W jednym z takich sklepów znalazłem taki oto gadżet. Poduszki które mówią więcej niż sto słów.
Jest kolejna rzecz która zwalnia nas z obowiązku rozmowy. Wystarczy tylko odwrócić poduszkę na odpowiednią stronę

W przypadku braku nastroju, chęci, albo w celu ukarania partnera za cokolwiek jest inna wersja, czyli druga strona poduszki

Parafrazując słynne łacińskie powiedzenie można by rzec: Pulvinar locuta, causa finita,
co znaczy ni mniej ni więcej - Poduszka przemówiła sprawa zakończona
co znaczy ni mniej ni więcej - Poduszka przemówiła sprawa zakończona
W czasach kiedy wszystko jest jednorazowe, kiedy wyrzuca się przedmioty zamiast je naprawiać trudno szukać poczucia trwałości. Miłość jest w tej chwili tak krótkodystansowa, że już po kilku latach, pojawia się potrzeba odświeżenia przysięgi małżeńskiej. Cóż to za odświeżanie jeżeli po trzech latach ledwo wchodzi się w buty małżonka. Samo zaś małżeństw to raczej maraton lub nawet ultramaraton. Jawi mi się to jako brak pewności drugiego człowieka i jest to swego rodzaju zagłuszanie tych obaw. Huczne wydarzenie ma być remedium na ewentualne różnice w związku. Celują w tym szczególnie celebryci, dla których jest to okazja do przypomnienia o sobie. Nastały bowiem takie czasy, że ludzie zachwycają się nowością, zżerają ją łapczywie i wydalają nawet nie trawiąc. Stąd w tym szybkim tempie życia pojawia się takie zatrzęsienie gwiazd, których nazwiska, ani profesji nie zdążę sobie zapamiętać.
A przecież bywało inaczej.
Przyczynkiem do tych rozważań stała się książka Sławne pary PRL której autorem jest Sławomir Koper. Czytam ją w trakcie jazdy na rowerze treningowym, bowiem historia każdej z opisanych tam par zajmuje mi około godziny, czyli tyle ile potrzebuję na przejechanie dwudziestu kilometrów.
Szczególne miejsce w moim sercu wzbudziła historia Mariana Brandysa i Heleny Mikołajskiej .
Przypomnę. On pisarz, Ona aktorka, a potem jedna z założycieli Komitetu Obrony Robotników.
Bardzo spodobała mi się szczerość wypowiedzi głównych bohaterów rozdziału. Już sam sposób poznania się tych dwojga podziałał na moją wyobraźnię. Marian Brandys tak to wspominał:
W domu ZAiKS-u w Zakopanem podeszła do stolika, gdzie siedziałem z jedną panią, która bardzo mi się podobała, i powiedziała: „Siedzi pan przy niewłaściwym stoliku, z niewłaściwą kobietą”. Zabrała mnie do swojego stolika i tak już zostało. Miałem wtedy 43 lata, odpowiadał mi stan wolny i tylko energia mojej przyszłej żony, która miała wtedy 30 lat, doprowadziła do tego, że zostaliśmy małżeństwem. Ja byłem jej trzecim mężem i tylko zastrzegłem, że to ma być już ostatni raz.
Szczególne miejsce w moim sercu wzbudziła historia Mariana Brandysa i Heleny Mikołajskiej .
Przypomnę. On pisarz, Ona aktorka, a potem jedna z założycieli Komitetu Obrony Robotników.
Bardzo spodobała mi się szczerość wypowiedzi głównych bohaterów rozdziału. Już sam sposób poznania się tych dwojga podziałał na moją wyobraźnię. Marian Brandys tak to wspominał:
W domu ZAiKS-u w Zakopanem podeszła do stolika, gdzie siedziałem z jedną panią, która bardzo mi się podobała, i powiedziała: „Siedzi pan przy niewłaściwym stoliku, z niewłaściwą kobietą”. Zabrała mnie do swojego stolika i tak już zostało. Miałem wtedy 43 lata, odpowiadał mi stan wolny i tylko energia mojej przyszłej żony, która miała wtedy 30 lat, doprowadziła do tego, że zostaliśmy małżeństwem. Ja byłem jej trzecim mężem i tylko zastrzegłem, że to ma być już ostatni raz.
Tak się też stało para wzięła ślub, a dwadzieścia lat później tak oto żona mówiła do swego męża:
„Jestem tak czuła na Twój wdzięk, którego Ty nie jesteś w stanie sobie uprzytomnić – pisała aktorka do męża blisko 20 lat po ślubie – że jak sobie o Tobie pomyślę, to mi się robi cieplutko koło serca i cieszę się, że Cię zobaczę, chociaż pewnie będziesz w »wyjątkowo« złym humorze, ale to trudno. Mariańciu miły, ja Cię kocham, mój dziwaku! I bardzo, bardzo potrzebuję
Brandys jak człowiek wycofany towarzysko miał problem z wyrażaniem uczuć, ale wyznał kiedyś, w czasach za swoją działalność opozycyjną Pani Halina była prześladowana przez SB :
„Tak mi jej strasznie żal – notował pisarz we wrześniu 1972 roku – a nie mogę nic pomóc. Moja miłość do niej przejawia się tylko w martwieniu się o nią.
Czyż to nie jest szczere wyznanie miłości ?
Końcówka jej życia była swoistym przypieczętowaniem tego związku.
Pani Halina była już poważnie chora, zdiagnozowano u niej nowotwór. I gdy nadeszły pierwsze wolne wybory w czerwcu 1989 roku, to umierająca przebywała w szpitalu. Jednak na jej prośbę została zaniesiona na noszach do punktu wyborczego, aby mogła zagłosować. W tym też czasie Marian przyjął chrzest i Brandysowie wzięli ślub kościelny, ponieważ Halina chciała, żeby „spoczęli we wspólnej mogile”. Zmarła 22 czerwca 1989 roku.
„Jestem tak czuła na Twój wdzięk, którego Ty nie jesteś w stanie sobie uprzytomnić – pisała aktorka do męża blisko 20 lat po ślubie – że jak sobie o Tobie pomyślę, to mi się robi cieplutko koło serca i cieszę się, że Cię zobaczę, chociaż pewnie będziesz w »wyjątkowo« złym humorze, ale to trudno. Mariańciu miły, ja Cię kocham, mój dziwaku! I bardzo, bardzo potrzebuję
Brandys jak człowiek wycofany towarzysko miał problem z wyrażaniem uczuć, ale wyznał kiedyś, w czasach za swoją działalność opozycyjną Pani Halina była prześladowana przez SB :
„Tak mi jej strasznie żal – notował pisarz we wrześniu 1972 roku – a nie mogę nic pomóc. Moja miłość do niej przejawia się tylko w martwieniu się o nią.
Czyż to nie jest szczere wyznanie miłości ?
Końcówka jej życia była swoistym przypieczętowaniem tego związku.
Pani Halina była już poważnie chora, zdiagnozowano u niej nowotwór. I gdy nadeszły pierwsze wolne wybory w czerwcu 1989 roku, to umierająca przebywała w szpitalu. Jednak na jej prośbę została zaniesiona na noszach do punktu wyborczego, aby mogła zagłosować. W tym też czasie Marian przyjął chrzest i Brandysowie wzięli ślub kościelny, ponieważ Halina chciała, żeby „spoczęli we wspólnej mogile”. Zmarła 22 czerwca 1989 roku.
Dużo starszy od żony Brandys przeżył ją o 9 lat, kultywując jak mógł pamięć o niej poprzez towarzyskie spotkania w gronie wspólnych znajomych.
Taka miłość się nie zdarza - chciałem posumować i zaraz też przypomniał mi się tekst pod tym samym tytułem, który popełniłem na swoim blogu w 2009 roku. Wieloletnia, piękna miłość ludzi zwyczajnych, sąsiadów mojej teściowej
Pozwolę sobie przypomnieć tutaj ten tekst
26 grudnia 2009 Taka miłość się nie zdarza
"Rozważny się jakiś taki ostatnio zrobiłem. A dodatkowo tym rozważaniami postanowiłem dzielić się ze światem zewnętrznym. Już trzeci mój post od dziesiątego listopada zaczyna się od słowa - Rozważania.
Rozważny i romantyczny. W damskiej wersji to tytuł filmu z Emmą Thompson.
Romantyczny? Na ile czas pozwoli. Niestety to ostatnie stwierdzenie odziera rozważania z tej tajemnej magii. W jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych emitowany jest cykl: „Tak miłość się nie zdarza”. Po obejrzeniu kilku odcinków wiem już, że wspaniale kochają: aktorzy, politycy i celebryci. Trzeba wspiąć się na świecznik, aby z jego perspektywy inni zobaczyli jacy jesteśmy wspaniali w swoich porywach miłości i falach uniesień. Uczucia udoskonala pozycja społeczna człowieka. Przysłowiowy już pęk czerwonych melancholii, podarować może jedynie bohater foto sesji z Vivy. A jeżeli już panna nie chce tych róż, że takie zwykłe, że czerwone, to się ją po prostu zmieni a tytuł w magazynie ogłosi.: Nowa partnerka Piotra M. Poraniony aktor próbuje poukładać swoje życie.
A my nie bogaci, nie znani, nie popularni?. Czy nasze uczucie to wulkan, wodospad, kaskada uczuć, czy zwykła prozaiczna fizjologia ?
Myślę, że uczucia akcentowane poza mediami, artykułowane do konkretnej osoby, bez obecności obiektywów i kamer zasługują na szacunek. Wielki szacunek.
Od dnia ślubu, kiedy to matka mojej żony stała się dla mnie teściową, odwiedzam ją w jej mieszkaniu, witając się po drodze z mieszkańcami klatki. Najpierw bo tak wypadało, później budując osobiste relacje. Inaczej nie potrafię, muszę zamienić parę słów, zapytać o zdrowie, pochwalić nowy zakup. Może jestem w tym denerwujący, ale to fragment łańcucha DNA który odziedziczyłem po swoim Ojcu.
Piętro wyżej, dokładnie nad mieszkaniem teściowej żyła rodzina ze srebrnym stażem małżeńskim (25 lat). Kiedy dzieci nie wymagały już trzymania za rączkę, oni chwycili się za ręce i tak ręka w rękę spacerowali przez życie. Na zakupy, dla relaksu, na wszelki wypadek. Czasami gdy wracali ze spaceru z zaplecionymi dłońmi, ona w drugiej ręce trzymała kwiat, czerwony liść, czy gałązkę z dojrzałym kasztanem.
- Patrzmy na to i uczmy się, aby być przygotowanym gdy przyjdą nasze lata – powtarzaliśmy sobie z żoną. Raz ja jej, raz ona mnie, w zależności od tego które pierwsze dojrzało Zosię i Pawła wyłaniających się z bocznej uliczki.
Któregoś dnia zobaczyłem Pawła. Szedł samotnie. Energicznie pokonywał przestrzeń, prawie biegł. Nie zatrzymywałem go wtedy za pierwszym razem i następnym też nie miałem odwagi.
Czułem, że stało się coś niedobrego, ponieważ nie widziałem uśmiechu, tak charakterystycznego dla jego twarzy.
Za dwa tygodnie przyszedł do mojej teściowej. Nad kubkiem herbaty płakał jak małe dziecko.
- Nie wyobrażam sobie życia bez Zosi. Jeżeli ona odejdzie ja pójdę za nią.
Zosia zachorowała nagle. Nowotwór zaatakował błyskawicznie. Nie pomogły zabiegi, chemie i naświetlania. Zosia marniała w oczach, a ostatnie spacery były chyba tylko czarowaniem rzeczywistości. Może tylko stworzeniem warunków do wspomnień w ramach terapii miejsca i sytuacji.
Niestety terapia nie pomogła, leczenie zresztą też nie. Zosia odeszła w jakieś zimowe przedpołudnie. Tak cichutko jak ciche było jej życie, bez gestów i słów. Kiedy po pogrzebie Zosi, Paweł nie pokazywał się przez jakiś czas, przekonywaliśmy się, że to normalne.
Kiedy pojawił się powtórnie u mojej teściowej nie wyglądał lepiej. Powtórnie widziałem go płaczącego nad kubkiem herbaty.
- Pani Jasiu powiedział – ja nie mam po co żyć. Tam gdzieś, gdzie teraz Zosia, tam jest moje miejsce. Ona szykuje mi tam pokój.
- Cóż też Pan opowiada sąsiedzie - ratowała sytuację teściowa. Ma pan dzieci, ma pan dla kogo żyć.
- Bez Zosi, to nie mam dla kogo - podsumowywał każdą wypowiedź, załamany Paweł.
Nie widywałem go już w alejkach wokół bloku czy zakonnego ogrodu. Częściej siedział na cmentarzu, zapatrzony w mogiłę, całkowicie nieobecny. Wśród grobów, na cmentarnych alejkach toczyło się teraz jego samotne życie.
Mijała wiosna, a lato rozpoczynało swoje szaleństwa. Gdzieś koło sierpnia gruchnęła wiadomość - Paweł ma raka.
Jak w przypadku Zosi, nowotwór skrycie dokonał zniszczenia. Po krótkiej walce stało się jasne, że pomóc mu można tylko poprawiając komfort ostatnich chwil. W jeden z ciepłych jeszcze październikowych dni Paweł zamknął oczy, na zawsze. Pogrzeb z pomocą sąsiadów zorganizowały dzieci. Pożegnanie, bez wielkich słów, bez wielkich łez. W końcu miał jak chciał, poszedł do swojej ukochanej Zosi. Paradoksalnie spełniło się jego największe marzenie ostatniego roku. Niewyobrażalne, że jak postanowił, tak zmarł w niecały rok od pogrzebu ukochanej żony.
Tak miłość się nie zdarza, gotów byłbym zakrzyczeć po wysłuchaniu takiej historii. Tylko, że ja byłem jednym z uczestników tego scenariusza. Los dał mi rolę statysty w tamtych wydarzeniach., a przypomniałem sobie o nich z okazji, świąt i nasze rocznicy ślubu. W końcu, zamiast odpowiedzi na pytanie czy oprócz rozwagi jestem również romantyczny?
I nie ucieknę przed odpowiedzią, na to samemu sobie zdane pytanie."
Na końcu znajduje się informacja o tym, że tekst wywołał potrzebę napisania 179 komentarzy czytających. Tak, to były bardzo dobre czasy dla blogerów.
Co z tego czasu pozostało we mnie ?
Przyzwyczajenie do pisania, a może nawet uzależnienie od niego.
Taka miłość się nie zdarza - chciałem posumować i zaraz też przypomniał mi się tekst pod tym samym tytułem, który popełniłem na swoim blogu w 2009 roku. Wieloletnia, piękna miłość ludzi zwyczajnych, sąsiadów mojej teściowej
Pozwolę sobie przypomnieć tutaj ten tekst
26 grudnia 2009 Taka miłość się nie zdarza
"Rozważny się jakiś taki ostatnio zrobiłem. A dodatkowo tym rozważaniami postanowiłem dzielić się ze światem zewnętrznym. Już trzeci mój post od dziesiątego listopada zaczyna się od słowa - Rozważania.
Rozważny i romantyczny. W damskiej wersji to tytuł filmu z Emmą Thompson.
Romantyczny? Na ile czas pozwoli. Niestety to ostatnie stwierdzenie odziera rozważania z tej tajemnej magii. W jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych emitowany jest cykl: „Tak miłość się nie zdarza”. Po obejrzeniu kilku odcinków wiem już, że wspaniale kochają: aktorzy, politycy i celebryci. Trzeba wspiąć się na świecznik, aby z jego perspektywy inni zobaczyli jacy jesteśmy wspaniali w swoich porywach miłości i falach uniesień. Uczucia udoskonala pozycja społeczna człowieka. Przysłowiowy już pęk czerwonych melancholii, podarować może jedynie bohater foto sesji z Vivy. A jeżeli już panna nie chce tych róż, że takie zwykłe, że czerwone, to się ją po prostu zmieni a tytuł w magazynie ogłosi.: Nowa partnerka Piotra M. Poraniony aktor próbuje poukładać swoje życie.
A my nie bogaci, nie znani, nie popularni?. Czy nasze uczucie to wulkan, wodospad, kaskada uczuć, czy zwykła prozaiczna fizjologia ?
Myślę, że uczucia akcentowane poza mediami, artykułowane do konkretnej osoby, bez obecności obiektywów i kamer zasługują na szacunek. Wielki szacunek.
Od dnia ślubu, kiedy to matka mojej żony stała się dla mnie teściową, odwiedzam ją w jej mieszkaniu, witając się po drodze z mieszkańcami klatki. Najpierw bo tak wypadało, później budując osobiste relacje. Inaczej nie potrafię, muszę zamienić parę słów, zapytać o zdrowie, pochwalić nowy zakup. Może jestem w tym denerwujący, ale to fragment łańcucha DNA który odziedziczyłem po swoim Ojcu.
Piętro wyżej, dokładnie nad mieszkaniem teściowej żyła rodzina ze srebrnym stażem małżeńskim (25 lat). Kiedy dzieci nie wymagały już trzymania za rączkę, oni chwycili się za ręce i tak ręka w rękę spacerowali przez życie. Na zakupy, dla relaksu, na wszelki wypadek. Czasami gdy wracali ze spaceru z zaplecionymi dłońmi, ona w drugiej ręce trzymała kwiat, czerwony liść, czy gałązkę z dojrzałym kasztanem.
- Patrzmy na to i uczmy się, aby być przygotowanym gdy przyjdą nasze lata – powtarzaliśmy sobie z żoną. Raz ja jej, raz ona mnie, w zależności od tego które pierwsze dojrzało Zosię i Pawła wyłaniających się z bocznej uliczki.
Któregoś dnia zobaczyłem Pawła. Szedł samotnie. Energicznie pokonywał przestrzeń, prawie biegł. Nie zatrzymywałem go wtedy za pierwszym razem i następnym też nie miałem odwagi.
Czułem, że stało się coś niedobrego, ponieważ nie widziałem uśmiechu, tak charakterystycznego dla jego twarzy.
Za dwa tygodnie przyszedł do mojej teściowej. Nad kubkiem herbaty płakał jak małe dziecko.
- Nie wyobrażam sobie życia bez Zosi. Jeżeli ona odejdzie ja pójdę za nią.
Zosia zachorowała nagle. Nowotwór zaatakował błyskawicznie. Nie pomogły zabiegi, chemie i naświetlania. Zosia marniała w oczach, a ostatnie spacery były chyba tylko czarowaniem rzeczywistości. Może tylko stworzeniem warunków do wspomnień w ramach terapii miejsca i sytuacji.
Niestety terapia nie pomogła, leczenie zresztą też nie. Zosia odeszła w jakieś zimowe przedpołudnie. Tak cichutko jak ciche było jej życie, bez gestów i słów. Kiedy po pogrzebie Zosi, Paweł nie pokazywał się przez jakiś czas, przekonywaliśmy się, że to normalne.
Kiedy pojawił się powtórnie u mojej teściowej nie wyglądał lepiej. Powtórnie widziałem go płaczącego nad kubkiem herbaty.
- Pani Jasiu powiedział – ja nie mam po co żyć. Tam gdzieś, gdzie teraz Zosia, tam jest moje miejsce. Ona szykuje mi tam pokój.
- Cóż też Pan opowiada sąsiedzie - ratowała sytuację teściowa. Ma pan dzieci, ma pan dla kogo żyć.
- Bez Zosi, to nie mam dla kogo - podsumowywał każdą wypowiedź, załamany Paweł.
Nie widywałem go już w alejkach wokół bloku czy zakonnego ogrodu. Częściej siedział na cmentarzu, zapatrzony w mogiłę, całkowicie nieobecny. Wśród grobów, na cmentarnych alejkach toczyło się teraz jego samotne życie.
Mijała wiosna, a lato rozpoczynało swoje szaleństwa. Gdzieś koło sierpnia gruchnęła wiadomość - Paweł ma raka.
Jak w przypadku Zosi, nowotwór skrycie dokonał zniszczenia. Po krótkiej walce stało się jasne, że pomóc mu można tylko poprawiając komfort ostatnich chwil. W jeden z ciepłych jeszcze październikowych dni Paweł zamknął oczy, na zawsze. Pogrzeb z pomocą sąsiadów zorganizowały dzieci. Pożegnanie, bez wielkich słów, bez wielkich łez. W końcu miał jak chciał, poszedł do swojej ukochanej Zosi. Paradoksalnie spełniło się jego największe marzenie ostatniego roku. Niewyobrażalne, że jak postanowił, tak zmarł w niecały rok od pogrzebu ukochanej żony.
Tak miłość się nie zdarza, gotów byłbym zakrzyczeć po wysłuchaniu takiej historii. Tylko, że ja byłem jednym z uczestników tego scenariusza. Los dał mi rolę statysty w tamtych wydarzeniach., a przypomniałem sobie o nich z okazji, świąt i nasze rocznicy ślubu. W końcu, zamiast odpowiedzi na pytanie czy oprócz rozwagi jestem również romantyczny?
I nie ucieknę przed odpowiedzią, na to samemu sobie zdane pytanie."
Na końcu znajduje się informacja o tym, że tekst wywołał potrzebę napisania 179 komentarzy czytających. Tak, to były bardzo dobre czasy dla blogerów.
Co z tego czasu pozostało we mnie ?
Przyzwyczajenie do pisania, a może nawet uzależnienie od niego.
No i wspomnienia, te zawsze są bez wad.
Z ta poduszka z tak i nie, nie tylko do rozmowy może być przydatna. A opowieść o Zofii i Pawle wzruszająca i prawdziwie walentynkowa. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńMyślę, że wymyślono ją po to by zastąpiła rozmowę. Gdzie te czasy gdy Konstanty Ildefons Gałczyński napisał wiersz - Rozmowa liryczna, który zaczynał się do słów - Powiedz mi jak mnie kochasz.
Usuń