13 stycznia 2026

Bo w życiu trzeba być twardym

Nadszedł w końcu ten wyczekiwany moment. Śniegu nasypało w bród, a ludziska wrócili do domu po wydłużonym świętowaniu. Żona już wcześniej namawiała mnie bym pojechał gdzieś na stok, ale wieczorne migawki ze stoków w czasie wielkiego świętowania, zamieszczone w wiadomościach TV upewniły mnie, że dobrze zrobiłem nie ruszając się z domu. 10 stycznia to miała być ta optymalna data.
Umówiony z Młodszym, przygotowałem dzień wcześniej potrzebne elementy. Oprócz nart i kijków oraz obowiązkowego kasku, przygotowałem bieliznę termiczną czyli koszulkę, kalesony i równie termiczne rękawiczki jako wkład w typowe rękawice narciarskie. Słuchając komunikatów meteo dołożyłem również kominiarkę. Teraz bieda już mi chyba nic nie zrobi.
Kierowany emocjami nie mogłem zasnąć, a kiedy już zasnąłem śniły mi się takie głupoty, iż byłem zadowolony z nagłego przebudzenia. Dzięki bogu obudziłem się przed finałem tego dramatu o zagubionym mnie.  Druga w nocy w tej sytuacji zupełnie mi nie przeszkadzała.
Ponieważ rozbudziłem się totalnie, zrobiłem to czego w żadnym razie nie powinno się robić. Sięgnąłem po komórkę i sprawdziłem pogodę na Wierchomli, wsi za Piwniczną gdzie znajduje się nasz ulubiony stok narciarski.

                                                              
Prognozy nie były optymalne. Zapowiadał się silny mróz. Kiedyś nie zwracałem uwagi na takie drobiazgi jak niska temperatura, ale od tego "kiedyś" nieco się zmieniło.  Coraz bardziej lubię ciepło.
Tak to mieszały się we mnie myśli optymistyczne i  pesymistycznymi.  W końcu, tak  koło 5.30 wysłałem zrzut prognozy z pytaniem, czy jedziemy ? Oczywiście zapewniłem, że ja jestem na taką pogodę przygotowany.

- Jedziemy, trzeba być twardym  - odpisał Syn

- Twardym trzeba być a nie miętkim,  jak mówił Jurek Kiler w filmie pod tytułem Kiler, uzupełniłem wypowiedź Syna. 
Ok spodobało mi się zarazem takie postawienie sprawy.
Ponieważ lubimy być na stoku od jego otwarcia, trzeba było też zaraz wstawać. Higiena codzienna, śniadanie, garść tabletek , a potem upychanie na siebie tych wszystkich warstw odzieży. Trochę  to  trwało. Kiedy dojechał syn  zapakowałem sprzęt i o 6.45 wyruszyliśmy spod domu. Przed nami jakieś 130 kilometrów
Siedziałem już wyluzowany i zadowolony. Od czasu do czasu szeleściłem radośnie. Ten szelest wynika stąd, że w czasie mojej większej aktywności narciarskiej, otrzymałem od żony  prezent. Był to  sweter w norweski wzór z wszytą w niego membranę z folii aluminiowej i to ta folia tak właśnie szeleści. 
Swoją drogą, szeleści już tyle lat
Kiedy przyjechaliśmy na stok rozpakowywała się już pierwsza grupka zapaleńców.
Temperatura - 12 stopni Celsjusza dawała się we znaki, ale entuzjazm dominował.
Potem tylko szybki odbiór karnetów i kanapa. Już pierwszy zjazd przekonał nas o dobrodziejstwie posiadania kominiarki.
Wyglądaliśmy tak jakbyśmy chcieli obrobić kasę wyciągu, ale było cieplej. 
Może te 11-12 stopni mrozu to nie jest jakieś lodowe piekło, ale pamiętajmy, że zjeżdżając z góry z szybkością ok 50 km na godzinę tworzymy wiatr pozorny. Wtedy odczuwalna temperatura może wynosić około minus 18 stopni Celsjusza lub jeszcze mniej
Szybko zaczęły marznąć mi  koniuszki palców. Mam taką nadwrażliwość, że przy niskiej temperaturze odczuwam to boleśnie.
Palce mi marzną a naskórek lubi popękać.  
No cóż, jak to mówią nobody`s  perfect.
Po piątym  zjeździe czyli po przejechaniu na nartach ok 10 km,  udaliśmy się do bacówki na stoku. Trochę by się nieco ogrzać, a trochę na małe co nieco. Młodszy od pierwszego ślizgu myślał już o szarlotce która podają w tutejszym barku

Była więc i herbata i kawa oraz szarlotka
- Herbata 10 zł,-/ szt
- Podwójne espresso 24 zł,/ szt
- Szarlotka 18 zł,; / szt
- Mała cola  16 zł-/but
Nie traktuję tych cen w kategorii paragonów grozy, bo w końcu nikt mi nie kazał składać zamówienia, a ogrzać się mogłem za darmo.  Myślę tylko, że taki  wyjazd rodzinny  z  dwójką dzieci którym trudno omówić zakupu  w połączeniu z ceną karnetów to naprawdę spory wydatek.
Moje dziecko obstawiło mi karnet, a więc nie miałem oporów by zapłacić za nas rachunek w "Bacówce"
Wróciliśmy na stok i zjechaliśmy jeszcze 4 razy. Wtedy też  poczułem, że nogi mnie już nie trzymają, a więc postanowiłem odpuścić.  Rozsądek na pierwszym planie.
Ponoć najgorsze są te ostatnie przejazdy, kiedy mówisz sobie - jeszcze ten jeden ostatni  zjazd...
O godzinie  12.45 ruszyliśmy w drogę powrotna do domu. Stok przybrał już kolorowy wygląd z powodu zagęszczenia narciarzami. Na parking pod wyciągiem wjeżdżały kolejne samochody
Kto rano wstaje temu pan bóg daje -  zacytowałem stare ludowe przysłowie.
Słońce towarzyszyło nam w całej powrotnej drodze.
Na 14.00  wróciliśmy do domu, gdzie czekał na nas gorący bigos. Był dobry, ale po tylu godzinach pobytu w mrozie  smakowałoby nam wszystko co gorące. 
Sobotę zakończyłem już  z Małżonką we dwójkę. Wieczorem pozwoliliśmy sobie  na  odrobinę  Single Malt  i był to dwunastoletni finisz udanego dnia.
Młody zmontował  taki filmik, na którym wszystko wygląda tak jak  powinno.
Z tym filmem jest jak ze wspomnieniami Te są zawsze bez wad.

P.S filmu niestety nie umieszczę ponieważ ma jakieś problemy z odtwarzaniem na blogu 
W zamian podrzucam  takie zdjęcie dla sceptyków







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz