piątek, 31 grudnia 2010

Grudzień 2010

28 grudnia 2010
W poniedziałek  po siedemnastej wszystko stało się jasne. Minęło okrągłe  dwadzieścia dziewięć lat, od chwili,  gdy wobec Boga i ludzi złożyliśmy sobie wspólnie  z żoną, małżeńską przysięgę. To zaledwie wigilia konkretnego jubileuszu trzydziestolecia, wtedy przyjdzie czas na podsumowania.  Z drugiej jednak strony powinniśmy żyć tak jakby przeżywany dzień był ostatnim, który jest dany do przeżycia, a nadchodząca noc  jawiła się kresem wszystkiego. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Należy żyć tak,  aby nie prosić Boga:
– Panie daj jeszcze chociaż pięć minut, aby naprawić  coś w  moim życiu. Daj i dwie minuty  aby chociaż żałować tych niektórych gorszych chwil życia. Bo ponoć żal i mocne postanowienie poprawy to połowa sukcesu.
Informacyjnie tylko przypomnę, że ślub cywilny braliśmy w następną niedzielę po ogłoszeniu stanu wojennego, a kościelny zaraz po świętach, co wypadało w niedzielę.
Młodszym  gościom tego bloga  uzmysłowię,  że za zgodą rodziców, legalnie mogliśmy cieszyć się wspólnym łóżkiem dopiero po ślubie kościelnym. Dodam jednak,  że należałem do pokolenia młodych gniewnych, a który z młodych gniewnych słuchał bezkrytycznie rodziców? 
Były więc kwiaty, życzenia i podziękowania. Była szklaneczka whisky, albo i dwie szklaneczki. Dodatkowo kanał TVP Kultura emitował właśnie  jeden z moich (naszych),  ulubionych filmów „Anioł w Krakowie”.  Oglądałem go już przynajmniej trzydzieści cztery razy, zawsze z niekłamaną radością.
Dlaczego akurat wtedy?
Jak na życzenie, albo według czyjegoś misternego  planu wobec mojego życia,  pojawił się ten  film, oraz fragment o miłości, w  wykonaniu Anioła Giordano (w tej roli Krzysztof Globisz):
… Kochankowie podobni są do Aniołów, ich dusze są jak ptaki. Całe niebo raduje się na ich widok.
A łatwo ich poznać, bo wyglądają jakby byli głodni. Podobni są do siebie jak krople wody. Jedno jest dwojgiem a dwoje jest jednym w miłości….
A po chwili  na uzupełnienie  swojej teorii Anioł podparł się fragmentami  Sonetu  Williama Shakespeare
Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni
Dla barier, przeszkód. Miłość to nie miłość, jeśli,
Zmienny świat naśladując, sama się odmieni
Lub zgodzi się nie istnieć, gdy ktoś ją przekreśli.
 
Miłości nie odmienią chwile, dni, miesiące:
Ona trwa - i trwać będzie po sam kraj zagłady.

Jeśli się mylę, wszystko inne też mnie łudzi:

Że piszę to; że kochał choć raz któryś z ludzi.
Trzeba mieć  duże życiowe doświadczenie by to napisać, ale czy mogła być piękniejsza pointa  tego wieczoru?
To że trwamy ze sobą prawie lat trzydzieści znaczyć by miało, że spełniamy kryteria poety?
Nigdy nie myślałem tymi kategoriami, a do życia podchodzę z codzienną normalnością. Być może coś mi się udało, być może miałem farta, być może …. Być może…. 
Jedni piją wodę z Krynicy, odpowiednio schłodzoną, w kryształowych szklankach i w towarzystwie porcelany z Ćmielowa. Inni zaś codziennie z nią obcują,  myjąc  w niej dłonie, twarze i stopy.
I jedni i drudzy korzystają na swój sposób z jej dobrodziejstwa. I jedni i drudzy podchodzą  z przekonaniem  do  tych codziennych działań, nie wyobrażając sobie że mogłoby być inaczej.
Czy lepiej jest tak ? Czy tak? Nie wiem. Wiem zaś, że nie  warto ograniczyć się tylko  do uwięzienia swoich myśli i ustawicznego przytakiwania?  
Zadowolony? Raczej tak  i może tutaj  posłużę się cytatem  ze Stefana Friedmana (Hymn I.M.A  -  Serce Słowianki)bo przecież :
Różnie bywało
Tak i nie
Czasem się szło
Choć nie wiesz gdzie
I nawet kiedy
Było źle
Zawsze wiedziałeś
Ze z tobą jest:
Serce Słowianki…..
 
Dziękuję  za już

Antoni Relski
37 komentarzy
26 grudnia 2010
- Nigdy nie mów  kobiecie co myślisz  i zawsze przytakuj.
Takiej  odpowiedzi na pytanie- co jest tajemnicą długiego i udanego związku?  - udzielił sam zainteresowany, siedemdziesięcioletni  mężczyzna.  Zaraz oczywiście  otrzymał kuksańca od swej  jubileuszowej małżonki. Zadający pytanie, młody człowiek,  zdawał się chłonąć słowa staruszka
Jego partnerka  przyjęła to, jak jakąś żartobliwą złośliwość.
Wyznanie zaczerpnięte jest z katastroficznego filmu o samolotach, ale w końcu scenariusza pisze samo życie.
Kiedy więc w trakcie rozmowy przedświątecznej,  znajomy żalił się, że ma przerąbane bo na pytanie żony - czy śledzie są smaczne ? Odpowiedział – Chyba jest za mało cebuli.
Marek  nie oglądał tego filmu.  Mnie mądrość życiowa i instynkt samozachowawczy podsunęły  ten filmowy dialog przy pytaniu - Czy  barszcz czerwony  jest dobrze doprawiony?
- Oczywiście, wszystko w najlepszym porządku. Jak zwykle – poszedłem z automatu i już nic nie  zakłóciło  atmosfery wigilijnej wieczerzy.  Mądrość  przychodzi z wiekiem , ale kiedy opanujemy już jej arkana okazuje się,  że nie bardzo gdzie jest ją wykorzystać. Na ślubną socjologiczne sztuczki już nie działają, a dzieci jak my, wolą uczyć  się na własnych błędach.
Póki co święta dobiegają półmetka,  a mnie udało się  z powodzeniem  omijać rafy  rodzinnych nieporozumień. Nawet teściowa opuszczała  nas wczoraj,  w poczuciu wewnętrznego spełnienia.
Nie będę  jednak piał z zachwytu, ponieważ  pamięć podpowiada mi inne przysłowie  -nie chwal dnia przed zachodem słońca. Jestem jednak człowiekiem wielkiej wiary.
„Życie jest snem wariata” -  zacytował rapera  mój znajomy jako podsumowanie tego o czy poniżej.
Dzięki prowadzeniu  bloga zyskałem wielu wirtualnych  znajomych w tym kilkoro przyjaciół.   Komentarze pod postami, korespondencja mailowa, wszystko w sferze wirtualnej.
 W wigilijne południe postanowiłem przełamać tę granicę między światem realnym i wirtualnym.
Postanowiłem osobiście poznać  Mirka  o internetowym  loginie „koniec mira”.
Skorzystałem z wcześniejszej korespondencji i wynikającego z niej  zaproszenia, które brzmiało:
„jeśli chcesz mnie odwiedzić to przyjdź w Wigilię, z jakimś popisowym ciastem żony. Bo ciasto i dobra kawka rozwiązuje języki.”  
 Powołując się na mądrość życiową od której zacząłem,  nie  poprosiłem żony o spakowanie jednego ciasta, które się udało,  ale wziąłem po kawałku ze wszystkich.  No to w drogę. Całą wyprawa to raptem  pięć  kilometrów, aż grzech nie zaryzykować.  
Mirek zamieścił zdjęcie na blogu,  dzięki czemu  zaraz po wejściu do pokoju  wiedziałem z kim się witać. Od słowa do słowa  zaczęła się rozmowa.  Po przełamaniu pierwszego zaskoczenia,  błyskawicznie ustaliliśmy co i gdzie.  Okazało się,  że czas jakiś byliśmy sąsiadami w jednym bloku. Co tam w jednym bloku, byliśmy sąsiadami w jednej klatce, ponieważ wieżowiec jest  jednoklatkowy. Do naszego spotkania potrzebny był jednak blog, Internet, oraz  adres IP.
Czyż życie nie jest zaskakujące?  Zawsze i wszędzie.
Czasami jednak trzeba pozwolić się zaskoczyć,  innym razem zdecydowanie nie.   
Rozmowa  była ograniczona w czasie,  ponieważ wiadomo,  że w Wigilię  nasze kobiety lubią mieć dla nas  zadania specjalne.  Opuściłem pokój z książkami  autorstwa Mirka i jego osobistym wpisem. Otrzymałem ostrzeżenie, że po lekturze mogę chcieć wypalić  jointa  na krakowskim rynku. Podejmę jednak to ryzyko.
Przy okazji poznałem bohaterów Mirkowego bloga: Krzyśka, Adama, Jaśka. Teraz treść łączę z obrazami.  A propos obrazów. Na okładce  książki  widnieje zdjęcie Mirka z  lat młodości.  Jestem już prawie pewien,  że pamiętam tego gościa z pióropuszem długich włosów  które dumnie nosił.  Mijaliśmy się  czasem  przy windzie, lub przed blokiem.
Potwierdzam,  życie jest snem wariata.
Kawka, makowiec  i trochę sernika.  To reakcja na pytanie  ślubnej:
- Nie smakują ci ciasta? Nic nie jesz.
- Ależ oczywiście smakują, już dokładam kawałek.
A jutro już do pracy.  Dzięki Bogu, dłuższe świętowanie może być szkodliwe dla zdrowia.      
Antoni Relski
26 komentarzy
22 grudnia 2010
Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, zanim jeszcze  zabłyśnie Wigilijna Gwiazda, przyjmijcie proszę najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności. Przede wszystkim zdrowia, optymizmu, radości, satysfakcji i czego tam jeszcze sobie życzycie. Dziękuję za ten czas który spędziliście w moim towarzystwie  

Wesołych Świąt

  
Antoni Relski
13 komentarzy
20 grudnia 2010
- Rośnie – powiedziałem do siebie z zadowoleniem. Temperatura rośnie i serce rośnie. Osobiście  lubię zimę, ale wystarczy mi do minus pięciu stopni, reszta to już perwersja. Kubek herbaty z malinami, jakże odpowiedni na tą porę roku przyjemnie ogrzewał dłonie. Wygasiłem światło w kuchni,  aby sprawdzić czy lubię tak posiedzieć  po ciemku, patrząc na ruch na zewnątrz. Podjeżdżające i parkujące samochody, oraz ich właścicieli opróżniających w pośpiechu bagażniki.  Obładowani ludzie, niczym wielbłądy,  zmierzający w stronę swoich klatek.
A ja to wszystko obserwuję. Moi znajomi z sąsiedniej klatki  praktykują taką formę spędzania wolnego czasu. Pasjami  piją kawę spoglądając przez okno, dzięki czemu wiedzą gdzie kto i z kim. Muszą  się niestety domyślać  - dlaczego? Bo tego nie widać przez szyby o współczynniku przenikania ciepła  k równym  1,1.
Sąsiedzka czujność ma swoje zalety.
Kiedy ktoś zarysował mi nowy samochód na parkingu pod blokiem, on powiedział – to czerwony Lanos.  Cofał i przytarł  zderzakiem. On tu często podjeżdża. Dam ci znać jak zauważę.
Co prawda nie nastąpiło  spotkanie sprawcy, ale czułem się lepiej. Moja krzywda nie była anonimowa. Nie skrzywdził mnie ktoś nieokreślony, a przez to groźny. Kierowca czerwonego  Lanosa  brzmi swojsko.
Uliczne latarnie rozświetliły się pełnym blaskiem sodowego światła,  w którym płatki śniegu kolorem przypominały drobiny jajecznicy. Delikatnie ściętej jajecznicy na maśle. Z konsumpcyjnych rozważań wyrwał mnie głos żony
- Widzę że przyzwyczajasz się do czekania na listonosza z emeryturą. Nie ma na co czekać ponoć będzie głodowa – zażartowała żona. 
- Ale jakaś będzie – odparłem. – Jeżeli już to martwię się o los własnych dzieci.
Spójrz jak ludzie kręcą się wokół parkingu, a każdy  jak skarabeusz z własną kulką.
O sąsiadka spod piątki  wlecze dwie pełne siaty, a ponoć nawalił jej kręgosłup.
I sąsiad z góry co mówił, że święta to wszystko to co w środku i liczy się świadomość a nie byt, wyładowuje nowe LCD. Na oko to  pięćdziesiąt cali.
- To ty sobie siedź i trenuj rolę emeryta, ja pogrzebię w Internecie.
- Magiel tu czy magiel tam, cóż to za różnica. Może taka że tutaj nie wysiądzie Justyna Steczkowska w nowych butach „Hit czy Kilt? – zagłosuj na stronie WWW.
 No więc Czy lubię patrzeć  na ludzi siedząc w ciemnej kuchni ?. Patrzeć z życzliwością, bo i radość, że sąsiadce lepiej z kręgami .  Sąsiad  zaś dostał świąteczną premię,  nie musi więc przedkładać świadomości nad bytem. Wszak jak mówili niemodni już ideolodzy – to byt kształtuje świadomość.
A  facet  z sąsiedniego bloku ubiera choinkę, już piętnastego. Jak co roku jest pierwszy na osiedlu. Stroi drzewko w mrugające lampki. Od samego widoku dostaję morskiej choroby. Gdyby  przyszło mi dodatkowo wypić co nieco w takim wnętrzu….
I ten facet który wyniósł  całą kupę sprzętów na balkon. Czując się swojsko w tym otoczeniu,  lato czy zima pali papierosy, strzepując bezpośrednio przez poręcz balkonu, ku rozpaczy sąsiadki z niższego piętra. Gdybyż to jeszcze tylko  popiół z papierosa, ale on nie lubi stać i  dymić  bezczynnie.
Strzepnie więc jakiś obrus,  a i ubłocone buty. A sąsiadka kocha śnieżną biel swoich prześcieradeł. Tak rodzą się rewolucje, albo przynajmniej konflikty sąsiedzkie.
I ta starsza pani, która całymi dniami wystaje w oknie. Prawdopodobnie nie ma rodziny, ponieważ rozróżniam już  jej codzienne i świąteczne stanie  przyokienne. Nie dojrzałem jeszcze do tego żeby machaniem zaprosić ją do nas . Kiedyś zamachałem do niej pierwszy,  tak normalnie z pozdrowieniami , a ona o dziwo odmachała mi. Zrobiła to błyskawicznie,  co jest dowodem na  doskwierającą samotność . Można też wyciągnąć wniosek,  że jestem stale inwigilowany.
A może i jedno i drugie.
Zbyt daleko żeby wejść ciekawskim wzrokiem do wnętrza domu, ale to dobrze nie naruszam w ten sposób  czyjejś domowej intymności.  Jakieś postacie, jakieś działania, jakieś życie.
Nie trafiły mi się widoki 3x ani nawet goła baba, bo pewnie wtedy wzrok cudownie by mi się wyostrzył.
Herbatę już wypiłem. Jeszcze  ciepły, choć już pusty kubek grzeje ręce. Ja sam nie wiem - lepiej gapić się przez okno, czy oglądać tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty czwarty odcinek Klanu? . To taka cyfrowa wersja  zaglądania przez szybę  w cudze życie. Z tym że siedząc wygodnie w fotelu,  masz podgląd   
w panoramie 360 stopni. Nie brakuje amatorów przetykania jednego drugim.   I przy tym małżeński seks  - tylko na boczku, aby nie uronić nic z kolejnego odcinka. To życie tworzy dowcipy.
- Moja żona  zawsze się śmieje podczas uprawiania seksu - wszystko jedno, co akurat ogląda – sparafrazował Steva Jobsa , pewien znajomy.
Opuściłeś rolety? –spytała nie odwracając głowy znad monitora, żona
A przecież ten serial to jak Wikipedia. Patrz i pozwól patrzeć innym. Za darmo.
Ponieważ jestem ideowcem, być może i pozwoliłbym sobie na więcej, tak  od siebie. Przeraża mnie  jednak świadomość,  że już następnego dnia swoje wyczyny mógłbym oglądać na youtube.
O tempora, o mores!
 
  

Antoni Relski
35 komentarzy
17 grudnia 2010
Piątek. Minęła dwudziesta druga.
Bez wina pomimo nadchodzącego weekendu. Chciałem  bowiem, aby ten następny piątek był wyjątkowy. Wyjątkowości zaś pomaga  wcześniejsza mizeria.
Tak więc trzeźwo i smutno wewnątrz, nie lepiej na zewnątrz.. Za oknami ciemno i chłodno. Temperatura oscyluje w okolicach minus dwudziestu. Niby spokojnie,  bo oczy zamarzają dopiero  przy minus siedemdziesięciu, mogę więc spokojnie  oglądać świat, nawet z perspektywy mojego balkonu.  Ale czy jest na co patrzeć?  
Ulicami przemykają pojedyncze skulone samochody, od czasu do czasu pogotowie ratunkowe na sygnale , bądź wóz ratownictwa technicznego również nie żałujący koguta.  Chyba nie zalało kolejnego mostu. Jeden  zamknięty na cały Kraków w godzinach porannego szczytu,  to i tak za dużo. Rano działy się  w mieście tak zwane danteje.
Z obrzydzeniem spoglądam kątem oka na kartkę leżącą od rana na kuchennym stole. Na niej maczkiem, kochana moja małżonka wynotowała te wszystkie niezbędne rzeczy, bez których obchodzenie kolejnej rocznicy urodzin Jezuska wydaje się zupełnie niemożliwe. To zgarnianie zakupów do koszyka w tłumie innych galerników, których wkurzają rzucający się na półki pasjonaci.  Sprzątają  jak idzie, sklepowe półki na metry.
Czując koniunkturę, w przejścia pomiędzy regałami upchnięto dodatkowe palety proszków do prania, czekolad z bakaliami  i papieru toaletowego, bo od tego wszystkiego można dostać sraczki. Przynajmniej nerwowej.
A tu ani wyminąć się wózkiem, ani załapać na towar zastawiony przez  starszą panią, próbującą dokonać słusznego wyboru w kompromisie między ceną i jakością. Ciśnienie krwi podnosi się i tylko  samokontrola  ćwiczona latami powoduje, że uśmiecham się i grzecznie przepraszam. Przepraszam chociaż to nie ja blokuję przejście.
A można by inaczej. W dobie kiedy szynkę i pomarańcze można kupić w dowolnej  porze roku, dnia i w każdej godzinie, nie musimy pustoszyć  sklepów,  by obżerać się na zapas.
A może by tak zając się spustoszeniem które czynimy w nas samych.  Przystanąć,  zobaczyć człowieka w sąsiedzie i w  moherowej emerytce pod budką warzywną na osiedlu. W ojcu i matce, również we własnych dzieciach.
A może dopisać własne zwrotki do tych kolęd, które kiedyś znaliśmy na blachę, a teraz śpiewać to wiocha,  bo CD i markety robią to za nas.
Sam zacząłem w zeszłym tygodniu,  mniej więcej tak:
Przylecieli  Anieli cali w złocie i bieli
I skrzydłami  nam gwiazdę wskazali
Aby Pana powitać,
chciałem aniołów spytać
która droga prowadzi do  Szopy…
Wczoraj z drugiej strony mojej  kartki wyrwanej z notatnika,  ktoś napisał.” Wspaniały makowiec z bakaliami” Znam ten charakter pisma.
Może opowiadam bzdury?
Gdzieś tam,  sto kilometrów ode mnie, z chorobą zmaga się kumpel mojego brata. Los sprawił że jest również moim znajomym. Facet który nie skończył jeszcze pięćdziesiątki,  znajduje się w stadium terminalnym swojej choroby.  W ciągu kilku miesięcy przeszedł cały pozostały dystans. Nie interesuje go  już ilość bakalii w makowcu.  Nie jest pewien,  czy w tym roku zobaczy jeszcze wigilijną gwiazdę.
A może by raz być mądrzejszym przed szkodą?…
  

 
Antoni Relski
36 komentarzy
14 grudnia 2010
Trzynastego  grudnia. To było wczoraj, a  wczoraj to już historia.   Jak co roku media  odkurzyły tradycyjne zdjęcia Generała, transporterów opancerzonych na zaśnieżonych ulicach, oraz żołnierzy grzejących się przy koksiakach. Dzięki temu  pamięć narodu pielęgnuje swoje stygmaty. 1956,1968,1970,1976,  oraz korona cierniowa  1981. Tylko jak  przeczytałem w Polityce przy okazji artykułu o Generale  przeszłość nie mieni się już czernią i bielą. Jak na starych fotografiach coraz więcej jest sepii. A  oprócz patriotycznych zrywów, malowania hasła - WRONa skona, toczyło się normalne życie.  Bo przecież żyliśmy, kochaliśmy,  a niektórzy zdradzali w tamtym czasie, jak parę lat wcześniej i kilka później.  Niepopularne medialnie jest to,  że, na przekór okolicznościom  staraliśmy się  nie dać trudnym czasom, ponieważ  w tej codziennej zapobiegliwości  tak  mało z patetycznych gestów .
Dzień Świętej Łucji  1982.
Od rana w atmosferze lekkiego podniecenia. Wszak to nasza koleżanka nosiła imię  patronki dnia. Obiegowa składka i zakup imieninowego prezentu, tradycyjnie  zbędnego jak zawsze. Nie pamiętam już, czy był to wazon z  rubinowego szkła, czy patera na owoce.  Ważne że prezent  spełniał biurowe standardy.  Solenizantka popisała się jak trzeba i oprócz ciasta przytargała że sobą flaszeczkę  przyoszczędzoną na jakimś  weselu.  Kiedy alkohol rozrzedził już naszą krew poczuliśmy przyjemność z tego stanu rzeczy.  Ktoś opowiedział się za dalszym rozrzedzaniem zawartości żył,  choć wiadomo krew nie woda. Gdzieś w zakamarkach szafy znalazł się jeszcze Stock 84. Po maluchu i do domu.
Wracałem do domu autobusem linii 128, czując niezwykłą lekkość bytu. W pewnej chwili uświadomiłem  sobie  potrzebę posiadania kolorowego telewizora. Myśl która przeszyła mnie jak błyskawica nie pozwoliła zasnąć w kołyszącym autobusie,  a więc uniknąłem  przejechania przystanku.  Szybkim krokiem przebyłem drogę  do domu.  Wpadłem do mieszkania i bez słowa przeszukałem  domowe schowki. Wyciągnąłem stamtąd jakąś okrągłą kwotę dolarów, oraz złoty pierścionek.
- Wychodzę – rzuciłem w kierunku zaskoczonej żony  i zrobiłem jak powiedziałem.
Korzystając z pomocy miejskiej  Komunikacji i własnych nóg dotarłem do komisu RTV na Wiślnej. Pomieszczenie pełne wymęczonych Rubinów, Jowiszy  i Sony pamiętających czasy Gierkowskiej prosperity. Po nowe trzeba było stać w społecznych kolejkach  na okrągło czyli jak to się teraz mówi - 24h
Ustaliłem średnią cenę,  a więc i kwotę potrzebną mi na zakupy. Następnie udałem się w kierunku pobliskiego Pewexu przed którym  stali  Konie zajmujący się skupem waluty. Profesjonaliści w swoim fachu  na odległość wyczuwali nieśmiałość sprzedającego, zaniżając bezlitośnie ceny skupu. W przeszłości onieśmielony sytuacją potencjalnej nielegalności transakcji, dawałem się  ponieść atmosferze bramy i nie walczyłem o swoje.  Teraz Stock dodał mi skrzydeł.  Bluznąłem raz czy drugi i o dziwo uzyskałem to co chciałem. Podobnie poszło z pierścionkiem.  Sprzedałem go przed jubilerem na Floriańskiej. Schowałem do kieszeni oczko, na szczęście, ponieważ pierścionek poszedł na wagę. Zaopatrzony w gotówkę powróciłem do Komisu.   
W tamtych czasach TV  posiadały regulację podstawowych kolorów z osobna. Tak więc według uznania, komunista mógł podciągnąć czerwień , ludowiec zieleń. Milicjanci gustowali w niebieskim, a grono sympatyków Watykanu ciągnęło w górę potencjometr żółtego. Wypity alkohol, szczególnie ta butelka Brandy prawie duszkiem pod koniec dnia, działała ze swoją siłą , dodatkowo ciepło pomieszczenia potęgowało jej działanie.  Wszystkie suwaki działały, ale daleko było mi do precyzji regulacji. Ręka poruszała się po skrajnych.
- Pan chce kupić – usłyszałem głos za plecami     
- A Pan sprzedaje?
- Właśnie oddaję go do komisu, ale jeszcze nie mam kwitu. Możemy się dogadać.
 Ja dostanę więcej niż w komisie, a Pan  zapłaci niej bo bez komisowego .
Fakt odpadała marża  za pośrednictwo.
- Dobra. Biorę pod warunkiem, że Pan mi  podwiezie pod dom i pomoże wywlec tego sukinsyna na drugie piętro.
Tutaj muszę uściślić, że dobry radziecki telewizor kolorowy ważył koło siedemdziesięciu kilogramów
- Rezygnuję ze sprzedaży  - powiedział do kierownika, a do mnie –  Czy pomoże mi go Pan wnieść do auta.
Sukinsyny - pożegnało nas słowo na drogę od kierownika.
Troszkę miękkim krokiem, z fornirowanym pudłem w ręce udałem się do samochodu marki Volksvagen  Garbus.  Pod dom i schodami na drugie. Ledwo doniosłem i miałem dość  gdy położyliśmy go na solidnym stole. Dopiero wtedy  wypłaciłem należność za aparat.
-  Będzie Pan z niego zadowolony - powiedział równie zadowolony ze sprzedaży klient, zamykając za soną drzwi.
Żona powoli złapała powietrze i odzyskała mimikę twarzy . Szczególnie  swobodę poruszania dolną szczęką,  która opadła jej jakiś kwadrans temu,  w chwili gdy wnosiliśmy sprzęt do domu.
Podszedłem do aparatu, Część alkoholu została już chyba strawiona,  ponieważ z lekkiej mgiełki wyłonił mi się napis” Rubin 711”.  
- O kupiłem Rubina.
Chwilę trwało podłączenie telewizora do prowizorycznego dipola własnego pomysłu. Po chwili telewizor rozgrzał się,  a na ekranie podziwiać mogłem zieleń  wojskowych mundurów, dziennikarzy prowadzących wiadomości TVP 1 .  
Normalność wraca do kraju w rok po ogłoszeniu stanu wojennego, a w Gdyni zacumował statek z kubańskimi pomarańczami.
Opatrzność czuwała nade mną cały ten dzień. Przecież, jak dowiedziałem się z powyższych wiadomości był to wyjątkowy dzień -  pierwsza rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Ulice wypełnione były  milicją wojskiem i tajniakami.  A ja wbrew  dekretowi o stanie wojennym trudniłem się  spekulacją i handlem walutą ,  oczywiście dodatkowo  w stanie nietrzeźwym.
Gdybym  to przypomniał sobie w tej bramie pod Pewexem,  to pewnie zlałbym się ze strachu.
Nieświadomość i alkohol siostry dwie. Wyzwalają w nas pokłady  ułańskiej fantazji i kompletny brak rozsądku.
A telewizor służył mi jeszcze parę lat, praktycznie bezawaryjnie. Jak to stwierdził jakiś mechanik, miałem szczęście do kineskopu, w którym zainstalowano elektronowe działo amerykańskiej produkcji. Dzięki temu oglądałem wszystkie barwy wolnego świata.  Szwagier który trochę później kupił również  radzieckiego „Elektrona”,  bez względu na to co oglądach odnosił wrażenie,  że uczestniczy w kolejnym zjeździe partii, gdzie czerwony był kolorem dominującym.
Pogładziłem skrzynkę mojego TV. Objąłbym go serdecznie,  ale do takich czułości był zbyt duży.
Tego wieczora czekał mnie udany seks, jaki czekał   jaskiniowca  wracającego z polowania,  z ubitym mięsiwem  stanowiącym   zapas mięsa na najbliższy miesiąc A może i nie gdyż tylko ja byłem cyknięty.
Gdzieś za oknami toczyło się życie. W tej chwili mało istotne. Bo w końcu nie samym patriotyzmem się żyje.  

Antoni Relski
30 komentarzy
10 grudnia 2010
Piątek wieczorem.  Nie napisze „tradycyjnie”, ale jak co piątek otwieram butelkę czerwonego wina. Ostatnio to  maniera chilijska, czasami gdy poczuję odpowiedni feeling dorzucam jeszcze czarną płytę z chilijską muzyką rewolucyjną  i ludową ( nie mniej rewolucyjną ). Wracam w ten sposób do lat siedemdziesiątych kiedy z mojego adaptera nie schodziło  „Viva Chile” -  plon działań uchodźców chilijskich po przewrocie Pinocheta.  Z czegoś  oni musieli się oni utrzymywać, bo miłosierdzie socjalistycznych państw dość mocno ograniczone było w kasie. Mój Boże ileż to imprez odwaliliśmy przy hasłach  „Patria” czy” socjalismus”. I wiecie ten socjalizm w południowoamerykańskim wydaniu  był mi bliski, bo przecież  tu zacytuję fonetycznie „samba si trabajo no”.
Teraz z wiekiem i samba i trabajo  -  no! Najbardziej cenię sobie święty spokój.
W kieliszkach rubinowy  raj, w TV anonimowy film z życia pszczół. Coraz mniej dla dzieci te animowane filmy.  Bo czyż zrozumie przedszkolny maluch   zwierzenia pszczoły, która wspomina, że o mało nie zmiażdżyła go obejmując nogami  ważka.  Gdybym patrzył tylko na film,  a nie poza monitor tych smaczków mógłbym zacytować więcej.  Akcja filmu pokazuje taki moment kiedy pszczoły  przestają pracowicie zapylać i giną kwiaty. NI e szkoda róż  gdy płoną lasy.  Albert Einstein napisał, że kiedy zginą pszczoły ludzkości pozostaną  jeszcze cztery lata. Kiedy się tak bardziej zastanowić, to w tym twierdzeniu jest sama brutalna prawda. Ostatnio czytałem, że fale z sieci telefonów komórkowych dezorientują pszczoły, a te w efekcie gubią drogę do ula. Czyżby to  już zaczęło?.
 Ale na bok smutki wszak skończył się i film i wino.
Przyszło poprawić  „"chachą". Gruzińska wódka z winogron, skoncentrowane wino wykastrowane ze smaku i koloru, chociaż aromat pozostał. Mocniej kopie mniejszą pojemnością.  "Chacha",  jakże mało gruzińska nazwa. Po trzecim kieliszku wyzwala ze mnie  dżygita. Być może  chilijski podkład pomógł w  tym wyzwoleniu.
Ale  niech tam. Gruzinie chwyć za miecz "Kartvelo Kheli Khalms Ikar"
Jak to mówił mój kolega „Konia i w step – tylko ta benzyna taka droga”
Czas dłuży się,  a Internet odrzuciwszy seks i politykę jest taki ubogi w treść.
Próbowałem się szwendać po pokojach czata, ale czułem się obcy, wciąż bardziej obcy - jak słusznie zauważył kiedyś Lady Punk.
Więc może publikacje?
Wczorajszy  Onet przyniósł  odkrywczy artykuł pod znamiennym tytułem:
„Sposób na problemy małżeńskie dla nerwusów”
 Coś dla mnie. Ale  o co chodzi ?
Ponoć  ….częsty seks pozwala znerwicowanym małżonkom odczuwać satysfakcję ze związku i sprawia, że kochankowie czują się szczęśliwsi - informują naukowcy….
No pewnie. Znerwicowany seks jest wyjątkowo krótki jeżeli w ogóle jest możliwy. Stres jest dołujący, a seks kojarzy mi się raczej ze szczytowaniem niż dołowaniem. Ale może naukowcy wiedzą lepiej
Poza tym  od kiedy to  ilość przechodzi w jakość? .
Poza tym jak zauważył mój sześćdziesięcioletni znajomy -  Komu potrzebny jest drugi raz?, jeżeli coś zrobi się porządnie za pierwszym razem.
Zgadzam się z treścią artykułu we fragmencie że:
… Ludziom znerwicowanym o wiele łatwiej o problemy w małżeństwie i w kontaktach międzyludzkich. Często są to osoby pełne negatywnych emocji, łatwo wpadające w irytację, o zmiennych nastrojach. Michelle Russell oraz James McNulty z University of Tennessee postanowili sprawdzić, czy seks może wymazać negatywne emocje u neurotyków.
Po 4-letnich badaniach nad nowożeńcami okazało się, że u spokojnych, nie cierpiących na nerwicę ludzi kontakty seksualne nie są czynnikiem decydującym o tym, czy ich związek jest satysfakcjonujący.
 Jednakże u neurotyków jest to niemalże jedyny, a na pewno najbardziej wymierny sposób na wzrost zadowolenia z życia, relacji, małżeństwa…
Dziewczyny  pamiętajcie! udane i częste współżycie zapewni wam znerwicowany przedstawiciel płci odmiennej, Szczęścia swego szukajcie więc w poradniach i gabinetach psychologów i psychiatrów.
Bo w końcu życie nie jest takie proste jak by się nam wydawało. A spokojni to powinniśmy być po śmierci, kiedy jedyne nieruchomości jaki nam pozostaną, to będą te osobiste.
Ja cie kręcę, wychodzi na to że na dobry seks jestem za mało znerwicowany. Na życie zupełnie wystarczy.

Antoni Relski
31 komentarzy
05 grudnia 2010
- Mościsz to na dole gazetami i wtedy jest cieplej.  Żadne tam skarpetki, onuce to jest to. Jeszcze ojciec uczył mnie je zakładać - powiedział Zbyszek wytrzepując z gumofilca  kamyk,  który  wpadł złośliwie pomiędzy piętę a wyściółkę z kolorowej gazety.
Za którymś z kolei  kopnięciem opory gumiak zsunął się z nogi,  a onuca która czasy pierwszej świeżości miała za sobą ukazała całą  gołą stopę z przydługawymi paznokciami.
- Takie pazury dziadek to jak broń osobista - zauważył Student -  Jakby Was  kto napadł to tylko zrzucacie gumiaki i  tniecie jak leci.
-  Głupiś młody -  odparł  Zbyszek popularnie nazywany Dziadkiem - W krzyżu mnie łupie od zeszłego miesiąca,  to się i jak schylić nie można.  Jeszcze mi dysk wyskoczy albo co.
 - W tym wieku jak Ci  Dziadek  wyskoczy „albo co”   to tylko śmiesznie będzie,  a nie strasznie - powiedział Staszek,   który razem z Dziadkiem pochodzili z jednej wsi.
W tak zwanym międzyczasie,  kurtki robocze  odtajały a pomieszczenie  centymetr po centymetrze wypełniał intensywny zapach spracowanych ciał.  Zdawać by się mogło, że każdy z nich z obawy o kręgosłup unikał schylania się po mydło pod prysznicem, a nawet samego prysznica.
Jedynie Dominik zwany także Studentem lub Elegancikiem okazał się być posiadaczem zdrowego kręgosłupa.
-  Piątek, to chyba będą płacić zaliczki?
- Łachy nie robią. Jak nie zapłacą to im rozpierdolę tę  budę i będzie spokój. Nie?
-  Aleś odważny jak nie ma szefa, a jak jest to łazisz za nim jak pies i tylko przytakujesz.
 - Ja kurwa przytakuję ? Ja? Kurwa.
I już  skoczyć mieli do siebie,  najpierw ze słowami a później kto wie,  ale otwierające się drzwi do kanciapy odwróciły uwagę  wszystkich zebranych.
 - Cześć chłopaki – powiedział Mietek
 - A przecie my się już wiedzieli Majster - powiedział  Zbyszek - to co się kłaniasz?
- Bo wiecie jest sprawa, ekstra płatna sprawa. No można zarobić.
 - Co się tak w kółko kręcisz? Mów w końcu, o co chodzi?.
 - Bo Szef ma dziecko.
- Ja też mam nawet troje  i co w tym dziwnego.
- Jak robisz w tym interesie trzydzieści lat to i masz. Szef jeszcze młody jest. I  On obiecał,  że w tym roku Mikołaj przyjdzie do niego.
- No to niech sobie zamówi ekipę. Przyjdzie Mikołaj, nawet z aniołkiem. Ja żem sam ze dwa lata robił za Mikołaja - powiedział Zbyszek owijając nogę onucą, przewróconą dla estetyki na drugą stronę…
- To świetnie się trafia Dziadek, będziecie Mikołajem , to lepsze niż zbieranie puszek po piwie.
Będzie stówka.
- Stówka za  wręczenie dzieciakowi  paczki ?
 - No tu właśnie nie chodzi o takie zwykłe wręczenie. Mały zobaczył że Mikołaj wchodzi przez komin.
 - No nie kurde,  ja przez komin wchodził nie będę.  Nawet za  dwie stówki.
- Dziadek daj spokój. Pomysł jest taki: Mikołaj wejdzie przez balkon, zapuka w okno i Szef otworzy okno. A potem już normalnie klatką na dół.
 - Ale przecież Szef mieszka na piątym. Wiem bo kiedyś chłopaki wnosili mu kanapę,  to się  nieźle upieprzyli.
 - Załatwiliśmy podnośnik z koszem. Ubierze się Ciebie  na dole, wejdziesz do kosza i chłopaki dźwigną Cię do balkonu. Szybko przeskoczysz, a oni cofną  podnośnik i nim zdążysz wejść odjadą.
 - W dupie mam. Ja mam lęk wysokości  i nigdzie nie będę wyjeżdżał.
- Dziadek nie wygłupiajcie się. Musze to załatwić, a wyście ponoć bywali takim Mikołajem.
 - Pewnie jeszcze za Gomułki – zaśmiał się ktoś z boku.
 - Co tam dziadek. Brodę pociągnie się na biało,  a gumofilce na czerwono i będzie baja. Albo na złoto, to  i do kościoła we święta będzie można podejść. Buty na cuda.
- Nie pójdę i już - denerwował się Zbyszek.
- Dziadek!  Dołożę premii na koniec miesiąca,  a jak nie to się pożegnamy.
Takiego obrotu sprawy Zbyszek nie spodziewał się. Wcisnął  nerwowo gumiaka na nogę,  kopnął dla właściwego ułożenia wyściółki i zaklął szpetnie.
- Biednemu kurwa,  to zawsze wiatr w oczy.
Współczesny kapitalizm, młody i drapieżny bez  oporów wykorzystuje siły i środki,  dla zapewnienia  całkiem prywatnego wypoczynku, relaksu i zadowolenia.  Cóż robić.  Jedno z Praw  Murphiego mówi, że zasady ustala ten kto ma złoto.   
Podnośnik hydrauliczny  zainstalowany  na podwoziu ciężarowego samochodu,  podjechał o siedemnastej pod  baraki pracownicze.  Kierowca niczym  rasowy agent wybrał numer na klawiaturze telefonu komórkowego i rzucił do słuchawki krótkie
- Wyłazić.
 Do około pięciu minutach, wyszli w  kolejności starszeństwa:  Dziadek  a za chwilę  Student. - Czerwony płaszcz z białymi zdobieniami okrywał wątłe barki Dziadka. Tkanina od szyi do butów.  A buty, buty były czerwone. To student zakradł się do szatni i pociągnął sprayem na krwistoczerwono,  odłożone do przebrania  gumofilce.  O mało nie przypłacił tego życiem,  ponieważ dziadek gonił go z kawałkiem styla od łopaty i  tylko lód  koło baraku  ocalił mu życie,  ponieważ zdążył zrobić unik w bok a Dziadka pociągnęło prosto.
Białe rękawiczki,  biskupia  czapka  zwana mitrą,  harmonizująca kolorem z płaszczem  i laska z wykręconej  plastikowej rurki wodociągowej  dopełniały całości.  I jeszcze gruby skórzany pas opięty wokół brzucha dobrodzieja.
Wsiedli  do samochodu i po przejechaniu  kilkunastu kilometrów, dziesięć minut przed planowanym terminem, pojawili się na osiedlu  domów  wielorodzinnych o podwyższonym standardzie.
Ustawili pojazd w linii balkonów i wysunęli  łapy podtrzymujące podnośnik.
- No Dziadek do kosza !
Rzucając przekleństwami, czerwono biała postać biskupa wdrapała się do kosza. Przyklepał włosy, nałożył czapkę, zmierzwił brodę i założył białe rękawiczki.  Lewą ręką pociągnął za koniec worka  z prezentami,  a prawą wskazał kierunek.
- Do góry!
Podnośnik delikatnie uniósł się do góry i wszystko było by dobrze, gdyby nie na wysokości trzeciego piętna silnik nagle zgasł zatrzymując „świętego dobrodzieja” w połowie drogi.
- Co jest kurde? - krzyknął Dziadek  
-  Coś pieprznęło - krzyknął kierowca - Czekaj tam dziadek,  coś pokombinujemy.
Chwilę trwały czary wyprawiane nad silnikiem.
- Trupy kupuje, a potem to wszystko się pieprzy.
 Silnik zakaszlał, prychnął ale w końcu odpalił. Z emocji,  bo trudno  inaczej to wytłumaczyć,  operator nacisnął dźwignie od siebie i Dziadek zaczął się opuszczać w dół. Kiedy jednak zorientował się, błyskawicznie  przerzucił dźwignię  w przeciwne położenie.
Gwałtowna zmiana kierunku spowodowała  kolebanie koszem.  Zbyszek cierpiący na lęk wysokości uświadamiał sobie z każdym piętrem  dyskomfort posiadania tej dolegliwości.
 W panice złapał się oburącz kosza i trwał tak rozdygotany cały, czując że od siły trzymania tego  kosza  zależy teraz jego życie.
Podnośnik wypchnął kosz na wysokość balkonu piątego piętra i w miarę możliwości przysunął  jak najbliżej kutej metalowej balustrady.
 - Dziadek skacz! - krzyknął kierowca – Skacz, nie ma czasu.
 Ale dziadek trwał. Trzymając się brzegu kosza, jak pięć minut wcześniej i chociaż od Tegu uścisku odpłynęła mu krew z rąk tak,  że pewnie nie potrzebowałby już białych rękawiczek, trwał na przekór planom i terminom.
Nie pomogło nawet upominawcze pokiwanie koszem w lewo i prawo. Powiem więcej, miało nawet odwrotny od zamierzonego skutek.
Kiedy na zegarze wybiła osiemnasta, Szef zwany przez dzieci tatusiem a przez żonę Kotem  niespokojnie kręcił się po domu.  Dostał ostrzegawczego sma-a,  że ekipa przybyła, ale nie było słychać pukania w okno. Trudno było zapanować nad dzieckiem, które podniecone zapowiadaną wizytą Mikołaja kręciło się niczym wolny elektron.  W pewnej chwili  młody podbiegł do okna i krzyknął
- Tata!  Mikołaj,  Mikołaj do mnie przyjechał.
- Gdzie jest? Na balkonie? - spytał Szef
- Nie. Za balkonem, pewnie tu zaparkował sanie. Tato otwórz okno.
Chcąc czy nie chcąc, ojciec otworzył okno. Mały wybiegł  na balkon.
- Mikołaju, a gdzie masz renifery?
 - Ja  to, bo grrrr,  brrr… próbował wydusić z siebie słowa które brzmiałby  w stylu :  hooo!!! Hooouu!!!! , albo: czy tu są grzeczne dzieci?!. Ale te wysokości  sparaliżowały mu również krtań.
Za to Piotruś był aktywny.
- Co mi przyniosłeś  Mikołaju? Gdzie masz worek z prezentami?
Chwilę trwało  zanim do Szefa dotarło  w czym rzecz.  Podjął się więc swoistej mediacji. Translacji tych Mikołajowych bełkotów, na język zrozumiały dla małego Piotrusia.
-  Mikołaju!  Tu są grzeczne dzieci. Czy masz jakieś prezenty?.
Dziadek pokiwał głową
- A czy te prezenty masz ze sobą?
Następne kiwnięcie
 - To ja Ci Mikołaju pomogę, bo stary już jesteś.
Sięgnął przez barierę i wyciągnął  worek. Wniósł go do pokoju i rozdał prezenty podskakującemu Piotrusiowi i jego mamie. Dziecko oszalało z radości.  
 - A może teraz zaprosimy Mikołaja?  rzucił do dziecka,   ale ono  pochłonięte już było  rozrywaniem  ozdobnych opakowań.
Wyszedł na balkon i rzekł  - Dziadek zjedziesz?
Mikołaj pokręcił przecząco głową
 - To właź – kiwnął głową.
Dziadek wszedłby z przyjemnością, ale  samonapędzający się lek uniemożliwiał mu to.
- Idziesz Kocie? - spytała żona, wystawiając głowę na balkon.
-  Zaraz, muszę mu pomóc. Sam nie wyjdzie
Złapał Dziadka za jedną rękę i przysunął do balustrady. To samo uczynił z drugą  połową ciała. Przesunęła się do przodu, ale nogi zdobne w czerwone gumofilce stały uparcie  w poprzednim miejscu.  Cóż było robić  Szef  chwycił  Dziadka za szeroki oficerski pas, którym spięta była czerwona tkanina imitująca mikołajowy płaszcz  i pociągnął do góry. Trzeba było niezłego samozaparcia, aby   podrzucić  go na tyle by środek ciężkości kierował go na balkon.  Aby nie spaść na tak zwany pysk Dziadek  puścił się ostatecznie kosza , by  uwolnionymi rękami podeprzeć się  na podłodze balkonu.
Z hukiem zwalił się na płytki, najpierw ręce, potem tyłek,  a na końcu nogi.
Z lewej  zsunął się gumiak i tylko dzięki refleksowi Szefa, który złapał go w ostatniej chwili, nie  poleciał w dół z wysokości pięciu pięter.
- Opuszczać!  – krzyknął, machając równocześnie ręką  w kierunku  stojących  w niezrozumieniu sytuacji  pozostałych pracowników.
Kosz zaczął się opuszczać,  rytmicznie kiwając na lewo i prawo.  Akcja „Mikołaj”  zbliżała się do końca.
Pochylając się nad niedolą Mikołaja,  Szef wcisnął mu na nogę jaskrawoczerwonego lśniącego gumofilca.  Był tak ludzki w tym działaniu, jak gdyby opanował go przedwcześnie Duch Bożego Narodzenia, kiedy to nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem.
Podał staremu rękę i wprowadził go do mieszkania, kierując do kuchni. Tam nalał mu jedną pięćdziesiątkę, a później jeszcze jedną. Dziesięcioletnia whisky drapała  gardło  Zbyszka. Gdyby miał wybór zdecydowałby się  na mniej ambitny alkohol, ale w towarzystwie się nie wybrzydza.
Kiedy po chwili wyszedł na klatkę nie skorzystał z windy.  Jak na jeden wieczór miał dosyć technicznych udogodnień.
Stopień za stopniem człapał po schodach. Krok za krokiem.  Minął prawie  kwadrans,  gdy dotarł do drzwi wyjściowych.
- Coś tam tyle czasu robił?  Dziadek  – spytał student -  Masz nos czerwony nie jak Mikołaj,  a renifer Rudolf
- Ty student, ty się ode mnie odpieprz. Dobrze?
- Wracamy do domu. Ja też mam dzieci - powiedział kierowca i uruchomił silnik
Podnośnik na podwoziu Stara  przemknął mrocznymi już uliczkami w kierunku firmowej bazy.
Nigdy więcej  - pomyślał Dziadek – niech mnie nawet wypieprzą z roboty.
Nigdy więcej -  pomyślał Szef – Jak poprzednio Mikołaj będzie chodził nocą.
Nigdy wcześniej nie słyszałem tej historii, aż do tej chwili, gdy Zbyszek poprawiając papierowe wkładki w gumofilcach  opowiedział mi historię czerwonych  plam na ulubionym obuwiu.



Antoni Relski
30 komentarzy
02 grudnia 2010
Nie chcę zaczynać od cytatu o konieczności kochania ludzi, ponieważ podpierają się nim wszyscy. Jego  głębokie przesłanie rozmyło się w blasku  medialnej popularności.
Chciałem raczej powiedzieć żeby nie odkładać na później rzeczy, które sobie zaplanujecie,  jeżeli nawet te plany wydadzą Wam się  absurdalne. Zdarzają się  sytuacje, że odłożonej choćby na kilka dni sprawy nie uda  się już zrealizować. Po raz drugi już, życie boleśnie przypomniało mi o tym tworząc ze zdarzeń zasadę.
Jakiś czas temu pisałem o moralniaku  jaki mam z powodu zwlekania  z odszukaniem adresu przyjaciela.
Nasze drogi rozeszły się  jak to zwykle bywa,  a niefrasobliwość spowodowała, że przy którejś kolejnej wymianie  aparatu straciłem numer jego  telefonu.
Odnajdę go w przyszłym tygodniu, może w następnym – obiecywałem sobie.
Potem były kolejne tygodnie i miesiące, aż dotarła do mnie wiadomość, że przyjaciel nie żyje od dwóch lat.   Być może nie tylko ja zmieniałem telefony, a przyjaciel również mógłby zadzwonić, ale nie ma już z kim tego ustalić.  Wyrzuty sumienia i zgaga psychiczna towarzyszyły mi czas jakiś. Nie powtórzę tego – postanowiłem.
A jednak.
Wczesnym niedzielnym popołudniem leniwie oglądałem telewizję. Gdzieś tam leciał powtarzany odcinek Rodziny Zastępczej. Oglądałęm jednym okiem drugim śledząc wiadomości Onetu.
Lubię ten serial, o rodzinie która potrafi zachować swą rolę i szlachetny cel pomimo przeciwności.
- Ciekawa jestem co z  Kownacką - spytała żona.
Gabriela Kownacka, ciepła i wyrozumiała serialowa matka, od dłuższego czasu zmagała się z chorobą nowotworową. Stan jej zdrowia wymusił rezygnację z udziału w  produkcji.
- Napisze do niej - pomyślałem.
Zaledwie kilka chwil zajęło mi ustalenie adresu na Facebooku.
Siadłem  przy klawiaturze i zacząłem:    
„ Witam Panią
Na samym wstępie przepraszam za bezczelną  śmiałość zwracania się do Pani bezpośrednio. Jest Pani w końcu osobą obcą, ale być może przez  swoją specyficzną  obecność w naszym domu nie tak do końca, od wielu lat współtworząc serial „Rodzina Zastępcza”. Czerpałem z tego serialu całymi garściami, starając się uczynić moją rodzinę podobną do tej z serialu.  Partnerską, wyrozumiałą dla cudzych błędów i bezgraniczną, chociaż mądrą miłością do dzieci. Nie,  nie miesza mi się fikcja z życiem, ale dobre wzorce można czerpać z każdego źródła.
Nie wychowywałem adoptowanych dzieci, ale aktywnie uczestniczyłem w adopcji dla moich zagranicznych przyjaciół. Boże jaki mur ludzkiej obojętności trzeba pokonać. W tamtych czasach pomocą był mi Stanisław Sojka który śpiewał, że nie po to człowiek rodzi się by brać.
Od osiemnastu lat  obserwuje problemy wychowawcze adoptowanych francuskich przyjaciół. A takich nie brakuje. Miłości, zawody, nawet ucieczki z domu. Jak w życiu. On adoptowali dwoje dzieci  i też lubią Staszka Sojkę. Dlaczego to piszę ? Ponieważ właśnie oglądam ten serial na Polsacie. Odcinek   jeszcze z Pani udziałem. Imponuje mi pogoda ducha serialowej matki, pomimo  wszelkich przeciwności życiowych.
Sam zmagam się  problemami zdrowotnymi mojej żony….”
A może nie powinienem pisać?. Co kogoś mają obchodzić moje problemy?. Z drugiej strony sympatyczny list od nieznajomego może sprawić radość, lub chociaż delikatny uśmiech. Sam tego doświadczyłem, otrzymując  kilka sympatycznych maili od osób całkowicie nieznanych, a więc nie zainteresowanych prawieniem mi komplementów.
Napiszę - zdecydowałem. Popracuję tylko nad właściwą formą w poniedziałek lub wtorek.
W poniedziałek życie wymyśliło mi inny plan na wieczór, a we wtorek…
We wtorek odczytałem na Onecie tę smutną wiadomość, że Gabriela Kownacka przegrała swoją walkę o życie. I choćbym wycyzelował styl i dopieścił każde słowo, Ona już tego listu nie przeczyta.
Po raz kolejny spóźniłem w sposób nieodwracalny.
Dwa różne przypadki połączone śmiercią osoby do której miałem się zwrócić  z prostym pytaniem - jak leci ?
Nie zdążyłem. Stąd może ten desperacki pomysł opublikowania tutaj tego wstępu, który napisałem w pierwszym odruchu.  Szkoda że nie poszła za nim wytrwałość w działaniu.
I pomimo  oporów  cisną się na usta wersy  wierszy Księdza Jana.

wtorek, 30 listopada 2010

Listopad 2010

29 listopada 2010
 - Piotruś  zrobiłeś mi te zestawienia na  koniec kwartału ?
- Panie leżą od wczoraj na biurku po prawej stronie, tam pod wykazem  warunkowo dopuszczonych do światłą niebieskiego za ostatnie pół roku.
Pan wyciągnął zestawienie  spod pliku innych papierów i położył prze sobą centralnie na środku biurka. Potarł dłonią długą siwą brodę  i pogrążył się  w lekturze.
Rzędy cyfr  przewijały się przed boskimi oczami, słupki, wykresy i zestawienia.
Wśród kadry urzędniczej nie do dziś wiadomo, że zestawień nie tworzy się w celu informowania czytającego,  ale dla ochrony tyłka piszącego, tym niemniej  to zestawienie było nad wyraz  mało optymistyczne.
- Nie jest to pocieszające  - podsumował lekturę Pan - ciągły spadek. Jest gorzej niż w poprzednim kwartale,  a poprzedni wydawał nam się  najgorszym od wielu lat.
- Cóż ja mogę zrobić?.  Wobec poziomu imprez na ziemi, wieczna szczęśliwość w tradycyjnym rozumieniu  wydaje się być mało atrakcyjna.
Jak cieszyć się bliskością Światła Niebieskiego jak oni rozumieją to wprost, a mają   tam  stroboskopy i diody LED.  
- Czy może być coś bardziej atrakcyjnego nić wizja wiecznej szczęśliwości,  w  pobliżu Naszego Tronu?
- Wiesz Panie – zaczął powoli Święty Piotr  -  kiedyś  było inaczej. Życie było jednym pasmem udręk, a choroby śmiertelne. Pracowano tylko na czarno i nie było opieki socjalnej.   Dotykało ich carskie samodzierżawie i wtedy  wszyscy oni liczyli na boską sprawiedliwość i nagrodę  chociaż po śmierci. Wtedy to my byliśmy goście, Sprawiedliwi , nieograniczenie miłosierni  i bosko dobroduszni. Przeciwwagą było piekło   z rozpaloną smołą i głupimi diabłami.
 A  potem  zgodnie z Twoją myślą,  ludzkość zaczęła ewoluować.
Najpierw wymyślono  penicylinę, dzięki czemu  przygodne kontakty nie były już  obarczone takim ryzykiem.  Potem gumę do żucia. Potem gumę  czyniącą przygodne kontakty bardziej beztroskimi. A potem to już poszło. Woodstock, hippisi, a na końcu Internet.  Hasło które im podrzuciłeś Panie –„czyńcie sobie ziemię posłuszną”  zostało zinterpretowane wprost.  A posłuszną zinterpretowano  jako  dającą satysfakcję i tak z pomocą Marychy i dopalaczy, posłuszna ziemia stałą się jedną wielka imprezą,  gdzie najważniejsze trzy rzeczy to sex, drugs,  and rock&roll  przy czym ostatnio miejsce rocka zajmuje R&B -  rythm and beat.  I czym my mamy odwrócić ich uwagę?  Perspektywą  przebywania w pobliżu Niebieskiego Tronu?
To już nie jest chwytliwe.
- To co robić ? - spytał Pan -  jak stawić czoła  obecnym czasom?
 - Trzeba by popracować nad naszym PR
- A cóż to takiego? - spytał Pan-  Kiedy przez siedem dni tworzyłem ziemię , nie przypominam sobie abym tchnął ducha w jakieś PR
 - O Panie odrzekł  Święty Piotr – to jest tak zwany public relations,  czyli  publiczne relacje, kontakty z otoczeniem) dotyczą kształtowania stosunków publicznie działającego podmiotu z jego otoczeniem.  Taki publiczny wizerunek. Wiem to dzięki Wikipedii, ale nie pytaj mnie Panie - co to ta Wikipedia?,  Sam do końca nie rozumiem jej działania. Tyle jednak ostatnio przewija się  tutaj nawiedzonych internautów, że trochę się podszkoliłem. Przewija się  nie znaczy jednak pozostaje, większość trafia od razu do czyśćca , za używanie nielegalnego oprogramowania. 
Trzeba by popracować nad jakimś marketingiem.
- No to wezwijmy jakichś marketingowców.
 - Panie wszyscy oni po śmierci trafiają bezpośrednio do piekła, za sprzedawanie iluzji, oszustwo i ewidentne kłamstwo. Czy chcesz Panie budować wizerunek Nieba  przy pomocy specjalistów od kłamstwa i oszustwa?.
Nie koniecznie, ale są przecież różne sposoby i różne drogi do budowania Chwały Niebieskiej.
Ja pogadam z  Belzebubem. Biorę to na siebie, może  wypożyczy mi takiego specjalistę od jak mówisz PR
I nie czekając na odpowiedz Świętego  Piotra, na niebieskiej klawiaturze  wybrał  numer Piekła.
- Słuchaj Bubek- rzekł Pan - Podrzuć mi tu jakiegoś specjalistę od PR. Idzie mi o konsultację.
Takiego od White Water,   czy od tego banku? No  od tego banku, co przekręcił dwa miliony naiwnych  zbieraczy grosza? Wszyscy moi potencjalni klienci, życzyli bowiem  śmierci  prezesowi.
A masz tam jeszcze coś innego u siebie?
- Ale ja ich mam  siebie na pęczki.  Oni wszyscy cierpią ogień piekielny  a za notoryczne i ustawiczne kłamstwo. Zaraz jednego podrzucę.
Kiedy Pan odkładał słuchawkę Święty Piotr zdobył się na odwagę: 
 - A propos, to trzeba by znowelizować ósme przykazanie. Ponieważ brzmi ono – nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, a Ci wszyscy marketingowcy zrobili sztukę z czynienia fałszywego świadectwa w imieniu bliźniego swego.
- Fałsz jest fałsz,  jak wiśnia jest wiśnia -  rzekł  filozoficznie Pan i pogładził swoją siwą brodę.
 No cóż przyszedł czas czego się obawiałem,  że przyjdzie korzystać z pomocy potępionych, aby miliony mogły być wyzwolone. Trudno.
 I trudno odpowiedzieć na pytanie ile czasu minęło, zanim u bram Niebieskiego Królestwa pojawił się   skulony  i przestraszony facet.  Czas  bowiem w niebie nie jest istotny.
-  Wezwaliśmy Cię tu  ponieważ potrzebujemy  rady w sprawach którym poświęciłeś całą ziemską    wędrówkę - usłyszał kiedy tylko wszedł do środka- Chcemy poprawić nasz wizerunek.   
Na te słowa wyprostował się i  zaczął  po swojemu:   
- Trafiliście Państwo świetnie. Chociaż  jesteśmy profesjonalną agencją public relations z Polski,  to spectrum naszego działania wykracza znacznie poza ten rejon. Dla swych klientów świadczymy usługi doradcze jako niezależny i obiektywny partner a także proponujemy Państwu stałą współpracę z naszą Agencją PR jeśli posiadają Państwo w swoich strukturach Działy PR. Na życzenie Klienta opracujemy profesjonalną strategię PR oraz propozycję działań marketingowych, zajmiemy się jej wdrożeniem a także stałym monitoringiem wyników. W swej ofercie proponujemy też szeroki wachlarz szkoleń oraz doradztwo w pozyskiwaniu środków unijnych. Agencja  przygotowuje materiały prasowe dla swych Klientów przywiązując dużą wagę do jakości tych materiałów prasowych, by same w sobie stanowiły profesjonalną wizytówkę firmy. Opracowane informacje są rzetelne i merytoryczne. W przypadku materiałów fachowych proponujemy grono ekspertów z różnych dziedzin, z którymi współpracuje nasza Agencja. Proponujemy też działania związane z projektowaniem i wdrażanie systemów tożsamości organizacją i prowadzeniem rozmaitych wydarzeń w firmie takich jak wyjazdy grupowe, imprezy firmowe, "drzwi otwarte". Zajmujemy się też doradztwem w zakresie sponsoringu, jako elementu dopełniającego budowania strategii i wizerunku firmy.
- Już się gubię - powiedział Pan , ale zaraz dodał - Zalewasz mnie tutaj masą informacji, ale niech myśl własna zmarszczy na chwilę twoje czoło. Jak wyobrażasz sobie dzień otwartych drzwi w niebie?
Takich fali reanimacji ze śmierci klinicznych nie wytrzymałby żaden fundusz,  nie tylko  polskiego NFZ.
Roman bo tak w życiu doczesnym miał na imię specjalista od PR  nie zwracając uwagi na pierwsze wątpliwości brnął dalej ze swoją historią
Potrzebuję trochę danych.  Prawdziwe marketingowe opracowanie powinno zostać poprzedzone pewnymi informacjami otóż potrzebuję  paru informacji aby opracować następujące  działy analizy
1.       Historia Firmy
2.       Status własności
3.       Główne produkty
4.       Obsługiwane rynki
5.       Informacje finansowe
6.       Cele strategiczne i finansowe formy
Na tej podstawie opracujemy
1.       Plany strategiczne przedsiębiorstwa
Oraz
2.       Politykę cenową
3.       Promocję i reklamę 
4.       Dystrybucję
Sam biorę na siebie analizę SWOT.
- Który z panów  wypełni mi  krótką trzydziestominutową ankietę ?
- Nie wywalę cię stąd natychmiast, ponieważ moje nieograniczone miłosierdzie i boska cierpliwość znane są od pokoleń. Ale ostrzegam Cię bo Gniew boży zburzył Sodomę i Gomorę   Nie przeginaj.
- To może zacznijmy od drobnych gadżecików.   Wypuścimy takie t-shirty z napisem „kocham niebo”  i „Niebo jest cool”,  w narodowych językach chrześcijańskiej nacji. Tylko Polakom trzeba to zrobić po angielsku. U nich ważne jest tylko to co jest po angielsku.
-  I może zapalniczki? –  Nie zapalniczki do głupi pomysł. Ale pośrednio pomnażają klientów.   O przepraszam uczestników akcji „Niebo”. I wisiorki do kluczy, albo karty rabatowe. Zbierasz punkty na taką kartę i z wszystkich ekologicznych produktów nabija ci się po 1 punkcie za każde wydane 10 Euro.  I po uzyskaniu określonej ilości punktów idzie się do Nieba.   Tylko trzeba to Niebo uczynić atrakcyjnym. Uprzedzam  jednak że w dobie TV, DVD i Internetu, uwzględniając  obowiązujące w Firmie Dziesięć Przykazań, nie będzie to takie proste.
 A może by te dziesięć punktów trochę przeredagować? Na przykład „Nie będziesz pożądał żony bliźniego swego przez pierwsze pięć lat małżeństwa twego”.
 Albo –  „Nie cudzołóż przed dwudziestą drugą”
 W ten sposób target  potencjalnych klientów zdecydowanie rozszerzy się.
Na propozycję zmian lub dopisania aneksu do Dziesięciorga  Przykazań  broda Pana zmierzwiła się, a uderzenie otwartą dłonią w blat stołu wywołało   huragan w południowych rejonach Oceanu Atlantyckiego.
- Piotr  zabierz go stąd - marketing nie jest na pewno elementem boskiego pomysłu na świat.
Kiedy za pogonionym specjalistą od PR zamknęły się drzwi, dało się słyszeć głęboki, boski oddech ulgi.
- To co – spytał  Święty Piotr – nabór po staremu?
Modlitwa, dobroczynność i asceza, a dodatkowo wojny i klęski żywiołowe?
W końcu to  ostatnie, to też jakiś pakiet, target  i klienci – podsumował Piotr określany Świętym, przekręcając klucze w Niebieskich Bramach Nieba.
Ale w jednym on miał rację  -  „Niebo jest cool”,  od  ponad dwóch tysięcy lat.  A wiara w to jest podstawowym elementem tej układanki .

Antoni Relski
23 komentarzy
25 listopada 2010
Tak się wyluzowałem, że całkowicie zapomniałem o zmianie opon.
Samochód w letnich butach, a tu już ze dwa razy skrobałem  szron z  szyby. Opamiętanie przyszło na mnie  wczoraj,  gdy obejrzałem prognozę pogody. Cała Polska pokryta śnieżynkami migającymi na zmianę z kroplami deszczu. Jeszcze tego samego wieczoru  popędziłem do piwnicy po zimowe koła. Upchnąłem je do bagażnika,  licząc na łut szczęścia  w warsztacie wulkanizacyjnym. Kiedyś takie odwlekanie było u mnie nie do pomyślenia. Wszystkich świętych to była taka graniczna data. Zresztą, kto nie zjeżdżał na letnich  oponach z pokrytego lodem Lubomierza,  ten nie wie o co chodzi. Kiedy koła nie posiadają żadnej przyczepności, suniesz  jak na saniach. Na nic  blokowanie wciśniętym hamulcem, bo  wiesz że masz dziesięć procent na to,  że wyrobisz się na zakręcie poniżej. Raz przeżyłem takie zdarzenie  i zmotywowało mnie ono do tej specyficznej gumowej  pamięci.
Koło południa zerwałem się  na  chwilę z pracy ponieważ w okolicy widziałem reklamę warsztatu oponiarskiego. Umówię się na jakiś termin albo co – wykombinowałem.
Snując czarne przypuszczenia, że z akcji wyjdzie mi tylko - albo co, skręciłem pod zakład.
 Chociaż oba stanowiska były zajęte to nie zauważyłem kolejki. Muszą być zapisy – pomyślałem
- Na kiedy mnie może Pan zapisać? - spytałem człowieka ubranego w kombinezon z reklamą Uniroyal.
- Za pięć minut. Pasuje Panu?
- Cholera to wspaniale. Bardzo mi pasuje.
Wymiana opon z wyważeniem kół trwała kwadrans, Na koniec schlapali mi koła czymś mokrym i błyszczącym, co działać miało ochronnie na opony, ale chyba poprzez mózg prowadzącego.
- Czterdzieści cztery – powiedział uprzejmy  człowiek w czerwonym kombinezonie, co oznaczało że zapłaciłem  tytko  dwie trzecie stawki, którą zwykle płacę u znajomego gumiarza na pobliskim osiedlu.
Znów potwierdziła się zasada,  że nikt cię tak nie oskubie jak twój znajomy.
-Dlaczego tak pusto?  Spytałem zagadując grzecznościowo na koniec
- Bo Polak ma wszystko w dupie, proszę Pana.  Władzę ma w dupie, wybory w dupie i zalecenia, wymagania i  terminy też ma w dupie
 - To ten Polak musi mieć chyba największą dupę w Europie –odbiłem lekko filozoficznie piłeczkę – skoro do tej dupy tyle mu się zmieści.
- Z oponami to już wszystko? Powrócił do głównego nurtu rozmowy „Men In red”
- Mam jeszcze jedną oponę, w zasadzie oponkę. O tutaj -  pokazałem klepiąc się w okolicach brzucha. Chętnie bym się jej pozbył, ale nie pomoże w tym żaden pana hydrauliczny podnośnik ani klucz pneumatyczny.
- Ja mam dwie  tutaj – uwydatnił swoją nadwagę mój rozmówca. Od pewnego czasu żona mówi do mnie Michelin. Nic dodać nic ująć.
Ale jak sypnie śnieg  i zrobi się kolejka chętnych to pewnie zrzucę parę kilo.
- No to tego Panu życzę i do widzenia.
Może i ten luz mi się opłacił
A kiedy za godzinę zobaczyłem pierwsze płatki śniegu wirujące nad moją głową,  doszedłem do wniosku że idealnie wstrzeliłem  się w punkt
Rano stanąłem na wagę, elektroniczny wyświetlacz zatrzymał się na dobrze znanej mi  liczbie.
Odczytowi wartości wagi towarzyszyło uczucie głodu
Trudno, mój czas jeszcze nie nadszedł. Kołysząc biodrami zdobnymi w  wyhodowaną elastyczną osłonę szkieletu kostnego, udałem się do kuchni gdzie  wrzuciłem dwie grzanki do tostera.

Antoni Relski
43 komentarzy
21 listopada 2010
Siedemnaście
Włożyłem w kieszeń odtwarzacza DVD  płytę z muzyką relaksacyjną. Kiedy popłynęły pierwsze dźwięki, a na mnie spłynęło dobrodziejstwo relaksacji, odczytałem opis płyty z pudełka CD. Kolekcja ta  to prawdziwe perły światowej muzyki relaksacyjnej, muzyki tła lub muzyki na każdą okazję. Instrumentalna, spokojna. Przeznaczona zarówno do relaksacji, muzykoterapii, terapii snu (zasypiania), ośrodków spa, gabinetów kosmetycznych jak i jogi, medytacji, czy też jako ekskluzywna muzyka tła w hotelu, pasażu handlowym, klubie lub restauracji”.  Nie bardzo uwierzyłem w to, że muzyka ta będzie odpowiednia zarówno dla mojego zasypiania, jak i do kotleta w restauracji. A oczami wyobraźni już widziałem grupę pochrapujących klientów, z twarzą jak pisał poeta „wtuloną w kotlet schabowy panierowany”. No cóż wiek marketingu.
Szesnaście
Zrzuciłem ubranie aby nic nie tworzyło bariery dla wnikania relaksacyjnych dźwięków muzyki. Niechaj świergot trznadla odczuję każdym receptorem znajdującym się na moim ciele.  Co prawda niektóre części mojego ciała źle zinterpretowały zamysł rozluźnienia poprzez dźwięki i zaczęły delikatnie spinać się w poszukiwaniu celu. Neutralne myśli w postaci wiekowego Chińczyka, zapisującego cienkim pędzelkiem rząd znaków na bambusowym papierze, spowodował powrót  do pierwotnie założonego rozluźnienia. Co prawda przejście obok dużego lustra zawieszonego w przedpokoju wywołało najpierw zainteresowanie stanem mojej figury, a później autokrytyczny uśmiech.  Żadnych napięć. Luz, luz, luz Klepnąłem się w lekko zarysowany brzuch i stanąłem  najpierw en face, później z lewego, a następnie z prawego profilu. Z prawej strony zaokrąglenie wydawało się mniejsze. Wiem już dlaczego gwiazdy  Świętego Lasu fotografują się z jednej strony. Faceci od tej która powiększa, kobiety od tej która pomniejsza.
Piętnaście
Zredukowałem światło w łazience i sięgnąłem po  żel pod prysznic  "aromaterapy". Piecyk gazowy z automatycznie zapalającym płomieniem, tym razem był dla mnie łaskaw i zaskoczył wyjątkowo za pierwszym razem. Nie musiałem wyskakiwać jak oparzony spod zimnego strumienia wody,  by dmuchnąć w palenisko. Ciepła woda spłynęła mi po klatce piersiowej i plecach. Tak. Dlaczego kobietom woda ścieka po piersiach i sutkach, a facetom nie wypada żeby po sutkach? Im spływa po klatce piersiowej. Stałem tak chwilę, a przez oczami pojawił się obraz bohatera „ Amercian Beauty” w analogicznej sytuacji. Żadnych napięć! -  przywołałem się po raz kolejny i wylałem na dłoń sporą porcję żelu. Dziwny to żel, nie pienił się wcale a i z aromatem też nie było rewelacji. Natarłem się jednak dokładnie, pośród wątpliwości które towarzyszyły mi w trakcie. Próba spłukania nie do końca udana wątpliwości te tylko spotęgowała. Zalewając łazienkę  i ryzykując porażenie prądem, wylazłem z kabiny i rozjaśniając światło spojrzałem na butelkę. Balsam do ciała o właściwościach  natłuszczających. O rzesz ku….. Spokój, tylko spokój dzisiejszego popołudnia. Żel pod prysznic w podobnym kolorze opakowania stał obok. Tak. Właściwy relaks wymaga dobrych oczu. A słyszałem przecież że z moich oczu „wyziera dobro”. To chyba jednak nie to samo.   
Czternaście
Zmycie tłustego balsamu wymagało użycia bardziej zdecydowanego mydła. I żel już nie cieszył. Chociaż użyłem go aby wypełnić kolejny punkt programu. I tak później pasowało użyć rozluźniającego mleczka.  
Pełny relaks.
Nie myślisz o  swoim podkładającym Co rusz nogę życiu. Nie analizujesz stanu konta bankowego, po wydaniu kasy na pomocnicze materiały relaksacyjne. Przez tą pomyłkę jestem spóźniony o jeden etap. Tak więc czternaście, będę realizował będę jak trzynaście  i trzeba będzie chyba połączyć siedem i osiem,  aby osiągnąć zaplanowany stan totalnego rozluźnienia, które wyzwala ciało spod kontroli umysłu z wyjątkiem  nadzoru nad zwieraczami. Tak wyluzowany to ja nigdy nie byłem, no może w ciągu pierwszego roku po urodzeniu.
Trzynaście
Szorstki ręcznik wysuszył moją skórę, drażniąc ją przy okazji i masując. Biorąc lewy  koniec ręcznika w lewą rękę, a prawy w prawą,  zarzuciłem go na plecy i korzystając z takiego prymitywnego narzędzia czochrałem włosy na plecach  w lewo i w prawo. Wyczytałem w Internecie, że  poprawia to krążenie i usuwa napięcia. Być może zbyt poważnie podszedłem do tematu,  ponieważ po chwili usłyszałem trzask pękającego materiału,  a brzeg ręcznika mniej więcej w środku długości przerwany był dziesięciocentymetrowym pęknięciem.  Kurde znowu się będę musiał tłumaczyć.
A swoją drogą dlaczego? Dlaczego tłumaczę się z byle powodu?
Antoni, dlaczego rozerwałeś ręcznik?
No, no dlaczego ? dla fantazji? Pewnie dlatego że materiał by sprany i osłabiony.
Dlaczego ?
Dlaczego nakapałeś w kuchni, dlaczego zadeptałeś przedpokój, dlaczego tak krzywo pokroiłeś chleb.   I cała kupa innych dlaczego? na które nie ma logicznej odpowiedzi, poza jedną na wszystkie - Dlatego że żyję. Poza tym łatwiej  zauważa się czyjeś krople na kuchennej podłodze.
A dlaczego nie ma pytań w stylu:
Dlaczego nie spytałeś:  dlaczego  ten szklany wazon wypadł mi z ręki rozbijając się z hukiem na podłodze? Powiedziałeś tylko  – to na szczęście. Dlaczego na szczęście?
Dwanaście
Ciało pokryte balsamem połyskuje w świetle punktowym, odbijając je i załamując. Widziałem na filmach , oraz pokazach kulturystów. Spojrzałem z ciekawością na siebie. Mój brzuch odbijał promienie  na wszystkie strony. No cóż jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Brawo , filozofia relaksu zaczyna działać.
Jedenaście
W czasach kiedy koncerny kosmetyczne wymyśliły i zaproponowały już wszystko dla swoich naiwnych klientów, rzuciły się na pomysł skorzystać z pokładów naiwności zakamuflowanych w mężczyznach. Oczywiście faceta nie przekona się,  że przy pomocy kremu można nawodnić organizm, ponieważ od pokoleń On uzyskuje ten sam efekt przy pomocy piwa. Nie tylko skóra, ale cały organizm osiąga stopień pełnego nawilżenia, a dodatkowo w cenę jest wliczona radość a czasami euforia wynikająca  z kontaktu z kumplami. To zaś jest bezcenne. W facetów uderzono zmęczeniem. To ty facecie, aktywny, działający dla dobra, zapracowany,  możesz to zmęczeniu usunąć stosując krem pod oczy i dalej możesz rzucać się w wir zawodowych i rodzinnych obowiązków. Chwytliwy jest już sam fakt zauważenia,  że faceci robią coś innego oprócz picia piwa i przerzucania kanałów w telewizorze, za pomocą pilota. Według mojego rozeznania już sam fakt zauważenia  tego przez osobistą kobietę, byłby skuteczniejszy od wspomnianego kremu,  ale jak już  pisałem jak się nie ma co się lubi. 
 Dziesięć
Nie zapominając o okularach rozpakowałem krem pod oczy. Najpierw sięgnąłem jednak po ulotkę.
… Skóra mężczyzny jest o 25 procent grubsza niż kobiety. Dzięki temu lepiej broni się przed mrozem albo wiatrem, jak również łatwiej się regeneruje….
No proszę od dzisiaj  określenie że faceci są gruboskórni będę przyjmował jako stwierdzenie faktu, a nie złośliwość
….W głębszych warstwach męska skóra ma bogatsze wyposażenie w kolagen oraz elastynę. To sprawia, że zaczyna się starzec później niż damska lecz gwałtowniej. Co prawda codzienne golenie działa jak wygładzający peeling ale bywa też przyczyną podrażnień, natomiast stosowanie płynów po goleniu z alkoholem dodatkowo wysusza naskórek. Wtedy na pomoc przychodzi odpowiedni krem…
Odpowiedni krem proszę bardzo. Ale dlaczego pod oczy? 
… Skóra pod oczami jest siedmiokrotnie cieńsza niż na policzkach. Więc zmarszczki pod oczami uwidaczniają się najczęściej. Dodatkowo pogłębia je praca przy komputerze, godziny spęczone za kierownicą jak również dym z papierosów. Natomiast intensywny tryb życia powoduje worki i cienie pod oczami…
No i mam wyjaśnienie. Wyobrażacie sobie  jakby wyglądał facet z workiem pod oczami?. O liczbie mnogiej nawet nie potrafię pomyśleć. Boże dlaczego przeczytałem o tym tak późno?
Może dlatego, że od dłuższego czasu mam pierwsze, całkowicie wolne i samotne popołudnie.  
 Przeciwzmarszczkowe kremy wzbogacone są kwasami owocowymi, antyutleniaczami a także kwasem hialuronowym Zawierają substancję poprawiające mikrocyrkulację krwi. …O proszę. Ja nie mam nic przeciwko maksi cyrkulacji byle w odpowiednim momencie
Wtarłem trochę wokół oczu, profilaktyka przecież jest najważniejsza. Spojrzałem na siebie do lustra. Powoli zaczynam wyglądać ja Marcel Marceau   A gdybym  tak zaoszczędził na tym kremie i zamiast tego  na powieki położył kompresy z herbaty ekspresowej? Odrzuciłem tą myśl widząc siebie z dwoma torebkami na powiekach,  a z każdej zwisa cieniutki sznureczek z metką herbaty  Tetly, albo Irving.  Wiszą tak na wysokości uszu niczym kolczyki. I wyglądam jak korsarz, albo członek stowarzyszenia przeciwko homofonii. Nie,  herbacie zdecydowanie nie. Dlaczego  ten krem nie chce się wchłaniać. Może przesadziłem z ilością.
Dziewięć
Waciki. To ten produkt na który dostawała kieszonkowe żona Siary i co stało się synonimem niskich zarobków. Mnie to kur…a nawet na waciki nie wystarczy. W zależności od opcji można ominąć łacińską wstawkę, chyba że idzie o zaakcentowanie dramaturgii wypowiedzi.
Źle  otwarte opakowanie spowodowało poprzez  nieumiejętne sięgnięcie po waciki,  że cała zawartość wyleciała na podłogę.
O ja Cie ……Cholera doszedłem do dziewięciu, a  w dalszym ciągu tak łatwo popadam w stan irytacji.
Ej!  rozluźnij się!.  A pierdzielę to - pomyślałem wrzucając całą kupę wacików do szuflady. Czego czy nie widzą ….
Starłem resztkę kremu. Naciągając skórę na twarzy spojrzałem w lustro. No tak, po tym kremie lepiej się  naciąga. Może i działa, przejrzałem półkę żony. Ale wszystko tam okazało się dla mnie nie przydatne. Szczególnie krem ściągający pory. Po co kiedy stałem właśnie całkiem nagi w tej łazience.
Osiem i siedem
Żeby nadrobić plan o czy wspominałem wyżej bo wypadłem z rytmu.
Niektóre elementy mojego ciała doszły wreszcie do wniosku, że  to relaksowanie to jedna wielka lipa. A  z przedłużającego  się stanu  przebywania bez ubrania,  nie należy wyciągać  żadnych wniosków co do najbliższej przyszłości. Mój największy przyjaciel  zdecydował się na pełną  obojętność wobec otaczającego go świata.  Jeżeli to efekt aromaterapii trzeba uważać na ten żel.  Jeżeli zaś to krem,  to używać z rozmysłem. Tak potraktuję to jako dwa punkty chociaż w innych sytuacjach taka dezercja przyjaciela, wypełniłaby wszystkie punkty zaplanowanego wieczoru.
Sześć
 Nomen omen czyta się seks,  szczególnie chyba z niemiecka. A że ma być odwrotnie założyłem na siebie gruby frotowy szlafrok. Na takim szlafroku w damskiej wersji mona by napisać „anty seks”, ale nie wyobrażam się sobie w różowym prześwitującym szlafroczku, Te piórka drażniące nos i w ogóle. No chyba że ktoś to lubi. Ale  wiadomo gusta… Wyszedłem z łazienki Przechodząc obok lustra spojrzałem na siebie - spoko. Zgiąłem w łokciu prawą rękę i wyprostowałem kciuk. W kręgu naszej kultury znaczy to właśnie - spoko. Być może wpływ na pozytywny autowizerunek miał brak okularów korekcyjnych, ale nie zawracałem sobie głowy takimi drobiazgami. Relaks.
Pięć
Siadłem wygodnie w fotelu.  Muzyka sączyła się w tle , a ja nalałem kieliszek ulubionego czerwonego wina. Odkorkowałem butelkę na początku działań  relaksacyjnych, aby wino mogło odetchnąć. Ponoć czerwone wino powinno się pić dopiero po minimum 30 minutach od zdjęcia korka. Mój Boże, a kto miałby czas na takie czekanie?, szczególnie gdy pragnienie dominuje na dobrym smakiem.
Zdarzały się chwile,  gdy otwierałem dwie butelki. Pierwsza na pierwszy ogień, druga mogła pooddychać.  Ale na tych imprezach smak i aromat nie były czynnikami decydującymi.
Powoli wziąłem do ręki kieliszek i podniosłem do światła. Rubinowy kolor trunku zmieniał optykę widzenia świata,  Jak  w soczewce mienił się wszystkim odcieniami czerwieni, różu nie wyłączając. Potrząsnąłem  kieliszkiem, aby zapach podniósł się ponad brzeg kieliszka. Pociągnąłem łyk. Wspaniały smak,  doskonały rocznik, południowy stok winnicy - zdało się mówić moje wewnętrzne ja, nie zauważając,  że z szyjki butelki zwisała smętnie resztka banderoli fiskalnej.
Południowy smak winnicy ? W Carrefourze ?.
Nie dałem się jednak ponieść temu dołującemu realizmowi.
Cztery
Doskonały smak. Trzeba było od tego zacząć. To co, dalej świergot trznadla ? Może  jakiś film?
Albo powrócić do tej książki porzuconej ze dwa miesiące temu.  Tylko gdzie ona leży?
Okolice łóżka wydawały się  nieodpowiednie  poczuciu estetyki Kochanej Żony.
Wszystkie rzeczy znajdujące się w naszym  domu ułożone są z reguły w jej poczuciu estetyki, a ja mając  na względzie trwałość związku,  jako priorytet nie kruszyłem kopii  o miejsce składowania maszynki do krojenia jajek.  Oczywiście ten stan wewnętrznego zrozumienia dla porządku rzeczy i  ludzi osiągnąłem stopniowo,  z wiekiem, gdzieś w okolicy piątej rocznicy wspólnego pożycia.
Prawa ręka jest swobodna. Lewa ręka jest swobodna.
Prawa noga jest swobodna, lewa noga jest swobodna.
Czy w takiej sytuacji chce mi się szukać książki o niełatwych relacjach mężczyzny i kobiety dwadzieścia lat później?
A może trzy ?
Cóż tam mamy pod tym numerem?
Tri -  jakby powiedział mistrz  hipnozy i relaksacji  Kaszpirowski.  Jeszcze tylko dwa i adin,  stan pełnej nirwany, w osobistym rozumieniu tego określenia.
Najpierw łyk wina. Podniosłem kieliszek do ust i już miałem zanurzyć powoli łapczywe wargi w rubinowym napoju bogów,  gdy z tego oderwania od zewnętrznego świata wyrwał mnie dzwonek do drzwi.
Nie to nie może być prawda. Gdzieś w tle leciały właśnie odgłosy godowe uchatki bałtyckiej skompilowane z muzyką Mozarta na instrumenty elektroniczne,  w konwencji  New Romantic. Przede mną stało kusząc kolorem i aromatem wino. Za drzwiami stał ktoś i domagał się wejścia.
Przez chwilę udawałem że mnie nie ma, ale ten Ktoś nacisnął guzik dzwonka drugi,  a za chwile trzeci raz. Cóż było robić?
Może to życie, może to mój los ze swymi darami.
 - Dary, dary losy - nucąc niebezpiecznie przyczepiający się do człowieka refren,  podszedłem do drzwi. Delikatnie uchyliłem skrzydło. Na progu stał młody  człowiek, ubrany w elegancki garnitur.
- Dzień dobry , tu podał imię i nazwisko,  ja jestem sąsiadem z drugiego bloku i startuję w wyborach samorządowych z formacji   „Czas na zmiany Panie Kochany”
- Co Pan,  Panie kochany chciałby zmienić - spytał z pewnością w głosie podobną Monice Olejnik.
- Życie Panie kochany, Życie chciałem zmienić i zaczynałem od siebie i dobrze mi szło. Pan mi się wpierdzielił  z tymi swoimi pytaniami.  Boże jak ja nienawidzę polityki.
Wyciągnąłem mu z ręki ulotkę  i zamknąłem drzwi. Stał jeszcze chwilę w osłupieniu na wycieraczce zanim poszedł dalej, zadawać pytanie -  Co zmienić? Oprócz obsady stołków, bo to jest dla nich oczywiste.  A przecież to oni powinni przedstawić swój projekt zmian. Ja mam im pisać program wyborczy? O nie  
Wróciłem do pokoju. Walnąłem wino nie zwracając uwagi na jego smak.  Płyta właśnie się skończyła,  a maszyna wypluła na zewnątrz kolorowy nośnik.
Mój proces relaksacji dobiegł końca.  Może skończył się trochę ostrym resetem, co spowoduje u mnie ból głowy, jak u kobiety bez spełnienia, ale   jutro z nowymi siłami stawię  wszystkim czoła. Śmieciarzom blokującym wyjazd z osiedla,  którzy flegmatycznie zapinają pojemnik za pojemnikiem,   dwadzieścia po siódmej,  a gros mieszkańców wyjeżdża  wtedy do pracy.
Strażnikom miejskim  czającym się po krzakach, aby wręczyć mandat  emerytce, za wyprowadzenie piętnastoletniej suczki kundelka bez kagańca. Młody mógłby ich opieprzyć albo nie daj boże przyłożyć.
 Wymuszającym pierwszeństwo,  młodzieńcom w sportowych samochodach.
 Nawałowi pracy i niedoborowi kasy stanowiącej rekompensatę tej roboty.  I tak do następnego wieczoru z kremem redukującym zmarszczki.
Chyba że spróbuję medycyny ludowej. Jakiś  towarzyski drink – siedemnaście,  jakiś wspólnie obejrzany film – szesnaście  i  seks,  byle tylko nie jakiś.  I to będzie od piętnastu do jednego.
I może jeszcze raz jeden.
Antoni Relski
36 komentarzy
18 listopada 2010
Zajrzał za pralkę. Ręką przeciągnął wzdłuż węża odpływu i z nadzieją  spojrzał na końcówki palców, były suche. Suche i trochę zakurzone. Potem odsunął płytkę zasłaniającą odpływ brodzika   i wykonując pozycję „padnij”, zajrzał w  czeluść jamy. Swoimi działaniami przypominał mi sierżanta, dokonującego kontroli czystości podległych mu żołnierskich pomieszczeń. Dobrze że nie miał białych rękawiczek, one dołują najbardziej.
Jeszcze tylko  toaleta - nie tracąc energii skierował się do kolejnych drzwi.
Zamiłowanie do porządku wyrobione u mnie ręką żony i zastosowaniem skomplikowanego systemu nagród bądź braku nagród,  przyniósł efekty. Bez stresu  otwierałem sąsiadowi pomieszczenia łazienki i toalety. On macał rury wzdłuż, od sufitu do podłogi w nadziei znalezienia ukrytego wycieku, przyczyny  ustawicznego zalewania świeżo odremontowanej łazienki.  Nadzieja gaśnie ostatnia  i widziałem jak gasła mu w oczach. Nie byłem już sprawcą nieszczęść, stałem się powiernikiem  sąsiedzkich kłopotów.
- Idę od Pana  i sprawdzam, ale jestem pewien, że to znowu sąsiad z drugiego.  On mi nigdy nie otwiera drzwi.  U Pana jak zwykle sucho  - wystawił mi certyfikat wilgotności.
- Tak sąsiedzie: sucho, czysto i bezpiecznie, jak w reklamie podpasek.
Nie na darmo nauczyłem się przeznaczenia tych wszystkich plastikowych buteleczek, pełnych chemikaliów, żeby sąsiad – sierżant tego nie zauważył .
- Zgadza się zgadza  - poprawił się sąsiad .
 - Wie sąsiad, byłem wczoraj u tego z pierwszego piętra, bo łazienka wprost nade mną. Zbierałem się trochę, bo wiadomo sąsiad ze skłonnością. Otworzył mi i już w drzwiach poczułem,  że dzisiaj równiej pofolgował swojej ulubionej skłonności. Grzeczniutko jednak  otworzył mi łazienkę i pokazał plamy na suficie.
-  To od Bednarka -  powiedział - On mnie zawsze zalewa, ale ja to pierdzielę. Łazienka jest po to żeby była woda, to i jest.  W kranie jest, w kiblu jest a i trochę na suficie. Nie będę zadzierał z Bednarkiem, jak człowiek pożyczył mi latem dwie dychy, a ja mu je jeszcze wiszę. Zrobię dym, on się wkurzy i zażąda zwrotu, a u mnie Panie Bronku przednówek, kasy nie ma.
Może bym i zrobił remont, i nową umywalkę wstawił , ale wiesz Pan ,m kasę mam tylko na flaszkę – zakończył, puszczając perskie oko.
- Jak Pan chce niech pan sam atakuje Bednarka – dodał.
 - Byłem dzisiaj, ale nie otworzył. Auto stoi przed blokiem więc powinien być w środku. Pewnie się poczuwa, bo jakby się nie poczuwał, to by otworzył.
- A może poszedł do kościoła? Sobota wieczorkiem, awansem za niedzielę.
- Pomodlić się o suche rury? – zażartował monotematycznie  sąsiad.
Korzystając z okazji  omiótł wzrokiem  po elementach wyposażenia i kosmetykach. Powiedz mi czym się pryskasz a powiem ci kim jesteś. Sąsiedzi wszak poddają nas ciągłej psychoanalizie.
 Poza kosmetykami, innych pamiątek nie było.  Ojciec opowiadał mi, że kiedyś  w trakcie  popularnie obchodzonych wtedy imienin, wyszedł  do  toalety. Jana znał od lat żartował z jego krakowskiej oszczędności, ale to co zastał w łazience, przerosło jego wyobrażenie oszczędności. Na bieliźnianym sznurku, przypięte klamerkami do bielizny smutno zwisały dwie prezerwatywy. Wyprane dokładnie  po ostatnim użyciu. Całkiem niedawnym użyciu ponieważ w świetle żarówki , jeden perlił się jeszcze  kropelkami nie zaschniętej wody.
Pewnie wspólne przygotowywanie stołu na przyjęcie gości, wyzwoliło drzemiące w nich pokłady namiętności. Być może  był to bezpieczny prezent imieninowy. Prezent w dalszym ciągu dość popularny wśród płci. Skąd Wam przychodzi do głowy, że akurat to chcemy dostać z okazji imienin? A gdyby tak spróbować  bez okazji . Już widzę takie hasło:
„Chcesz otrzymywać kwiaty bez okazji ? I Ty spróbuj być  spontaniczną.”  Wracając do znajomego  Ojca,  kolega uwierzył być może,  w przedwojenne hasło reklamujące  gumki. Brzmiało ono :”Prędzej Ci serce pęknie”. A teraz ? Wymyślono strefy zgniotu samochodów, jednorazowe maszynki do golenia i prezerwatywy wytrzymujące (bądź nie jeden raz) O ile gumka spowszedniała, o tyle maszynka jednorazowa dalej jest jakimś symbolem statusu majątkowego.  Znajomy  zwierzył się kiedyś przy piwie:
- Chciałbym być kiedyś tak bogaty, by móc używać maszynkę jednorazową tylko raz.
Zamknąłem drzwi  puszczając sąsiada przodem.
- To mówi sąsiad, że na pierwszym sufit zalany? – nie wiem po co pociągnąłem dalej temat. Może to wrodzona empatia? –  To znaczy że sąsiad drugiego  wanny używa, a do mnie miał pretensje o kąpiele, szczególnie te późne. A tu patrz Pan sam sobie wodą ciurka.
- Ciurka, ciurka drogi Panie, raz po wannie raz po ścianie – zrymował sąsiad znowu monotematycznie.
- Ale że go ten z pierwszego nie spieprzył za te zacieki?
- Bo  wie Pan On w ogóle grzeczny jest. Nawet jak idzie zawiany,  to się grzecznie kłania, gdy się przypadkiem mijamy na przykład na schodach. .
- To dobrze, że się mijaliście na schodach. Ja mijałem go kiedyś, gdy stał za potrzebą przed krzakiem  bzu za blokiem. I On wtedy  postanowił  właśnie, pomimo wszystko  przywitać sąsiada . Gdybym nie odskoczył, to by mi na buty nalał…  A potem wyrzucił z siebie
Sooorrrry starrry.
-  O grzeczny i przeprosił. Nie mówiłem?
- W dupie mam to jego przepraszam, spieprzałem jak szczeniak.  Ale refleks jeszcze mam.
- A może by Pan zszedł na dół i zapukał?  Co? Ja stanę za murem, a jak sąsiad nie spodziewając się niczego otworzy, ja go zaskoczę wyjściem smoka.
- Co Pan dzisiaj brał, na takie pomysły ? – spytałem.
- Piwo niepasteryzowane, a Panu postawię dwa jak to się uda.
Cóż było robić, przekonał mnie. Zeszliśmy na dół. Sąsiad przyczaił się za murem, ja zapukałem.  Po chwili dało się słyszeć  delikatne dreptanie i poczułem że jestem lustrowany.
Zgrzyt  klucza w zamku, jeszcze łańcuch  i w szparze lekko rozwartych drzwi pojawiła się siwa czupryna sąsiada z drugiego.
Co się dzieje ? - spytał rozkojarzony
Witam – odpowiedziałem lekko zaskoczony, że poszło tak gładko. Nie przygotowałem się na taką ewentualność. Myśl szybko – zażądałem od siebie.
- Bo widzi sąsiad, założyłem się z sąsiadem z parteru o dwa piwa,  że Pan jednak przyjmuje odwiedziny. I jak Pan widzi wie - wygrałem.
Nie skłamałem. Po prostu podałem prawdę w ciekawszych kolorach.
Zza muru wypadł rozgorączkowany  Henryk - sąsiad z parteru.  Andrzej - sąsiad z drugiego, chcąc czy nie,  zgodził się na wizję lokalną.  Nie znaleźliśmy niczego co by go kompromitowało,  z wyjątkiem wycieku z rury. Wycieku z rury  głównego pionu wodnego. I to  w sobotę po południu.
Ale piwo wygrałem, może zarobiłem
Przydało się,  bo za chwilę sąsiedzi z drugiego i z parteru, zgodnie zakręcili wodę wszystkim.
Nie umarłem z pragnienia, miałem dwa piwa, a inne (lepiej będzie niektóre)  rzeczy potraktowałem z nowobogacką rozrzutnością - jednorazowo.
Sąsiedzka sobota pożegnała mnie rdzawą wodą,  przed samiutką północą.       

Antoni Relski
35 komentarzy
14 listopada 2010
Uczciwość to taka głupia cecha. Nakłania nas do robienia rzeczy sprzecznych z marzeniami,  a w zamian daje wyłącznie satysfakcję i to nie zawsze.
Piotr siedział przy stole w kuchni i beznamiętnie wpatrywał się w porcelitowy kubek.  Popielato- granatowe, Inspirowane sztuką ludową wzory, zdobiły zewnętrzną ścianę naczynia. Wewnątrz od ponad godziny  parzyła się torebka herbaty ekspresowej.  Zbyt długo zwlekał z piciem, aby teraz napar sprawił mu przyjemność. Zamiast aromatycznego gorącego  płynu letnia lura, z pływającymi osadami na wierzchu.
Odeszła. Jego żona odeszła w zeszłym tygodniu. Cichaczem  spakowała swoje rzeczy  i zniknęła z jego życia.  Dokonując swoistego podziału majątku. Odeszła ze swoimi rzeczami, cennymi pamiątkami i kontem, które do zeszłego tygodnia było wspólne. Dorobek życia wypłacony w gotówce   spowodował debet w  banku, widoczny na otrzymanym wyciągu.  I to w zasadzie  koniec całej  historii. Typowej, zdarzającej się niestety  dość często. Przyzwoitość i zaufanie ukarane za towarzyszącą im uczciwość.
Od dziecka  wpajano mu przedwojenne zasady postępowania, a  kiedy był już  nastoletnim młodzieńcem, z  zasad tych uczynił regułę i traktował jak swego rodzaju  metodę na życie.
Czy z tym  żyło się lepiej? Zdecydowanie nie. Kiedy chodził z Joanną  i sprawy  szły w kierunku nieuchronnego  seksu, dokonał bilansu wszystkich za i przeciw, a kiedy z sumy wyszło mu – przeciw, napisał do niej długi pożegnalny list. Napisał w nim że odchodzi ponieważ zaczął myśleć o niej jak o kobiecie,  a seks traktuje  poważnie. Nie chce nadużyć jej zaufania,  będąc świadomym tymczasowości związku i braku przynajmniej z jego strony planów na przyszłość.  Chcąc być uczciwy wobec niej odchodzi. Otrzymał list  w którym Joanna napisała :  Moja mama mówi, że ja to mam szczęście do  porządnych ludzi.
Kumple pukali się w czoło twierdząc,  że te wyznania mógł spokojnie uczynić  po romantycznym spotkaniu i zwalić wszystko  na niedopasowanie, chłód emocjonalny, czy co tam jeszcze…
On jednak tak rozumiał uczciwość. Kiedy po latach spotkał Joannę, przywitali się serdecznie i bez żalu. On już wtedy żonaty, Ona artystka,  wolny strzelec.  Pozdrowienia, trzy słowa o sobie, ot to na co jest czas pomiędzy jednym a drugim przystankiem autobusu.
Łyżeczką wyłowił torebkę i okręcając sznurkiem wokół metalu i wycisnął resztkę tkwiącej pomiędzy wiórkami esencji. Podniósł kubek do ust i pociągnął spory łyk. W smaku była taka jak ocenił, letnia i zdecydowanie niesmaczna. 
Elżbietę  poznał, kiedy lizał rany po poprzednim związku. Zakochał się jak szczeniak i zaangażował po same czubki palców. A kiedy został odtrącony, zamknął się w swojej skorupie. Ela  pokazała mu dobrość i czułość – uczucia  tak ważne w jego sytuacji. Nie zakochał się w niej od razu, uczucie dojrzewało jak wino.
Ślub,  dom, wyposażenie  i plany na przyszłość. Z czasem nauczył się mówić,  że ją kocha i że jest niezbędna dla jego życia  jak powietrze. Jako pewnik przyjmował,  że u niej jest podobnie.
A później zapadła decyzja o wyjeździe do pracy za granicę. Długo rozmawiali na ten temat i tylko w eksportowej robocie widzieli źródło poprawy sytuacji materialnej. Spakował więc walizy i ruszył za szczęściem. Nie od razu za wielką wodę, ale na początek za wąski kanał zwany Angielskim lub La Manche,  w zależności od tego na którym jego brzegu stoimy.  I telefony.   Raz w tygodniu, ze względu na koszty, a później kiedy znalazł stałą pracę,  częściej. Przesyłał pieniądze na ich wspólne małżeńskie konto.  A kiedy stan konta zaczął rosnąć, oni zaczęli myśleć o poważniejszych wydatkach. On kupił samochód, ponieważ ułatwi to jej codzienne obowiązki, do  wypełniania których została sama. Ona zaś postanowiła zrobić prawo jazdy. Dotrzymywać zobowiązań to przecież takie ważne.
Ona skończyła  teorię,  On walczył z samotnością na wyspach.  Współmieszkańcy wyciągali go na weekendowe szaleństwa, raz poszedł ale smak Guinessa zakłóciła mu konieczność tłumaczenia kumplom,  że nie akceptuje piątkowych panienek i że jeżeli żona  nie widzi to również nie w porządku.
Wybierał  więc książkę na weekendowe wieczory, albo Internet i szklaneczkę whisky. Zmniejszało to również prawdopodobieństwo spotkania Mileny, koleżanki z pracy. Atrakcyjna Czeszka adorowała go, wywołując zazdrość kolegów. Kiedy  spotkał ją kiedyś w pubie, a  sprawa  wzajemnych relacji nabrzmiała,  przy szklaneczce whisky opowiedział jej o żonie, miłości i zaufaniu. Milena  powtórzyła słowa, które już kiedyś przeczytał - Twoja żona to ma szczęście do porządnych ludzi. Zaproponował  jej przyjaźń, a Ona na nią przystała. Ale w Czechach jak i u nas nie wierzą w przyjaźń mężczyzny z kobietą.  Wolał więc unikać  niezręcznych sytuacji i eliminował pewne miejsca ze swej mapy.
Żona rozpoczęła jazdy, o czym informowała go ostatnio w mailu. A później obstalowała sobie dodatkowe lekcje, szczególnie z parkowania. Parkowanie to miało okazać się brzemienne w skutkach.
Póki co rozmowy z żoną stały się jakby rzadsze,  z powodu tych właśnie dodatkowych jazd. Wiadomo bowiem powszechnie, że szkoły kierowania  obciążone są na maksa i dodatkowe lekcje można brać albo   skoro świt, albo wieczorem. Niechęć do porannej aktywności spowodowała wybór drugiej części dnia na wspomniane korepetycje.
- Ty chyba chcesz zrobić doktorat z  parkowania – zażartował Piotr, w trakcie jednej z wieczornych rozmów.
-Daj spokój, to dla nas ważne  - zgasiła go żona.
Odstawił kubek do zlewu, obok innych stojących w równym rządku. Wyjrzał przez okno. Próżno jednak szukał sylwetki  kilkuletniego Audi.  Wraz żoną i pieniędzmi z konta odjechało w siną dal. Zakwalifikowała je  jako rzecz osobista, lub ważną pamiątka.  Zresztą z przyczyn praktycznych zarejestrowali  Audi na Elżbietę.
Ta dal nie była tak do końca siną . Dobrzy ludzie powiedzieli, że odeszła z instruktorem nauki jazdy. Krótki acz burzliwy romans, zaowocował  spektakularnym porzuceniem. Ela wynajęła mieszkanie gdzieś na mieście  i spotykała się tam z Panem Edkiem,  który tak chętnie uczył ją praktycznej umiejętności zmiany biegów,  wykorzystując do tego celu każdą znajdującą się w pobliżu  dźwignię, osobistej nie wyłączając.
I tak Piotr przeżywał porzucenie, kwestionując wpojone zasady, Elżbieta z Edwardem  pili  eleganckie alkohole,  w równie eleganckich knajpach, za sprawą irlandzkiej pensji Piotra.
Wszystko do czasu kiedy skończyły się pieniądze, a prowadzone niewprawną ręką niedoświadczonej kierowcy Audi,  wylądowało w rowie. Zmięta karoseria obniżyła możliwości jezdne pojazdu, oraz całą jego materialną wartość. W końcu i Pan Edek kiedy poczuł kończące się pieniądze, zaczął udzielać dodatkowych lekcji parkowania innym ambitnym kursantkom, a dla Eli miał jakby mniej czasu.                       
- Frajer – ocenili Piotra  znajomi, którym opowiedziałem ta historię. Nie rozlicza się z tego, czego  nie widać. Nie widać znaczy nie ma. A tak ma przesrane życie.
- Jeszcze się taki nie urodził, co by babie dogodził – podsumowali inni.
Moje opowiadanie jest jednostronne ponieważ nie znam poglądu na ten temat drugiej strony. Ela zerwała kontakty towarzyskie z gronem swoich znajomych,  w czasie kiedy to Pan Edek był jej całym światem. Teraz zmieniła numer telefonu, być może ma  jakieś powody tej emigracji.
Sami ze sobą komunikują się czasami przy pomocy maila.  Jak by nie było ten nieformalny podział majątku nie zmienił pewnych wspólnych praw własności.
Na papierze nadal są małżeństwem, a przynajmniej Piotr analizuje powody, które wywołały wiadome skutki
A może jest tak jak śpiewa  K. Kowalska   
Łatwiej odejść trudniej znieść
Codzienności smak”

 Jest jednak optymistyczne zakończenie tej zwrotki;
„Ale mogę jeśli chcesz
Być ci niebem

W które ze mną wzlecisz” 
 
Tylko czy z czasem niebo, również nie staje się codziennością ?

Antoni Relski
60 komentarzy
09 listopada 2010
No i najadłem się tego smalcu babcinego ze świeżym chlebem. Poruszyłem wspomnienia, zwiększyłem cholesterol i naraziłem się miażdżycowo. A efekty już widać. Wypadłem z rytmu i opuszczam się  w  regularności publikacji wpisów. Bo jest jakiś inny powód?
 A może to tylko depresja? Wszechobecna depresja zaczynająca się po czterdziestce, a owocująca dziesięć lat później. I to z jakiego powodu?
Że zmarnowaliśmy sobie życie zakładając rodzinę, która zabiła  w nas  pasję i podcięła skrzydła. A przecież tak dobrze zapowiadaliśmy się w młodości.
Że zmarnowaliśmy sobie życie nie zakładając rodziny,  a mamy takie silne poczucie więzi rodzinnej, której nie mamy okazji spożytkować. A tak dobrze zapowiadaliśmy się w młodości.
Że nie mamy samochodu (obecnie rzadkie)
Że mamy samochód, ale jest  gorszy od samochodu naszego sąsiada
Że zmienili czas na letni, że zmienili czas na zimowy
Że zima, że lato, że jesień.
Że mam taką skłonność do depresji. Że żona widzi tylko swoją depresję, a chciałbym, aby choć na chwilę pochyliła się nad moją
I tak dalej. Że mi się wszystko poodwracało. Dzięki że chociaż krwiobieg działa jak poprzednio i pryszcz to moje nadciśnienie. 
Bo odwrócony krwiobieg to dopiero powód do zmartwień.
Jakiś czas temu Hanula napisała w komentarzu:
„Od jakiegoś czasu prowadzę obserwacje i badania. Otóż, gorące napoje powinny szybciej uderzać do głowy, a mnie najpierw rozgrzewają stopy /z natury lodowate, ręce, a później całą resztę... I tak się obserwuję od pewnego czasu i nadziwić się nie mogę...
Moja diagnoza że to być może właśnie odwrócony krwiobieg.  Że nie ma czegoś takiego? Oczywiście że jest.
Przyszedł kiedyś facet do lekarza
- Panie doktorze mam odwrócony krwiobieg
- A czym to się u Pana charakteryzuje - spytał zaciekawiony lekarz, który kończył właśnie drugą specjalizację, tym razem  z psychiatrii.
- Wie Pan dwadzieścia lat temu jak dziewczyna głaskała mnie po głowie, mój penis stawał dęba. A teraz kobieta dotyka mojego penisa a mnie  stają dęba wyłącznie włosy na głowie.
Hanula ma szczęście, że dotknęła ją najlżejsza forma tego schorzenia. I Ja dzięki bogu nie muszę  rejestrować się do lekarza rodzinnego
Od zmiany czasu zasypiam jak małe dziecko, bez mrugnięcia okiem. No przesada. Może mrugnę ze dwa razy, ale czując bezsens walki pogrążam się  w objęcia Morfeusza. Co nie przeszkadza mi budzić się nad ranem dla smutków trosk i wyrzutów sumienia i to bez względu na to, czy mam powód do sypania głowy popiołem czy nie. Zadaję sobie pytania na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Ale w tym stawianiu trudnych pytań nie jestem chyba odosobniony. Otóż przeczytałem jakiś czas temu na Onecie,  że   wyszukiwarka ask.com stworzyła listę 10 pytań bez odpowiedzi.  Ranking sporządzono na podstawie analizy około miliarda pytań, zadawanych przez użytkowników w ciągu ostatnich 10 lat.  Dziesiątka najczęściej zadawanych pytań bez odpowiedzi wygląda następująco:
1. Jaki jest sens życia?
2. Czy Bóg istnieje?
3. Czy to prawda, że blondynkom żyje się weselej?
4. Jaki jest najlepszy sposób na zrzucenie wagi?
5. Czy kosmici istnieją?
6. Kto jest najsłynniejszym człowiekiem na świecie?
7. Czym jest miłość?
8. W czym tkwi sekret szczęścia?
9. Czy Tony Soprano umarł?
10. Jak długo będę żył?
 A  gdyby tak każdy z nas zrobił sobie ranking pytań które zadaje  sam sobie, a na które nie otrzymuje odpowiedzi.
Antoni Relski
27 komentarzy
04 listopada 2010
Kiedy dorzuciłem do ekologicznej torby  krem o odpowiednim stopniu nawilżania okolic oczu, osiągnąłem stopień pełnej satysfakcji zakupowej. Udałem się więc w kierunku kilkukondygnacyjnego parkingu.  Zgodnie z obyczajem zarabiania na kilku frontach, parking był płatny powyżej jednej godziny. Mnie na zakupy wystarczy, dla żony to jedynie prolog. Czy długo,  czy krótko, przed wyjściem na parking znajduje się automat do którego wrzucamy bilet parkingowy. Bezduszna maszyna określa kwotę zapłaty, albo puszcza wolno, w przypadku nie przekroczenia w/w godziny. Zbliżyłem się do maszyny, ale nim zdążyłem wrzucić bilet  zauważyłem odręczne pismo, wykonane granatowym niezmywalnym pisakiem.
„Lubię kurwy i chleb ze smalcem’ – taki manifest przeczytałem na ścianie w Galerii Krakowskiej. Przyznam szczerze,  że autorytatywnie mogę się wypowiadać jedynie o chlebie ze smalcem. Być może korzystanie z usług wspomnianych pań jest tak wyczerpujące,  że chleb ze smalcem  służy do zabezpieczenia sił na,  lub uzupełnienia straconej energii po.  Ja w duecie lokowałem  raczej wspomniany chleb,  koło kubka herbaty, albo zbożowej kawy z mlekiem, ale to już  to takie smaki dzieciństwa.  Moja babcia przygotowywała smalec z cebulką,  w  małym emaliowanym rondelku, który przykryty był  takąż samą  pokrywką. Garnek  stał gdzieś w chłodnym miejscu , ponieważ wspomniana babcia nie posiadała lodówki. Zresztą takowa była jej zupełnie zbędna.  Czasem zaraz po szkole, ubrany w satynowy granatowy fartuch z białym  mocno wykrochmalonym kołnierzykiem i  tornistrem na plecach,  oraz  tarczą  szkolną na ramieniu, gnałem polnymi dróżkami do babci.  Duża dwójka określająca numer szkoły na mojej tarczy podskakiwała radośnie,  przyszyta do lewego ramienia.  A kiedy wpadałem do małego drewnianego domku,  babka kroiła szeroką pajdę  świeżego chleba od Rabendy oczywiście ze wspomnianym smalcem.  Esencja herbaciana zaparzona w małym dzbanuszku, uzupełniona wodą, która ciągle gotowa do parzenia herbaty stała na blasze dużego, bielonego, kuchennego pieca. Taka herbata pita w kubku, który pamiętał jeszcze przewrót majowy  Piłsudskiego, smakowała wyjątkowo.  Całość jak zwykle  przesłodzona, z  powodu  dobrodusznego serca babki. Nigdy nie powtórzyłem tego smaku, chociaż herbata była zwykła, tania. Ulung albo Junan.  Siedząc na schodach przed gankiem patrzyłem w dal na dojrzewające śliwki. Jakiej maści była ta krzyżówka? Na Boga,  nie pamiętam. Pamiętam tylko, że miały lekko gorzką skórkę, bardzo słodkie wnętrze mocno przyklejone do pestki, a całość  niesamowicie przyspieszająca perystaltykę jelit. Czasem aż trudno było dojść do domu.  I wiśnie  ciemno krwiste ale  bardzo kwaśne. Kuszące swoim kolorem na rozłożystych chociaż drobnych gałęziach.  Nie ma już tamtych śliw, nie ma jabłoni, a przede wszystkim babci, która tworzyła ten wspaniały  smalec.  Babcia w kuchni - zjawisko chyba powszechne, ponieważ poprzez sentyment producenci żywności, na masową skalę tworzą babcine wariacje.  A więc szynka babuni, golonka, babuni, nalewka babuni. Sok i konfitury, na pasztecie i parówkach kończąc. Widząc te cuda uśmiecham się szeroko,  ponieważ wiem,  że te parówki mają tyle wspólnego z babunią ile  fasolka po bretońsku z Bretanią, a placki po węgiersku z Węgrami.  To akurat wiem ponieważ pytałem jednego zaprzyjaźnionego Węgra i dla równowagi jedną Bretonkę.
Oczywiście, nie znają takich potraw.
 Miejsce w którym stał drewniany domek jest w tej chwili poboczem drogi szybkiego ruchu. I bardzo szybko mogę dojechać w okolice cmentarza, aby zapalić  dla Niej lampkę na grobie. Cena postępu, mówię oczywiście o  drzewach  i budynkach, chociaż swoją drogą, babcia też zakończyła życie  w wyniku kontaktu bezpośredniego z motoryzacją, a więc jakby nie było z nowoczesną techniką.
Po powrocie do domu nie mogłem odmówić sobie przyjemności przygotowania takiego domowego smalcu, z odrobioną boczku, jabłka,  oraz majeranku i wspomnianej wcześniej cebulki. Zapach jaki roznosił  się wokół kamionkowego naczyńka był zabójczy, tak jak i poziom cholesterolu, który wtłaczałem sobie do organizmu, Cóż to wobec radości i  wspomnień. Zażyję dodatkowe pół tabletki na cholesterol.   Poza tym ten ostatni dzieli się na dobry i zły.  Czy wyobrażacie sobie, aby smalec domowy zrobiony z taką ilością serca, faszerowany takimi wspomnieniami mógł szkodzić? Zdecydowanie nie!
 Czuje to smarując następną kromeczkę swojskiego chleba, o którym już kiedyś pisałem
- Smacznego.
- Dziękuję – odpowiedziałem sobie radośnie.       

Antoni Relski
23 komentarzy