piątek, 20 lipca 2012

Doktorat z miłości i cierpliwości


 Widziałem się wczoraj ze starą znajomą. Wpadła tylko na chwilę w celu załatwienia najpilniejszych spraw, spóźniona jak zwykle. Jak zwykle, czyli od czasu kiedy choroba matki rozwinęła się na dobre. Od pewnego czasu jej matka żyje w zamkniętym świecie choroby Alzeheimera.
Nie muszę opisywać objawów, znane są choćby z dowcipów krążących na ten temat. Z opowiadań znajomej wychodzi, że zdarzenia codzienne przebijają żarty. Nie będę opisywał konkretnych przypadków, ponieważ nie chodzi mi o wywołanie taniej sensacji.
Postępujące otępienie powoduje, że człowiek najpierw zapomina o podstawowych funkcjach społecznych, a następnie o życiowych. Na koniec już nie rozpoznaje nawet najbliższych.
To dopiero egzamin z miłości rodzinnej i lekcja pokory wobec życia. Dla wszystkich.
Matka, albo Babka jak się o niej popularnie mówi, potrafi zadziwić i zaskoczyć. Dotychczasowe funkcje przedmiotów tracą swej podstawowe funkcje i nabierają nowych, których nikt z nas nie byłby w stanie sobie wyobrazić.
Dzień mierzy się budzeniem i zasypianiem Babki. Kiedy zasypia, wszyscy są tak zmęczeni, że nie ma czasu ani ochoty by cieszyć się życiem.
- Jeszcze panuję nad sobą, jeszcze to wszystko sobie tłumaczę. Ale jak długo? Dzisiaj miałam ochotę na nią krzyczeć. Wykrzyczeć wszystkie żale wobec życia, do niej choć wiem że mi nie odpowie. Wyhamowałam się i do wieczora byłam zła na siebie, bo cóż babka jest winna?
A z drugiej strony, cóż my jesteśmy winni, że trafiło na nas?
Babka jest zadbana i nakarmiona. Otoczona czułością i miłością rodziny. Kiedy odwiedzałem ich jakiś czas temu, usiadła na kanapie obok nas, cichutka jak zazwyczaj. Śmiała się jednak na opowiadane przeze mnie historie i potwierdzała słuszność wygłaszanych teorii krótkim - tak, tak.
I gdybym był przypadkowym gościem w ich domu, powątpiewałbym w te opowiadania o chorobie.
Ale bywam często i te pozory mnie nie zmylą.
Proponowana opieka nad chorą, liczona jest za godzinę. Przekracza godzinową stawkę znajomej.
Najlepiej bowiem ciągnie się od rodziny chorego, lub zmarłego. W tym biznesie jedni przekazują sobie namiary drugim. W tym akurat mam pierwszorzędne i bezpośrednie doświadczenia.
- Fizycznie babka czuje się doskonale i niechaj zdrowie jej służy - ocena znajoma - Do specjalisty jestem zapisana za trzy miesiące, do innego za pół roku. A do zakładu opiekuńczego potrzebna jest pełna dokumentacja. Wszyscy mają czas, albo pełne ręce roboty.
O zgodzie samej zainteresowanej nie ma co mówić. Więc pewnie dojdzie do tego również ubezwłasnowolnienie własnej matki.
Choroba to bardzo demokratyczna rzecz. Uderza w swoją ofiarę bez względu na status społeczny.
Wobec jej objawów bezbronni są wszyscy. Steve Jobs pomimo głębokiego konta przegrał z nią swoje szachy, przedłużając tylko dzięki kasie swoje życie. Śmierć zaś była szeroko dyskutowana.
Biedni chorują odchodzą w ciszy. Z tą chorobą w ciszy to przesada, bo towarzyszy im gwar szpitalnego korytarza, na którym wyznaczono miejsce dla ich łóżka.
Zamożni chorują w jedynkach w towarzystwie rodziny, albo profesjonalnej opieki psychologicznej.
Dlaczego piszę o tym co ujęto w przysłowie - choroba nie wybiera?
Wczoraj dostałem aktualne zdjęcie, żony jednego na największych polskich rzeźbiarzy.
Wiekowa pani pośród wierzb. Dowiedziałem się, że nie ma już świadomości, bycia żoną twórcy.
Pamiętam ją, gdy dwadzieścia lat temu odwiedziliśmy jej dom. Z wypiekami na twarzy oglądałem pracownię zamienioną w muzeum, gdzie narzędzia pracy leżące obok niedokończonej rzeźby sprawiały wrażenie jakby odłożono je na chwilę, na czas picia pokrzepiającego espresso. Ona cierpliwie pokazywała nam wszystko, tłumacząc co trzeba. Miałem okazję pochylić głowę nad mogiłą twórcy, ulokowaną w dużym zielonym, ogrodzie. Wieńczyła ją ostatnia rzeźba jego autorstwa - Zmartwychwstanie. Ja ująłem ją historią rodzinnego herbu męża.
Dzisiaj z pewnością nie ma już pamięci tego wydarzenia ani świadomości otaczającej jej artystycznej atmosfery.
Aż chce się zakrzyczeć za Okudżawą - A przecież mi żal.
Choroba nie wybiera. Pozostawia tylko rodzinę w poczuciu winy, spowodowanej niemocą.

8 komentarzy:

  1. ta straszna świadomość, że nie będzie już lepiej a jednocześnie niepokój, czy się zrobiło wszystko, a przecież nikt nie ma takiej pełnej zadowolenia pewności, chyba tylko nadęty głupek tak powie. Starość jest trudna, ale choroby starości są straszne bo obejmują całą rodzinę. Antoni, weekend jest, mimo tego smutnego komentarza - miłego wypoczynku:). Gołąbki robię na zapas, żeby już nie stać przy garach. Takie zwyczajne, codzienne zajęcia pozwalają głębiej oddychać - mamy 4 rodziców - wiek - 84,78, 80,77

    OdpowiedzUsuń
  2. Gołąbki? Jak moja teściowa. Dzisiaj dzięki bogu skończę ostatnie dwa.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja babcia umarła z alzeheimerem. Nastąpiła zamiana ról i stała się dzieckiem własnego syna. Oprócz przytoczonych tu objawów, występowały też wytwórcze. Miała zmyślonych przyjaciół, jak małe dzieci, zapraszała ich na herbatkę itd. Mam nadzieję, że chociaż oni pozbawiali ją osamotnienia w tej niełatwej wędrówce Benjamina Buttona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ona rozmawiała z telewizorem i z wyobraźni, teraz sprawy przyspieszyły.
      Najgorsze to to że nie pomoże żadna profilaktyka, jeżeli na ciebie wypadnie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Są rzeczy których się boję. Jedną z nich jest starość. Nie w sensie zmarszczek czy siwych włosów, ale tego, żeby nie być dla nikogo ciężarem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba popularne zmartwienie. Mnie też nie pozwala zasnąć. Po co o tym myślę w nocy?
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. W DPS - ie nie jest tak źle - jak zdążyłeś sie przekonać. Na naszym piętrze była też taka dementyczka, która leżała jak kłoda, nawet nie pomagała, przy podnoszeniu jej na fotelu i przeżyła u nas sporo lat. Jej to zresztą było wszysko jedno.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miała świadomości wiekowego sukcesu. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń