niedziela, 28 sierpnia 2016

Nieśmiały uwodziciel

Tomasz Lis wyznał publicznie, że w młodości bywał chorobliwie nieśmiały. Dołączył tym samym do grona ludzi którzy publicznie przyznają się do tej przykrej dolegliwości. Nie wiem ile szczerości a ile kokieterii jest w wyznaniach znanych i bardzo popularnych aktorów. Mówią oni, że za każdym razem od nowa przeżywają tremę związaną z występami przed publicznością.
Jeśli mówią to takie osoby jak Janusz Gajos to nie mam żadnych powodów by im nie wierzyć.
Ja też powinienem dołączyć do tego grona ludzi nieśmiałych i zestresowanych kontaktami z otoczeniem. To zaś, że bywam bezczelnie wygadany i wyluzowany to tylko taka maska, za która skrywam swoją nieśmiałość.
Kiedy komuś zrobiłem wyznanie z tej mojej nieśmiałości, spojrzał na mnie kpiąco i rzekł
- Ty nieśmiały? To niemożliwe.
Ponieważ nieśmiałość to problem globalny, powstał cały sztab ludzi którzy zawodowo zajmują się pomocą ludziom którzy unikają kontaktów z innym. Określono to ładnie fobia społeczną.
Jedni okupują gabinety terapeutów, inni odrzucają wszelką psychoanalizę jako zbyt amerykańską i stawiają na stare sprawdzone sposoby.
- Ja sobie strzelam kielonka na odwagę i walę śmiało.
Są jednak ludzie tak nieśmiali, że przypadłość owa wepchnęła ich w szpony nałogu a następnie do AA czyli do klubu Anonimowych Alkoholików.
I kiedy już wydawać by się mogło, że sytuacja jest beznadziejna, przeczytałem taki oto tekst
„Odczuwasz paraliżujący strach przed ośmieszeniem w towarzystwie? Czujesz, że zaczynasz się czerwienić, kiedy musisz coś opowiedzieć na forum publicznym?
Cierpisz na fobię społeczną.
Jak z nią walczyć? Naukowcy znaleźli lekarstwo, które załagodzi jej objawy.”
Kiszony ogórek w duecie z kiszoną kapustą jawią się tutaj niczym prawdziwi zbawcy. Tak zwane kiszonki są "lekarstwem" na nieśmiałość.
To nie mój wymysł a wynik badań naukowców. Przeprowadzili on badania mające sprawdzić związek między spożyciem kiszonek a fobiami społecznymi u ludzi.
Wyszło im, że osoba cierpiąca na fobię odczuwa niesamowity strach przed otoczeniem, boi się ośmieszenia lub kompromitacji w towarzystwie a dodatkowo co widać na zewnątrz
- czerwieni się,
- drżą jej ręce,
- występują u niej palpitacje serca
- nadmierne poci się
- ma duszności
Taka nieśmiała osoba powinna więc przed planowanym kontaktem z otoczeniem, zagryźć kiszonym ogórasem i po kłopocie.
Wybrać zawartość słoika z kiszoną kapustą, tak dwoma palcami jak w dzieciństwie. Potem sporą porcję kiszonej kapusty wsunąć w usta i zajadać się tak by uszy się trzęsły.
Niech i sok kapie po brodzie byle by tylko nasze wejście było na właściwym poziomie.
Być może nasza dziecięca naturalność i brak skrępowania brała się z tej miłości do kiszonej kapusty i małosolnych ogórków?
Być może jest jakiś głębszy sens w tym, że niejedną butelkę wódki wypito pod korniszona?
W końcu to co było od zawsze mądrością ludową, potwierdzają teraz naukowcy po serii skomplikowanych i długotrwałych badań. O kosztach badań nawet nie wspominam.
Zagryź więc małego głoda ogórkiem małosolnym i spokojnie patrz co przyniesie przyszłość.
A przyszłość będzie dla ciebie łaskawa pod warunkiem nie łączenia kiszonego ogórka z jogurtem kefirem czy nawet zwykłym mlekiem.
Zaraz też znajdą się malkontenci którzy powiedzą, że kiszona kapusta wzdyma.
To co ? Nie lepiej być wzdętym i wyluzowanym, niż spiętym gościem z właściwą perystaltyką.Taki gość ma spocone dłonie i czerwone uszy. O dusznościach i palpitacjach już nawet nie wspominam.
Luz!, luz! a każde towarzystwo nas pokocha
Jak się nazywa facet który króluje w towarzystwie kobiet?
Może to trochę archaiczne określenie – bawidamek.
Słyszałem kiedyś w dowcipie taką jego definicję
Baronowa tańczy na balu z generałem i w pewnym momencie pyta:
- A ten młody oficer przy drzwiach to kto?
-Aaa, to porucznik Rżewski. Wica opowie, bąka puści – Bawidamek taki.

Wszystko się zgadza. Skąd więc potem to święte oburzenie?


wtorek, 23 sierpnia 2016

Za ostatni grosz

Mam w pamięci taki rysunek Andrzeja Mleczki
Facet wyglądający na inteligenta wręcza innemu, wydawać by się mogło typowemu robotnikowi banknot pięćdziesięciozłotowy, mówiąc jednocześnie te słowa.
- Ma Pan tu 50 złotych. Czy mógłby Pan szanować mnie przez pół godziny?
Chyba drogo? Poza tym wpajano mi od dziecka, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć albo mówiąc inaczej zapracować.
Szacunek to stosunek do osób lub rzeczy uważanych za wartościowe i godne uznania.
Szacunek ma swój początek w takim drobiazgu jak choćby dobra opinia.
Dobra opinia czyli dobre imię, marka, renoma, reputacja, sława, referencje,
Gdzie tu miejsce na owe pięćdziesiąt złotych? Wydawać by się mogło, że nie ma.
I mnie tak się wydawało do dzisiejszego ranka, gdy na skrzynce mailowej znalazłem taką oto propozycję:
Oferujemy wyrobienie dobrej opinii dla Państwa firmy za grosze.
Za 20 zł dodamy 15 pozytywnych opinii na wybrane portale ( w tym Google, Facebook)
Tu lista proponowanych stron komercyjnych.
Również na innych wskazanych przez Państwa portalach możemy dodać pozytywne opinie.
Dobre opinie podnoszą Państwa pozycję na rynku i wzbudzą większe zaufanie wśród nowych klientów.
Każda opinia jest dodana przez innego użytkownika i z innego IP przez nasze opinie i komentarze należą do rzeczywistych ludzi z Polski.
Zapraszamy do współpracy. Satysfakcja gwarantowana.
Zamówienie można złożyć na znanym i bezpiecznym portalu.
Tutaj nazwa i na koniec zachęta - Możliwość płatności po wykonanym zleceniu na termin płatności 14 dniowy.
Nie będę tutaj udawał dziewicy i twierdził, że o takim procederze nie słyszałem.
Czytałem o kupowaniu głosów w różnych konkursach audiotele. Kiedyś czytałem coś takiego przy okazji Bloga Roku.
Gdzieś tam, coś tam, gdzieś daleko. A wiadomo – „niech na całym świecie wojna byle polska wieś spokojna”. I żyłem jako naiwny wieśniak wierząc, że „ prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość „*
Dzisiaj, z samego rana, niepozorny mail otworzył mi oczy.
Niech to będzie ostrzeżenie dla wszystkich tych którzy przed kupnem czegoś w sklepie czy e-sklepie, podchodzą do tego starannie, zapoznając się z informacjami o produkcie w sieci.
Nic bardziej złudnego. Po lekturze jesteśmy zmanipulowani. Nie wiadomo więc co gorsze, czytać czy iść na zakupy zagubiony jak dziecko we mgle ?
Co się porobiło z tym światem, że oszustwo do którego mam tak negatywny stosunek stało się solą naszego dnia codziennego. Przy piwie zaś można opowiedzieć znajomym jak to przerobiło się jelenia. Zapłacił ? Odjechał? Niech więc spierdala
Ha, ha, ha, ha.
Tylko, że mnie jakoś mało śmiesznie



* cytat z poematu Juliana Tuwima Kwiaty Polskie

piątek, 19 sierpnia 2016

Seks nasz powszedni

W pewnym wieku.
Tak określenie „pewny wiek” a może lepiej "pewien wiek", to nic innego niż obłudne określenie starości.
Otóż nad kuflem piwa, w towarzystwie równie starych kompanów usłyszeć można, że ten cały seks jest mocno przereklamowany.
Może pamięć już nie taka jak poprzednio, może coś tam trąci rutyną, poza tym kawior i szampan spożywane w nadmiarze też potrafią się znudzić do wyrzygania.
Nim jednak dojdziemy do takiego brutalnego sformułowania, testujemy: co się da, jak się da i gdzie się da.
Po obejrzeniu jednego czy drugiego pornosa, zastanawiamy się i na tym zastanawianiu przeleci nam kawałek życia, jak długo powinien trwać wystarczająco długi stosunek ?
Naukowcy z Penn State University z USA wmieszali się w tę całą dyskusję, organizując odpowiednie badania.
Psychologowie, seksuolodzy, fizjoterapeuci i terapeuci rodzinni wypowiedzieli się w temacie długości typowego stosunku.
Podejrzewałem, że nie mierzą stoperem tego seksu, w setce z tysiąca osób w reprezentatywnej grupy społecznej. Muszą polegać na zapewnieniach badanych. Zastanawiam się czy sam a takiej sytuacji uprawiałbym to pole miłości dłużej, czy krócej niż zwykle? .Przez chwilę pomyślałem nawet czy w obecności osób trzecich, mógłbym uzyskać stan gotowości do wypełnienia tego zadania.
Co innego bowiem zakreślić czarnym pisakiem odpowiednią pozycję w formularzu a co innego bzykać w rytm tykającego stopera.
No dobra zgadzam się współczesne elektroniczne stopery nie tykają, ale tradycyjny stres pozostaje taki sam.
Nie myliłem się, wnioski wyciągnięto na podstawie ich praktyki lekarskiej, czyli na postawie opowieści.
Nie trzymam już w niepewności, bo każdy podświadomie nawet przypasuje się do odpowiedniej kategorii
A więc tak :
• seks trwający 3-7 minut jest wystarczający, aby zaspokoić potrzeby partnerów,
• seks trwający 7-13 minut to pożądany czas trwania stosunku, który daje najwięcej przyjemności,
• seks trwający poniżej 2 minut uznany został za zbyt krótki,
• seks trwający 10-30 minut został uznany za zbyt długi.
Gdzie tam do pornosów. Pełnometrażowy numerek to ze czterdzieści minut ostrego wysiłku, w każdej z możliwych pozycji.
Nawet patrzeć na to wydaje mi się zajęciem zbyt długim.
W USA przecięta długość stosunku to 7,3 minuty, a gry wstępnej 11-13 minut.
Średnia zaś długość stosunków całej populacji to zaledwie 5 minut.
Amerykanie rzutem na taśmę umieścili się na półce z napisem „seks pożądany”, a może o wyniku zadecydowała tylko tak zwana bezwładność stopera.
Świat zadowala się wynikiem wystarczającym, a świat to przecież namiętni Latynosi, ale i Eskimosi prosto z lodu, którzy z przyczyn technicznych muszą się naprawdę mocno spieszyć.
A My? My Polacy ?
Nie ma tu potrzeby nucić naszej, narodowej kołysanki – Polacy nic się nie stało.
Według badań, w porównaniu do innych krajów, prezentujemy się jako naprawdę wytrwali kochankowie!
Akt seksualny w polskim domu trwa przeciętnie 28 minut razem z grą wstępną. Czas samej penetracji wynosi 13,9 minut.
Nasze społeczeństwo jest raczej jednorodne, bo próżno szukać tu Eskimosa na lodzie czy Latynosa na sambodromie, czyli nic co obniża lub podnosi średnią. Wychodzi na to, że jesteśmy jakimiś Supermenami ruchów frykcyjnych, Robocopami cunnilingusa i w ogóle Gigantami gry wstępnej, albo...
Albo jesteśmy po prostu lekko nieszczerzy.
Lekko? Jesteśmy obłudnymi kłamczuchami czego dowodzą wcześniejsze badania długości penisa za pomocą podobnej procedury, czyli ankiety.
A pomyśleć, że nos Pinokia wymyślili Włosi


Źródło: poradnikzdrowie.pl

wtorek, 16 sierpnia 2016

Lenistwo oznaką inteligencji?

Czas wypoczynku, czas relaksu, kolejny długi weekend w naszym kraju. 
W mojej wsi na ten właśnie czas przypadał także odpust.
Już w sobotę, zgodnie z informacją na Facebooku odbyła się odpustowa zabawa taneczna, z markowym zespołem i bufetem obficie zaopatrzonym. Pod warunkiem wykupienia wejściówki za jedyne piętnaście zeta od głowy.
Jakże to inne zabawy od tych o których śpiewał Kazimierz Grześkowiak w "Pannach z Cicibora" (posłuchaj). 
Impreza ponoć udana o czym świadczyły dźwięki muzyki dobiegające nas aż do samego rana i jakby mniej liczna reprezentacja mieszkańców na sumie.    
W niedzielę już od rana montowały się stanowiska, z cukierkami, piwem, kawą i chińskimi zabawkami. Do tego balony w kształcie ulubionych  postaci z kreskówek.
W drodze z kościoła, moja teściowa szerokim łukiem ominęła stragany. Zaraz tez wygłosiła opinię, że odpust przypada na poniedziałek więc stragany  dzisiaj się nie liczą.
W poniedziałek zaś, wyrwała się sama z domu i aż dziwnym się wydawało, że tak sprawnie.
W międzyczasie odnotowaliśmy przyjazd bratanicy mojej żony wraz z rodziną.
Ciasta upieczone, bogracs w kociołku i długa list win, a więc strachu nie było.
Siedzieliśmy na tarasie kiedy teściowa wróciła z sumy.  
Niczym w Reymontowskich "Chłopach" zniosła każdemu gościńca z odpustu.
Balonik dla najmłodszej, kolorowe cukierki dla starszych a ja otrzymałem taki oto prezent 


Niby nadaję od czasu do czasu na moja teściową, ale dla równowagi zawsze  dodaję, że jest dobrym człowiekiem.
I żyjemy tak w mniejszych lub większych emocjach prawie trzydzieści pięć lat.    A leniuchowanie?
Tak, ale nie w czasie mieszania gulaszówki nad ogniskiem.       
Poza tym starałem się jak mogłem.
Nie dalej niż w poprzednim poście, albo nieco wcześniej napisałem, że nie potrafię wysiedzieć spokojnie w trakcie francuskich kolacji bo taki bezruch źle na mnie wpływa.
Napisałem, że zwykle wstaję wcześnie w dni wolne i zaraz po śniadaniu zanurzam się w zieloność mojego ogrodu i jak łódka brodzę z kosiarką, podkaszarką a poza sezonem letnim z wiertarką, pilarką lub spawarką. Wszystko to prawda i do dzisiaj był to mój powód do dumy.
Dumny bo nie leniwy. Może i byłbym nieco leniwy bo to takie ludzkie, ale potrafię się zmotywować. Jeżeli zaś to potrafię to de facto leniuchem nie jestem.
Dzisiaj jednak spojrzałem inaczej na swoją aktywność.
Boże, jaki wstyd. Czytam oto że:
„Okazuje się, że lenistwo nie musi być wcale negatywną cechą charakteru. Ludzie leniwi są bardziej inteligentni - sugerują najnowsze ustalenia uczonych.
To znowu ci Amerykanie. Po sukcesach z ustaleniem średniej długości penisa, średniego czasu stosunku i średniej szybkości ejakulacji, poszli najwidoczniej o krok dalej.
Naukowcy z Florida Gulf Coast University, sprawdzili aktywność fizyczną grupy studentów i porównali z aktywnością ich mózgów. Aktywność mierzyli za pomocą specjalnego sensora zakładanego na nadgarstek.”
Zebrane dane pozwoliły im dojść do interesujących wniosków.
„Okazało się, że grupa studentów bardziej aktywna fizycznie cechowała się w ciągu dnia i zwykłych codziennych czynności niższą aktywnością mózgu i mniej czasu poświęcała na rozmyślania (…) Grupa, do której zaliczali się studenci chętniej zamyślający się, była zdecydowanie mniej aktywna fizycznie.”
Wyciągnięto stąd proste wnioski - „Mózgi osób bardziej aktywnych łatwiej się nudzą i potrzebują ciągłej stymulacji, przez co też trudniej im się skupić na problemach i poświęcić więcej czasu na ich rozważania „
Może i tak ale ja jak to ja, mam prostsze wytłumaczenie tego fenomenu
Opaski mierzące aktywność założono im na nadgarstki. Tak? Studencka aktywność nadgarstka jest powszechnie znana, opisana i nawet wyśmiewana w wielu dowcipach.
W ludowych przekazach już od lat mówi się, że taka aktywność prowadzi do: nerwicy, wyrzutów sumienia oraz w skrajnych przypadkach właśnie do wysuszenia mózgu. Widocznym zaś objawem takiej aktywności są włosy wyrastające między palcami nieszczęśnika. O wiecznym potępieniu już nie wspominam.
I to jest naprawdę najprostsze wytłumaczenie wyników tych badań.
Ja bardzo proszę aby mi tu nie uogólniać
Wnioski które wysnułem w tym temacie bardzo mnie ucieszyły i zdecydowanie uspokoiły. Jeśli idzie o mnie to angażuję do pracy o wiele więcej elementów własnego ciała niż tylko nadgarstek, z czego doskonale zdaję sobie sprawę. Zwłaszcza wtedy gdy następnego dnia próbuje wstać z łóżka.





środa, 10 sierpnia 2016

O potrzebie stałej czujności

Prawdą jest, że dostaję alergii widząc galerie handlowe. Wysypki zaś wtedy gdy muszę do nich wejść. Prawdą jest zaś i to, że od ponad sześciu lat regularnie dokonuję tam zakupów żywności, chemii gospodarczej i kosmetyków na potrzeby domu.
Kiedyś tam, nieświadomie brałem produkt z półki na wysokości oczu i po kłopocie. Nie interesowałem się ceną produktu i byłem wprost idealnym targetem dla wszelkiej maści marketingowych cwaniaków.
Teraz potrafię błyskawicznie dokonać analizy, który z produktów jest bardziej opłacalny. Ilość w opakowaniu w stosunku do ceny za całość. W każdym telefonie jest przecież kalkulator.
Szczególnie przy przy zakupie tabletek do zmywarki cieszy mnie to, że nie dam sobie narzucić wyboru.
Kiedyś moja szanowna małżonka była w tej kwestii moim nauczycielem i mistrzem, teraz to ona mogłaby się nieco ode mnie nauczyć.
Wpadam więc do marketu uzbrojony w kartkę. Oprócz podpowiedzi kolejnego zakupu służy mi ona za alibi na wszelkie zaczepki panienek promujących produkty.
- Wie Pani, ja tu mam kartkę i przykazanie, żeby kupować tylko według listy.
Zawsze działa a ja mam spokój. Odchodzę z uśmiechem, zdając sobie z tego sprawę, że to nie złośliwość a jedynie praca którą ta z przyjemnością by zmieniła.
Ostatnio moja wredna cecha oglądania metek uchroniła mnie przed głupią stratą.
Wrzuciłem do koszyka ser biały, czyli twaróg ze Skały. Bardzo go lubię a nawet jestem od niego uzależniony. Ser biały, rzodkiewka i świat staje się lepszy.
Już miałem odejść z chłodnym opakowaniem, ale postanowiłem sprawdzić datę ważności bo niestety produkty często są mieszane.
Termin w porządku, jeszcze rzut oka na cenę
Co? Co? Co/ Cooooooooooooooo?
Sto trzydzieści cztery złote z groszami to chyba przesada jak za kawałek półtłustego twarogu ?
Wziąłem do ręki zbliżoną gabarytami paczkę, cztery z groszami. Tak może być
Udokumentowałem różnicę po japońsku ( pstryk) i już mogłem kontynuować zakupy z bananem na twarzy. No może nie zarobiłem ale z pewnością nie straciłem.



Ponad dziesięć kilo? A przecież to nie ołów. Ktoś pewnie oparł się o wagę w trakcie ważenia, bo aż nie chce mi się wierzyć, że to tak dla jaj. W końcu operator linii metkowania sam nie zarabia kokosów.
Z drugiej jednak strony, ludzie ludziom potrafią zaplanować najgłupsze zdarzenia.
I na koniec zakupy
Kapusta stało jak byk.
Pytałem żonę – biała czy włoska?
Wszystko jedno – odpowiedziała.
Postawiłem na urodę.
Niestety do wyboru miałem tylko pekińską ( nie nadawała się do przepisu) i woską.



Przyznam szczerze, że z taką kapustą nie miałem jeszcze do czynienia.
Parę lat temu cała Polska śmiała się z hymnu, który śpiewał jeden z polityków. Mikrofony wychwyciły ten fragment - „z Ziemi włoskiej do Wolski „
Może to jakaś kontynuacja?
Jak jest Wolska to ziemia może być woska. Dla równowagi
Logiczne więc wydaje się, że kapusta z ziemi woskiej też jest woska.
Bo kapusta biała jest z ziemi... tej ziemi.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Swojaki

Poczułem się jak ktoś wyjątkowy, jak swój chłop, swojak po prostu.
W pogoni za zabezpieczeniem rozrywki moim Francuzom, wyszukiwałem jakieś ciekawe miejsca. W myśl hasła „Piękna nasza Polska cała” nie stawiałem sobie żadnych ograniczeń, poza może być może odległością. Nie jest to jednak takie łatwe bowiem znamy się już prawie trzydzieści lat. Sporo więc przy okazji widzieliśmy razem.
Kraków i okolice, Zakopane z przysiółkami, moje Gorce z ich mieszkańcami. Zrodziły się z tego przyjaźnie z Góralami i Krakusami. A jeżeli nie przyjaźnie to przynajmniej sentymenty.
Wybór jest trudny, bo to i odległość nie może być by zbyt duża by wrócić do domu na noc, nie zapominając o ostatnim posiłku przy którym dla naszych Francuzów czas przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Siedzimy przy tym stole ze dwie godziny, a ja reprezentujący polski model spożywania robię się głodny na sam koniec takiej biesiady. Ten luz, ta cała południowa maniana jest mi genetycznie obca. Dla mnie czas ma zawsze znaczenie. Szybko, na biegu, trzy sroki za ogon naraz i wieczorny zawód, że tak niewiele udało się zrobić.
Jeżeli po prawie trzydziestu latach wspólnych spotkań niczego się nie nauczyłem, to chyba w tym temacie jestem już całkowicie przegrany.
Powiedzenie, że niczego nie zyskałem to jednak kłamstwo, albo spore nadużycie.
Zdecydowanie podbudowali mi poczucie własnej wartości i zmusili do tego minimum luzu.
Czasem łapię się na tym, że nie spoglądam na zegarek, nawet przez godzinę.
To już pierwszy krok, ale ile pracy jeszcze przede mną?
Tężnie.
Tak wymyśliłem te tężnie w dobrej chwili. Na polu ( dworze) gorąco i człowiek tęskni do odrobiny chłodu.
- Tężnie? - powtórzyła żona - Można zaryzykować
- Co to są tężnie - zapytali Francuzi.
Ze dwa lata temu Wieliczka zafundowała sobie tężnie. Konstrukcja przypomina jakieś zamczysko z murami obronnymi i basztą. Całość wypełniona drobnymi gałązkami po których spływa solanka.
Gdzie jak gdzie, ale tu solanki jest tu pod dostatkiem.
Tak prawdę powiedziawszy to i dla mnie był to „tężniowy” debiut.
Już na samym wstępie mieliśmy problem z parkowaniem. Wolne miejsca były zajęte więc podjechałem na parking dla turystów. Parkingowi spojrzeli podejrzliwie na moją rejestrację (wielicką) i spytali tym samym tonem
- Czym możemy służyć?
- Chciałem zaparkować na godzinkę.
- To się Panu nie opłaci. Godzina kosztuje dwie dychy
- Podjechałem z żoną na tężnie, a żona na wózku.
- Niech Pan podjedzie do szefa.
Podjechałem. Szef posłuchał i pozwolił. Na moje pytanie o opłatę tylko machnął ręką.
Poczułem się wyjątkowo i pewnie po raz pierwszy uczuciowo związany z Wieliczką.
Kiedy podszedłem do kasy tężni moje uczucie lokalnego patriotyzmu spotęgowało się.
Po okazaniu dowodu tożsamości wskazującego, że jestem mieszkańcem gminy, uiściłem opłatę za mnie i żonę. W kwocie cztery złote czyli do dwa zety od osoby.
Dla Francuzów wyszło po dziewięć od czupryny.
Kiedy odchodziłem od kasy, gęba śmiała mi się od ucha do ucha.
- Co ty taki zadowolony?
Bo narodził się we mnie lokalny patriotyzm. Wiem już, że to mój Heimat
- Że co? - Spytał Eric
- Moja Mała Ojczyzna – odpowiedziałem i posiłkując się tłumaczem, dodałem – petit pays.
Opowiedziałem o wszystkich bonusach z ostatniego kwadransa.
- A Kennedy mówił, nie pytaj o to co Ameryka może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić do Ameryki.
Spojrzałem na moją żonę z uznaniem. Celnie nie spointowała.
- No cóż, dla Ameryki też zrobiłem gest. Nie wybieram się tam
Wewnątrz tężni panował przyjemny chłód. Usiedliśmy na ławeczkach wdychając wilgotne i słone powietrze.
Wszystko lub prawie wszystko wykonane z drewna. Do tego bardzo prosty system przelewania solanki, też w drewnianych korytach. Podobało się to moim gościom o czym świadczyła ilość zrobionych zdjęć.
Co jak co ale mój Francuz na nawadnianiu (zwłaszcza pól) zna się doskonale.
Miła atmosfera.
- Powinniśmy tu bywać częściej – zdecydowała żona. Dla twojego gardła i mojej kondycji.
Cholera coś mi mówiło, że właśnie rodzi się mój nowy obowiązek Obowiązek relaksu.
- Tylko czy ja wytrzymam takie nic nierobienie?
- To tylko pół godziny naraz. Tak jest napisane na tej tablicy – żona posiłkowa się ściągą.
- No właśnie.
Po przekroczeniu zalecanego czasu, opuściliśmy budowlę. Na wargach wyczułem dobrze znajomy słony smak. To samo na rękach i pewnie ubraniu.
- Tu nawet jest napisane, że należy zabezpieczyć ubrania – doczytała żona.
Skąd u niej taka skłonność do czytania tablic i ulotek? Skąd taka skłonność do czytania w ogóle?
- Przecież nie wejdę w foliowej pelerynie. Wyglądałbym jak idiota.
- A ja mam pelerynę z pakietu pielgrzyma ŚDM - zauważył Eric.
Na wszelki wypadek przyjąłem tę informację milczeniem
Parking rzeczywiście był dla mnie za darmo. Odjechałem, machając przyjaźnie na pożegnanie.
Zapakowałem całe towarzystwo i udaliśmy się na proszoną kolacje do zajazdu.
Starszy mój syn związał swoje osobiste i zawodowe życie z Wieliczką już ponad cztery lata temu.
Razem z żoną ( i gośćmi oczywiście) zaprosili nas na kolację do Zajadu „Pod wielką solą”
No pod czym innym mógłby być zajazd w Wieliczce ?
Jestem tu nie pierwszy raz i zawsze opuszczam to miejsce w poczuciu błogiego zadowolenia. Tak było i tym razem.
Dobre jedzenie, miła obsługa i miejscowy browar którego pracę można obserwować przez szybę.
Po oscypku zapiekanym z żurawiną na przystawkę, poszliśmy na całość.
Panie w ryby my w żeberka.
Gdyby ktoś przejeżdżał w okolicy i poczuł nagły głód, polecam żeberka w miodzie i piwie.
Z pewnością nikt nie zawiedzie się. Należy tylko przemyśleć zamawianą ilość.
Myśmy tradycyjnie już chyba o tym nie pomyśleli. Jedna porcja to trzy soczyste kawałki o długości (na oko) po 20 cm każdy. Do tego ziemniaki w mundurkach i sosy.
Znany ze swego hedonistycznego podejścia do spraw jedzenia, mój francuski brat najpierw wystraszył się nieco ilością, ale zaraz potem zabrał się do jedzenia. Gdzieś tak przy drugim kawałku spytałem - jak smakuje?
- Delicieux – odpowiedział oszczędnie.
- Tylko dużo kostek - zauważyłem
- I to jest w nich wspaniałe - powiedział z wyraźną ulgą.
- Mierz siły na zamiary, mówił nasz narodowy poeta. I to jest prawda.
Sam miałem podobne podejście do tematu. Modliłem się już o jak największą ilość kości.
Nauczeni doświadczeniem, zrewidowaliśmy swoje podejście do tematu deseru.
Ponieważ w filozofii mojego Francuza na lody zawsze znajdzie się miejsce, zamówiliśmy i lody.
Nie, nie duże puchary, ale tak zwane dziecięce porcje.
- Nie, nie dziecięce – zaprotestował Eric – Duża, half – half.
Pragmatyczny syn wyliczył, że dziecięca porcja jest większa niż połowa dużej. Przyjęliśmy jego punkt widzenia a on złożył zamówienie.
Co to znaczy myślenie schematami.
Po pewnym czasie otrzymaliśmy zamówione porcje. Ja na półmisku w kształcie motylka, Starszy ważki, a mój Francuz w kształcie kolorowego rożka z lodami.


Za PRL- u nie można było zamówić herbaty bez cytryny, jeżeli w menu była „ z cytryną” zauważyłem
Liczy się całość, bo to komplet – powiedziała żona
Goście mnie powiedzieli nic, tylko rozpoczęli konsumpcję.
Nie był to raczej zgrzyt, raczej tylko jeszcze jeden powód do śmiechu. Każdy zaś z lodami zrobił sobie odpowiednie zdjęcie.
Coś za dużo tych zdjęć. Czyżbyśmy tez byli pokoleniem smartfona?
I już zastała nas noc.
- Godzina do północy – powiedziałem, spoglądając na zegarek.
Teraz zdałem sobie sprawę, że przez ten cały wieczór nie spojrzałem nawet przez chwilę na zegarek. Może więc nie całkiem jestem stracony?
Wracaliśmy do domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Delikatne pomrukiwanie i wzdychanie zastąpiło konwersację, po tym męczącym dniu który zakończył równie pracowitym posiłkiem
Ja żyłem już jutrzejszym planem zadań w pracy, Oni trasą do Zakopanego.
Żona odbyła kolejną wizytę u lekarza ( ile ich jeszcze przed nami?), Oni sentymentalnie spojrzeli na Giewont. I tylko ta kawa na Krupówkach była pomysłem takim sobie. Iluż turystów w tym samym czasie poczuło mocna potrzebę kofeiny?
Wielu. Tak wielu to zniechęcająca ilość.
Ja swoją kawę wypiłem w chłodzie biurowego pokoju, wysłuchując kolejnych meldunków z trasy.
Byle do wieczora, ostatniego w naszym międzynarodowym spotkaniu.
Gruzińskie Telavuri było idealne na tę okazję. Do tego komplet serów, bagietka i kabanosy które nad wyraz im smakowały w czasie tego całego pobytu.
W piątkowy poranek udało mi się jeszcze wypić z nimi pożegnalną kawę. Ja do pracy, Oni na lotnisko. Po paru godzinach dostaliśmy meldunek z Barcelony, że wylądowali i jeszcze tylko dwie godziny jazdy do domu. Przy tych odległościach to prawie byli na miejscu.
Światowe Dni Młodzieży i przynależnościami towarzyskim przeszły i dla nas do historii.
Dzięki gościom minęły bezproblemowo i z uśmiechem. Umiejętnie choć całkowicie nieświadomie zablokowali tę naszą polską skłonność do narzekania.
Nie dość, że nie narzekaliśmy to jeszcze poczuliśmy pustkę po ich odlocie.
- To co ? U nas za dwa lata?
Puściłem wodze fantazji. A co mi tam.


środa, 3 sierpnia 2016

I po balu panno Lalu czyli zakończenie

Telefon dzwonił już czas jakiś, ale zajęty pracami gospodarskimi zwlekałem z jego odebraniem.
Kończyłem właśnie wynosić liście spadłe przed czasem, zgrabione mozolnie wcześniej. Przy takiej operacji wystarczy tylko odrobina przeciwnego wiatru i cała robota na nic.
Obyło się jednak bez niespodziewanych podmuchów i całość wylądowała w kompostowniku.
Kiedy w końcu podszedłem, na ekranie wyświetlał się rząd cyfr które nie mówiły mi nic.
Chociaż, zaraz... zaraz, jakby coś mi sygnalizowały. Podobieństwo czegoś do czegoś i niczego do niczego. Nie lubię odbierać nieznanych numerów bo skutkują zwykle długim i mozolnym odmawianiem propozycji: kredytu, pościeli z wełny strzyżonych pijawek, czy choćby wypełnienia ankiety zadowolenia konsumenckiego.
- Słucham? - czujnie nie przedstawiłem się by nie dać dzwoniącemu punktu zaczepienia. Taki zaraz w drugim zdaniu powie – Panie Antoni - jakby nasza znajomość trwała już jakiś czas.
- Cześć Antoni.
- ???
- Nie poznajesz mnie? - Głos brzmiał znajomo.
- Dzień Dobry. No nie poznaję, chociaż przyznam, że głos brzmi mi znajomo.
- No nie wygłupiaj się. Iwona mówi.
- Iwona? Czerwińska?
- Nie, Lipińska. Pewnie że Czerwińska. Telefon ci mnie nie wyświetlił.
- Nie wyświetlił bo skasowałem twój numer, ale nie wiem czy chcę o tym z Tobą a rozmawiać.
- Co ty Antek pierdzielisz? Co stało się przez te trzy tygodnie, że nasza rozmowa tak wygląda?
- Ja przynajmniej ja nie rozmawiam z Tobą za pośrednictwem ochroniarza.
- Kuźwa, jakiego znowu ochroniarza?
- Tego co mi ledwo uchylił drzwi w zeszłym tygodniu.
- A gdzie ty byłeś ?
- Jak to gdzie ? U ciebie na Melodyjnej byłem.
- No tak. Teraz wszystko staje się jasne. Zawaliłam, my nie mieszkamy już na Melodyjnej.
- Jak nie mieszkacie? Trzy tygodnie temu jeszcze mieszkaliście.
- No właśnie. W czasie Twojej ostatniej wizyty jeszcze wszystkiego nie byłam pewna więc nie chciałam zapeszyć. Dogrywałam sprawy kredytu, notariusza i takie tam.
- Na ciul Notariusza? - zapytałem tracąc z powodu zdezorientowania tak zwaną kindersztubę. Iwona zna mnie zresztą od lat i wie na co mnie stać.
Tak, dzwoniła do mnie Iwona. Ta sama która razem z facetem swojego życia mieszka w domu na Melodyjnej 21. W mieszkaniu na piętrze, w którym to właśnie mieszkaniu, a właściwie przed którym miałem nieprzyjemne spotkanie z ochroniarzem.
Dlaczego do cholery jeszcze używam czasu teraźniejszego?
- Bo widzisz dzwonię Ci właśnie powiedzieć, że trafiła nam się okazja za zakup domu pod miastem.
Cały problem polegał na tym by działać szybko. Jakimś cudem udało mi się trafić kupca na stare. Jakiś biznesmen szukał mieszkania dla swojego syna. Wiesz jak to jest, synuś na studia do wielkiego miasta przyjechał. Nie chcę pytać o branżę, ale on z ochroniarzem chodził.
Szybka sprzedaż, jeszcze szybszy zakup bo faceta strasznie przypaliło. Albo miał pracę cud gdzieś za granicą, albo dług do oddania. A może jedno i drugie? Nie moja sprawa.
Trafiła się okazja i my ja wykorzystaliśmy. Kupiliśmy dom gotowy do zamieszkania. Wystarczyło tylko rozłożyć meble, wsadzić kwiaty do wazonu i mieszkać. No to rozłożyliśmy coś tam, dokupiliśmy coś tam i mieszkamy. Przy okazji na parapetówkę chciałam zaprosić. Sorry, że tak późno ale spraw jak wiesz było bez liku.
- Jakbyś chociaż słówko pisnęła to nie pchałbym się jak głupi na Melodyjną. A tam nie wpuścił mnie do mieszkania ochroniarz. Teraz mu się wcale nie dziwię. Fakt, że ten ochroniarz mnie trochę zdziwił, ale nie wiadomo do końca co w ludziach siedzi. Pomyślałem, że może Mariusz w końcu awansował na jakieś szefa wszystkich szefów.... No nie wiem co sobie pomyślałem. Myślałem, że mnie porzuciłaś jako znajomego. Jak to dobrze się mylić!
- Ciebie Antoni?!!! Nigdy w życiu!!!!
I wysypał się ze mnie worek złych emocji i opowiedziałem o drodze do niej i o płocie w denerwującym kolorze i o powrocie. O tym, że było mi głupio i źle. Na koniec, że w nerwach wykasowałem jej numer z telefonu. Tego nie mogła mi do końca wybaczyć powołując się na wieloletnią znajomość
Ma rację, ale gdyby ze względu na ową znajomość szepnęła choćby słówko?
No jak to mówią kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.
Wpis w telefonie można zrobić w mgnieniu oka i tak zrobiłem.
- No to gdzie teraz mieszkasz Iwonko i jak tam można dojechać? Komunikacją miejską rzecz jasna, bo nie zamierzam wracać od was na trzeźwo
- Masz coś do pisania?.....