czwartek, 24 listopada 2016

Na piwie

- Jak już będziemy wracać …
- No przecież dopiero się rozsiedliśmy
- Jak już będziemy wracać to warto na niebo spojrzeć. Księżyc dzisiaj ponoć największy od 68 lat
- Będzie w perygeum?
- W czym ?
- W p e r y g e u m, czyli najbliższej możliwej odległości od Ziemi. Ostatnio takie cudo można było oglądać chyba w czterdziestym ósmym.
- No popatrzcie jakie my mamy szczęście. Co wieczór możemy oglądać księżyc, a teraz nawet największy, taki jakby amerykański. Czyż to nie jakieś proroctwo dotyczące zmiany w Białym Domu?
- Jakiejś zmiany na lepsze?
- No tak- Michał rozkręcił się – Czytałem, że ci zjadacze hamburgerów to wzorowali się na nas. A u nas wszystko teraz lepsze. Wiadomo.
- Dlaczego niby lepsze? - Andrzej sceptycznie spojrzał znad szklanki piwa - A kolega z opcji dobra zmiana.
- Masz coś do mnie?
- Nic poza tym, że opóźniasz kolejkę. Ja swoje piwo już wypiłem, a ty nie. Ty zaś stawiasz w tym rozdaniu. Niech to będzie dobra a przede wszystkim szybka zmiana. Zmiana szkła.
- Panowie, swoją drogą to jeżeli jest dobra zmiana to wszystko powinno być dobre, ale nie lepsze. Prawda?
- ???
- Przedtem było złe teraz jest dobre bo zmiana jest dobra. Tak? - kontynuował Zbyszek
- A co to za różnica? Dobre, lepsze - obruszył się profilaktycznie Michał.
- No chodzi o to, żeby pod żadnym pozorem nie było że jest lepsze
- A to dlaczego?
- Bo stare powiedzenie mówi, że lepsze jest wrogiem dobrego.
- A tam powiedzenia. Czasem mądre czasem głupie – podsumował Michał.
- Kolega podważa sens przysłów? A przecież przysłowia są mądrością narodu, a naród to wiadomo kto, to suweren. Co rusz słyszę, że suweren tak chciał to tak ma być, suweren zdecydował i tym podobne. No to mądrości suwerena nie mogą być głupie, ani nawet tylko takie sobie.
- Z toku twojego rozumowania wychodzi, że przysłowia to kwintesencja mądrości narodu – zauważył Andrzej
- Coście się przypięli do polityki w ten piątkowy wyjątkowy wieczór? Zapytałem lekko poirytowany – Pamiętacie kiedy to ostatni raz piliśmy piwo w takim zacnym towarzystwie?
- No właśnie. A propos piwa i dobrego towarzystwa, to ja mam pustą szklankę bo Michał opóźnia.
- Hop, hop, hop szklankę piwa – zanucili jak na komendę Andrzej ze Zbyszkiem - Michał nie truj o dupie Maryni tylko skocz do bufetu.
-O jakiej znowu dupie? I co to ma wspólnego z księżycem?
- A zdziwiłbyś się ile – Andrzej zaczął swoje znane obecnym opowiadanie - Kiedyś tam, w szczytowym okresie panowania Fidela na kubańskim niebie zamiast księżyca pojawiła się wielka dupa. Żaden tam księżyc hultaj a duża i nienajmłodsza już dupa
- Dlaczego to tak ? - wyrwało się z tysięcy kubańskich gardeł nie tylko w Hawanie
I wtedy pośród grzmotów które rozdarły nieb,o dał się słyszeć głos
- Jak Kuba bogu tak bóg Kubie.
No to my chyba możemy być w tej kwestii spokojni, bardzo spokojni.
Ja bym tam tego nie była za bardzo pewien – zasępił nie Zbyszek – Przecież te działania...
- Oooo piwo idzie.
Mówiąc najprościej i stosując męskie i szowinistyczne spojrzenie, świeże piwo kroczyło dumnie na długich i szczupłych nogach. Katowanie w fitness clubie biodra, kiwały się na boki, czyniąc to samo z naszą wyobraźnią, która była już blisko początków morskiej choroby.
Dalibyśmy wszystko by obserwować ten marsz od bufetu aż po sam kres knajpy. Nie tylko do końca knajpy, aż po sam kres horyzontu. Z drugiej jednak strony zaoferowalibyśmy to samo wszystko, by te chłodne choć spocone szklanki stanęły już na blacie na wprost naszych głodnych spojrzeń.
Obserwując zbliżająca się kelnerkę wyglądaliśmy chyba idiotycznie. Cztery podstarzałe samce zżerają wzrokiem figurę kelnerki wraz ze szklankami, nie bardzo mogąc się zdecydować co wybrać.
Zastanawiające, bo w całej knajpie najprawdopodobniej tylko im wydaje się że w tej sytuacji mają jakiś wybór.
Marsz skończył się a szklanki zaczęły lądować na blacie naszego stolika.
Michał przysunął do siebie to najpełniej nalane, ja stawiam na koronę piany, a Zbyszkowi jest wszystko jedno bowiem za każdym razem zapuszcza żurawia w dekolt kelnerki.
- Mógłbyś panować na tym swoim wilczym spojrzeniem?
- A niby dlaczego?
- Bo następnym razem to On gotów nam piwo podać, jak się dziewczyna poskarży.
Spojrzeliśmy na barmana. Uczyniliśmy to jednak tak nachalnie że facet podniósł wzrok znad nalewanego właśnie piwa i nasze spojrzenia spotkały się w jakimś takim dziwnym kontekście.
- Zbyszek opanuj się – wyrwało się natychmiast z kliku ust chóralna prośba.
- Polityki nie można , o dupie Maryni nie wypada a w dekolt zajrzeć niegrzecznie. Toż lepiej chyba zostać w domu, wyciągnąć puszkę z lodówki i wychlać pod film z Youtuba
- Pragnę zauważyć, że jest jeszcze nasze towarzystwo - zauważył przytomnie Michał.
- To też raczej mocno przereklamowane – Zbyszek zdobył się na perwersyjną szczerość - Zobaczcie Panowie co się z Wami stało. Michał nie pozwoli Andrzejowi krzywić się na to co w kraju. W rewanżu Andrzej nie pozwoli mi się gapić na cycki kelnerki. Wszystko takie grzeczne, poukładane, rzekłbym ekologiczne.
- A Ty? - rzekła zwracają się do mnie - Ty czego mi zabronisz, albo co wymusisz na Michale?
- Ja ma w dupie politykę, a ładne cycki dalej mnie kręcą. Nie jest to jednak klub gogo i Andrzej niestety ma rację. Czytałem gdzieś, że właściciele lokalu nakazują kelnerkom defilować z takimi głębokimi dekoltami, bo niby wtedy faceci więcej zamawiają.
- I chleją, z żalu pewnie za tym co nie wróci. Pamiętacie te nasze imprezy na studiach?
- A Monikę pamiętasz. Ta to miała …. warunki – podchwycił Zbyszek.
- To się nie wróci – westchnął Andrzej
- Toż o tym właśnie mówię
Wokół zajmowanego przez nas stolika robiło się coraz gwarniej i te dyskusje, choć ze swej natury filozoficzne, trzeba było odłożyć na zaś.
Młodzi ludzie z drinkiem w dłoni spoglądali na nas podejrzliwie jak na jakąś komisję do spraw wychowania. A może nawet nie wychowania tylko zmiany, jakiejś z pewnością dobrej zmiany.
- Ja już wiem czemu oni tak siedzą z nosami w smartfonach. W tym szumie SMS to chyba jedyna forma możliwego porozumienia zauważył Michał.
Młodzi ludzie gapili się w ekrany smartfonów przy stolikach, przy barze i w kolejce do toalety.
- A naukowcy mówią, że młodzi mają problemy z komunikacją.
Gwar zatrzymał się na pewnym, akceptowalnym jak by się wydawało poziomie.
Wszystko to okazało się złudne bowiem po upływie trzydziestu minut hałas wyraźnie zelżał, bądź nasze niezawodne organizmy doszły ze sobą do ładu.
- Miałem sen - zacząłem
- Piękny sen ? - Zapytał z przekąsem Michał
- Ja tam nie wiem czy on był piękny, ale dziwny był taki.
- To akurat nie jest dziwne bo sny z reguły są dziwne.
- Nie znasz innych określeń żeby opisać sen?
- Śniło mi się, że się właśnie przebudziłem.
- No to już się ciekawie zapowiada.
- Czekaj chwilę. Obudziłem się przed telewizorem i postanowiłem wyłączyć go klikając pilotem.
Kiedy w pokoju nastała cisza, usłyszałem jakiś chrobot taki, jakby mysz wygryzała drewnianą belkę.
Zlokalizowałem źródło, hałas dobiegał z telewizyjnego pilota. Obejrzałem go dokładnie a potem przyłożyłem do ucha. Z wnętrza dobiegały takie dźwięki jakby zainstalowany wewnątrz głośnik przekazywał wyniki monitorowania jakiejś przestrzeni. Słuchałem chwilę, aż w końcu postanowiłem sprawdzić czy to jest komunikacja dwustronna, czy tylko sam odsłuch.
- Halo, halo – pokrzykiwałem, za każdym halo coraz głośniej.
- Z kim tam rozmawiasz ? Z drugiego pokoju dobiegł mnie głos zaspanej żony.
- Z nikim – odpowiedziałem natychmiast, zawstydzony faktem gadania do pilota.
Zresztą który z Was przyznałby się swojej żonie do pogaduszek z pilotem?
- Halo, halo - dało się słyszeć po chwili.
Przyłożyłem pilota do ucha i zawołałem - Słabo Pana słyszę.
- Bo tu zasięg jest słaby. Góry, lasy. Ja tam słyszę Pana dobrze.
- To ja się do Pana dodzwoniłem czy Pan do mnie ? - spytałem nieprzytomnie.
- A czy to ma teraz jakąś różnicę?
- W zasadzie żadnej. Spytam więc inaczej, gdzie ja się dodzwoniłem.
- W góry drogi panie, w góry. Ja tu w Bacówce siedzę na przełączy. Owce dokoła i oscypki w wędzarni. Zapraszam jakby Pan przejeżdżał.
Jakbym się zdecydował to zadzwonię, co mi szkodzi - powiedziałem odkładając pilota.
Trzaski w urządzeniu ustały, a ja siedziałem zachwycony pomysłem.
Cudowna rzecz taki pilot do telewizora przez który możesz pogadać ze znajomym.
- Tym od serów? - spytał Zbyszek
- Choćby z tym od serów – rozmarzyłem się
- Ale ty nie mówiłeś że to jest twój znajomy
- Bo nie jest.
- To masz jakieś innego znajomego od serów?
- Andrzej ja ciebie proszę ty nie utrudniaj bo to sen przecież był. Skąd ja mam kurde wiedzieć ile mam we śnie znajomych baców. Ten wynalazek wydał mi się wspaniały.
- Jest całkiem do dupy. Bo jak zabierzesz ze sobą pilota, żeby pogadać ze znajomym w pracy, to żona nie obejrzy kolejnego odcina serialu i dupa. Masz przerąbane jak wrócisz do domu.
- Niby moja żona nie ogląda seriali, ale jest w tym coś na rzeczy.
- Słuchaj Antoni nie nadymaj się ale wymyślono już rzecz lepszą. Taką apkę która ...
- Co za apkę? Chłopaki mówcie tak, żebym zrozumiał – lekko wkurzył się Michał.
No taką aplikację na Androida, co to sobie możesz telefonem programy zmieniać. Potem zamykasz aplikację i możesz do woli gadać z tym nieznajomym, znajomym o technice wędzenia serów owczych.
- No proszę znowu drugi. A ja miałem taki doby humor zaraz po obudzeniu jak dawno już nie miałem.
- Ja też miałem wczoraj rano dobry humor po obudzeniu, ale z całkiem innego powodu. Moja żona...
- Wiemy, wiemy ogłosiła dzień dobroci dla zwierząt.
- Wy zawsze to samo. Zazdrościcie że udało mi się ja przekonać.
- Jak to się czasy zmieniły. Kiedyś się uwodziło, teraz tylko przekonuje.
- Własną żonę mam uwodzić?
- Lubią, lubią a wiesz co ja lubię?
- Jestem gotów zgadywać i mam nadzieję trafić za pierwszym razem powiedział Andrzej - Ty zaś Antoni kierunek masz dobry z tym wymyślaniem. Tylko może nie żryj oscypka przed snem.
To co, miałem wino smartfonem przegryźć?
Dla mnie takie sny to jednak chyba początek jakiejś jednostki chorobowej. Doktor od głowy się ucieszy – zauważył Zbyszek
- Chyba od duszy jeżeli już – poprawił Michał
- Do księdza pójdziesz z tym, że we śnie gadasz przez pilota do tv?
- Kolega raczej myślał o psychiatrze – włączył się Andrzej
- Każdy z nas na swój sposób powinien się z nim skonsultować – zauważyłem pospiesznie.
- A może by takiego psychiatrę zaprosić na kolejne wspólne piwo? Pamiętacie Krzyśka Grabowskiego z humanistycznej klasy? On poszedł na medycynę i zrobił specjalizację z psychiatrii
- Tylko czy on piwo pije? - zatroskał się Zbyszek
- Kto piwa nie pije, komu nie smakuje to albo waryjat albo zwariuje – zanucił Andrzej - Wychodzi więc na to, że na pewno pije.
- To ludowa przyśpiewka, a lud to kto? - spytał tajemniczo Zbyszek, ale wszyscy już wiedzieli i odpowiedzieli zgodnym chórem.
- To naród, a naród to suweren.Suweren zaś się nie myli.





czwartek, 17 listopada 2016

Cytując siebie

Umarł król, niech żyje król – to średniowieczne słowa marszałka dworu francuskiego wygłaszane  były po śmierci monarchy, od razu wskazywały też jego następcę.
Żyjemy jednak w czasach kiedy królowe co i owszem umierają, trudno jednak i coraz trudniej wskazać ich godnego następcę
- Nic już nie będzie takie samo jak wczoraj – powtarzamy w atmosferze wielkiej smuty.
Ja przynajmniej tak robię, wymieniając zmarłych ostatnio pisarzy, poetów, pieśniarzy i w końcu ludzi wielkiego serca, wielkiego umysłu lub ogromnej dobroci.
Nie zrobię tu listy by broń boże nie pominąć kogoś z tych co już na zawsze odeszli.
Leonard Cohen jako jeden z ostatnich dołączył do tej listy. Nie chcę tu rwać szat i lać łez, przypomnę tylko post jaki zamieściłem na blogu 1 października 2008 roku czyli na samym początku mojej blogowej przygody. Jakoś tak wpadł mi w oczy właśnie dzisiaj.

O Leonardzie Cohenie - 1.10.2008
 Leonard Cohen koncertuje w Polsce. Dla mnie rewelacja. Jak już wspomniałem w poscie na temat wina, jego piosenki bardzo ściśle związały się z moim okresem dojrzewania.
Zaczynałem kochać i być kochanym. Wsłuchiwałem się setki razy w jego zachrypnięty, przepojony emocjami i alkoholem głos i uczyłem się na pamięć tłumaczeń Macieja Zembatego. Ba, zrobiłem nawet własne tłumaczenia utworu „Blue raincoat” oczywiście z dopiskiem: Gdziekolwiek jesteś Leonardzie Cohenie, wybacz mi.
Towarzyszył mi Leonard w chwilach radości, smutku, czasem nawet seksu.
Można by na koncert ale cena biletów nie jest jednak przyjazna nawet dla półwiecznych jego fanów. Gdybym chciał zabrać ze sobą moje Kochanie, przetransportować samochodem w te i nazad na jakieś 600 km i zająć miejsce z którego coś widać, to z trudem zmieścił bym się w kwocie 1000 PLN.
Wolę więc wmawiać sobie, że Suzane czy Hallelujach w kilkutysięcznej sali koncertowej trąci z lekka profanacją. Sam autor mówił zresztą w którymś z wywiadów, że ta trasa to dla kasy. Wolę więc wypolerować pomnikowe brązy wspomnień, bowiem pomnikowych idoli coraz mniej. Okudżawa śpiewał, że : nad naszym zwycięstwem niejednym górują cokoły na których nie stoi już nikt.
Poniżej wiersz który napisałem w okresie największej fascynacji Cohenem, tak w 1979 roku.

Z bezsensów w sensie zbudowany
Z tego co strzępem jest uczucia
Duszę dalekie i te bliskie
Usta poufnie wielkich ludzi.
Dźwięk wibrujący błoną ucha
Receptor w mózgu mi nawala
Uderzam w pustą strunę G
Radość młodości znów się spala.
Gdzieś szumią jodły moniuszkowskie
Cohen pijacko nuci z wola
Tylko tak cicho, po złodziejsku
Rwie się ma dusza niespokojna


Tego koncertu sprzed ośmiu lat niestety już nie nadrobię.Żal

poniedziałek, 14 listopada 2016

W ryja dać

Ileż to razy kończąc tekst, zastanawiam się nad jego tytułem. Najczęściej ten roboczy nie wytrzymuje próby, bo pisząc bez wcześniejszego planu, dochodzę do wniosków które zaskakują i mnie samego.
Taki tytuł, żeby zachęcił. Bez marketingowej jednak nachalności w której brylują redakcje pism brukowych. Z drugiej strony by nie było zbyt poważnie, ponieważ ja sam po całym tygodniu poważnych problemów, nie mam ochoty na weekendowe marszczenie zwojów.
Poza tym jak mówią, powaga zabija powoli.
Jak ważny jest tytuł świadczyć może to, że mój najpopularniejszy tekst na Blogspocie nosi tytuł – "Dwa słowa o wymiarach" czym sugeruje temat a jednocześnie czytający nie trafia na tak zwaną zmyłkę, a więc jest już 24.000 czytelników. Dla porównania kolejny "Co nas kręci, co nas podnieca" to prawie 7.000 czytających. "Góry" są dopiero na trzecim miejscu z wynikiem o połowę niższym niż tekst  o podniecaniu.
Celowo nie podaję wyników pierwszego, Onetowskiego  bloga, ponieważ niegdysiejsza polityka publikowania tekstów blogerów z tytułem redakcji,  powodowało masowe wizyty ludzi zachęconych owym tytułem który nierzadko był sprzeczny z intencją piszącego.
Teraz już nie ma tego problemu bo Onet z dnia na dzień porzucił współpracę z blogerami. No chyba, że idzie o przygotowanie ciasta na specjalną okazję.
Wracając zaś do głównego nurtu.
Zbłądził pod moją blogową strzechę człowiek zatroskany o sprawy ważne, może i najważniejsze czyli tradycję.
Patriota jednym słowem, ponieważ  z dziewięciuset pięćdziesięciu tekstów wybrał sobie właśnie  ten związany z tradycją i nie omieszkał najpierw ostro potraktować moich gości (tekst niestety był o męskich rajstopach, czyli o końcu jakiejś tradycji w ubiorze).
~ Ale w spodniach sobie chodzisz, co? I jak ktoś ci powie, że to mało kobiece to się drzesz z pianą na gębie. Więc się od męskich rajstop odwal.
Zaraz też  postraszył piszącego, że może dostać w ryj
~Jak raz jeszcze napiszesz to swoje jebane "pozdrawiam" to ci pier... no.
Zgodnie ze swoim zwyczajem, pominąłem te wypowiedzi wyniosłym milczeniem.
Teraz też nie przytaczam ani tekstu źródłowego ani nicka autora powyższych komentarzy. Po co robić mu reklamę ?
"To ja, Narcyz się nazywam. Przepraszam i dziękuję - ja tych słów nie używam
Jestem piękny i uroczy - popatrzycie w moje oczy  Jestem przecież najpiękniejszy, a na pewno najskromniejszy"
Już jakiś czas temu "Łzy" śpiewały taką piosenkę ( Narcyz) i odnoszę wrażenie, że do dzisiaj niewiele się zmieniło. 
Przekrojowy Jan Kamyczek którego kiedyś czytało się w Przekroju, a do tego co może ważniejsze stosowało jest dzisiaj niemedialny.
Od kogo więc młodzież ma się uczyć patriotyzmu? 
Tak tak patriotyzmu bo uważam, że dobre wychowanie jest jego ważnym elementem.
Taki pozytywistyczny duch we mnie tkwi, że patriotą na te czasy jest dla mnie ten co chce dla swojego kraju godnie żyć a nie głupio umrzeć. Bo w ryj potrafi dać byle kto.
Jeżeli zaś ostatnią rzeczą którą zobaczę po tym zdarzeniu będzie symbol Polski Walczącej to od tego wcale mi patriotyzmu nie przybędzie.


niedziela, 16 października 2016

Błękitne jak ....








 Naciągnąłem polarowy koc aż po sam nos. Wyprostowane nogi położyłem na drugim fotelu i w takiej pozycji ucieszyłem się na widok planszy „Teatr telewizji” która właśnie teraz pojawiła mi się przed oczami.
Tam gdzieś Mistrz Gajos wznosi się na wyżyny swojego aktorstwa, a ja chłonę sztukę przez duże S wyłożony wygodnie z fotelu w mało formalnym stroju.
Nieraz też zastanawiałem się nad tym czy to wypada, kontakt ze sztuką w wyciągniętym podkoszulku ?
Wypada. Chyba wypada. W końcu na niedzielną sumę też idę w jeansach.
Pamiętam jak przed laty kiedy to poszedłem w dyrektory, musiałem ganiać w garniturze z krawatem. Codziennie krawat jak nie przymierzając przedstawiciel handlowy.
Szukałem jednak byle pretekstu by ten garnitur porzucić na rzecz mniej formalnego zestawu.
Wtedy to przyszło mi udać się na imieniny zaprzyjaźnionego znajomego.
Wpadłem do niego zaraz po pracy, tłumacząc się następującymi słowami
- Bardzo przepraszam, że jestem w ubraniu roboczym, ale nie zdążyłem się przebrać.
Człowiek pracował w branży usług motoryzacyjnych, dlatego mało miał okazji do przewietrzenia garnituru.
Spojrzałem po tym wyznaniu na twarze siedzących przy stole, ich mina bezcenna. Chamstwo? Nie, to tylko drobna złośliwość za te, które spotykały mnie w tamtym towarzystwie. Wtedy jeszcze dyskutowałem na tematy polityczne, teraz omijam je szerokim łukiem.
Wracając zaś do teatru.
Okazało się, że moje poglądy na teatr TV zgodne są z poglądami niezapomnianego Sidorowicza z Rejsu czyli Jana Himilsbacha.
Himilsbach z lubością opowiadał o sobie anegdoty utrwalające jego wizerunek proletariackiego gorszyciela salonów. Lubił rżnąć głupka i chamidło:
„- Dlaczego przedkłada pan teatr telewizyjny nad instytucjonalny?
- No więc, jeśli mam być szczery, to przed telewizorem mogę siedzieć w slipach.
Ileż to razy w podobnym anturażu oglądałem mistrza Holoubka?
Czasem to mi nawet trochę wstyd z tego powodu.
Właśnie skończyłem czytać książę Zygmunta Kałużyńskiego „Niebieskie ptaki PRL-u” i to stąd te mądrości.
Hłasko, Tyrmand,Cybulski,Stachura, Skrzynecki oraz Maklakiewicz jako komplet ze wspomnianym już Himilsbachem.
Kiedy wybrzmiał już we mnie wewnętrzny śmiech z opisywanych historii przyszła zaduma.
Pamięć łaskawa jest i zaciera nieprzyjemne wspomnienia. Nie dający wpisać się w jakiekolwiek normy, posągowi obecnie przedstawiciele polskiej kultury zachowywali się w tamtych czasach w sposób kontrowersyjny, żeby nie powiedzieć chamski.
Prawdą jest, że ukierunkowany talent zabiera coś innego. Czasem jest to tylko brak umiarkowania w piciu, czasem coś innego.
Ileż to razy słyszałem - On pije bo jest wrażliwy.
Ja też jestem kuźwa wrażliwy a nie nadużywam nie tylko dlatego, że nie jestem sławny.
Drugi wniosek z ostatniej lektury to to, że za każdym barwnym ptakiem stała jakaś kobieta, która poświęciła swoje życie czuwania by nasz bohater na odpłynął całkiem na manowce bez względu jakie one cudne by były.
Miłość potrafi zmusić kobietę do całkiem nieludzkich poświęceń. Dobrze się dzieje, że obecne biografie nakładają na postać jakby mniej brązu. Autorzy pokazują te kobiety, które nasz bohater niszczył z zapałem godnym lepszej sprawy.
Ktoś może powie, że jestem małostkowy i że dla dobra sztuki warto by ktoś cierpiał, bo prawdziwa sztuka rodzi się w bólach.
Nie jestem tego taki pewien.
Właśnie skończyłem spawać taki kosz albo lepiej stojak na drewno do kominka.
W trakcie zmiany elektrod przypomniał mi się jeszcze jeden cytat z książki
Pytano kiedyś Himilsbacha
- A czy wyżej pan stawia swoją twórczość literacką, czy kamieniarską?
– Kamieniarską
- Czy mógłby pan wytłumaczyć naszym czytelnikom – dlaczego?
- Myślę, że dlatego, że moim dziełem granitowym nikt sobie dupy nie podetrze...”
Spojrzałem na swoją stalową konstrukcję, miał pan Jan rację.
Z drugiej jednak strony, moim pisarskim dorobkiem blogowym też trudno sobie dupę podetrzeć ze względu na wszechobecną elektronizację mediów.
 



środa, 12 października 2016

Mój Wajda

Poniedziałkowa informacja o śmierci Andrzeja Wajdy wstrząsnęła mną głęboko. Niby wszyscy wiedzieli, że Wajda ma 90 lat i taki scenariusz mógł być możliwy w każdej chwili, to jednak większość zwróciła się z pytaniem do Absolutu – dlaczego właśnie teraz?
Nikt nam nie odpowiedział jednak na to pytanie i w takim niedoinformowaniu przyjdzie nam żyć.
A do kin trafiają właśnie „Powidoki” więc na usta cisną się pytania, na które będziemy musieli odpowiedzieć sobie sami.
Przyznam, że poniedziałkowy wieczór spędziłem na wysłuchaniu wspomnień znanych aktorów i przedstawicieli środowiska tak zwanej, szeroko rozumianej kultury.
Zaraz też zaczęła się cichutka jednak dyskusja - kto szuka wspomnień a kto milczy?
To zadziwiające milczenie i ja zauważyłem.
Wściekam się na to, że ta parszywa polityka wlazła i tutaj ze swoimi zabłoconymi buciorami.
Ceremonia pogrzebowa zapowiada się według życzenia rodziny jako wyłącznie rodzinna uroczystość, ale czy i my nie jesteśmy sierotami po Andrzeju Wajdzie?
Tymże późnym poniedziałkowym wieczorem i ja przypomniałem sobie swoje spotkanie z Reżyserem. Był rok 1980 być może jednak troszkę wcześniej lub później.
Na wskutek pewnej nonszalancji w obchodzeniu się z moją ukochaną Prakticą L2 zepsułem naciąg migawki. Rączka niby ją naciągała a jednak nie wracała automatycznie do poprzedniego położenia. Aparat zaniosłem do serwisu który znajdował się na Małym Rynku tuż obok sklepu fotograficznego w którym to godzinami przesiadywałem, chłonąc przez szybę wystawioną tam NRD-owską lustrzankę 6 x 6.
Wyniosłem po naprawie mój ukochany aparat, założywszy najpierw radziecki czarno-biały film i od razu wypróbowałem naciąg. Działał bez zarzutu chociaż na rączce zauważyłem ryskę, co świadczyło o równej mojej nonszalancji serwisu aparatów fotograficznych. Takie to były czasy.
Kiedy dotarłem do Rynku, zauważyłem dziwne zamieszanie. Najpierw wokół pomnika Mickiewicza demonstrowała grupa ludzi z hasłami w stylu: pracy, chleba i wolności. Zaraz pojawili się żołnierze, tylko z bronią z jakby innej epoki.
Po chwili dotarło do mnie, kręcą film.
Przyłożyłem aparat do oka, błogosławiąc pomysł by to właśnie dziś wybrać się do serwisu.
Szczęście mi sprzyjało, bo oto w obiektywie znalazł się też sam Mistrz.
Pstryknąłem parę fotek, dowiadując się nieco później, że kręcono serial telewizyjny – Z biegiem lat z biegiem dni.
Mój ukochany serial który oglądałem już chyba ze czterdzieści razy.
Jak wielką rolę odegrał w moim późniejszym życiu świadczy choćby tytuł mojego bloga – Suma lat z biegu dni, który jest pewną wariacją serialowego tytułu.

Poniżej kilka zdjęć zrobionych na w tamtych okolicznościach
Jakość jak widać taka sobie, wspomnienia bezcenne.







poniedziałek, 19 września 2016

A miało być tak pięknie

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze.
To bardzo znane polskie powiedzenie, które teraz zyskało międzynarodowe znaczenie, określa sytuację w której następuje rozdźwięk między wspaniałym pomysłem a jego realizacją lub przyjęciem tej realizacji przez innych.
Czytam oto, że z początkiem tego roku władze Nowego Jorku postawiły kioski, które miały zastąpić tradycyjne budki telefoniczne. Ich możliwości były jednak zdecydowanie większe niż tradycyjnej budki. Mieszkańcy mogli tu naładować swojego smartfona, połączyć się z hot-spotem Wi-Fi, lub nawet skorzystać z darmowego internetu.
Wspaniałe! Nieprawda?
Prawda, bo to nie jedna lub dwie eksperymentalne budki, ale aż 400 takich kiosków. Potęga.
Ledwo minęło jednak pół roku a władze Nowego Jorku zdecydowały się zablokować dostęp do internetu w tym publicznie dostępnych kioskach.
Okazało się, że niektórzy użytkownicy zmonopolizowali tablety Link ( taka nazwa tego cuda) i korzystali z nich w niewłaściwy sposób, co pozbawiło innych dostępu do urządzeń i wpuściło we frustracje.
Z relacji mieszkańców można wyrobić sobie taki oto obraz sytuacji
Niektóre osoby na wiele godzin blokowały innym dostęp do urządzeń. W tym czasie oglądały seriale na Netfliksie i surfowały po po stronach pornograficznych. Kioski stały się popularne przede wszystkim wśród bezdomnych mieszkańców Nowego Jorku, którzy zaczęli traktować je jak swoją własność.
Będąc daleki od rasistowskich uprzedzeń wobec osób w trudnej sytuacji materialnej pomyślałem, że to być może tylko złe ludzki języki tych co to nie załapali się do oglądania.
Jednak ich relacje są bardzo obrazowe
„Jedna z takich osób przychodziła pod kiosk z własnym krzesłem i codziennie spędzała tu wiele godzin” - żali się mieszkaniec pobliskiego osiedla,
Jeden z jego sąsiadów przyłapał innego mężczyznę, który masturbował się podczas oglądania filmu na ekranie urządzenia.
No to już przesada, marszczenie Freda za pieniądze podatników to gruba przesada. Nawet gdy instrument takiego osobnika nie należy do przesadnie potężnych.
Sam jestem zwolennikiem teorii, że jeżeli już trzepiemy, to czyńmy to na własny rachunek.
W związku z powyższymi incydentami, burmistrz Nowego Jorku poinformował, że kioski te zostaną pozbawione dostępu do internetu. Jednocześnie zaznaczył, że pozostałe funkcje, takie jak ładowanie smartfonów, hotspot Wi-Fi czy darmowe połączenia ze służbami miejskimi, wciąż będą dostępne dla mieszkańców.
Mając na uwadze dotychczasowe osiągnięcia mieszkańców i ich pomysłowość, tylko czekać gdy któreś z nich zwlecze w okolice budki wibrator, bądź sztuczną waginę dopasowaną do złącza USB które jest odpowiedzialne właśnie za ładowanie smartfonów. Wiem, wiem że smartfony ładowane są za pomocą złącza micro USB, ale od czego jest przejściówka?
Zaprawdę powiadam wam, że nie jest możliwe ochronić kogoś przed śmiesznością jeżeli jemu samemu na tym nie zależy. Wtedy kiedy zależy mu wyłącznie na oszczędności.
Zaraz po napisaniu tego posta inspirowanego tekstem w gazecie.pl, pomyślałem chwilę.
No przecież nie ma czegoś takiego jak wibrator na USB
Wpisałem hasło do wyszukiwarki i zwątpiłem. Od wyboru do koloru
 Przykład? Proszę bardzo jest USB a nawet nastrojowe LED


A więc wynika z tego, że wszystko już było
Wszystko już było - rzekł Ben Akiba, a gdy nie było - śniło się chyba ( Kabarecik Olgi Lipińskiej)
Kiedy tak rozejrzymy wokół zobaczymy wiele przykładów wykorzystywania dobra wspólnego do swoich niecnych celów. Ja już nie mówię o bzykaniu w parku, ale o zwykłym sraniu w przestrzeni publicznej. Upychaniu śmieci byle gdzie i tak dalej i tak dalej. Pomysłowość ludzka nie ma zresztą granic.
Na automatycznej myjni z której korzystam zainstalowano dla wygody korzystających, automat rozmieniający banknoty. Rozmieniasz dychę na drobne i już możesz te drobne wrzucić w otwór maszyny. I myć, płukać woskować do woli, czyli do minięcia określonego czasu.
Wszystko by było dobrze gdyby nie . okolicznych firm i włościanie z pobliskiego targu. Powodują oni, że w parę chwil automat rozmienia się na śmierć. Nigdy nie ma w nim wielkich kwot, bo nie chodzi w nim o zarabianie a ułatwianie korzystającym z myjni.
- Wymienia pan od dłuższego czasu pięćdziesiątki – zwróciłem uwagę facetowi który wpychał w wąski otwór rozmieniarki dziesiątą już chyba pięćdziesiątkę - A inni ?
- Inni? - pomyślał chwilę - A ja pier..lę innych
- Tak publicznie?
- Publicznie
Nie wiedziałem wtedy jeszcze jak bliski Nowego Jorku był ten posiadacz samochodu osobowego eleganckiej marki.
Ponoć w niektórych bankach za taką wymianę nominałów pobierane są jakieś drobne pieniądze.
Drobne jak widać oszczędzane konsekwentnie, skutkują zakupem choćby samochodu eleganckiej marki
No i kto znajduje się po właściwej stronie przyciemnianej szyby ?




czwartek, 15 września 2016

Po wyroku, po drinku, po latach

Temperatura rozleniwia. Nadal jak w Afryce choć to już połowa września.
Nie do końca jednak jest tak bosko, bo po zmroku atakują komary a i wieczorny nadciągający nie wiadomo skąd chłód zmusza do działania czyli ucieczki do domu.
Dwie jabłonie są już po wyroku i nie doczekają nowego roku. Cóż z tego, że owocują skoro nie dojrzałe owoce spadają na trawnik stając się pożywką dla os, mrówek i wszelkiej maści grzybów.
Drzewa i tak od kilku lat korzystały z tak zwanego drugiego życia, czyli nowych odrostów na starym pniu.
Posadzę jakąś inną wczesną odmianę jabłoni, a może i dwie.
Do egzekucji bardzo powoli dojrzewam, bo to jeszcze i nie pora. Póki liście na drzewach, a sok krąży w gałęziach mam czas na rozmyślania. Z powodu tych rozmyślań już kilka razy chciałem je ułaskawić, ale zaraz przypominają mi się te taczki pełne zgniłych owoców nad którymi całymi eskadrami latają muchy owocówki. Na dodatek nie bardzo wiadomo co z tymi owocami zrobić.
Fachowcy zdecydowanie odradzają kompost.
Oglądam ślady po ukłuciach komarów. Swędzą tam, że nie muszę oglądać rąk i nóg by bezbłędnie wskazać feralne miejsca.
Jakimś dziwnym trafem komary pojawiły się dopiero w połowie sierpnia, traktując nas dotychczas bardzo łagodnie.
Jak wieść gminna niesie, spokój od komarów spowodowany był tym, że od zeszłego roku w związku ze Światowymi Dniami Młodzieży intensywnie opylano tereny wokół Brzegów.
W każdej plotce jest przynajmniej ziarno prawdy. W zeszłym roku też komary nie były takie upierdliwe. Wychodzi na to, że w związku ze ŚDM odniosłem kolejną po obwodnicy korzyść.
Codziennie jeżdżę tamtą drogą, mijając rondo ŚDM. Zaraz za nim znajduję się mały parking i zarazem lądowisko helikopterów. Co rusz zatrzymuje się tam autokar z którego wychodzą turyści spragnieni atmosfery tamtych dni.
Nie przypuszczałem, że jest to co zwiedzać. Wychodzi na to, że się myliłem.
Przedwczoraj po raz kolejny oglądałem „Czwartą siostrę” w Teatrze TV.
Błogosławię przepastne archiwa TV Kultura. Czasem jeszcze znajdę tam coś dla siebie.
Teraz uświadomiłem sobie zmianę stosunku. Stosunku do mediów oczywiście.
Jakiś czas temu pisałem na tych łamach, że na Kulturze często znajduję coś dla siebie.
Teraz powiedziałbym, że pomimo wszystko, czasem znajdę tam coś dla siebie.
No cóż, jakby to powiedział Albert Einstein – wszystko jest względne. Dlaczego kultura też?
Wracając do sztuki. Jeden z bohaterów (Janusz Gajos) odmawia spożycia wódki. Namawiająca go do tego kobieta (Stanisława Celińska) pyta:
- A co ona ci zrobiła,ta wódka, że jej nie chcesz?
No właśnie, co ona i mnie zrobiła, że szukam okazji by się z tej konsumpcji wymiksować ?
Chyba romans w winem tak na mnie działa.
Nie powinienem używać słowa romans, ponieważ stawia mnie to w dziwnym świetle.
To wódka jest rodzaju żeńskiego, a wino choćby jak się starać jest niestety rodzaju nijakiego.
Bohaterowie filmu „Mój rower” ( z Michałem Urbaniakiem w jednej z głównych ról) piją wódkę, a raczej bimber. Wnuk jednego z nich widząc radość na twarzach imprezowiczów pyta:
- A dobre to chociaż jest ?
Odpowiedź zwala z nóg.
- Słuchaj, każda wódka jest bardzo dobra z wyjątkiem denaturatu który jest tylko dobry.
Dobrze, że przeciwnicy mojego spożywania wina nie widzieli tego filmu, nie miałbym argumentów.
Póki co, za sąsiedzką pomoc przy wylewaniu płytki betonowej moja żona otrzymała butelkę burbona. Nie to nie jest pomyłka. To ja szalowałem i mieszałem a flaszkę otrzymała Ona.
- To przez twoje zasady – powiedziała żona.
- Przez jakie zasady? Przecież ja też pijam whisky ze Schweppesem, a bourbona z colą. Wiesz co to oznacza? - odgryzłem się natychmiast – konieczność zakupu Coli, dorobienia lodu i zaproszenia sąsiadów.
Będziemy cieszyć się końcem lata i końcem tygodnia. Być może przy tej okazji niektórzy z nas nagną swoje zasady.
Jak to mówił mój dziadek – dla dobrej zabawy cygan dał się powiesić.
Dlaczego akurat cygan? Nie wiem.
Póki co, roboty ci u mnie dostatek, ale to chyba wszyscy tak mają.
Tylko na dzisiaj wpadło mi kończenie płytki u sąsiada i wizyta w składzie drewna w celu zamówienia polan do kominka. Nie wspominam już o samym kominku w którym wymieniam okładziny z płyt szamotowych. Po dwóch tygodniach czekania, właśnie dzisiaj nadeszła przesyłka.
Jak z tym wszystkim zdążyć Dobry Panie Boże?
Nie chcę podejrzewać Dobrego Pana Boga, że poświęca przesadnie dużo czasu moim problemom, są bowiem miejsca na tym świecie z których ani na moment nie powinien spuszczać wzroku.
Ale... Ale spotkało mnie coś co można spotkać w opowiadaniach o dobrych radach rabina.
Pamiętacie tę historie w której biedny żyd żalił się rabinowi na to, że ma małe mieszkanie?
On zaproponował mu dokwaterowanie teścia, teściowej a na sam koniec kozy.
Kiedy po miesiącu, za radą rabina pozbył się teściów i kozy wydawało mu się, że mieszka w wielkim i przestronnym pałacu.
Dlaczego wspominam rabina? W sam środek mojego planu pracy zapowiedzieli się goście.
Goście dalsi i goście codzienni. Obiad przesunięty w czasie. Potem towarzyskie bla, bla, a tam płytka stygnie, a w tartaku drzazgi lecą. Leca tylko nie z mojego drewna.
I jeszcze dwa słowa o alkoholu.
Nie, nie, dzisiejsi goście są bezalkoholowi. Zresztą kto dzisiaj pija w środku tygodnia?
Otóż doczytałem się w magazynie „Zdrowie”, że co czwarty Polak w wielu od 18 do 45 lat uprawiał z kimś seks, z kim nigdy by nie poszedł do łóżka, gdyby nie wpływ alkoholu.
Czy mnie to wystraszyło?
W żadnym wypadku. Po pierwsze, statystyka ogranicza się do osób poniżej 45 roku życia.
Później człowiek jest chyba wdzięczny życiu za każdą intymną okazję.
Mówię tu o sytuacjach innych niż regularne małżeńskie bzykanko, bo to już nie okazja, to rutyna.
Wdzięczność z powodu niespodziewanych ( a może wypracowanych) okazji mija gdy kiedyś tam z filozoficznym spojrzeniem znad szklanki piwa wydusimy z siebie złotą myśl :
Ten cały seks jest mocno przereklamowany
Powoli kończy się czas koszenia traw, wraz z nim kończy się mój apetyt na piwo.
Chwalić Pana, żadna „złota myśl” jeszcze w tym roku nie wpadła mi do głowy