poniedziałek, 28 maja 2018

Nowy stary napęd

Odebrałem samochód od mechanika. Koszty naprawy wyczyściły mi portfel, który i tak przed wyjściem po odbiór musiałem solidnie uzupełnić.
Auto niby w Niemczech robione, ale pomysł na niego był amerykański.
Ponieważ lubię cytować przysłowia i powiedzenia nie mogłem się oprzeć by nie napisać :
Ford gówno wort, a Fiat jego brat.
To co kupić ? zastanawiacie się pewnie ( nie wyłączając Nitagera ). Możliwości są ograniczone bowiem nie kupuje się samochodów na literę F, czyli Fiatów, Fordów i francuskich.
Można dalej pielęgnować stary samochód jako wartość emocjonalną, bo jak to mawiał mój ojciec w okresie małej stabilizacji gomułkowskiej, kiedy to autobus PKS miał cię zawieść w każde miejsce, choć najczęściej zawodził – Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
Powiedzenie pasowało jak ulał do tamtych czasów, choć samo pochodzi mniej więcej z 1925 roku.
Ba, pasuje nawet dzisiaj i dorobiło się różnych jego wersji. Pewną odmianą powyższego powiedzenia wytłumaczyłem sobie ową gorąca i niepohamowaną miłość do motocykla. Powiedzenie brzmi - "Gdy nie mamy, co kochamy, trzeba kochać to, co mamy.”
Jakoś tak, zawsze tworzyłem listę tego co mam by czuć się lepiej zamiast tworzyć listę życzeń jedynie w celu zdołowania.
Tak więc samochód służy mi do przemieszczania, a motocykl do kochania. Oczywiście jest to uczucie w motoryzacyjnym sensie słowa „kochać”.
Moja największa miłość życia, chociaż od kilku lat z niesprawnym napędem, jest stała i niezmienna.
Wracając zaś do motoryzacji.
KIA to południowokoreański producent samochodów. Minął już czas gdy żartobliwie nazywano je „kijankami” a kolejka tych samochodów zawsze czekała na naprawę.
Obecne samochody mają nowoczesna linię i równie nowoczesne rozwiązania konstrukcyjne.
Być może z tego powodu zerknąłem na informację o prezentacji nowych modeli.
Materiał ozdobiony był zdjęciem takiego napędu, o czym świadczył podpis pod fotką.
Boże mój, odkąd świat światem ta forma napędu jest w użyciu. Nie dość, że służy do przenoszenia z miejsca na miejsce samego posiadacza to napędza przy okazji wyobraźnię całego otoczenia.
Jest napędem przedsiębiorczości, kreatywności, pomysłowości. Powodem heroicznych czynów i całkiem głupich zachowań.
Każdy facet gotów jest na wszelkie wyrzeczenia, by pobyć na chwilę w pobliżu owego nowoczesnego napędu.
Odmieniany przez wszystkie przypadki napęd ten jest zaiste elektryzujący.
Problemem jest tylko to, że nie można mieć go na własność, a każdy myślący inaczej jest kretynem.
W najgorszym razie można liczyć na dłuższy lub krótszy leasing. Szczęściarzom  zdarza się czasami użyczenie i jak w motoryzacji, zawłaszczenie w celu krótkotrwałego posiadania jest karalne.
Mówiąc w skrócie to jest najpotężniejszy napęd w dziejach ludzkości i choć elektryzuje jak diabli jego paliwem jest testosteron. Nie wierzycie? Proponuję raz jeszcze na spokojne obejrzeć Testosteron, lub choćby poniższy fragment




czwartek, 24 maja 2018

Po co ? Na co ? Za co?

Tytuł artykułu po prostu zwalił mnie z nóg

Minister Elżbieta Rafalska: Świadczenia mogłyby być wyższe, ale nie jest tak, że niepełnosprawni nie mają na co żyć”
Nie chodzi tu o użyte stwierdzenie „na co żyć", bo nie jestem jak pewna matka.
Jej córka będąca w klasie maturalnej, zdobyła się na szczere wyznanie
- Mamusiu jezdem w ciąży
- Matura na karku, a ty mówisz jezdem? - zwróciła jej uwagę matka.
Co prawda żyje się raczej nie „na co” a „po co”, ale zdumiała mnie nie forma a przewrotna myśl przewodnia. To swego rodzaju czyjeś na to życie przyzwolenie
Wczytałem się w treść.
Poniżej było już inaczej

Żyć „za co” rzeczywiście zmienia sens wypowiedzi.
Po pewnym czasie redakcja poprawiła ewidentny błąd portalu i do czytania zachęcał już poprawny tytuł, ale jak to mówią - niesmak pozostał.
Nie odważyłbym się kwestionować lub akceptować prawa do życia, bądź wyznaczania temu życiu sensu.
Co zaś się tyczy kwestii „za co”, to jako małżonek osoby niepełnosprawnej, korzystającej z regularnej płatnej rehabilitacji, mam na ten temat własne zdanie.

wtorek, 22 maja 2018

Składane rowery i inne buzery

Zaparkowałem swoją „Gwiazdę” na parkingu, przed domem handlowym. Motocykle maja przywilej parkowania bardzo blisko drzwi wejściowych, zaraz  obok miejsca gdzie stoją rowery. Bicykle przypięte są linkami niczym konie przed barem na Dzikim Zachodzie.
Obok mojego motocykla stała już dostojna Yamaha Road Star. Fiu, fiu, taki silnik to już nie żarty, to przynajmniej 1500 ccm.
Szybko zrobiłem swoje zakupy bo i motocyklowych sakw mieści się niewiele.
Kiedy zbierałem się do wyjazdu, pojawił się również właściciel Road Stara. Serdecznie się ze mną przywitał. No właśnie z tym witaniem był mały problem, bo nie było to zwykłe podanie ręki na co byłem przygotowany. Nowo poznany skręcił jakoś tak nasze dłonie i stuknęliśmy się ramionami.
Wyszło tak sobie, ale obiecałem sobie, że poćwiczę to z Młodym. Wcześniej dodatkowo obejrzę parę filmów o amerykańskiej młodzieży. To powinno wystarczyć, aby następnym razem poczuć ten rockowy, lub raperski (licho go wie) luz. Rockowy, no pewnie, że rockowy.
Dobrze się czułem w tamtej chwili odziany w czarne skóry z T-shirtem „Motorhead”
Okazało się, że ten potężny silnik to całe 1700 cm. Kto na co dzień jeździ samochodem z silnikiem 1400 lub nawet 1600 ( jak ja) zrozumie powagę sytuacji.
Od razu dostałem zaproszenie na internetowe forum i jakiś wypad w grupie. Nie wiem czy jestem już gotowy do jazdy w grupie ? Do tej pory praktykowałem raczej jazdę w towarzystwie.
Jak na zawołanie przywołał mi się ze wspomnień chiński dowcip według którego
Jeden Chińczyk to osoba, dwaj to towarzystwo, trzej grupa, a czterej to już banda.
Przypomnę, że opowiadało się go po aresztowaniu w owych Chinach tak zwanej bandy czworga z wdową po Mao Zedongu na czele.
No więc ja na razie preferuje towarzystwom, a na bandę przyjdzie jeszcze czas.
Jazda na motocyklu jest niczym moneta, ma więc swoje jasne i ciemne strony. Chodzi jednak o to by odwrotnie niż w „Misiu” te minusy nie przesłoniły nam plusów.
Zajeździłem hamulce w swoim samochodzie na zero. W czasie hamowania jazgot był taki, że piesi uciekali z chodnika w popłochu.
Zaprzyjaźniony mechanik umówił się ze mną za tydzień z powodu nawału prac, po długim majowym weekendzie. Dobra - powiedziałem - pojeżdżę motocyklem. Już po powrocie do domu, w wieczornej prognozie pogody usłyszałem, że trochę popada.
W końcu nie jestem z cukru, nie roztopię się.
To samo powtarzałem w poniedziałek, upychając czarne skóry w specjalne ortalionowe ubranko.
Zamoczyłem tylko buty, bo rękawice przezornie schowałem do sakw.
Kolejnego dnia mój motocykl prezentował się żałośnie. Wszystkie chromy pokryte wysuszonym błotem, sakwy popielate, ale motocykl odpalał.

Tak to podróżowałem do pracy i z pracy przez kolejne cztery dni.
Piątkowa prognoza wlała w moje serce nieco optymizmu. Niestety optymizm ten szybko wylał się razem z deszczem i dodatkowo silnym wiatrem który zawładnął drzewami, krzakami i linią mojej jazdy.
Odstawiłem samochód i zacisnąłem wargi. 
- No pasaran – powiedziałem do siebie, zaraz dodałem "merde", żeby być bliżej prawdy historycznej.
- Nie mam dla Pana dobrych informacji – powiedział do mnie mechanik po rozgrzebaniu auta.
Spodziewałem się tego – odparłem.
Dobre informacje miała  panienka od pogody - Będzie ładniej.
W piątek pożałowała mnie własna małżonka.
- Nie myślę o sobie w kategoriach ofiary – odparłem od razu. - Jak mawiał mój były dyrektor, dobry ser dobra i serwatka. Poza tym to miłość, a jak wiesz kocha się nie za coś a pomimo czegoś.
Boże, ileż filozofii dorobiłem do tych przemoczonych butów i zabłoconych chromów.
Sobotnie, ładniejsze przedpołudnie poświęciłem na mycie i szorowanie chromów, skór i lakierów.
Koło południa mogłem powiedzieć –  yes ! a nawet yes, yes, yes. 
Pojawił się ten charakterystyczny refleks świetlny, grający na wydechowych rurach.
W niedzielne popołudnie wypuściłem się po okolicy, ale nie dla uczucia zwykłego wiatru na twarzy. Miałem zlecenie do wykonania.
- Teraz pora komunii i tradycyjnych prezentów – pożegnała mnie Małżonka – uważaj więc na rowery, deskorolki i nisko przelatujące drony.
Solennie jej to obiecałem
Podrzuciłem dzieciom (dużym dzieciom), galaretę o której zapomnieli dzień wcześniej, a potem ruszyłem do Krakowa.
Pomocy oczekiwała teściowa. Jej pilot do telewizora odmówił posłuszeństwa.
Wpadłem do niej i wymieniłem baterie, potem zresetowałem odbiornik i powiedziałem - do widzenia.
Działałem szybko bez namysłu i przemieszczałem sie dynamicznie niczym "Kapitan Ameryka"
- Zabawne to – powiedziałem do żony – że targa się prawie 25 kilometrów w jedna stronę by wymienić dwa paluszki w pilocie. Dwadzieścia pięć razy dwa daje nam pięćdziesiąt.
- Sam chciałeś – żona odparła zarzut którego jej nie zrobiłem.
Nie ważne te baterie, ważne te pięćdziesiąt kilometrów drogi.
Cholera, pomimo wszystko ja to lubię.


środa, 16 maja 2018

Wszystko jest rozrywką

 - Ja to się lubię od czasu do czasu rozerwać - powiedział pewien saper, odbezpieczając granat.
Być może to od niego powstał czasownik rozerwać się, nierozerwalnie (nomen omen) związany z wojskiem i ze sferą podkasanej muzy.
A może to było dużo wcześniej, kiedy po pałacowych krużgankach przechodził się pierwszy błazen królewski, a zwykłych ludzi rozrywano za pomocą czwórki koni. Czyniono to najczęściej ku uciesze ludzi niezwykłych, dla których mało było dowcipów zawodowego trefnisia.
Coś pozostało do dzisiaj z tamtego klimatu, skoro Onet tak oto zakwalifikował gatunkowo film o nekrofilu z Poznania. 





Nigdy nie lubiłem oglądać  zadawania bólu drugiemu człowiekowi, choćby dlatego oglądanie kultowej (?) "Piły" zakończyłem po kwadransie a owych "Pił" było  chyba z siedem i do tego serial, a dla smakoszy film w wersji 3D.
Nic tylko się rozrywać i relaksować.
Czy czuję z tego powodu rozczarowanie?
Co tam, wymyślono już skuteczny lek na rozczarowanie. Na razie tylko podczas seksu, ale seks jest przecież ważną częścią życia. Wynalezienie leku na ogólne rozczarowanie wydaje się tylko kwestią czasu 

Swoją drogą, zadaję sobie pytanie czy doświadczyłem rozczarowania podczas seksu?
Większego doznawałem w dzieciństwie po rozpakowaniu prezentów od Mikołaja.
W intymnych chwilach czułem choćby wdzięczność do partnerki.
Jeżeli już zdarzyło się to niemiłe uczucie, to rozczarowanie czułem raczej po seksie.
Rozczarowanie albo tylko apatię. A potem pojawiała senność która zlewała wszystkie uczucia w jedno. Sama zaś definicja słowa apatia informuje nas, że jest to stosunek do stosunku, po stosunku.
Póki co pozostaje prozac, tylko on z kolei powoduje ponoć rozczarowujące libido.



środa, 9 maja 2018

Wszyscy dla wszystkich albo tylko niektórzy dla niektórych

Murarz domy buduje,
Krawiec szyje ubrania,
Ale gdzieżby co uszył,
Gdyby nie miał mieszkania?

Dalej następują dwie zwrotki zależności, by zakończyć się takim oto finałem
Tak dla wspólnej korzyści
I dla dobra wspólnego
Wszyscy muszą pracować,
Mój maleńki kolego.
Uczyłem się tego wierszyka na pamięć już w pierwszych klasach podstawówki. Nie wiem jak jest dzisiaj bo i coraz trudniej o szewca a i poeta jakby znowu nie całkiem „nasz”
A jak się przedstawia owo wspólne dobro?
Czytam dzisiaj, że śpimy na pieniądzach. Przynajmniej statystycznie na nich śpimy.
Spojrzałem pod poduszkę, nie znalazłem nawet dwóch złotych. Wychodzi na to, że należę raczej do tych co tę średnią zaniżają.
Z drugiej jednak strony, czy z moim kręgosłupem z którego istnienia coraz bardziej zdaję sobie sprawę, mógłbym się wyspać na takim „materacu”?
Mógłbym natomiast na pieniądzach siedzieć, ponieważ siedzenia na twardym działa kojąco w przypadku hemoroidów.
Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą – mówi stare przysłowie.
Bywa, że i mądrą inwestycją w przyszłość też się zarabia.
U nas właśnie minął długi weekend, gdzie rodacy ani nie pracowali, ani nie oszczędzali, puszczając z dymem grilla niemałą kasę, a w takich na przykład Niemczech padł rekord. Ceny prądu przyjęły wartości ujemne.
Ponoć 1 maja, w "dzień ludzi pracy", po raz pierwszy w historii całe zapotrzebowanie kraju na moc pokryte zostało przez między innymi elektrownie słoneczne, wiatrowe, na biomasę i wodne
Przez dwie godziny, prądu dostarczanego z odnawialnych źródeł energii było więcej (prawie 53.978 MW), niż wynosiło zapotrzebowanie krajowego systemu (53.768 MW). Teoretycznie oznacza to, że praca elektrowni konwencjonalnych (atomowych czy węglowych) nie była Niemcom potrzebna. Jednak ze względów bezpieczeństwa nie mogły one zostać wyłączone.
A u nas? Po radosnym inwestowaniu w wiatraki rząd przychylił się do głosu suwerena, że jednak taki wiatrak mleko krowom odbiera i powoduje liczne niedogodności w tym choroby. Stworzono więc  przepisy, które gwarantują bezpieczeństwo. Nie jest to bezpieczeństwo całego kraju ale jedynie rządzących.
W sytuacji kiedy postawiono na „wungiel” można przyjąć, że górnicy do stolicy nie przyjadą i opon palić nie będą.
A że tracą ci co uwierzyli w nowe i zainwestowali?
Ktoś nie śpi żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje.
Zwyczajne w całkiem niezwyczajnym kraju. Że co ? Że powinienem napisać niezwykłym kraju? Napisałem jak planowałem.
Dzięki długofalowej inwestycji w węgiel, ceny energii elektrycznej wzrastają tak samo jak słupki zanieczyszczeń w naszym powietrzu. Jest to sytuacja normalna w przeciwieństwie do niemieckiego sąsiada u którego w tym okresie ( 1 maja) tradycyjne niemieckie elektrownie "musiały dopłacać, aby ktoś odebrał od nich nadmiar energii. Nie wiem co to "rynek spot" ale w artykule przeczytałem, że na owym rynku ceny zbliżyły się do równowartości minus 300 zł/MWh
No ale kto bogatemu zabroni?
Idź złoto do złota, my Polacy kochamy żelazo.  I kit


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Co sie stało to się nie odstanie

Stało się.
Od dwóch dni mogę ubiegać się o kartę seniora w kilku firmach zajmujących się kolejowymi przewozami, zaś do osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego zostało mi odliczanie palcami tylko jednej ręki.
Sześćdziesiąt lat czyli sześć razy po dziesięć, żeby pozostać tylko przy latach, a nie bilansować dni i nocy, albo i jeszcze gorzej.
Dzień urodzin podobny był do dnia poprzedniego i dziesiątku innych, ale wierzyłem i wiedziałem, że przyda się jakiś mocny akcent.
Mocny akcent pojawił się w drodze powrotnej do domu i polegał na wjechaniu w dupę koniakowego Suzuki Swift.
Łaskawy los spowodował, że trafiłem w tylny zderzak, pomiędzy jego wzmocnieniami a tylnym kołem. Koło mojej Yamahy zaklinowało się jednak, a przechylony motocykl pluł benzyną spod korka na baku.
Chwilę trwało zanim wyrwałem ten motor z uścisku Swifta, w końcu to masa około ćwierć tony.
- No to mam urodziny z przytupem – powiedziałem do właścicielki samochodu wypełniając oświadczenie.
- Wszystkiego najlepszego – powiedziała kobieta
- Teraz to już chyba musi być tylko lepiej – odpowiedziałem nieco jednak zdenerwowany.
Było lepiej i motocykl nie został uszkodzony. Pozwolił mi łaskawie na kontynuowanie jazdy i powrót do domu.
Kiedy wykładałem na blat kuchenny mrożone warzywa „krojone w słupki” zwróciłem się z apelem do żony
- Przygotuj z nich coś wyjątkowego, to bardzo drogie warzywa.
Dla odreagowania, zaraz po obiedzie rzuciłem się na koszenie. Pomogło, a przy każdym zapełnionym trawą koszu czułem się lepiej. Na koniec koszenia czułem już tylko zmęczenie i pragnienie.
Wieczorne winko, pozwoliło na dystans i ogólna ocenę, że dobry Pan Bóg przychyla się do moich marzeń w nie do końca jednak zgodny z moimi oczekiwaniami sposób.
Mam na to kilka przykładów o których już na tym blogu pisałem, a może kiedyś przy okazji do tego powrócę.
Rano zauważyłem opuchnięcia kostki lewej stopy i kolana nogi prawej. Do dzisiaj te fragmenty mojego ciała są barwy granatowej, a do kompletu doszło jeszcze ramię lewe które uderzyło w lusterko.
A tak to wyglądało z pozoru całkiem niewinnie.
Niestety, w motocyklu jest mnóstwo wystających elementów, a to podnóżki, a to nóżka zwana kosą a to dźwignia zmiany biegów lub hamulca.
Miał być akcent ? Był, ba było to nawet takie uderzenie jubileuszowe.
W sobotę spotkali się moi najbliżsi na urodzinowym obiedzie. Korzystając z bliskości w jakiej ostatnio mieszka moja matka, wśród gości znalazła się i ona. Szczególnie to miłe bo jestem jakby to obrazowo powiedzieć, jej prezentem urodzinowym. Mamy ten sam dzień i miesiąc urodzin, a w wieku różni nas 22 lata.
Obiad, tort, szampan i takie tam, chociaż z cyfrą na torcie było małe zamieszanie.
Sprzedająca świeczki urodzinowe, w małym wiejskim sklepiku pomyliła się i zamiast szóstki i zera
sprzedała dziewiątkę i zero. Wyszło wtedy gdy chcieliśmy wcisnąć szóstkę do tortu, a ona cały czas chciała stać na głowie.
Mieliśmy dylemat, bo nie wypadało wcisnąć w tort samego zera. Było by to zbyt osobista i wielce dla mnie krzywdząca ocena.
Szósta stojąca na głowie? W końcu sam jeste czasem nieźle pokręcony.
- Niechże to będzie dobra wróżba – powiedziałem, dmuchając płomyki z dziewięćdziesięciu.
Pytanie tylko wybrzmiało we mnie, czy akurat tego chcę ponad wszystko?
A propos chcenia, jestem w wieku w którym większą radość daje wręczanie niż otrzymywanie prezentów, jednak te otrzymane sprawiły mi niesamowita frajdę.
Dołączyłem do elitarnego klubu posiadaczy Kundeków (Kindle), w ten sposób nie będę już musiał czytać e-booków z laptopa.
Mam warunki, i odpowiednie podświetlenie a więc wypada zwiększyć swoje czytelnictwo.
O ile ? O ile czas pozwoli.
Przełożyłem też dokumenty do nowego, skórzanego portfela dla motocyklistów.
Solidny czarny portfel w wygniecionym w skórze dużym logo Yamahy Drag Star (gwiazda) moim imieniem i rokiem urodzenia. Z boku portfela wystaje metalowe koluszko do którego przypina się łańcuszek, który z drugiej strony mocuje się na pasku spodni za pomocą specjalnej szlufki.
Przypiąłem sobie to cudo do spodni i zaraz potem rzuciłem się do oglądania ulubionego filmu – „Gang dzikich wieprzy”. Polecam, chociaż zdałem sobie sprawę, że bohaterowie z których losem lubię się identyfikować, są ode mnie znacznie młodsi. Mnie zaś z racji wieku być może bardziej pasowałby ten bilet ze zniżką na koleje regionalne.
Póki co, dzisiaj z samego natarłem feralne miejsca Altacetem i siadłem na motocykl.
Sunąłem do pracy wyjątkowo pustymi drogami, a teraz siedzę w pustym biurze, patrząc jak leniwie przesuwają się wskazówki zegara.
Jutro odwiedzą mnie znajomi i sąsiedzi. Przy grillu wypada być twardym, a dla dramaturgii nie zaszkodzi pokazać śladu wylewu na kostce. A co, my twardziele.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Książki na indeksie

Parafrazując pewne popularne powiedzenie, złożyłem do kupy taki oto rym:
Cała Polska śmieje się z Was, programiści ludzkich mas.
Mnie też poniższe zdarzenie rozbawiło do żywego, ale po chwili dało mi jednak do myślenia. 
"W Lubartowie na jarmarku" - śpiewał kiedyś Andrzej Rosiewicz. Piosenka ta oprócz wprowadzenia elementu wesołości, spowodowała, że nie mylę już Lubartowa z Lubaczowem.
I kiedy wydawało się już, że poza nuceniem  -" W Lubartowie na jarmarku można kupić tanie piwo" - okazało się, że miasto to znane stało się z całkiem innego powodu
Czytam oto jakiejś regionalnej gazecie, że dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3 w Lubartowie odwołał Tydzień Harry’ego Pottera.
Miasto natychmiast znalazło się na ustach całej Polski. Powstały dziesiątki zabawnych memów i artykuły o tym, jak w bohaterze popularnej książki dla dzieci zwietrzono diabła. 
"W poniedziałek, w szkole rozpocząć miała się impreza zorganizowana przez anglistów. Jej celem była promocja czytelnictwa oraz kultury krajów anglojęzycznych. W oparciu o bestseller, po który dzieci sięgają z wielką przyjemnością. Miało się odbyć szereg wydarzeń: wspólne czytanie, pokazy fizyczno-chemiczne, wystawy fotosów, konkursy. Uczniowie przygotowywali się do akcji przez kilka tygodni, robiąc dekoracje czy kompletując kostiumy. W piątek dyrektor jednak wszystko odwołał.
Ponoć to na prośbę rodziców
   Pytali, dlaczego pozwalam na takie rzeczy. Mówili, że to książka nieodpowiednia dla dzieci – tłumaczył, dyrektor szkoły  – Przynosili mi wydruki fragmentów książki, gdzie mowa była o cmentarzu, jakimś przywiązanym bohaterze i spuszczaniu krwi. Mocno naciskali. Straszyli mnie sądem, jeśli nie wycofam się z organizacji. Chcieli sprawę „skierować dalej”.
Rodzice, których oburzyła decyzja dyrektora, są przekonani, że dyrektor uległ naciskom katechetek, proboszcza i burmistrza. – Tym bardziej, że podobna sprawa zdarzyła się kilka lat temu w innej z lubartowskich podstawówek – podkreśla mama jednego z uczniów."
"Za Lublinem za Rzeszowem
w mieście zwanym Lubartowem
mej młodości przyszedł maj
w Lubartowie piękny kraj"
I do tego mentalnie w czasach młodości naszych rodziców, co z pewnością spodoba się gościom z nowoczesnego świata. Kto by nie chciał, choć tylko na chwilę, do skansenu.
Pytanie pozostaje jedno, jak wielki jest ten skansen i czy granic jego nie należy szukać wzdłuż granic administracyjnych naszego pięknego kraju.
W końcu - Piękna nasza Polska cała. Piękna żyzna i nie mała.   
Z własnego doświadczenia wiem jak trudno pozostać niezauważonym gdy się ma  kontakt z  kontrowersyjną literaturą.
Grubo ponad dziesięć lat temu znalazłem się  w szpitalu w  Cesarsko Królewskim Mieście Krakowie.  
Przygotowując się do zabiegu, porzuciłem kontakt z telewizją, a w celu odtrucia organizmu założyłem na uszy słuchawki z tak zwaną muzyka poważną. Zaraz też sięgnąłem po książkę. Hitem w tym czasie stała się powieść Dana Browna Kod da Vinci.
Czytałem sobie tę książkę, czytałem, przerywając na czas posiłku lub obchodu lekarskiego.
Właśnie do sali weszła grupa medyków, która pochyliła się nad moim problemem ze zdrowiem. Szybko odłożyłem książkę.
Coś tam pogadali, coś zanotowali i już odchodzili gdy jedna z sióstr powiedziała do mnie:
- O, czyta Pan tę książkę od której można stracić wiarę.
Stwierdzenie mocne, szczególnie, że rzecz cała miała miejsce w szpitalu prowadzonym przez Ojców Bonifratrów, zaś opiekunkami chorych były w dużej części siostry zakonne.
Grupa medyków odwróciła się w milczeniu pełnym ciekawości.
Nie pozwoliłem jednak na to by ta niezręczna chwila trwała i odpowiedziałem tak
- Droga siostro, a ileż by była warta nasza wiara, gdyby jedna głupia książka mogła już zniszczyć?
- Ma Pan rację - powiedziała lekko zawstydzona zakonnica.
Medycy wrócili do swoich zajęć, ja do lektury, ale pamiętałem już by na czas przerwy w czytaniu odkładać książkę tytułem do spodu.
Po co mierzyć się z zarzutami, gdy już musiałem mierzyć się z bólem.
Książki nikt mi nie zabronił czytać i przy okazji nie zabronił myśleć.
Zastanawiam się jednak,  jak daleko w głąb sięga nasza wiara, kiedy już zedrzeć z niej tę ludową i nieco odpustową powłokę.
Może okazać się, że pod skorupą nic już nie ma



A to dopiero może okazać się bolesne.