało to dobre pół godziny. Zaraz potem pojawiła się sąsiadka  a z nią i druga. Potem wspólnie i w porozumieniu  spętały swobodne do tej pory kozy.
- Pies je poszczuł – tłumaczyła się do mnie, chociaż o to wcale ni pytałem.
Wraziłem zrozumienie dla psiej agresji i strachliwych kozich charakterów.  Ja zaś nie zamierzałem się tłumaczyć dlaczego stoję w święta niedzielę, w roboczym stroju, z miotłą w dłoni nad kupą trocin i kawałkami kory pozostałymi po układaniu drewna.
Za mną siedziała kota obserwując moje miarowe ruchy miotłą. Ona też nie miała do mnie żadnych pytań. Takie porozumienia pomiędzy podziałami.