czwartek, 12 lipca 2012

Pizza neapolitańska

Umieściłem translator na swoim blogu. Zaraz na górze po prawej stronie. Wystarczy tylko wybrać odpowiedni język z listy i już wiem jak brzmi po czesku tytuł ostatniego posta. Nie o braciach Czechach myślałem jednak w tej chwili, chociaż może i myślałem. Brat zadzwonił do mnie przedwczoraj wieczorem z nowin, że wyjeżdża do Czech. A ja mu na to jak w starym dowcipie, że trzech to przyjdzie do mnie, na piwo. Wacek, Michał i Andrzej. Ale mojemu bratu Czechofilowi nie do końca śmieszny wydał się ten dowcip. Sprowokowałem go jednak do tego, że sprecyzował – jadę na Morawy. To już inna gadka. Tak mówiłbym o piwie, a na Morawach mówi się o winie. I na takie morawskie wytrawne liczę po jego powrocie. Oczywiście pite z przyjemnością i w towarzystwie.
Wracając zaś do translatora. Bardziej myślałem o moich Francuzach. Kochana żona podzieliła się adresem mojego bloga i od tego czasu na wykazie odbiorców widnieje jak byk, trójkolorowa barwa Franków.
Informuję tu przy okazji DB (Deuxième Bureau), czyli wywiad wojskowy właściwy dla aktualnego  miejsca pobytu mojej żony, że  wyżej wymieniona chętnie dzieli się posiadanymi informacjami  na tematy rodzinne,  co ma genetycznie zakodowane po swojej matce, a więc i żona i moja szanowna teściowa na szpiegów się nie nadają. Teściowa ostatnim razem była we Francji jeszcze za Prezydentury Generała Charlesa  de Gaullea, a więc nie ma problemu. Poza tym  cóż by miało z moją żoną  robić DB skoro jesteśmy sojusznikami i to od lat.
Będzie jej lżej gdy translator wykona za nią pracę - pomyślałem - Oni zaś ubawią się po pachy, ponieważ  każde tłumaczenie wykonane przez elektronicznego tłumacza on-line ociera się o groteskę.
Szybko też wysmarowałem króciutki mail z informacją. Zakończyłem tradycyjnym już dla nas rodzinnym powiedzonkiem:
- Zobacz i napisz co.
Kto oglądał „jeszcze dalej niż północ „ wie o co chodzi. Kto nie widział temu film serdecznie polecam.  
Na koniec oczywiście - całuję i tak dalej.   
Minęło kilka godzin  i kopertka w dolnym rogu monitora, sygnalizująca przychodzącą pocztę mrugała energicznie.
 - Kochanie  nie chciałbyś zobaczyć tego tłumaczenia. Jest to tłumaczone przez translator i najbardziej podoba mi się fragment jak sąsiad zazdrości ładnej fabryki - zdziwko zaś jest nieprzetłumaczalne.
Jakbym tego rano nie przetłumaczyła Clear tego tekstu, to chyba bym sama po francusku nie za bardzo zrozumiała.
Oczywiście żona pisze na francuskiej klawiaturze, ponoć QZERTY i szuka liter na klawiszach, poza tym pisze bez ą, ę, ś, ć, ł, a więc jest tak jakby sepleniła pisząc.
Coś mnie dzisiaj wszystko i cieszy i śmieszy. Jak widać niewiele potrzeba mi do szczęścia.
Taki translator  tłumaczy jak umie ale bez złych intencji. Ludzie są gorsi.
Kiedy byliśmy dziećmi, nauczyliśmy małego Amerykanina który wizytował swoją babcie tam gdzie i ja wizytowałem swoją, pewnego zwrotu grzecznościowego.
I on w trakcie niedzielnego obiadu wypalił przy wszystkich – pocałuj się w dupę.
Babcia oczywiście nie spełniła prośby małego Johna. W dupę to dostał najpierw on, a potem my. I już z pierwszym przyłożeniem pasa do pośladków, przestało mi się to zupełnie śmieszyć. Nie będę kłamał, że nie.  Swoje się zebrało. Ale jak to napisał młody i gniewny poeta - No i dobrze no i w porządku tak wyrasta się na człowieka.
A teraz to nie można w dupę dać, nawet jak młody siedzi z nogami na ławie i skręca zioło. Bo po pierwsze to on zadzwoni na specjalną linię przeciw przemocy domowej i okaże się, że najbliższe pół roku spędzi człowiek na wizytach u psychologa. Na nich okaże się, że to pociąganie skręconej Marychy, to takie odreagowanie za stres z dzieciństwa. Bo kiedyś dawno temu próbowaliśmy szczeniaka na siłę nauczyć kilku podstawowych liter. Stres zaś obudził się i rozwinął po piętnastu latach. Dzięki Bogu nie piszę tego zdania na podstawie własnych doświadczeń.
I w tym wesołym nastroju popartym własnoręcznie upieczoną pizzą zakończyłem dzień. Pizza była neapolitańska. Skąd taka nazwa?
Otóż w Neapolu bardzo często strajkują służby oczyszczania miasta i sterty śmieci tygodniami walają się na ulicach. Ja przetrząsnąłem swoją lodówkę wybierając kawałki kiełbas skrawki szynki i resztki sera, po które nikt już nie chce sięgnąć. Do tego opróżniony w 3/4 słoik oliwek, połowa papryki czekająca na lepsze jutro i takie tam. Wyłożyłem te kawałki na starty ser i wtedy naszło mnie to skojarzenie z Neapolem. Niby pizza z resztek a jak brzmi? W smaku zaś była fantastyczna. A nazwa wchodzi do rodzinnego słownictwa.
Czterdzieści minut po północy zapiszczał SMS. Otworzyłem oczy i odszukałem okulary. Na ekranie lśniło hasło – włącz skype.
O tej godzinie? - Zdziwiłem się – Powariowali w tej Francji.
Już zbierałem się do odpalenia komputera, ale z pewnością była to zagubiona gdzieś w sieci wiadomość. Przyszła sporo po czasie.
Zamknąłem oczy i chciałem dalej śnić przerwany sen, ale za diabła nie mogłem sobie przypomnieć o czym on był. Tak teraz będzie – powtórzyłem do siebie po raz kolejny.
W piątek muszę zrobić jakieś zakupy, ponieważ ta pizza neapolitańska obnażyła mizerię panująca w tym najchłodniejszym miejscu w domu.
Puste lub prawie puste opakowania tworzyły poczucie obfitości. Teraz z lodówki wieje chłodem, surowym ascetycznym chłodem. Tak sobie wyobrażam Arktykę.


12 komentarzy:

  1. Klik dobry:)

    Z tym translatorem wychodzą różne dziwne historie. Najczęściej nie można się w ogóle dogadać. Z rozmowy powstaje jedno wielkie nieporozumienie. Na szczęście przeważnie jest śmiesznie.

    Z Neapolem to prawda. Podobny śmietnik widziałam w Paryżu. Może też trafiłam na strajk. Ale po części to także wina swoiście pojmowanego przez Francuzów "veto". Przeczyta gazetę i buch na ulicę, wypije colę i ciach puszkę pod własne nogi. Płacę podatki, to niech sprzątają - można zinterpretować Francuza "veto".

    W miejscu, w którym ostatnio wypoczywałam, największy bałagan był właśnie podczas pobytu Francuzów. Śmiecie rzucali pod siebie. Plastikowe kubeczki, słomki do drinków, saszetki wykorzystanej herbaty, ćwiartkę wyciśniętej cytryny, chusteczkę do nosa, serwetkę, pestkę z nektarynki, opakowanie po kremie do opalania...

    A sprzątanie lodówki fajne zrobiłeś. Pizza mniammm. Nasze mamy robiły bigos "na winie" podczas porządków. Co się nawinie, to do bigosu wrzucały.

    Antoni, Ty nie masz litości nad sobą. Po kij ta włączona komórka przy łóżku?

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt. Turyści zagraniczni zdecydowanie bardziej śmiecą od naszych. A twoje powyższe spostrzeżenia są słuszne.
      Na bigos to by było chyba za gorąco. Nie na darmo nazywano go kiedyś przeglądem tygodnia. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Antoni wiesz na jakiej potrawie ja przejechałem całe lata, kiedy się jeszcze ćpuniło w samotnosci - otóż na naleśnikach. To boskie jedzenie nie wymaga wielu składników i jak masz dobry dżem to możesz pociągnąć ze trzy miesiące bez obrzydzenia.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy inny dżem to już inna potrawa.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Cześć Antoni
    Kiedyś w zamierzchłych czasach komputerów Odra (wiadomość z "Horyzontów Techniki") ówczesny translator przełumaczył na angielski nowotestamentowe "duch wprawdzie ochoczy, ale ciało mdłe" jako "spirytus mocny ale mieso nieświeże" sic! Pozdrawiam, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widać po tłumaczeniu kto konstruował maszynę. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Translatory są boskie... i takie zabawne. kabarety zadają się być przy nich zbędnymi:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od pewnego czasu patrzę na te współczesne kabarety jak na coś zbędnego.Nawet bez translatora. Pozdrawaiam

      Usuń
  5. Ja ostatnio chłonę smaki Toskanii, ale moja pizza, z uwagi na ciasto, prawie pergamin, nie znosi byle czego...Nie mogę za Tobą nadążyć ostatnio, takiś płodny... a papryka, zamiast zwisać- sterczy. Słowo to, czy muśnięcie ma taką moc? Pozdrawiam, Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taka odmiana papryki. Rośnie do góry. Po moim muśnięciu mięknie się w kolanach.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. W mojem domostwie stan takiej lodówkowej zapaści określa się słowami, że tam już tylko "mucha i światło". Natomiast na tem poecie, co głosił, że tak wyrasta się na człowieka to bym się zanadto nie wzorował, pamiętając, że na końcu wcielił w czyn własne nawoływanie, że teraz to głos ma towarzysz Mauzer...
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, a ostatnie słowa poety brzmiały
      - Nie strielat.
      Nie pierwszy raz to gdy rewolucja pożarła własne dzieci.
      Dzisiaj piątek, a więc i lodówka się doczeka.
      Pozdrawiam

      Usuń