Spojrzałem na prognozę pogody i doszedłem do wniosku, że to chyba ostatnie chwile na ośnieżone stoki narciarskie. W weekend planowane są obfite opady deszczu, a w połowie przyszłego tygodnia trafi nam się pogoda do 15 stopni na plusie. Szybko też doszedłem do porozumienia z synem. Ja emerycki wolny ptak, on obywatel korpo, ale na małym jednodniowym urlopie. Cóż więc zabroni nam tego kontaktu z przyrodą? Przyrodą dziką mroźną i męską, chociaż co trzeba dodać uczciwie, kobiety stanowią na stoku prawie 50 procent szaleńców. Oczywiście szaleńców w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Anglicy mają na to swoje określenie - freak, my od biedy możemy powiedzieć - pasjonaci.
Tradycyjnie wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca wyruszyliśmy na spotkanie z przyrodą. Tym razem nasz azymut wyznaczała stacja narciarska Czorsztyn Ski w Kluszkowcach.
Mam dziwny sentyment do tego miejsca. W czasach gdy posiadaliśmy starą chałupę w Gorcach, odwiedzaliśmy ten stok regularnie, a już obowiązkowo zimową porą. Nie byłem tam jednak od ponad piętnastu lat, a więc targała mną ciekawość, taka sama jak oczekiwanie na aktualne zdjęcie byłej dziewczyny na Naszej Klasie ( pamiętacie ten czas i to uczucie ?)
Będzie czego żałować, czy nie będzie ?
Stacja narciarska rozbudowała się zdecydowanie i to na plus. Kiedyś dominowały wyciągi talerzykowe, przy których pysznił się tylko jeden kanapowy. Teraz narciarzy wywożą trzy kanapy, a talerzyki służą tylko najmłodszym.
Wszystko poszło sprawnie. Przy słonecznej pogodzie i kilkustopniowym mrozie, pozjeżdżaliśmy jak to mówią do bólu. Bólu jednak z powodu regularnego korzystania z roweru treningowego nie doświadczyłem. Ta metoda wzmocnienia nóg działa rewelacyjnie, a ja mogłem cały czas dotrzymywać kroku młodszemu synowi.
Nawet na takiej jednej nowej trasie, tak stromej, że zjazd na niej przypominał walkę o życie.
Kiedy zbieraliśmy się do domu, adrenalina zaczynała ustępować miejsca dopaminie i w takim właśnie nastroju wróciłem do domu. Stan ten trwa jeszcze w sobotę, kiedy piszę ten tekst.
Młody przygotował króciutki filmik który mam nadzieję, że tym razem odpali. Co prawda Młody promuje tu raczej siebie, ale wnikliwy obserwator zauważy też moje narty. Klimat zaś i otoczenie było dane nam wszystkim.
W sobotę temperatura wskazywała już 9 stopni na plusie i zaczęła się plucha. To było powodem mojej radości, że mieliśmy dość siły i samozaparcia, by wstać po piątej rano i gnać te 140 kilometrów w stronę gór Jak wspomniałem już wyżej, mogłem z dużą swobodą przyjmować właściwe pozycje ciała w trakcie jazdy na nartach. Jak się komuś wydaje że to tylko statyczne zjeżdżanie na deskach to się grubo myli. To walka z prawami przyrody, gdy czasem wykorzystuje się jej siły, a czasem próbuje z nimi
walczyć. Tym razem jedno i drugie udało czynić wyjątkowo skutecznie.
Można powiedzieć, że była to taka gra ciałem na własny użytek.
W końcu narty to jakiś sport w którym definicja określenia "gra ciałem" ma różne znaczenie w zależności od dyscypliny sportu.
I tak w przypadku piłki nożnej, gra ciałem to technika wykorzystywania tułowia, ramion i nóg do ochrony piłki, zastawiania się, wygrywania pojedynków jeden na jeden oraz mylenia przeciwnika (zwody).
W koszykówce zaś (gra ciałem) to kluczowy element obrony i ataku, który musi mieścić się w ramach legalnej pozycji obronnej i zasad "cylindra
Nie wszystkim jednak gra ciałem wychodzi na zdrowie. W sporcie to kontuzje fizyczne i innych dziedzinach dochodzą uraz psychiczne.
Jest taki sport, a w zasadzie styl bycia, gdzie gra ciałem jest natychmiast zauważana, nagłaśniana i krytykowana. To celebryci.
Poniżej kilka artykułów potwierdzających moją tezę.
.jpg)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz