czwartek, 31 grudnia 2009

Grudzień 2009

30 grudnia 2009
<title></title><style type="text/css"> </style>
Butelka musującego wina, nie wiedzieć czemu nazywana powszechnie szampanem schłodzona, odszukałem również dwa kieliszki do kompletu.
To na wypadek wypisania żony na Nowy Rok ze szpitala, do którego zawiozłem ją w środku nocy, wywołując tym wyraźne niezadowolenie pracowników Izby Przyjęć. Uczyniłem to zgodnie ze skierowaniem od innego lekarza, który stwierdził że tak bezwzględnie trzeba. Szkoda słów, szkoda emocji. A swoją drogą, czego używa się do prania białych lekarskich kitli? Oprócz zabrudzeń proszek usuwa również empatię.
No więc jeżeli uda się ze zdrowiem, to ten wieczór spędzać będziemy we dwoje. Kameralnie: moja żona, ja i czterdzieści dwa kanały TV, z którymi zrobię wszystko, aby nie oglądać po raz kolejny „Kevina...” , lub „Szklanej pułapki”.
Pozostaje tylko czekać na wyroki lekarskiego konsylium, na północ, a potem już tylko pierwsza kartka z nowego kalendarza na 2010 rok.
Jeżeli żona nie wróci to też spędzimy go razem, w myślach, marzeniach, telefonicznej rozmowie.
Jeżeli moim kompanem będzie jedynie pilot od TV, kieliszek nawet taki od kompletu, nie będzie mi potrzebny.
Ponieważ do szampańskiej kanonady zostało jeszcze trochę godzin, chcąc czy nie chcąc analizuję ten rok, który już prawie za drzwiami. Pozostawił jeszcze stopę we framudze, jakby z obawy przed zbyt silnym trzaśnięciem. A może tylko nasłuchuje, czy ktoś nie zaprosi go do powrotu.
Stary Roku ! Niczym wieszcz powiedź sobie : Jedźmy nikt nie woła , i wjedź na wzburzony przestwór oceanu (Cieni).
Kiedy patrzę chen za siebie w tamte dni co już minęły nieraz myślę co przegrałem, a co diabli wzięli.. jak śpiewał klasyk.
Jak każdy i ja mam swoje plusy i minusy a także fusy, wydarzenia które mnie samemu trudno do jakiejkolwiek kategorii zakwalifikować.
Zacząłem więc tworzyć listę
Plusy
Zmieniłem pracę – czując marazm ogarniający mnie w poprzedniej, rzuciłem wyzwanie losowi. Niechaj pokolenie plus pięćdziesiąt nie znaczy nieudacznik .
Powoli acz systematycznie odbudowuję relacje z synami, szczególnie z młodszym.
Z braku czasu rzadziej oglądam telewizję, co dziwne, ale nie blokuje to mojego rozwoju. W dalszym ciągu odrzucam seriale, a nowego Bergmana cosik nie widać.
Pracuję na swoim pisaniem. czasami jednak gdzieś przestawię przecinki, a naród czujny jest.
Minusy
Stan zdrowia żony postawił na głowie plany na święta, ferie wakacje, może nawet życie.
Tak mało czasu aby kochać Gorce, w Gorcach. A miłość na odległość jest niezmiernie trudna.
Kiedy tak widzę ten mój dom bez życia jest mi smutno.
Kino .Do bram tej świątyni sztuki pukałem niezbyt często acz regularnie. Zatraciłem tę regularność.
Jestem już pewien że do właściwej interpunkcji potrzebny jest chociaż minimalny słuch muzyczny. Niestety nie posiadam.
Fusy
Powiedziałbym cała reszta, ale wyjdzie z tego, że to moje życie jest strasznie szare i monotonne
Po co się dołować?
Zmiąłem papier i wyrzuciłem do kosza. Bez z żalu
Bo tak naprawdę, to najbardziej mi żal:
Blaszanych kogucików, baloników na druciku, cukrowej waty i z piernika chaty
Antoni Relski
40 komentarzy
26 grudnia 2009
Rozważny się jakiś taki ostatnio zrobiłem. A dodatkowo tym rozważaniami postanowiłem dzielić się ze światem zewnętrznym. Już trzeci mój post od dziesiątego listopada zaczyna się od  słowa   - Rozważania.
Rozważny i romantyczny. W damskiej wersji to tytuł filmu z Emmą Thompson.
Romantyczny?  Na ile czas pozwoli.  Niestety  to ostatnie stwierdzenie odziera  rozważania z tej tajemnej magii. W jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych  emitowany jest cykl: „Tak miłość się nie zdarza”.  Po obejrzeniu kilku odcinków wiem już,  że wspaniale kochają: aktorzy, politycy i celebryci. Trzeba wspiąć się na  świecznik,  aby z jego perspektywy  inni zobaczyli   jacy jesteśmy wspaniali w swoich porywach  miłości i falach  uniesień. Uczucia  udoskonala  pozycja społeczna  człowieka. I przysłowiowy już pęk czerwonych melancholii, podarować może jedynie  bohater  foto sesji z Vivy.  A jeżeli już panna nie chce tych róż,  że takie zwykłe że czerwone,  to się ją po prostu zmieni. A tytuł w  magazynie ogłosi.:  Nowa partnerka Piotra M.  Poraniony aktor próbuje poukładać swoje życie.
A my nie bogaci, nie znani, nie popularni?. Czy nasze uczucie to wulkan, wodospad, kaskada uczuć, czy zwykła prozaiczna fizjologia.
Myślę że uczucia akcentowane poza mediami, artykułowane do konkretnej osoby,  bez  obecności obiektywów i kamer zasługują na szacunek. Wielki szacunek.
Od dnia ślubu,  kiedy to matka mojej żony stała się dla mnie teściową,  odwiedzam ja w jej mieszkaniu, witając się po drodze  z mieszkańcami klatki. Najpierw bo tak wypadało, później budując osobiste relacje.  Inaczej nie potrafię, muszę  zamienić parę słów,  zapytać o zdrowie, pochwalić nowy zakup.  Może jestem w tym denerwujący, ale to fragment łańcucha DNA który odziedziczyłem po swoim Ojcu.
Piętro wyżej, dokładnie nad  mieszkaniem teściowej żyła rodzina  ze srebrnym stażem małżeńskim (25).  Kiedy  dzieci nie wymagały już trzymania za rączkę,  oni chwycili się za ręce i tak ręka w rękę spacerowali przez życie.  Na zakupy, dla relaksu,  na wszelki wypadek. Czasami  gdy wracali  ze spaceru  z zaplecionymi dłońmi, ona w drugiej ręce trzymała kwiat,  czerwony liść, czy gałązkę z dojrzałym kasztanem.
- Patrzmy na to i uczmy się,  aby być przygotowanym gdy przyjdą nasze lata    powtarzaliśmy sobie z żoną. Raz ja jej, raz ona mnie,  w zależności od tego które pierwsze dojrzało Zosię i Pawła wyłaniających się z bocznej uliczki.  
Któregoś dnia zobaczyłem Pawła. Szedł samotnie.  Energicznie pokonywał przestrzeń, prawie biegł.  Nie zatrzymywałem go wtedy za pierwszym razem i następnym też nie miałem odwagi.
Czułem że stało się coś niedobrego, ponieważ nie widziałem  uśmiechu, tak charakterystycznego dla jego twarzy.
Za dwa tygodnie przyszedł do mojej teściowej. Nad kubkiem herbaty płakał jak małe dziecko.
- Nie wyobrażam sobie życia bez Zosi. Jeżeli ona odejdzie ja pójdę za nią.
Zosia zachorowała nagle. Nowotwór zaatakował błyskawicznie. Nie pomogły zabiegi, chemie i naświetlania. Zosia marniała w oczach, a ostatnie spacery były chyba tylko czarowaniem rzeczywistości.  Może stworzeniem warunków do wspomnień. Tak terapia miejsca i sytuacji.
Niestety terapia nie pomogła, leczenie zresztą też nie. Zosia odeszła w jakieś zimowe przedpołudnie. Tak cichutko jak ciche było jej życie, bez  gestów i słów.  Kiedy po pogrzebie Zosi, Paweł nie pokazywał się  przez jakiś czas, przekonywaliśmy się że to normalne.
Kiedy pojawił się powtórnie u mojej teściowej nie wyglądał lepiej. Powtórnie widziałem go płaczącego nad kubkiem herbaty.
Pani Jasiu powiedział – ja nie mam po co żyć.  Tam gdzieś,  gdzie teraz  Zosia, tam jest moje miejsce.  Ona szykuje mi tam pokój.
Cóż  też Pan opowiada sąsiedzie -  ratowała sytuację teściowa.  Ma pan dzieci, ma pan dla kogo żyć.
Bez Zosi, to nie mam dla kogo - podsumowywał każdą wypowiedź,  załamany Paweł.
Nie widywałem go już w alejkach wokół bloku czy zakonnego ogrodu. Częściej siedział na cmentarzu, zapatrzony w mogiłę, całkowicie nieobecny. Wśród grobów, na cmentarnych alejkach  toczyło się teraz jego samotne życie. 
Mijała wiosna,  a lato rozpoczynało swoje szaleństwa. Gdzieś koło sierpnia gruchnęła wiadomość - Paweł ma raka.
Jak w przypadku Zosi,  nowotwór skrycie dokonał zniszczenia. Po krótkiej walce stało się jasne,  że pomóc mu można tylko poprawiając komfort ostatnich chwil. W jeden z ciepłych jeszcze październikowych dni Paweł zamknął oczy, na zawsze. Pogrzeb z pomocą sąsiadów zorganizowały dzieci.  Pożegnanie, bez wielkich słów, bez wielkich łez. W końcu miał jak chciał, poszedł do swojej ukochanej Zosi. Paradoksalnie spełniło się  jego największe marzenie ostatniego roku.  Niewyobrażalne,  że jak postanowił, tak zmarł w niecały rok od pogrzebu ukochanej żony.
Tak  miłość się nie zdarza,  gotów byłbym  zakrzyczeć po wysłuchaniu takiej historii, tylko że ja byłem jednym z uczestników tego scenariusza. Los dał mi rolę statysty w tamtych wydarzeniach.  A przypomniałem sobie o nich z okazji, świąt,  mojej rocznicy,  w końcu zamiast odpowiedzi na pytanie czy oprócz rozwagi jestem  również romantyczny.
I nie ucieknę przed odpowiedzią, na to samemu sobie zdane pytanie. 
Antoni Relski
179 komentarzy
23 grudnia 2009
Karp nie pływa już w mojej wannie. W zasadzie nie mam wanny, a  ganiające w prysznicowym brodziku ryby wyglądają komicznie.  Nie jestem entuzjastą  pochodów  i demonstracji na rzecz czy,  przeciw rzeczy. W sprawie godnej śmierci karpia, gotów jestem jednak  maszerować, nawet na Kopiec. Kupiłem filety. Co prawda Ellea przypomniała mi że filet był za życia karpiem, ale kiełbasa też była za  życia świnią.  C`est la vie.  A więc karpia mogę odhaczyć.  Tradycyjna kapusta z grzybami, barszcz i uszka do niego też obecne. Z opłatkami kościelny przybył jeszcze w listopadzie, bo ponoć  nasza parafia duża.  Wino odpowiednie do ryby, odpowiednią temperaturę uzyskuje na balkonie, a prognozy pogody  pozytywnie rokują odpowiedniemu schłodzeniu. Rodzina zaproszona, potwierdziła swoją obecność. W tym roku przy wigilijnym stole musi być nas dużo, to działa anty łzawo. Łez nie zakładam chociaż liczę się z nimi. Jeszcze tylko jutro  odwalić te cztery czy pięć godzin  bezsensownej obecności w pracy  i święta. Dzisiaj pakuję  prezenty, jutro podrzucę pod choinkę, tą  którą ubierałem w niedzielę. Sam wieszałem światełka i banieczki, ponieważ dzieci mam już za duże, a na pomoc elfów nie mam co liczyć. Moje dzieci  nie mają jeszcze własnych dzieci, nie muszą się silić na ukłony dla tradycji. Przyjdzie jednak ich pora, więc lepiej było by ćwiczyć już dzisiaj. Inaczej można wyjść na idiotę przed własnymi dziećmi, a tego byśmy im nie życzyli. Swoboda obyczajów i łagodne podchodzenie do zwyczajów świątecznych świadczy o europeizacji, a nawet amerykanizacji  relacji.  Jeżeli nic się nie zmieni, amerykanizacja  naszego życia wygoni młodych do pubów na wigilijną szklaneczkę whisky.
Dopóki jednak tradycyjna pierwsza gwiazdka gromadzi nas wokół wigilijnego stołu i łamiąc się opłatkiem  składamy sobie życzenia,  chciałoby się powiedzieć … nigdy nie zagaśnie.
Dopóki na świątecznym stole kładziemy dodatkowe nakrycie dla zabłąkanego wędrowca …nie zagaśnie. Kiedy Bóg się rodzi jesteśmy pewni że rodzi się dla nas.
Korzystając  z dobrodziejstwa tych naszych świąt Przyjmijcie najserdeczniejsze życzenia wszystkiego co najlepsze, najcieplejsze  i bardzo rodzinne. Zdrowia, uśmiechu na każdy dzień nadchodzącego roku, a przed wszystkim zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Dla wszystkich Was z którymi dane mi było spędzić ostatni rok  blogowania, oraz dla każdego zbłąkanego wędrowca który przypadkiem trafi  na te strony.  Wesołych Świąt      
Antoni Relski
9 komentarzy
19 grudnia 2009
Leniwie podniosłem powieki. W sypialni panował półmrok,  który był efektem zarówno ciężkich zasłon jak  i pory roku.  Grudzień,  końcówka , dokładnie dwudziesty czwarty - Wigilia.
W sąsiednim pokoju też  nie widać było charakterystycznej czerwonej łuny na ścianie.  Znaczyło to, że kominek wygasł na dobre. Rozejrzałem się wokół coraz bardziej trzeźwym wzrokiem, sen odpłynął gdzieś w kąt, a jego miejsce zajęło rzeczowe planowanie najbliższej przyszłości.  Obok oddychając miarowo,  spokojnie spała żona. Wysunąłem się delikatnie spod ciepłej puchowej kołdry, zbytku na jaki pozwoliliśmy sobie w związku z pomieszkiwaniem na wsi. Narzuciłem na siebie szlafrok  i poczłapałem do łazienki. Po drodze zahaczyłem o salon, żeby  potwierdzić  to co czułem  całym sobą,  że kominek naprawdę  już nie grzeje. Zerknąłem przez okno. Pojedyncze płatki śniegu delikatnie wirowały wokół własnej osi, opadając łagodnie  na ziemię i powiększając wysokość zaspy która blokowała drzwi wyjściowe na podwórko. Termometr w rogu okna wskazywał minus dziesięć. Od razu poczułem chłód ogarniający całe moje ciało. Odruchowo dmuchnąłem w dłonie i roztarłem jedną o drugą. Biegiem wpadłem do łazienki,  nadzwyczaj zimnej o tej porze dnia. Włączyłem grzejnik i czekając chwilę    termowentylator  trochę złamie powietrze,  zabrałem  się za codzienne ablucje.
Bez zbytniego ociągania  wskoczyłem w  jeansy, narzuciłem na siebie t-shirt,  a następnie  stary sweter z owczej wełny, równie praktyczny jak i sentymentalny elementy wiejskiego ubioru. Praktyczny ponieważ zima nie mogła mi nic zrobić do minus  piętnastu stopni,  sentymentalny zaś dlatego, że wełnę dostałem od jednej ciotki, przędzenie zapewniła druga z  ciotek, a na druty wzięła moja własna, ślubna małżonka. Półgolf  pod szyją, ozdobiony szerokim warkoczem z góry na dół, towarzyszył mi w nie jednym odśnieżaniu . Tak przygotowany wyszedłem na zewnątrz, pchając z całych sił  zasypane drzwi i zaraz zająłem się machaniem szeroką czerwoną łopatą. Po kwadransie teren przed domem znaczyły tunele szerokie na wymiar czerwonej łopaty. Wykorzystałem  je zresztą natychmiast do  znoszenia  drewna z drewutni,  do wielkich koszy stojących w sieni. Kiedy odwaliłem najpilniejsze ranne prace, wróciłem do domu i włączyłem ekspres do kawy. Czekając aż woda dojdzie,  cichutko wszedłem do sypialni. Żona spała jak ją zostawiłem, cicho, spokojnie, wręcz  beztrosko. Wsadziłem ręce pod kołdrę , po chwili poczułem delikatne rozgrzane nocą ciało. Przesunąłem ręką po koszuli i nie czekając aż ręce dostosują się do ciepła,  wsadziłem je głęboko w dekolt. Objąłem zdecydowanym ruchem piersi.  Nagły krzyk żony potwierdził mi,  że dobrze trafiłem .  
- Kochanie wstawaj, dzisiaj ważny dzień  – powiedziałem całując  ją w szyję.
Załagodziłem tym  pocałunkiem całą serię wymówek,  która niechybnie spadła by na mnie za szalony sposób ogrzania dłoni.
Ekspres przepuścił  już  kawę przez bibułkę tak,  że można było popijając świeżą aromatyczną kawę, ułożyć w stosik smolne szczapki. Przywrócić do życia kominek strojny w komplet  ceramicznych kafli to najważniejsze zadanie poranka. Ogień chwycił i ślizgając się po drewnie rozjaśnił wnętrze  paleniska. Dorzuciłem pierwsze kawałki, najpierw sosnowego, by gdy osiągnie właściwą temperaturę włożyć duże bukowe polana. Płoną  one powoli,  rozgrzewając powietrze  z siłą węgla. Dwie grzanki  dopełniły śniadania.  Żona  zajęła się   kuchennymi pracami, przypominając mi jednocześnie abym koniecznie odwiedził  Maryśki. W  myśl jakiejś starej tradycji, aby następny rok darzył się jak trzeba, niezbędne są odwiedziny wigilijnym porankiem faceta.  On to ponoć gwarantuje powodzenie i pieniądze w nadchodzącym nowym roku. Maryśki zamykają się więc specjalnie w swoich domach i monitorując sytuację zza firanki, pilnują aby żadna baba nie wpadała jako pierwsza. Dotyczy to zwłaszcza trzeciej Maryśki,  która ma w zwyczaju łazić po chałupach pożyczając  trochę cukru , lub soli, lub czegokolwiek,  ponieważ pożyczanie też ponoć zwiastuje powodzenie,  ale tylko pożyczającemu, ponoć kosztem  życzliwych.  Taki przesąd.  Chciał nie chciał, pukałem  po  kolei do drzwi moich sąsiadek.  Ze trzy zgrabne zdania i cześć Pani Gieniu. Wróciłem  do chałupy. Ubrałem dodatkowy ocieplacz i z siekierką w ręku wybrałem się po rodzinne drzewko.  No może nie całe drzewko,  ale dwie długie jak to się tutaj mówi -  smrekowe gałęzie.  Podwieszam  je u powały i dekoruję jak choinkę.  Wydaje mi się wówczas, że jestem taki ekologiczny, ponieważ biorę tylko po jednej dolnej gałęzi z dużego świerka, co nie pogarsza jego sytuacji a mnie sprawia prawdziwą frajdę.
Zabrałem Młodszego i  uzbrojeni w  niedużą siekierę  udaliśmy się  w kierunku  lasu.
Śnieg obdarzył nas w tym roku dobrobytem puchatych zasp i kop zbitych z odgarniętego na pobocze białego puchu. Niska temperatura gwarantowała niezapomniany Wigilijny wieczór. Z gwiaździstym niebem, trzaskającym mrozem, strzelającymi smolnymi szczapami w kominku.  Żyć nie umierać. Do pełni szczęścia brakowało nam jeszcze smrekowych gałęzi,  po które właśnie szliśmy.  Minęliśmy ostatnią chałupę. Biały grzbiet wzgórza zakrył już obrysy dachów,  poprzez śnieg łagodnych i puchato ciepłych,  chociaż te łagodności i cudowne zaokrąglenia powstały za sprawą  jak by nie było … mrożonej wody.  Kiedy  na horyzoncie majaczyły już tylko dymy zaczynające się niczym ogniska z górskiego grzbietu, nie mogłem oderwać oczu od tego widoku.  Uległem nawet temu wrażeniu, ale trzeźwa logika zwyciężyła.  Któżby palił w taki dzień sobótki. Po prostu nie te święta. Gdzieś tam w dole żona  przygotowywała  tradycyjne ciasto basków,  a my po kolana w śniegu szukaliśmy swoich gałęzi. W tym  szukaniu zagłębialiśmy się dalej i dalej w las,
a jak mówi stare przysłowie, im dalej w las tym więcej drzew. Żadna jednak  z oglądanych gałęzi nie wydawała nam się wystarczająco zgrabna do dekoracji salonu.  Kiedy zatoczyliśmy już  spore koło,  zdecydowaliśmy się w końcu na jedną,  a później  drugą,  znajdującą się na sąsiednim świerku.  Powoli wdrapałem się do góry i to wdrapywanie szło mi nawet całkiem zgrabnie. Niczym miś Yogi z popularnej kiedyś kreskówki,  tkwiłem już ponad dwa metry nad  ziemią,  o krok od wymarzonej gałęzi.  Kiedy  zbliżyłem się na wyciągnięcie dłoni,   sięgnąłem prawą ręką za pasek  gdzie trzymałem siekierę.  Niestety nie znalazłem tam tego czego szukałem. Sprawdziłem lewą ręką, również  bez rezultatu.  Rozejrzałem się wokół. Po chwili zauważyłem ją , francę jedną, spokojnie stojącą pod sąsiednim drzewem .
- Młody podaj mi siekierę    krzyknąłem na Młodego,  który zagapił się na coś w głębi lasu i trwał w tym zapatrzeniu,  niczym zahipnotyzowany.
Po chwili  wrócił do rzeczywistości i łapiąc siekierę za trzonek krzyknął :
- Rzucam,  a ty łap.
- Nie wygłupiaj się  - zdążyłem krzyknąć tylko i  wtedy  nogi zmęczone przedłużającym się oplotem wokół pnia,  omsknęły się  nieznacznie i niczym postać z  kreskówki,  zjechałem  do zaspy.
Siedziałem więc na tyłku,  w głębokiej zaspie,  obejmując jeszcze przez chwilę  dojrzały smrekowy pień.
- Ojciec wstawaj, bo głupio wyglądasz – zrecenzował Młody  
Wstałem i wytrzepałem śnieg zza kołnierzyka koszuli.  Dobrze że ubrałem robocze rękawice. Drelich złagodził zjazd po korze. A i jeansy ochroniły - Bogu dzięki.  
- Srał to pies -  powiedziałem do siebie i przyciąłem gałąź znajdującą się zdecydowanie niżej.
- A co to Panie tak rąbiecie? – spytał głos,  który wyrósł wprost za moimi plecami.
Wyrwało mnie to nagłe pytanie z typowej z pozycji drwala. Zaciekawiony odwróciłem się do tyłu. Za mną stał stary góral.  W tradycyjnym góralskim kapeluszu i  kożuchu.  Kożuch  ręcznie wyszywany w niepowtarzalne kolorowe gorczańskie wzory.  Parzenice w czerwieni  z zielonymi elementami i czarnymi obramowaniami.  Całość  tworzyła  taki niepowtarzalny rysunek niczym tatuaż,  na owczej skórze.
- A gałęzie przycinam na taką  podłaźniczkę   świąteczną. Ale, mam nadzieję ,  to nie Wasze  smreki. Franek  mówił,  że w tej części to mogę sobie coś wziąć.
 - Nie, nie moje. To rzeczywiście Kierasa – potwierdził stary.  Moje jest tam het nad  tą ścieżką -   pokazał mi ręką do góry, ni to na drzewo ni to na niebo, ale nie dochodziłem szczegółów.  
- A wyście są te Krakusy, co w chałupie po starym Józefie  siedzą?   potwierdził sobie pytając.
- Tak to my i tak  chcieliśmy  w wigilię po choinkę,  żeby było tradycyjnie.
-  Za tom  chałupę coście ją do życia przywołali,  to Wam się należy, nie jednego smrecka  z tego lasu wyciąć i w chałupie postawić.  Aż mi się gęba śmieje, jak koło niej przechodzę czasami.
- Ale ja Was jeszcze nie widziałem ?  - w ten  sposób spytałem o imię czy pseudonim Starego.
- A nie widzieliście, nie widzieliście –  bo i nie często ostatnio po wsi łażę,  to i zobaczyć mnie ciężko.
Przyglądałem się twarzy skrywanej pod rondem góralskiego kapelusza. Twarz chuda i zapadniętymi oczami,  przy czym jedno zapadnięte bardziej.  Siwy zarost,  taki tygodniowy a wąsy Spadające aż poniżej żuchwy,  tworząc wprost encyklopedyczny wizerunek  starego górala.
Ponieważ kapelusz zawadiacko przekrzywił się na jedną stronę  zauważyłem,  że małżowina uszna w lewym uchu na samej górze nie była odgięta na zewnątrz, ale kończyła się pionowo, lekko prostując owal ucha na jego szczycie. 
- Tylko jak pójdziecie nazad do chałupy to uważajcie bo ślisko strasznie, tam nad potokiem i można nogą skiełznąć. A potem to ból straszny.
- Dziękujemy i wesołych świąt życzymy.  A zdrowia to  przede wszystkim.
- Już mi ono specjalnie nie potrzebne -  powiedział filozoficznie i odwracając się dodał. Zostańcie z Bogiem.
Kiedy tak stanął tyłem do mnie zauważyłem tłusty ślad nad lewą łopatką, w tym pięknym ręcznie haftowanym kożuchu.  Jak gdyby ktoś wylał wosk bezpośrednio na lico skóry, a tłuszcz wgryzł się do środka pozostawiając pamiątkę do końca życia baciarskiego kożucha.
Nim  zdołałem dodać coś jeszcze Stary oddalił się i znikł za drzewami,  po lewej stronie ścieżki.
Ciesząc się ze zdobyczy gałązkowej, wspominając miłą rozmowę z nieznajomym, a także to, że uniknąłem bycia celem  dla  siekierkowych  prób Młodszego, pełen entuzjazmu wróciłem do domu. Młody też miał humor nie najgorszy,  ponieważ tarzał się po rowach w świeżym puchu, przypominając swoim wyglądem bałwana stojącego w Jaśkowym ogrodzie.
- Już myślałam że nie dotrzecie przed nocą – powitała nas  żona, a my zabraliśmy się za mocowanie i dekorację gałęzi.
Kiedy już wszystko było gotowe, a i my odstawieni niczym stróż w Boże Ciało, gapiliśmy się w niebo i  dojrzeliśmy tą pierwszą najważniejszą gwiazdę. I stół z sianem,  bezpośrednio z jaśkowej stodołowy i trzask smolnych gałęzi w kominku i opłatek i karp na samym końcu. Ale  to nie koniec jeszcze tej wigilijnej opowieści. Kiedy zniknęła wigilijna zastawa i posprzątaliśmy papierki po prezentach , starym zwyczajem  odwiedzili nas sąsiedzi zza potoka.  Mówię tak o nich  ponieważ w ten właśnie sposób przedstawiali nas swoim znajomym.  Potok ma dwa brzegi  i dla każdej ze stron jest jakie za, stosujemy zasadę wzajemności. Kiedy rozsiedliśmy się wygodnie przy stole i omówiliśmy  urodę świerkowych gałęzi streściłem  im rozmowę ze starym nieznajomym.
Kiedy opisałem kożuch typowano kilku. Wąsy i oczy różne w rozmiarach ograniczyły tą selekcję do jednego . Sąsiedzi  zawahali się chwilę mówiąc,  że takie kaprawe oczy miał tylko Stary Michał,  ale on już umarł będzie jakie dziesięć lat temu.  Kiedy opisałem chrząstkę ucha ,  na którą zwróciłem uwagę,  nie wiedzieć czemu Jasiek  z Marysią spojrzeli tylko na siebie  nie mówiąc nic. Gdy wspomniałem o plamie na plecach kożucha ,przeżegnali się szybko mówiąc:
-  Myśmy go w tym kożuchu pochowali,  bo zima była sroga. Żeby nam nie zmarzł.
- A wiecie że Michał mi się zwierzył, ponoć od czasu do czasu przechodzi koło mojej chałupy?
I  pewnie do dzisiaj nie uwierzyli by mi,  gdybym tak dokładnie ni opisał człowieka którego nie  powinienem znać ponieważ prowadził życie pustelnika,  gdzieś w samotnej chałupie poza wsią.
Wigilia, tajemniczy i fascynujący dzień.  Do którego podchodzimy rutynowo i mechanicznie. A zbłąkanego wędrowca nie koniecznie przy wigilijnym stole spotkasz.  Ja swojego spotkałem w lesie.  I to jaki wędrowiec -  w czasie  i pomiędzy światami .
 A może spotkałem   Ducha  Bożego Narodzenia?
 Zwał jak chciał.  Nie ważne tytuły, ważne że jest co wspominać .    
 
Antoni Relski
34 komentarzy
16 grudnia 2009
Dom już był a w domu piec. Piec słuszny z częścią do gotowania, blachą z  fajerkami, oraz piekarnikiem, czy jak tu się mówi bratrurą, oraz piecem chlebowym, takim na dwa albo trzy bochenki. Nie żebym zaraz łapał się za dzieżę do chleba, ale jak przyjdzie jesień  czy zima, nie zaszkodzi podrzucić trochę drzewa i węgla dla stworzenia ciepłej rodzinnej atmosfery w kuchni. Drewno było pod chałupą. Pozostałość po remoncie, ale węgla ani kawałka. Węgiel trzeba kupić. Kupić i przywieść oczywiście. A koń i fura u sąsiada były. Kupuj węgiel latem – to zapamiętane hasło z reklamy Gminnej Spółdzielni przyświecało mi, gdym pochylając głowę wchodził do pomieszczeń kuchennych w suterenie okazałego domu mojego sąsiada. W zasadzie to nie wiem dlaczego schyliłem głowę przechodząc przez drzwi, może to był odruch wyrobiony w mojej chałupie,  gdzie belka nad drzwiami zaczyna się na wysokości metr pięćdziesiąt osiem. Tak więc nawet ja muszę tą nieszczęsną głowę pochylać. Raz poszedłem na całość i nie zgiąłem karku przed starą futryną. Na usprawiedliwienie muszę dodać, że był to jeden z pierwszych razów picia miejscowego trunku, bezpośrednio po destylacji. Gdy następnego dnia przejrzałem na oczy, Otoczenie ocznych gałek okrywał kolor od żółci w kierunku zdecydowanego fioletu, o ile oczywiście znam się na kolorach. Tak więc opuchlizna zeszła a uraz i nawyk pozostał. Zawsze jednak tłumaczyć to można było szacunkiem dla gospodarza.
- Witam, witam - powiedział wyraźnie zadowolony Jakub zwany Kubą i już w następnym słowie zwracając się do żony zadecydował:
- Maryś, nalej tam co do tej flaszki pod oknem.
Marysia niespiesznie podeszła do okna, zabrała pustą butelkę po żytniej wyborowej i w sąsiednim pokoju uzupełniła ją  półlitrowym garnuszkiem, którym zaczerpnęła prosto z zielonego metalowego wiadra stojącego w rogu. Widziałem  przez szparę w niedomkniętych drzwiach do spiżarni. Kiedy już wódka byłą na stole, rozpiliśmy po jednym, a potem po drugim, niespiesznie, rozsmakowując się  każdej kropli diabelnie mocnego specyfiku. Kiedy już dowiedziałem się kiedy i z czego dobry gospodarz  sporządził degustowany alkohol, przez uwagę o dogasającym piecu doszedłem do sedna sprawy.
-Trzeba mi węgla, ale muszę go czymś przywieść,  w sąsiedztwie tylko ty masz konia Nie zrobiłbyś mi  grzeczności i nie przywiózł węgla z GS-u?-  spytałem  w sposób uprzejmy,  na jaki moja podprawiona bimbrem  kindersztuba mogła się zdobyć.
-  Kuba bez słowa przepił do mnie kolejny kieliszek i skrzywił się nieznacznie. Następnie energicznie strzepnął resztki alkoholu na podłogę i tak wyczyszczony kieliszek napełnił wódką, podsuwając go w moim kierunku.
- No chyba że jutro, ale bardzo wcześnie. Umówimy się o  wpół do szóstej, powiedział w końcu tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- W porządku wpół do szóstej, powiedziałem szybko, aby nie rozmyślił się przy następnym cyknięciu.
-  O wpół do szóstej - powiedziałem żonie po powrocie do domu. I chciałem aby oprócz mnie ktoś jeszcze posiadł ten obowiązek pamiętania, ponieważ moja rzeczywistość zaczęła się delikatnie acz systematycznie rozmywać.
Budzik zerwał mnie przed piątą.  Ponieważ wieś nie wieś, a obowiązki wobec natury, i rosnącej brody  wykonywałem cyklicznie. Po wczorajszej rozmowie z Kubą nie byłem w stanie tknąć nic z jedzenia. Wypiłem tylko kubek herbaty ( o tak!) i pięć minut przed godziną zero zająłem miejsce na mostku, przed domem mojego dobrodzieja. Słońce już wstało i wykonywało swoją codzienną robotę, penetrując promieniami przestrzenie między poszczególnymi liśćmi, naświetlając je tak, że bez trudu można było zobaczyć układ naczyń wewnątrz liścia. Delikatne powiewy wiatru powodowały ich lekkie falowanie . Pszczoły które już pracowicie uganiały się wśród łąk, dokładnie musiały wyliczać moc niezbędną do lądowania wewnątrz kielichów polnych dzwoneczków. Nie za szybko i nie za wolno. I trwałem tak w obserwacji przyrody, w jej czystej wieśniaczej formie. I  miałem na to dużo czasu ponieważ wspomniane przez dobrodzieja wpół do szóstej okazało się być równo szóstą. A potem ubieranie konia. Nie siodłanie,  ponieważ jechaliśmy  furą. Poszukiwanie kłonicy spotęgowało emocję słów wypowiadanych w stosunku do konia. I w końcu trzask bata cmoknięcie i w drogę. Zasiadłem na furze bajerancko, tak jak widziałem na paru firmach , ale po szarpnięciu wozu na kilku nierównościach, przyjąłem pozycję która wydała mi się  najbezpieczniejsza w przypadku wywrotki. Do wywrotki nie doszło ponieważ okazało się, że w jednym z kół brakuje trochę powietrza. Poszukiwanie pompki u okolicznych znajomych rozpoczynały się oczywiście pytaniem o członków  rodziny, bliższych i dalszych znajomych, oraz opowieści o Franku który kupił auto od celników na granicy . Później okazało się że auta nie można zarejestrować i za cichym przyzwoleniem komendanta policji miejscowego posterunku, mógł tym autem jeździć po wsi z końca w koniec i nigdzie dalej. Jak by nie było wieś ma długości ponad dwadzieścia trzy kilometry. Po około  dwóch kwadransach opona była jak trzeba, pękata, nabita na maxa.  Później GS, workowanie węgla, ładowanie i powrót . Powoli dostojnie z rozmowami w stylu :
- A miałam kosić, ale idę do wsi rozpatrzeć się . Co znaczy mnie więcej : nie chce mi się nic robić więc idę do centrum, chlapnę piwo i popatrzę na przejeżdżające samochody.
Świat gna galopem, wykonujemy bez zastanowienia różne codzienne czynności, a tu: nie robię bo mi się nie chce. Wsi spokojna, Krok za krokiem, kopyto za kopytem dojechaliśmy do naszego osiedla i po przejechaniu mostu zdecydowane prrr  zatrzymało konia.
- Na co czekamy? - Spytałem naiwnie.
- jednym koniem nie wyjedziesz z ładunkiem pod górę. Poczekamy, może będzie kto jechał do góry to się sprzągniemy. A ty skocz do Franka po wagę.
Ale przecież ważyliśmy, pół tony tego węgla - popisałem się pamięcią jak idiota.
Waga do konia który dojdzie, żeby równo ciągnąć - powiedział z wyższością Kuba.
Skoczyłem do Franka pożyczyłem wagę, popędziłem na dół.
Już po dwóch godzinach Józek wracający z targu  podpiął swojego konia do naszej fury. Nie minęła jedenasta jak zameldowaliśmy się pod domem. Trzeba powiedzieć że Józek pomógł mi nosić worki. Starym gorczańskim zwyczajem po skończonej pracy zaprosiłem na kielicha. Dwa baty oparte o ścianę przy drzwiach wejściowych świadczyły w sposób dosadny, że tutaj obradują faceci. Nie pamiętam już o czym rozmawiano, ponieważ cały czas dręczyła mnie świadomość picia na czczo.
Nim zacznie się ta zima wpadnę w alkoholizm - poskarżyłem się żonie.
- To nie pij z nimi – powiedziała bez zrozumienia.
Żeby to było takie proste.
Za oknem zrobiło się południe . Słońce spoglądało na nas z góry , przyprażając  czupryny na naszych głowach. Chłopy rozeszli się do swoich zadań, jeden lał jeszcze dzisiaj płytę na dwurodzinnym bliźniaku, a drugi zwoził siano. Ja nie planowałem już nic poza zjedzeniem obiadu Obiad na pewno postawi mnie na nogi. Czekając na rosół z dumą spoglądałem na jutowe worki pełne węgla.
- Spisaliśmy się  Panie hrabio – powiedziałem do siebie.     
Antoni Relski
21 komentarzy
13 grudnia 2009
Już zapisani byliśmy w Urzędzie, białe koszule na sznurze schły…
Dwadzieścia osiem lat temu zaskoczyły nas nagłe  zmiany  programu telewizyjnego. Teatr jednego aktora  znudził mnie już po trzecim bisie, oglądałem jednak od nowa, ponieważ nie do końca rozumiałem konwencję sztuki.
W następną niedzielę zaplanowany mieliśmy  ślub cywilny, w święta kościelny.
- Co teraz będzie? -  Zadawaliśmy sobie to pytanie. Nie przeżywałem upadku demokracji, godziny policyjnej, koksiaków na ulicy.
- Jak  teraz będzie? Bez kwiatów? bez przyjęcia?, bez ślubu?
Były kwiaty, ślub, przyjęcie, później chrzciny i dwadzieścia osiem lat wspólnego życia. Jest i demokracja i wolny rynek. Unia, NATO i co tam jeszcze przyjdzie mi do głowy. Nasuwa się jeden wniosek:  Nie ta takiego nieszczęścia i nie ma takich sposobów które by nas rzuciły na  twarz i tą twarz wcisnęły w błoto. Fakt padamy na kolana, ale to tylko by przyjąć pozycję do odparcia zagrożenia. To te chwile kiedy jestem dumny z mego miejsca urodzenia. Nie piszę Ojczyzna, bo nią co drugi wyciera sobie gębę.  
Jeżeli znajdziecie chwilę czasu i ochotę do powrotu w przeszłość,  pod tym linkiem  obsmarowałem swoje  wojenne śluby :      http://moje50.blog.onet.pl/Wojenne-sluby-i-wesela-tekst-r,2,ID355856615,DA2008-12-26,n
Antoni Relski
18 komentarzy
12 grudnia 2009
·         Śmietanka do kawy  2 opakowania
·         Jogurty bez jagodowych sztuk 6
·         Ser biały Bieluch koniecznie półtłusty 1 op
·         Mleko dwu procentowe 1 litr
·         Jakaś wędlina, piersi kurczaka
·         Ser  Mascarpone i Mozarella po 1 szt
·         Proszek do kolorów i sól do zmywarki.
No tak proza życia a miał być post z górnej półki. Taki o odczuwaniu, albo  przeżywaniu, albo o jednym i drugim  łącznie,  w jakiejś dekadencko - artystycznej scenografii, z pięknymi ludźmi o rozbudowanych duszach. Zamiast słów dźwięczących jak kryształowy żyrandol, spod klawiatury spłynęła mi lista zakupów, czyli proza życia.  W dodatku pisana w sposób jaki nie podobał mi się u żony.
- Jakieś mięso, coś do chleba.
Takie nie ostre określenia wyprowadzały mnie z równowagi. Teraz nie mam czasu na rozważanie gatunków na plasterki. Zobaczy się, jak w reklamie bankowych lokat. W dodatku nie piszę listy w kolejności regałów w Carrefourze, ponieważ cwani marketingowcy zdecydowali o zamianie towarów na półkach, abym kupił więcej będąc zagubiony w sklepie. Ich niedoczekanie. Robię zakupy z kartką i nikt nie podejdzie mnie nalepką ”promocja”.
Aha i dwie zgrzewki wody mineralnej, bo tej z kranu nie mogę.  Nawet jak zapomniałem kupić to też nie mogłem, wolałem zaparzyć sobie herbatę. Pomimo wszystko wolę te wielkie sklepy. Wkurzają mnie małe sklepy, kolejki pełne znajomych, którzy na poczekaniu komentują  twoją listę zakupów.
-  Popatrz  pani, a ten Relski,  spod siedemnastki to kupił tylko dwadzieścia deko tej szynki, coś chyba gorzej ostatnio u niego.  I jak tłumaczyć że te sześć plasterków jadło się u mnie ponad tydzień, wliczając w to dwa weekendy. I to co wkurza najbardziej. Budka warzywno - spożywcza, osiedlowa. Pani Marysia, sprzedawczyni ziemniaków, kalafiorów i chleba od jakiegoś Jaskierskiego .  Obsługuje mieszkanki osiedla, wypytując  przy okazji o zdrowie teścia, dzieci i męża, pakując tęgawej podstarzałej kobiecie fasolę szparagową do zbyt małej torebki, z której co rusz wysypuje się coś na ladę lub do skrzynki postawionej na czerech cegłach.
- Pani Marysiu kochana i warzywa do rosołu.
A jakie?  – pyta uprzejmie sprzedawczyni.
- No jak nie masz Pani kompletu, to co pani masz?
Tu wymiana warzyw, długie zastanawianie. Kolejka wydłużyła się o dwie osoby.
Stoję bo jak żona mówi -  tu są dobre jabłka i ziemniaki, co to się równo rozgotowują.
Żona nadal w szpitalu, ale postanowiliśmy nie obniżać poziomu.
Kiedy już skompletowano warzywa na rosół, tęgawa klientka zaczęła swoje:
- Pani Marysiu kochana, a to takie czerwone w puszkach obok kawy, to co to?
- Cykoria, to się pije zamiast kawy do śniadania - uprzejmie tłumaczy sprzedawczyni. Francuska.
- Niech mi Pani pokaże.
Następuje oglądanie puszki, składanie liter, aby złożyć zdanie którego się nie rozumie Ina koniec  rezygnacja z zakupu.
- To jednak wezmę kawę  rozpuszczalną.
- Pani Marysiu kochana, a jaką Pani ma kawę?
Wymiana gatunków porównanie cen, kolejka powiększyła się o następne dwie osoby.
A jak przyszło do margaryn , w szeregi kolejkowiczów wkradł się niepokój, prowadzący do głośnych komentarzy. Przy jabłkach  niechybnie  dojdzie do linczu, na zakochanej w Pani  Marysi, podstarzałej klientce w pończochowych podkolanówkach. Bo to niektóre gatunki są żółte a inne czerwone. Te żółte są kwaskowe, a czerwone słodkie. Jest jednak jeden gatunek żółtych -  goldeny  co to są słodkie. A są jeszcze do ciasta,  co to się dobrze rozpiekają. A gatunków jabłek ma Pani Marysia ponad sześć. Doświadczyłem tego stojąc w kolejce w poprzednią sobotę. Wiedzę mam taką, że nie tylko warzywniak ale i sad mógłbym poprowadzić.
 Supermarkety są bezkonkurencyjne. Pozwalają zachować anonimowość i bez skrępowania gapić się na puszki z kawą, a przy odrobinie pomysłowości  organoleptycznie zbadać świeżość pieczywa czy słodycz winogron.
A poza tym czas, czas, czas. No chyba że jest przed mikołajem, świętami, majówką, długim weekendem, zielonymi świątkami i setką innych powodów, dla których na miejsce  parkingowe czeka się pół godziny, na koszyk kwadrans, a do kasy trzy kwadranse. Widocznie jednak  czasu brakuje  nie tylko mnie.


Antoni Relski
41 komentarzy
09 grudnia 2009
<title></title><style type="text/css"> </style>
Świat nie składa się wyłącznie z czerwonych zachodów słońca, tęczowego nieba i pełnych mądrości życiowej starych górali. Ślady butów nie srebrzą się na śniegu, a wokół sań z reniferem gwiazdeczki nie tańczą swojego tańca w rytm anielskiej muzyki. To wydumany obraz, pokazywany na potrzeby hollywoodzkich produkcji i disneyowskich filmów. Świat pełen jest za to ortodoksów, wojowniczych narodowców, co gorsze obrzydliwych homosiów i lesb, a także nieefektownych kalek, kurdupli czy upośledzonych umysłowo. Poziom estetyki jest różny w zależności od indywidualnego postrzegania sensu i estetyki tego świata i w każdej chwili może być poszerzony o murzynów, hindusów, a także rudych, łysych okularników, lekko niedowidzących, a nawet leworęcznych. Świat wypełniony jest brutalnością, genetycznie zakodowaną w naszym łańcuchu DNA. Bo co innego każde kwoce, która bacznie obserwuje proces wykluwania się własnych kurzych pociech, osaczyć odizolować a w końcu zadziobać pisklę inne od pozostałych braci i sióstr. Tak samo zachowują się dzieci. Nierozwinięta forma człowieka. Od którego to człowieka, wzięło się określenie pewnego zespołu cech i zachowań .
Wpisałem w wyszukiwarkę słowo człowieczeństwo. Wiem co to znaczy, tak zwyczajnie od serca, chciałem jednak przeczytać zwięzła definicję. Jakież było moje zdziwienie gdy na ekranie wyników wyszukiwania przeczytałem - „Nie znaleziono ofert zawierających podane przez Ciebie wyrażenie” Szczena runęła w dół i zawisła mi nad biurkiem, jak gdyby za chwilę miała roztrzaskać się o twardy dębowy blat. Oczy wylazły z orbit i dopiero wtedy zauważyłem, że przez pomyłkę szukałem na allegro a nie w googlach . Wiem już więc że człowieczeństwa nie można kupić. Rany boskie jaki truizm mi wyszedł aż litość bierze. No więc jeżeli nie jest to cecha wrodzona, bo codziennie widzę dzieci które dręczą swoich rówieśników. Najpierw w piaskownicy, później w szkolnej toalecie, a na końcu w życiu. Za to że mały, że gruby, że biedny, czy w końcu kaleki. Jak ze wspomnianymi kurczakami, osaczyć, oddzielić i zadziobać. Oglądając ten spektakl nie mogę w to wrodzone człowieczeństwo uwierzyć.
Ponieważ jak zauważyłem na początku nie jest to dobro które można nabyć, pozostaje do niego dorosnąć.
No i co dorastamy, w ramach publikowanych w prasie informacji że nasze społeczeństwo starzeje się? Problem w tym że nie dorastamy.
Wychodzi więc na to że to przywilej który jest dany nielicznym, abyśmy całość nie skarlała moralnie do reszty w trakcie swojego życia krótkiego jak błysk flesza, na tle historii planety.
Problem istotny od tysiącleci. Nie na darmo jeden ze znanych filozofów ganiał po Atenach z lampą w biały dzień twierdząc, że widzi ludzi ale szuka człowieka. Z drugiej jednak strony jego imieniem nazwano pewien zespól zaburzeń osobowości (Zespól Diogenesa) więc może nie powinienem się nim podpierać
Antoni Relski
24 komentarzy
05 grudnia 2009
Stałem  w szpitalnej toalecie  i zgodnie z zasadami higieny mydliłem właśnie dłonie. Kolistymi ruchami rozcierałem żel po całej powierzchni,  ze szczególnym uwzględnieniem wewnętrznej ich strony. W pewnej chwili wykonałem gest znany z serialu chirurdzy,  robiąc grzebień z palców według zasady: lewy wskazujący, prawy wskazujący, lewy serdeczny, prawy serdeczny i tak dalej.   Kilka ruchów w tył i w przód, aby  żel dotarł do najskrytszych zakamarków. Następnie spłukałem pianę pod bieżącą wodą i chyba szpitalny nastrój tak mi się udzielił, że podświadomie podniosłem rozcapierzone palce i całe dłonie, a nawet ręce od łokcia w górę, jakby za chwilę siostra instrumentariuszka założyć mi miała lateksowe rękawice. Gdzieś za drzwiami  kabiny,  ktoś wyrzucał z siebie treść życia, jęcząc przy tym żałośnie. Jak gdyby wspominał kogoś, kto odszedł ze świata żywych i pamięć o nim nie pozwalała zachować spokoju. Puszczałem mimo uszu te dźwięki pogrążony w odgrywaniu medycznej scenki.  I brnął bym pewnie dalej w tą amatorszczyznę aktorską, gdyby nie trzask zasuwki i skrzekot otwieranych drzwi. Z  kabiny wyszedł starszy mocno łysy jegomość, który w prawej ręce trzymał mniej więcej połowę roli toaletowego papieru, lewą zaś przytrzymywał zbyt luźne spodnie od szpitalnej piżamy, ratując się w ten sposób przed niechybną kompromitacją publiczną. Mężczyzna skierował się w moim kierunku i kiedy był już w odległości mnie więcej półtora metra,  stanął gwałtownie w miejscu, przyjął wyprostowaną postawę i niczym szwoleżer trzasnął obcasami. Brak jednak obcasów w szpitalnych trepach , a nawet skarpet na nogach wspomnianego spowodował że zamiast dynamicznego stuknięcia słyszeć się dało  ciche mlaśnięcie zasuszonych pięt. Człowiek musiał być w młodości kawalerzystą, szwoleżerem, czy jakimkolwiek innym żołnierzem ze starej szkoły musztry Drugiej RP. Czas mocno naruszył  nienaganną kiedyś postawę, włosy przerzedziły się  i posiwiały, w oczach pozostał jednak jeszcze ten dawny błysk. Sposób w jaki odezwał się do mnie  utwierdził mnie całkowicie w przekonaniu o przeszłości wyżej wymienionego.
- Szanowny Panie – powiedział głosem donośnym, jak gdyby za chwilę wypowiedzieć miał komendę czy złożyć raport. -  Czy będzie pan przez chwilę jeszcze w tej toalecie?.
- Tak przynajmniej do czasu osuszenia rąk – odpowiedziałem grzecznie biorąc pod uwagę wiek pytającego.
- Mam w takim razie do szanownego Pana jedną malutką prośbę. Otóż zrobiłem kupę.
- Gratuluję – powiedziałem niemal natychmiast - Nawet słyszałem jak się pan męczy.
- W tym właśnie istota problemu. Jak tą kupę chciałem pokazać siostrze, a przecież nie wezmę jej ze sobą, z drugiej jednak strony, jeżeli zostawię ją samopas  to ktoś gotowy mi ją spuścić  i wszystkie moje wysiłki na nic. Następna okazja trafi się za parę dni. Będzie Pan łaskaw – spytał tonem zdecydowanej desperacji.
- Niech Pan idzie spokojnie -  powiedziałem już nie zaskoczony, ale rozbawiony sytuacją.
-  Pana kupa będzie ze mną bezpieczna. Stanę na jej straży i w razie potrzeby  obronię przed napastnikiem.
Bałem się , że odrobinę przesadziłem, ale na twarzy starszego pana pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Powracające siły witalne nadały postaci bardziej wyprostowany wygląd.
- To ja już biegnę po Siostrę Agatę – powiedział i rzucił się do drzwi.
Podziwiałem zawsze  te nagłe zrywy sił u osób w których na pierwszy rzut oka życie tli się leniwie i w zasadzie nie wiadomo kiedy zgaśnie.
Pobiegł a ja zostałem sam na sam z kupą kawalerzysty. Obdarzony zaufaniem. Powierzono mi przecież  pieczę nad tym co w danej chwili było dla kogoś najważniejsze. Nad jego kupą. Stałem tak w połowie drogi między umywalką a otwartymi na całą szerokość  drzwiami do kabiny. Szanując prywatność zdecydowałem nie zaglądać w głąb muszli. Przecież jeżeli sąsiad obdarzy mnie zaufaniem pozostawiając na czas urlopu klucze od mieszkania, nie znaczy to przecież, że zaraz popędzę zaglądać w szafki czy do lodówki w jego  mieszkaniu. Chwila już chyba minęła, ponieważ dłonie miałem już całkowicie suche i to za sprawą nie suszarki, czy papierowego ręcznika, ale zwykłej temperatury wnętrza. Później minęła chwila następna, a przez głowę przebiegła  myśl, że być może Starszy Pan ze względu na nadmiar wolnego czasu wymyślił to całe zamieszanie, aby pozostawić mnie z głupią miną  przy szpitalnym kiblu.  A może to ukryta kamera i za parę dni stanę się pośmiewiskiem jakiegoś komercyjnego kanału TV.
- W takim razie uśmiechaj się, przynajmniej dobrze wyjdziesz w telewizji – podpowiadałem  sam sobie.
Czekam jeszcze dwie minuty i sam ją spuszczę. Albo i nie,  co mnie w końcu obchodzi czyjś stolec?
I jak w dobrym kinie akcji na dosłownie chwilę przed punktem zero, kiedy miałem już opuścić swój posterunek,  drzwi wejściowe  dynamicznie odskoczyły na bok uderzając klamką w ścianę. Nie pierwszy już raz prawdopodobnie. Świadczyły o tym ubytki tynku na wysokości klamki.
- No pokaż Pan Panie  Józefie coś pan tan zmalował – powiedziała siostra Agata Stawiając stopy co dwie płytki PCV. Staruszek dreptał za nią z szybkością na jaką pozwalały zsuwające się z nóg pantofle.
Jakże ja się Panu wywdzięczę ? – spytał na mój widok zatroskany Pan Józef,  jak nazwała go siostra przełożona.
Nie ma sprawy – może kiedyś popilnuję Pan moje kupy odpowiedziałem wesoło.
 Z wielką przyjemnością –  potwierdził gotowość – nie zastanawiając się nad zestawieniem w jednym zdaniu słowa kupa i przyjemność.
No to nie ma sprawy – powiedziałem na pożegnanie. Ale za chwilę zganiłem  się  za takie propozycje:
- Antoni myśl o czym mówisz, wiesz przecież że ci się spełnia.
Kiedy  wyszedłem z łazienki a drzwi nie domknęły się jeszcze do końca usłyszałem głos Siostry Agaty
-  No, Panie Józefie toż to prawdziwy potwór.
Strażnik pieczęci, Strażnik Pierścienia, już byli  A ja  spełniłem dzisiaj całkiem nową funkcję - Strażnika  Kupy.
Czy Tolkien miałby z tego materiał na trylogię?  
      
Antoni Relski
39 komentarzy
02 grudnia 2009
Zdarzyła mi się kiedyś taka  banalna historia. W trakcie spotkania biznesowego siedziałem na przeciw Pani w wielu około czterdziestu lat. Prowadziliśmy rozmowy  handlowe i zaklinam się, że całym sobą zaangażowany byłem  w prowadzone właśnie negocjacje. W pewnej chwili kobieta patrząc na mnie lewą ręką przybliżyła do siebie połówki bluzki, dotychczas rozpiętej na wysokości trzech guzików od góry. Trzymała tak przez dłuższą chwilę   jak gdyby manifestując, że oto złapała mnie na zaglądaniu jej w głęboki dekolt. Poczułem się głupio ponieważ zdecydowanie nie zapuszczałem żurawia w ten wąski pasek ciała pomiędzy jedną a drugą piersią ginący w cieniu bluzki na wysokości wspomnianego trzeciego guzika. Poczułem się głupio. Owszem omiotłem spojrzeniem góra dół jak zwykle, tak jak taksuje  partnera na początku negocjacji. Wyszedłem jak przypuszczam, w jej oczach  na małego perwersa, wbrew jednak swojej woli. Nie mówię że nie potrafię patrzeć na kobietę rozbierającym wzrokiem. Zauważyłem nawet że ten wzrok z reguły nie jest  nieprzyjemny dla odbiorczyni. Czasami  imponuje im i zapewnia zaspokojenie  kobiecej próżności. Tym razem próżność została także zaspokojona. Poznałem to po piersiach, a dokładnie sutkach, które niesfornie ukazały się  pod opiętą bluzeczką. Satysfakcja była obustronna, chociaż poczułem  się zmieszany a nawet lekko wstrząśnięty. O motywacji kobiety nie piszę, Dla mnie zaś najważniejsze było  to,  że w trakcie rozmowy  moja partnerka w pewien sposób uległa mojej fantazji. Fantazji której nie miałem . Przysięgam
Tym razem byłem niewinny i  czysty w swoich intencjach. Jak ta łza.
- Proszę się  nie obawiać -   powiedziałem aby przykryć niezręczność w której znaleźliśmy się oboje . - - To taki mój wilczy wzrok.  
Widzieliście  prawdziwy wilczy wzrok w trakcie polowania tych bestii. Kiedy zataczając koła wokół swojej ofiary, podchodzą coraz bliżej i spoglądają swojej ofierze głęboko w oczy. Ponoć czuć już zęby na swoich rękach i  nogach, te zimne dreszcze przebiegające z góry w dół po kręgosłupie. I zapach śmierci. Nie widzieliście.  Ponieważ żadna hollywoodzka produkcja nie potrafi tego pokazać. To historia  o których można poczytać w opowieściach  myśliwych, przemierzających dzikie tereny dawnej Polski, czy syberyjskiej głuszy.
I jeżeli do tych srogich oczu dołożyć złośliwy i ironiczny uśmiech, o który posądzają mnie nawet bliscy, rodzi się człowiek potwór Osłabiający ironią i dobijający rozszarpującym wzrokiem.
I jak ja mogłem przeżyć te wszystkie dotychczasowe lata. Nie zginęła z moje ręki żadna nauczycielka stawiająca mi palę w dzienniku, z powodu mojego nieprzygotowania. Przeżyła nawet żona deklarująca wieczorny ból głowy, podczas gdy ja miałem inne plany.
W ogólniaku lata temu,  omawialiśmy poetów  młodopolskich. Na zakończenie polonistka dyktowała nam zgrabną notatkę. Gdy doszło do wymieniania przedstawicieli, Robert podał moje nazwisko, odwróciłem  się i spojrzałem na niego.
- Gdyby spojrzenia zabijały – powiedziała nauczycielka. Dziewięćdziesiąt procent obecnych w klasie wpisało tą uwagę jako cytat do swoich zeszytów. Świadczy to bierności z jaką podchodziło się do tych podsumowań, a z drugiej strony to pierwszy czytelna uwaga dotycząca mojego spojrzenia.
A ja jestem przecież taki dobroduszny, tylko to swoją naiwność przykrywam stańczykowską czapką.
Wszystkim moim znajomym deklaruję  - pozory mylą.
-  Czemu synu boczysz się na mnie, przecież nie powiedziałem Ci nic złego.
- Ale tak spojrzałeś na mnie,  że nie musiałeś nic mówić.
Moje oczy, dzikie spojrzenie. Czy zawsze było takie straszne?

poniedziałek, 30 listopada 2009

Listopad 2009

30 listopada 2009
Znowu zamykam kawałek mojego życia w tekturowym pudełku. Wyszukałem odpowiednie  i trzymam je obok biurka. Jak na amerykańskim filmie wrzucę do niego dzisiaj  wszystko co było moje i mną.   Zmieniam pracę i  dokładnie po dwóch latach  odchodzę. Porozumienie stron, ta lakoniczna forma wydaje mi się odpowiednia. Powód?  niezgodność charakterów. W rozmowie z szefem powiedziałem,  że nie chcę mówić o winie czy powodach. Jestem trochę popieprzony, lubię pracować.  Pracować to nie znaczy odhaczyć czas od godziny do godziny. Uwielbiam zamieszanie, dwa telefony naraz, długą listę spraw do załatwienia. Terminowe zadania i nietypowe propozycje. Wszystko to ubarwione dzbankiem kawy. I adrenalina. Ta jest ważna. Nie koniecznie trzeba polować na nosorożce by ją odczuć. A na koniec dnia zmęczenie i zadowolenie. I życie ma smak. Odrzucam  wyczekiwanie na koniec dnia, wtedy czas dłuży się  niesamowicie. Trzeba się rozwijać, a jeżeli nie ewoluujesz to się cofasz. Tego ostatniego  pragnę uniknąć. Rzucam się więc na bardzo głęboką wodę. Otrzymałem właśnie propozycję naznaczoną nie połową, a całym dzbankiem kawy. Jestem pokoleniem plus pięćdziesiąt. Ponoć wypalone  i zrujnowane przez komunizm. Gówno prawda. Wojciech  Młynarski śpiewał w Dzieciach Kolumbów: Jeszcze krew ciepła w żyłach nie skrzepła i stać na własne cię błędy. Otóż to. Z radością wrzucę do pudełka cztery anty ramy ze zdjęciami Tatr  autorstwa  Starszego. Towarzyszą mi już od jakiegoś czasu. Słonika na szczęście którego dała mi żona. Dorzucę  wizytownik  z nowymi znajomymi, dołączę  ich do starych i sprawdzonych. Materiały ze szkoleń o rozmowie z klientem, przełożonym i podwładnym. Ulubione zajęcia sponsorowane  przez Europejską Unię. Wieczne pióro  Watermana z dedykowanym do niego atramentem, dzięki czemu stawiane przez mnie litery  przypominają odrobinę tekst pisany przez  człowieka rozumnego.  Skalówkę, czyli linijkę ze skalami do map i planów, aby zachować skalę działania. Filiżankę  z  olbrzymim makiem na ściankach i spodeczku,  ponieważ jakiś poziom trzeba zawsze trzymać. Można pić fusiarę  w musztardówce,  można inaczej. Wybieram inaczej.  Na pendrive wrzucam trochę materiałów w Wordzie i Excelu których nikt nie wykorzystał.   Nie biorę bazy danych, ponieważ nie idę na łatwiznę i nie kotwiczę  u konkurencji. I wspomnienia, oczywiście. Nie będę bluzgał i narzekał. Każde zdarzenie powoduje doświadczenia, trzeba tylko umieć je wykorzystać w przyszłości. Poza tym jak to ktoś powiedział:   praca to nie małżeństwo. Zawsze możesz ją zmienić. Zostawiam więc niezadowolonych kolegów,  którzy narzekają już od pięciu lat, a codziennie noga za nogą człapią  do pracy, a tak zwane niezadowolenie stało się ich drugą naturą.
Do biurka nie zdążyłem się jeszcze przyzwyczaić, fotel nie wygniótł się pod mój tyłek, a służbowy samochód jest przed pierwszym przeglądem.  Wyczyszczę jeszcze laptopa chociaż nie mam czego ukrywać,  rzeczy dyskretne robię na własne konto po godzinach pracy, na prywatnym sprzęcie.
Klucz systemowy od pokoju, działu, firmy, dzielnicy, miasta i kraju zostawiam na skoroszytach spraw w trakcie załatwiania.   A każda z nich opisana do przekazania. I do widzenia.  Jeszcze tylko opróżnię  popielnicę z  popiołu dotychczasowego  wypalenia  i …. Witajcie nowe wyzwania 

Antoni Relski
24 komentarzy
27 listopada 2009
Za każdym razem  kiedy mniej czy bardziej głośno wyraziłem zadowolenie z opanowania jakiejś życiowej umiejętności następuje natychmiast zdarzenie, które udowadnia mi jak daleki jestem od ideału w tej sprawie. Zależność tą odkryłem dopiero po kilku spektakularnych wpadkach, chwilę też zajęło mi zrozumienie  i pogodzenie się z nią.
Na moje wsi w początkowym okresie użytkowania chałupy, na strych prowadziły strome drewniane schody. Po nich,  co widać było ze zużycia desek wychodzili często poprzedni mieszkańcy, a z widocznych śladów zużycia przyjąć można, że wychodzili nawet partyzanci i niemieccy żołnierze w poszukiwaniu owych leśnych ludzi. Potwierdzają to sąsiedzi.  Ot historia. Połączenie wieku ze zużyciem, oraz spora stromizna  sprawiały konieczność ostrożnego wychodzenia jak i schodzenia po skrzypiących, obrobionych deskach. Wyrobiłem w sobie tę umiejętność,  ponieważ ze względu na urządzenie magazynu narzędzi i materiałów budowlanych na strychu, przy każdej naprawie wielokrotnie wychodziłem i schodziłem w dół. Jak w lotnictwie zgadzać się powinna ilość startów i lądowań, tak w moim przypadku wyjścia równały się zejściom. Towarzyszący mi w tej wędrówce, pręt, cegła, czy worek cementu powodowały, że takie chodzenie stawało się wyczynem.
- Kurde ale mi to zgrabnie idzie  - pomyślałem -  ganiam jak przysłowiowa małpa.
Zaraz jak  to pomyślałem, siła jakaś ślizgnęła mi gumiakiem . Ratując się przed upadkiem z wysokości spadłem na przysłowiową dupę. Na pierwszy schodek, a potem spadałem tak dalej i dalej, do poziomu zero. Wstałem zły i obolały. Masując stłuczony tyłek kląłem, że przed chwilą pochwaliłem siebie za sprawność.
Innym razem jechałem samochodem. Z przeciwka mijał mnie sznur jadących w  odwrotnym  kierunku pojazdów, słuchałem radia i pogrążony byłem we własnych myślach.
- W zasadzie to już dawno nie płaciłem mandatu za szybkość. Radary, mnie mijają- kombinowałem. Już z rok chyba ? Zaraz policzę sześć siedem, osiem. Nie osiem miesięcy.
Z rozmarzenia wyrwał mnie policjant wybiegający  na środek drogi wprost przed mój samochód.
Zastopował mnie i zaczął jak zwykle:
- Panie kierowco a z jaką to szybkością można podróżować po tej trasie?
Siedem… - zacząłem zgadywać,  aby za chwile dodać … dziesiąt.
No dobrze, a dlaczego jechał Pan osiemdziesiąt dwa?
Bezsilność, niemoc i żal do siebie targały moim wnętrzem. Bo jak już szaleć to szaleć. A ja dowaliłem te dwanaście kilometrów i co i stówa nie moja. Stówa i dwa punkty
Dobrze że nie krążyły w pobliżu pojazdy z TVN, bo wtedy ze stówy zrobiło by się trzy i jeszcze   dodatkowo trzeba by się uśmiechać, żeby dobrze wyjść w telewizji.
- Wykrakałem, normalnie wykrakałem – wyrzucałem sobie na złość.
I tak kolejno pochwaliłem swoją technikę jazdy, żeby za dziesięć kilometrów wjechać komuś w zderzak.
Uznałem swoje zdolności w naprawie czegoś co robiłem już mechanicznie, aby za chwilę zepsuć to coś w sposób szpetny.
Ciąży nade mną jakieś fatum, które nie pozwala odczuwać zadowolenia z samego siebie. Trzeba się do tego dopasować.
W tej chwili odprawiam pewien zabobon, który o dziwo działa.
Za każdym razem kiedy jadąc samochodem odczuwam zadowolenie z własnej techniki, lub umiejętności omijania fotoradarów i przyłapię się na tym, natychmiast palcem wskazującym pukam w kierownicę, lub deskę rozdzielczą i mówię do siebie
-  Nie grzesz pychą -  głośno gdy nikt mnie nie słyszy, bądź do siebie gdy jadę w towarzystwie.
- Co tak pukasz ? – spytała kiedyś znajoma .
- A to tak ku pamięci – delikatnie zbyłem pytanie. Bo po cóż tłumaczyć.
Działa, najważniejsze że działa.
I jak w łańcuszku Świętego Antoniego, nie popukałem dziesiątego sierpnia w Kościelisku koło Zakopanego. Już po dwóch miesiącach przyszło mi piękne zdjęcie, na którym jadę pogrążony we własnych myślach. Zapłaciłem, cóż było robić, za nie popukanie w kierownicę.
A swoją drogą zdjęcie wyraźne, kontrastowe a w pozycji pasażer  zasłonięte białym kwadratem. To w ramach ochrony prywatności. I dobrze że jechałem z własną żoną ponieważ uniknąłem w ten sposób pytań w stylu
- A  kogo tam wiozłeś, że zasłonięte.
I myślicie że uwierzyłaby w pierwsze tłumaczenia? I zasadę ochrony prywatności.
- No nieźle mi to poszło, jeszcze tylko przecinki i gotowe.
Stuk, puk w biurko .
- Nie ciesz się Antoni, ponieważ  zaraz jakaś sowa wytknie ci błędy lub brak przecinka - pomyślałem.  
No fatum, normalne fatum tarapatum

Antoni Relski
32 komentarzy
24 listopada 2009
Kiedy słucham niektórych koncertów fortepianowych, muzyka która wlewa mi się do uszu nim zdąży dotrzeć do mózgu wyzwala jakieś  niebotyczne pokłady radości. Takiej radości która wyciska łzy w kącikach oczu,  a dodatkowo cierpnie skóra na plecach ze szczególnym uwzględnieniem  linii kręgosłupa.  Tajemnicze trzynogie instrumenty zawędrowały pod strzechy najpierw  szlacheckich dworów,   a następnie wraz z rozwojem  sprawiedliwości społecznej po drugiej wojnie światowej  do domów mieszczańskich. W formie biedniejszego brata, pianina do domów o zgrozo robotniczych. Instrumenty te stały się z czasem narzędziami tortur dla całej rzeszy  młodych ludzi,  którym bliżej do  dynamiki rockmana niż wirtuozerii Olejniczaka. Szabrowane po wojnie z ziem odzyskanych  dotrwały do dzisiaj, w wielu przypadkach dodając prestiżu domom, sugerując  odpowiedni staż dobrego wychowania. Do dzisiaj pamiętam scenę z filmu do którego scenariusz napisał Wiesław Dymny tytuł to :  Słońce wschodzi raz na dzień. Tam na polach  w szerokiej perspektywie płonęło kilka fortepianów,  wywołując u mnie żal jak po stracie kogoś bliskiego.
Pani  Kiciarska  nie potrzebowała   pianina, nie potrzebowała też fortepianu z ziem odzyskanych dla podniesienia prestiżu domu.  Szlachectwo  błyszczało  przez okna ich rodowej posiadłości od dawna,  a w czasach Najjaśniejszego Cesarza Austro - Węgier na sto procent.  Z tego też okresu pochodził fortepian, który zwieziono do ich posiadłości prosto z Widnia,  jak w Małopolsce zwykło się nazywać  austriacką  stolicę.  Nie jednego mazura kotylionowego odegrano na min w okresie karnawałów,  przed  i po odzyskaniu państwowości przez Rzeczypospolitą. Klawisze z kości słoniowej pokrył już ząb czasu i pomimo tego że klawisze straciły na kolorze a i czerń politury nie była już nienaganna, w dalszym ciągu  pełniło  swoją służbę w centralnym miejscu salonu. Jak się wkrótce  okazało do czasu.
Jeszcze świąteczne kolędowanie skupiało wokół fortepianowych krągłości najbliższą, a i dalszą rodzinę również. Jeszcze od czasu do czasu syn Kiciarskiej,  aby sprawić matce radość zasiadał czasami przed klawiaturą i wypuszczał spod palców kawałek prostego Mozarta. Wszak  Wolfgang komponował również dla dzieci, lub jako dziecko. Tak toczyło się sędziwe życie fortepianu, a odcisk mokrej nóżki kieliszka do szampana,  lub wosk z lichtarza niczym szramy tworzyły historię rodu,  w dobie wdzierającego się coraz bardziej w domowe progi  komputera PC.
Syn Kiciarskiej znany był z wielkiego serca i staropolskiej wielkopańskiej skłonności do zabawy. Imprezy przypominały zajazdy karnawałowe,  a co lepsze trunki Jerzy wystawiał na stół, butelka po butelce. Czym chata bogata, jak to się drzewiej mówiło. Korzystali z tego goście, zakładając po paru drinkach pas słucki, czapkę konfederatkę, by  toczyć pojedynki karabelami,  bądź nakręcając na maksimum wytrzymałości  sprężyny w oryginalnej  wiedeńskiej  grającą szafy, usłyszeć menueta.
 Aż dziwne, że w tej sytuacji jedynymi ofiarami  były jakieś  posiniaczone  czoło, czy głowa na kacu gigancie.
Właśnie podczas jednej z licznych nieobecności Kiciarskiej w domu, Jerzy  zorganizował  jedną ze swych słynnych imprez. Pito wódkę czystą, kolorową a na koniec spito wprost z  baniaczków nalewki tworzone przez matkę, na każdą okoliczność załamania zdrowia.
Amerykański sen matki trwał jeszcze tydzień, a zaraz po udanej imprezie Andrzej rozpoczął działania maskujące.  Wyniósł butelki, sprzątnął dom, maskował ślady szkła na politurze fortepianu. Jeszcze czas jakiś specyficzny zapach imprezy utrzymywał się w powietrzu, ale i on z czasem ustąpił.
Powróciła za to matka i w najbliższy sobotni wieczór zaproponowała:
- Zagraj coś Jureczku,  tak marzyłam o tym w Ameryce. 
Ponieważ dwie godziny wcześniej matka zauważyła spore braki w nalewkach, syn nie pozwolił się długo prosić. Podkręcił taboret do odpowiedniej wysokości  i zasiadł przed klawiaturą. Zdecydowanym ruchem  uderzył w klawisze, lecz zamiast miłej uchu muzyki wydobyły się z urządzenia chrapliwe dzięki jakby żywcem wyjęte z  melodii „ A chachary żyją”.
- Rozstrojony -  westchnęła Kiociarska  i wezwała stroiciela.
- Rozstrojony, ale jakoś dziwnie - powiedział stroiciel, przyjaciel domu, który naciągał kołki pudła rezonansowego tego  fortepianu  jeszcze za Bieruta.  Stareńki Pan Jan, bo tak do niego mówiono z dużym wysiłkiem dźwignął pokrywę  pudła rezonansowego i  kiedy podparł je  specjalnym kijem, zajrzał do środka. Zajrzał   i zamarł  w wielkim zadziwieniu.
- I co tam Panie Janie, da się coś zrobić ? -  spytała zalotnie Kiciarska.
Jak na Pana człowieka o refleksie żółwia, Pan Jan zdobył się na dowcip: 
- Proponuję rozpylić dezodorant, nie będzie tak śmierdziało. Bo nastroić już się nie da.
Po tych słowach Pan Jan spakował korbki, młoteczki i inne nieznane mi z nazwy narzędzia do swojej pracy , następnie ukłonił się nisko i wyszedł.
Matka z synem zajrzeli do środka. Oczom ich ukazał się widok przerażający. Struny w całej swojej rozpiętości pokryte były  organicznymi resztkami jedzenia  we wstępnej fazie przetrawienia.
Ze stalowych drutów wisiały zaschnięte frędzle.  Jerzy  szybko skojarzył widok z ostatnią imprezą, która odbywała się pod nieobecność matki.  W  trakcie której jakaś utrudzona imprezowaniem  znajoma  zasnęła w łazience  i przez ponad godzinę dostęp do niej był niemożliwy. Dziwne  jedzenie a przede wszystkim efekt  mieszania alkoholi,  zaburzyły komuś funkcje życiowe.  I ten idiota, lub ta idiotka w dyskretny sposób narzygała do fortepianu.  Jakoś początkowo to nikomu nie przeszkadzało, a zamknięcie  pokrywy na koniec imprezy zakamuflowało problem.  I być może wszystko można by  od razu naprawić,  ale jakieś elementy istotne dla  brzmienia  fortepianu wykonane zostały  z drewna, one to rozmokły i spaczyły się. Coś tam pękło. W tej chwili fortepian jest  wyłącznie kosztowną podstawką  pod kandelabr.
A propos smrodku,  na koniec edukacyjny.
Pamiętaj kogo zapraszasz do domu.  Elegancie ukrywanie problemów bywa czasem zabójcze jeżeli nie dla ludzi to dla sprzętu .
A Jerzy nie przestał organizować staropolskich imprez.  Z matką załatwił sprawę w ten sposób, że kupił za własne pieniądze  elektroniczne organy Yamahy, na których również można zagrać  „Przybieżeli do Betlejem… „  Mozart brzmi już trochę groteskowo.
I jest OK. Bo od czegóż jest wielkie serce matki?   
   
Antoni Relski
36 komentarzy
21 listopada 2009
Aby być wiernym ustanowionym przez siebie zasadom, Jak co trzy dni  powinienem zamieścić mowy post . Niestety znietrzeźwiłem się deczko na koniec tygodnia i do głowy przychodzą mi tylko przepisy na  nalewki, czy drinki. Co jeden to głupszy, rodem z „Moskwy  Pietuszki”. Kto nie czytał niechaj żałuje.  Niczym moskiewski Gwardzista, zadymiam trzeci tydzień bez weekendu . Przeprowadzki, zamiana pokoi, przemeblowania. Przygotowujemy się na powrót żony do domu. Staramy się  odrobinę chociaż  przygotować dom,  w tej całkowicie innej sytuacji. W zeszłym tygodniu tak zakręciłem się w działaniach ścigany czasem, że wieczorem nie potrafiłem się wyhamować w sposób naturalny.  Jakaś nieposkromiona siła kazała mi trwać w napięciu , zakręceniu miotając się po całym domu. Szczęśliwe odwiedziny znajomego zaradziły tej sytuacji.  Już w połowie drugiego drinka poczułem łagodne hamowanie i całe moje ciało pogrążyło się w spokoju i samozadowoleniu. Cudowne lekarstwo – pomyślałem. Problem jednak w skutkach ubocznych związanych z nadużyciem, a opisanych szeroko w literaturze naukowej. Następnego dnia jak zwykle, skutki uboczne dały znać o sobie. Dzisiaj delikatnie zmniejszyłem dawkę. Już działa. A jeszcze dwie godziny temu wisiałem na drabinie.  Godzinę temu kończyłem  domywać ręce z farby emulsyjnej. Pomalowałem  pokój przeznaczony dla żony. Słomiane lato, tak było napisane na opakowaniu farby emulsyjnej. Nie chciałem żeby to był tak zwany kolor zdecydowany, ot jakaś delikatna pastela. Trafiłem na tę żółć i prawdę powiedziawszy wpadła mi w oko. Gorzej było wytłumaczyć żonie przez telefon co, a dokładnie  jaki to odcień. Spytałem stojącą obok kobietę:
- Czy to jest podobne do ecru?
Raczej nie powiedziała zdecydowanie
- Kochanie to taki kolor całkiem niepodobny do ecru -  powtórzyłem  za klientką .
 Przed oczami stanęła mi  reklama farb , kiedy to facet z dorodną rybą w ręce przemyka pomiędzy puszkami,  ponieważ żona zleciła mu zakup farby w kolorze łososiowym. Łososiowy, tak to jeszcze potrafię sobie wyobrazić, ale taki ecru . Suknia ślubna ecru , firany ecru. Cóż to do cholery za kolor?  To jakaś odmiana kremowego,  ale mówią że się mylę. W żadnym wypadku  to nie jest kremowy.
A mam to gdzieś. Ten kolor rozróżniają tylko kobiety i mój prezes, który co zadziwiające  nie jest kobietą.  Ale to tylko wyjątek potwierdzający  regułę.
 Ponoć Eskimosi potrafią rozróżnić czternaście odcieni kolorów śniegu, podczas gdy statystyczny facet  zna osiem podstawowych kolorów, a gubi się już przy przy śliwkowym. No chyba że będziemy dyskutować o śliwowicy, ale ona jest bezbarwna. Upatrzyłem  sobie krawat, pasuje elegancko do  garnituru. Ugrzeczniony sprzedawca poprawił mnie  przy zakupie, że nie chodzi mi nie o czerwony, ale bordowy.  Kurde,  wymądrza się za moją pieniądze.
 Jest jeszcze burgund, ale ze względu na moją miłość do wina, ten kolor potrafię rozróżnić.
 Daltonizm ?
Problem z dostrzeganiem kolorów  dotyka ponoć w dużo większym stopniu facetów niż kobiety. Statystyki mówią że częściej  jest dziedziczony w linii męskiej. A może to nie daltonizm ,  tylko brak słów by opisać własne odczucia. Wszak nie  do każdego opisując kolor można powiedzieć, że jest to jeb…cy  róż,  chociaż z trafnością użytego określenia trudno dyskutować.
 I już nie wiem , o kolorach  czy używkach miałem dzisiaj pisać.
Wiem natomiast , że  póki co czuję że hamuję.  
        
Antoni Relski
51 komentarzy
18 listopada 2009
Ponoć rodzimy się ze zdefiniowanym życiem, w  myśl jakiegoś  większego planu. Na ile możemy korzystać w samorealizacji, własnej woli?  A na ile jest to tylko realizacja tego planu?  
Kiedy miałem dziewiętnaście lat,  jakaś przedwczesna dojrzałość kazała zastanawiać się  nad sobą.  Jaki model życia powinienem wybrać, aby najpełniej zrealizować,  ten jak to mówią  boski plan wobec mnie. Leżąc przed zaśnięciem w ciszy swojego pokoju zastanawiałem się nieraz,  w jakiej roli sprawdzę się najbardziej. Czy  moje problemy w komunikacji z resztą rodziny to tylko chwilowa przypadłość? Czy  naznaczy mnie samotnym życiem w przyszłości? Czy mój bunt to przywilej wieku?, czy jakiś czytelny znak mojego przeznaczenia?  Zamknięty w czterech ścianach, samotnie  realizujący  doskonalenie wewnętrzne?   Może wyprawa na drugi koniec świata z jakąś ekipą badawczą?  Nie to zdecydowanie nie dla mnie. Nie czułem w sobie także  powołania zakonnego i wiążącego się z tym ascetyzmem i ograniczeniami wewnętrznymi.   Traktując w swojej idealistycznej głowie  kapłaństwo jako  powołanie nie  zawód, to powinienem to ewentualne powołanie czuć wewnątrz, ale w tamtej chwili, jak i w kolejnych chwilach  rozważań nad sobą czegoś takiego nie czułem.
Co prawda mógłbym widzieć siebie w roli kaznodziei, ze względu na skłonność do snucia opowiadań i pewnie też sprawdził bym się w konfesjonale. Boże jak ja bym spowiadał. Niestety te dwa elementy nie wyczerpują  definicji osoby duchownej, poszedłem więc inną drogą. Coś jednak z tego księdza we mnie zostało, najbardziej z wyglądu i nie mówię tu tylko o zadatku na proboszczowski brzuszek.   Kiedy pierwszy raz szedłem moją wsią w poszukiwaniu opuszczonego domu, wiejskie baby mówiły
- O idzie ksiądz wynajmować pokoje na oazę.
Powiedział mi o tym kilka lat później Franek podczas degustacji miejscowej gorzałki, tak w połowie testowania.  W ostatnie zaś wakacje kiedy jechałem w czarnej koszuli z krótkimi rękawami, mijani ludzie szczególnie ci starszej daty uchylali rondo kapelusza i skłaniali głowę. Po chwili skojarzyłem że to nie moc znajomych, a wygląd księdza  uprzyjemniał mi podróż. Nie zostałem więc księdzem a i do zostania się nie szykowałem.  Dziwaczne ale chciałem być ojcem.  Być może w ramach buntu wobec własnego starego  chciałem to ojcostwo zrealizować po swojemu.  W tamtej  chwili  nie bardzo to sobie wyobrażałem, często mając odmienne a nawet  krytyczne zdanie wobec postępowania moich rodziców, a szczególnie ojca. Od dwudziestu siedmiu lat testuję na sobie bycie ojcem. Z lepszym lub gorszym skutkiem.  Okazuje się że w myśl starego powiedzenia: mieć dziecko to żaden problem. Być ojcem to wyzwanie. Jak to jest że zalety własnego ojca, dostrzega się dopiero realizując własne ojcostwo.
Kilka dni temu w ramach zamiany pokoi, w przedpokoju zgromadziła się sterta papierów, książek do ewentualnego wyrzucenia na śmieci. Z nostalgią przeglądałem stare  zeszyty moich  dzieci. Te litery  stawiane niewprawną ręką, a później niewprawne zdania, na końcu zdania wypracowane, przemyślane i mocno zaczepne. Trwałem w tym przeżywaniu edukacji dzieci,  kiedy w ręce wpadł mi zeszyt do religii młodszego z moich synów. W  zeszycie zaś wypracowanie na temat: Gdyby Pan mnie powołał. Kim to chciałby być mój syn. Młodszy syn pełen wewnętrznej energii i niespożytych sił do negowania wszystkiego tego co z ojcowskim wychowaniem się wiąże . Przyznam że tekst szczerze mnie zaskoczył. W pewnym sensie tekst obnażył  całą głębie młodzieńczego buntu i negacji roli rodziny jako takiej. Poniżej fragmenty z tego wypracowania:
… W  głębi serca  akceptuję,  a nawet podoba mi się rodzinną którą tworzymy.  Chociaż w chwili obecnej życie  pędzi tak szybko, rodzice starają się  znaleźć czas do wspólnych spotkań. W okresie kiedy ojciec  pracował poza Krakowem, a w domu bywał tylko w soboty i niedziele, wstawał rano  i przygotowywał rodzinne śniadanie ( robi to zresztą do dzisiaj ). Zasiadaliśmy przy nim całą rodziną i opowiadaliśmy  o tym co ciekawego spotkało nas w ubiegłym tygodniu. I chociaż nieraz boczyłem się na ojca zrywającego nas  rano do stołu,  to jednak ta atmosfera wspólnych posiłków tworzyła klimat takiego ciepło który  lubię.  Te  sobotnio - niedzielne  śniadania stały się  w naszej rodzinie   tradycją.  
Bez względu czy w Krakowie czy  na wsi w Gorcach, gdzie wysiłkiem całej naszej rodziny odremontowaliśmy starą drewnianą chałupę ….
 I trochę dalej :
  W trakcie tego remontu domu kiedy razem z ojcem wbijaliśmy gwoździe, cięliśmy deski czy w końcu malowaliśmy płot czułem, że ponieważ ojciec powierzył mi prace przy domu jestem kimś ważnym .  Siadanie przy wigilijnym stole, wspólne z ojcem dekorowanie drzewka od kiedy pamiętam. Teraz uzupełnione o  wyjścia po świerkową gałąź  którą podwieszamy pod stuletnią powałą  i wyczekujemy pierwszej wigilijnej gwiazdki.  Kłócę się czasem z moim ojcem, ponieważ na wiele spraw patrzy inaczej  jest w końcu starzy ode mnie o ponad trzydzieści lat. I  chociaż w głębi serca zgadzam się z jego argumentacją   musimy dyskutować spierać się  jak to w rodzinie.  Od dziecka żyję w świecie historyjek,  które ojciec opowiadał,  a jemu opowiadał jego ojciec, któremu z kolei …. Tak rodzi się i trwa tradycja rodzinna, którą akceptuję i która wraz z upływem lat podoba mi się coraz bardziej. W trakcie jednej z wigilijnych wieczerzy ojciec opowiadał mi  o bardzo smutnej   chwili  w jego życiu , kiedy  Wigilijną noc spędził na dyżurze w pogotowiu ratunkowym.  Wigilijny wieczór kiedy widzi się  szczęśliwych ludzi zasiadających razem przy  stole, przeżywana w samotności jest trudna do opowiedzenia. Wtedy właśnie tak bardzo ceni się rodzinę i tak nienawidzi samotności.  Tak teraz już zdecydowanie mówię że jeżeli Pan powoła mnie według swego planu do rzeczy ważnych niech to będzie rodzina,  ponieważ na samotność nie jestem przygotowany. Chciałbym i ja mieć własne dzieci którym  opowiedział bym te wszystkie historie pełne morału i  filozofii aby koło historii zatoczyło się z moim udziałem . Myślę że to piękne,  komuś kto urodził się w wyniku wielkiej miłości dwojga ludzi  towarzyszyć w pierwszych krokach  i słowach, chronić przed potknięciami  i upadkami. Cieszyć się z pierwszego słowa  tata .Przeżywać sukcesy, cierpieć w czasie choroby  i przeżyć tą chwilę kiedy dotknięcie ojcowskiej ręki  potrafi uleczyć ból i wysuszyć łzy na dziecięcych policzkach. Mój ojciec w czasie kiedy  mama był w ciąży prosił o syna.   Ja nie mam  takich  sprecyzowanych oczekiwań. Chciałbym aby wszystko o czy pisałem wyżej spotkało mnie we właściwym  momencie mojego życia. Abym do wszystkiego podszedł przygotowany  fizycznie i duchowo. Abym nie stracił nic z tych wspaniałych duchowych przeżyć które mam nadzieję przyjdzie mi przeżyć…       Koniec
Uff ale się porobiło.  Ile w tym tekście jest kokieterii wobec katechetki?, a ile prawdziwych przemyśleń?.  W jakiej części tekst współtworzył Internet, a w jakiej człowiek – mój syn?. I do cholery w końcu, dlaczego nigdy mi o tym nigdy nie powiedział?. Tyle pytań ciśnie się na usta i na żadne nie otrzymam odpowiedzi. Nie zadam po prostu tego pytania, nie mam odwagi. Co prawda nie naruszyłem niczyjej prywatności przeglądając zeszyt ponieważ otrzymałem do tego upoważnienie.
Przeglądnij i wyrzuć co chcesz – powiedział Młodszy.
 Myślę jednak  że pisząc nie chciał się dzielić ze mną wrażeniami. Zresztą taktownie nie wspominał o wypracowaniu z religii.   Życie dało mi  dyskretną lekcję, albo raczej korepetycję i to  całkowicie za darmo.  Od wczoraj inaczej patrzę na  burczenie mojego Młodszego.  Wierzę że  znaczna  część tego o czym pisał jest jego przemyśleniami. Uratowałem wiarę w ludzi i w tą odwieczną sztafetę pokoleń.  Wiem już  że kiedyś będę mógł przekazać pałeczkę .
Antoni Relski
29 komentarzy
15 listopada 2009
Portal internetowy Dziennik.pl w wydaniu z 10 listopada 2009  podrzuca nam  artykuł zatytułowanym zdecydowanym poleceniem :    Panowie, nie róbcie tego przy nas!
Autor,  kobieta porządkuje  w pięć punktów zachowania mężczyzn, jakich nie akceptują kobiety. Kobiety czyli  te od dziecka dobrze ułożone i wychowane. Doskonale wiedzą co czynić a czego się nie powinno. Chroniąc swój dziewiczy wianuszek trafiają  w końcu jednak  na osobnika płci przeciwnej, mężczyznę.  Postać z innej planety. Co zresztą jest prawdą. Czytałem kiedyś  książkę pod znamiennym tytułem:  Mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus.
Po latach wspólnych  doświadczeń z troglodytą macie w końcu dosyć  złych zachowań i przygotowujecie listę naszych najgorszych zachowań, aby wykrzyczeć w odpowiedniej chwili co was w nas drażni. Albo publikujecie ją na  przeglądanym portalu. A nóż wpadnie w nasze oko.  
A są to ( tutaj cytuję za autorką) :  
1. Obcinanie paznokci: panowie do tego celu używają zazwyczaj obcinarki, co potęguje nieprzyjemne doznania ich partnerek.    
2. Drapanie się w miejsca intymne: widok przykry i smutny, narzucający jednoznaczne skojarzenie.    3. Głośne bekanie:  
4. Potrzeby fizjologiczne załatwiane publicznie
5. Wygłaszanie uwag na temat innych pań  w towarzystwie ich żon czy narzeczonych
No tak wyjątkowo tym razem nic o chrapaniu ,  picu piwa czy przedwczesnym dochodzeniu do finału. Zależy mi na wypracowaniu w sobie cech pozytywnych , analizowałem więc  dokładnie artykuł,  punkt po punkcie.  Oto wnioski do których doszedłem ,  a które można by skwitować  jednym staropolskim powiedzeniem : przyganiał kocioł garnkowi .
Ad1 Obcinanie
Brytyjski komik Benny Hill nakręcił kiedyś męskie wydanie Aniołków  Charliego. Tam była taka scena,   oczekujący na następne zadanie faceci (aniołki) umilają obie czas różnymi zajęciami . Jeden z nich próbuje obcinać paznokcie u nóg. Benny Hill wykorzystał  widok ekstremalny dla osiągnięcia  efektu komicznego , ale to nie było śmieszne, to było obrzydliwe. Mając na uwadze chociażby ten widok, traktuję tę czynność jak bardzo intymną.  Zamykam  się więc  dla jej dokonania  w czerech ścianach łazienki.  Z drugiej jednak strony funkcjonuje pewien stereotyp.  Małżeństwo ze  stażem  spędza wieczór przed telewizorem. Uzgodnili wspólny program co pozytywne, bądź oglądają to co wybrał pan domu.  On ze szklaneczką piwa w ręce,  ona z pilniczkiem do paznokci. Wygładza  i poleruje krągłości płytki paznokcia  i czasem tylko gubi wątek,  dopytuje wtedy  dlaczego jest tak a nie inaczej.  Jeżeli telewizja ma walory wychowawcze,  to już większość młodych panienek  wie, że jest to najlepszy czas do manicure.  A dźwięk  który powstaje gdy pilniczek ześlizgnie się w niekontrolowany sposób z paznokcia to miłych nie należy.  Wychodzi więc na to że do pewnych czynności  większe przyzwolenie uzyskuję przedstawicielki płci. Uczciwie przyznać trzeba że autorka piętnuję  również  kobiety za publiczne manicure.  
Ad2 Drapanie
W trzynastej Księdze Pana Tadeusza , pieprznej historyjce wierszem, którą przypisano Aleksandrowi Fredrze  jest taki cytat:
Po jajach  się podrapał, spojrzał na żoneczkę.
W najnowszej reklamie sieci telefonii komórkowej, bohater tak zwany  Turbodymomen  po zakończeniu prężenia muskułów schodzi ze sceny drapiąc się w tyłek .  
Męskie drapanie się rzeczywiście jest jakimś atawizmem,   odruch najczęściej przebiega po tzw krótkim łuku nerwowym .  Nie angażujemy do tego  głębszych pokładów  naszej woli.  Ba nie jesteśmy nawet świadomi  wykonywania czynności.  Można to przyrównać do nerwowego poprawiania włosów przez kobiety, wykonywane równie  odruchowo i bez zastanowienia, dla poprawy samopoczucia.
 Ad3  Bekanie
Głośne bekanie a co gorsze puszczanie gazów  innymi otworem,  jest bezdyskusyjnie naganne.  Jak to mówił  Shrek  głośno bekając   przecież to lepiej że tą stroną.  I już jesteśmy w sytuacji kiedy bekanie jest lepsze. Względnie lepsze.
W filmie „ Nic śmiesznego”   M. Koterskiego,  główny bohater nie może kochać się ze wspaniałą dziewczyną,  ponieważ ma tendencję to  prykania.  Wychodzi więc do łazienki  za każdym razem gdy poczuje wolę,  tam  pozbywa się swego wstydliwego problemu. W efekcie traci kobietę która  desperacko rzuca się w ramiona kolegi. Ten po udanym z nią seksie  zwierza się  naszemu bohaterowi
- Ty ale  wtedy  to ona głośno pyrka.
Któryś ze znajomych w czasie takich dyskusji,  porównywalnych tylko   Z rozmowami przy wycinaniu lasu ,  stwierdził że prykanie  we wspólnym łóżku małżeńskim jest oznaką więzi  i  całkowitemu otwarciu się wobec partnera.  Niektórzy poczuli się usprawiedliwieni.  Bekanie jest gorsze.  
Ad4.Sikanie
Z  filmów pamiętam taką  wielokrotnie powtarzaną scenę.  Łazienka zajęta przez dwie osoby. Dwie kobiety. Jedna siedzi na sedesie i sika, druga robi sobie oko stojąc przed lustrem, przy umywalce. Opowiadają  sobie zdarzenia ostatniej nocy, bo to taka potrzeba zwierzeń ,   bądź rozważają problemy innej natury.  Nie widziałem faceta stawiającego klocka i drugiego  który goląc się opowiada mu  problemach z zapłonem w swoim Fordzie. To częściej kobieta,  kiedy już poczuje się w naszym towarzystwie swobodnie zasiada przy nas  na sedesie,  podczas gdy my golimy się przed lustrem.  Pierwszy raz  zaciąłem się ponieważ drżące ręce niepewnie prowadziły ostrze po skórze.  A chłód porcelanowej umywalki boleśnie doświadczał  mojego ciekawskiego przyjaciela, który co tu ukrywać stawał się coraz bardziej zainteresowany rozwojem sytuacji.
 Przyznam że to ja częściej czułem się nieswojo z tego właśnie powodu.
 Pewne rzeczy obciążone są konsekwencjami,  jak głosi reklama pewnego czekoladowego wafelka. 
 Ad5  Zachwycanie
Fakt. Kobiety zazdrośnie chcą strzec swojego monopolu na  swój wygląd w naszych oczach. Dla nas mają być  najatrakcyjniejsze  i najbardziej pożądane.  Działanie zaborcze i dodatkowo całkowicie sprzeczne z naturą.  Jeżeli idąc z żoną odwrócisz głowę w kierunku  eleganckiej dziewczyny i powiesz - Spójrz kochanie jakie ona ma długie nogi.
To tylko pochwała tych nóg, piersi czy włosów.  Nie obciążone żadnym dalszym ciągiem. To tylko dowód na to,  że zmysł estetyczny jeszcze w nas nie umarł.  Przecież dla fajnych piersi, które mijamy codziennie na swej drodze nie porzucamy rodziny i nie rozbijamy małżeństwa. Ładne jest ładne. Koniec kropka.
O wiele gorsze jest codzienne utyskiwanie żony pod adresem męża : o brak tego czy tamtego, o kiepską robotę i równie kiepską kasę podczas gdy sąsiad z pod piątki radzi sobie doskonale.  A ten nad nami właśnie wymienił furę.  To jest dołujące. Czy my  mówimy:
-  Sąsiadka  z parteru to ma fajne cycki, a spójrz na swoje.
 My nawet tak nie pomyślimy. Zabranianie nam zachwytu nad piękną  kobietą   prowadzić może do takich paranoi jak w dowcipie:
Zona pyta męża
- A tobie kochanie to bardzie podobają się kobiety piękne, czy mądre?
- Ani jedne ani drugie, jestem zakochany bez pamięci w tobie kochanie.
I ten ostatni dowcip decyduję  zabraniczkom   zdrowego  zachowania  się w związku.
Antoni Relski
74 komentarzy
12 listopada 2009
Kiedy skończyłem te swoje piętnaście lat,  zaczynałem interesować się swoim wyglądem. Nie żebym do tej pory chodził zaniedbany, wręcz przeciwnie. Tradycyjni rodzice zmuszali mnie do tradycyjnej elegancji. Spodnie  prasowane na tak zwany kant lub kantkę w zależności od regionu.  A tu serce by chciało jak na zachodzie: barwnie, kolorowo, swobodnie. Wytarte spodnie i podkoszulek najlepiej z czymś. Ale to coś trzeba było sobie zrobić samemu.  Podkoszulka z napisem SZMP( Socjalistyczny Związek Młodzieży Polskiej) nie wypadało nosić poza przymusowymi spędami na których oblekano członek nie członek.
Mój pomysł na nadruki był następujący. Szablon wycinany żyletką  na arkuszu bloku technicznego. Przykładaliśmy to na koszulkę, na to kalka maszynowa czarna, lub ołówkowa fioletowa i żelazko. Pól minutowe wprasowanie i tusz z kalki barwił tkaninę. Wystarczało maksimum na trzy prania ale i tak motywem można było kłuć w oczy znajomych. Najczęściej angielskim hasłem  lub postacią. Do wyboru mieliśmy opracowane dwie  twarze :  Jimiego Hendrixa, oraz Che Guevarę.  Dwie ikony młodzieżowej rewolucji obyczajowej, były dla trzymającego rączkę rozgrzanego żelazka tak komplementarne, że z czasem zlały się w jedno, jedną wielką ikonę. Niedokładność przerysowywanych od nowa i do nowa postaci powodowała, że tylko po gwiazdce na wysokości czoła czy beretu  można było odróżnić Jimiego od Che.  Do tego jeansy, starte pumeksem podczas nieobecności starych w domu i już byliśmy gotowi na Woodstock, tylko nie miał nam go kto zorganizować. Na Owsiaka wypada poczekać prawie dwadzieścia lat. A potem historia przyspieszyła. I kiedy nabrała już szybkości jak  ekspres Inter city, przewracała pędem powietrza najpierw tablice informujące, potem ostrzegające, an koniec zaś znaki zakazu i nakazu. A bez znaków, to wiadomo z kodeksu drogowego obowiązuje zasada prawej ręki. I wtedy się zaczęło na całego .
 Od kilku lat obowiązuje zakaz noszenia podkoszulek z Che Guevarą, o sierpie i młocie nie wspominając.  A za trening w koszulce z napisem CCCP, hokeista Cracovii został skazany na 60 godzin dozorowanych prac społecznych. Samo słowo komunizm nabrało tak negatywnego znaczenia, że używano go najpierw jako przekleństwa, a później całkowicie zakazano.  Parlamentarzyści poszli za ciosem i wraz z zakazem homoseksualnych praktyk postanowiono  wymazać z naszego życia i języka  wszystko co się z tym procederem kojarzy.  Jak czas letni wprowadzono te zmiany z soboty na niedzielę i już w poniedziałek  przyszło nam żyć w nowej rzeczywistości. Rano  wstałem jak zwykle szósta dwadzieścia, wrzuciłem dwie grzanki do opiekacza i otworzyłem drzwi lodówki, aby upolować coś co można by na te grzanki położyć. Zostało tylko masło, a z braku mleka wypiłem kawę w najczarniejszej jej postaci. Trudno zrobię zakupy przed pracą. W osiedlowym sklepiku czas jak zwykle biegł sobie swoim trybem. Pan Miecio miejscowy menel wysupławszy z kieszeni dwa czterdzieści, nabył drogą kupna puszkę z piwem i trzymając ją w trzęsących się z emocji rękach, z olbrzymią desperacją usiłował ją otworzyć. Kupiłem bułki, dżem i zabrałem się do nabiału.
-  Pani Danusiu, poproszę serek homogenizowany - zdecydowałem.
- Heterogenizowany -  poprawiła mnie sprzedawczyni.
- A to nie chcę, może mleko homo…
- Od dzisiaj także tylko heterogenizowane - oświadczyła zdecydowanie Pani Danusia.
- A cóż to za głupoty?  - spytałem naiwnie.
- To Pan nie wiesz Panie Antoni - stwierdził że znawstwem Miecio, osiedlowy Menel -  że od dzisiaj jest koniec z pedalstwem i żadnego homo już nie będzie. Bo my Polacy i katolicy na to się nie zgadzamy i tyle.  I takie jest prawo.
Miecio w czasach realnego socjalizmu był dyrektorem z partyjnego klucza w jakiejś poważnej firmie. Ze względu na swoje lewicowe poglądy chrzcił dzieci we wsi oddalonej od jego miasta o jakieś sto kilometrów.  Później przyszło nowe i to nowe zamiotło Miecia na margines historii i to tak odkrył był nagle swoją prawdziwą twarz. Twarz Polaka i Katolika, a może nawet tego drugiego na pierwszym miejscu.
A  chrześcijańska miłość bliźniego Panie Mieciu ? – spytałem bez nadziei otrzymania rozsądnej odpowiedzi. Pokiwałem ze współczuciem głową.
 Trudno kupię żółty edamski, albo „mazdamer królowo”,  jak zachęcają w telewizyjnej reklamie.
Nie wierząc do końca w to co spotkało mnie w sklepie  dotarłem do pracy, a tam komentarzom nie było końca. Kazek złożył oficjalną gazetę na czworo,  zagaił też,  zaraz  po tym jak zasiedliśmy z kawą przy swoich biurkach.
- To co koniec pedalstwa. Wystarczyło tylko wziąć się za to raz i porządnie.
A ty Antoni z tą Twoją tolerancją daleko nie zajdziesz. Przemysł to, bo tam gdzie tłuką wyznawców, zebrać może tolerancyjny, czasem przypadkiem – zakończył uspokajająco.
Nie wiem jednak czy  mnie tym uspokoił. A potem było już tylko gorzej.
Nie naprawiono mi samochodu,  ponieważ przegub heterokinetyczny był  bez heterologacji czyli atestu. Kiedy przechodziłem przez Główny Rynek w okolicach postoju dorożek zdałem sobie sprawę z czegoś  innego
Dobrze że koń pociągowy to przeżytek, bo jakby się czuły gdyby na kark założyć im heteronto (dawniej homonto )
Nie ma już łączeń homonicznych są heteroniczne,  chociaż te ostatnie były już poprzednio, ale znaczyły dokładnie coś odwrotnego.
Nie ma już homonimów zastąpiły je heteronimy a hetgerozygota zastąpiła homozygotę
A Europa zamarła i patrzy na nas swoimi zdziwionymi oczyma i nawet Google Earth nie chce pokazywać Wąwozu Heterole,  tylko uparcie twierdzi że to Homole.
Zawsze posłuszni władzy, bez względu na to kto rządzi,  językowi puryści zastanawiają się jak teraz nazwać homofoba.  Heterofob to w końcu gol strzelony do własnej bramki.
Damy radę w końcu nie na darmo należymy do prześwietnego hetero sapiens.
Obudziłem się zlany zimnym potem. Prawdopodobnie wczoraj wieczorem zbyt długo siedziałem na forach.
  
Antoni Relski
30 komentarzy
10 listopada 2009
Jeden  z wrześniowych poranków  spędziłem  w poczekalni u lekarza laryngologa, ponieważ parę lat temu stwierdzono u mnie chroniczne zapalenia gardła. Gdybym tylko  był nauczycielem,  zdiagnozowano by to jako schorzenie  zawodowe  i mógłbym skorzystać z rocznego płatnego urlopu, dla podratowania zdrowia. Z czego  pewnie, chętnie  skorzystał bym, ponieważ moja wieś od czasu  powrotu do pracy w rodzinnym mieście  marnieje  i wymaga   prac remontowych.  Nie musiałbym przecież  wykrzykiwać  na nikogo budując  kamienny murek, lub piłując i rąbiąc drewno. Ponieważ nie jestem nauczycielem, pozostaje mi  zażywanie lekarstw oraz unikanie podniesionego głosu. Z  tego zaś   umiejętnie korzysta  moja  ukochana rodzina. Ja mam do dyspozycji tylko siłę argumentu, a oni całą paletę  emocji.  Całość dopełniają regularne, bardziej lub mniej, wizyty u laryngologa.   Siedzę więc tak, w równym rzędzie skręconych  ze sobą krzeseł, dzięki czemu nie mogę uniknąć  przysłuchiwania się, najczęściej wbrew swej woli, dyskusjom  i monologom  pacjentów..  Najczęściej opisują swoje dolegliwości, jako:  wyjątkowe, niespotykane, warte pracy doktorskiej czy nawet habilitacji. W tym to zagadaniu, panie zapominają się, a kiedy wypadają z pod samokontroli osobistej, przytrafiają im się mniejsze lub większe wpadki.
Czy może być coś bardziej nie estetycznego niż pończochowe podkolanówki, ubrane do spódnicy w taki sposób, że pokazują ten wąski pasek ciała wylewający się ponad ściągacz?
Może.  Pończochowe podkolanówki założone na nogi utrudzonej życiem  kobiety z nadwagą, która na dodatek zechce założyć nogę na nogę. Z pasją, zamaszyście, aż człowiek jest  pełen podziwu dla jej panewek stawowych.
 Powiecie że się czepiam i nie powinienem patrzeć, to siądźcie naprzeciw takiej osoby, opisującej  poranne bóle, kolki,  zaparcia czy rozwolnienia.  Że kobieta w tym wielu nie musi być seksualna?  Najprawdziwsza prawda. Powinna natomiast być estetyczna.
Swobodę  siedzenia, z  niedbałymi pozami   można sobie  zafundować w innych sytuacjach.  Na przykład:  kupując małżonkowi piwo. Może  mu je podać w stroju skąpym, niekompletnym, a może nawet w samych pończochowych  podkolanówkach.  I mają te Panie do tego święte, nienaruszalne prawo.  A ślubny małżonek , ma obowiązek  wypić to piwo w dosłownym  i duchowym  sensie, ponieważ  kiedyś  powiedział :…na dobre i na złe .. .Ja nie oceniam kiedy było dobrze a kiedy źle.  Ja  tylko oświadczam że wobec  tych pań z poczekalni  nie podejmowałem  żadnych  zobowiązań czy deklaracji,  wobec tego nie muszę  być narażony na uczestnictwo  w tym  performensie.  
Od pewnego czasu dopadają mnie wątpliwości co do sposobu mojego pojmowania świata. Być może to ja się mylę, być może wszystko jest cool ( Chyba już nie mówi się cool tylko jaazy) .
Kilkanaście  dni temu w Vivie obejrzałem bez entuzjazmu  galerię zdjęć pani Beaty Tyszkiewicz. Można zatytułować go jednym wyrazem – samozadowolenie.
Szanuję i cenię  aktorkę za to, że jak wspominany kiedyś Jan Nowicki  potrafi wyrażać swoją opinię w sposób bezkompromisowy.  Dystansu do życia, drugiego człowieka i jego stanowiska nabiera się z wiekiem. Mnie imponuje ta chwila,  od  której  można sobie pozwolić na taką właśnie swobodę  :  Easy Rider  można by powiedzieć. Tylko  po co od razu pokazywać majtki?
Nowicki nie posunął się do  pozowania z  trokami  od gaci. Ale z drugiej strony,  on też  nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
 Sprawa zachowania minimum elegancji zachowania i  ubioru w kontaktach międzyludzkich dotyczy zarówno kobiet jak  i mężczyzn, w takim samym stopniu. 
Czy to pończochowe podkolanówki, czy  też ten męski mięsień piwny,  wylewający się z pod zbyt krótkiego podkoszulka i spoczywający leniwie na kolanach. Te same, mieszane odczucia.  
 Dla wyjaśnienia mam szacunek dla wieku chociażby przez mój staż życiowy.  Nie gustuję w nastolatkach. Trudno mi  dopuścić  do siebie myśli, że mógłbym mieć  romans  z osobą młodszą od mojego syna.  Co zrobić?  kwestia zasad. Takie mam, takie stosuję.
I  jak zwykle  zeszło  na  seks, a miało być o estetyce   

Antoni Relski
30 komentarzy
07 listopada 2009
Zmieniam te obrazki na czołówce bloga, ponieważ jak najwierniej chciałbym oddać ducha. Oddać oczywiście nie znaczy wyzionąć.  Oglądałem  dzisiaj  zdjęcia  Starszego i ten właśnie wpadł mi w oczy.
Co to? – spytałem.
- Wracałem kiedyś w nocy do domu, akurat polewaczka przejechała po rynku i sztuczne światło dość przyjemnie ułożyło się na płytach rynku,  to sobie cyknąłem.
- Ty sobie cyknąłeś, a dla mnie jest dokładnie to o co mi chodziło.
Z radością przyjąłem prezent. Ba ja go nawet wyprosiłem.  
Zafascynowany Krakowem. Fan serialu:  „Z biegiem lat z biegiem dni” przyjąłem w końcu pseudonim jednego bohaterów tego filmu. Rozpisywałem się o tym często na początku mojego blogowania.
Tak,  to zdjęcie jest dokładnie tym o co mi chodzi. Mam nadzieję że i Wam się spodoba.
Nie jest to w żadnym stopniu jakaś małopolsko-centusiowska zarozumiałość, to miłość.
Od czasu do czasu wizytuję naszą Stolicę gdzie Żona odwiedza lekarza laryngologa.
Sympatyczna nic współpracy na linii lekarz pacjent spowodowała, że gabinetowa rozmowa zbacza czasami na  tematy prywatne. Któregoś dnia   Pani Doktor zaproponowała:
-  Następnym razem jak przyjedziecie z mężem  to  zwiedzicie sobie naszą Starówkę,
by za chwilę dodać:
 - Cóż ja będę namawiać do zwiedzania,  jak wy macie swoją w Krakowie. Jestem tam w każdy piątek - stwierdziła  Pani Doktor i zaraz uzupełniła - Na piwie na Kazimierzu – uzupełniła.
- To dlatego piwo podrożało - zauważyła złośliwie żona
W imię uczciwości własnej powiem że warszawską starówkę zwiedziłem, tak jak poznańską, wrocławską, gdańską, szczecińską. Każda ma swój urok.     
Od czasu gdy Stolica masowo zaczęła odwiedzać Kraków, cena piwa zdecydowanie wzrosła. Po prostu dostosowała się do cen rodem z Warszawy.
To takie trochę krakowskie. Ot po prostu, Krakus mieszka za blisko Górala,  który Dutki lubi.
Ale skąd miłość Poznaniaków do kasy ?
Mówi się że Poznaniak to taki Krakus wyrzucony z miasta za sknerstwo.
Ponoć drut aluminiowy wymyślono kiedy Krakus z Poznaniakiem ciągnęli każdy w swoją stronę złotówkę ( tą z PRL-u)
I tak każdemu przypina się jakąś łątkę .
A ja ponoć mówię z małopolskim akcentem. Wydawało mi się że mówię czysto po polsku.
A z drugiej strony co to znaczy :  czysto po polsku ?  
Akcent,   składnia różne są w zależności od regionu.
Nie będę pisał tutaj o Ślązakach i Góralach , bo ci całkowicie wyłamują się ze schematów.  Słyszałem że najlepiej postawić ich przy jednym stoliku. Bez flaszki się  nie zrozumieją. Zresztą górale opowiadają dowcipy o ślązakach, a ślązacy o góralach.   Ostatnio poznałem odmienność Kaszebów i ich śpiewany alfabet.
Wracając zaś do Stolicy.
W Krakowie mówi się :
- Proszę pokazać mi te buty
W Warszawie:
- Pani pokaże mi te buty.
Zauważyłem też zamianę liter „e” na   „ ie ” oraz odwrotnie.
Dlatego jedziemy na Pragie , w kiosku proszono mnie  o złotówkie
Ale spotykamy się z  kerownikiem.
W każdym razie Ja tak to odbieram.
Idż że idź że bajoku  jeden - jak mawiają w okolicach  krakowskich Błoń.
W Krakowie wychodzi się -  na pole, ponoć  w Warszawie - na dwór.  
Jest pyszny dowcip który obrazuje różnicę między Krakowem a Warszawą :
W Warszawie starszawy adwokat w sklepie monopolowym zamawia ćwiartkę wiśniówki.
Sprzedawczyni mówi:
- Panie mecenasie,  jak Pan tak będzie sam pił to Pan wpadnie w alkoholizm
Ta sama sytuacja w Krakowie .
Starszawy adwokat zamawia ćwiartkę wiśniówki.
A co to Pan Mecenas organizuje brydżyka? – podając butelkę pyta sprzedawczyni.
A jak Wy postrzegacie mieszkańców Małopolski?
   

Antoni Relski
61 komentarzy
05 listopada 2009
But, buty dawno wzute już nogami prawie są. To cytat z popularnej niegdyś piosenki  zespołu Andrzej i Eliza. Czy ktoś to jeszcze pamięta?  Fakt dobrze czuję się w swoich codziennych butach. Piszę codziennych ponieważ mam taką dziwną przypadłość,  że jeżeli coś lubię,  chodzę w tym monotonnie aż do zużycia. Świadczyć  to o tym,  że mam  krótką szafę ubraniową i to zresztą jest prawda, ponieważ w kwestii materii zawsze miałem inne priorytety.  Jeansy koniecznie indygo, podkoszulek zwany T-shirtem  i  amerykańska bluza wojskowa M-67.  Taki młody gniewny, z tym,  że już nie za bardzo młody,  a ten młodzieńczy gniew zmienia się czasami w podkur…nie.  Wracając zaś do butów. Czyniliśmy sobie wzajemne grzeczności.  Ja o nie dbam, one dbają o mój komfort. Troskliwie nacierałem je  pastą po czubkach,  bokach kończąc  na  tyłach i obcasach.  Miejsce w miejsce  ruchami okrężnymi i posuwistymi. Kiedy już nabrały matowej struktury,  brałem wysłużoną flanelkę oraz szczotkę do miejsc niedostępnych i przywracałem im blask, piękniejszy od fabrycznego. W podobny sposób poleruje się również marmur. Stosowałem kilka sztuczek zasłyszanych od przedwojennych kawalerzystów, czy członków kompanii honorowej. W końcu większość ich zawodowego życia schodzi im na maszerowaniu i czyszczeniu butów właśnie. One prowadzą mnie bezpiecznie już jakiś czas. Omijając miejsca  niedobre dla mych stóp. Pełne porozumienie i satysfakcja.
Uważałem że paznokcie i buty świadczą o odbiorze człowieka w trakcie  pierwszych spotkań czy rozmów.  Przy czym buty zauważa się zdecydowanie  wcześniej.
W  ostatnią niedzielę wieczorem  czyściłem te swoje buty  z widocznych śladów  pobytu na cmentarzu, a że nastrój dnia sprzyjał rozważaniom nie tylko na temat śmierci, filozoficznie podszedłem również  do butów.
Schodzone  są ponad miarę. Obcasy ścięte po zewnętrznej jako dowód posiadania lekko kowbojskich nóg  przez ich właściciela. Biegnące w poprzek załamania , które zdeformowały pierwotny kształt spowodowane wielokrotnym zginaniem i  odginaniem w trakcie chodzenia . W jednym miejscu widoczna szrama którą zrobiłem sobie w trakcie pobytu  na magazynie firmy,  już następnego dnia po zakupie.  Noga tak dziwnie ślizgnęła się na plamie oleju,  że pojechałem robiąc coś na kształt pół szpagatu. Pół ponieważ druga noga trwałą na swoim miejscu. Ta ślizgająca zatrzymała się dopiero na kawałku blachy tworząc na wylakierowanej powierzchni skóry widoczne uszkodzenie.
Dobrze że Pan nogi nie złamał – podsumowali magazynierzy.
Ale butów , butów  szkoda – odpowiedziałem żałośnie.
Przynajmniej buty ochrzczone  - zaśmiał się jeden z nich i wsiadł na swój wózek widłowy z którego być może kapnęła ta feralna kropla.
A ten czubek buta ze zdartą skórą to efekt  wyjścia do sklepu. Źle wymierzyłem odległość i but zsunął się po pionowej części stopnia, co z kolei  spowodowało rozbicie kostki i przewrotkę na bok. Kostka boli do dzisiaj,  tak samo jak zadrapanie które starałem się zatuszować grubszą powłoką pasty.
Są i inne ślady beztroskiego stosunku do moich półbutów,  ale zlały się one w mojej pamięci w jedno hasło : intensywne użytkowanie.
Ale ja przecież chodzę  z samochodu i do samochodu i trochę w pracy. Nie jestem listonoszem, czy rozdającym  ulotki na skrzyżowaniu koło mojego zakłądu. Zwłaszcza ci ostatni, co zmiana świateł robią te swoje 100 metrów  w tę i w drugą, razem znaczy się dwieście.  A że światła zmieniają się co trzy, cztery  minuty to daje dwadzieścia , no może piętnaście razy na godzinę. W ciągu dnia zbierze się tych kilometrów trochę.
- A zmieniłbyś te swoje buty zamiast się nad nimi użalać  - powiedział Starszy.
- To powiedz mi gdzie to mogę zrobić ?
Sklepy w galeriach wynajmują powierzchnię bez magazynu, a więc na półkach wystawiony jest tylko najbardziej chodliwy towar.  Dzięki temu  przedział  rozmiarów zamyka się pomiędzy 42 – 45. Szczęściarz kupi 41 a co dalej ?
Cyfra która określa mój rozmiar to 39. Trzydzieści dziewięć i jest to pewien kompromis, bo tak naprawdę 38,5.  Spróbujcie znaleźć taki rozmiar w poważnym salonie obuwniczym. W niepoważnym to także się nie uda.  Pytanie o rozmiar wywołuje uśmiech sprzedawczyń i o ile w pierwszym i drugim odwiedzanym sklepie  odczuwam to jako przepraszający,  o tyle  po kilku niepowodzeniach jako  uśmiech szyderczy.
- Przy taki nastawieniu nie kupisz nigdy butów – złości się żona. 
- A ileż razy można znieść niepowodzenie?  - odpowiadam.
Próbowałem adoptować rozmiary większe, ale jak to z adopcjami, bywa różnie.   Po kilku tygodniach  czubki podnoszą się do góry i buty człapią.  Szuram więc nimi po jezdni i wyglądam jakbym miał jakiś problem  ortopedyczny .  Poza tym, z takimi  za dużymi butami  mógłbym robić w reklamie  McDonalds  pod warunkiem zrobienia lekkiego   makijażu  i założenia  różowej peruczki.
Są oczywiście  sklepy,  gdzie bez mrugnięcia okiem mogę wspomniany rozmiar nabyć. Mam nawet niewielki wybór fasonów.  Jedyny problemem jest cena -  699 PLN i więcej. Zastanawiałem się nad fenomenem ceny, wymyśliłem że takie małe męskie  buty to precyzyjna, jubilerska prawie robota. A precyzja musi kosztować. 
 I rozpieprzyć takie buty drugiego dnia ba ścierwie  w magazynie.  Albo wpaść w błoto budowy?   Stresujące?
 Nie to trąci depresją z myślami samobójczymi.
Póki co czekam grzecznie na okres pierwszych komunii - maj,  to dobra pora zakupów.  Dużo małych rozmiarów z myślą o czystych duszyczkach. Chowam więc wstyd dom kieszeni i  siadam  pomiędzy przyszłymi Komunistami.   na pufie zdobnej w słoniki  Dumbo lub Batmana.  I mierzę, być może coś spasuje.  Stoiska dziecięce oferują taki  rozmiar,  pozostaje tylko jeden  złośliwy   szczegół,  to tak zwana   tęgość  czyli szerokość i wysokość  wnętrza.
Cholera jak nie kupię w najbliższym tygodniu właściwych półbutów,  to kupię te  pełne buty  ze Spider Manem   wyszywanym  na  podbiciu, w tym sklepie z samochodzikami  malowanymi na ścianach .   Będzie zabawnie gdy pojawię się na cotygodniowej naradzie  w stalowym garniturze i w tych kolorowych sportowych trzewikach.
 A może  ubiorę  chińskie trampki?  Sandały w połączeniu z białymi frotowymi skarpetami zdecydowanie odrzucam.  A póki co,  buciki moje kochane,  jak w filmie o Angelice i  piratach: Klocki w zęby tempo dwadzieścia dwa. *
W końcu pasta , szczotka i flanelka, potrafią zdziałać cudza ….  Jeszcze przez jakiś tydzień.


 *) Cytat z filmu o piratach.i nasz ulubiony ogólniakowski cytat, gdy trzeba było zrobić coś ponad swoją wytrzymałość.  W filmie  galernicy trzymali wiosła w rękach,  na szyi zwisał kawałek drewienka na sznurku. Funkcyjny podawał tempo  piętnaście , szesnaście. Do czegóż było to wspomniane wyżej drewno. Najwyższy stopień prędkości uzyskiwało się właśnie po komendzie :   Klocki w zęby tempo dwadzieścia dwa.

Antoni Relski
30 komentarzy
02 listopada 2009
Sobota, późne popołudnie. Siedziałem sam jak palec, ponieważ młodzi pod jakimś pretekstem wyszli  z domu.
- No to mogę robić co chcę – pomyślałem.  Za chwilę jednak dotarło do mojej świadomości że przecież i bez tego mogę.  Ze spokojnego i może trochę bezmyślnego przeglądania Internetu wyrwał mnie hałas w przedpokoju. Dzwonek zadzwonił dwa razy.
- Swój - pomyślałem i już miałem  otworzyć drzwi, ale z przyzwyczajenia zerknąłem przez wizjer. Korytarz był pusty. Delikatnie  zdjąłem blokadę i powoli uchyliłem drzwi. Na wycieraczce stałą trójka dzieci w wieku około dziesięciu lat każde. Wyglądali niczym kolędnicy, próżno jednak było szukać wśród nich Turonia z gwiazdą. Teraz dopiero zauważyłem że były to trzy szkielety,  z kostkami wymalowanymi na białym prześcieradle, którym byli owinięci. Na twarzach maski  Duszka Kacperka, bohatera dziecięcych kreskówek.
Cukierek albo psikus - wyrecytowali chłopcy.
- Albo pieniążek -  dodał szybko ten w środku, jak gdyby zorientował się za późno, że mogę  załatwić sprawę  cukierkiem, podczas gdy  wynalazek Fenicjan jest uniwersalny. W końcu grosz do grosza zbierze się nowa MP3, albo wystarczy na doładowanie komóry, w ostateczności coś słodkiego.
- A jeżeli psikus to jaki? – spytałem.
Chłopcy nerwowo spojrzeli po sobie, ponieważ nie  byli przygotowania na takie pytanie.
- Możemy   dzwonić do Pana - powiedział ten z lewej - To znaczy do drzwi zadzwonić.
- No to już zadzwoniliście, dlatego tutaj stoję.
- Upierdliwiec – widać było w ich oczach
Żeby nie przedłużać skomplikowanej sytuacji,  zadałem następne pytanie:
- A jeżeli pieniążek to jaki ?
- Najlepiej papierowy -  odpowiedzieli zgodnym chórem i prawie natychmiast po pytaniu kościści goście.
-  Widzę, że z  tego jesteście doskonale przygotowani – podsumowałem.
Wybieram wariant pierwszy - cukierek. Otworzyłem metalowe pudełko z Mieszanką Krakowską i rozdałem pomiędzy uczestników. Do jednej i do drugiej ręki.
Pożegnali się i odeszli z mojej wycieraczki, zawód malował się na ich twarzach. Gotówka jest w końcu taka praktyczna.
A przecież spełniłem  tylko jedną z ich propozycji. Nie jestem miłośnikiem  halloween, rzekłbym nawet że przeciwnikiem tego amerykańskiego zwyczaju,  ale wobec dziesięciolatków chciałem  wyjść na dobrze wychowanego.  Dodatkowo to z pewnością dzieci sąsiadów.  Pewnie  przyda im się trochę pozytywnych przykładów komunikacji międzypokoleniowej.
I trochę kindersztuby - pomyślałem następnego dnia, gdy idąc na cmentarz zbierałem ze schodów puste papierki po Mieszance Krakowskiej.
 Idzie nowe. Lepsze się gdzieś zagapiło, a może tylko zrozumiało że jest wrogiem dobrego?  

Antoni Relski
31 komentarzy