wtorek, 15 grudnia 2015

Odliczanie

Tradycyjnie już, jak co roku od paru lat moja wspaniała małżonka wzięła się do wypieku świątecznych ciasteczek. Poniżej złapałem chwilę gdy rozłożone na stole pierniczki czekały na swoja porcję lukru. 


 Tradycyjnie też spakujemy je w pudełka i rozdamy wszystkim istotnym w naszym życiu ludziom. Tak zwaną istotność ograniczamy do okresu od świąt do świąt. Z genetycznej wprost złośliwości pragnę podkreślić, że na naszej liście, podobnie zresztą jak w roku ubiegłym, nie ma polityków.
            - Nie dajmy się - pragną mówić dwa bratki samosiejki które zakwitły przy naszych schodach.


Spojrzałem jeszcze raz na kalendarz, zgadza się mamy połowę grudnia. W skopanym i nawiezionym kompostem ogródku odbiła właśnie pietruszka i od biedy można ja szczypać do niedzielnego rosołu. A od czasu kiedy drogą kupna moja żona nabyła taki garnek co to jest połączeniem szybkowaru i garnka elektrycznego z elektroniką, u nas rosół jakby częściej.
Co chwilę słyszę, że to mięso to tylko dwadzieścia minut a coś tam innego tylko kwadrans.
Z lekką nieufnością podchodzę jednak do gadżetu zakupionego w sklepie komputerowym.
Czekać tylko dnia kiedy garnek przeskanuje mi ziemniaki i za pomocą Bluetootha prześle mi skan w formacie .jpg. Ufam jednak, że nie zresetuje mi zupy grzybowej by defragmentować borowiki.
              W naszym domu od pewnego czasu gości nowy szczeniak. Starszy postanowił sobie nieco skomplikować życie i nabył psa rasy seter irlandzki. Póki co mały wygląda niczym spaniel, co znajomi z Facebooka sygnalizują w komentarzach. Starszy się jeży, jakby luz był mu obcy. Może to kwestia przepracowania? Jeżeli tak to zakup szczeniaka nie był najszczęśliwszą decyzją.
Zgodnie jednak z reklamą IKEI - to jego tron.
Trochę jednak i mój bo okazało się, że sobotnie wieczory odbyły się kolejno dwie ciekawe premiery w nowym krakowskim Teatrze Variete na których ponoć nie wypadało nie być. Mnie wypadało a więc szczeniak trafił do nas na przechowanie.
Szaleństwom dwóch psów przyglądała się z bezpiecznej odległości Kota. Jej wzrok jednak mówił sam za siebie. To coś jakby:
- Wam już całkiem na mózg padło. Na jednego psa się zgodziłam ale dwa to już przegięcie. Miau!
Pewnie, że przegięcie a więc przy całej miłości do własnych dzieci postanowiłem ustalić jakieś zasady tej rodzicielskiej pomocy.
Wiem, że dotrze się wszystko a pies dorośnie. Stary zaś z godnie z oczekiwaniami spadkobierców powinien być upierdliwy. No i nieco był. 





Mniejsze zainteresowanie telewizją wychodzi mi na zdrowie. Właśnie pochłonąłem paręset stron naukowej prawie rozprawy pod tytułem „Boskie przyrodzenie. Historia penisa”
Tom Hickman autor książki napisał nieprawdopodobną książkę podpartą udokumentowaną wiedzą z zakresu biologii, medycyny, psychologii, religioznawstwa, archeologii, etnologii, historii mody, sztuki, literatury, muzyki i Bóg wie czego jeszcze...
A wszystko to napisane jest z dystansem, przystępnym i dowcipnym językiem.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy w trakcie czytania.
Nawet żona parę razy dopytywała się o źródło mojej radości.
Tak więc sobota i większa część niedzieli poszła wraz kolejnym wersami.
Ponoć Hanna Bakuła o książce Hickmana napisała: "Powinny ją przeczytać przede wszystkim kobiety, które niesłusznie myślą, że rozum to najważniejsza część męskiej osobowości."
Nic dodać nic ująć.
No chyba, że kogoś razi jej podejście do życia, wtedy zawsze można skorzystać z mojej zachęty.
My tu gadu, gadu a lada chwila trzeba będzie rozwieszać lampki na zewnątrz domu. Trochę nijako robić to przy takiej temperaturze i braku śniegu.
Małżonka wspominała coś o girlandzie w kształcie sopli nad drzwiami wejściowymi ale wszystkie takie zestawy mrugają. W trosce o sąsiadów nie mrugam na święta bo sam rozumiem, że od tego mrugania można dostać szału. Wiem, wiem, że można to mruganie wyłączyć, ale to wyłączanie trzeba powtarzać za każdym ponownym włączeniem oświetlenia. Nie po to nabyłem programator który włącza system po południu a wyłącza późnym wieczorem, abym teraz wychodził na drabinę i pstrykał sterownik do uspokojenia systemu. Z wiekiem człowiek robi się wygodny choć udaje, że jest nowoczesny.
Pozostaną stare dobre węże. Po założeniu nie mrugają
Ja zaś mrugam do Was wesoło, póki co życząc niezbyt meczących przygotowań do Wigilii.
Sam mam już informację z domu, że dzisiaj po obiedzie czeka mnie wieszanie firanek.
Nie lubię tego jak, jak... nic kulturalnego w tej chwili nie przychodzi mi w do głowy.



środa, 9 grudnia 2015

Dzwonkiem po granicy

Kto teraz siedzi w blogach?
Chyba tylko blogerzy, odwiedzając się grzecznościowo i licząc przy okazji na rewizytę.
Reszta śledzi media i programy informacyjne. Chociaż i te wydają się zbyt wolne wobec obecnej sytuacji. A sytuacja jest taka jak każdy widzi czyli dynamiczna.
Niczym w hollywoodzkiej recepcie na dobry kryminał, zaczęło się od trzęsienia ziemi a teraz akcja stopniowo narasta.
I tylko pozostaje pytanie o granice. Ktoś je chyba sobie zadaje?
Z pewnością ci naiwni.
Nawiązując zaś do granic, odpowiem bo być może kogoś interesuje czy u mnie coś się dzieje ?. Dzieje i owszem ale jakby to rzec „z drugiej strony granicy”.
Dawno wyznaczyłem sobie jak daleko w moje życie wjedzie prowadzony od paru lat blog.
Nie trzeba mi tu ani słupków granicznych ani zapór. I bez drutu kolczastego wiem, że są tematy nienaruszalne,  czego nie należy jednak w żaden sposób mylić z autocenzurą. Nie i koniec, trzeba  w końcu mieć jakieś zasady.
Zasady? Być może, mając zasady mam dobre kwalifikacje by zostać politykiem?
A może mam te najgorsze z możliwych? Nie wiem ale w poszukiwaniu odpowiedzi opieram się na autorytetach.
Jacek Kaczmarski w utworze „Rejtan albo raport ambasadora” śpiewał

...W tym zamieszaniu spadły pisma i układy.
"Zdrajcy!" krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec.
Polityk przecież w ogóle nie zna słowa "zdrada",
A politycznych obyczajów trzeba strzec...

To tyle w odpowiedzi na pytanie, co u mnie? A może to odpowiedź na bardziej ogólne pytanie.
Zaraz, zaraz, a czy ktoś to pytanie w ogóle zadał?
- Antoni, nie skupiaj się na sobie. Zaraz staniesz na celebryckiej ściance a przecież wiesz, że źle wychodzisz na zdjęciach.
- No chyba, że stanę w drugim rzędzie. Tylko czy tu jest w ogóle drugi rząd?
A tak na marginesie
W ramach przepisów świątecznych publikuję zdjęcie menu z pewnej restauracji



Co to za potrawa?
O ile ja dobrze pamiętam, część karpia to dzwonko.
Chyba, że tu rzeczywiście idzie o "dzwonek" tej ryby.
Biorąc pod uwagę wymiary i budowę anatomiczną  karpia rodzi się pytanie - ile dzwonków potrzeba na jedną porcję?
Smacznego.

wtorek, 17 listopada 2015

Czego nie wiedzieliście o De Niro a boicie się zapytać

- You talking to me? - Kto tego nie pamięta ?
Ponoć Martin Scorsese postawił młodego i szerzej nieznanego aktora przed lustrem, a kadr wyczyścił ze zbędnych rekwizytów i pozwolił mu na trzyminutową improwizację.
„Taksówkarz” jak powszechnie się uważa to trampolina do jego kariery aktorskiej. Za tę kreację Robert De Niro nominowany został do Oscara i Złotego Globu. A potem to już poszło.
Łowca Jeleni, Wściekły Byk, Chłopcy z ferajny. To byli sami mocni faceci.
De Niro to jeden z moich ulubionych aktorów choć pewne kreacje podobają mi się bardziej inne nieco mniej.
Gotów jestem nawet twierdzić, że niektóre z ról zagrał jak to się mówi wyłącznie na benzynę do samochodu.
Wielkim się jednak wybacza i ja przymykam jedno oko na taki na przykład flirt filmowy a Adamem Sandlerem, zważywszy, że partnerowali mu i Dustin Hoffman i Barbara Streisand.
Czego nie wiedziałem do tej pory o aktorze, dowiedziałem się z tej oto notatki w portalu na temat pl.




 ... Aktor jest znany ze sporej powściągliwości, ale wiadomo, że jego życie prywatne było dość skomplikowane. Dwukrotnie zamężny jest ojcem czwórki dzieci, w tym córki, którą zaadoptował. po związaniu się z pierwszą żoną...
Rzeczywiście skomplikowane. Do tej pory nie słyszałem ani o coming outcie aktora ani o jakiejś narzucającej się tu myśli o operacji zmiany płci.
Sytuacja jest skomplikowana bo jak się jest zamężnym to się jest matką a nie ojcem i ma się męża a nie żonę.
Ktoś mi tu robi wodę z mózgu i nie wiem czy nie jest to znowu ten cholerny gender.
A jakby o nim ostatnio coraz mniej słychać (o genderze oczywiście a nie o De Niro)
To bardzo niedobrze. Jak mówił nasz ksiądz na niedzielnym kazaniu, największym osiągnięciem szatana jest to, że większość z nas uważa, że go nie ma.
Czytam jednak dzisiaj w dzienniku pl, że „Nowy minister zapowiedział również konieczność usunięcia z rankingów czasopism naukowych "jakichś studiów gejowskich lub lesbijskich"... Według Gowina, jego reformy będą bolesne i wywołają opór środowiska, a także PiS.”
Czy ja naprawdę napisałem „PiS” w moim blogu wolnym od polityki?
Cofam, choć to tylko cytat.
Ostatnie zdanie po cofnięciu otrzymuje brzmienie
Według nowego ministra, jego reformy będą bolesne i wywołają opór środowiska. Kropka
Przywrócicie mi Roberta ( De Niro) jakim go znam i podziwiam.
A zaraz potem zapytam syna jak się stawia lajki

niedziela, 15 listopada 2015

Ekspresja wypowiedzi

W Wałbrzychu wydarzyła się ta nietypowa historia. Nie nie będzie o złotym pociągu, bo to przerobiono już do wyrzygania. Będzie o kobietach i władzy, jaką by ta władza nie była.
Za gazetą pl donoszę, że w Święto Niepodległości, policjanci, którzy przyjechali na wezwanie, zobaczyli, że kobieta która pokłóciła się ze swoim mężem, postanowiła zniszczyć samochód.*
Nagranie z kamery pokazuje jak dama z młotkiem w ręku systematycznie niszczy samochód marki Lanos. Szyby, reflektory, karoseria i tak dalej.
Rozmawiali z nią kilka minut a potem odjechali nie podejmując interwencji.
- Samochód należał do tej kobiety dlatego policjanci nie podjęli żadnych działań. Sama robiła sobie krzywdę - powiedziała portalowi TVN 24 przedstawicielka Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu.
Tak. Pewnie gdyby sama robiła sobie dobrze to interwencja byłaby skuteczna i natychmiastowa.
Rzadko czytam komentarze pod artykułami, bo dość mam żółci wylewanej przez czytających. Tym razem jednak zrobiłem wyjątek
Wśród wielu różnych wypowiedzi znalazłem dwie, które prowokują mnie do głębszego zastanowienia się nad zdarzeniem,
Po pierwsze to sprawa kobiet.
~Dzidul napisał (a może ta ~Dzidul napisała?)
„Chyba nie widzieliście nigdy kobiety w prawdziwej furii, to jedynie lekki gniew.”
No i racja. Kobiety teraz, jak nigdy dotąd potrafią artykułować swoje potrzeby bądź wyrażać niezadowolenie.
Nie kontynuuję tematu aby nie dorobić się opinii „męskiego szowinisty”. Poza tym nic mi do tego. Sam pilnuję aby moja kobieta dogadywała się ze mną bez potrzeby takiej widowiskowej ekspresji.


Sprawa druga do skłonność władzy do organizowania nam życia. Do decydowania o tym co nam służy a czego nie powinniśmy się pod żadnym pozorem tykać.
Z wyżej wymienionych powodów dziwi mnie to zaniechanie podjęcia działań przez stróżów prawa. Zdziwiony był też niejaki ~vetcomsoy który napisał tak
„Sama robiła sobie krzywdę". Taaa, ale jakby robiła sobie krzywdę paleniem skręta, to już co innego, prawda?
Chociaż nie jestem fanem palenia to opowiadam się za wolnością w tej sprawie. Tak jak i za innymi sprawami które być może nie są wymieniane w katalogu cnót pod warunkiem jednakże, że nie przynoszą szkody drugiej osobie.
Niestety władza wie lepiej kiedy możemy sobie robić krzywdę, a kiedy nie. Co gorsze wie też kiedy możemy robić sobie dobrze a kiedy pod żadnym pozorem nam tego czynić nie wolno.
Dlaczego?
Nie będę oryginalny ale i ja powtórzę słowa wielokrotnie cytowanego już Premiera Kanady - Ponieważ jest rok 2015








czwartek, 12 listopada 2015

Wina, wina dajcie.

 
W związku albo bez związku tylko zupełnie przy okazji listopadowego Święta, Starszy wraz z małżonką wyskoczyli na kilka dni do Egeru.
Wystarczy dobrać dwa dni wolnego i już robi się bardzo fajny, kilkudniowy wypoczynek.
Ponieważ święty Marcin nie przyjechał w tym roku na białym koniu a silne co prawda wiatry przynoszą temperatury powyżej dziesięciu stopni, taki wyjazd to fajna odskocznia od dnia codziennego.
Dostaję teraz meldunki z licznych knajpek i winiarni położonych w Dolinie Pięknych Kobiet (Szepasszony-völgy), gdzie składowane są ponoć najlepsze wina Egeru.
Zamiast jednak obchodzić się smakiem i pałać pustą zazdrością, przyjmowaliśmy z małżonką te informacje popijając czerwone i wytrawne wino z okolic Corrbierres w Langwedocji.
Nie cena i gatunek a sentyment zdecydowały o tym wyborze. Wypiliśmy dla równowagi również jakieś białe aby było i patriotycznie.
Uspokajam, że rac nie odpalałem.
Przy okazji wspomnianych już relacji z degustowania win z czardaszem w tle i naszego z Francji wyszedł temat trzeciego czwartku listopada. Tak, to już dziewiętnastego listopada przypada dzień Beaujolais nouveau lub jak chcą sami Francuzi beaujolais primeur.
Słowo klucz, hasło i wyznacznik elegancji (absolutely must have, albo lepiej absolutely must drink) to po prostu młode, lekkie, cierpkie czerwone wino pochodzące z rejonu Beaujolais na północ od Lyonu we Francji.
To właśnie w trzeci czwartek listopada przypada święto Beaujolais, kiedy po raz pierwszy oferuje się w sprzedaży wino z bieżącego rocznika.
Okazuje się, że termin premiery wina jest usankcjonowany prawnie. Czytałem gdzieś, że to całe
świętowanie rozpoczęcia sprzedaży beaujolais nouveau było kiedyś lokalną tradycją w barach w Lyonie, ale dzięki wysiłkom marketingowym moda rozpowszechniła się na cały świat,
co widać nawet po półkach w naszych marketach.
A że o sukces marketingowy tu idzie świadczy cena za którą można kupić całkiem przyzwoite i leżakowane marki.
A co pijało się u nas do tradycyjnej gęsiny na Świętego Marcina?
Okazuje się, że Polacy nie gęsi, choć je jadają i pijali tak zwane wina świętomarcińskie.
Winem tym tradycyjnie raczono się w tej części Europy od 11 listopada do Świąt Bożego Narodzenia. Jak twierdzi Pani Małgorzata Swaryczewska ze Slow Food Polska, winem tym świętowany był koniec zbiorów oraz dzień św. Marcina (11 listopada), patrona winiarzy. Zwyczaj picia wina świętomarcińskiego był szczególnie silny przez wiele stuleci w Europie Środkowej i dawnych krajach habsburskich, gdzie przepisy prawne zezwalały właśnie w tym dniu rozpocząć sprzedaż młodego wina.
Jak więc z tej wypowiedzi wynika, nie powinniśmy w kwestii młodego wina czuć żadnych kompleksów i jak już musimy wybierajmy to co sercu bliższe.
Nasi ludzie w Egerze donoszą mi, że zwyczaj podawania młodego wina powrócił i tutaj a w menu tłumaczonym z madziarskiego na język Polski znajduje się również gęsina.
Z tym węgierskim tłumaczeniem to chyba gruba przesada, bo nasi południowi bracia zdali się na Wujka Google i chociaż chcieli dobrze wyszło jak to u nas braci Słowian bywa, jak zwykle. Oto przykład tłumaczenia



Czy dziwicie się, że po przeczytaniu pozycji z menu, Starszy wraz z małżonką wybrali tradycyjnie Gulyásleves . Tu przynajmniej wiadomo o co chodzi.

piątek, 6 listopada 2015

Reorganizacja

 Ze wszystkich stron dobiegają takie jakieś deklaracje, zapowiedzi i zapewniania które można by określić jednym słowem - reorganizacja.
Jako jednostce prześmiewczej nawet wobec siebie, przypomniał mi się taki stary dowcip.
Nawet więcej niż jeden, ale nie mam zamiaru zarzucić Was sucharami.
Nie jest całkiem wykluczone, że już kiedyś z tego dowcipu korzystałem na tym blogu ale co tam. Czy ja pierwszy powtarzam się? Znajomi z większy bagażem lat zapewniają mnie, że będzie mnie to spotykało coraz częściej.
No cóż. Sam kiedyś lubiłem powtarzać, ale raczej nie powtarzałem swoich wypowiedzi.
Ech..... C`est la Vie.
W dużej firmie następuje zmiana na stanowisku dyrektora naczelnego. Nowy obawia się, że nie podoła nowym obowiązkom, ale ustępujący dyrektor pociesza go:
- jak już nie będziesz dawał sobie rady to masz w ostatniej szufladzie złożone i ponumerowane kolejno trzy koperty. Za każdym razem otwórz jedną i zastosuj się do tego co tam znajdziesz.
Minęło trochę czasu i nowy dyrektor nie mogąc dać sobie rady z problemami otworzył kopertę nr jeden z taką oto radą.
- za wszystko obwiniaj poprzednika.
Rada zadziałała i na trochę był spokój W końcu trzeba jednak było sięgnąć po drugą kopertę, a w niej rada:
- zrób reorganizację.
Dyrektor zrobił reorganizację i zanim wszyscy od nowa zaczęli się wdrażać w obowiązki i nowe zależności ponownie minął pewien czas, ale główne problemy firmy nadal nie były rozwiązane i pracownicy coraz poważniej grozili poważnymi kłopotami.
Przyszedł więc czas na sięgniecie po trzecią kopertę
- sprzątnij biurko, przygotuj dokładnie takie same trzy koperty, lada chwila ktoś cię wymieni.
Cóż było robić? Dyrektor przygotował trzy koperty.
Reorganizacja potrafi przynieść jednak skutki zgoła nieoczekiwane, albo z góry wiadome. Co kto woli.
W takim Łosiowie, czytam w na temat pl, policjanci narzekają na ślimaczących się kierowców „Skutecznym straszakiem na kierowców w tej okolicy okazały się fotoradary. Urządzenia do pomiaru prędkości zostały tu ustawione odcinkowo, a nie jak w przypadku zwykłych fotoradarów punktowo. Oznacza to, że pomiaru dokonuje się na przestrzeni 10 - 20 km, co znacznie zwiększa szansę na wpadkę za kierownicą, a w konsekwencji rośnie tym samym szansa na mandat i punkty karne. Okazuje się, że informacja o takim zabezpieczeniu sparaliżowała wielu kierowców, którzy tak się przejęli fotoradarami, że teraz jeżdżą znacznie poniżej wyznaczonej granicy prędkości. Zamiast dozwolonych tutaj 50 km/h, kierowcy jadą ok.30 km/h, co zaczyna doskwierać samym policjantom.”
Dlaczego doskwiera? Czyżby nie o to chodziło? Nie o uspokojenie ruchu. Więc skąd te pomysły na „Miasto 30” ?
Sam kiedyś tam słyszałem, przy dyskusji o dopuszczalnej maksymalnej prędkości jak jakiś policyjny celebryta udowadniał, że jeżeli na znaku jest namalowane 50 to znaczy, że można jechać z szybkością do... Powtarzam do 50 km na godzinę.Zlikwidowano przy okazji dopuszczalną tolerancję 10 km na plus.
No i nie ma się czemu dziwić się gdy karane jest już przekroczenie o jeden kilometr na plusie.
Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.
Tak więc zbyt wolni kierowcy blokują ruch na drodze krajowej 94. Na razie policja ostrzega, ale wkrótce kierowcy mogą słono zapłacić za ostrożną jazdę na tej drodze - funkcjonariusze już poinformowali, że za takie utrudnianie ruchu grożą kary finansowe.
A przecież to tylko dziesięć do dwudziestu kilometrów mniej od maksymalnej dozwolonej szybkości.
Jestem zwolennikiem bezpiecznej jazdy, jestem również zwolennikiem rozsądku.
Jestem też fanem popukania się czymś zdrowym w głowę, dla otrzeźwienia przed kolejną reorganizacją.
Póki co, robi się nerwowo bo wykon karania nawala, a plany są napięte.
Uważam, że nie można myśleć jedynie kategoriami wpływu do budżetu. To dopiero jest niebezpieczne
Policjanci zgrzytają zębami. A jak powszechnie wiadomo takie zgrzytanie dla zębów jest wyjątkowo niezdrowe.
I tu może czaić się rozwiązanie zagadki obgryzania historycznej lipy w Cielętnikach koło Częstochowy. Pień ponad 500-letniej lipy drobnolistnej jest obgryzany przez pielgrzymów zmierzających na Jasną Górę. Pątnicy wierzą, że kora drzewa uśmierza ból zębów. Być może i ten spowodowany ciągłym zgrzytaniem.
Proboszczowie cielętnickiej parafii, opiekujący się drzewem, w trosce o jego zdrowie uciekali się do różnych sposobów, od smarowanie pnia smołą po jego grodzenie, teraz niemal dwumetrowym, solidnym, metalowym płotem.
Mimo to amatorów gryzienia kory, próbujących forsować ogrodzenie, nadal nie brakuje a na pniu widoczne są ślady ukąszeń. Za policjantami w kolejce do lipy ustawiają się politycy którzy nie zabrali się do nowego rozdania i niektórzy dziennikarze którzy najpierw zgrzytają zębami a potem piórem lub klawiaturą. Inni  przedstawiciele wymienionych wyżej profesji, póki co ostrzą sobie zęby na to co przed nimi i tylko nie wiem czy wspomniana lipa na ostrzenie jest równie dobra jak na usuwanie próchnicy lub nadmierne zużycie.
Jak widać kolejka amatorów rośnie i może być dłuższa, stąd pomysł na płot wydaje się uzasadniony.
Świadomi naszego historycznego i trudnego w końcu rodowodu wiemy, że naród już nie takie łańcuchy zrywał i nie takie płoty przeskakiwał.
Czasem z tego skakania wychodziły całkiem ciekawe rzeczy.
Niestety również i reorganizacje.

wtorek, 3 listopada 2015

O łączeniu ze sobą pewnych zdrzeń czyli taka sobie historia

Leżał na chodniku w sporej kałuży. Najpewniej od wczoraj zdążył już dokładnie nasiąknąć brudną wodą. Porzucony lub podrzucony, nie mogłem jeszcze w tej chwili tego wiedzieć.
Podszedłem bliżej i wtedy zauważyłem, że jest wypełniony. Wziąłem go delikatnie lub raczej niechętnie w dwa palce i wtedy wylała się z niego kolejna porcja wody z piaskiem.
Strzepnąłem resztki wody i udałem się do biura. Położyłem go przed sobą i chwilę wpatrywałem się w jego skórzaną, napęczniałą od kontaktu z wodą. Powierzchnię.
Nie był to żaden firmowy portfel jak Castello, Puccini, Cardinal, czy też Cerrutti 1881. Nie był to nawet Wittchen. Zwykły choć może nietradycyjny damski portfel. Na skórzanej bądź skóropodobnej (sam już nie wiem) powierzchni widniały rysunki ptaszków w różnych pozach.
Długo wahałem się przed otwarciem portfela i przejrzeniu jego zawartości. W końcu nie mam tego zwyczaju i nawet własnej żonie, pomimo znacznego małżeńskiego stażu do portfela nie zaglądałem. To taka prywatna a nawet można by rzec intymna sprawa. Tu chowa się rzeczy ważne i sentymentalne, oraz oczywiście pieniądze które dla jednych są najważniejsze a dla innych całkiem nieistotne.
Jakże ja chciałbym by i dla mnie były nieistotne, dzięki bogu, na razie są tylko ważne. Ważne przy comiesięcznych opłatach, wykupie recept w aptece i tej całej reszcie czyli zakupie rzeczy o różnym ciężarze gatunkowym.
W końcu zdecydowałem się bo może ktoś tam rwie włosy z głowy i osiągnął już stan przedzawałowy?
Postawiłem siebie w tym miejscu i już nie miałem wątpliwości.
Ponieważ z portfela wyciekała woda a wewnątrz znajdowało się trochę papierowych dokumentów, wyjąłem wszystko na biurko, żeby się wysuszyło.
Nie było banknotów, za to w przegródce na bilon wyczułem garść drobniaków.
Nie liczyłem ich i nie wyjmowałem. Nie są z papieru więc nie rozmokną.
Nie było dowodu osobistego,ale znalazłem prawo jazdy. Nie aktualne już bo wystawione piętnaście lat temu, zawsze to jednak coś.
Na blankiecie odczytałem adres zamieszkania kobiety w wieku trzydziestu paru lat
To co wydawało mi się istotne to trzy karty bankowe z kompletem kodów jednorazowych do dokonywania przelewów. Oprócz tego komplet kart Krakowskiej Komunikacji Miejskiej i legitymację osoby niepełnosprawnej w wieku poniżej 16 lat.
Ktoś oburzy z pewnością, że grzebałem tak w portfelu lub, że wymieniam tutaj jego zwartość, ale chwytałem się wszystkiego by namierzyć właściciela. Poza tym nie wymieniam wszystkiego, nie jestem komornikiem.
Ponieważ od rana korzystałem z dobrodziejstwa Posiadania pracy, mogłem tylko zadzwonić do kilku biur numerów aby ustalić ewentualny numer telefonu, jakby nie było poszkodowanej.
Nic z tego, żaden z wykazów nie znał osoby.
Istniało prawdopodobieństwo, że kobieta ta nie mieszka już pod wskazanym adresem. Żeby się jednak tego dowiedzieć muszę to osobiście sprawdzić. Zaraz po pracy wsiadłem do samochodu i ruszyłem pod znaleziony w dokumentach adres.
Po drodze zastanawiałem się czy brak grubszej gotówki i dowodu osobistego nie są wynikiem kradzieży na jakimś cmentarzu i porzucenia byle gdzie niepotrzebnej reszty.
I jak wtedy zachować się?
Niepotrzebnie? Jak najbardziej potrzebnie. Pewien znajomy znalazł portfel z dokumentami i postanowił odwieść go pod znaleziony w portfelu adres. Drzwi otworzył facet po trzydziestce, bez słowa wziął portfel zajrzał do środka i wypalił.
- W środku były dwie stówy, gdzie są?
- Ale ja ….. zaciął się zaskoczony obrotem sprawy znajomy.
Facet spojrzał na niego jak na złodzieja a potem zamknął mu drzwi przed nosem, mocno nimi trzaskając.
Zaraz potem trzasnęła znajomemu szczęka. Opadła na sam trotuar z zadziwienia. Bo przecież nie oczekiwał nawet zwrotu kasy z benzynę spaloną na dowóz dokumentów. Liczył na miłą rozmowę jak to w takich sytuacjach bywa.
- Nigdy więcej – postanowił.
Jak go znam to następnym razem złamie swoje postanowienie. Taki typ.
Psychicznie przygotowany na każdą ewentualność, podjechałem pod konkretny blok. Wybrałem numer mieszkania i nacisnąłem domofon.
Odezwał się kobiecy głos
- Słucham
- Czy to Pani Monika Pe..
- Tak słucham Pana
- Czy Pani zgubiła portfel z dokumentami?
- Nie wiem... Chwileczkę sprawdzę.
Domofon uciszył się na dłuższą chwilę.
- Proszę niech Pan wejdzie – usłyszałem zaproszenie i zaraz potem brzęk elektrycznego zamka.
Szedłem do klatki i już pod windą, po numerze mieszkania obliczyłem piętro myląc się przy tym o dwa poziomy.
Zapukałem do odpowiednich drzwi, które zaraz otwarły się. Nie wszedłem nawet do środka.
- Mój portfel - powiedziała widząc foliową torebkę w której znajdował się pechowy topielec.
Sprawdziłem dane, wypytując o datę urodzenia. Tyle mogłem sprawdzić. Poza tym osoba na zdjęciu wydała mi się podobna. Biorąc oczywiście pod uwagę parszywą rozdzielczość fotografii i fakt, że zrobiono ją piętnaście lat temu.
Szczęśliwie Pani pamiętała, że w portfelu nie było banknotów. Nie było też dowodu osobistego
który szczęśliwie leżał w innym miejscu.
O czy tu gadać w tak przypadkowej i stresującej sytuacji.? O tym, że Pani Monika żyła prawie dobę w słodkiej nieświadomości? Że zgubiła portfel szukając drobnych?
Nie pytałem o szczegóły.
Wszystko skończyło się dobrze, a ja usłyszałem kilka miłych słów o sobie i swoim zachowaniu.
( W końcu kto tego nie lubi)
- Bóg zapłać i niech panu Bóg błogosławi – usłyszałem na pożegnanie.
Nawet poczułem się zaskoczony ponieważ najczęściej słyszałem takie słowa od Proboszcza. Od cywilów słychać je coraz rzadziej.
- Ja już mam doby dzień i ufam, że dla Pani te stał się nie najgorszy.
Szybko wszedłem do windy i zjechałem na sam dół. Z pobliskiego cmentarza wypływał sznur samochodów utrudniając włączenie się do ruchu. Jakoś mi to inaczej niż zwykle w takich razach całkiem nie przeszkadzało. Przez tę chwilę czułem się jakiś lepszy.
Stan euforii nie trwał całej doby.
Dzisiaj rano, w samym środku kąpieli odmówił posłuszeństwa piec gazowy. Ten sam co obsługuje centralne ogrzewanie. Symbol błędu który wyświetlił się na czytniku powiedział mi wszystko.
Odmówiła pompa która już kiedyś miała chwilowe zatrzymanie, ale w sprytny sposób udało się ją namówić do życia. W podpatrzony u fachowca sposób popchnąłem pompę i dokończyłem mycia.
Niestety maszyneria pracowała za głośno powodując wibracje całego pieca..
- Mamy pompę do wymiany – oznajmiłem żonie wiadomość która stawia na nogi.
Moja żona przyjęła ją ze stoickim spokojem pozostając w pozycji siedzącej na swoim wózku.
- Masz nerwy ze stali – powiedziałem do Niej z podziwem.
Zaraz po ósmej wykonałem telefon
- Ale to nie są tanie rzeczy – powiedział fachowiec.
- Wiem, już kiedyś mi Pan o tym wspominał. Sama pompa to prawie osiem stówek. W porządku, czekam na Pana.
Że też musiało trafić ją w takiej chwili.
Przypadek?
Nie sadzę.

środa, 28 października 2015

Wypijmy, powód zawsze się znajdzie

Jak donoszą media... Nie nie będzie o wyborach i polityce a przynajmniej nie wprost. W końcu motto bloga zobowiązuje.
 A więc jeszcze raz. Jak donoszą media na pewnej drodze w obwodzie saratowskim, kilka dni temu przewrócił się TIR. Historia jakich wiele w codziennych newsach. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wiózł ładunek w postaci 20 tys. butelek wódki.
Dwadzieścia tysięcy flaszek. Czy to działa na Wasza wyobraźnię?
Na moją działa, ja zresztą nie ogarniam już dużo mniejszych ilości a moja teściowa to już w ogóle. Kiedy w lecie tego roku odwiedził mnie szwagier, udał się na wstępie do wiejskiego sklepiku. Gdzie zapytał sprzedawcę o zimne piwo. Po staropolsku, nie wypada bowiem odwiedzać z pustymi rękami.
- Mam - odpowiedział grzecznie sprzedawca.
- To proszę mi przygotować dwadzieścia butelek
Pech chciał, że w drodze do mojego domu towarzyszyła mu moja teściowa co nie jest tak całkiem niezrozumiałe, ponieważ w myśl genealogii moja teściowa jest dla mojego szwagra matką.
- Synu! - zakrzyknęła teściowa - Na boga, a komu ty kupujesz taką ilość piwa ?
- Ma mamusia rację – powiedział szwagier uprzejmie choć złość spłynęła mu czerwonym  kolorem na lico – nie pomyślałem, że dawno szwagra nie widziałem.
- Niech Pan mi przygotuje dwadzieścia pięć butelek  - powiedział, zwracając się do sprzedawcy.
Trzeba przyznać, że się szwagier w tej Irlandii wyrobił nieco i muszę trochę bardziej się postarać bardziej nim zacznę  z niego żartować. Niektórzy nazywają to szyderstwem, ale od dawna już nie przejmuję się zdaniem jego żony. Szwagier od dawna już odwiedza mnie samotnie, nie licząc oczywiście towarzystwa matki czyli jak już wspomniałem,  przy okazji  mojej teściowej.
Zadra w szwagrze utkwiła jednak głęboko, bo jeszcze tego samego wieczoru ze trzy razy wypomniał matce, że traktuje prawie sześćdziesięcioletniego syna jak szczeniaka i określa jego potrzeby.
Wracając zaś do prowincji ale tej rosyjskiej.
Słysząc o wypadku drogowym, mieszkańcy od razu ruszyli, by zabezpieczyć towar…
Od tamtej pory  świętowaniu nie ma końca.
Że nie ma powodu bo TIR się przewrócił?
Ależ oczywiście że jest 
Kierowca zbiegł z miejsca zdarzenia, czyli wychodzi na to, że jest zdrowy i cały. Być może tylko martwi się o to, że wyjdzie na jaw fakt iż z okrągłych dwudziestu tysięcy uszczknął co nieco.
Nie jest jednak wiadomość pewna, a jedynie nieuzasadnione domysły.
Pewnie jest tylko, że okoliczni mieszkańcy zachowali się z obywatelską troską, Kiedy dowiedzieli się o wypadku, ruszyli z pomocą. W rozmowach z dziennikarzami tłumaczyli, że chcą pomóc poszkodowanym. Tyle, że nie mieli komu pomagać, więc zabrali się za “zabezpieczanie” ładunku.
Jak wyglądało to zabezpieczanie widziałem na filmie.
Zabezpieczanie to bowiem słowo klucz. Od wielu lat mówiło się, że 17 września  1939 roku wojska radzieckie zabezpieczyły tereny  zachodniej Białorusi i Ukrainy przed agresją hitlerowską.
Dopiero wiele lat po wojnie zmieniono terminologię  
Zabezpieczenie zabezpieczeniem ale i u nas po ostatniej niedzieli przydałby się taki TIR albo nawet  parę TIR-ów. Nie trzeba ich też od razu przewracać. Wystarczy zaparkować w z góry ustalonym miejscu i już.
Jedni mają  od poniedziałku powód do  totalnej i nieskrępowanej radości, inni chcieliby zapić smutek i gorycz porażki. Jeszcze inni, dręczeni niepewnością jutra strzeliliby parę luf na odwagę  zanim zanurzą się w nową rzeczywistość.
Jak widać powód do picia zawsze się znajdzie.
Przeżywać życie na trzeźwo?  Jak? Już starożytni Rosjanie powiadali że „biez wodki nie rozbieriosz”  Wszystkim którzy nie mieli rosyjskiego w szkole wyjaśniam, że tu nie idzie o zwykłe rozbieranie po gorzale.
A  z mediów przebija  smutna opinia, że dalej człowiek będzie człowiekowi wilkiem.
Różne opcje, za przeproszeniem polityczne będą żyć jak pies z kotem
Odpieprzmy się od biednych zwierzaków, bo i wilk i świnia zachowują się zgodnie z naturą i nie są dla siebie wredne. 
A jak zachowuje się pies z kotem pokazuje poniższe zdjęcie, zrobione w moim domu i na dodatek  własnymi rękami



Można? Można.
Weganie, wegetarianie, mięsożercy i wszyscy inni którzy twierdzą, że też żyją w zgodzie z naturą.
Może warto się czegoś od Niej nauczyć zanim połkniemy ją całą, lub przerobimy na swój obraz i podobieństwo ?
 
 

piątek, 23 października 2015

T K J*

Divide et impera czyli „dziel i rządź” – stara i praktyczna rzymska  zasada rządzenia nie sprawdzi się tutaj jako zgrabne rozpoczęcie posta.
Co innego divide et require (Dziel i żądaj) – to nowa, wymyślona przez mnie zasada. Sprawdziłem w Google, nie ma nic takiego a wiadomo, że czego nie ma w Google to nie istnieje.
Kto? Co? i dlaczego?
Zaraz i po kolei.
Errata nominowała mnie do nagrody Liebstera razem z dwudziestoma innymi blogerami.
Dziękuję.
A że w życiu nie ma nic za darmo, przedstawiła listę pięciu pytań na które jako laureaci powinniśmy odpowiedzieć.
Nie są to łatwe pytania, nie są to pytania z kategorii pierwsze lepsze. Oto one
1. Jak sadzisz, czy w resocjalizacji więźniów lepiej sprawdza się podejście restrykcyjne, czy też "liberalne"?
2. Jaką rolę w Twoim życiu pełni muzyka. Bardziej jest inspiracją, czy też wyciszeniem?
3. Czy ujmowanie życia w kategoriach estetyki jest "po linii" Bożej, czy szatańskiej raczej?
4. Gdybyś miał w swojej gestii kilkanaście milionów na cele społeczne, jak być je rozdysponował. Wiadomo, że wszystkim pomóc nie sposób. Czy w tej sytuacji rozdawałbyś przysłowiowe ryby, czy też raczej zainwestowałbyś w wędki.
5. Czy zgadzasz się z powiedzeniem "wszystkie dzieci nasze są"? Jak widzisz to w praktyce, miedzy innymi również w kategoriach legislacyjnych.
Nie mam zwyczaju odpowiadać na rząd pytań czyli swego rodzaju ankietę bo uważam, że mówi za mnie mój blog poszczególnymi postami. Kto więc chce się cokolwiek o mnie dowiedzieć zrobi to bez trudu czytając kolejne wpisy. Dla innych, jestem jaki jestem.
Problem tkwi w tym, że pytania Erraty są inne.
Jeżeli Errata podeszła tak osobiście do problemu, nie mogę skwitować tego zwykłymi odpowiedziami. To byłoby jak zwykły proszek czy zwykły płyn do mycia naczyń.
Z drugiej jednak strony pasuje abym pozostał wierny swoim zasadom nieodpowiadania na ankiety.
Poniżej próba zmierzenia się z problemem i mam skromną nadzieję, że wilk pozostanie syty i owca cała. Ostrzegam, że tekst zawiera kilka wyrazów uznanych powszechnie za wulgarne. W tej scenografii nie dało się jednak inaczej.


         Za solidnymi, stalowymi drzwiami dało się słyszeć charakterystyczne chrobotanie. To znak, że strażnik odsłonił wizjer.
- Będzie monitorował - pomyślał Przetakiewicz wypinając się (jak to sam określał) dupą do małego szklanego wziernika – Tu Cię mam.
Po chwili w uszy wwiercił się ten sam chrobot tylko jakby w druga stronę a zaraz po nim, charakterystyczny dźwięk klucza przekręcanego w zamku.
- Kuźwa, znowu odwiedziny – powiedział do siebie Mariusz Stanek osadzony w celi numer 31.
Trzydzieści jeden to jakby odwrócenie trzynastki co nie przekładało się na szczęście mieszkańców. Każdy z nich uważał się przecież za wyjątkowego pechowca.
Stanek bluzgał pod nosem bo przerwano mu właśnie teraz gdy słuchając „Nokturnu B-mol Op 9 Nº 1” Fryderyka Chopina tak się wyciszył.
Wstał z łóżka, wyciągnął słuchawki z uszu i poprawił kraciasty koc. Wszystko zgodnie z regulaminem.
Do ciasnej a nawet obrzydliwie klaustrofobicznej celi wszedł sam Komendant.
- Co to za historie? Coś Wam się znowu nie podoba? Jedzenie nie smaczne? Program w telewizji nudny? Inni może tak ale ja się z Wami pierdolił nie będę. Zapowiadam Wam, jak jeszcze raz usłyszę narzekania to Wam puszczę na głośnik transmisję z Koncertu Chopinowskiego na żywo i na głośno.
- No to mamy wyjebane - szepnął współwięzień z lewej strony.
- Panie Komendancie mnie i bez tego Chopina to kiszki marsza grają. Żarcie naprawdę nie nadaje się do jedzenia – Malicki zdobył się na odwagę.
- Nie jest źle dopóki nie jest to jeszcze marsz żałobny – Komendant zażartował używając terminologii muzycznej, co mogło świadczyć o tym, że przyszedł sobie tak po ludzku pogadać.
- Widzisz Malicki, budżet jest biedny i nawet gdy do rozdysponowania jest paręnaście milionów złotych to was, kryminalistów rozpatruje się w ostatniej kolejności. Bo jesteście jak wrzód na dupie zdrowego polskiego społeczeństwa. Jak się tego nie wyleczy to się po prostu wysuszy i wykruszy. No tak, a kto powinien być pierwszy do podziału kasy Malicki?
- Dzieci? Panie Komendancie
- Tak jest. A dlaczego dzieci?
- No bo wszystkie dzieci są nasze. To akurat łatwe.
- Tak jest Malicki. Wszystkie dzieci są nasze, nawet te na które ty nie płacisz alimentów od pięciu lat. One też są jakby nasze. Z tym się akurat nie do końca zgadzam bo dla siebie zostawiłeś tylko ten najprzyjemniejszy moment z historii ich posiadania czyli sianie.
- Gdzie tam Panie Komendancie. Nie pamiętam nawet tej przyjemności, bo byłem za przeproszeniem najebany. Myślałem, że nic z tego nie będzie po gorzale bo zwykle nic nie było.
- No widzisz Malicki, trzeba myśleć co się robi, nawet po wódce a zwłaszcza po niej. Poza tym ważna rolę pełnia przysłowia które czym są Stanek ?
- Są mądrością narodu Panie Komendancie.
- Dobrze Stanek. Otóż jedno z tych przysłów brzmi – Jak Pan Bóg dopuści to z kija wypuści.
- No i wypuścił, cztery razy pod rząd – dodał Przetakiewicz który do tej pory nie odzywał się wcale.
Komendant spojrzał spod daszka służbowej oficerskiej czapki wprost w oczy Przetakiewicza. Spojrzenie zimne i ostre które zdawało się mówić – Nie będziesz mi ciulu kradł mojego show.
Waldek bo imię to nosił Przetakiewicz w lot przyjął sugestię. Natychmiast też zaprezentował postawę zasadniczą w popularnym żargonie zwaną „ ruki pa szwam „
- Jak ja bym tylko miał pracę z dobrym wynagrodzeniem to pewnie i alimenty mógłbym płacić. Musowo by co zostało.
- A Ty myślisz Malicki, że Państwo jest od tego, żeby Wam wciskać wędkę w ręce? Sami ruszcie dupę do lasy by wyciąć leszczynę na wędzisko.
- A żyłka, spławik,ciężarki? I to niby co? Ja z łowienia mam na te alimenty odłożyć? - wyrzucił z siebie mnóstwo wątpliwości rozkojarzony tym wywodem Malicki.
- To taka jakby metafora. A wiesz ty chociaż Malicki co to jest metafora ?
- ???
- Stanek powiedz mu co to metafora.
- Metafora albo inaczej przenośnia to taki językowy środek stylistyczny, w którym obce znaczeniowo wyrazy są ze sobą składniowo zestawione, tworząc związek frazeologiczny o innym znaczeniu niż dosłowny sens wyrazów, np. "od ust sobie odejmę", "podzielę się z wami wiadomością" lub "złote serce".
- No właśnie. „Złote serce”, jak to brzmi. Podajcie Malicki przykład takiej metafory, żeby nie było, że Zakład Karny nie wychowuje i nie edukuje.
- A „życie przejebane” może być? - spytał Malicki uśmiechając się przy tam szeroko co świadczyło o tym, że jak to się mówi „skumał bazę”.
- Ech to twoje życie Malicki. Jeden wielki burdel, a ja widzisz esteta jestem. Boży świat widzi mi się taki prosty poukładany i tylko diabeł próbuje w nim robić bałagan.
- Ja bym tam diabła to tego nie mieszał Panie Komendancie. U nas w domu to zawsze się mówiło „kurewski bałagan”. A swoja drogą to też chyba metafora?
- Kurewski bałagan to macie w celi. Daję wam kwadrans na sprzątanie, inaczej zamiast obiecanego Festiwalu Disco Polo puszczę koncert Chopinowski.
- Tak? To ja pierdolę, nie sprzątam – wycedził cicho, przez zęby Stanek i zaraz po wyjściu Komendanta, jakby na potwierdzenie tych słów, włączył sobie Etiudę Rewolucyjną - Niech leci.
- Kocham świat – powiedział do siebie Komendant, wierząc, że liberalne podejście do więźniów bardziej sprawdza się w późniejszym ich wolnym już życiu niż najprzemyślniejsze nawet restrykcje.
Wszedł do więziennej świetlicy, włączył telewizor. Na Kulturze TV leciał właśnie koncert fortepianowy. Jak wynikało z podpisu, Rafał Blechacz grał Poloneza As-dur op. 53.
- Na którym kanale leci ten festiwal disco?
- Na czwartym ale to tylko w soboty – odpowiedział mu pracownik działu zaopatrzenia który pojawił się dosłownie znikąd
- A to Polska właśnie – pomyślał Komendant. Telefon Komórkowy pokazywał wtorek dwudziestego października. Do soboty jeszcze kupa czasu.

* T K J

Parafraza skrótu znanego szczególnie w polityce zwrotu Teraz K....a  My. Swoją droga, warto o tym pamiętać w najbliższą wyborczą niedzielę
Skrót TKJ dotyczy liczby pojedynczej.






środa, 21 października 2015

Takie sobie przypadki

Przypadek – kategoria gramatyczna, przez którą odmieniają się rzeczowniki, przymiotniki, liczebniki, zaimki, imiesłowy. Tak zaczyna Wikipedia. Nie pamiętam jak kończy ale wiadomo ile problemów powodowało w wieku szkolnym samo zapamiętanie nazw przypadków. A do tego jeszcze te pytania.
Mianownik: Kto? Co? Dopełniacz: Kogo?, Czego? Celownik: Komu? Czemu?.
I tak dalej i tak dalej
Odnoszę wrażenie, że teraz całkiem sprawnie posługuje się przypadkami. Można by rzec, że intuicyjnie. Dlatego po przeczytaniu poniższego cytatu pomyślałem - celownik ( Komu? Czemu?) Pytanie moje nie brzmi jednak komu, czemu?, tylko skąd taka gramatyka?

Redaktorowi odpowiedzialnemu popularnego portalu można by powiedzieć z wykorzystaniem mianownika – Wyszło szydło z worka, przy czym daleki jestem od naśmiewania się z cudzych nazwisk. Moje jest wystarczająco śmieszne.
      Z wiekiem dojrzewa się do robienia nalewek. Wiadomo bowiem, że to czas jest najlepszym ich dodatkiem. Taka na przykład dereniówka, zaczyna naprawdę smakować w trzecim roku leżakowania. Swoją ratafię próbuję dopiero po trzech kwartałach. Wiek albo inaczej mówiąc cierpliwość i umiejętność wyczekiwania. Osobiście znam takich osobników którzy nie pamiętają już smaku swojej tegorocznej wiśniówki. No cóż, jak w słynnym kabarecie Smolenia i Laskowika.
- Są takie narody co to w piątek sadzą ziemniaki a wykopują je już w poniedziałek.
- A wegetacja? - pada pytanie
- Wegetacja wegetacją, a jeść trzeba
No właśnie, trudno walczyć z pragnieniem mając na oku i w zasięgi ręki pękaty kształt słoja.
A więc, owoce, alkohol, czas i co jeszcze?
Na to pytanie odpowiedzieli mi redaktorzy tego artykułu.

Przyznam szczerze, że pierwsze słyszę. Poza tym jaki to ser? Biały?, żółty? Czy tylko krowi?, a może owczy lub kozi?. Z zainteresowaniem nacisnąłem link by zajrzeć głębiej.
Na naukę w końcu nigdy nie jest zbyt późno.


Z jednej strony uspokojenie, że z przepisami jestem na bieżąco z drugiej rozczarowanie któremu po raz kolejny daję wyraz na łamach bloga.
        Piłka siatkowa stała się teraz popularną dyscypliną bo przecież wiadomo, że sukces ma wielu ojców. Sam nie potrafię sobie odpuścić transmisji z prestiżowych występów. Ostatnio co przyznaję z lekkim wstydem, śledziłem transmisję w czasie godzin pracy.
Rzuciłem sobie podgląd w Onecie i co kilka chwil odczytywałem komunikaty o sytuacji na boisku. Tak w końcu wygląda Internetowe on line.
Po jednej z udanych zagrywek, oczom moim ukazał się następujący komunikat.
Powiało ciepłem, ale takim jakimś dziwnym. Zaraz też mój przewrotny umysł pozwolił sobie na uwagę, że jak w tym kraju pójdzie tak jak idzie to gra w siatkówkę może zostać zabroniona.
A jak nie sama gra to zabroni się radości i euforii.
Kto to widział żeby dorosły facet przytulał się na wizji do innych dorosłych facetów?
Niemożliwe?
Możliwe. Jeden facet obciął psu ogon bo zwierzę za bardzo nim machało na widok teściowej. A gdzie tam teściowej do środowisk LGBT.
Pomysłowość ludzka w sprawie organizacji życia innym nie zna granic
Uspokajam. Moja suka ogon posiada chociaż teściowa cały ostatni tydzień spędziła pod moim dachem.
Po powrocie z Hiszpanii, najpewniej na wskutek zmiany klimatu zakręciło się biedaczce w głowie i córka (w tej roli moja żona) wolała mieć ją na oku. Ja też miałem ja na oku ale jakby w inny sposób.
- Niech się mamusia nie wybiera przypadkiem do Tybetu. Wie mama jaka to różnica klimatów? - próbowałem ją zawczasu zniechęcić.
- Ale ja się do Tybetu nie wybieram – odpowiedziała zdezorientowana.
- Dobra, dobra. W zeszłym roku oddałbym rękę za to, że mama na Gibraltarze nie zagości. A teraz co? Teraz musiałbym obsługiwać glebogryzarkę jedną ręką.
     Zanim wybiorę się jednak do ortopedy po przegranym zakładzie, najpierw wybiorę się do laryngologa
Słucham cyklicznie chociaż podświadomie piosenki niejakiej Natalii Nykiel. Piosenka leci z radia w tle innych zajęć a nazwisko wykonawczyni z niczym mi się nie kojarzy.
- Nie umiem być suką – śpiewa panienka i to mnie dziwi, bowiem to umiejętność obecnie dość powszechna i co najgorsze powszechnie wykorzystywana.
Aby poznać istotę rzeczy, zajrzałem do Internetu aby z tekstu wywnioskować - dlaczego?
Dlaczego nie umie być ową suką i dlaczego być może by chciała?
Czytam tekst i tu pełne zaskoczenie
...Nie umiem być sługą a,
A Ty sypiesz mi piach w oczy
Mam dosyć już chłopców co
Nie potrafią mnie zaskoczyć.
A więc nie suka a sługa co czyni pewną subtelną acz zasadniczą różnicę.
Chociaż dwa kolejne wersy świadczą jednak, że nie tak daleko odleciałem.
- Idę do laryngologa - zdecydowałem - na NFZ co jednak trochę potrwa.
A może w tak zwanym międzyczasie, na zasadzie jakiegoś większego kompromisu, niektórzy młodzi wykonawcy udaliby się do logopedy?
Co wam szkodzi ?

środa, 14 października 2015

O lataniu we śnie czyli wspominki sprowokowane



Każdemu to się kiedyś przyśniło.”
Tytuł w Polityce pl zainteresował mnie o tyle, że mnie śni się to nadal, chociaż ostatnio jakby mniej, nie tak regularnie. No cóż, wiek.
Oto 9 najpowszechniejszych snów” * - Dopisek precyzował tytuł.
No dobrze. Ocenię czy z moimi snami jestem wyjątkowy, czy tylko mieszczę się w szarej masie przeciętności. Kto z nas bowiem lubi być przeciętniakiem?
Jak wynika z treści artykułu, psycholog Ian Wallace przez 30 lat zawodowej praktyki zebrał od swoich pacjentów 150 tys. sennych opowieści.
Okazało się, że zwłaszcza 9 snów było wspólnym doświadczeniem wielu z nich.
Oto one. Cytuję za artykułem chociaż wiem, że nie zaczyna się zdania od „że”
1. Że znalazłeś się w pustym pokoju.
2. Że prowadzisz auto – i że nie masz nad nim żadnej kontroli.
3. Że spadasz
4. Że latasz.
5. Że stawiasz się na egzaminie nieprzygotowany
6. Że stoisz nago w miejscu publicznym.
7.Że nie możesz odszukać… toalety.
8.Że… wypadają ci zęby.
9.Że ktoś cię goni, prześladuje.
A gdzie ten, że uprawiasz? I tu nie idzie bynajmniej o ogródek. Przez chwilę poczułem się wyjątkowy. A może jak wyjątkowy zbok, bo wychodzi na to że uczciwemu facetowi tak się nie śni.
Zaraz, zaraz, zaraz.
Przeciętny facet myśli o seksie co parę minut na dobę, więc gdyby wyrzucić z tego zestawienia okres snu to aby wrobić średnią, w okresie aktywności nie miałby już czasu na nic innego.
Zaraz jednak przypomniałem sobie rozmowy rówieśnicze sprzed paru (parunastu, ...dziestu ) lat. W zasadzie każdy taki sen zaliczył a ponieważ wielu z nas nigdy nie dorośleje, to dziwi mnie brak tej pozycji (nomen omen) w zestawieniu.
Przypomniałem sobie, że snem jako takim zajmowałem się już kiedyś, nawet parę razy. Na początku mojej przygody z blogiem zamieściłem sprawozdanie z mojego snu o lataniu.
Sen ten był chyba dla mnie niezwykle istotny skoro podzieliłem się jego opisem z czytelnikami.
Trochę już zatarły mi się tamte powody. W końcu jakby nie było to minęło już siedem lat aktywności na łamach.
„Że latasz” to pozycja numer cztery w powyższym zestawieniu co czyni mnie jednak jeszcze bardziej przeciętnym i przewidywalnym niż podejrzewałem.
Zamieszczam tekst z 2008 ( co czynię niezmiernie rzadko, może nawet pierwszy raz) po korekcie paru błędów które zauważyłem. Inne zostały niezauważone. A swoja drogą ciekaw jestem które miejsce zająłby sen w którym publicznie popełniam błędy i „łączę się w bulu” albo informuję, że właśnie „przyszłem”

Miałem sen, taki sen *2

09 października 2008
 - Miałem sen, piękny sen - mówił Martin Luter King. Ja też mogę  tak powiedzieć. I nie chodzi tu o klasyczny męski  sen przewidywalny do bólu ale o coś zupełnie innego formatu. Siedziałem wygodnie w fotelu obok drzwi prowadzących na balkon Okna były szeroko otwarte więc z oddali obserwowałem wolno poruszające się w samochody. Ich rozmyte kolory tworzyły  coś na kształt szarego węża, leniwie snującego się pomiędzy białymi liniami krawężnika. Ludzie z tej perspektywy jak małe kropelki rtęci toczyli się po chodnikach by znienacka łączyć się w grupy,  pęcznieć  i zatrzymywać się przed przeszklonymi, lustrzanymi wystawami które  powodowały iluzje dalszego ich przyrostu. Pogoda późnego letniego popołudnia była bezwietrzna i statyczna taka pomimo słońca które zawisło nieruchomo gdzieś w górze. Ono samo bardzo oszczędnie używało swoich promieni. Gdzieniegdzie przelatywały pojedyncze ptaki, które sprawiały wrażenie jakby całkowicie opanowały  przestrzeń pomiędzy horyzontem ograniczonym linią dachów z sąsiedniej ulicy a ścianą mojego bloku. W tej to atmosferze letniego znudzenia  niespodziewanie zaczęło  narastać we mnie dziwne uczucie. Pragnąłem oto powstać  i zbliżyć się do skraju balkonu, mocno uchwycić poręczy i przechylić się nad nią daleko do przodu. Wstałem. Wykonywałem te wszystkie czynności, chociaż  uczucia  ciekawości i niepokoju mieszały się i plątały ze sobą. Uczucia ciekawości a jednocześnie niepokoju, ponieważ od dziecka odczuwam lęk wysokości. Podszedłem do poręczy balkonu, spojrzałem w dół a perspektywa wysokości zdławiła mi krtań i nie pozwalała złapać powietrza. Prowadzony na jakiejś niewidzialnej linie, wbrew sobie, nie mając siły ani odwagi  by powstrzymać ten samobójczy krok, wspiąłem się na barierę. Balansując do przodu i tyłu zacząłem przybierać postawę wyprostowaną. Stanąłem i spojrzałem przed siebie. Napięcie narastało z chwili na chwilę aż w końcu stało się nie do zniesienia. Już nie miałem czym oddychać. Gotów  byłem skoczyć w dół ponieważ  perspektywa śmierci w wyniku duszenia była według mnie bardziej okrutna.
Skoczyłem. Rzuciłem się w dół jak samobójca. Dziwnym i niezrozumiałym dla mnie sposobem przestałem odczuwać lęk do tej pory mi towarzyszący. Podświadomie jakoś, rozpostarłem szeroko ramiona. Powietrze które omiatało mi twarz spowodowało, że blokady minęły i znowu mogłem oddychać. Nabrałem powietrze głęboko, najgłębiej jak mogłem, do samego dna. Zaczerpnąłem aż do miejsca gdzie skrywa się to pierwsze powietrze, które wychodząc z łona matki wciągamy i które nigdy więcej stamtąd nie ulatuje.
Najpierw ostro w dół na ułamek sekundy a potem gdy ruszyłem ramionami stała się rzecz niesamowita.   Spadek został zahamowany a ciało wyrównało poziom i zamiast spadać zacząłem wznosić się i oddalać się od domu balkonu, ulicy.
- Leeeeeeeeeccccccccccccęęęęęęęęęęęę !!! - krzyczałem.
Płuca odzyskały dawną możliwość swobodnego oddychania a ja balansując ciałem i zmieniając geometrię rąk zacząłem poznawać tajniki powietrznej nawigacji. Wznosiłem się i opadałem, a wszystko to w zależności od ułożenia rąk i własnych potrzeb. Mijałem pojedyncze ptaki a one na mój widok z głośnym, pełnym strachu krzykiem czy skrzekotem odfruwały jak najdalej ode mnie.
Trwało to dobrą chwilę kiedy opanowałem wszystkie potrzebne manewry. W dole szybko zmieniały się nitki ulic, supły rond i węzły gordyjskie skrzyżowań. Wiatr rozwiewał mi włosy a ja trwałem w tym uczuciu pełnym euforii. Czułem się jak na porządnym speedzie. Co prawda nigdy nie doświadczyłem reakcji po jakimkolwiek narkotyku ale tak wyobrażałem sobie to uczucie, właśnie takie jak w tamtej chwili.
Zmieniłem technikę lotu, zmniejszyłem szybkość. Teraz przelatywałem obok rzędu okien  zaglądając przez nie do środka.
Nie szanowałem niczyjej prywatności ale jakimś  kolejnym zrządzeniem losu nikt nie spostrzegł mnie unoszącego się w powietrzu, nikt nie podbiegł do okna, nie wskazywano na mnie palcami. Spoglądałem przez szyby zamkniętych okien,  czasem  wgłąb mieszkań poprzez otwory szeroko otwartych okien. Ludzie wykonywali różne codzienne czynności. Siedzieli wokół stołu jedząc spóźniony obiad. Gdzie indziej, wygodnie rozłożeni na kanapach  patrzyli w telewizyjne ekrany. Ktoś płakał zasłoniwszy twarz w dłoniach a obok w pokoju, dzieci śmiały się głośno komentując  Internet. Na wyższym piętrze jakaś para nie dbając o zasłony, kochała się na wielkim łóżku miotając się w dzikich konwulsjach. Wszystko to oglądałem  bez głębszego zainteresowania szczegółami. Zbyt wiele obrazów migało mi przed oczami. Cieszyła mnie co prawda świadomość  możliwości ale największe zainteresowanie wzbudzał sam lot.  To nieprawdopodobne nagromadzenie adrenaliny, euforii i czegoś tam jeszcze.
I trwałbym tak pewnie w tym uniesieniu wieczność całą  gdyby nie to, że w pewnej chwili  usłyszałem jakiś metaliczny  huk który ogarnął mnie całego i odwrócił uwagę od porywających czynności. Otworzyłem szeroko oczy. Leżałem na łóżku, oddychałem płytko i bardzo szybko. W głowie kłębiły mi się tysiące myśli. Za najważniejsze uznałem określić swoje położenie. Łóżko moje, otoczenie pokoju też własne. Wstałem i podszedłem do okna. W dali słychać było jeszcze dźwięk warkot oddalającego się motocykla. To pewnie on przerwał mi ten fantastyczny stan. Uczucie jakiego  do tej chwili nie doznałem i który pewnie już mi się nie powtórzy.
Rozłożyłem ręce. Bolały ramiona i dłonie, bólem wynikającym bardziej z przemęczenia niż fizycznego urazu. Chociaż czułem się wspaniale,  brakowało mi tego przerwanego snu. Czułem się najprawdopodobniej  jak kobieta po namiętnym pełnym uniesień seksie, której brakło zaledwie  sekund do osiągnięcia  najpełniejszej z satysfakcji. Tak to sobie przynajmniej wyobrażam. Wypiłem szklankę mocno schłodzonej wody i wróciłem  do łóżka. Nie mogłem zasnąć do rana. Targały mną pojedyncze skurcze mięśni a w głowie szumiało. A przecież tylko…. Latałem. A przecież tylko … śniłem o lataniu.



I to koniec tamtego wpisu o śnie który tak dokładnie wyrył się w mojej pamięci.
A pamięć jakby odświeżona przypomniała mi, że przecież mój pierwszy wpis, datowany na 24.08.2008 również dotyczył snów. Kilkuzdaniowy wpis brzmiał mniej więcej tak:
Słyszałem niedawno taki dowcip:
- Czy miewasz sny erotyczne ?
- Kiedyś miałem, teraz śni mi się tylko porno.
Tak, facet pewnie był po pięćdziesiątce i nie mówię tego  w spirytualistycznym znaczeniu tego słowa. On już coś przeżył i być może standardowo rozprawił się już z samym sobą.
A ja? Czy mnie śni się jeszcze erotyka  ?


 *

*2