wtorek, 17 lipca 2012

Nuda mi nie grozi


Dziewczyna sprowadziła się do mnie w niedzielę. Akurat próbowałem nawiązać połączenie przez Skypea z moją żoną, kiedy zadzwonił domofon. Wpuściłem ją i powróciłem do prób łączenia. Najpierw pojawił się głos, a później obraz. Rozmyty i niewyraźny jak dwudzieste kopie filmów VHS, kupowanych kiedyś na giełdach. Na nic zdały się nowoczesne technologie, ponieważ syn moich Francuzów otrzymał w prezencie nowy laptop i korzystając z internetu, ściągnął niezbędne oprogramowanie. Wykorzystał w ten sposób cały, miesięczny limit transferu danych. Ja zostałem tylko bez kontaktu z żoną, ale Eric ze swoją firmą też jest bez kontaktu.
Kids – powiedział tylko na podsumowanie - A można było poskoczyć do któregoś ze znajomych z WiFi i dostępem bez limitu.
Można, ale kto by kazał myśleć w kategorii wygody innych?
Skąd ja to znam?
Dziewczyna rozłożyła plecak w pokoju żony, który zajęła.
Uprzedzam pytanie i informuję, że wszystko to się dzieje za zgodą i przyzwoleniem małżonki.
Dziewczyna dopiero co obroniła pracę i pojawiła się jako świeżo upieczony magister. Przez ostatni rok sumiennie i bezinteresownie rehabilitowała moją żonę. To taki uśmiech losu który pojawił się w naszej trudnej sytuacji. Beata została przez nas nieformalnie adoptowana, oczywiście za zgodą jej właściwych rodziców. Często po rehabilitacji zostawała jeszcze chwilę jedząc obiad przy wspólnym, rodzinnym stole.
Wiele razy wspominałem że chciałem mieć córkę. Od kilku tygodni mam synową, a więc jakaś rekompensata jest.
Teraz Beata przyjechała na tygodniowe szkolenie z dziedziny rehabilitacji, a ma zapowiedziane, że na zawsze może ten dom traktować jak swój rodzinny.
Pojawia się wieczorami i grzebie w swoim laptopie do późna. Może jest trochę zestresowana, bo najczęściej miała kontakt z moja żoną. Ale i ja się staram. Wbrew temu co twierdzi mój młodszy syn, nie zawsze jestem upierdliwy.
Przy okazji okazało się, co było wiadomym wcześniej ale jakoś się zapomniało, że brakuje nam jednego klucza do górnego zamka. Zabrałem klucze teściowej, ale widząc żal w jej oczach, czym prędzej odszukałem specjalistyczny punkt dorabiana kluczy tej marki i ze specjalną kartą pojawiłem się tam po pracy.
Udało się i za prawie osiem dych stałem się posiadaczem dwóch sztuk. Mogłem więc oddać klucz teściowej i obserwować jak na jej twarzy znowu pojawia się spokój.
Jak to zwykłe klucze mogą wywołać tyle emocji.
Pozostając w poczuciu wdzięczności za pobyt na wsi i transport do domu, odbierając klucze, teściowa wyprasowała mi wszystkie koszule i podkoszulki. Trochę tego zebrało się za okres dwóch tygodni. Wszystkie wyprane i równo złożone, czekały na żelazko.
Nie, że ja nie umiem prasować. Umiem ale nie lubię. Jeżeli zlecę to treściowej, która deklaruje, że w przeciwieństwie do mnie lubi, zyskuję podwójnie. Mam wyprasowane koszule i zadowoloną teściową. On po prostu lubi być potrzebna.
W ten sposób jej pomoc jest pod kontrolą.
W innym przypadku dobroć i gotowość niesienia pomocy jest przytłaczająca swoim ogromem.
Jak tak teraz patrzę na powyższy tekst,uświadamiam sobie, że otaczają nas ludzie bezinteresowni i chętni do pomocy. Przynajmniej niektórzy. Jak do tego dołożyć Francuzów, to chyba jestem szczęściarzem. Użyję liczby mnogiej – jesteśmy – bo to w dużej mierze sprawa mojej żony.
Zachęcony wcześniejszą pogodą, Młody wylądował na wsi. Niestety temperatura postanowiła odpuścić i dla równowagi nie szczędzi deszczu.
- Ja tak zawsze mam – stwierdził
- Czy ty wiesz ile osób powie to samo?
Sam nie jestem do końca zadowolony z tych ekstremalnych doświadczeń. Po pierwsze w upały odpuściłem rower. Taki facet po pięćdziesiątce, łatwo może zafundować sobie zawał, wspinając się na wały przeciwpowodziowe Wisły. Teraz kiedy nie jest gorąco, leje co chwilę. Muszę poczekać na sprzyjająca atmosferę. A może tylko tak sobie wymyślam problemy?
Tak pomyślałem, kiedy wczoraj wieczorem oglądałem efekty trąb powietrznych na północy Polski.
Że były w całej Polsce?
Na południe ode mnie tylko góry, a tu niepodzielnie rządzi wiatr halny i on nie wpuści do siebie jakiejś trąby na amerykańską modłę. A na północ ode mnie jest już cała reszta Polski.
To się nazywa geografia względna.
Kręgosłup znajomej od pierogów zafundował sobie kolejne strzyknięcie. Tak więc od wczoraj znowu praktykuję za brata zastrzykowego.
Wpadła do mnie, do pracy wczoraj, całkowicie połamana i załamana.
- Zrób mi zastrzyk
Za chwilę, albo w tak zwanym międzyczasie pojawili się też: żona szefa, specjalista od alarmu, klient, a na końcu brygada ochroniarska.
A kiedy już był komplet, pojawiłem się ja, wychodząc ze zużytą strzykawką do głównego pomieszczenia.
Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Cóż było robić? Niespiesznie zgiąłem igłę i wyrzuciłem strzykawkę do kosza.
- Przepraszam bardzo, ale czułem się jakiś taki jakiś zagubiony – powiedziałem puszczając oko.
Za chwilę do pomieszczenia weszła znajoma
- Już mi lepiej. Wpadnę do Ciebie wieczorem na powtórkę.
Gdybyście widzieli te szczęki, które zwisły wszystkim obecnym.
Szefowej i gościowi od alarmów na wysokość biurka. Ochroniarzom na wysokość paralizatorów. I tylko klient powiedział, że chyba pomylił firmy i znikł tak szybko jak się pojawił.
Każda próba tłumaczenia tej sytuacji zdana była na niepowiedzenie. Przecież każdy z nas widzi to co chce widzieć.
Nie podjąłem więc trudu tłumaczenia, ciesząc się z sytuacji w której nikt nie poruszył tematu strzykawki. Ponoć w domu powieszonego nie mówi się o sznurze.
Wszystko jest w porządku. Zastanawiam się tylko, czy z z tego zdarzenia nie urodzi się jakiś dalszy ciąg.
A myślałem, że ten czas bez żony, to będzie okres wielkiej nudy.
Nic z tych rzeczy.

20 komentarzy:

  1. Wszystkie te wydarzenia wokół Ciebie wskazują jasno, że jesteś otoczeniu potrzebny. Jakież to budujące, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie patrzyłem na to w ten sposób. A więc dziękuję.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. No ładnie. Dalszy ciąg to się na pewno urodzi ;) W całej okolicy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pewnie już powinienem się bać
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Czyli że wyszedłeś na narkomana - dziwkarza. Szacun!!!
    A ta Beatka to jakiś lachon czy raczej nie ma na czym oka zawiesić.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wobec adoptowanej córki mogę używać tylko ładnych słów.
      I takich użyłem, choćby w tekście.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Antoni! " Pod osłoną nocy, nuda Ci nie grozi, a zazdrość to wymysł cywilizacji". Powoli wszystko zaczyna się układać w logiczną całość... Ledwie żona wyjechała, a Ty strzykawka w rękę i...w miasto, ale przecież Ty w czasie godzin pracy uprawiasz lewiznę.
    pozdrawiam, Hanula
    PS A wracając do oficera, co to nie całował swojej żony od tak dawna, to może on tak z troski, albo oszczędności. Kiedyś czytałam , jak facet tłumaczył swoje wizyty w domu publicznym. Otóż on miał ogromne zapotrzebowanie na seks, z żoną tego nie mógł robić tak często, bo by się zmęczyła bidulka, nie chciał jej nadwyrężać.Oficer pewnie miał tak samo.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Hanula
      Z tym oficerem, czy facetemt w domu publicznym to jeszcze nic takiego. Ostatnio czytałem gdzieś w necie o żonatym facecie, któremu kochanka robiła loda. Widząc jego zadowolenie spytała: a żona ci tego nie robi. A jakże by, przecież ona tymi ustami nasze dzieci całuje....ha..ha. Pozdrawiam JerryW_54

      Usuń
    2. Troską wobec żony pewien ojciec tłumaczył swojemu synowi wizytę w burdelu.
      Daj synu spokój. Dziwki takie tanie, że szkoda mamusię budzić
      Można i tak
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. A co jeśli taki amator lodów trafi na wielbicielkę hot pepperoni, wasabi, tabasco czy papryczek chili. Wszak to także tymi samymi ustami . Pozdrawiam, Hanula

      Usuń
    4. Hanula. Chcesz mnie wkręcić?
      Wiedza co do szczegółów sugeruje doświadczenie praktyczne.
      Pozdrawiam

      Usuń
    5. A jakże- praktykuję, nie lubię mówić o czymś, czego sama nie spróbowałam.Choć jeśli chodzi o papryczki i hot pepperoni, wystarczył raz, więcej nie tknę. :)))Hanula

      Usuń
    6. Szczególnie, że o ostrych papryczkach chili, lub piri-piri, myśli się dwa razy. Raz jedząc a drugi raz następnego dnia rano.
      A ja je lubię. Konkretny smak, konkretne działanie.
      Pozdrawiam

      Usuń
    7. Piri-piri- smak konkretny i konkretnie trzeba zapić czymś równie ognistym. Nic dziwnego,że pamięć o spożyciu wraca następnego dnia:)Pozdrawiam, Hanula

      Usuń
  5. Cześć Antoni
    To brzmiało jakoś tak...baba z woza... czy cosik w tym rodzaju. Pozdrawiam,JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniom lżej. W tym przypadku jednemu.
      A jak kto przyzwyczajony do ciężarów?
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Przy tak rozbudowanej siatce osób chętnych do bezinteresownej pomocy jak i przy Twoich zdolnościach nuda nie występuje w przyrodzie! :))
    Świetna scenka, poczułam się jakbym tam była, tyle że ja bym pewnie dopowiedziała jeszcze swoje trzy grosze! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przy jednym ochotniku mógłbym kontynuować grę pozorów, ale wszystkich zatkało.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy nie wiadomo czym zadziwimy otoczenie;) Wszystkim się wydają, że znają Antosia jak własna kieszeń a tu nagle strzykawa! I obca baba!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest jeszcze parę rzeczy o których nie pisałem. Mogą zadziwić albo zdziwić, to kwestia odbioru.
      A jak już kłuć to obcą. Nie?
      Pozdrawiam

      Usuń