czwartek, 16 lutego 2017

Ten przeklęty rozmiar

Kilka dni temu oglądałem w telewizji fragment pokazu mody. Kolekcja była zaprojektowana przez dziewczynę z zespołem Downa. Projektantka ta była już modelką a teraz spełnia się w innej roli.
To piękne że choroba nigdy nie powstrzymywała jej przed spełnianiem marzeń o byciu modelką.
Ileż smutnych historii można by opowiedzieć z naszego krajowego podwórka.
Brawo!
Dla wielu osób modelka stała się symbolem walki o równouprawnienie osób z zespołem Downa.
Można jej i z pewnością jej rodzicom pozazdrościć determinacji i konsekwencji.
Zdrowym nie rzadko się po prostu nie chce, a chorzy mają zdecydowanie trudniej.
Przy okazji można zauważyć zmianę podejścia do dominujących na wybiegach standardów.
Czarnoskóra modelka z bielactwem zdobywa światowe wybiegi i bierze udział w wielu kampaniach
Modelki bez nóg czy rąk nie szokują już nikogo.
Modelki XXL szturmują pokazy i portale społecznościowe i to też jest w porządku.
Do tej pory liczył się tylko rozmiar zero a modelkę sprowadzano do roli wieszaka na ekstrawagancką kreację.
Świat się otworzył na inność świat się otworzył na różnorodność.
Trochę to nawet dziwne w ogólnym trendzie zamykania się na inności takie jak wyznanie czy kolor skóry .
Ejże, ejże czy z ta otwartością w modzie to jednak prawda?
Czy nie jest tak, że prawie wszystko już było? Że świat znudził się sobą i aby zaistnieć choćby na chwilę potrzebny jest event czyli szokujące wydarzenie?
Tylko wtedy z morza newsów wyłowi się ten jeden, ten o nas. Zgodnie bowiem ze starą zasadą show-biznesu nie ważne jak o nas mówią byle tylko mówili ?
Te inne modelki są zaś tylko narzędziem w realizacji tej zasady.
Kocham ludzi, ale tutaj zauważam ich nieco ciemniejszą stronę. W końcu nie kocha się za coś a pomimo czegoś.
Nie tak dawno w warszawskim kościele św. Augustyna odbył się pokaz mody projektanta Macieja Zienia. Pamiętacie spowodowane tym zamieszanie?
Co prawda nikt tam nie chodził z gołym biustem, ani nie tańczył na ołtarzu ale czy dobór odtwarzanej muzyki z filmów „Dziecko Rosemary“ i „Tajemnice Brokeback Mountain“ nie był z założenia prowokujący?
Kościół a wcześniej hangar, cyrk, lodowisko a nawet banalne przedwojenne podwórko. Co jeszcze i gdzie jeszcze?
Być może wychodzi ze mnie prowincjusz, ale mam już swoje lata i nie zamierzam się wstydzić z tego powodu. Mam natomiast gotową odpowiedź w temacie normalności.
Kiedy nastąpi normalność i otwarcie się na człowieka w pokazach mody?
Wtedy kiedy jako normę zobaczę modelki w rozmiarach 42-44, czyli w rozmiarze naszych matek, żon i kochanek.
Wystarczy rozejrzeć się na boki, żeby zobaczyć co w tym kraju jest normą. Przy całym szacunku dla inności i nieograniczonym prawie do występów na wybiegu wspomnianych na wstępie modelek.


wtorek, 14 lutego 2017

Gdzie zaczyna się prawdziwy seks? Albo miłość?. A może jedno i drugie.

To nie jest Familiada, ale czy pamiętacie taki stary dowcip?
Kobieta czyta gazetę i w pewnej chwili mówi do męża - Tutaj piszą, że prawdziwy seks zaczyna się w głowie?
- No widzisz Zosiu – odpowiada facet –  A gdy ja mówię zacznij od fellatio, to ty zaraz, fellatio nie, fellatio nie.  
Na potrzeby kulturalnego felietonu użyłem delikatnej formy. W rzeczywistości facet był gburem i swe frustracje wobec żony wyłożył w nieco mniej dyplomatycznej formie.
Kocha? Nie kocha?. Kocha, ale jakby inaczej niż wczoraj.
Magia miłości ? Niektórzy nazywają to alchemią bądź tylko zwykłą chemią i chyba ci ostatni mają tutaj rację.
Doczytałem właśnie w artykule „Seks zaczyna się w głowie” zaimportowanym przez jeden z naszych portali z The Telegraph, że:
„Hormon o sugestywnej nazwie kisspeptyna (zwany również metastyną), którego głównym zadaniem jest wzbudzenie chęci reprodukcji, wywołuje w nas romantyczne uczucia i podniecenie oraz sprawia, że czujemy się sexy. Badacze uważają, że peptyd ten odpowiada też za nienasycony apetyt seksualny u młodych ludzi.
Naukowcy z londyńskiego Imperial College odkryli niedawno, że kisspeptyna podana w formie zastrzyku aktywuje w mózgu substancje chemiczne, które pojawiają się, gdy odczuwamy romantyczne uniesienia i podniecenie seksualne...
… Kisspeptyna w tabletkach mogłaby sprawdzić się w terapii par, które chciałyby ożywić słabnące pożądanie w związku.”
Viagra dla umysłu ? Czemu nie.
Jak to na zachodzie bywa, wszystko podparto badaniami na tak zwanej reprezentatywnej grupie ochotników.
„W londyńskim badaniu uczestniczyło 29 zdrowych heteroseksualnych młodych mężczyzn, którym podano zastrzyki hormonalne i pokazano zdjęcia par w sytuacjach erotycznych lub romantycznych oraz zdjęcia kontrolne, na których nie było ludzi.”
Wyobrażam sobie, że zdjęcia Pameli Anderson, Lissy Ann i Sashy Grey a akcji poprzetykano zdjęciami: miśków Koala, pasztetowej z kurczaka i cząsteczek wody pod mikroskopem.
„Badanie z użyciem rezonansu magnetycznego wykazało zwiększoną aktywność obszarów mózgu odpowiedzialnych za pobudzenie seksualne i romantyczne uniesienia. Efektu nie zaobserwowano jednak, gdy ochotnicy oglądali zdjęcia pozbawione treści romantyczno-erotycznych...
… - Na razie przeprowadziliśmy tylko eksperyment z udziałem zdrowych młodych mężczyzn, niemających żadnych zaburzeń seksualnych, dlatego musimy przekonać się czy te same wyniki osiągniemy w grupie z zaburzeniami.. ”
Rozumiem więc, że w badaniu powyższym nie wziął udziału starszy szeregowy Maciejak, któremu, i pasztetowa i misie Koala i biała flaga kojarzą się zawsze z seksem. Sam zaś rezonans magnetyczny, od chwili założenia czujników wychylał się poza normę by osiągnąć wartość maksymalną i spalić się doszczętnie. W końcu kto jak kto, ale Polak potrafi.
Badacze póki co cieszą się i już planują powtórzyć badanie, tym razem z udziałem większej grupy ochotników, w tym kobiet.
No właśnie jakoś tak umknęło mi, że badano samych facetów. Być może dlatego, że w przypadku jakiejś awarii, efekt finalny można u nich zaobserwować nawet bez kosztownego rezonansu. ,
Pomijając sprawę opiewanego przez tysiąclecia uczucia można stwierdzić, że to sygnał dla fachowców z branży handlowej. Zakochani faceci przed Walentynkami to przecież doskonały target.
Biżuteria, kwiaty, kosmetyki, różowe poduszeczki i inne gadżety ( erotycznych nie wyłączając). Kasa zaś leje się szeroką strugą.
Trzeba tylko opracować nieinwazyjną metodę podawania mężczyznom tego hormonu. W sposób niezauważalny, w małych dawkach, na kilka dni przed Dniem Świętego Walentego.
Panowie! Powoli nic już od nas nie zależy. Rządzi się nami za sprawą paru tabletek w pastelowych barwach.
Co za czasy, co za ludzie, co za tabletki!


zdjęcie z  przepastnych zasobów Internetu

poniedziałek, 6 lutego 2017

Pan Waldek czyli subiektywny przegląd prasy

Tak panie Waldku, Pan się nie boi. Dwie trzecie Sejmu za Panem stoi - śpiewał kiedyś Kazik o  pewnym pośle i najmłodszym kiedyś premierze. Wszyscy chyba wiedzą o kogo chodzi bo iluż mamy polityków o takim imieniu.
Czasy się zmieniają a element strachu w polityce jest istotny o czym informuje ten oto nagłówek  



Pan Rafał  pewnie się nie boi i nie pęka, ja natomiast nie pierwszy raz  zastanawiam się nad niechlujstwem autorów tekstów zamieszczanych w Internecie. Metoda "kopiuj-wklej" jest fajna tylko niesie za sobą niestety wiele niebezpieczeństw.
Jak choćby takie


Pomijając ludzką tragedię, to do tej chwili nie wiedziałem, że mogą być ciężarne w ciąży i nie w ciąży, co pośrednio wynika z tego nagłówka. Jak to jednak zaznaczono wielkimi literami to Nowe fakty.
To już nie tylko ręce i nogi się uginają. Od tego można się normalnie posrać.
By tego nie uczynić wystarczy kupić to ziarno
 


A co w szerszej perspektywie?
Przypomniało mi się powiedzenie Napoleona, że historia to uzgodniony zestaw kłamstw. 
Ponadczasowe prawda?
Każdy dzień potwierdza aktualność tego stwierdzenia. Aż boję się co przyniesie kolejny miesiąc, kwartał, rok. 
Już teraz zaskoczyła mnie ta informacja z telewizji


Cofamy się aż tak daleko?
Z biografii Pattona wynika, że zmarł dokładnie miesiąc później a jeszcze zdążył pobyć wojskowym  gubernatorem Bawarii.
Wiem, czepiam się.
  



wtorek, 31 stycznia 2017

Miłość ograniczona ... przepisami

W sobotnie przedpołudnie słuchałem wywiadu z przedstawicielką ośrodka adopcyjnego, który z jakichś powodów nie znalazł się na nowej liście uprawnionych  do organizowania takich adopcji. W tle cały czas pojawia się sprawa adopcji zagranicznych.  Jedno zdanie tej przedstawicielki utkwiło mi bardzo mocno w pamięci i stało się impulsem do tego tekstu. Zdanie to brzmiało mniej więcej tak. 
Zanim dziecko odczuje potrzebę ojczyzny, najpierw czuje potrzebę rodziny.
To tak oczywista oczywistość, że aż wstyd mówić o  niej głośno. 
Gdy jednak w grę wchodzi wzburzenie?    
Niezbyt często zaczynałem od wzburzenia. Teraz jednak zaznaczam, że jestem mocno wzburzony, analizując informacje które docierają do mnie zewsząd.
Na początek więc garść faktów z pewnego artykułu.
Ministerstwo Elżbiety Rafalskiej planuje docelowo zmniejszyć z trzech do jednego liczbę ośrodków mających prawo do przeprowadzania zagranicznych adopcji polskich dzieci. A sam resort, który uczestniczy w procedurze adopcyjnej, ma w dużo mniej przychylny niż dotąd sposób rozpatrywać tego typu sprawy...
Nie można wprowadzić zupełnego zakazu zagranicznych adopcji, bo jest to sprzeczne z konwencją haską o ochronie dzieci i współpracy w dziedzinie przysposobienia międzynarodowego. Resort zamierza zatem przejąć większą kontrolę nad tym procesem i robić wszystko, by nie wysyłać za granicę polskich obywateli ...
Obecnie, jeżeli dziecko ma być adoptowane poza Polskę, to ubiegająca się o nie zagraniczna para musi otrzymać zgodę w swojej ojczyźnie, następnie przekazać dokumenty do Polski i tu otrzymać zgodę zarówno sądu rodzinnego, jak i Ministerstwa Rodziny. W tym ostatnim punkcie resort ma prezentować dużo bardziej restrykcyjne podejście. Z jednej strony weryfikowane są dokumenty, z drugiej także rodzina jest sprawdzana pod kątem psychologicznym, ekonomicznym, zdrowotnym... *1
Odnoszę wrażenie, że kręcimy się wokół tematu i co jakiś czas odgrzewamy temat zagranicznych adopcji. Na początku lat dziewięćdziesiątych przerabialiśmy to samo i już wtedy trzeba było ruszyć góry by zapewnić opiekę osieroconemu, choremu dziecku.
Nie nie rzucam bezpodstawnych ocen. Sprawy te dotknęły mnie osobiście czego dałem wyraz w poście z Marca 2009 pod tytułem – Adoptowane nie znaczy gorsze.
Pozwolę sobie zamieścić poniżej pełny tekst tamtego posta
              Archiwum - Marzec, 2009 Adoptowane nie znaczy gorsze
Adopcja - Określenie przyprawiające o drżenie jednych, dla innych ostatnia szansa aby doświadczyć tego ojcowskiego lub matczynego poświęcenia, bez którego tak trudno doszukać się sensu w całym długim i skomplikowanym życiu.
Do tej pory zajmowałem się raczej problemami wychowawczymi, szczególnie tym które towarzyszą wychowywaniu nastolatka. Czasem w chwilach zwątpienia, gdzieś pomiędzy jedną a drugą pyskówką, sami poddajemy w wątpliwość nasze predyspozycje rodzicielskie. Nie pamiętamy już tego uczucia rozpierającego nas na wiadomość o tym, że zostaliśmy rodzicami. W gęstwinie problemów ucieka gdzieś obrazek noworodka, przytulonego jeszcze do brzucha matki, który opuścił już jednak na dobre. To uczucie bezcenne, za resztę zapłacisz kartą …
Nie wszystkim jednak dane jest to uskrzydlające uczucie. Dla niektórych pozostają próby, badania, ostatnio tak komentowane In vitro, w końcu adopcja.
Najbliższych mi sercem, naszych francuskich przyjaciół poznaliśmy właśnie w takiej sytuacji. Kiedyś lekarz zapoznał ich z diagnozą która brzmiała jak wyrok. Nigdy w życiu nie będą mogli poznać przywileju naturalnego rodzicielstwa. W ich otoczeniu, każdy kto mógł porzuciwszy egoizm własny posiadał przynajmniej trójkę dzieci, a i oni sami pochodzili z wielodzietnych rodzin. Myśl o adopcji pojawiła się natychmiast i jakby naturalnie. Dzięki poznaniu Brata Jana o którym kiedyś pisałem zaangażowani byli w humanitarną pomoc dla ludzi z Polski. Regularnie wysyłali tu paczki z żywnością i lekarstwami. Któregoś wieczora Brat Jan zaproponował – a może zaadoptujecie dziecko z Polski?. Na odzew nie trzeba było długo czekać. On zaczął kompletować dokumenty świadczącego o jego statusie majątkowym i predyspozycjach moralnych, ona postanowiła uczyć się języka polskiego, aby nie ukrywać przed dzieckiem kraju jego pochodzenia. Kiedy poznaliśmy ich pierwszy raz, ona z nieporadnością deklinacyjną mówiła już jednak po polsku i to nawet o uczuciach i odczuciach. Wybierali się właśnie do X ,miasta gdzie ta adopcja miała się ziścić. W trakcie pierwszego, krótkiego spotkania ustaliliśmy, że oprócz naszego fizycznego podobieństwa (wygląda jak mój starszy brat) mieliśmy również podobne zainteresowania. Z X. wrócili wyprowadzeni z równowagi i mocno wzburzeni. Otóż jednego dnia pokazano im dzieci przeznaczone do adopcji, a następnego kiedy wybierali się z podjętą decyzją, telefonicznie uprzedzono ich o dodatkowych, poza dokumentowych warunkach jakie mieliby spełnić.
Aby być w zgodzie z własnym sumieniem zrezygnowali. On powiedział potem rozżalony : Antoni ja mogę dać tyle albo tyle na poprawę życia tych dzieci, ale finansowanie prywatnych kaprysów kogoś innego jest już nie do pomyślenia. Ja pragnę adoptować dziecko, nie chcę go kupić. To całkowicie wypaczałoby relacje między nami. Wrócili do siebie z nadwerężoną wiarą w ludzi. Szczęściem jakimś niewyobrażalnym trafiliśmy na Panią Krystynę z Y, kobietę o gołębim sercu, która sama adoptowała w przeszłości dwoje dzieci i pomimo mocno dojrzałego już wieku pracowała w pewnym chrześcijańskim centrum adopcyjnym. Ona to pochyliwszy się nad losem naszych Francuzów, a może bardziej jeszcze pewnego bardzo chorego na serce dzieciaka, roznieciła w nas nadzieję adopcji. Mały cierpiący na poważną wadę serca, siniejący przy każdym prostym wysiłku jak płacz czy jedzenie,  był bez szans na krajową rodzinę. Szybko załatwiliśmy dokumenty. Dziecko już wtedy półroczne nie zaznało ani godziny rodzinnej atmosfery. Przerzucane pomiędzy szpitalami, zagwarantowane miało jedynie leki podtrzymujące podstawowe funkcje życiowe i nieznacznie poprawiające komfort tego życia. Podziwiałem podejście moich Francuzów. Nie kalkulowali na zimno opłacalności przedsięwzięcia, nie rozważali ryzyka. Dziecko jest dziecko mówili, tuląc fioletowego Mateusza, bo mu dali na imię. Pokonując przeszkody stawiane im przez przepisy i ustawy przeciwdziałające wynaradawianiu dzieci, ( jak to wtedy mówiono) zostali w końcu szczęśliwymi rodzicami. Wyjechali do swego kraju pełni nadziei i szczęścia jakiego wcześniej trudno było w nich szukać. Na miejscu czekał już na nich kardiochirurg z renomowanej francuskiej kliniki, który podjął się nieprawdopodobnie ciężkiego zabiegu na sercu Mateusza.  W dniu operacji czekaliśmy w napięciu na informacje. Wieczorem zadzwonił Eric jakimś sposobem wydusił z siebie, że Mateusz nie żyje. Wada serca okazała się niemożliwa do usunięcia. Od chwili narodzin skazany był na szybką śmierć. Zmarł zgodnie z przewidywaniami, otoczony jednak miłością nowych rodziców, a nie jako statystyczna sierota z powikłaniami. Dla tego pięknego uczucia choć tak krótkiego, warto było podjąć trud adopcji.
Eric bardzo mocno przeżył śmierć swego już syna.Jego świat jak sufit zwalił mu się na głowę. Zamknął się w sobie, potem w pokoju z którego przez trzy miesiące nie można go było wyciągnąć pod żadnym pretekstem. Jego żona bała się aby w akcie desperacji sam nie zrobił sobie jakiejś krzywdy.
Współuczestnicząc w tej adopcji czuliśmy się współodpowiedzialni za to co się stało. Podzielaliśmy również ból po stracie Mateusza. Martwiła się również Pani Krystyna która powiedziała nam, że pomóc naszym Francuzom to jej moralny obowiązek. Sposobność nadarzyła się po dwóch latach. Byliśmy wtedy u nich i odwiedzając cmentarz gdzie w rodzinnym grobowcu spoczywał Mateusz, powiedzieliśmy - czas na dziecko. Może to bardziej życzenie i próba znalezienia się w skomplikowanej sytuacji niż przekonanie poparte wiedzą, ale tak to wtedy czuliśmy.
- Kto Wam powierzy powtórnie dziecko – gasili ten entuzjazm ich rodzice. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, iż zaraz po powrocie zadzwoniła Pani Krystyna z informacją, że jest możliwa adopcja. Dziecko tym razem nie tak poważnie chore, czekające jednak na czułość i miłość. Francuzi zebrali się jeszcze raz w sobie, przygotowali dokumentację i przybyli na miejsce. Nie wybierali dzieciaka, nie ważna była płeć, kolor włosów czy stan zdrowia. Jeszcze raz nadzieja była najważniejsza. Jeszcze raz przeszliśmy przez czyściec dokumentów, spraw, sądów i uprawomocnień decyzji. Tu urzędnicy państwowi przykładając tylko pieczęć, bądź wydając jakąś decyzję deklarowali bez skrępowania, że gdyby to od nich zależało, nigdy nie wyrazili by zgodny na zagraniczną adopcję.
- To lepiej od rodzicielskiej miłości bidul i stawka żywieniowa pięć złotych na głowę dziennie ?. No tak mało, ale za to jak patriotycznie, po polsku. Nie rozumiałem tego wtedy, nie rozumiem dalej. Szczególnie, że nadal nie brakuje notabli świeckich i duchownych ujadających jak owczarki ( nie ja wymyśliłem to określenie ) na takie odruchy serca. Bo nie są polskie. Piotr wyjechał z tego kraju szesnaście lat temu. Dzięki mądrości rodziców wie, że został adoptowany. Tam przygotowuje się książeczki dla dzieci, gdzie uczy się, że mamy rodzą dzieci lub je adoptują,a wszystko to jest tak samo ważne. Piotr wie które z miast polskich jest miejscem jego urodzenia, choć trudno mu je wymówić z francuskim akcentem. Wychowywany przez kochających i odpowiedzialnych rodziców, którzy ponad kupowanie zabawek i gadżetów konsekwentnie budują swoją rodzinę. Nie znaczy to, że Pierrowi czegoś brakuje. Przede wszystkim nie brakuje mu miłości bliskich. Czasem tylko postronni pytają - skąd na południu Francji taki młodzieniec o lnianych włosach ? Nie zraża to jednak jego rodziców, bo adoptowali również dziewczynkę o arabskich rysach twarzy. Taki United Colors of Benetton .
W zeszłym roku pokonując pewne zrozumiałe opory Pierra, odwiedzili Panią Krystynę w Y. Starowinkę do której oboje dzieci mówią - Ciociu. A także naszą skromną chałupę w Gorcach gdzie Pierre miał okazję ciągnąć krowy za wymiona w poszukiwaniu mleka i pomagać w sianokosach. Francuzi powszechnie lubiani są przez mieszkańców mojej wsi, chociaż w skrytości ducha górale zastanawiają się nad tak znaczną różnicą koloru włosów pomiędzy rodzeństwem. Zaraz to sobie tłumaczą faktem, że na zachodzie jest wszystko możliwe. Pierre ma możliwość wyboru drogi życiowej. Nowa Europa pozwala mu na wybór miejsca dorosłego życia. Na razie deklaruje przejęcie po swoim francuskim ojcu (jedynym jak mówi) rodzinnego gospodarstwa rolnego. Trzeba widzieć wtedy oczy jego francuskiego Ojca.

Posłowie
Od tego wpisu minęło już osiem lat. Pierre ma już ponad dwadzieścia pięć lat i wyprowadził się z domu. Wynajmuje mieszkanie na mieście, co nie jest niczym dziwnym wśród zachodniej młodzieży. Rodzice mądrze pozwolili mu na tę niezależność. Nadal jednak współpracuje nad co dzień ze swoim ojcem, rolnictwo jest tym czym chce się zajmować na stałe.
My utrzymujemy stały kontakt z naszymi Francuzami, byli gośćmi na ślubie starszego syna kilka lat temu, a w zeszłym odwiedzili jako pielgrzymi Brzegi z okazji Dni Młodzieży. Ostatni raz rozmawialiśmy ze sobą chyba wczoraj.
I tylko Pani Krystyny nie ma już pośród nas, odeszła cichutko pod koniec zeszłego roku.
Ciekaw jestem co powiedziałaby na te dyskusje o całkowitym zakazie zagranicznych adopcji.
Jak to jest, że suchy i bezduszny przepis zastąpić ma myślenie w kategoriach dobra dziecka i takiej samej intencji w podejmowanych decyzjach ?
Czyż nasza troska o dzieci zaczyna się z poczęciem a kończy z porodem?
Potem już trzeba sobie radzić samemu, zwłaszcza gdy dziecko chore.


* http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1011104,mrpips-chce-ograniczyc-zagraniczne-adopcje.html

środa, 25 stycznia 2017

Pierś, czapka i serce w roterce

Pierś
Sąsiad wpadł do mnie znienacka. Tak mu jakoś inaczej niż zwykle lśniły oczy. Pomyślałem, że to z powodu mrozu ale chyba nie, bo wszedł w kurtce rozpiętej od góry do dołu.
Zaraz też zauważyłem powód dla którego owa kurtka była rozpięta. 
 
ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY.
- No, to działa na wyobraźnię - zauważyłem.
Sąsiad ucieszył się z mojej spostrzegawczości i oczy zalśniły mu jeszcze bardziej. Nie znam zbyt dobrze sąsiada. Nie wiem nawet jak ma na imię, o nazwisku nawet nie wspominam. Mam w swojej służbowej komórce jego numer telefonu. Na moje pytanie jak wpisać ? powiedział - Pisz Pan, Sąsiad z pracy.
Przez ostatnie lata nie widziałem żadnej przypinki na piersiach sąsiada. Nie zagłębiałem się też w rozmowy inne niż te o pogodzie, o whisky i o motocyklach. Nie rozmawialiśmy nawet o kobietach, a przecież  logicznie rzecz biorąc od kobiet do  wrogów narodu jest wystarczająco daleka droga.
Obejrzałem tę pamiątkę rodzinną z dziewiętnastego ponoć wieku. Sąsiad 
traktował ją relikwię, delikatnie odpinając i zapinając z powrotem na swetrze.
Nie rozmawialiśmy o powodach, nie znam więc jego motywacji i nie kojarzę o jakich mu wrogów idzie.
Gdy zamknęły się za nim drzwi zacząłem jednak zastanawiać się  nad tym co widziałem.
Co stało się, że właśnie teraz emblemat ten zawisł na sąsiedzkiej piersi?
Czy z motywów tej ekspozycji na pewno dumni są przodkowie, którzy według rodzinnej legendy osobiście wykonali orła ?
Czuję się Tu u siebie czyli dokładnie tak jak powinienem się czuć. Zrobiło mi się jednak nieswojo.    
Czapka  
Związkowcy z  pewnego związku zawodowego zapowiadają, że staną  naprzeciwko protestującym na ulicach członkom jednego z komitetów.

  - Jeśli druga strona chce się policzyć na ulicy, to się policzymy. My ich czapkami przykryjemy - stwierdził ów szef.
Stare greckie przysłowie mówi że "dwie głowy nie zmieszczą się w jednej czapce" Co z tego wynika? Jeżeli to jego czapka to autor hasła musi mieć dużą głowę czyli jak to się mówi powszechnie wielki łeb.
Dziwi mnie tylko to oświadczenie, bo analizując historię tego akurat ruchu związkowego widać, że o taką wolność wypowiedzi walczyli. 
Moda na nakrywanie czapką udzieliła się jednak innym i idzie w dół.
Tak się złożyło, że w czasie wizyty bezpośrednio po tej wypowiedzi moja teściowa  nakryła swoim moherem kask motocyklowy Młodego. 
Czy był w tym jakiś symboliczny gest wobec wszystkich motocyklistów, czy tylko wobec własnego wnuka? Tego nie wiem. Wiem jednak że nie potrafiłem sobie odmówić  by uwiecznić  to na zdjęciu.





Serce
- O masz Che Guevarę  na ścianie - powiedział pewien znajomy, zupełnie nie czując klimatu zdjęcia z Kuby
- Mam. No i co?
- To ty lewak jesteś?
-Wiesz co jestem w tym wieku, że doskonale znam różnice między lewicowcem  a lewakiem.
- To jest jakaś różnica? Uważałem, że to wyrazy równoznaczne.
- Lewicowiec to osoba, która dba o takie wartości jak równość czy sprawiedliwość. Broni robotników i związków zawodowych.
- Pięknie, pięknie.
- Pewnie że pięknie. Te bardzo szlachetne poglądy reprezentowane były zwłaszcza przez starych socjalistów. Teraz mniej broni się robotników, bo obowiązuje przecież Kodeks Pracy i inne osłonowe przepisy.
- To kogo bronią teraz lewicowcy?
- Wykluczonych w całej rozciągłości tego słowa. Lewak zaś to osoba tylko uważająca się za tylko za lewicowca. Taki na przykład atakuje Kościół Katolicki bez powodu.
- Powodów do ataku na kościół znajdziesz pod dostatkiem nie będąc lewakiem.
- Pomijając twoją uwagę, to także osoba która jest agresywna w stosunku do prawicowców. Mówiąc krótko to taki awanturnik polityczny. Kiedyś nosiłem koszulkę z Che którą sam sobie wypaliłem żelazkiem, ale nieco później uważałem go  już właśnie za lewaka.
Na zdjęciu od którego zaczęła się rozmowa jest zdjęcie starego amerykańskiego krążownika szos  na tle ulic Hawany.  A to Kuba właśnie.
- To ty jesteś, czy nie jesteś lewicowcem?
- Mogę uchylić się od odpowiedzi na to pytanie, co niniejszym czynię.  Powiem tylko, że Piłsudski powiedział kiedyś - Kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie skurwysynem.
- Przyznawać się teraz do lewicowych poglądów to obciach.
- Tak myślisz? Po pierwsze ja się nie muszę do niczego przyznawać. Po drugie posłużę się jeszcze raz cytatem z Marszałka - Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku, teraźniejszości ani prawa do przyszłości.
- Coś bardzo aktualny ten twój Piłsudski
- On nie jest mój. Masz jednak rację, teraz dopiero zwróciłem na to uwagę. 

wtorek, 17 stycznia 2017

Dość hamletyzowania czyli takie sobie duperele


Ileż to razy przyszło nam słyszeć ten monolog?
Być albo nie być; oto jest pytanie:
Czy szlachetniejszym jest znosić świadomie
Losu wściekłego pociski i strzały,
Czy za broń porwać przeciw morzu zgryzot,
Utkwił on tak głęboko w naszej świadomości jak i sama postać duńskiego księcia. Ba, postało określenie "hamletyzowanie" opisane przez Słownik Języka Polskiego jako przeżywanie rozterki wewnętrznej, wtedy gdy nie możemy powziąć decyzji.
Do tej pory hamletyzowanie obejmowało raczej imponderabilia czyli  rzeczy nieuchwytne i niedające się dokładnie zmierzyć lub obliczyć, mogące jednak wywierać wpływ na jakieś sprawy.
Mówicie, że nie tylko. A potraficie obliczyć ile flaszek pójdzie na najbliższej imprezie?
Sam słyszałem na stoisku - Nie hamletyzuj Michał, bierz dwie "krowy" w razie czego taksówka dowiezie.
A to się rozwija, teraz pewnie jako pogrobowiec Peerelowskiej akcji "Ludzie pracy bliżej kultury". Pojawiły się więc dalsze możliwości rozszerzenia  zakresu stosowania tego szekspirowskiego jakby nie było określenia .
Swoją drogą moje tytułowe duperele też nad wyraz ładnie z Peerelem  się rymują.
Wracając do tematu przenikania kultury. Parę dni temu, czekając na tak zwane  zakucie węża ciśnieniowego, oglądałem gablotę  wystawową. Uwagę moją zwrócił od razu zawór  opisany takim oto  określeniem  HAM-LET . 
Czyż nie mogłem uruchomić swojej wyobraźni? Tej wyobraźni która raz uruchomiona nie rzadko przechodzi sama siebie. 





Zamknąć nie zamknąć, oto jest pytanie :
Czy praktyczniejszym jest cierpieć świadomie
rur mych  przecieki i sączenie wody
Czy wajchę chwycić  przeciw wyciekowi 

- Marian ty nie hamletyzuj tak, tylko zamykaj ten zawór.
- Już Panie Majster zamykam.. W którą stronę ?
- W prawo Marian, tylko w prawo czyli na off. Prawa strona zatrzymuje, lewa strona puszcza.    
- Kurde to jak u Okudżawy w piosence o metrze. "Porządek taki świat zawsze znał,Gdy stoisz z prawej, będziesz stał. A gdy w przód chcesz iść, pamiętaj, że Masz lewej strony trzymać się."
- No i nie kapie. Filozofów mi ten urząd zatrudnienia podsyła. - Podaj mi Marian mufę i szweda...
- Pana wąż gotowy od odbioru -  słowa serwisanta wyrwały mnie  z zadumania. Nie napiszę więc na co ową mufę zdecydowano się nakręcić, choć śrubunki i sztuce już układały się w logiczną całość.     
                Kiedy  późnym popołudniem zgłębiałem w markecie listę zakupów sporządzonych ręka małżonki, zauważyłem na sklepowej półce taki oto cudo
   
 

No tak, powrót do ośmioklasowej szkoły podstawowej, Teleranka, Pegaza i Wielkiej Gry.
Producenci jedzenia doszli do wniosku,  że na tym się z pewnością nie skończy.
Kto pierwszy ten lepszy.
Troszkę zrzedła mi jednak mina gdy na wieczku zauważyłem motyw kartek na mięso.
Pamięć zaciera złe wspomnienia, pozostają tylko miłe kolorowe slajdy z dzieciństwa. Pamięć łaskawa jest, a nie zawsze powinna.
Spojrzałem uważniej na nazwę - "Konserwa podobna do tej z PRL-u"
Podobna czyli prawie taka jak ta z przeszłości. Jak wiadomo choćby z reklamy  prawie czyni wielką różnicę.
Czyż markety nie są inspirujące? 
Przy okazji. Czy pamiętacie tekst o stojaku na wino Mesjasz? Moje pytanie brzmiało, kto wymyśla takie nazwy?
A oto pośrednia odpowiedź. Na stoisku z żółtymi serami znalazłem taką oto trójcę ( nomen omen)


Niech mi ktoś powie, że autorem tych nazw nie był wielki miłośnik Reymontowskich  Chłopów, lub jakiś przebranżowiony już nauczyciel z gimnazjum.
Może więc z producentami stojaków związała się jakaś gimnazjalna katechetka?

Ja tam swoje sery nazwałbym "Karol", "Moryc" i "Maks", przy czym "Moryc" otrzymałby certyfikat koszerności.
 


  
 

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Telewizja pokazała

Telewizja pokazała,
A uczeni podchwycili,
Że jednemu psu gdzieś w Azji
Można przyszyć łeb od świni.
Tak w połowie lat 70-tych śpiewał Jacek Kleyff z Salonu Niezależnych

 Telewizja pokazała
W powyższej sprawie nastąpił progres Dzisiaj telewizja już sama szyje. Buty.
Nie na darmo mówi się „uszyć komuś buty”
Wielki Słownik Języka Polskiego definiuje to jako określenie pejoratywnie, ktoś zaszkodził komuś knując przeciwko niemu intrygi.
Ktoś też zaraz powie, że to nie intrygi a misja i za tę misję pobierany jest abonament.
Zapytam parafrazując słowa piosenki Krzysztof Daukszewicza „Easy rider” - "Prawda, ale jaka", zapytam - misja ale jaka?
Przyzwyczajony do poniedziałkowych Teatrów Telewizji i wysokich ( kiedyś) lotów TVP Kultura, przyjmę zapowiadaną transmisję z 25-lecia Diso Polo w Polsce jako swoistą Mission Impossible, przynajmniej wobec mnie.
Że nie słuchałem nigdy takiej muzyki i wtedy „nie chodziła mi nóżka” ?
Ależ i owszem, nuciłem owe nieśmiertelne „majteczki w kropeczki ale było to w stanie tak zwanego upojenia. Nie można zaś spędzić całego życia na rauszu. Ostanie więc „majteczki” miałem na ustach ze cztery lata temu.
Jeżeli zaś prawdą jest to co mówi prezes TVP o końcu obłudy, to będę musiał zmienić zdanie na temat moich sąsiadów. Nie mogę już prymitywnie zżymać się na dobiegające z ich domu, w letnich miesiącach „Będzie bufet, będą cycki” bo to jest owo misyjne wciągnięcie mnie w strefę obywateli dumnych ze swego kraju i przed wszystkim z siebie.
Z tym będzie problem, bo z siebie bywam rzadko zadowolony uważając, że zawsze można było zrobić coś lepiej. Co do kraju, wystarcza mi teoria, że kocha się nie za coś a pomimo czegoś.
Może cześć społeczeństwa zauważa misję w oglądaniu trzęsących biustem panienek, ale z pewnością kler widzi misję telewizji zdecydowanie inaczej.
Promocja życia prostego, prowadzonego w sakramentalnych związkach, z wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami
I tu projektanci owej telewizji z misją się nie popisali wrzucając do programu film pod złowieszczym tytułem – „Ślub szczęścia nie daje”.
Jak to nie daje? W myśl tradycyjnych wartości ślub jest jedyną furtką do tak wielu przyjemności, no może do jednej ale w kilku pozycjach.

e

Telewizja zaś która nie zajmuje się misją (czytaj komercyjna) dba o oglądalność, bowiem ona nie żyje z abonamentu a z reklam. Reklamodawcy mają swoje oczekiwania. Co robić by widzów było więcej ?
Zrzucić gorset ograniczeń.
I oto przykład

 Swoją drogą nie trzeba żadnych ograniczeń by zobaczyć jak komiksowy bohater rozwala tuziny przestępców czy agresorów. Oni oczywiście wcześniej znęcają się z pasją nad jedną niewinną.
Pełnoletności zaś wymagają by zobaczyć kawałek gołego cycka w towarzystwie męskiej dłoni.
Cholera teraz dopiero skumałem. Utwór „będzie bufet, będą cycki” to pieśń radości z faktu wchodzenia w dorosłość ze wszystkimi jej aspektami.
Cycki, bufet też, ale odpowiedzialność za kraj i miłość do rządzących nim przede wszystkim. No i wdzięczność za ten bufet
Wiadomo bowiem, że "bufet jak bufet jest zaopatrzony zależy czy tu czy gdzieś tam"
Krętymi drogami chodzi wola boża ale i  edukacja obywateli.
Tylko dlaczego cały czas nad poczuciem misji góruje mi poczucie dobrego smaku?

P.S.
Czy dla telewizji z misją jest jakieś światełko w tunelu?
Nie wiem, wczoraj brakło nawet światełka do nieba.