wtorek, 31 lipca 2012

Cisza


Cisza. Ale to tylko cisza przed burzą.
Koniec tygodnia znaczony będzie z pewnością wizytą na wsi.
Ale to nie takie zwykłe bratanie się z przyrodą.
Znajomy zapisał się już na ten wyjazd, a że bezpośrednio u nas nie, groźne mu widmo bankructwa żadnej agencji turystycznej ani linii lotniczej. Pozostaje tylko ustalić menu. W końcu znamy zwyczaje żywieniowe znajomych. Czasami te zwyczaje kolidują z naszymi, w których dominują ostre potrawy z udziałem papryki i ryżu.
Ale cóż, gość w dom. Według staropolskiego obyczaju, to jakbyśmy Boga gościli. A ponieważ to tylko przysłowie, nabędę też odpowiednią ilość wina, nie licząc na cuda gościa.
Potem oczekujemy wizyty dwóch par, w tym jednej prawie małżeńskiej.
Zejdzie nam z tym do połowy miesiąca. A więc będzie się działo. Poklepałem po przyjacielsku wątrobę. Znamy się tyle lat, że rozumiemy się bez słów.
Sierpień to tradycyjny u nas czas wzmożonych kontaktów towarzyskich. Wiąże się to z wakacjami, częstszymi pobytami na wsi i takie tam. Poza tym trzeba szanować to co pozostało po przesianiu tych naszych przyjaźni przez wielkie sito weryfikacji.
Jednocześnie nie jest to żaden protest przeciwko ogłaszaniu tu i tam, sierpnia miesiącem trzeźwości narodowej.
Tyle już dźwiga ten miesiąc na swych barkach.
Bo to i Powstanie Warszawskie, Porozumienia Sierpniowe, Bitwę Warszawską. Aż chce się wypić.
Za zdrowie, za pamięć, na cześć. A może kiedyś tak ułożymy się z naszą historią, że wypijemy ze zwykłej radości życia.
Szczególnie, że przysłowie mówi - Sierpień jasny i pogodny dla win jest bardzo wygodny.
Ta składnia jest trochę naciągana, ale oczywiście każdy interpretuje przysłowia po swojemu.
Ja urządzam konsumpcję.
W domu znowu pojawiły się dzieci, oczywiście razem z partnerkami. Szum i gwar niczym w greckiej rodzinie.
Szczególnie w małej kuchni tłok jak na Krupówkach, ale potrafię odnaleźć w tym rodzinnym galimatiasie prawie same pozytywne emocje.
Młodzi przypadkowo wpadli na obiad. A moja żona przypadkowo przygotowała kurczaka z mleczkiem kokosowym, według przepisu Claire. Coś mi się nie chce wierzyć w te przypadki.
Cztery lata temu, w prezencie na pięćdziesiątkę otrzymałem od żony elegancki zegarek znanej firmy. Poprzedni, firmy mniej znanej otrzymałem na czterdziestkę. Służy mi do dzisiaj i reguluję go tylko w chwili zmiany czasu z zimowego na letni i odwrotnie. Trudno mi było odłożyć na półkę zegarek, po dziesięciu latach użytkowania. W końcu zżyłem się z nim. Mając jednak dość pytań dlaczego nie chodzę z nowym, po dwóch latach uników, założyłem chromowaną bransoletkę na przegub ręki. Cięższy, solidniejszy, elegantszy i zdecydowanie droższy. Po dwóch latach ostrożnego użytkowania zgłupiał jednak totalnie. Zatrzymywał się co dobę i nie chciał ruszyć. Było to o tyle dziwne, że w tradycyjnym zegarku doba to dwa pełne obroty wskazówek wokół tarczy.
Zatrzymywał się dokładnie dziesięć po jedenastej, wieczorem.
Zegarmistrz wskazany przez producenta pokiwał głową i przyjął sprzęt do naprawy. Dwa razy musiałem jednak potwierdzić zgodę na przypuszczalną wartość naprawy.
Za tę kwotę mógłbym kupić nowy zegarek. Owszem ale oprócz marki, ważna jest również wartość emocjonalna.
Zegarmistrz, bez emocji włożył go do koperty i wypisał kwitek. Po dwóch tygodniach zadzwonił i podniósł koszty naprawy o pięćdziesiąt złotych. Zgodziłem się bez zastanowienia. Trwało to w sumie tyle czasu, że w porywie napadu sprzątania przed powrotem żony, wyrzuciłem gdzieś pokwitowanie. Całe szczęście, że na jego kartce są wszystkie moje dane.
Tak więc odbiorę zegarek z nowym mechanizmem, wątpiąc w trwałość eleganckich rzeczy.
Kiedy odbierałem prezent stwierdziłem filozoficznie, że - ten zegarek wystarczy miz pewnością na całe, pozostałe po pięćdziesiątce życie. Może w tym stwierdzeniu było coś z Konopnickiej, ale po raz kolejny przekonałem się, że nie ma rzeczy na całe życie. Dzisiaj wątpię w tę wystarczalność. Uważam też, że marki produktów to tylko marketing.
A zegarek z czterdziestki założyłem na rękę, aby wypełnić pustkę w czasie naprawy.
Chodzi punktualnie, nie zacina się. Jakby tak się lepiej przyjrzeć, to nie wygląda znowu tak ubogo.
Zresztą widziałem nie tak dawno, na ręce znajomego zegarek za siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych.
Dobra firma z udokumentowanym pochodzeniem i numerem seryjnym, przyporządkowanym do właściciela.
Gdyby ktoś powiedział, że kosztował dwieście pięćdziesiąt złotych, przyjąłbym to stwierdzenie za dobra monetę.
Dodatkowo zegarek perfekcyjnie spóźniał pięć minut na każdy tydzień. Pomimo kilku napraw.
Ale za to można śmiało poszpanować w gronie podobnych miłośników drogich gadżetów. Nikt nie zauważy ułomności chronometru. W końcu gale i koktajle na trwają tak długo.

20 komentarzy:

  1. naprawdę nie jesteś snobem ani gadżeciarzem (jak to się pisze?). Napisałeś o tym drogim zegarku z taką naturalnoscią, ot, informacja i już. Miłego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogie i tanie. Gdzie jest granica, kiedy wszystko taki względne? Ilu ludzi rozśmieszyłbym tą kwalifikacją?
      Solidny zegarelata k (prezent) do określenia mojego stosunku do czasu na pozostałe po pięćdziesiątce lata.
      Tu nie ma miejsca na snobizm, a gadżeciarstwo było wtedy gdyby taki zegarek mierzył temperaturę, ciśnienie atmosferyczne otoczenia i to w oponach.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Klik dobry:)
    Ach te gadżety... Nigdy u nikogo nie zauważyłam, czy ma w ogóle zegarek, a co dopiero jaki?

    Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego gościowania, a wątrobie kondycji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałem jednego gościa który (dwadzieścia lat temu) miał się za poważnego gościa, a na ręce zapięty zegarek z Myszką Miki na tarczy. Bardzo mnie śmieszył i obniżał w moich oczach jego prestiż.
      Po latach na taki zegarek natrafiłem w książce. Główny bohater Dana Browna, Profesor Langdon nosił taki sam.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Myślę że to nie do końca kwestia marki. Podobnie jest ze sprzętami AGD (i z większością innych również) np. taka stara pralka czy lodówka służyły latami, czasem przechodziły na kolejne pokolenia, a teraz gwarancja przedłużona wyliczona jest na 5 lat i nie ma bata, żeby się sprzęt nie zepsuł. To wszystko "zasługa" napędzania gospodarki konsumpcjonizmem, a w przypadku RTV również nowych technologii, które łatwiejsze i przydatniejsze w zastosowaniu, niejednokrotnie okazują się być jednak bardziej wrażliwe. Co do szpanu, podobno wszyscy jesteśmy snobami. Dajmy żyć i takim.

    OdpowiedzUsuń
  4. Domowy mechanik namawia mnie do reanimacji starszego sprzętu AGD dopóki się da.
    Coś więc w tym jest
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. To ktoś dziś jeszcze nosi zegarki? ;) Większość ludzi obywa się komórką.
    U mnie to tak jakoś - jak pasek się nie rwał, to zegarek późnił, a gdy pasek pękał i nie nadawał do wymiany - to mechanizm pika punktualnie od 15 lat do dzis...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez zegarka na przegubie odnoszę wrażenie że mam zbyt lekka rękę. To chyba forma przyzwyczajenia.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. A dla mnie to wpis o upływie czasu. Może jednak wakacyjny czas to nie tylko gwar i goście... Ja sama wieczorową porą jak dzieci idą spać popadam w nastroje...zegarowe;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Optymistyczna pogoda, optymistyczna temperatura. A jeżeli wieczorami popadam w rozmarzenie to nad uroda świata. Na nastroje przeznaczam pozostałe pory roku. To oczywiście plan,bo życie jak życie kieruje się swoja logiką. Pozdrawiam

      Usuń
  7. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl).Ja to mam dopiero zegarek. Stylizacja włoska - firma Armando, wnetrzności Japan MOVT.Znalazłem go na stole kiedy Ela chciała go wyrzucić. Ale uratowałem go od kasacji i po licznych naprawach, które kosztowały 180 zł (bransoleta i szkiełko nietypowe) mam teraz bezbłędny czasomierz. To tyle o zegarkach - a teraz ci przypomnę - a nie pisałem, że sprzedaż tego domku w Gorcach to byłaby głupota - nawet za cenę mieszkania w bloku.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jesteś dobrodziejem dla tego zegarka. Czasem tak warto bowiem przedmioty zyskuja te inna wartość. Pozdrawiam

      Usuń
  8. Cześć Antoni. Uważaj w czasie imprezowania na wsi. Mnie kiedyś w takich okolicznościach całkowicie bezpodstawnie zaatakował trawnik. Bez pardonu, nie dając mi żadnych szans obrony uniósł sie do pozycji pionowej i walnął mnie w pysk. A potem jeszcze raz ale z bliższa. I co ja mu takiego zrobiłem. Dobrze że trawnik z powodu mojego lenistwa dawno nie był koszony i miękki. A gdyby tak mnie zaatakowała kamienna ścieżka. Strach pomyśleć. Dlatego uważaj. Pozdrawiam, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trawniki potrafią być agresywne i niebezpieczne.
      Nie nic z tych rzeczy. Od wczesnej młodości mam coś takiego co się nazywa instynkt powrotny. On wyznacza mi granicę. Poza tym takie imprezowanie Panów po 50 i 60-tce nie jest zwykle tak spontaniczne jak kiedyś. Pozdrawiam

      Usuń
  9. Nie lokuję pieniędzy w zegarkach, chociaż znam osoby, które to robią :)
    Ale z prezentów oczywiście się cieszę. Ostatnio dostałam ładny zegarek, z metalową bransoletką, podoba mi się i noszę go chętnie na tłumaczeniach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ładny zegarek a nie drogi zegarek to i moje hasło. Przyzwyczajeniem moim jest chyba dźwiganie na ręce zegarka.
      A pojęcie drogi czy tani jak wiesz jest dyskusyjne.
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. A spotkań z tylu znajomymi aż trochę zazdroszczę, fajnie Wam będzie :)! Udanej zabawy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ratujemy i pielęgnujemy co się da
      Dziękuję i obiecuję że wieczorem wzniosę toast za Twoje radości.

      Usuń
  11. Szczęśliwi czasu nie liczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale też dobrze mieć świadomość rozmiarów szczęścia.
      Pozdrawiam

      Usuń