24 lutego 2026

Gra ciałem, albo kartka z kalendarza

Marudom na narzekania, że znowu tylko o tych nartach, zdecydowanie odpowiadam - nie tylko.

Piątek 20 lutego 2024r.

Spojrzałem na prognozę pogody i doszedłem do wniosku, że to chyba ostatnie chwile na ośnieżone stoki narciarskie. W weekend planowane są obfite opady deszczu, a w połowie przyszłego tygodnia  trafi nam się pogoda do 15 stopni na plusie. Szybko też doszedłem do porozumienia z synem. Ja emerycki wolny ptak, on obywatel korpo, ale na małym jednodniowym urlopie. Cóż więc zabroni nam  tego kontaktu z przyrodą?  Przyrodą dziką mroźną i męską, chociaż co trzeba dodać uczciwie, kobiety stanowią na  stoku prawie 50 procent szaleńców.  Oczywiście  szaleńców w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Anglicy mają na to swoje określenie - freak, my od biedy możemy powiedzieć - pasjonaci.
Tradycyjnie wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca wyruszyliśmy na spotkanie z przyrodą. Tym razem nasz azymut wyznaczała stacja narciarska Czorsztyn Ski w Kluszkowcach.
Mam dziwny sentyment do tego miejsca. W czasach gdy posiadaliśmy starą chałupę w Gorcach,  odwiedzaliśmy ten stok regularnie, a już obowiązkowo zimową porą. Nie byłem tam jednak od ponad piętnastu lat, a więc targała mną ciekawość, taka sama jak oczekiwanie na aktualne zdjęcie byłej dziewczyny na Naszej Klasie ( pamiętacie ten czas i to uczucie ?)
Będzie czego żałować, czy nie będzie ?
Stacja narciarska rozbudowała się zdecydowanie i to na plus. Kiedyś dominowały wyciągi talerzykowe, przy których pysznił się tylko jeden kanapowy. Teraz narciarzy wywożą trzy kanapy, a talerzyki służą tylko najmłodszym.
Wszystko poszło sprawnie. Przy słonecznej pogodzie i kilkustopniowym mrozie, pozjeżdżaliśmy jak to mówią do bólu. Bólu jednak z powodu regularnego korzystania z roweru treningowego nie doświadczyłem. Ta metoda wzmocnienia nóg działa rewelacyjnie, a ja mogłem cały czas dotrzymywać kroku młodszemu synowi.
Nawet na takiej jednej nowej trasie, tak stromej, że zjazd na niej przypominał walkę o życie.
Udało mi się zjechać, oszczędzając tyłek.


                                                       

Kiedy zbieraliśmy się do domu, adrenalina zaczynała ustępować miejsca dopaminie i w takim właśnie nastroju wróciłem do domu. Stan ten trwa jeszcze w sobotę, kiedy piszę ten tekst.
Młody przygotował króciutki filmik który mam nadzieję, że tym razem odpali. Co prawda Młody promuje tu raczej siebie, ale wnikliwy obserwator zauważy też moje narty. Klimat zaś i otoczenie było dane nam wszystkim.


                                         
                                                     

W  sobotę temperatura wskazywała już 9 stopni na plusie i zaczęła się plucha. To było powodem mojej radości, że mieliśmy dość siły i samozaparcia, by wstać po piątej rano i gnać te 140 kilometrów  w stronę gór Jak wspomniałem już wyżej, mogłem z dużą swobodą przyjmować właściwe pozycje ciała w trakcie  jazdy na nartach. Jak się komuś wydaje że to tylko statyczne zjeżdżanie na deskach to się grubo myli. To walka z prawami przyrody, gdy czasem wykorzystuje się jej siły, a czasem próbuje z nimi 
walczyć. Tym razem jedno i drugie udało czynić wyjątkowo skutecznie.
Można powiedzieć, że była to taka gra ciałem na własny użytek.
W końcu narty to jakiś sport w którym  definicja określenia "gra ciałem" ma różne znaczenie w zależności od dyscypliny sportu. 
I tak w przypadku piłki nożnej, gra ciałem to technika wykorzystywania tułowia, ramion i nóg do ochrony piłki, zastawiania się, wygrywania pojedynków jeden na jeden oraz mylenia przeciwnika (zwody).
W koszykówce zaś (gra ciałem) to kluczowy element obrony i ataku, który musi mieścić się w ramach legalnej pozycji obronnej i zasad "cylindra
Nie wszystkim jednak gra ciałem wychodzi na zdrowie. W sporcie to kontuzje fizyczne i innych dziedzinach dochodzą uraz psychiczne.
Jest taki sport, a w zasadzie styl bycia, gdzie gra ciałem jest natychmiast zauważana, nagłaśniana i krytykowana. To celebryci.
Poniżej kilka artykułów potwierdzających moją tezę.

                                                        


                                                              


                                                          

Pomyśleć, że tym biedaczkom dla lepszego uprawiana gry ciałem nie wystarczy tak jak mnie rowerek, kilka skłonów i obrotów ciała. One  do tego zaprzęgły cały sztab ludzi z medycyną estetyczną włącznie.
A potem co ? Ludzie obejrzą, a zamiast pochwalić skrytykują. 
I czyż nie powinniśmy, choćby z tego powodu współczuć obecnym  celebrytom ? 

17 lutego 2026

Dzień jak co dzień, a jednak inny od poprzedniego

Znajomi chcą wiedzieć, że nam się dobrze powodzi.  Dobrze, ale w żadnym wypadku  nie lepiej od nich.  Kochani, idąc za tą życiową mądrością, zamieszczam dziś opis jednego z moich lutowych dni.
Obudziłem się wcześnie, jak zresztą każdego dnia. Świątek, piątek i niedziela wstaję o tej samej godzinie. Co to znaczy przyzwyczajenie. Ponieważ nie chciałem zrywać z łóżka żony, zaległem w ciepłej pościeli jeszcze na chwilę. Umysł jednak zdążył już włączyć się do życia i zaczął podrzucać mi plan dnia. Dodatkowo pojawiły mi się i inne takie sobie rozważania w stylu - dobrze coś zrobiłeś czy nie dobrze ? Miło zacząć dzień od pochwały, a ponieważ nie było nikogo wokół mnie sam siebie pochwaliłem za rozsądne gospodarowanie budżetem. Nie ulegam pokusom, promocjom i jak mówił Pan Peresada z "Siekierezady", nie wydaję pieniędzy na jakieś majonezy.
Połechtany mile tym autokomplementem,  zebrałem się w sobie. Zrobiłem nawet kilka skłonów i przysiadów więcej niż zazwyczaj, a zaraz potem  przystąpiłem do golenia zarostu. Robię to regularnie dzień w dzień, bez względu na to czy mam w tym dniu wychodne czy nie. Kiedy robiłem śniadanie, do okna w kuchni zaglądały ptaszki, tak jakby sprawdzając czy o nich przypadkiem nie zapomniałem.
Nie zapomniałem, ale sikorka to nie kot by ją karmić już  nad ranem.
Po pierwszej  kawie sypnąłem ziarna słonecznika sikorkom, naciągnąłem mocniej czapkę na głowę i wsiadłem do samochodu. Przywitał mnie pisk kontrolera ciśnienia w oponach. Zimą, zwłaszcza przy temperaturach poniżej -10 stopni to rzecz  zupełnie normalna. Rozmawiałem nawet o tym wczoraj z synem, ponieważ i u mnie i u niego zapiszczało koncertowo. On dopompował koła, a ja nie zdążyłem.
Spoko, pomyślałem, dzisiaj też jest -12 stopni. Niestety, ale starcza potrzeba sprawdzania wszystkiego po kilka razy zatriumfowała i tym razem.
Wylazłem z auta i omiotłem  wzrokiem opony, oceniając ilość sprężonego w nich powietrza. Wszędzie było w miarę i już miałem wracać do środka, kiedy coś błysnęło mi na boku jednej z opon.
Pochyliłem się niżej. Tylna lewa opona posiadała  coś co normalnie nie powinno się tam znaleźć. Srebrny wkręt wystawał  złowieszczo z gumy. Połowa była elegancko wciśnięta, a  druga połowa wystawała na zewnątrz. Ponieważ do najbliższego zakładu wulkanizacyjnego miałem ok 5 km, a w oponie było jeszcze powietrze, zaryzykowałem jazdę. W tym dniu miałem bowiem kilka spraw nie cierpiących zwłoki.
Dzięki bogu skończył się już okres wymiany opon z letnich na zimowe, a więc bez czekania skierowano mnie na stanowisko.
Kiedy pracownik zakładu zdjął oponę, skrzywił się i rzekł:

- Spytam szefa, ale uszkodzeń w tym miejscu nie naprawiamy.

Szef był tego samego zdania. Śruba tkwiła w dziwnym miejscu. Ani to bieżnik, ani bok opony. To tak ładnie na styku tych powierzchni, czyli tam gdzie opona pracuje najbardziej.
Na styku splotu stalowego i  oplotu sznurkowego.

                                                                                                  

- Trzeba będzie kupić nową oponę. Zapraszam do biura. Może Pan u nich zamówić.

Troskliwy człowiek z obsługi spytał ile lat jeżdżę na tych gumach, bo może trzeba wymieniać do pary.

- Dopiero drugi sezon, a więc pewnie nie mają jeszcze przejechanych nawet 10 tysięcy kilometrów.

- To dobrze bo przy większych przebiegach sugerowałbym wymianę dwóch.

Spodobało mi się  nawet,  że nie straszą, a jedynie sugerują. Dla mnie jednak bezpieczeństwo jest ważne. Zamówiłem, zostawiłem kapcia w warsztacie, a uzbrojony w tak zwaną dojazdówkę wyruszyłem w miasto. Guma nie guma, a tu trzeba  załatwić listę spraw i to w danym dniu.
Dojazdówka to opona o mniejszych rozmiarach i możliwościach. Maksymalna szybkość na takiej oponie to 80 km/godz o czym informują specjalne naklejki na feldze. Poza tym to dojazdówka to  opona letnia, bo o ile wiem nikt nie robi wersji zimowej.
To było pierwsze użycie tej dojazdówki. Kupiłem ją zaraz po nabyciu samochodu, a ten firmowo wyposażony był w zestaw do klejenia na drodze, czyli wpuszczanie w razie potrzeby pod ciśnieniem takiego uszczelniającego świństwa z którym nie chcą mieć potem nic wspólnego wulkanizatorzy

                                                                                       

Jeżdżąc delikatnie i ostrożnie załatwiałem sprawy. Dotarłem z powrotem do warsztatu około 13.30.
Fachowcy wymienili koło i tak dojazdówka wróciła to plastikowego pokrowca, a nowa opona na oś.
Rachunek zamknął się kwotą 500 zł-. Jak to mówią, nie jadł nie pił.
Wróciłem do domu z takimi oto przemyśleniami, bo każda sytuacja w życiu wywołuje w człowieku potrzebę analizy i wyciągnięcia wniosków
  • Po pierwsze. Tak dziwne miejsce uszkodzenia koła, przy odrobine czarnowidztwa wskazuje na czyjś akt dywersji  czyli celowe wkręcenie tam śruby.
  • Po drugie. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ma co cieszyć się z jakiejś górki w oszczędnościach, ponieważ przewrotny los zaraz znajdzie dziurę do zasypania ową zaoszczędzoną forsą.
Z wiadomych powodów starałem się nie myśleć o tym, że jest jeszcze takie jedno takie popularne przysłowie. Brzmi ono tak - Nieszczęścia chodzą parami.
Na koniec chciałbym odeprzeć ewentualne zarzuty o to, że zacząłem praktykować  starcze skąpstwo.  Ponieważ obecnie najlepiej przemawia do nas mem,  niechaj więc ten mem przemówi:


                                                                               

I to by było na tyle, jak mawiał profesor  mniemanologii stosowanej  Jan Tadeusz Stanisławski 



10 lutego 2026

Kochać, jak to łatwo powiedzieć

Przygotowania do kolejnej edycji Walentynek trwają w najlepsze. Szczególnie w sklepach i Internetach
W jednym  z takich sklepów znalazłem taki oto gadżet. Poduszki które mówią więcej niż sto słów.
Jest kolejna rzecz która zwalnia nas z obowiązku rozmowy. Wystarczy tylko odwrócić poduszkę na odpowiednią stronę


                                                                                       

W przypadku braku nastroju, chęci, albo w celu ukarania partnera za cokolwiek  jest inna wersja, czyli druga strona poduszki
                                        
                                                                                          

Parafrazując słynne łacińskie powiedzenie można by rzec:   Pulvinar locuta, causa finita, 
co znaczy ni mniej ni więcej - Poduszka przemówiła sprawa zakończona
W czasach kiedy wszystko jest jednorazowe, kiedy wyrzuca się przedmioty zamiast je naprawiać trudno szukać poczucia trwałości.  Miłość jest w tej chwili tak krótkodystansowa, że już po kilku latach,  pojawia się potrzeba odświeżenia przysięgi małżeńskiej. Cóż to za odświeżanie jeżeli po trzech latach ledwo wchodzi się w buty małżonka. Samo zaś małżeństw to raczej maraton  lub nawet ultramaraton.  Jawi mi się to jako brak pewności drugiego człowieka i jest to swego rodzaju zagłuszanie tych obaw. Huczne wydarzenie ma być remedium na ewentualne różnice w związku. Celują w tym szczególnie celebryci, dla których jest to okazja do przypomnienia o sobie. Nastały bowiem takie czasy, że ludzie zachwycają się nowością,  zżerają ją łapczywie i wydalają nawet nie trawiąc. Stąd w tym szybkim tempie życia pojawia się takie zatrzęsienie gwiazd, których nazwiska, ani profesji nie zdążę sobie zapamiętać.
A przecież bywało inaczej.
Przyczynkiem do tych rozważań stała się książka Sławne pary PRL której autorem jest Sławomir Koper. Czytam ją w trakcie jazdy na rowerze treningowym, bowiem historia każdej z opisanych tam par zajmuje mi około godziny, czyli tyle ile potrzebuję na przejechanie  dwudziestu kilometrów.
Szczególne miejsce w moim sercu wzbudziła historia Mariana Brandysa i Heleny Mikołajskiej .
Przypomnę. On pisarz, Ona aktorka, a potem jedna z założycieli  Komitetu Obrony Robotników.
Bardzo spodobała mi się szczerość wypowiedzi głównych bohaterów rozdziału. Już sam sposób poznania się tych dwojga  podziałał na moją wyobraźnię. Marian Brandys tak to wspominał:

W domu ZAiKS-u w Zakopanem podeszła do stolika, gdzie siedziałem z jedną panią, która bardzo mi się podobała, i powiedziała: „Siedzi pan przy niewłaściwym stoliku, z niewłaściwą kobietą”. Zabrała mnie do swojego stolika i tak już zostało. Miałem wtedy 43 lata, odpowiadał mi stan wolny i tylko energia mojej przyszłej żony, która miała wtedy 30 lat, doprowadziła do tego, że zostaliśmy małżeństwem. Ja byłem jej trzecim mężem i tylko zastrzegłem, że to ma być już ostatni raz.

Tak się też stało para wzięła ślub, a dwadzieścia lat później tak oto żona mówiła do swego męża:

„Jestem tak czuła na Twój wdzięk, którego Ty nie jesteś w stanie sobie uprzytomnić – pisała aktorka do męża blisko 20 lat po ślubie – że jak sobie o Tobie pomyślę, to mi się robi cieplutko koło serca i cieszę się, że Cię zobaczę, chociaż pewnie będziesz w »wyjątkowo« złym humorze, ale to trudno. Mariańciu miły, ja Cię kocham, mój dziwaku! I bardzo, bardzo potrzebuję

Brandys jak człowiek wycofany towarzysko miał problem z wyrażaniem uczuć, ale wyznał kiedyś, w czasach  za swoją działalność opozycyjną Pani Halina była prześladowana przez SB :

„Tak mi jej strasznie żal – notował pisarz we wrześniu 1972 roku – a nie mogę nic pomóc. Moja miłość do niej przejawia się tylko w martwieniu się o nią.

Czyż to nie jest szczere wyznanie miłości ?
Końcówka jej życia  była swoistym przypieczętowaniem tego związku.
 Pani Halina  była już poważnie chora, zdiagnozowano u niej nowotwór. I gdy nadeszły pierwsze wolne wybory w czerwcu 1989 roku, to umierająca przebywała w szpitalu. Jednak na jej prośbę została zaniesiona na noszach do punktu wyborczego, aby mogła zagłosować. W tym też czasie Marian przyjął chrzest i Brandysowie wzięli ślub kościelny, ponieważ Halina chciała, żeby „spoczęli we wspólnej mogile”. Zmarła 22 czerwca 1989 roku.
Dużo starszy od żony Brandys przeżył ją o 9 lat, kultywując jak mógł pamięć o niej poprzez towarzyskie spotkania w gronie wspólnych znajomych.

Taka miłość się nie zdarza - chciałem posumować i zaraz też przypomniał mi się tekst pod tym samym tytułem, który popełniłem na swoim blogu w 2009 roku. Wieloletnia, piękna miłość ludzi zwyczajnych, sąsiadów mojej teściowej 
Pozwolę sobie przypomnieć tutaj ten tekst

26 grudnia 2009  Taka miłość się nie zdarza
"Rozważny się jakiś taki ostatnio zrobiłem. A dodatkowo tym rozważaniami postanowiłem dzielić się ze światem zewnętrznym. Już trzeci mój post od dziesiątego listopada zaczyna się od słowa - Rozważania.
Rozważny i romantyczny. W damskiej wersji to tytuł filmu z Emmą Thompson.
Romantyczny? Na ile czas pozwoli. Niestety to ostatnie stwierdzenie odziera rozważania z tej tajemnej magii. W jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych emitowany jest cykl: „Tak miłość się nie zdarza”. Po obejrzeniu kilku odcinków wiem już, że wspaniale kochają: aktorzy, politycy i celebryci. Trzeba wspiąć się na świecznik, aby z jego perspektywy inni zobaczyli jacy jesteśmy wspaniali w swoich porywach miłości i falach uniesień. Uczucia udoskonala pozycja społeczna człowieka. Przysłowiowy już pęk czerwonych melancholii, podarować może jedynie bohater foto sesji z Vivy. A jeżeli już panna nie chce tych róż, że takie zwykłe, że czerwone, to się ją po prostu zmieni a tytuł w magazynie ogłosi.: Nowa partnerka Piotra M. Poraniony aktor próbuje poukładać swoje życie.
A my nie bogaci, nie znani, nie popularni?. Czy nasze uczucie to wulkan, wodospad, kaskada uczuć, czy zwykła prozaiczna fizjologia ?
Myślę, że uczucia akcentowane poza mediami, artykułowane do konkretnej osoby, bez obecności obiektywów i kamer zasługują na szacunek. Wielki szacunek.
Od dnia ślubu, kiedy to matka mojej żony stała się dla mnie teściową, odwiedzam ją w jej mieszkaniu, witając się po drodze z mieszkańcami klatki. Najpierw bo tak wypadało, później budując osobiste relacje. Inaczej nie potrafię, muszę zamienić parę słów, zapytać o zdrowie, pochwalić nowy zakup. Może jestem w tym denerwujący, ale to fragment łańcucha DNA który odziedziczyłem po swoim Ojcu.
Piętro wyżej, dokładnie nad mieszkaniem teściowej żyła rodzina ze srebrnym stażem małżeńskim (25 lat). Kiedy dzieci nie wymagały już trzymania za rączkę, oni chwycili się za ręce i tak ręka w rękę spacerowali przez życie. Na zakupy, dla relaksu, na wszelki wypadek. Czasami gdy wracali ze spaceru z zaplecionymi dłońmi, ona w drugiej ręce trzymała kwiat, czerwony liść, czy gałązkę z dojrzałym kasztanem.
- Patrzmy na to i uczmy się, aby być przygotowanym gdy przyjdą nasze lata – powtarzaliśmy sobie z żoną. Raz ja jej, raz ona mnie, w zależności od tego które pierwsze dojrzało Zosię i Pawła wyłaniających się z bocznej uliczki.
Któregoś dnia zobaczyłem Pawła. Szedł samotnie. Energicznie pokonywał przestrzeń, prawie biegł. Nie zatrzymywałem go wtedy za pierwszym razem i następnym też nie miałem odwagi.
Czułem, że stało się coś niedobrego, ponieważ nie widziałem uśmiechu, tak charakterystycznego dla jego twarzy.
Za dwa tygodnie przyszedł do mojej teściowej. Nad kubkiem herbaty płakał jak małe dziecko.
- Nie wyobrażam sobie życia bez Zosi. Jeżeli ona odejdzie ja pójdę za nią.
Zosia zachorowała nagle. Nowotwór zaatakował błyskawicznie. Nie pomogły zabiegi, chemie i naświetlania. Zosia marniała w oczach, a ostatnie spacery były chyba tylko czarowaniem rzeczywistości. Może tylko stworzeniem warunków do wspomnień w ramach  terapii miejsca i sytuacji.
Niestety terapia nie pomogła, leczenie zresztą też nie. Zosia odeszła w jakieś zimowe przedpołudnie. Tak cichutko jak ciche było jej życie, bez gestów i słów. Kiedy po pogrzebie Zosi, Paweł nie pokazywał się przez jakiś czas, przekonywaliśmy się, że to normalne.
Kiedy pojawił się powtórnie u mojej teściowej nie wyglądał lepiej. Powtórnie widziałem go płaczącego nad kubkiem herbaty.
- Pani Jasiu powiedział – ja nie mam po co żyć. Tam gdzieś, gdzie teraz Zosia, tam jest moje miejsce. Ona szykuje mi tam pokój.
- Cóż też Pan opowiada sąsiedzie - ratowała sytuację teściowa. Ma pan dzieci, ma pan dla kogo żyć.
- Bez Zosi, to nie mam dla kogo - podsumowywał każdą wypowiedź, załamany Paweł.
Nie widywałem go już w alejkach wokół bloku czy zakonnego ogrodu. Częściej siedział na cmentarzu, zapatrzony w mogiłę, całkowicie nieobecny. Wśród grobów, na cmentarnych alejkach toczyło się teraz jego samotne życie.
Mijała wiosna, a lato rozpoczynało swoje szaleństwa. Gdzieś koło sierpnia gruchnęła wiadomość - Paweł ma raka.
Jak w przypadku Zosi, nowotwór skrycie dokonał zniszczenia. Po krótkiej walce stało się jasne, że pomóc mu można tylko poprawiając komfort ostatnich chwil. W jeden z ciepłych jeszcze październikowych dni Paweł zamknął oczy, na zawsze. Pogrzeb z pomocą sąsiadów zorganizowały dzieci. Pożegnanie, bez wielkich słów, bez wielkich łez. W końcu miał jak chciał, poszedł do swojej ukochanej Zosi. Paradoksalnie spełniło się jego największe marzenie ostatniego roku. Niewyobrażalne, że jak postanowił, tak zmarł w niecały rok od pogrzebu ukochanej żony.
Tak miłość się nie zdarza, gotów byłbym zakrzyczeć po wysłuchaniu takiej historii. Tylko, że ja byłem jednym z uczestników tego scenariusza. Los dał mi rolę statysty w tamtych wydarzeniach., a przypomniałem sobie o nich z okazji, świąt i  nasze rocznicy ślubu. W końcu, zamiast odpowiedzi na pytanie czy oprócz rozwagi jestem również romantyczny?
I nie ucieknę przed odpowiedzią, na to samemu sobie zdane pytanie."

Na końcu znajduje się  informacja o tym, że tekst wywołał potrzebę napisania 179 komentarzy czytających. Tak, to były bardzo dobre czasy dla blogerów.
Co z tego czasu pozostało we mnie ?
Przyzwyczajenie do pisania, a może nawet uzależnienie od niego.
No i wspomnienia, te zawsze są bez wad.




03 lutego 2026

A zegar tyka

Halina Wyrodek w Piwnicy pod Baranami, śpiewała prześliczny tekst Tadeusza Śliwiaka. Tytuł piosenki brzmi "Ta nasza Młodość". Wiem, wiem, że znacie. To nie jest test na znajomość, to raczej gra na sentymentach.
Ileż to razy słuchałem tej piosenki, ba hymnu na cześć młodości i za każdym razem przebiegał mi wtedy wzdłuż kręgosłupa  taki charakterystyczny dreszcz. Mam jeszcze kila utworów na które reaguję tak samo. Być może jest to jakąś miarą mojej wrażliwości, ponieważ mam się raczej za człowieka wrażliwego. Wrażliwość to nic wstydliwego dlatego cieszę się również z tego, że przekazałem ją w genach swoim dzieciom.
Wracając zaś do tekstu Śliwiaka.  Przy tym pięknym opisie młodości, autor nie pozostawia wątpliwości w którym kierunku młodość zmierza. Wszystko bowiem przemija co podkreśla  pisząc ostatnie słowa wiersza:  

Buntem jest niespełnionym
Co na serce umiera
Ona tylko to daje
Co innemu zabiera

No właśnie, mowa o starości, czasie w którym życie zabiera po kolei wszystkie zabawki.  j
Jak to się okazuje już po czasie, nie były one nigdy dane nam na własność, a zostały nam jedynie wypożyczone.
A my nie dopuszczamy tego do siebie jak długo się da ignorować ten fakt. Jeszcze trochę się szarpiemy  jak w piosence Wojciecha Młynarskiego

Jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne sny marzenia plany

Jako przedstawiciel tych z siwymi skroniami, zauważam coraz częściej to zabieranie.
Kondycja już  niestety nie ta, a potrzeba odpoczynku coraz częstsza.
Opisywałem jakiś czas temu mój  pierwszy w tym sezonie wyjazd na narty.
Mróz był pierwszym z przeciwników, drugim zaś  postępujący spadek kondycji.
Kiedyś jeździliśmy przy minus 20 stopniach i nikt nie narzekał, teraz zjazd przy -12 stopni Celsjusza uchodzi za akt bohaterstwa.  
Podczas gdy w poprzednim sezonie zjeżdżałem ze stroku średnio od 10 do 11 razy, o tyle w tym sezonie moje zjazdy zakończyły się już na ósmym zjeździe. W tekście, jak zauważyłem teraz, popisałem się brakiem umiejętności liczenia lub fantazją i zawyżyłem liczbę o jeden zjazd.
W trakcie drogi powrotnej zwierzyłem się synowi, że coś z tą moją kondycją muszę zrobić ponieważ do nart potrzebne są silne nogi. Takie które potrafią zapanować nad niesfornymi nartami.
Narty jak nuty w piosence Wysockiego wolą tańczyć solo, a my chcemy by ganiały równiutko w parze.
Dobrym pomysłem na wzmocnienie nóg wydał mi się zakup roweru treningowego.
Wiem, że sam zakup takiego sprzętu nie poprawi mi kondycji, a jedynie nastrój. Postanowiłem więc również z niego korzystać. Pomyślałem, że dzienna trasa długości 20 kilometrów będzie wystarczająca.
Dwa dni po powrocie, korzystając z sezonowej obniżki cen w pewnym dużym sklepie, kupiłem rower.
To sprzęt bez tak zwanych wodotrysków, ale licznik ma i regulację obciążenia też. Poza tym siodełko i dwa pedały, a więc jest do moich planów całkowicie przydatny. 
Boże. Pierwsze 20 kilometrów podzieliłem sobie na raty, a zszedłem ze sprzętu mocno już zmęczony.
Każdy dzień przynosił mi jednak kolejne powody do radości.
Nogi przestały boleć w finale, a trasę 20 km pokonuję  teraz na  raz. Z szybkością też nie szaleję, moja średnia to 20 - 22 km/h co powoduje, że kręcę pedałami przez równą godzinę.
Trzeba się jakoś ratować, bo powołując się na Młynarskiego

Jeszcze w zielone gramy chęć życia nam nie zbrzydła
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła
I myśli sobie Ikar co nie raz już w dół runął
Jakby powiało zdrowo to bym jeszcze raz pofrunął. 

I pofrunąłem 24 stycznia chociaż w tym dniu zapowiadała się całkowicie bezwietrzna pogoda.
Wyjazd  tradycyjnie w to samo miejsce i w tak samo wczesnej porze.
Nagrodą  za krótszy sen był stok pięknie przygotowany do zjazdu. Moje narty znaczyły dziewicze ślady na śniegu, a temperatura lekko poniżej zera był bardzo przyjazna.
Na wszelki wypadek wyposażony w dwie pary rękawic i jednorazowe żelowe ogrzewacze dłoni, których w tym dniu nie potrzebowałem. Mówią jednak, że lepiej dźwigać niż ścigać.
I stało się.
Po trzecim zjeździe Syn powiedział:

- Widzę efekty tego roweru. Wcześniej jeździłem przed tobą, a teraz to ja muszę ciebie gonić.

Rzeczywiście czułem się zdecydowanie pewniej na stoku, czego oczywiście nie przełożyłem na beztroską krechę w dół  z dużą szybkością.
Trening na rowerze nie zniszczył mi szarych komórek, tych odpowiedzialnych za rozsądek.
Jechałem za to bardziej pewnie i nie miałem problemów z prowadzeniem nart wtedy kiedy trzeba było przyciąć zakręt.
Powiększyłem dzienną ilość zjazdów w porównaniu do poprzedniego razu. Kiedy jednak zauważyłem, że narty, a dokładnie jedna z nich zaczyna żyć własnym życiem, odpiąłem deski.
Po  dwóch tygodniach, nabiłem na liczniku 300 kilometrów. Teraz podkręcam obciążenie pozostawiając dystans i szybkość bez zmian.


                                                                         


Zauważyłem,  może to bez związku, ale śpię jakby lepiej. Gdyby jeszcze ta szyja nie dawała tak w du.*ę . A nie, ona jest wyżej i oddziałuje bardziej na głowę.
Ponieważ budzę się codziennie zbyt wcześnie tak   jakbym musiał odbić kartę w robocie, co nieustannie krytykuje moja żona, zmieniłem plan dnia. 
Rozciągam się teraz przez kwadrans i zostawiam, a przynajmniej staram się zostawiać  w łóżku te wszystkie chrzęsty i strzelania w stawach.
Na ile mi wystarczy tej determinacji do takiej aktywności fizycznej?
Oby wystarczyło na długo. Jak jednak przyjdzie wiosna i wkroczę do ogrodu to może być gorzej.
Mam jednak jeszcze rower tradycyjny więc może jak nabiorę wprawy to te kilka razy wyskoczę na nim do pracy. W tę i z powrotem też wypada 20 kilometrów
Póki jednak jest zima to stwierdzam, że rower bardzo mi się  spodobał Czuję nawet codzienny przymus aby na niego wsiąść. Sprzęt ma na liczniku taką rynienkę, by można było oprzeć smartfon lub tablet.
Sprawdziłem, świetnie mieści się tam również czytnik E-booków, a kręcenie pedałami nie powoduje dyskomfortu czytania.
Wczoraj w trakcie godzinnej jazdy przeczytałem biografię  Lucyny Messal przedwojennej gwiazdy sceny operetkowej. Fajnie napisanej, bez tego patetycznego nadęcia który charakteryzował opowieści Bogusława Kaczyńskiego. Swoją drogą Kaczyńskiego ( Bogusława) też lubiłem słuchać.
To dopiero cuda. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Wiem, że od dawna ludzie dzielili sztukę czytania z innymi niezbędnymi do życia czynnościami. Ja jednak nigdy nie należałem do tych co czytali na kiblu.
Nie świadczy to jednak o niechęci do czytania, a jedynie o świetnej perystaltyce jelit.
Żona zauważyła tę moją konsekwencję w działaniach.
Boże mój, czemóż ja nie potrafiłem być taki konsekwentny w swoich działaniach w czasie o którym śpiewała Halina Wyrodek.
Taka kolej rzeczy, mądrzejemy na starość, ale wtedy nikt nie chce już korzystać z naszego doświadczenia życiowego, bo przecież :
Jeszcze krew ciepła w żyłach nie skrzepła i stać na własne cię błędy ( Młynarski - Dzieci Kolumba)
A żeby tak  mądrze zakończyć jakąś zawoalowaną przestrogą, pozwolę sobie zacytować Stanisława Jerzego  Leca :
Zegar tyka. Wszystkich