30 listopada 2010

Listopad 2010

29 listopada 2010
 - Piotruś  zrobiłeś mi te zestawienia na  koniec kwartału ?
- Panie leżą od wczoraj na biurku po prawej stronie, tam pod wykazem  warunkowo dopuszczonych do światłą niebieskiego za ostatnie pół roku.
Pan wyciągnął zestawienie  spod pliku innych papierów i położył prze sobą centralnie na środku biurka. Potarł dłonią długą siwą brodę  i pogrążył się  w lekturze.
Rzędy cyfr  przewijały się przed boskimi oczami, słupki, wykresy i zestawienia.
Wśród kadry urzędniczej nie do dziś wiadomo, że zestawień nie tworzy się w celu informowania czytającego,  ale dla ochrony tyłka piszącego, tym niemniej  to zestawienie było nad wyraz  mało optymistyczne.
- Nie jest to pocieszające  - podsumował lekturę Pan - ciągły spadek. Jest gorzej niż w poprzednim kwartale,  a poprzedni wydawał nam się  najgorszym od wielu lat.
- Cóż ja mogę zrobić?.  Wobec poziomu imprez na ziemi, wieczna szczęśliwość w tradycyjnym rozumieniu  wydaje się być mało atrakcyjna.
Jak cieszyć się bliskością Światła Niebieskiego jak oni rozumieją to wprost, a mają   tam  stroboskopy i diody LED.  
- Czy może być coś bardziej atrakcyjnego nić wizja wiecznej szczęśliwości,  w  pobliżu Naszego Tronu?
- Wiesz Panie – zaczął powoli Święty Piotr  -  kiedyś  było inaczej. Życie było jednym pasmem udręk, a choroby śmiertelne. Pracowano tylko na czarno i nie było opieki socjalnej.   Dotykało ich carskie samodzierżawie i wtedy  wszyscy oni liczyli na boską sprawiedliwość i nagrodę  chociaż po śmierci. Wtedy to my byliśmy goście, Sprawiedliwi , nieograniczenie miłosierni  i bosko dobroduszni. Przeciwwagą było piekło   z rozpaloną smołą i głupimi diabłami.
 A  potem  zgodnie z Twoją myślą,  ludzkość zaczęła ewoluować.
Najpierw wymyślono  penicylinę, dzięki czemu  przygodne kontakty nie były już  obarczone takim ryzykiem.  Potem gumę do żucia. Potem gumę  czyniącą przygodne kontakty bardziej beztroskimi. A potem to już poszło. Woodstock, hippisi, a na końcu Internet.  Hasło które im podrzuciłeś Panie –„czyńcie sobie ziemię posłuszną”  zostało zinterpretowane wprost.  A posłuszną zinterpretowano  jako  dającą satysfakcję i tak z pomocą Marychy i dopalaczy, posłuszna ziemia stałą się jedną wielka imprezą,  gdzie najważniejsze trzy rzeczy to sex, drugs,  and rock&roll  przy czym ostatnio miejsce rocka zajmuje R&B -  rythm and beat.  I czym my mamy odwrócić ich uwagę?  Perspektywą  przebywania w pobliżu Niebieskiego Tronu?
To już nie jest chwytliwe.
- To co robić ? - spytał Pan -  jak stawić czoła  obecnym czasom?
 - Trzeba by popracować nad naszym PR
- A cóż to takiego? - spytał Pan-  Kiedy przez siedem dni tworzyłem ziemię , nie przypominam sobie abym tchnął ducha w jakieś PR
 - O Panie odrzekł  Święty Piotr – to jest tak zwany public relations,  czyli  publiczne relacje, kontakty z otoczeniem) dotyczą kształtowania stosunków publicznie działającego podmiotu z jego otoczeniem.  Taki publiczny wizerunek. Wiem to dzięki Wikipedii, ale nie pytaj mnie Panie - co to ta Wikipedia?,  Sam do końca nie rozumiem jej działania. Tyle jednak ostatnio przewija się  tutaj nawiedzonych internautów, że trochę się podszkoliłem. Przewija się  nie znaczy jednak pozostaje, większość trafia od razu do czyśćca , za używanie nielegalnego oprogramowania. 
Trzeba by popracować nad jakimś marketingiem.
- No to wezwijmy jakichś marketingowców.
 - Panie wszyscy oni po śmierci trafiają bezpośrednio do piekła, za sprzedawanie iluzji, oszustwo i ewidentne kłamstwo. Czy chcesz Panie budować wizerunek Nieba  przy pomocy specjalistów od kłamstwa i oszustwa?.
Nie koniecznie, ale są przecież różne sposoby i różne drogi do budowania Chwały Niebieskiej.
Ja pogadam z  Belzebubem. Biorę to na siebie, może  wypożyczy mi takiego specjalistę od jak mówisz PR
I nie czekając na odpowiedz Świętego  Piotra, na niebieskiej klawiaturze  wybrał  numer Piekła.
- Słuchaj Bubek- rzekł Pan - Podrzuć mi tu jakiegoś specjalistę od PR. Idzie mi o konsultację.
Takiego od White Water,   czy od tego banku? No  od tego banku, co przekręcił dwa miliony naiwnych  zbieraczy grosza? Wszyscy moi potencjalni klienci, życzyli bowiem  śmierci  prezesowi.
A masz tam jeszcze coś innego u siebie?
- Ale ja ich mam  siebie na pęczki.  Oni wszyscy cierpią ogień piekielny  a za notoryczne i ustawiczne kłamstwo. Zaraz jednego podrzucę.
Kiedy Pan odkładał słuchawkę Święty Piotr zdobył się na odwagę: 
 - A propos, to trzeba by znowelizować ósme przykazanie. Ponieważ brzmi ono – nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, a Ci wszyscy marketingowcy zrobili sztukę z czynienia fałszywego świadectwa w imieniu bliźniego swego.
- Fałsz jest fałsz,  jak wiśnia jest wiśnia -  rzekł  filozoficznie Pan i pogładził swoją siwą brodę.
 No cóż przyszedł czas czego się obawiałem,  że przyjdzie korzystać z pomocy potępionych, aby miliony mogły być wyzwolone. Trudno.
 I trudno odpowiedzieć na pytanie ile czasu minęło, zanim u bram Niebieskiego Królestwa pojawił się   skulony  i przestraszony facet.  Czas  bowiem w niebie nie jest istotny.
-  Wezwaliśmy Cię tu  ponieważ potrzebujemy  rady w sprawach którym poświęciłeś całą ziemską    wędrówkę - usłyszał kiedy tylko wszedł do środka- Chcemy poprawić nasz wizerunek.   
Na te słowa wyprostował się i  zaczął  po swojemu:   
- Trafiliście Państwo świetnie. Chociaż  jesteśmy profesjonalną agencją public relations z Polski,  to spectrum naszego działania wykracza znacznie poza ten rejon. Dla swych klientów świadczymy usługi doradcze jako niezależny i obiektywny partner a także proponujemy Państwu stałą współpracę z naszą Agencją PR jeśli posiadają Państwo w swoich strukturach Działy PR. Na życzenie Klienta opracujemy profesjonalną strategię PR oraz propozycję działań marketingowych, zajmiemy się jej wdrożeniem a także stałym monitoringiem wyników. W swej ofercie proponujemy też szeroki wachlarz szkoleń oraz doradztwo w pozyskiwaniu środków unijnych. Agencja  przygotowuje materiały prasowe dla swych Klientów przywiązując dużą wagę do jakości tych materiałów prasowych, by same w sobie stanowiły profesjonalną wizytówkę firmy. Opracowane informacje są rzetelne i merytoryczne. W przypadku materiałów fachowych proponujemy grono ekspertów z różnych dziedzin, z którymi współpracuje nasza Agencja. Proponujemy też działania związane z projektowaniem i wdrażanie systemów tożsamości organizacją i prowadzeniem rozmaitych wydarzeń w firmie takich jak wyjazdy grupowe, imprezy firmowe, "drzwi otwarte". Zajmujemy się też doradztwem w zakresie sponsoringu, jako elementu dopełniającego budowania strategii i wizerunku firmy.
- Już się gubię - powiedział Pan , ale zaraz dodał - Zalewasz mnie tutaj masą informacji, ale niech myśl własna zmarszczy na chwilę twoje czoło. Jak wyobrażasz sobie dzień otwartych drzwi w niebie?
Takich fali reanimacji ze śmierci klinicznych nie wytrzymałby żaden fundusz,  nie tylko  polskiego NFZ.
Roman bo tak w życiu doczesnym miał na imię specjalista od PR  nie zwracając uwagi na pierwsze wątpliwości brnął dalej ze swoją historią
Potrzebuję trochę danych.  Prawdziwe marketingowe opracowanie powinno zostać poprzedzone pewnymi informacjami otóż potrzebuję  paru informacji aby opracować następujące  działy analizy
1.       Historia Firmy
2.       Status własności
3.       Główne produkty
4.       Obsługiwane rynki
5.       Informacje finansowe
6.       Cele strategiczne i finansowe formy
Na tej podstawie opracujemy
1.       Plany strategiczne przedsiębiorstwa
Oraz
2.       Politykę cenową
3.       Promocję i reklamę 
4.       Dystrybucję
Sam biorę na siebie analizę SWOT.
- Który z panów  wypełni mi  krótką trzydziestominutową ankietę ?
- Nie wywalę cię stąd natychmiast, ponieważ moje nieograniczone miłosierdzie i boska cierpliwość znane są od pokoleń. Ale ostrzegam Cię bo Gniew boży zburzył Sodomę i Gomorę   Nie przeginaj.
- To może zacznijmy od drobnych gadżecików.   Wypuścimy takie t-shirty z napisem „kocham niebo”  i „Niebo jest cool”,  w narodowych językach chrześcijańskiej nacji. Tylko Polakom trzeba to zrobić po angielsku. U nich ważne jest tylko to co jest po angielsku.
-  I może zapalniczki? –  Nie zapalniczki do głupi pomysł. Ale pośrednio pomnażają klientów.   O przepraszam uczestników akcji „Niebo”. I wisiorki do kluczy, albo karty rabatowe. Zbierasz punkty na taką kartę i z wszystkich ekologicznych produktów nabija ci się po 1 punkcie za każde wydane 10 Euro.  I po uzyskaniu określonej ilości punktów idzie się do Nieba.   Tylko trzeba to Niebo uczynić atrakcyjnym. Uprzedzam  jednak że w dobie TV, DVD i Internetu, uwzględniając  obowiązujące w Firmie Dziesięć Przykazań, nie będzie to takie proste.
 A może by te dziesięć punktów trochę przeredagować? Na przykład „Nie będziesz pożądał żony bliźniego swego przez pierwsze pięć lat małżeństwa twego”.
 Albo –  „Nie cudzołóż przed dwudziestą drugą”
 W ten sposób target  potencjalnych klientów zdecydowanie rozszerzy się.
Na propozycję zmian lub dopisania aneksu do Dziesięciorga  Przykazań  broda Pana zmierzwiła się, a uderzenie otwartą dłonią w blat stołu wywołało   huragan w południowych rejonach Oceanu Atlantyckiego.
- Piotr  zabierz go stąd - marketing nie jest na pewno elementem boskiego pomysłu na świat.
Kiedy za pogonionym specjalistą od PR zamknęły się drzwi, dało się słyszeć głęboki, boski oddech ulgi.
- To co – spytał  Święty Piotr – nabór po staremu?
Modlitwa, dobroczynność i asceza, a dodatkowo wojny i klęski żywiołowe?
W końcu to  ostatnie, to też jakiś pakiet, target  i klienci – podsumował Piotr określany Świętym, przekręcając klucze w Niebieskich Bramach Nieba.
Ale w jednym on miał rację  -  „Niebo jest cool”,  od  ponad dwóch tysięcy lat.  A wiara w to jest podstawowym elementem tej układanki .

Antoni Relski
23 komentarzy
25 listopada 2010
Tak się wyluzowałem, że całkowicie zapomniałem o zmianie opon.
Samochód w letnich butach, a tu już ze dwa razy skrobałem  szron z  szyby. Opamiętanie przyszło na mnie  wczoraj,  gdy obejrzałem prognozę pogody. Cała Polska pokryta śnieżynkami migającymi na zmianę z kroplami deszczu. Jeszcze tego samego wieczoru  popędziłem do piwnicy po zimowe koła. Upchnąłem je do bagażnika,  licząc na łut szczęścia  w warsztacie wulkanizacyjnym. Kiedyś takie odwlekanie było u mnie nie do pomyślenia. Wszystkich świętych to była taka graniczna data. Zresztą, kto nie zjeżdżał na letnich  oponach z pokrytego lodem Lubomierza,  ten nie wie o co chodzi. Kiedy koła nie posiadają żadnej przyczepności, suniesz  jak na saniach. Na nic  blokowanie wciśniętym hamulcem, bo  wiesz że masz dziesięć procent na to,  że wyrobisz się na zakręcie poniżej. Raz przeżyłem takie zdarzenie  i zmotywowało mnie ono do tej specyficznej gumowej  pamięci.
Koło południa zerwałem się  na  chwilę z pracy ponieważ w okolicy widziałem reklamę warsztatu oponiarskiego. Umówię się na jakiś termin albo co – wykombinowałem.
Snując czarne przypuszczenia, że z akcji wyjdzie mi tylko - albo co, skręciłem pod zakład.
 Chociaż oba stanowiska były zajęte to nie zauważyłem kolejki. Muszą być zapisy – pomyślałem
- Na kiedy mnie może Pan zapisać? - spytałem człowieka ubranego w kombinezon z reklamą Uniroyal.
- Za pięć minut. Pasuje Panu?
- Cholera to wspaniale. Bardzo mi pasuje.
Wymiana opon z wyważeniem kół trwała kwadrans, Na koniec schlapali mi koła czymś mokrym i błyszczącym, co działać miało ochronnie na opony, ale chyba poprzez mózg prowadzącego.
- Czterdzieści cztery – powiedział uprzejmy  człowiek w czerwonym kombinezonie, co oznaczało że zapłaciłem  tytko  dwie trzecie stawki, którą zwykle płacę u znajomego gumiarza na pobliskim osiedlu.
Znów potwierdziła się zasada,  że nikt cię tak nie oskubie jak twój znajomy.
-Dlaczego tak pusto?  Spytałem zagadując grzecznościowo na koniec
- Bo Polak ma wszystko w dupie, proszę Pana.  Władzę ma w dupie, wybory w dupie i zalecenia, wymagania i  terminy też ma w dupie
 - To ten Polak musi mieć chyba największą dupę w Europie –odbiłem lekko filozoficznie piłeczkę – skoro do tej dupy tyle mu się zmieści.
- Z oponami to już wszystko? Powrócił do głównego nurtu rozmowy „Men In red”
- Mam jeszcze jedną oponę, w zasadzie oponkę. O tutaj -  pokazałem klepiąc się w okolicach brzucha. Chętnie bym się jej pozbył, ale nie pomoże w tym żaden pana hydrauliczny podnośnik ani klucz pneumatyczny.
- Ja mam dwie  tutaj – uwydatnił swoją nadwagę mój rozmówca. Od pewnego czasu żona mówi do mnie Michelin. Nic dodać nic ująć.
Ale jak sypnie śnieg  i zrobi się kolejka chętnych to pewnie zrzucę parę kilo.
- No to tego Panu życzę i do widzenia.
Może i ten luz mi się opłacił
A kiedy za godzinę zobaczyłem pierwsze płatki śniegu wirujące nad moją głową,  doszedłem do wniosku że idealnie wstrzeliłem  się w punkt
Rano stanąłem na wagę, elektroniczny wyświetlacz zatrzymał się na dobrze znanej mi  liczbie.
Odczytowi wartości wagi towarzyszyło uczucie głodu
Trudno, mój czas jeszcze nie nadszedł. Kołysząc biodrami zdobnymi w  wyhodowaną elastyczną osłonę szkieletu kostnego, udałem się do kuchni gdzie  wrzuciłem dwie grzanki do tostera.

Antoni Relski
43 komentarzy
21 listopada 2010
Siedemnaście
Włożyłem w kieszeń odtwarzacza DVD  płytę z muzyką relaksacyjną. Kiedy popłynęły pierwsze dźwięki, a na mnie spłynęło dobrodziejstwo relaksacji, odczytałem opis płyty z pudełka CD. Kolekcja ta  to prawdziwe perły światowej muzyki relaksacyjnej, muzyki tła lub muzyki na każdą okazję. Instrumentalna, spokojna. Przeznaczona zarówno do relaksacji, muzykoterapii, terapii snu (zasypiania), ośrodków spa, gabinetów kosmetycznych jak i jogi, medytacji, czy też jako ekskluzywna muzyka tła w hotelu, pasażu handlowym, klubie lub restauracji”.  Nie bardzo uwierzyłem w to, że muzyka ta będzie odpowiednia zarówno dla mojego zasypiania, jak i do kotleta w restauracji. A oczami wyobraźni już widziałem grupę pochrapujących klientów, z twarzą jak pisał poeta „wtuloną w kotlet schabowy panierowany”. No cóż wiek marketingu.
Szesnaście
Zrzuciłem ubranie aby nic nie tworzyło bariery dla wnikania relaksacyjnych dźwięków muzyki. Niechaj świergot trznadla odczuję każdym receptorem znajdującym się na moim ciele.  Co prawda niektóre części mojego ciała źle zinterpretowały zamysł rozluźnienia poprzez dźwięki i zaczęły delikatnie spinać się w poszukiwaniu celu. Neutralne myśli w postaci wiekowego Chińczyka, zapisującego cienkim pędzelkiem rząd znaków na bambusowym papierze, spowodował powrót  do pierwotnie założonego rozluźnienia. Co prawda przejście obok dużego lustra zawieszonego w przedpokoju wywołało najpierw zainteresowanie stanem mojej figury, a później autokrytyczny uśmiech.  Żadnych napięć. Luz, luz, luz Klepnąłem się w lekko zarysowany brzuch i stanąłem  najpierw en face, później z lewego, a następnie z prawego profilu. Z prawej strony zaokrąglenie wydawało się mniejsze. Wiem już dlaczego gwiazdy  Świętego Lasu fotografują się z jednej strony. Faceci od tej która powiększa, kobiety od tej która pomniejsza.
Piętnaście
Zredukowałem światło w łazience i sięgnąłem po  żel pod prysznic  "aromaterapy". Piecyk gazowy z automatycznie zapalającym płomieniem, tym razem był dla mnie łaskaw i zaskoczył wyjątkowo za pierwszym razem. Nie musiałem wyskakiwać jak oparzony spod zimnego strumienia wody,  by dmuchnąć w palenisko. Ciepła woda spłynęła mi po klatce piersiowej i plecach. Tak. Dlaczego kobietom woda ścieka po piersiach i sutkach, a facetom nie wypada żeby po sutkach? Im spływa po klatce piersiowej. Stałem tak chwilę, a przez oczami pojawił się obraz bohatera „ Amercian Beauty” w analogicznej sytuacji. Żadnych napięć! -  przywołałem się po raz kolejny i wylałem na dłoń sporą porcję żelu. Dziwny to żel, nie pienił się wcale a i z aromatem też nie było rewelacji. Natarłem się jednak dokładnie, pośród wątpliwości które towarzyszyły mi w trakcie. Próba spłukania nie do końca udana wątpliwości te tylko spotęgowała. Zalewając łazienkę  i ryzykując porażenie prądem, wylazłem z kabiny i rozjaśniając światło spojrzałem na butelkę. Balsam do ciała o właściwościach  natłuszczających. O rzesz ku….. Spokój, tylko spokój dzisiejszego popołudnia. Żel pod prysznic w podobnym kolorze opakowania stał obok. Tak. Właściwy relaks wymaga dobrych oczu. A słyszałem przecież że z moich oczu „wyziera dobro”. To chyba jednak nie to samo.   
Czternaście
Zmycie tłustego balsamu wymagało użycia bardziej zdecydowanego mydła. I żel już nie cieszył. Chociaż użyłem go aby wypełnić kolejny punkt programu. I tak później pasowało użyć rozluźniającego mleczka.  
Pełny relaks.
Nie myślisz o  swoim podkładającym Co rusz nogę życiu. Nie analizujesz stanu konta bankowego, po wydaniu kasy na pomocnicze materiały relaksacyjne. Przez tą pomyłkę jestem spóźniony o jeden etap. Tak więc czternaście, będę realizował będę jak trzynaście  i trzeba będzie chyba połączyć siedem i osiem,  aby osiągnąć zaplanowany stan totalnego rozluźnienia, które wyzwala ciało spod kontroli umysłu z wyjątkiem  nadzoru nad zwieraczami. Tak wyluzowany to ja nigdy nie byłem, no może w ciągu pierwszego roku po urodzeniu.
Trzynaście
Szorstki ręcznik wysuszył moją skórę, drażniąc ją przy okazji i masując. Biorąc lewy  koniec ręcznika w lewą rękę, a prawy w prawą,  zarzuciłem go na plecy i korzystając z takiego prymitywnego narzędzia czochrałem włosy na plecach  w lewo i w prawo. Wyczytałem w Internecie, że  poprawia to krążenie i usuwa napięcia. Być może zbyt poważnie podszedłem do tematu,  ponieważ po chwili usłyszałem trzask pękającego materiału,  a brzeg ręcznika mniej więcej w środku długości przerwany był dziesięciocentymetrowym pęknięciem.  Kurde znowu się będę musiał tłumaczyć.
A swoją drogą dlaczego? Dlaczego tłumaczę się z byle powodu?
Antoni, dlaczego rozerwałeś ręcznik?
No, no dlaczego ? dla fantazji? Pewnie dlatego że materiał by sprany i osłabiony.
Dlaczego ?
Dlaczego nakapałeś w kuchni, dlaczego zadeptałeś przedpokój, dlaczego tak krzywo pokroiłeś chleb.   I cała kupa innych dlaczego? na które nie ma logicznej odpowiedzi, poza jedną na wszystkie - Dlatego że żyję. Poza tym łatwiej  zauważa się czyjeś krople na kuchennej podłodze.
A dlaczego nie ma pytań w stylu:
Dlaczego nie spytałeś:  dlaczego  ten szklany wazon wypadł mi z ręki rozbijając się z hukiem na podłodze? Powiedziałeś tylko  – to na szczęście. Dlaczego na szczęście?
Dwanaście
Ciało pokryte balsamem połyskuje w świetle punktowym, odbijając je i załamując. Widziałem na filmach , oraz pokazach kulturystów. Spojrzałem z ciekawością na siebie. Mój brzuch odbijał promienie  na wszystkie strony. No cóż jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Brawo , filozofia relaksu zaczyna działać.
Jedenaście
W czasach kiedy koncerny kosmetyczne wymyśliły i zaproponowały już wszystko dla swoich naiwnych klientów, rzuciły się na pomysł skorzystać z pokładów naiwności zakamuflowanych w mężczyznach. Oczywiście faceta nie przekona się,  że przy pomocy kremu można nawodnić organizm, ponieważ od pokoleń On uzyskuje ten sam efekt przy pomocy piwa. Nie tylko skóra, ale cały organizm osiąga stopień pełnego nawilżenia, a dodatkowo w cenę jest wliczona radość a czasami euforia wynikająca  z kontaktu z kumplami. To zaś jest bezcenne. W facetów uderzono zmęczeniem. To ty facecie, aktywny, działający dla dobra, zapracowany,  możesz to zmęczeniu usunąć stosując krem pod oczy i dalej możesz rzucać się w wir zawodowych i rodzinnych obowiązków. Chwytliwy jest już sam fakt zauważenia,  że faceci robią coś innego oprócz picia piwa i przerzucania kanałów w telewizorze, za pomocą pilota. Według mojego rozeznania już sam fakt zauważenia  tego przez osobistą kobietę, byłby skuteczniejszy od wspomnianego kremu,  ale jak już  pisałem jak się nie ma co się lubi. 
 Dziesięć
Nie zapominając o okularach rozpakowałem krem pod oczy. Najpierw sięgnąłem jednak po ulotkę.
… Skóra mężczyzny jest o 25 procent grubsza niż kobiety. Dzięki temu lepiej broni się przed mrozem albo wiatrem, jak również łatwiej się regeneruje….
No proszę od dzisiaj  określenie że faceci są gruboskórni będę przyjmował jako stwierdzenie faktu, a nie złośliwość
….W głębszych warstwach męska skóra ma bogatsze wyposażenie w kolagen oraz elastynę. To sprawia, że zaczyna się starzec później niż damska lecz gwałtowniej. Co prawda codzienne golenie działa jak wygładzający peeling ale bywa też przyczyną podrażnień, natomiast stosowanie płynów po goleniu z alkoholem dodatkowo wysusza naskórek. Wtedy na pomoc przychodzi odpowiedni krem…
Odpowiedni krem proszę bardzo. Ale dlaczego pod oczy? 
… Skóra pod oczami jest siedmiokrotnie cieńsza niż na policzkach. Więc zmarszczki pod oczami uwidaczniają się najczęściej. Dodatkowo pogłębia je praca przy komputerze, godziny spęczone za kierownicą jak również dym z papierosów. Natomiast intensywny tryb życia powoduje worki i cienie pod oczami…
No i mam wyjaśnienie. Wyobrażacie sobie  jakby wyglądał facet z workiem pod oczami?. O liczbie mnogiej nawet nie potrafię pomyśleć. Boże dlaczego przeczytałem o tym tak późno?
Może dlatego, że od dłuższego czasu mam pierwsze, całkowicie wolne i samotne popołudnie.  
 Przeciwzmarszczkowe kremy wzbogacone są kwasami owocowymi, antyutleniaczami a także kwasem hialuronowym Zawierają substancję poprawiające mikrocyrkulację krwi. …O proszę. Ja nie mam nic przeciwko maksi cyrkulacji byle w odpowiednim momencie
Wtarłem trochę wokół oczu, profilaktyka przecież jest najważniejsza. Spojrzałem na siebie do lustra. Powoli zaczynam wyglądać ja Marcel Marceau   A gdybym  tak zaoszczędził na tym kremie i zamiast tego  na powieki położył kompresy z herbaty ekspresowej? Odrzuciłem tą myśl widząc siebie z dwoma torebkami na powiekach,  a z każdej zwisa cieniutki sznureczek z metką herbaty  Tetly, albo Irving.  Wiszą tak na wysokości uszu niczym kolczyki. I wyglądam jak korsarz, albo członek stowarzyszenia przeciwko homofonii. Nie,  herbacie zdecydowanie nie. Dlaczego  ten krem nie chce się wchłaniać. Może przesadziłem z ilością.
Dziewięć
Waciki. To ten produkt na który dostawała kieszonkowe żona Siary i co stało się synonimem niskich zarobków. Mnie to kur…a nawet na waciki nie wystarczy. W zależności od opcji można ominąć łacińską wstawkę, chyba że idzie o zaakcentowanie dramaturgii wypowiedzi.
Źle  otwarte opakowanie spowodowało poprzez  nieumiejętne sięgnięcie po waciki,  że cała zawartość wyleciała na podłogę.
O ja Cie ……Cholera doszedłem do dziewięciu, a  w dalszym ciągu tak łatwo popadam w stan irytacji.
Ej!  rozluźnij się!.  A pierdzielę to - pomyślałem wrzucając całą kupę wacików do szuflady. Czego czy nie widzą ….
Starłem resztkę kremu. Naciągając skórę na twarzy spojrzałem w lustro. No tak, po tym kremie lepiej się  naciąga. Może i działa, przejrzałem półkę żony. Ale wszystko tam okazało się dla mnie nie przydatne. Szczególnie krem ściągający pory. Po co kiedy stałem właśnie całkiem nagi w tej łazience.
Osiem i siedem
Żeby nadrobić plan o czy wspominałem wyżej bo wypadłem z rytmu.
Niektóre elementy mojego ciała doszły wreszcie do wniosku, że  to relaksowanie to jedna wielka lipa. A  z przedłużającego  się stanu  przebywania bez ubrania,  nie należy wyciągać  żadnych wniosków co do najbliższej przyszłości. Mój największy przyjaciel  zdecydował się na pełną  obojętność wobec otaczającego go świata.  Jeżeli to efekt aromaterapii trzeba uważać na ten żel.  Jeżeli zaś to krem,  to używać z rozmysłem. Tak potraktuję to jako dwa punkty chociaż w innych sytuacjach taka dezercja przyjaciela, wypełniłaby wszystkie punkty zaplanowanego wieczoru.
Sześć
 Nomen omen czyta się seks,  szczególnie chyba z niemiecka. A że ma być odwrotnie założyłem na siebie gruby frotowy szlafrok. Na takim szlafroku w damskiej wersji mona by napisać „anty seks”, ale nie wyobrażam się sobie w różowym prześwitującym szlafroczku, Te piórka drażniące nos i w ogóle. No chyba że ktoś to lubi. Ale  wiadomo gusta… Wyszedłem z łazienki Przechodząc obok lustra spojrzałem na siebie - spoko. Zgiąłem w łokciu prawą rękę i wyprostowałem kciuk. W kręgu naszej kultury znaczy to właśnie - spoko. Być może wpływ na pozytywny autowizerunek miał brak okularów korekcyjnych, ale nie zawracałem sobie głowy takimi drobiazgami. Relaks.
Pięć
Siadłem wygodnie w fotelu.  Muzyka sączyła się w tle , a ja nalałem kieliszek ulubionego czerwonego wina. Odkorkowałem butelkę na początku działań  relaksacyjnych, aby wino mogło odetchnąć. Ponoć czerwone wino powinno się pić dopiero po minimum 30 minutach od zdjęcia korka. Mój Boże, a kto miałby czas na takie czekanie?, szczególnie gdy pragnienie dominuje na dobrym smakiem.
Zdarzały się chwile,  gdy otwierałem dwie butelki. Pierwsza na pierwszy ogień, druga mogła pooddychać.  Ale na tych imprezach smak i aromat nie były czynnikami decydującymi.
Powoli wziąłem do ręki kieliszek i podniosłem do światła. Rubinowy kolor trunku zmieniał optykę widzenia świata,  Jak  w soczewce mienił się wszystkim odcieniami czerwieni, różu nie wyłączając. Potrząsnąłem  kieliszkiem, aby zapach podniósł się ponad brzeg kieliszka. Pociągnąłem łyk. Wspaniały smak,  doskonały rocznik, południowy stok winnicy - zdało się mówić moje wewnętrzne ja, nie zauważając,  że z szyjki butelki zwisała smętnie resztka banderoli fiskalnej.
Południowy smak winnicy ? W Carrefourze ?.
Nie dałem się jednak ponieść temu dołującemu realizmowi.
Cztery
Doskonały smak. Trzeba było od tego zacząć. To co, dalej świergot trznadla ? Może  jakiś film?
Albo powrócić do tej książki porzuconej ze dwa miesiące temu.  Tylko gdzie ona leży?
Okolice łóżka wydawały się  nieodpowiednie  poczuciu estetyki Kochanej Żony.
Wszystkie rzeczy znajdujące się w naszym  domu ułożone są z reguły w jej poczuciu estetyki, a ja mając  na względzie trwałość związku,  jako priorytet nie kruszyłem kopii  o miejsce składowania maszynki do krojenia jajek.  Oczywiście ten stan wewnętrznego zrozumienia dla porządku rzeczy i  ludzi osiągnąłem stopniowo,  z wiekiem, gdzieś w okolicy piątej rocznicy wspólnego pożycia.
Prawa ręka jest swobodna. Lewa ręka jest swobodna.
Prawa noga jest swobodna, lewa noga jest swobodna.
Czy w takiej sytuacji chce mi się szukać książki o niełatwych relacjach mężczyzny i kobiety dwadzieścia lat później?
A może trzy ?
Cóż tam mamy pod tym numerem?
Tri -  jakby powiedział mistrz  hipnozy i relaksacji  Kaszpirowski.  Jeszcze tylko dwa i adin,  stan pełnej nirwany, w osobistym rozumieniu tego określenia.
Najpierw łyk wina. Podniosłem kieliszek do ust i już miałem zanurzyć powoli łapczywe wargi w rubinowym napoju bogów,  gdy z tego oderwania od zewnętrznego świata wyrwał mnie dzwonek do drzwi.
Nie to nie może być prawda. Gdzieś w tle leciały właśnie odgłosy godowe uchatki bałtyckiej skompilowane z muzyką Mozarta na instrumenty elektroniczne,  w konwencji  New Romantic. Przede mną stało kusząc kolorem i aromatem wino. Za drzwiami stał ktoś i domagał się wejścia.
Przez chwilę udawałem że mnie nie ma, ale ten Ktoś nacisnął guzik dzwonka drugi,  a za chwile trzeci raz. Cóż było robić?
Może to życie, może to mój los ze swymi darami.
 - Dary, dary losy - nucąc niebezpiecznie przyczepiający się do człowieka refren,  podszedłem do drzwi. Delikatnie uchyliłem skrzydło. Na progu stał młody  człowiek, ubrany w elegancki garnitur.
- Dzień dobry , tu podał imię i nazwisko,  ja jestem sąsiadem z drugiego bloku i startuję w wyborach samorządowych z formacji   „Czas na zmiany Panie Kochany”
- Co Pan,  Panie kochany chciałby zmienić - spytał z pewnością w głosie podobną Monice Olejnik.
- Życie Panie kochany, Życie chciałem zmienić i zaczynałem od siebie i dobrze mi szło. Pan mi się wpierdzielił  z tymi swoimi pytaniami.  Boże jak ja nienawidzę polityki.
Wyciągnąłem mu z ręki ulotkę  i zamknąłem drzwi. Stał jeszcze chwilę w osłupieniu na wycieraczce zanim poszedł dalej, zadawać pytanie -  Co zmienić? Oprócz obsady stołków, bo to jest dla nich oczywiste.  A przecież to oni powinni przedstawić swój projekt zmian. Ja mam im pisać program wyborczy? O nie  
Wróciłem do pokoju. Walnąłem wino nie zwracając uwagi na jego smak.  Płyta właśnie się skończyła,  a maszyna wypluła na zewnątrz kolorowy nośnik.
Mój proces relaksacji dobiegł końca.  Może skończył się trochę ostrym resetem, co spowoduje u mnie ból głowy, jak u kobiety bez spełnienia, ale   jutro z nowymi siłami stawię  wszystkim czoła. Śmieciarzom blokującym wyjazd z osiedla,  którzy flegmatycznie zapinają pojemnik za pojemnikiem,   dwadzieścia po siódmej,  a gros mieszkańców wyjeżdża  wtedy do pracy.
Strażnikom miejskim  czającym się po krzakach, aby wręczyć mandat  emerytce, za wyprowadzenie piętnastoletniej suczki kundelka bez kagańca. Młody mógłby ich opieprzyć albo nie daj boże przyłożyć.
 Wymuszającym pierwszeństwo,  młodzieńcom w sportowych samochodach.
 Nawałowi pracy i niedoborowi kasy stanowiącej rekompensatę tej roboty.  I tak do następnego wieczoru z kremem redukującym zmarszczki.
Chyba że spróbuję medycyny ludowej. Jakiś  towarzyski drink – siedemnaście,  jakiś wspólnie obejrzany film – szesnaście  i  seks,  byle tylko nie jakiś.  I to będzie od piętnastu do jednego.
I może jeszcze raz jeden.
Antoni Relski
36 komentarzy
18 listopada 2010
Zajrzał za pralkę. Ręką przeciągnął wzdłuż węża odpływu i z nadzieją  spojrzał na końcówki palców, były suche. Suche i trochę zakurzone. Potem odsunął płytkę zasłaniającą odpływ brodzika   i wykonując pozycję „padnij”, zajrzał w  czeluść jamy. Swoimi działaniami przypominał mi sierżanta, dokonującego kontroli czystości podległych mu żołnierskich pomieszczeń. Dobrze że nie miał białych rękawiczek, one dołują najbardziej.
Jeszcze tylko  toaleta - nie tracąc energii skierował się do kolejnych drzwi.
Zamiłowanie do porządku wyrobione u mnie ręką żony i zastosowaniem skomplikowanego systemu nagród bądź braku nagród,  przyniósł efekty. Bez stresu  otwierałem sąsiadowi pomieszczenia łazienki i toalety. On macał rury wzdłuż, od sufitu do podłogi w nadziei znalezienia ukrytego wycieku, przyczyny  ustawicznego zalewania świeżo odremontowanej łazienki.  Nadzieja gaśnie ostatnia  i widziałem jak gasła mu w oczach. Nie byłem już sprawcą nieszczęść, stałem się powiernikiem  sąsiedzkich kłopotów.
- Idę od Pana  i sprawdzam, ale jestem pewien, że to znowu sąsiad z drugiego.  On mi nigdy nie otwiera drzwi.  U Pana jak zwykle sucho  - wystawił mi certyfikat wilgotności.
- Tak sąsiedzie: sucho, czysto i bezpiecznie, jak w reklamie podpasek.
Nie na darmo nauczyłem się przeznaczenia tych wszystkich plastikowych buteleczek, pełnych chemikaliów, żeby sąsiad – sierżant tego nie zauważył .
- Zgadza się zgadza  - poprawił się sąsiad .
 - Wie sąsiad, byłem wczoraj u tego z pierwszego piętra, bo łazienka wprost nade mną. Zbierałem się trochę, bo wiadomo sąsiad ze skłonnością. Otworzył mi i już w drzwiach poczułem,  że dzisiaj równiej pofolgował swojej ulubionej skłonności. Grzeczniutko jednak  otworzył mi łazienkę i pokazał plamy na suficie.
-  To od Bednarka -  powiedział - On mnie zawsze zalewa, ale ja to pierdzielę. Łazienka jest po to żeby była woda, to i jest.  W kranie jest, w kiblu jest a i trochę na suficie. Nie będę zadzierał z Bednarkiem, jak człowiek pożyczył mi latem dwie dychy, a ja mu je jeszcze wiszę. Zrobię dym, on się wkurzy i zażąda zwrotu, a u mnie Panie Bronku przednówek, kasy nie ma.
Może bym i zrobił remont, i nową umywalkę wstawił , ale wiesz Pan ,m kasę mam tylko na flaszkę – zakończył, puszczając perskie oko.
- Jak Pan chce niech pan sam atakuje Bednarka – dodał.
 - Byłem dzisiaj, ale nie otworzył. Auto stoi przed blokiem więc powinien być w środku. Pewnie się poczuwa, bo jakby się nie poczuwał, to by otworzył.
- A może poszedł do kościoła? Sobota wieczorkiem, awansem za niedzielę.
- Pomodlić się o suche rury? – zażartował monotematycznie  sąsiad.
Korzystając z okazji  omiótł wzrokiem  po elementach wyposażenia i kosmetykach. Powiedz mi czym się pryskasz a powiem ci kim jesteś. Sąsiedzi wszak poddają nas ciągłej psychoanalizie.
 Poza kosmetykami, innych pamiątek nie było.  Ojciec opowiadał mi, że kiedyś  w trakcie  popularnie obchodzonych wtedy imienin, wyszedł  do  toalety. Jana znał od lat żartował z jego krakowskiej oszczędności, ale to co zastał w łazience, przerosło jego wyobrażenie oszczędności. Na bieliźnianym sznurku, przypięte klamerkami do bielizny smutno zwisały dwie prezerwatywy. Wyprane dokładnie  po ostatnim użyciu. Całkiem niedawnym użyciu ponieważ w świetle żarówki , jeden perlił się jeszcze  kropelkami nie zaschniętej wody.
Pewnie wspólne przygotowywanie stołu na przyjęcie gości, wyzwoliło drzemiące w nich pokłady namiętności. Być może  był to bezpieczny prezent imieninowy. Prezent w dalszym ciągu dość popularny wśród płci. Skąd Wam przychodzi do głowy, że akurat to chcemy dostać z okazji imienin? A gdyby tak spróbować  bez okazji . Już widzę takie hasło:
„Chcesz otrzymywać kwiaty bez okazji ? I Ty spróbuj być  spontaniczną.”  Wracając do znajomego  Ojca,  kolega uwierzył być może,  w przedwojenne hasło reklamujące  gumki. Brzmiało ono :”Prędzej Ci serce pęknie”. A teraz ? Wymyślono strefy zgniotu samochodów, jednorazowe maszynki do golenia i prezerwatywy wytrzymujące (bądź nie jeden raz) O ile gumka spowszedniała, o tyle maszynka jednorazowa dalej jest jakimś symbolem statusu majątkowego.  Znajomy  zwierzył się kiedyś przy piwie:
- Chciałbym być kiedyś tak bogaty, by móc używać maszynkę jednorazową tylko raz.
Zamknąłem drzwi  puszczając sąsiada przodem.
- To mówi sąsiad, że na pierwszym sufit zalany? – nie wiem po co pociągnąłem dalej temat. Może to wrodzona empatia? –  To znaczy że sąsiad drugiego  wanny używa, a do mnie miał pretensje o kąpiele, szczególnie te późne. A tu patrz Pan sam sobie wodą ciurka.
- Ciurka, ciurka drogi Panie, raz po wannie raz po ścianie – zrymował sąsiad znowu monotematycznie.
- Ale że go ten z pierwszego nie spieprzył za te zacieki?
- Bo  wie Pan On w ogóle grzeczny jest. Nawet jak idzie zawiany,  to się grzecznie kłania, gdy się przypadkiem mijamy na przykład na schodach. .
- To dobrze, że się mijaliście na schodach. Ja mijałem go kiedyś, gdy stał za potrzebą przed krzakiem  bzu za blokiem. I On wtedy  postanowił  właśnie, pomimo wszystko  przywitać sąsiada . Gdybym nie odskoczył, to by mi na buty nalał…  A potem wyrzucił z siebie
Sooorrrry starrry.
-  O grzeczny i przeprosił. Nie mówiłem?
- W dupie mam to jego przepraszam, spieprzałem jak szczeniak.  Ale refleks jeszcze mam.
- A może by Pan zszedł na dół i zapukał?  Co? Ja stanę za murem, a jak sąsiad nie spodziewając się niczego otworzy, ja go zaskoczę wyjściem smoka.
- Co Pan dzisiaj brał, na takie pomysły ? – spytałem.
- Piwo niepasteryzowane, a Panu postawię dwa jak to się uda.
Cóż było robić, przekonał mnie. Zeszliśmy na dół. Sąsiad przyczaił się za murem, ja zapukałem.  Po chwili dało się słyszeć  delikatne dreptanie i poczułem że jestem lustrowany.
Zgrzyt  klucza w zamku, jeszcze łańcuch  i w szparze lekko rozwartych drzwi pojawiła się siwa czupryna sąsiada z drugiego.
Co się dzieje ? - spytał rozkojarzony
Witam – odpowiedziałem lekko zaskoczony, że poszło tak gładko. Nie przygotowałem się na taką ewentualność. Myśl szybko – zażądałem od siebie.
- Bo widzi sąsiad, założyłem się z sąsiadem z parteru o dwa piwa,  że Pan jednak przyjmuje odwiedziny. I jak Pan widzi wie - wygrałem.
Nie skłamałem. Po prostu podałem prawdę w ciekawszych kolorach.
Zza muru wypadł rozgorączkowany  Henryk - sąsiad z parteru.  Andrzej - sąsiad z drugiego, chcąc czy nie,  zgodził się na wizję lokalną.  Nie znaleźliśmy niczego co by go kompromitowało,  z wyjątkiem wycieku z rury. Wycieku z rury  głównego pionu wodnego. I to  w sobotę po południu.
Ale piwo wygrałem, może zarobiłem
Przydało się,  bo za chwilę sąsiedzi z drugiego i z parteru, zgodnie zakręcili wodę wszystkim.
Nie umarłem z pragnienia, miałem dwa piwa, a inne (lepiej będzie niektóre)  rzeczy potraktowałem z nowobogacką rozrzutnością - jednorazowo.
Sąsiedzka sobota pożegnała mnie rdzawą wodą,  przed samiutką północą.       

Antoni Relski
35 komentarzy
14 listopada 2010
Uczciwość to taka głupia cecha. Nakłania nas do robienia rzeczy sprzecznych z marzeniami,  a w zamian daje wyłącznie satysfakcję i to nie zawsze.
Piotr siedział przy stole w kuchni i beznamiętnie wpatrywał się w porcelitowy kubek.  Popielato- granatowe, Inspirowane sztuką ludową wzory, zdobiły zewnętrzną ścianę naczynia. Wewnątrz od ponad godziny  parzyła się torebka herbaty ekspresowej.  Zbyt długo zwlekał z piciem, aby teraz napar sprawił mu przyjemność. Zamiast aromatycznego gorącego  płynu letnia lura, z pływającymi osadami na wierzchu.
Odeszła. Jego żona odeszła w zeszłym tygodniu. Cichaczem  spakowała swoje rzeczy  i zniknęła z jego życia.  Dokonując swoistego podziału majątku. Odeszła ze swoimi rzeczami, cennymi pamiątkami i kontem, które do zeszłego tygodnia było wspólne. Dorobek życia wypłacony w gotówce   spowodował debet w  banku, widoczny na otrzymanym wyciągu.  I to w zasadzie  koniec całej  historii. Typowej, zdarzającej się niestety  dość często. Przyzwoitość i zaufanie ukarane za towarzyszącą im uczciwość.
Od dziecka  wpajano mu przedwojenne zasady postępowania, a  kiedy był już  nastoletnim młodzieńcem, z  zasad tych uczynił regułę i traktował jak swego rodzaju  metodę na życie.
Czy z tym  żyło się lepiej? Zdecydowanie nie. Kiedy chodził z Joanną  i sprawy  szły w kierunku nieuchronnego  seksu, dokonał bilansu wszystkich za i przeciw, a kiedy z sumy wyszło mu – przeciw, napisał do niej długi pożegnalny list. Napisał w nim że odchodzi ponieważ zaczął myśleć o niej jak o kobiecie,  a seks traktuje  poważnie. Nie chce nadużyć jej zaufania,  będąc świadomym tymczasowości związku i braku przynajmniej z jego strony planów na przyszłość.  Chcąc być uczciwy wobec niej odchodzi. Otrzymał list  w którym Joanna napisała :  Moja mama mówi, że ja to mam szczęście do  porządnych ludzi.
Kumple pukali się w czoło twierdząc,  że te wyznania mógł spokojnie uczynić  po romantycznym spotkaniu i zwalić wszystko  na niedopasowanie, chłód emocjonalny, czy co tam jeszcze…
On jednak tak rozumiał uczciwość. Kiedy po latach spotkał Joannę, przywitali się serdecznie i bez żalu. On już wtedy żonaty, Ona artystka,  wolny strzelec.  Pozdrowienia, trzy słowa o sobie, ot to na co jest czas pomiędzy jednym a drugim przystankiem autobusu.
Łyżeczką wyłowił torebkę i okręcając sznurkiem wokół metalu i wycisnął resztkę tkwiącej pomiędzy wiórkami esencji. Podniósł kubek do ust i pociągnął spory łyk. W smaku była taka jak ocenił, letnia i zdecydowanie niesmaczna. 
Elżbietę  poznał, kiedy lizał rany po poprzednim związku. Zakochał się jak szczeniak i zaangażował po same czubki palców. A kiedy został odtrącony, zamknął się w swojej skorupie. Ela  pokazała mu dobrość i czułość – uczucia  tak ważne w jego sytuacji. Nie zakochał się w niej od razu, uczucie dojrzewało jak wino.
Ślub,  dom, wyposażenie  i plany na przyszłość. Z czasem nauczył się mówić,  że ją kocha i że jest niezbędna dla jego życia  jak powietrze. Jako pewnik przyjmował,  że u niej jest podobnie.
A później zapadła decyzja o wyjeździe do pracy za granicę. Długo rozmawiali na ten temat i tylko w eksportowej robocie widzieli źródło poprawy sytuacji materialnej. Spakował więc walizy i ruszył za szczęściem. Nie od razu za wielką wodę, ale na początek za wąski kanał zwany Angielskim lub La Manche,  w zależności od tego na którym jego brzegu stoimy.  I telefony.   Raz w tygodniu, ze względu na koszty, a później kiedy znalazł stałą pracę,  częściej. Przesyłał pieniądze na ich wspólne małżeńskie konto.  A kiedy stan konta zaczął rosnąć, oni zaczęli myśleć o poważniejszych wydatkach. On kupił samochód, ponieważ ułatwi to jej codzienne obowiązki, do  wypełniania których została sama. Ona zaś postanowiła zrobić prawo jazdy. Dotrzymywać zobowiązań to przecież takie ważne.
Ona skończyła  teorię,  On walczył z samotnością na wyspach.  Współmieszkańcy wyciągali go na weekendowe szaleństwa, raz poszedł ale smak Guinessa zakłóciła mu konieczność tłumaczenia kumplom,  że nie akceptuje piątkowych panienek i że jeżeli żona  nie widzi to również nie w porządku.
Wybierał  więc książkę na weekendowe wieczory, albo Internet i szklaneczkę whisky. Zmniejszało to również prawdopodobieństwo spotkania Mileny, koleżanki z pracy. Atrakcyjna Czeszka adorowała go, wywołując zazdrość kolegów. Kiedy  spotkał ją kiedyś w pubie, a  sprawa  wzajemnych relacji nabrzmiała,  przy szklaneczce whisky opowiedział jej o żonie, miłości i zaufaniu. Milena  powtórzyła słowa, które już kiedyś przeczytał - Twoja żona to ma szczęście do porządnych ludzi. Zaproponował  jej przyjaźń, a Ona na nią przystała. Ale w Czechach jak i u nas nie wierzą w przyjaźń mężczyzny z kobietą.  Wolał więc unikać  niezręcznych sytuacji i eliminował pewne miejsca ze swej mapy.
Żona rozpoczęła jazdy, o czym informowała go ostatnio w mailu. A później obstalowała sobie dodatkowe lekcje, szczególnie z parkowania. Parkowanie to miało okazać się brzemienne w skutkach.
Póki co rozmowy z żoną stały się jakby rzadsze,  z powodu tych właśnie dodatkowych jazd. Wiadomo bowiem powszechnie, że szkoły kierowania  obciążone są na maksa i dodatkowe lekcje można brać albo   skoro świt, albo wieczorem. Niechęć do porannej aktywności spowodowała wybór drugiej części dnia na wspomniane korepetycje.
- Ty chyba chcesz zrobić doktorat z  parkowania – zażartował Piotr, w trakcie jednej z wieczornych rozmów.
-Daj spokój, to dla nas ważne  - zgasiła go żona.
Odstawił kubek do zlewu, obok innych stojących w równym rządku. Wyjrzał przez okno. Próżno jednak szukał sylwetki  kilkuletniego Audi.  Wraz żoną i pieniędzmi z konta odjechało w siną dal. Zakwalifikowała je  jako rzecz osobista, lub ważną pamiątka.  Zresztą z przyczyn praktycznych zarejestrowali  Audi na Elżbietę.
Ta dal nie była tak do końca siną . Dobrzy ludzie powiedzieli, że odeszła z instruktorem nauki jazdy. Krótki acz burzliwy romans, zaowocował  spektakularnym porzuceniem. Ela wynajęła mieszkanie gdzieś na mieście  i spotykała się tam z Panem Edkiem,  który tak chętnie uczył ją praktycznej umiejętności zmiany biegów,  wykorzystując do tego celu każdą znajdującą się w pobliżu  dźwignię, osobistej nie wyłączając.
I tak Piotr przeżywał porzucenie, kwestionując wpojone zasady, Elżbieta z Edwardem  pili  eleganckie alkohole,  w równie eleganckich knajpach, za sprawą irlandzkiej pensji Piotra.
Wszystko do czasu kiedy skończyły się pieniądze, a prowadzone niewprawną ręką niedoświadczonej kierowcy Audi,  wylądowało w rowie. Zmięta karoseria obniżyła możliwości jezdne pojazdu, oraz całą jego materialną wartość. W końcu i Pan Edek kiedy poczuł kończące się pieniądze, zaczął udzielać dodatkowych lekcji parkowania innym ambitnym kursantkom, a dla Eli miał jakby mniej czasu.                       
- Frajer – ocenili Piotra  znajomi, którym opowiedziałem ta historię. Nie rozlicza się z tego, czego  nie widać. Nie widać znaczy nie ma. A tak ma przesrane życie.
- Jeszcze się taki nie urodził, co by babie dogodził – podsumowali inni.
Moje opowiadanie jest jednostronne ponieważ nie znam poglądu na ten temat drugiej strony. Ela zerwała kontakty towarzyskie z gronem swoich znajomych,  w czasie kiedy to Pan Edek był jej całym światem. Teraz zmieniła numer telefonu, być może ma  jakieś powody tej emigracji.
Sami ze sobą komunikują się czasami przy pomocy maila.  Jak by nie było ten nieformalny podział majątku nie zmienił pewnych wspólnych praw własności.
Na papierze nadal są małżeństwem, a przynajmniej Piotr analizuje powody, które wywołały wiadome skutki
A może jest tak jak śpiewa  K. Kowalska   
Łatwiej odejść trudniej znieść
Codzienności smak”

 Jest jednak optymistyczne zakończenie tej zwrotki;
„Ale mogę jeśli chcesz
Być ci niebem

W które ze mną wzlecisz” 
 
Tylko czy z czasem niebo, również nie staje się codziennością ?

Antoni Relski
60 komentarzy
09 listopada 2010
No i najadłem się tego smalcu babcinego ze świeżym chlebem. Poruszyłem wspomnienia, zwiększyłem cholesterol i naraziłem się miażdżycowo. A efekty już widać. Wypadłem z rytmu i opuszczam się  w  regularności publikacji wpisów. Bo jest jakiś inny powód?
 A może to tylko depresja? Wszechobecna depresja zaczynająca się po czterdziestce, a owocująca dziesięć lat później. I to z jakiego powodu?
Że zmarnowaliśmy sobie życie zakładając rodzinę, która zabiła  w nas  pasję i podcięła skrzydła. A przecież tak dobrze zapowiadaliśmy się w młodości.
Że zmarnowaliśmy sobie życie nie zakładając rodziny,  a mamy takie silne poczucie więzi rodzinnej, której nie mamy okazji spożytkować. A tak dobrze zapowiadaliśmy się w młodości.
Że nie mamy samochodu (obecnie rzadkie)
Że mamy samochód, ale jest  gorszy od samochodu naszego sąsiada
Że zmienili czas na letni, że zmienili czas na zimowy
Że zima, że lato, że jesień.
Że mam taką skłonność do depresji. Że żona widzi tylko swoją depresję, a chciałbym, aby choć na chwilę pochyliła się nad moją
I tak dalej. Że mi się wszystko poodwracało. Dzięki że chociaż krwiobieg działa jak poprzednio i pryszcz to moje nadciśnienie. 
Bo odwrócony krwiobieg to dopiero powód do zmartwień.
Jakiś czas temu Hanula napisała w komentarzu:
„Od jakiegoś czasu prowadzę obserwacje i badania. Otóż, gorące napoje powinny szybciej uderzać do głowy, a mnie najpierw rozgrzewają stopy /z natury lodowate, ręce, a później całą resztę... I tak się obserwuję od pewnego czasu i nadziwić się nie mogę...
Moja diagnoza że to być może właśnie odwrócony krwiobieg.  Że nie ma czegoś takiego? Oczywiście że jest.
Przyszedł kiedyś facet do lekarza
- Panie doktorze mam odwrócony krwiobieg
- A czym to się u Pana charakteryzuje - spytał zaciekawiony lekarz, który kończył właśnie drugą specjalizację, tym razem  z psychiatrii.
- Wie Pan dwadzieścia lat temu jak dziewczyna głaskała mnie po głowie, mój penis stawał dęba. A teraz kobieta dotyka mojego penisa a mnie  stają dęba wyłącznie włosy na głowie.
Hanula ma szczęście, że dotknęła ją najlżejsza forma tego schorzenia. I Ja dzięki bogu nie muszę  rejestrować się do lekarza rodzinnego
Od zmiany czasu zasypiam jak małe dziecko, bez mrugnięcia okiem. No przesada. Może mrugnę ze dwa razy, ale czując bezsens walki pogrążam się  w objęcia Morfeusza. Co nie przeszkadza mi budzić się nad ranem dla smutków trosk i wyrzutów sumienia i to bez względu na to, czy mam powód do sypania głowy popiołem czy nie. Zadaję sobie pytania na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Ale w tym stawianiu trudnych pytań nie jestem chyba odosobniony. Otóż przeczytałem jakiś czas temu na Onecie,  że   wyszukiwarka ask.com stworzyła listę 10 pytań bez odpowiedzi.  Ranking sporządzono na podstawie analizy około miliarda pytań, zadawanych przez użytkowników w ciągu ostatnich 10 lat.  Dziesiątka najczęściej zadawanych pytań bez odpowiedzi wygląda następująco:
1. Jaki jest sens życia?
2. Czy Bóg istnieje?
3. Czy to prawda, że blondynkom żyje się weselej?
4. Jaki jest najlepszy sposób na zrzucenie wagi?
5. Czy kosmici istnieją?
6. Kto jest najsłynniejszym człowiekiem na świecie?
7. Czym jest miłość?
8. W czym tkwi sekret szczęścia?
9. Czy Tony Soprano umarł?
10. Jak długo będę żył?
 A  gdyby tak każdy z nas zrobił sobie ranking pytań które zadaje  sam sobie, a na które nie otrzymuje odpowiedzi.
Antoni Relski
27 komentarzy
04 listopada 2010
Kiedy dorzuciłem do ekologicznej torby  krem o odpowiednim stopniu nawilżania okolic oczu, osiągnąłem stopień pełnej satysfakcji zakupowej. Udałem się więc w kierunku kilkukondygnacyjnego parkingu.  Zgodnie z obyczajem zarabiania na kilku frontach, parking był płatny powyżej jednej godziny. Mnie na zakupy wystarczy, dla żony to jedynie prolog. Czy długo,  czy krótko, przed wyjściem na parking znajduje się automat do którego wrzucamy bilet parkingowy. Bezduszna maszyna określa kwotę zapłaty, albo puszcza wolno, w przypadku nie przekroczenia w/w godziny. Zbliżyłem się do maszyny, ale nim zdążyłem wrzucić bilet  zauważyłem odręczne pismo, wykonane granatowym niezmywalnym pisakiem.
„Lubię kurwy i chleb ze smalcem’ – taki manifest przeczytałem na ścianie w Galerii Krakowskiej. Przyznam szczerze,  że autorytatywnie mogę się wypowiadać jedynie o chlebie ze smalcem. Być może korzystanie z usług wspomnianych pań jest tak wyczerpujące,  że chleb ze smalcem  służy do zabezpieczenia sił na,  lub uzupełnienia straconej energii po.  Ja w duecie lokowałem  raczej wspomniany chleb,  koło kubka herbaty, albo zbożowej kawy z mlekiem, ale to już  to takie smaki dzieciństwa.  Moja babcia przygotowywała smalec z cebulką,  w  małym emaliowanym rondelku, który przykryty był  takąż samą  pokrywką. Garnek  stał gdzieś w chłodnym miejscu , ponieważ wspomniana babcia nie posiadała lodówki. Zresztą takowa była jej zupełnie zbędna.  Czasem zaraz po szkole, ubrany w satynowy granatowy fartuch z białym  mocno wykrochmalonym kołnierzykiem i  tornistrem na plecach,  oraz  tarczą  szkolną na ramieniu, gnałem polnymi dróżkami do babci.  Duża dwójka określająca numer szkoły na mojej tarczy podskakiwała radośnie,  przyszyta do lewego ramienia.  A kiedy wpadałem do małego drewnianego domku,  babka kroiła szeroką pajdę  świeżego chleba od Rabendy oczywiście ze wspomnianym smalcem.  Esencja herbaciana zaparzona w małym dzbanuszku, uzupełniona wodą, która ciągle gotowa do parzenia herbaty stała na blasze dużego, bielonego, kuchennego pieca. Taka herbata pita w kubku, który pamiętał jeszcze przewrót majowy  Piłsudskiego, smakowała wyjątkowo.  Całość jak zwykle  przesłodzona, z  powodu  dobrodusznego serca babki. Nigdy nie powtórzyłem tego smaku, chociaż herbata była zwykła, tania. Ulung albo Junan.  Siedząc na schodach przed gankiem patrzyłem w dal na dojrzewające śliwki. Jakiej maści była ta krzyżówka? Na Boga,  nie pamiętam. Pamiętam tylko, że miały lekko gorzką skórkę, bardzo słodkie wnętrze mocno przyklejone do pestki, a całość  niesamowicie przyspieszająca perystaltykę jelit. Czasem aż trudno było dojść do domu.  I wiśnie  ciemno krwiste ale  bardzo kwaśne. Kuszące swoim kolorem na rozłożystych chociaż drobnych gałęziach.  Nie ma już tamtych śliw, nie ma jabłoni, a przede wszystkim babci, która tworzyła ten wspaniały  smalec.  Babcia w kuchni - zjawisko chyba powszechne, ponieważ poprzez sentyment producenci żywności, na masową skalę tworzą babcine wariacje.  A więc szynka babuni, golonka, babuni, nalewka babuni. Sok i konfitury, na pasztecie i parówkach kończąc. Widząc te cuda uśmiecham się szeroko,  ponieważ wiem,  że te parówki mają tyle wspólnego z babunią ile  fasolka po bretońsku z Bretanią, a placki po węgiersku z Węgrami.  To akurat wiem ponieważ pytałem jednego zaprzyjaźnionego Węgra i dla równowagi jedną Bretonkę.
Oczywiście, nie znają takich potraw.
 Miejsce w którym stał drewniany domek jest w tej chwili poboczem drogi szybkiego ruchu. I bardzo szybko mogę dojechać w okolice cmentarza, aby zapalić  dla Niej lampkę na grobie. Cena postępu, mówię oczywiście o  drzewach  i budynkach, chociaż swoją drogą, babcia też zakończyła życie  w wyniku kontaktu bezpośredniego z motoryzacją, a więc jakby nie było z nowoczesną techniką.
Po powrocie do domu nie mogłem odmówić sobie przyjemności przygotowania takiego domowego smalcu, z odrobioną boczku, jabłka,  oraz majeranku i wspomnianej wcześniej cebulki. Zapach jaki roznosił  się wokół kamionkowego naczyńka był zabójczy, tak jak i poziom cholesterolu, który wtłaczałem sobie do organizmu, Cóż to wobec radości i  wspomnień. Zażyję dodatkowe pół tabletki na cholesterol.   Poza tym ten ostatni dzieli się na dobry i zły.  Czy wyobrażacie sobie, aby smalec domowy zrobiony z taką ilością serca, faszerowany takimi wspomnieniami mógł szkodzić? Zdecydowanie nie!
 Czuje to smarując następną kromeczkę swojskiego chleba, o którym już kiedyś pisałem
- Smacznego.
- Dziękuję – odpowiedziałem sobie radośnie.       

Antoni Relski
23 komentarzy

31 października 2010

Pażdziernik 2010

30 października 2010
A potem żyli długo i szczęśliwie. On dostał połowę  królestwa  i królewską córkę,  ona męża z ludu który do tej pory pomykał drewnianą łyżką z glinianej michy.  Z michy tej równocześnie pożywiało się  siedmioro rodzeństwa, dzieci biednego stróża, jeszcze  lepiej  szewca, albo  aby tragizm był większy wdowy po takim szewcu.  Zamiana czworaków  na marmurowe posadzki wytwornych pałaców nie oznaczała wcale że później żyli długo,  a już w ogóle szczęśliwie   Bo cóż pozostaje w życiu,  kiedy kończy się zachwyt nad erekcją nad żądanie  i wieczorami trzeba porozmawiać o życiu, może jakiejś obejrzanej  sztuce teatralnej, albo kwartecie smyczkowym, który przygrywał w pałacowych  ogrodach w ostatnią niedzielę.  A kiedy brak wspólnych tematów  następuje ewakuacja z domu, na korzyść pubu,  męskiego piwa lub sponsoringu. Zdarza się również emigracja wewnętrzna, lub alternatywny świat wirtualny.  I wtedy dopiero zaczyna być ciekawie.  Awantura, porzucenie, rozwód z wyłącznej winy,  czy w końcu cudzołóstwo. Dlaczego piszę „w końcu” często od tego się zaczyna.
 A u śledzących   bieg zdarzeń wypieki na twarzy.
Cóż może być ciekawego w  historii zgodnego małżeństwa ?  W którym on kupuje jej kwiaty, w drodze do domu i razem z zakupami  zrobionymi  po pracy,  niesie do domu. Nie  narzeka, że nie ma jeszcze obiadu. Przecież  Ona również wróciła właśnie z pracy, on to rozumie. Zdejmuje buty zaraz za drzwiami a potem obiera ziemniaki .  Ona  sosem z torebki podlewa mięso, bowiem jest to jej sposób na  galaktyczne porozumienie.  Później jedzą  przerzucając się  historiami z całego dnia,  usprawiedliwiając nawzajem swoje zachowania.  Oglądają film o równie porywającej pełnej żaru  miłości , która przetrwałą próbę czasu, pomimo  prozy życia , tej  monotonni dnia codziennego.
 Na koniec on masuje jej  ramiona i szyję, a późnym wieczorem Ona zasypia wtulona w jego olbrzymie, bezpieczne ramiona.  Wszystko to pośród pocałunków składanych na jej włosach w zapachu wręczonych kwiatów.  
Bzdura! Taka miłość nie istnieje, jak nie istnieje statystyczny obywatel. Poza tym czy takie historie sprzedadzą się w popularnym magazynie? A może  w TV w tak zwanym dobrym czasie antenowym?
 Zdecydowanie nie. Negatywne  emocje  sprzedają  się lepiej.
Kiedy wrócił do domu alkohol  delikatnie  burzył mu krew w żyłach.  Nie była to ilość która zaburzała  płynność ruchów  czy utrudniała artykulację.  Ot piwo, czy kieliszek brandy. Fakt,  spóźniony nieznacznie  do domu, ale ostatnimi czasy opóźniał  swój powroty na łono, tłumacząc  to nienormowanym czasem pracy.  O ile żona pogodziła się  z nienormowanym elementem wynagrodzenia, akceptując wszelkie zwyżki i wzrosty, o tyle  chętnie widziałaby go w domu, najwyżej  w pół godziny  od  przepisowego końca pracy. Na spóźnienia  reagowała alergicznie, z niekłamaną zazdrością. Problem w tym, że nie miała  dla niego żadnej alternatywy.  Chciała  by tak tradycyjnie, siedział ”przy domu” jak jej ojciec i ponoć ojciec jej ojca.  Któregoś dnia kiedy dała upust swoim emocjom grożąc  mu:
- Będziesz siedział  w domu jak pies przy budzie!
- W porządku , wchodzę w to - odpowiedział bezczelnie. Pamiętaj jednak,  że dobry gospodarz  spuszcza na noc Burka z łańcucha, by ten mógł odwiedzić okoliczne suki.
 Wyobraźnia żony nie dopuszczała jednak do siebie takiej możliwości.
Powiedziane, żałowane. On postanowił postawić na swoim, ona imała się różnych szykan by wymusić posłuszeństwo. Karanie brakiem seksu, nie przyniosło oczekiwanego skutku, bowiem inaczej postrzega się te rzeczy kiedy przestają cieszyć swoją świeżością, a  jedynie przynoszą ulgę. On wyczuł zresztą aluzję i w czasie ostatniego towarzyskiego wieczoru u znajomych,  opowiedział  dowcip takiej mniej więcej treści: 
Przed drzwiami agencji towarzyskiej w małym miasteczko pod czerwoną żarówką znajdująca się nad drzwiami  spotykają się dwaj dżentelmeni. I jak na dżentelmenów przystało ten młodszy ustępuje pierwszeństwa starszemu, bacznie obserwując reakcję. Gdy blask żarówki pada na twarz,  młodszy wykrzykuje
 - Tatuś?
-  Piotruś? - odpowiada pytaniem na pytanie starszy
-  Co ty tutaj robisz?
-  Daj spokój synku,  dziwki teraz takie tanie,  że szkoda budzić mamusię.
Uśmiali się serdecznie ze szwagrem , a na koniec On dodał :
- I jest to informacja dla tych wszystkich,  które myślą,  że  małżeństwo wiąże ręce i zniewala umysł.
Alternatywa? –  to dobre. Gdybym miał łódź nazwałbym ją „ alternatywa” Żeby nie zapomnieć że mamy jeszcze  jakieś wyjście.
-  A nie myślicie że taka „ alternatywa „ może zakończyć się konsternacją ? – spytała siostra. I wtedy dopiero się zaczęło.
 Mężowie zarzucili żonom brak ochoty na seks, żony mężom brak pomocy.
Mężowie  przesadną dbałość  o porządki, kobiety pozrzucanie  skarpet.
Oni to,  one tamto.
Skończyło się jak zwykle. Kobiety są oziębłe, a faceci źle zarabiają.
Jaki związek mają  zarobki z oziębłością?
Z wieczornej  dyskusji  wynikło że duży.
 Kiedy przyszło do rodzinnego prania brudów, ze stylowego salonu zrobił się zwykły magiel.
Ona postanowiła już wracać, on postanowił  pokazać swoją wolną wolę.
Ona zamówiła taksówkę , On skończył flaszkę ze szwagrem.
A kiedy wrócili do domu  było pewne,  że ten wieczór  nie skończy się tak,  że on  masuje jej  ramiona i szyję.  Późnym wieczorem Ona  nie zaśnie wtulona w jego olbrzymie, bezpieczne ramiona.  Wszystko to nie odbędzie się pośród pocałunków składanych na jej włosach,  w zapachu wręczonych kwiatów.
Pomylił czynności i zamiast cichcem obrać ziemniaki,  zrobił  publiczne pranie brudów.
Ona  wsadziła nos w książkę , On wystukał w wyszukiwarce swojego laptopa:  free porn.
Jutro będzie można powiedzieć że szanują swoją indywidualność,   ponieważ  wieczory spędzają w zgodzie  ze swoimi zainteresowaniami.    

Antoni Relski
56 komentarzy
27 października 2010
Tekst zawiera niecenzuralne słowa – przepraszam
Opowiadałem kiedyś taki dowcip:
- Witaj kochanie - powiedziała żona wchodząc do domu -  Ale miałam dzisiaj dzień. Zebrania i zebrania. W trakcie wystąpienia jednego z dyrektorów usłyszałam wyraz, którego znaczenia nie rozumiem „Konsternacja”-  tak brzmi to słowo, ale co ono w ogóle znaczy?  
 Mąż pomyślał chwilę i postanowił wytłumaczyć małżonce, rzecz całą w formie prostej, a przez to zrozumiałej.
- Wytłumaczę Ci to na przykładzie. Wyobraź sobie, że wchodzisz do domu i widzisz mnie z sąsiadką w łóżku. Uczucie, które Cię wtedy ogarnia nazywa się właśnie – konsternacja.
- Nie wiem czy to dobrze zrozumiałam powiedziała żona. Czy konsternacja  na przykład  jest wtedy, kiedy wchodzisz do domu i zastajesz mnie z sąsiadem w łóżku?
- Nie kochanie - zaprotestował mąż. Ty mylisz kurestwo z konsternacją.
W życiu uczucie konsternacji jest nam doskonale, ale samo słowo straciło swój wydźwięk. Obecnie wolimy powiedzieć, że jesteśmy po prosu – wkurwieni.
Nie wiem jednak co dręczyło właściciela łodzi, którą napotkał mój Starszy w trakcie jesiennego spaceru gdzieś w Polsce.
„Konsternacja” tak nazywa się ta łódź, a na dowód prawdziwości informacji załączam zdjęcie. Patrząc pod kątem dowcipu… pewnie miał swoje powody.
Nabrzeże pełne jest zresztą ludzi z traumatyczną przeszłością. Ślad dawnych doświadczeń  nie ciąży już wyłącznie na psychice, ale ratując  zdrowie psychiczne , eksploduje  materializując się  nazwą łodzi.  Bo przecież nie wspólny wypad  do knajpy  stanął  o podstaw  pomysłu nazwania łodzi jak na drugim zdjęciu – „ Szwagra cień”. Sam  szwagra posiadam, więc podejrzewam,  ile musiał nagrabić sobie pierwowzór.   
A gdzie dawne stare wypróbowane nazwy?  Marynistyczne jak  Mewa, Albatros. Odimienne
Zosia, Marysia, Dorotka, albo  geograficzne: Horn czy Krzyż  Południa?
Zmienia się czas zmieniają pryncypia. Boję się że za parę lat na burcie nowoczesnej łodzi żaglowej odczytam na przykład  „Orgazm Stefana’ albo „Moje Wielkie Sobotnie Bzykanie” 

  
   
Antoni Relski
40 komentarzy
25 października 2010
Krzyś od zawsze wzbudzał  pozytywne emocje. Współczucie i empatię, a także głęboką potrzebę pomocy.  Bo Krzyś to jest Krzyś, symbol życiowej niezaradności i bezgranicznej miłości bliźniego.
Krzyś oddałby  ostatnią  koszulę  na rzecz potrzebującego bliźniego, ba Krzyś   taką koszulę niejednokrotnie oddał. Idąc kiedyś na egzamin kończący jego wyższą edukację  zwany egzaminem magisterskim,  spotkał gościa który naprawiał samochód. Podniesiona klapa, facet pochylony nad korpusem silnika,  usmarowany do łokci przepracowanym smarem i klnący pod nosem na złośliwe zrządzenie losu.
- Proszę Pana, czy byłby Pan łaskaw podać mi  tę trzynastkę leżącą koła lewego koła - spytał kierowca.
Krzyś  ubrany w elegancki garnitur,  białą koszulę  i stylowy krawat zakupiony specjalnie na tę okazję, pochylił się przy  wiekowej Warszawie i usłużnie podał klucz.
- Co się dzieje? - spytał z  grzeczności, a zarazem dręczącej go ciekawości.
- Chyba poszła prądnica,  ponieważ kontrolka ładowania ciągle świeci – stwierdził facet.  Ochoczo  odpowiedział, ponieważ nadarzała się okazja męskiej rozmowy na fachowe tematy.
- Może jakiś kabelek puścił -  podpowiedział Krzyś,  pochylając się nad usmarowanym silnikiem.
- Nie, kable już sprawdzałem. Są całe i  mocowania po śrubami również
- A pasek klinowy  nie ślizga? – nie dawał za wygraną  Krzyś.
- Nie, ma dobry naciąg, a napinacz podciągnąłem już wcześniej.
Krzyś pomyślał chwilę i twarz  ozdobił serdeczny uśmiech.
- Wie Pan co?  W zeszłym roku mój znajomy miał podobny problem w Syrence.  Wtedy zawiesiły mu się szczotki w prądnicy. Uderzał młotkiem w korpus i po kłopocie. Szczotki wracały na swoje miejsce i było ładowanie.
Ponieważ kierowca nie wiedział gdzie,  ani z jaką siłą uderzyć, podał Krzysiowi młotek.  Sam  zaś zasiadł za kierownicą, aby  lepiej obserwować kontrolkę.
Krzyś z  pochylił się nad silnikiem i wsadzając dłoń głęboko w komorę silnika, wykonał dwa precyzyjne uderzenia.
-Zgasło!, zgasło! -  z radością powiedział kierowca.
Spełniony Krzyś wyciągnął z komory silnika rękę uzbrojoną w młotek. Z precyzyjnych dłoni wyjął  młotek i odłożył na miejsce. Czarne, wysmarowane dłonie roztarł  tak,  że teraz obie miały kolor przypominający uliczny asfalt.  Dodatkowo rękaw nowiutkiej marynarki zdobiła olbrzymia tłusta plama .
- O ubrudził się Pan – zauważył kierowca.
- Nic nie szkodzi, w porządku  - Spojrzał jeszcze raz na wyciągniętą,  rękę zegarek wskazywał dwunastą
- O Boże. O dziesiątej miałem zdawać egzamin.
Spóźniony o dwie godziny Krzyś, z tłustym rękawem i plamą na rękawie wpadł do Sali Egzaminacyjnej. Gestykulował coś brudnymi rękami , wymyślając kosmiczne historię o pomocy w  naprawie Karetki Pogotowia, która wiozła rodzącą kobietę.   Być może członkowie Komisji byli zwolennikami literatury SF, ponieważ przyjęli  go poza wyznaczonym terminem i nie oblali żadnymi podchwytliwymi pytaniami.
To pierwszy znana mi grupa Obrońców Krzysia
Następna to ten tabun kobiet w akademikach,  które uwielbiały opiekować się Krzysiem. Imponowała im  jego życiowa nieporadność. Nigdy nie musiał szarpać się z tymi dwoma haftkami przy staniku. Dziewczyny same  brały ten obowiązek na siebie, licząc się z życiową nieporadnością  Krzysia.
Nie byłem łóżkiem  w pokoju akademickim, ale  wiem że z tego zebrałaby się spora grupa obrończyń. Wszystkie one są  w tej chwili w wieku, kiedy jeszcze żartują z moherowych beretów, ale ukradkiem  mierzą już,  by sprawdzić jak to nosić. Na czubku, może trochę na lewo albo prawo.  Gdyby Krzyś startował w najbliższych wyborach  samorządowych mógłby liczyć na spory elektorat.
Popularność wśród płci nie przekreślała prawdziwej męskiej przyjaźni.
I to kolejna grupa obrońców.  Kiedy ogłoszono historyczny dzień bez Teleranka, Krzyś przejął się dolą żołnierzy, szczególnie tych, którzy strzeli naszych granic. Udał się do jednostki wojsk ochrony pogranicza,  gdzie posiadał kilku osobistych przyjaciół.
Wiadomo że żołnierz przyjacielem i obrońcą jest , a tu dodatkowo  taka sytuacja dziejowa. Gadka szmatka a i sympatycznym  gestom nie było końca. Przyniesiona wódka cudownie się rozmnożyła i było tak :  Rozmowy bez granic, męska przyjaźń bez granic i alkohol bez granic.  Tylko te  państwowe granice  socjalistycznej, internacjonalnej przyjaźni,  pokryte drutem kolczastym były realnie prawdziwe.   A kiedy okazało się że Krzyś zasiedział się ponad miarę, a kraj  objęła godzina policyjna, dowódca zapakował go do transportera opancerzonego typu SKOT.
- Odwieźcie chłopaka do domu, bo gotów trafić na te charty z ORMO , a z nimi żartów nie ma.
  Sierżant Danielak osobiście usiadł za kierownicą pojazdu  o numerze bocznym  UH 7685-B  i odwiózł Krzysia do domu.  Ryk silnika trzymanego na obrotach obudził mieszkańców trzech najbliższych ulic.  A pożegnaniom przy wyjącym  silniku nie było końca.
Krzysiowi nic się nie stało, za to od następnego ranka  sąsiedzi albo kłaniali się nad zwyczaj demonstracyjnie, albo przemykali chyłkiem drugą stroną ulicy. Wszak facet podwieziony do domu w środku godziny milicyjnej , transporterem opancerzonym,  to nie mógł być byle kto.
I aby wszystko było po staremu, Krzyś musiał napisać na  słupie ogłoszeniowym „precz z komuną” a i to nie brakowało  zdań, że to prowokacja. Ale jak zawiał wiatr zmian nikt mu nie wypominał tego transportera , ale  całą grupa potwierdziła  pryncypialność wolnościowych przekonań i kręcenie korbą powielacza.
 I tak żyje Krzyś w krzysiowym  świecie i spotyka różnych ludzi, w swojej odmianie siedmiomilowego lasu – w życiu. A życie obchodzi się z nim łagodnie,  bo jak podłożyć nogę komuś do kogo wszyscy podchodzą z  opiekuńczą troską.
      
Antoni Relski
33 komentarzy
21 października 2010
Wezwanie rzecz ważna. Urzędowe ze zwrotką, czyli żółtą karteczką potwierdzającą odbiór przesyłki.  Przysłane miesiąc temu,  a więc odpowiednio wcześnie, by zaplanować życie. Wezwanie  przyszło z Urzędu Gminy właściwego  miejscu  posadowienia mojej chałupy. Rozprawa na gruncie celem wyznaczenia  granic działki. Pewnie ma to związek z wybudowaną drogą,  którą  pokryto asfaltem również dla mojej wygody. Jako człowiek społeczny, wziąłem urlop i napełniwszy bak pojazdu benzyną ruszyłem w trasę. Mgły i przelotne pokapywania skutecznie psuły mi radość z wyjazdu w góry. Ale jak to mówił mój znajomy-  czasami trza.
- Jak trza to trza –  myślałem sobie mijając Myślenice drogą w kierunku na Zakopane.
Moja gorczańska Wieś przywitała mnie słońcem i niebieskim niebem.
Pełen wdzięczności i podziwu dla natury wdrapałem się  pod sam dom i zaparkowałem na stromym  placyku  w pobliżu. Lekko zmrożona trawa chrzęściła  pod butami,  gdy kierowałem się w kierunku bramki.  Spadłe liście przybrały brzydki odcień i niczym nie przypominały tych  czerwonych  i żółtych  ze szkolnego zielnika.  Otworzyłem  drzwi, włączyłem prąd . Dzięki  Bogu wszystko w porządku.
Za każdym razem, od siedemnastu lat,  ten dziwny niepokój towarzyszy mi niezmiennie w trakcie przekręcania klucza w zamku. Potem ulga. Parę razy jednak nerwy i  złorzeczenia.
Wewnątrz zimno i ponuro chociaż pojedyncze promienie oświetlały pomieszczenia  gdzie nie ma okiennic.  Obiegłem pokoje, wizytowałem  strych z szybkością wolnego elektronu.
Punktualnie o dziesiątej  stawiłem się w publicznym miejscu, czekając na sądowego geometrę. Mam najdalej,  dlatego  byłem pierwszy.  I czekałem, czekałem. Kwadrans  czasu wiejskiego,  to nie jest  tyle samo według czasu miejskiego. Tutaj na pewno nie umiera się z pośpiechu.  Po trzydziestu minutach  zza płotów zaczęli się wyłaniać uczestnicy postępowania.  Powoli, spokojnie, nie nerwowo. O i Pani z Gminy  i Pan Sołtys. Iluż poznałem nowych ludzi, którzy na co dzień starają się aby żyło mi się lepiej. Dlaczego więc do tej pory  ich nie spotkałem.
Krótki wstęp, protokół i spisywanie danych.
Jestem na siódmej pozycji,   przygotowany do przekazania danych. Imię nazwisko, nazwisko panieńskie matki i numer  dowodu osobistego.  Jako jedyny z całego towarzystwa  wyrecytowałem go z pamięci.
- Szanowny Panie-  zwróciłem się z wolnym wnioskiem - jako że zwolniłem się z pracy, do której ma sto dwadzieścia kilometrów,  proszę o wymierzenie moje granicy  w pierwszej kolejności. Jestem istotą społeczną, członkiem tego osiedla, dlatego rozumiem potrzebę oddania części nieruchomości pod wspólną drogę.  Akceptuję  i podpiszę.
Być może to moje szczere wyznanie  potraktowano jako prowokację,  ponieważ Pan Geometra powiedział,  że obowiązuje kolejność  a ja jestem na końcu listy.  Najpierw trzeba wszystko ogólnie, a potem będą szczegóły.
-  Zaczynam od Zośki znad potoku.
- Ale ona nie ma posesji przy drodze – zauważyłem
- Ale ma konflikt ze Staszkiem z Ogrodu,  o prawo przejazdu i to jest najważniejsze.
- To po co ja zostałem wezwany ? – spytałem
- Bo przy okazji geometra obmierzy  nową drogę.
-To kiedy  zmierzy Pan moją drogę przy okazji? - spytałem lekko poirytowany.
-To tutaj nie pójdzie łatwo. Przy takiej awanturze  to pewnie koło wieczora.
 I znowu ktoś próbuje mnie wydymać
A było tak. Najgorzej bywa w rodzinie. On i Ona, brat i siostra, razem   spadkobiercy swoich rodziców.  Jak to bywa w takich sytuacjach,  każda ze stron czuje się lekko wykorzystana. Przez lata ukrywają  rozczarowanie decyzją rodziców,  aż popadają w otwarty konflikt. Słowa, słowa, słowa. Niepotrzebne słowa, a potem czyny.  Ona rozebrała jego garaż uważając, że stoi na jej gruncie. On stwierdził,  że na drodze dojazdowej do jego nieruchomości ona urządziła ogród,  przez co całymi  latami  korzystał z przejazdu przez posesję sąsiadów.  Oni nigdy  nie mieli nic przeciw.  Ale któregoś dnia  przecież mogą. Należy więc przygotować się do tego  dnia,  posiadając własny dojazd. A ponoć przed wojną tędy właśnie wiodła droga przez osiedle. Teraz tędy płynie potok , postawiono dwie stodoły,  a nowa  asfaltowa droga istnieje  dziesięć metrów dalej. Nic to jednak , dla udowodnienia własnych racji.
- A cóż mnie do tego - jak to mawiają-  moja chata z brzegu
 Odwróciłem  się na pięcie  i wróciłem  do chałupy. Korzystając z okazji zlałem resztkę ratafii, i zebrałem winogrona o których całkiem zapomniałem .  Cały dorodny kosz, słodkich,   lekko zważonych mrozem ciemnych winogron. Takich jak trzeba do zrobienia dżemu . Takiego jak trzeba do domowych francuskich śniadań.
Moje koszty to dzień urlopu i szesnaście litrów benzyny.
dla sąsiadów kilka lat w sądach cywilnych. Kosztów nawet  nie potrafię sobie wyobrazić.  Co do urlopu,  to wróciłem  na dwie godziny do firmy, z gospodarską troską.
To dobrze wygląda. Troska o firmę ponad własną prywatę.
Dżem już w słoikach. Lato zamknięte w szklanych słoiczkach, a  nalewka skrzy się słońcem już tego wieczora. Połyskując promieniami poprzez nacięcia kryształowej karafki.  
 

Antoni Relski
48 komentarzy
17 października 2010
Wczorajsze spotkanie towarzyskie w naszym domu, należało do ciekawych, być może ze względu na skład uczestników.  Przy ławie siedzieli więc: moją żona na wózku, w roli gospodyni imprezy, a  naprzeciw niej  Ewa z gorsetem ortopedycznym na szyi, jako pamiątka świeżo przebytej opresji,  oraz  Katarzyna,  rencistka z powodu  chorej  duszy. Jako jedyny bez dolegliwości ( stuk puk w niemalowane)  przygotowałem dzbanek herbaty, z mieszanki według własnego pomysłu. Szarlotka uzupełniła  wystrój ćmielowskiej porcelany.  A kiedy w trakcie nalewania gorącego naparu do filiżanek wszedł do pokoju mój syn ze złamaną i uzbrojoną w szynę gipsową  ręką, na powierzchni  jednego pokoju znalazło się takie nagromadzenie nieszczęść,  że herbata wydawała się najodpowiedniejsza.  Jak bowiem   w takim gronie zdrowo popić?  Pozostawiłem kobiety w swoim towarzystwie,  jako wymówkę traktując  konieczność  zaopiekowania się psem znajomych. Poza tym na własnych mężów narzeka się lepiej bez ich obecności.  
Znajomi wyjechali na dwa dni  poza miasto,  a ja jako przyjaciel domu otrzymałem do ich domu klucze. Zadaniem moim dość prostym, jak mi się na oko wydawało, było nakarmienie psa  rasy  labrador. Pies ganiał swobodnie po ogródku,  ale jak to  u psa, apetyt bez umiaru spowodowałby  pochłonięcie zapasów w jeden dzień. Kiedy Maria wręczała mi klucze, powiedziała
-  Tylko uważaj na klamkę od drzwi wejściowych. Ona wypada.
Ponieważ znałem tę stronę Michała, jej męża, zanotowałem ostrzeżenie w pamięci. Więcej, wpadłem na pomysł, że w czasie tej wizyty  klamkę naprawię.   Jak mówił dozorca w filmowym „Dom. Dla mnie to małe piwo przed śniadaniem.
 Podjechałem pod  posesję. Parterowy budynek   z wysoko posadowioną częścią mieszkalną i stromym dachem , typowy dla budownictwa lat pięćdziesiątych,   tkwił cały w zieleni. Być może z powodu tej wszechobecnej zieleni wyglądał fantastycznie,  ale i tajemniczo zarazem. Kiedy przekręcałem klucz w furtce,  podbiegła Sara, czarna suka,  duma i radość właścicieli. Machała radośnie ogonem, poszczekując  i podskakując na zmianę. Szybko wszedłem, uważając aby pies nie wydostał się poza ogrodzenie.  Wdrapałem się po stromych schodach  dochodząc do drzwi. Wszedłem do środka, nad wyraz delikatnie traktując klamkę. Karma była jak ustalono, w kuchni  koło zlewu. Wziąłem masywny pięciokilogramowy  worek i już miałem  udać się na zewnątrz, kiedy usłyszałem trzask zamykanych drzwi, a zaraz potem  brzęk spadającej klamki. Wszedłem do przedpokoju. Drzwi rzeczywiście zatrzaśnięte. Na ziemi leżała klamka, a w zasadzie połowa jej kompletu. Niestety niewłaściwa. Część która konstrukcyjnie wchodzi w zamek leżała na zewnątrz. Podniosłem element. Stara mosiężna klamka służąca do otwierania drzwi, w tej chwili była całkowicie bezużyteczna. Młoda suka, z jakiegoś powodu  wyskoczyła do góry  i przednimi łapami pchnęła drzwi. Stała w przedpokoju, patrząc na mnie swoimi prawie szczenięcymi ślepiami.  Wywalony jęzor wystawał z pyska, a  z wyglądu można było wyczytać dumę : Spójrz co potrafię.
-  No  zdolna to ty jesteś - odpowiedziałem do niej odruchowo.
 Wróciłem do kuchni próbując znaleźć  coś, co mógłbym wsadzić do tej małej, kwadratowej dziurki. Czułem się trochę niezręcznie szperając po szufladach i szafkach moich znajomych. Trudno, sytuacja była wyjątkowa. Niestety żaden ze sztućców  nie spasował. Łyżka wazowa również,  a plastikowy widelec  nie wytrzymał naporu . Głośnie chrupnięcie pogrzebało moje nadzieje. Pamiętałem że  narzędzia były na parterze.  Niestety jakiś  szalony konstruktor okresu późnego Bieruta nie  zaprojektował wejścia do suteryny z wewnątrz.  Poniżej  drzwi wejściowych  znajdowało się osobne wejście do  części gospodarczej.  Niestety, dzieliło mnie od nich parę schodów i zatrzaśnięte drzwi. Tam na pewno znajdę wszystko łącznie z siekierą, którą mógłbym rozwalić drzwi, gdyby wszystkie inne sposoby zawiodły. Cóż robić?  Wyjdę przez okno. Otworzyłem  je i spojrzałem w dół.  Od okna  do tak zwanego poziomu zero było na oko ponad dwa i pół metra.
-  Kurde, nie będę skakał.  Nie ten wiek, na dole płyty chodnikowe, a biorąc pod uwagę dzisiejszego pecha…  Poza tym w mojej rodzinie powinien być chociaż jeden  sprawny, dla dobra ogółu.
Wykręciłem numer do znajomych i przyznałem się zatrzaśnięcia w domu.
- Mówiłam że klamka wypada – powiedziała Maria
- Nie mówiłaś jednak, że masz porąbanego psa. To w końcu on, ona mnie tak załatwiła. Nie macie gdzieś  na przykład drabiny? Takiej do firanek .
Mieli. Szczęśliwie mieli, niestety  zbyt krótką. Metr sześćdziesiąt, co to za drabina?  Nawet ja czułem nad nią wyższość.  Ale cóż, jak się nie ma co się lubi. Przy pomocy sznurka,  cudownie znalezionego w okolicy drabiny opuściłem ją  przez okno na i delikatnie manipulując sznurkiem, oparłem pod kątem o ścianę budynku. Tego by jeszcze brakowało, by ją tak beztrosko stracić.  Brakowało około metra,  ale jak przerzucę się na zewnątrz i trzymając okna powoli opuszczę w dół,  powinienem  dosięgnąć. Zebrałem się w sobie po chwili siedzenia na parapecie. Powoli opuszczałem się w dół, szorując czubkami butów po kremowo -żółtej elewacji, tworząc zapewne ślady, ale cóż mnie to interesowało w tej chwili.  Kiedy dotknąłem butami końca drabiny poczułem odrobinę ulgi. Pierwszy szczebel, pewne podparcie, puściłem okno.  Mały balans ciałem  i kiedy złapałem równowagę  zszedłem na dół. - Uff udało się -  powiedziałem do siebie i spojrzałem w górę.
- Pan pozwoli tutaj na chwilę – dobiegł do mnie od strony ulicy.  Chwilę trwało nim zorientowałem się  że to idzie o mnie. Za furtką  stało dwóch policjantów, a  zaraz za nimi  radiowóz oznaczony według najnowszej  policyjnej mody.
- No to teraz  zacznie się zabawa – pomyślałem.
- A co to  drzwi nie działają? – spytali mundurowi.
- Niech Pan sobie wyobrazi ,nie działają przez psa.  Tutaj przytoczyłem  całe opowiadanie z wypadającą klamką w tle. Widząc niedowierzanie w oczach  policjantów,  połączyłem się z właścicielami i oddałem telefon. Konfrontacja opowiadań,  seria pytań  uzupełniających  i uzgodnienia pomiędzy funkcjonariuszami,  a wystarczyło po prostu dostrzec klamkę,  połyskującą w jesiennym słońcu na  wycieraczce, pod wejściowymi drzwiami.
Nareszcie  wolny.  Policjanci spisali notatkę, postali jeszcze chwilę i z odległości bramki oglądali moje zmaganie z drzwiami, po chwili niespiesznie odjechali. Kiedy  drzwi ustąpiły, suka która wyskoczyła zza nich, rzuciła się na mnie by witać się, witać, liżąc mi dłonie. Dwa razy   liznęła twarz z wyskoku, którego nie przewidziałem  a powinienem.
Nie  bawiąc się w przeszukiwania  reszty domu, ze swojego samochodu wyciągnąłem  narzędzie McGivera,   oraz znaleziony  cudem gwoździk, jakby stworzony na tę okoliczność.
Kilka wysypało się kiedyś z firmowego opakowania. Znalazłem je podczas sprzątania i odłożyłem do schowka - mogą się przydać. I rzeczywiście przydały się. Szybko złączyłem dwie klamki w jeden organizm sprawnie odblokowujący  zamek. Schowałem drabinę, zamknąłem okno i oczywiście nakarmiłem psa. Po to w końcu  tutaj przyjechałem.
Kiedy wróciłem do domu impreza pod patronatem NFZ-etu trwała w najlepsze. To najlepsze to kilka pustych już puszek z Gingera  stojących smętnie na kraju stołu.
- A cóż Tyś tyle czasu karmił psa?.
- Jeszcze jej rzucałem patyki. Ona to  bardzo lubi.
- A tu piwo na Ciebie czeka - powiedziała za swojego ortopedycznego kołnierza Ewa.
- Chętnie się napiję, takie emocje.
- Emocje? Przy rzucaniu patykiem?
- Tak,  patykiem
Pociągnąłem za kluczyk w puszce, rozległ się znajomy  syk  wypuszczanego powietrza. Pojawiły się pierwsze krople białej piany
- Patykiem- powtórzyłem do siebie.

Antoni Relski
40 komentarzy
12 października 2010
Kilkanaście lat temu, w trakcie transformacji gospodarczej naszego kraju,  kiedy fortuny rodziły się z niczego,  Pan  premier  stwierdził że pierwszy milion trzeba ukraść.  Wobec pewnej genetycznie zakodowanej przypadłości zwanej  moralnością  popadłem w depresję,  ponieważ zdałem sobie sprawę,  że  DNA wykluczyło mnie z kręgu pijących szampana Don Perinion.  A jednak można inaczej.  Zostałem milionerem, wystarczy spojrzeć na licznik  blogowych odwiedzin, który  wystukał jedynkę i sześć zer. Satysfakcja niesamowita.  Uczciłem ją   trunkiem o swojskiej nazwie  Madamme Pompadour. Też pierdyknęło korkiem o sufit a jaka ulga dla kieszeni.
Wiadomości jakie docierają do nas,  powodują zamęt  i trudności w ogarnięciu tego wszystkiego co dzieje się dokoła nas.  A jeżeli  przebywa się na zasłużonej emeryturze, jak moja teściowa  i dodatkowo bezkrytycznie chłonie się hiobowe wieści z  mediów zdarzają się pewne lapsusy  słowne. Prochy, zioło, dopalacze, odmieniane przez przypadki w każdym możliwym czasie to znak czasów.   Nie dalej niż w niedzielę, z okazji urodzin, Młodszy otrzymał sporych rozmiarów shishę. Fajka wodna o wysokości ponad metr dumnie prężyła się  na środku jego pokoju. Czerwony wąż oplatał korpus niczym ten biblijny z  drzewa wiadomości złego i dobrego.  Odwiedzający  goście obowiązkowo musieli odbyć pielgrzymkę wokół shishy.
- Do czego to służy?- spytała przyszywana ciotka.
- Do palenia. Ponoć raj dla palaczy  – odpowiedziała żona.
-  Boże!. Do dopalaczy?  Wtrąciła się do rozmowy, spóźniona o dwa kroki, zbulwersowana naszą tolerancją babcia. Jej siwa główka stała się jeszcze bardziej siwa, a moherowa wełna na berecie zakręciła się   niczym na  karakułach.  Chwilę trwało tłumaczenie, jeszcze dłużej  gaszenie obaw, że te tłumaczenia to ściema.
A że z tematem środków psychotropowych  babcia jest na bieżąco, udowodniła nam już dwa dni później . Weekendową porą żona eksperymentowała piekąc babeczki w papierku, elegancko nazywanymi mufinkami. Ciemne i jasne wyszyły przepisowo, co prawda trochę nadmiernie urosły  jak na francuskie wyobrażenie elegancji, ale smakowały wspaniale. Teściowa też  była zachwycona. Kończąc jedną  sięgnęła po następną dodając
- Aniu wezmę jeszcze ze dwie te „ morfinki”  dla cioci .
- Mamo ! na Boga, nie rób z nas narkomanów.
Wiedza jak widać jest, gorzej z praktycznym wykorzystaniem.
A wieczorem daliśmy sobie po ratafii. Może  to tak dziwnie w środku tygodnia, ale czego się nie robi dla zdrowotności oraz ponieważ idzie zima. Widać już jej pierwsze objawy. I to nie te związane z koniecznością skrobania szyb samochodowych przed wyruszeniem do pracy. To byłaby łatwizna. Odrzuciło mnie od piwa. Początkowo przyjąłem to jako objaw szybko rozwijającej się choroby, ale zaraz przypomniałem sobie, że tak miałem zeszłym i w jeszcze poprzednim roku, dokładnie o  tej samej porze . Miejsce wysokiej szklanki na tekturowym waflu zajmują nalewki, krupniczki, a niedługo już góralska „harbata: ze śliwowicą.
Zadziwiające że moje czerwone wytrawne mogę pić przy każdej temperaturze.
A kiedy tak rozpływałem  się na temat właściwości  czerwonego wina, dobiegło mnie głuche - trach. Na podłodze wylądował dorodny słonecznik  stojący w eleganckim wysokim, wąskim flakonie. Ze względu na ciężar słonecznikowej głowy, swego rodzaju przeciwwagą była woda we flakonie. Zabezpieczała stabilność szkła chroniąc całość przed upadkiem. Nie przewidziałem jednak  apetytu na wodę takiego dorodnego kwiatka.  Nie wystarczyło codzienne uzupełnianie jej stanu. Wychlał  tak dużo, że flakon stracił stabilność, a całość z głośnym hukiem spadła z komody na dywan. Zbierałem z podłogi te specyficzne puzzle z drobin szkła. Później  starłem  resztkę wody.
A bałem się, że to ja za dużo piję.      

    

Antoni Relski
44 komentarzy
08 października 2010
Wiedziała co będzie dalej. Po dwudziestu pięciu latach małżeństwa znała ten scenariusz na pamięć.
Właśnie leciały reklamy pod sam koniec filmu na Polsacie, kiedy on zerwał się z fotela i poszedł pod prysznic. Zwykle rezerwował sobie ostatnią lokatę pod prysznicem, z powodów jak to mówił gospodarskich.
Sprawdzał zamknięcie drzwi, wyłączenie gazu, gaszenie świateł itp. Kiedy już leżała w łóżku i zapadała w pierwszy sen, on robiąc niemiłosierny hałas, pakował się do łazienki, później wywalał butelkę z szamponem, albo mydłem w płynie. Następnie  potykając się o brodzik w kabinie, walił w drzwi ratując się przed upadkiem. Skoro teraz pobiegł pierwszy w grę może wchodzić tylko jedno – sex. Słowo na dźwięk którego dostawała alergicznego swędzenia całego ciała.  A co dopiero w tym uczestniczyć.
- Myśleć, myśleć  -przewalała jej się przez umysł  krótka wojskowa komenda. Co tym razem. Ból głowy jest taki trywialny i ogólnie obśmiany. Pranie robiła wczoraj. Cholera jasna, baczny obserwator, zapamiętał a teraz to wykorzysta. Nie poddała się jednak presji otoczenia, którym to otoczeniem był w tej chwili jej jedyny ślubny, aktualny mąż Paweł, Mateusz, jak na chrzcie życzyli sobie jego rodzice.  Obejrzała do końca film, z zainteresowaniem odczytując obsadę aktorską, reżyserską, a nawet nazwisko robiącej „klapsy” Susan Witherpeen. Przebiegła pilotem po kanałach. Niestety nic co mogłoby stanowić alibi i wytłumaczenie dla odwlekania podróży do łóżka.                    
Nie wyrzuci z siebie – Kochanie leci film Foremana z Nicholsonem, koniecznie musze to obejrzeć.
Trudno  wybierze wariant B.
- Kochanie zbierasz się do spania – dobiegło z sypialni pytanie Pawła.
 - Tak, tak , oczywiście – odpowiedziała  wyłączając  pilotem  czterdziestodwucalowy monitor LCD. Przemknęła do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Zdjęła ubranie i pozostając w samej bieliźnie usiadła na  koszu z brudną bielizną. Podparła się łokciami o umywalkę  i spojrzała sobie głęboko w oczy.
W zasadzie nie pamięta już od kiedy to trwa. Być może od dnia, kiedy wrócił po imprezie z kolegami ze studiów, ledwo trzymał się na nogach, coś tam bełkotał, a potem rzygał  klęcząc przy muszli. On walczył z żołądkiem  do rana,  a  Ona zaciskała poduszkę wokół głowy, aby nie dobiegł jej ten dźwięk, obrzydliwy pijacki dźwięk  zwracanego alkoholu.
 A może stało to się wtedy, kiedy zaproponował jej ten sposób intymnej bliskości. Powiedział to być może zbyt  bezpośrednio, a ona nie była na to gotowa. Stanowczo sprzeciwiła się pomysłowi, a on nie nalegał, chociaż leżał z miną psa proszącego o skrawek krojonej wędliny. Zdecydowanie odmówiła, obraziła się nawet, że próbuje ją traktować instrumentalnie. A później kiedy na jakimś babskim wieczorku, kiedy rozmowa zeszła na tematy intymne, dziewczyny żartowały sobie  swobodnie dodając zabawne  komentarze do tematu.  Zauważyła, że były na bieżąco. A ona do tego momentu uważała,  że ta wyjątkowo dziwna propozycja uderzała tylko w nią.
- Facetowi trzeba iść na rękę, bo inaczej wyniesie z domu i może mu się tam spodobać – powiedziała Kryśka  pociągając łyk Gingera. Była zaskoczona  lakonicznością tego stwierdzenia. Tego skrótu jakiego użyła do określenia tych wszystkich zachowań,  które miały być jej udziałem,  a których nie zamierzała znosić.  Z drugiej jednak strony zdała sobie sprawę z zagrożenia. Uświadomiła sobie, że być może zrobił to z innymi kobietami. Chociaż mądrość życiowa  nie pozwalała być zazdrosną o przeszłość, podświadomość podsuwała obrazy,  co było to dla niej upokarzające.  Ten  obraz  prześladował ją następnie w przyszłości. Pojawiał się w najmniej  odpowiednich chwilach.  Kiedy zbliżał się do niej  i obejmował ją od tyłu za piersi. Całował w szyję,  a ona zamiast cieszyć się  i nakręcać wzdrygała się widząc go w tamtej sytuacji. O ile postać kobieca była rozmyta i niemożliwa do zidentyfikowania, jego postać widziała nad zwyczaj wyraźnie. Dał sobie w końcu spokój z prośbami i sugestiami, ale zaczęła odczuwać  rosnącą w delikatny sposób obojętność.
Płatki kosmetyczne, wynalazek epoki nasączone mleczkiem, skutecznie zmywały makijaż. Wprawne ruchy przywracały naturalny wygląd twarzy, pokrywając  wacik   resztkami pudru, podkładu i cieni do powiek. Odłożyła  płatek i spojrzała krytycznie  na swoją twarz. Zmarszczki, wszędzie zmarszczki, a kurze łapki to już najgorsze. Naciągnęła palcami miejsce na zewnątrz lewego i prawego oka. Przez chwilę przypominała dziedziczkę jakichś japońskich genów, co być może rozśmieszyło ją na chwilę, ale nie dało ukojenia wobec perspektywy  starzenia. Na koniec uszczypnęła się z w każdy z policzków z osobna aż nabrały  krwistego koloru. Za chwilę powtórnie  wróciła do swoich rozważań.  
 Bo przecież nie byłą nieczułą suką. Takie określenie przeczytała gdzieś w Internecie. To określenie stało się dla niej  synonimem   wyrachowanej zimnej osoby. Ona po prostu inaczej postrzegała realizację własnych potrzeb. Bliżej jej było z tym do romantycznej Danielle Steel  niż do  rozerotyzowanych filmów  akcji. A mądrości ludowe mówiły inaczej.  Pierwsza brzmiała:
Facetowi trzeba dać zaraz wieczorem bo inaczej nudzi do rana.
Tak bardzo to kłóciło się z jej wizją miłosnego oddania ukochanemu. Gdzież te miłosne zaklęcia i żar ciała?
Kryśka zresztą wytykała jej że jest idealistką, a na takich życie się  mści.
I mściło się coraz gorszym obrazem Pawła w jej oczach.
Zdjęła stanik i majtki wchodząc pod prysznic. Ciepłą woda sprawiała jej przyjemność. Atakowała skórę wywołując przyjemne odczucia. Potrafiła stać tak pod strumieniem gorącej wody przez kwadrans, narażając się na uwagi ślubnego o rozrzutność. A później zimna. Mocne uderzenie zimnej wody zatykało jej dech w piersiach, a ciałem targał dreszcz. Sutki obkurczały się i sterczały zaczepnie na boki. Podobały jej się w takiej sytuacji. Wspominała czas kiedy wstydziła się tego sterczenia w trakcie spotkań z Pawłem. Naciskała je wskazującym palcem, a one znikały aby za chwilę  powróć ze zdwojoną siłą. Dlaczego teraz nie sterczą kiedy spotykają się w jednym łóżku. Dlaczego myśl o nim, nie wywołuje już takich efektów. Dlaczego w zasadzie o nim nie myśli.
Szorstki ręcznik spowodował zaczerwienienie skóry, w związku z poprawą krążenia.
A teraz mleczko - no ono się wchłania dłuższą chwilę. Wypuściła z butelki na dłoń wielką białą kupę śmietanki. Starannie roztarła ją po całym ciele i cierpliwie czekała aż wchłonie się całkowicie, w jej czyste i mocno opalone ciało. Włożyła koszulę naciągając ją przez głowę.
- Idę , więcej czasu nie ugram – zdecydowała, patrząc na siebie w przelocie w lustrze.
Weszła do sypialni. Od drzwi uszom jej dało się słyszeć  miarowe charczenie śpiącego męża.
Ten dźwięk, który nie raz nie dwa  irytował ją przeszkadzając w zaśnięciu teraz był  najlepszym rozwiązaniem  jej problemu. Delikatnie podniosła kołdrę cichutko wślizgując się na swoje miejsce. Nim zagasiła nocną  lampkę spojrzą jeszcze na  drugą stronę łóżka mówiąc zalotnie:
Ja Cię kocham a Ty śpisz!.
Licząc na to, że On się nagle  nie obudzi.
          
Antoni Relski
93 komentarzy
04 października 2010
Filmy wpływają na nasze życie. Nie mówię oczywiście o tych, które działają już w trakcie oglądania,   w sposób fizycznie widoczny. Nie będę, co może, dziwne poruszał tematu filmów XXX.  Chodzi mi o  filozoficzną głębię, magię atmosfery, pastelowe barwy metafor i takie tam inne,  które wpływają na nasze życie, a są na pozór niewidoczne. Wpadają nam przez oczy i uszy, zagłębiając się gdzieś w zakamarkach mózgu,  aby odżyć i zaatakować niespodziewaną ripostą.
- Ja to proszę Pana nie chodzę do kina na polskie filmy - powtarzam za inżynierem Mamoniem z Rejsu. Dosypiam do pełnej godziny lub chociaż połowy. I robię niektóre rzeczy na siedem, niczym bohater Dnia Świra Adaś Miauczyński, a definicję ekstradycji  za Stanisławem Paluchem z Misia, cytowałem już wielokrotnie.  I Jeszcze może za  Krzysztofem z Aktorów Prowincjonalnych powtarzam,  że trzeba by zrobić coś co by od nas zależało, bo tak wiele dzieje się bez nas. Ale to ostatnie trzymam na specjalne okazje.
 W dobie seriali w TV,  całkiem bezkarnie można posługiwać się cytatami, jeżeli oglądało się kultowe filmy. Coraz więcej jest natomiast tych, którzy słyszą to po raz pierwszy.   
Pokolenie  Majki i brzyduli pasjonuje się  losami bohaterek, z uwielbieniem kupując takie same ciuchy, buty czy duże zielone plecione kapelusze.  Słyszał ktoś ostatnio dobry cytat,  który będzie żył swoim życiem na kształt :
- Stopczyk, co wy tam palicie?
- Ja? Radomskie, ale jak pan major woli, to Franz ma camele.
Nie można jednak bezkarnie  żyć fragmentami filmów. Nie można  pozwolić sobie na podkorowe działania cytatów.  A może i można?  Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie.
W  sobotę z powodu być może ładnej pogody i braku możliwości wyjścia z domu,  szanowna moja ślubna Małżonka zachowywała się w sposób co najmniej dyskusyjny.  Nic jej nie pasowało, wszystko drażniło, a najbardziej to,  że ja  nie  reaguję na te małe eksplozje. Oczywiście najlepiej byłoby  otworzyć dziób i wyrzucić z siebie coś pikantnego. A potem jak w ringu: ja ci raz, ona mi raz. Ja Ci raz , ona mi raz. Ale sobota była piękna i słoneczna. Niczym wspomnienie lata, promienie zaglądały ciekawie poprzez zdobienia w firance. Co rusz pojawiała się tęcza,  po przejściu promieni  przez szklany wazon,  czy kieliszek do wina. Babie lato i babskie emocje. Postanowiłem dać na przeczekanie. Ale któż z nas jest ze spiżu, marmuru, czy alabastru.
W pewnej chwili spokojnie zamknąłem pokrywę komputera.  Odłożyłem go z kolan na ławę, obok położyłem myszkę. Wstałem spokojnie (ten spokój to mnie trochę nerwów  kosztował). Podszedłem do szafy, która stała  za plecami żony. Otworzyłem drzwi i wyciągnąłem krawat. Zawiązałem na podwójny Windsor i założyłem  go na szyję żony.  Kiedy zaskoczona spojrzała na mnie powiedziałem:
 -Trzeba wpuszczać tylko w krawacie. Klient w krawacie jest mniej awanturujący się.
I co?  I zły nastrój pękł jak mydlana bańka, rozwalił się jak  domek z kart. Zaraz też otworzyłem wino
Cabernet Savignon, ale aby nie psuć przyjemności  degustacji żona pozostała w krawacie do wieczora.
Trzeba dmuchać na zimne, a klient w krawacie…
Samo życie, same plusy. W życiu jednak idzie o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.
Na zdrowie     

Antoni Relski
41 komentarzy
01 października 2010
Zostałem wyróżniony przez dwójkę  blogerów. Wyróżnienie jest zaproszeniem do pewnej zabawy.   Prowadzący  blogi  wywoływani są do tablicy,  aby  odpowiedzieć na pytanie – jakie jest dziesięć rzeczy, które lubisz najbardziej?.  Aby  odpowiedzieć szczerze,  trzeba przeprowadzić spowiedź z życia.  Jako facet który włóczy się po tej ziemi ponad pięćdziesiąt lat,  wyrobiłem w sobie wiele przyzwyczajeń i upodobań do ludzi i rzeczy, których napotkałem na swojej drodze. I tak walczę ze sobą,  bo przecież jak duchowemu hedoniście nie wypada pisać o tym wszystkim,  w ogólnodostępnym blogu. Przecież  to mogą czytać dzieci. Nie będę przecie robił bramki z deklaracjami wieku,  jak na różowych stronach
Wydumane życzenia w stylu czytać, pisać, przeżywać sztuki Ibsena,  to tylko tworzenia własnego słodkiego PR. A życie jest przecież zdecydowanie mniej skomplikowane.
 Kiedy jakiś czas temu w ulicznej sondzie zadano pytanie -  co najbardziej lubisz? Jeden gazda powiedział,  że najbardziej lubi kurzyć cygarety i skeksować się  od tyłu.
- A gdybyście  tak musieli wybrać jedno,  to co byście wybrali Gazdo?
- Seksowanie od tyłu.
- A dlaczego?
 - Bo mógłbym przy okazji  pokurzyć.
 To są prawdziwe odpowiedzi na pytanie w stylu  - dziesięć rzeczy które lubię najbardziej.
Ja zaś gdybym został zmuszony do odpowiedzi na pytanie
- co najbardziej lubię ?
 Odpowiedziałbym że lubię między innymi:
- ruskie pierogi
- patrzeć na to zagłębienie pomiędzy jedną a drugą damską piersią .
- grecką Metaxę,  ale tą z pięcioma gwiazdkami. Jest zdecydowanie lepsza od siedmiogwiazdkowej.
- damskie nogi, obleczone w czarne  pończochy ze  szczególnym  uwzględnieniem  tego wzorzystego  ściągającego paska
- Szczere rozmowy bez udawanej pruderii. Pruderia zresztą jest zawsze udawana.
-Wino czerwone, zdecydowane w smaku, ciężkie i gęste.
- Muzykę która powoduje,  że otwieram następną butelkę wina, aby ugasić ten dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
-Pochwały i komplementy, chociaż udaję że pisze tylko dla własnej satysfakcji.
- Reszta to już pornografia w czystej postaci. Albo czyny opisane dokładniej w Kodeksach.
Tych którzy zamarli uspokajam,  nie mówię tutaj o małych dziewczynkach. Ani równie małych  chłopcach.
A w ogóle „Jestem jaki jestem”,  post pod takim tytułem dokładniej opisuje moje priorytety.
Kocham Wszystkich odwiedzających mój blog , a  jeżeli jeszcze piszecie na własny rachunek.
 Witkacy miał zwyczaj,  że w rogu obrazu obok swojego podpisu dopisywał wzór chemiczny substancji pod wpływem której dany obraz namalował. Ja bez bezczelności porównań z Mistrzem, pozwolę sobie  podpisać:
Antoni Relski - Riesling 2008 - 2 butelki. Wolę  czerwone

http://moje50.blog.onet.pl/Jestem-jaki-jestem,2,ID352617172,DA2008-12-04,n


Antoni Relski
32 komentarzy