wtorek, 31 grudnia 2013

Hej Kolęda, z gór Kolęda

I słowo stało się ciałem. W niedzielne południe, w naszym domu zabrzmiały swojskie nuty góralskiej kolędy. Od podłogi po dach niosły się śpiewy kolędników.
W nasze progi zawitali goście z naszej górskiej wsi. Nie mamy tam już domu, ale przyjaźnie jak widać pozostały. Nie potrafię wprost wyrazić naszej radości. Cenię to sobie bardzo, że chociaż nie musieli to przyjechali. A przyjechali paradnie, we dwa samochody.
Z kolędą  Otwarty sercem i prezentami. A jakie to były prezenty!
Uwaga! będę się chwalił i przemówi przeze mnie materialista.
  • Po pierwsze dlatego, że mamy daleko do tamtego gorczańskiego lasu, las przyjechał do nas. Dorodna jodełka wykopana z ziemią, zapakowana w donicę i gotowa do posadzenia w naszym ogrodzie.
  • Po drugie sery, a więc ser biały o smaku niepowtarzalnym.Poza tym podpuszczkowy zwany tam w górach serem klaganym. Dodatkowo ser klagany w wersji wędzonej niczym oscypek i oczywiście sznurówki zwane przez braci Słowaków korbaczami (warkoczami)
  •  Po trzecie mięsa, czyli wybór produktów powstałych na święta ze świni, która swe życie złożyła na ołtarzu tradycji. Była kiełbasa, pasztet, salceson i kaszanka do wyboru. A wszystko takie jak trzeba.
  •  Ciasta, krokiety i słodycze, a jak by komu jeszcze było mało to dla lepszego trawienia gorzałka pędzona samodzielnie w szopie na uboczu. Do wyboru z cukru i ze zboża to na  może być po czwarte. 
Wszystkie smaki Gorców, niczym wspomnienie dzieciństwa, wróciły w jednej chwili i to za sprawą ich mieszkańców.
Zadziwieni byliśmy razem z małżonką, że to wszystko zmieściło się do samochodów. Ale zmieściło się i dzisiaj wymieniam to jak leci z pamięci.
Zraz też po tym jak przyjęliśmy dary aby uwolnić ręce, rzuciliśmy się sobie w ramiona. Za chwilę po gospodarsku pokazałem im każdą dziurę w naszym nowym domu i dopiero po tym zwiedzaniu zasiedliśmy do stołu. Było to mocne wyzwanie logistyczne, gdyż przygotowaliśmy posiłek dla jedenastu osób, ale jak to móiwą gdy ludzie zgodni...
I za spotkanie i za przyjaźń co nie straszna jej przeprowadzka, wypiliśmy nie raz i nie dwa. Śmiało powiem że i nie trzy.
Było razy kilka ale nie będę wdawał się w szczegóły ze względu na dobro publiczne i naszej młodzieży wychowanie.
Wspomne tylko że dobrze zmrożona wódeczka rozwiązała języki i rozmowa zaraz potoczyła się tak jak toczyła się jeszcze dwa lata temu. Obgadaliśmy wszystkich i za wszystkie czasy, a jak kogoś irytuje określenie „obgadać” to informuję, że było to obgadywanie życzliwe dla zainteresowanych. Przecież w w tą niedzielę  chcieliśmy usłyszeć tylko dobre wiadomości.
A potem jakby nie było już przy kawie i ciastach spytałem o kiedyś swój dom.
- A czy przycięte? Czy winogron prowadzony jak trzeba? A czy może? A czy na pewno?.
Nie na wszystkie moje pytania otrzymałem odpowiedź, boć to teraz każdy żyje własnym życiem, a i wiejska ciekawość ustępuje miejsca innym cechom.
- A jak zaadoptowali się nowi właściciele?
O to pewnie musiałbym spytać ich samych. Niestety nie spytam, bo nie kontynuujemy naszej znajomości.
W zasadzie to normalne. Oni kupili, ja sprzedałem. Wymieniliśmy pieniądze na klucze do domu i formuła naszej znajomości wyczerpała się. Jeszcze ze dwa grzecznościowe telefony i sprawa umarła.
To chyba normalne? to  nawet chyba dobrze? chociaż ja zadzwoniłem ze świątecznymi życzeniami do byłej właścicielki naszego nowego domu.
-Czy będę dzwonił w Gorce? Nie.
Odpowiem tez na ostatnie niezadane pytanie. Czy wybieram się odwiedzić stary dom? Nie wybieram się. Zdecydowanie
Jedno tylko odczytałem z wypowiedzi moich gości. Chyba było nam dobrze ze sobą skoro często podkreślali
– Nie ma to jak było z wami.
To wspaniały komplement i pewnie najcenniejszy z prezentów.
A więc za zdrowie, za góry, za las i za drogę na Lubań, jedyną w swoim rodzaju i za to źródło krystalicznie czystej wody po drodze.
Przede wszystkim za ludzi którzy mieszkają pośród tych lasów i gór, oraz nieopodal źródła.
A kiedy wieczorem pojechali nasi goście, powietrze  drżało dalej od tej śpiewnej góralskiej mowy.
Nie muszę chyba wspominać, że w poniedziałek  rano poprosiłem Młodszego o podwózkę do pracy.
Nie zdecydowałem się usiąść za kierownicę.
No i dobrze bo po drodze mijaliśmy patrol z alkomatami gotowymi do badania.
A ten spokój który ogarnął mnie gdy ich mijałem był bezcenny.
Na szczęście na zdrowie na ten Nowy Rok
Hej kolęda kolęda.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Dzień jak codzień

Pan Nieistotny nacisnął przełącznik światła a duża lampa LED potrzebowała sekundy by rozbłysnąć pełnym blaskiem. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Połyskujące chromami w których odbijało się światło, pomieszczenie sprawiało wrażenie chłodnego i surowego.
Z takim też nastawieniem wszedł też do środka.
- Weźmy to na chłodno – powiedział, wygrzebując gdzieś z kąta wagę łazienkową. Postawił ją w miejscu które dobrze oświetlało elektroniczny czytnik. Potem z lekkim ociąganiem wszedł na szklaną płytę.
- No proszę.
W miejscu gdzie do niedawna pokazywała się ósemka widniało smętne zero, za to o jeden powiększyła się cyfra pierwsza. Pierwsza to znaczy ta która pokazuje dziesiątki kilogramów.
- Święta za nami – powiedział klepiąc się po większym jakby od pewnego czasu brzuchu – a Nowy Rok przed nami. Na razie nie da się nic z tym zrobić.
Zrezygnowany a dodatkowo w poczuciu lekkich wyrzutów sumienia musiał patrzeć sobie w oczy, bowiem zgodnie z codziennym rytuałem nakładał na twarz krem do golenia.
- Ziółkowscy, Czarnieccy i Pietrusińscy już byli . Przed nami Przecudni, Pawłowicze i Konopielski. Ten ostatni to solista, singiel lub jak kto woli stary kawaler. Lubi zjeść i wypić do tego. Trzeba się będzie poświęcić w imię gościnności, ale jak to mówił jego były znajomy – jak trza to trza.
W gruncie rzeczy to miłe gdy ktoś chce się pojawić z wizytą. Jan Maria nie przyjmuje argumentu pewnej pani, że organizacja przyjęć w domu to frajerstwo.
Może i frajerstwo, ale nie po to człowiek rodzi się by brać – zanucił znaną piosenkę Soyki.
No i Gardełowie, pewniaki jeśli idzie o obecność na imprezie, przesunięci z kolejce z powodu niespodziewanej wizyty pewnej ważnej persony I to tyle. Przyjdzie wytrzymać, a po Trzech Królach dieta.
Mocne postanowienie, zrobione wcześniej aby nie było noworocznym. Tych noworocznych z reguły się nie dotrzymuje.
Zawsze lepiej walczyć z pięcioma kilogramami niż z piętnastoma. A to już wie z własnego doświadczenia.
Ogolił się i wszedł pod prysznic. Przywitała go zimna woda i z nią pojawiło się trzeźwe spojrzenie na sytuację. Zaklął donośnie aby dodać sobie otuchy. To dziwne ale po takiej słownej emocji woda wydaje się cieplejsza.
Wyszedł z łazienki i zgodnie z tradycją rzucił kawałek białego sera na talerzyk.
Właśnie wczoraj śmiał się z tego serowego uzależnienia. Nie wyobraża sobie śniadania bez białego sera. Skończył jeść, zażył leki i wsadził naczynia do zmywarki. Jak co dzień przyniósł koszyk drzewa do kominka.
Wsiadł do auta i ruszył w drogę do pracy.
Po przejechaniu kilku kilometrów został zatrzymany, jak wszyscy jadący ta drogą, do dmuchania.
Funkcjonariusz podetknął mu pod nos piszcząca maszynę. Nie musiał nic mówić, Nieistotny posłusznie dmuchnął. Zrobił to może zbyt dobrze, bo policjant błyskawicznie zabrał urządzenie sprzed nosa.
Nic z tego pomyślał w duchu. Imprezy organizuje się w piątki, po to by w poniedziałek mieć całkowitą pewność trzeźwej jazdy.
Zbyt często dmuchał na tej trasie by ryzykować pomimo zasad.
Swoją drogą, to wygląda tak jakby zamieszkał w jakimś raju dla bimbrowników. Przez ostatnie dwadzieścia lat nie dmuchał tyle razy ile w ostatnim roku. A może z wiekiem wygląda coraz bardziej rozrywkowo.
Dzień jak co dzień - pomyślał gdy dojeżdżał do pracy a wzbudzona pilotem brama zaczęła się przesuwać.
Cholera! Ostatnie dwa dni roku to wyśmienity czas na obowiązkową inwentaryzację. Pomimo skrupulatnego prowadzenia dokumentacji tych rocznych spisów z natury Nieistotny nie cierpiał.
Dobrze że pogoda w miarę. Innymi laty palce przymarzały do liczonych przedmiotów.
- Machnie się raz dwa – dodał sobie otuchy wpisując równocześnie kod do odblokowania alarmu.
Coś tam jednak nie poszło jak trzeba bo odezwała się przeraźliwa syrena, a zaraz telefon z firmy ochroniarskiej.
- Sorry mój błąd – rzucił do słuchawki, ale jakiś służbista z drugiego końca zażądał pełnych danych i hasła, pod groźbą wysłania patrolu.
Mówi się, że facet powinien robić naraz tylko jedną rzecz, bo nie ma takiej podzielności uwagi jak kobieta.
Maja rację. W tej chwili on właśnie był tego najlepszym przykładem.
Swoją drogą to ciekawe jak można symulować orgazm i jednocześnie śledzić losy bohaterów swojej ulubionej telenoweli w TV
Ale to nie czas i miejsce na takie rozważania.
Wybiła ósma i jakiś gorliwy klient wisiał już na telefonie. Wyświetlacz informował ogólnie – numer prywatny.
Widocznie ktoś chce zdążyć przed inwentaryzacją.
Zdąży



niedziela, 29 grudnia 2013

Nie używam słowa niemożliwe

Nie używam słowa niemożliwe
Niemożliwe?
Możliwe, jak najbardziej.
Wczoraj  to jest dwudziestego ósmego grudnia, w sobotę,  stałem chwilę na przed domem i wobec pięknych okoliczności przyrody i przyjaznej temperatury zabrałem się za prace w ogródku. Jesienne mrozy przerwały mi działania  przy takim klombie, na który przesadziłem rośliny z rozrzedzeń. Włóknina która nie została przysypana korą, smętnie powiewała w intensywnych jeszcze niedawno podmuchach wiatru. Kładłem ją zresztą po nocy i to co przy świetle reflektora wydało mi się płaskie w konfrontacji z dniem okazało się wybrzuszone. Zerwałem więc włókninę a chwilę potem ciepłą koszulę i pozostałem w samym T-shircie. Było ponad dwanaście stopni na plusie, a w słońcu pewnie więcej.
- Nie wygłupiaj się-  powiedziała ślubna, ale za chwilę i jej od samego patrzenia na prace w ogródku zrobiło się ciepło.
Pogoniłem Młodego po piasek i podsypałem kilka opadniętych płyt chodnikowych, tworzących opaskę wokół domu. Potem zebrałem łopatą górki ziemi, wrzucając to do taczki. W tak zwanym międzyczasie okazało się,  że Młody nigdy nie jechał taczką.
- To świetna okazja by na koniec roku zrobić cos pierwszy raz – zaproponowałem.
 Młody poturlał się z ziemią na kupkę a ja pomyślałem sobie – ileż to jeszcze rzeczy przyjdzie Młodemu robić po raz pierwszy, z powodu troski rodziców. Zdecydowanie nadmiernej troski.
Nie używam słów  „ja w twoim wieku”,  ponieważ pamiętam jeszcze jak one mnie jeżyły, gdy swoje kazanie od tych słów zaczynał ojciec. A swoją drogą to właśnie w jego wieku będąc, brałem ślub trzydzieści dwa lata temu.  o tym  już pisałem na tych łamach i za życzenia jeszcze raz dziękuję. To właśnie w piątek  dwudziestego siódmego z tego tytułu strzeliliśmy z szampanem.
 Dwudziesty siódmy, to data związana mocno z moją rodziną,  a więc:
- Ojciec urodził się dwudziestego siódmego
- Matka i ja też dwudziestego siódmego, dodatkowo w tym samym miesiącu.
- Rodzice brali ślub dwudziestego siódmego, tak jak i my
- A nasi francuscy znajomi w ten właśnie piątek, dwudziestego siódmego grudnia obchodzili swoją trzydziestą rocznicę ślubu. Stuknęliśmy się kieliszkami przez Skypea.
Wracając do ogródka. Gdzie ja nauczyłem się powozić taczką?
Na czynach  społecznych.
 Ileż to razy jeszcze w podstawówce, grabiliśmy liście w miejskim parku w majowym czynie socjalistycznej ojczyźnie. Może szkoda tych czynów, w końcu  gdyby odrzucić politykę, to była praca dla nas samych. Po sprzątaniu parku nigdy już nie naśmieciłem na tych alejkach.
Ziemia wyrównana, włóknina położona i przyszpilona do ziemi  takimi pomysłowymi plastikowymi kołkami po dwadzieścia groszy sztuka. Co teraz tyle kosztuje?
Potem zamocowałem cienką ale już  belkę drewnianą, która oddzieliła od siebie żwir w okolicach podjazdu dla żony, od kory po stronie klombu.
Kora wysypała się z rozprutego worka i wokół dało się wyczuć zapach lasu zamknięty do tej pory w folii.
Z przyjemnością rozgrabiłem  ją na całej powierzchni. Jeszcze poukładałem kamienie i odtrąbiłem koniec prac.
- Niesamowite - powiedziałem do żony- spójrz w kalendarz.
- Też bym sobie tak pograbiła - stwierdziła żona kierując podświadomie kierując rozmowę na inne tory.
- Ale zamiast tego możesz postawić wodę na zieloną herbatę – zaproponowałem przezornie.
Bo przy zielonej herbacie i resztce makowca ze świąt, ta pogoda smakuje jeszcze bardziej.
I właśnie gdy zasiedliśmy przy kuchennym stole, włączyły się lampki choinkowe przed domem. Była szesnasta trzydzieści  i automat przypomniał nam o tym, że jest czas świąt Bożego narodzenia i zima.
Zaraz też  pojawili się kolędnicy. To druga oczekiwana grupa.  Tym razem młodzież szkolna , w towarzystwie nauczycieli  stanęli pod domem  z repertuarem kolęd  i młodzieńczą werwą. Be względu na co zbierają warto wesprzeć taką inicjatywę. Podziwiam też nauczycieli, przecież wygodniej siedzieć na kanapie przed TV, zamiast walczyć z materią bram i  warczeniem podwórzowych psów.
W piątek zaś, grupa mężczyzn w sile wieku śpiewała kolędy pod naszym domem. Ależ mają głosy! Przygotowani odpowiednio dali show z gwiazdą i turoniem. Warto było sypnąć groszem.
Widziałem też światła gwałtownie gasnące w sąsiedzkich oknach na widok kolędników. A przecież chodzenie po kolędzie to tradycja. Tradycją jest też przyjmowanie kolędników. A za tradycję jesteśmy wszyscy odpowiedzialni.  Jak tu spojrzeć w oczy dzieciom mówiąc,  że czegoś nie udało nam się uchronić?
 Co oni z tym zrobią dalej?
Nie wiem, ale jestem dobrej nadziei
Wszystko jest  bowiem możliwe

piątek, 27 grudnia 2013

Wieczór cudów

Kto wymyśla te wszystkie ułatwienia dla edytorów tekstu ?– zaczął zastanawiać się Pan Nieistotny.
Pod każdym klawisze kryją się jakieś ukryte funkcje.
Jakiej kombinacji użył tym razem? Nie jest w stanie powiedzieć. Chciałby natomiast wykrzyczeć, że dzięki temu wyparował tekst o przygotowaniach do Wigilii, przekupywaniu kota i o tym co powiedział w tę jedyną noc w roku. A może nic nie powiedział i spał zwinięty w kłebel mając tradycję pod pręgowanym ogonem.
I czy w ogóle cudzy kot może urządzać takie gościnne występy.
Nie dane mi będzie tego opowiedzieć, mogę tylko wspomnieć że Pan Nieistotny też nic nie powiedział. Zaklął tylko szpetnie po francusku widząc jak zapisane maczkiem ponad dwie kartki tekstu zamieniły się w jednej chwili w białą planszę o kolorze bijącym w oczy jak wigilijny obrus.
A gdyby tak te wszystkie opcje trzeba było po prostu uaktywnić przed pierwszym używaniem.
- Chcesz? Masz Nie chcesz? Nie masz.
Albo tak, rezygnujesz z pewnych funkcji płacisz taniej.
Te pomysły są na przyszłość, a niezapisanego dokumentu nie można odzyskać, nawet w Wigilijny wieczór cudów.

Jaka Wigilia...

W Wigilię dołożyłem oświetlenie wierzby i ta razem z wężem świetlnym na kolumnach, przed. domem, tworzyły świąteczną iluminację. Niestety nie było śniegu, który mógłby zamaskować kable przedłużaczy, a prąd dalej idzie z kabelka. Na samym wejściu do gniazdka elektrycznego założyłem wyłącznik czasowy i tak, punktualnie o 16.30 oświetlenie włącza się a o 23.00 wyłącza.
Warunek jeden, żadnego mrugania, ani pulsowania. Mocne niebieskie komplety u sąsiada z których każdy mruga na swój strój, zabezpieczają mi tę potrzebę. Nie wiem nawet czy potrzebę, bo gdy patrzę na tę pobłyskiwania odczuwam nawet coś na kształt niepokoju. Pewnie w Las Vegas, po nocy nie byłbym się zachwycony.
Nie bacząc na przysłowie, że jaka Wigilia taki cały rok wziąłem się za dopasowywanie regałów do skosu pokoju na piętrze. Regały kupiłem dwa dni wcześniej, a nowa wyrzynarka zgrabnie radziła sobie z precyzyjnym docinaniem. Dzieliłem racjonalnie pracę wiedząc, że mam odebrać teściową z przystanku pod sklepem. Zamówiła tam chałkę na wieczór i coś ze świeżego pieczywa. Telefon zadzwonił jednak sporo wcześniej.
Wyłączyłem maszynę i odebrałem połączenie.
-Antoni, spóźniłam się na autobus. Przyjedziesz po mnie? Jestem na pętli..
- Przyjadę - powiedziałem i odłożyłem telefon, włączając jednocześnie maszynę.
Dokończyłem cięcie i spakowałem narzędzia. Nie jestem fanem wykonywania tak zwanych innych zleconych prac, niezwiązanych z aktualnym wykonywanym zajęciem, jak każdy facet.
Jednak mus to mus, a święta to święta.
Wsiadłem w auto i popędziłem na pętlę po matkę mojej żony. Pętla na której wysiada z tramwaju i wsiada do podmiejskiego autobusu, znajduje się jakieś piętnaście kilometrów od nas. Nacisnąłem mocniej na pedał gazu i pomknąłem na spotkanie losu.
Byłem już dobrze pod koniec trasy gdy zadzwonił telefon.
- Nie widziałeś mnie na przystanku? - spytała teściowa
- Nie, bo jeszcze nie dojechałem do pętli?
- Jak to nie dojechałeś, jak mnie minąłeś?
- To gdzie mamusia stoi ?– powiedziałem kulturalnie, chociaż zacząłem gotować.
- Na pętli na Przejeździe
- Nie na Płaszowie?
- Nie, mówiłam ci przecież
- Mnie?
Dojechałem na pętlę, zawinąłem się i ruszyłem w drogę powrotną. Gotowałem coraz bardziej.
Pamiętaj Antonim, jaka Wigilia taki cały rok. Poza tym dzisiaj trzeba się godzić, nie kłócić.
Zauważyłem Ją. Stała na poboczu drogi machając ręką.
Wsiadła i zaczęła po swojemu – Mówiłam Ci, że jestem na Przejeździe.
- Jeżeli już to na Przewozie, ale o tym nie wiedziałem. Rozmowa była krótka, przyjedziesz?, przyjadę i koniec.
- Ale ja Ci to wszystko opowiedziałam. Powiedziałam, że wsiadam w inny autobus. To przez to wasze szybkie rozmawianie.
No jasne, żeby mnie było łatwiej teściowa podjechała autobusem prawie do połowy drogi.
- I rzeczywiście było - Byłem delikatnie mówiąc zdegustowany.
Kiedy wróciliśmy do tego tematu przed Wigilią, Starszy powiedział że telefony dla seniorów powinni wyposażać w taką funkcję, że aparat mówi w odpowiedniej chwili :
Abonent do którego dzwonisz rozłączył się. Jeżeli chcesz z nim dalej rozmawiać musisz powtórnie wybrać numer.
Z drugiej strony, pewnie nie ominęło by nas wszystko to co do tej pory nas unika.
Na przykład dlaczego Kryśka, która znam tylko ze słyszenia, obcięła i przefarbowała włosy.
A potem zaświeciła pierwsza gwiazdka i przyszedł czas życzeń
- Żeby mamusi ziemia była lekką.
Widząc zdziwienie w oczach, kontynuowałem niezrażony – mówię o tej w ogrodzie. Bo z kopania w grządkach czerpie mamusia tyle radości.
A pogoda taka, że mógłbym ją wypuścić z kopaczką nawet w pierwszy dzień świąt.
A potem jak to w święta, z wizytą u was lub z wizytą u nas. Trzy dni wolnego minęły jak z bicza strzelił.
A dzisiaj w pracy pustki i cisza. Dwa razy sprawdzałem czy nie odcięli mi linii telefonicznej.
Nie odcięli.
Na zegarku zastygły skazówki. Dopiero dziesiąta trzydzieści. Gdzie tam do szesnastej

poniedziałek, 23 grudnia 2013

I dokąd uciekać jak nie ma ucieczki?

 Weźmy na tapetę alkoholików. Pomijam tych którzy zdecydowali się na kurację odwykową i którym się udało. Mogą teraz sposób uprawniony szpanować w towarzystwie, mówiąc - jestem alkoholikiem nie piję od dziesięciu lat.
Dla podniesienia emocji można sprecyzować
- Dziesięciu lat siedmiu miesięcy jedenastu dni - potem znacząco spoglądając na zegarek dodać - i sześciu godzin.
Podziwiam i uważam, że macie Państwo do tego pełne prawo.
Gorzej z tymi którzy zdecydowali się na kurację, a po jej zakończeniu i tak wrócili do nałogu.
Najgorzej zaś jest z tymi którzy twierdząc, że udają się na kurację, chleją gdzieś dalej po kątach albo w specjalnie na ten cel wynajętym pokoju hotelowym
Problem dotyczy nie tylko zresztą alkoholików. To najprostszy przykład i jak to się mówi pod ręką. Tak samo jest z pozostałymi - holikami.
Nie mylicie się będzie o blogowaniu.
Kiedy pod koniec lipca pożegnałem się mówiąc, że to już koniec, byłem pewien swojej decyzji. Nie będę się powtarzał bo opisałem to dość dokładnie.
Nie oznaczało to wcale, że nie śledziłem Waszej reakcji na moja decyzję.
I jak ten za przeproszeniem pijak liczyłem sobie czas.
- Nie piszę już dwa dni i siedem godzin
- Nie piszę już cztery dni.
Myślicie, że wytrzymałem do listopada kiedy to pojawił się tekst o uzależnieniach?
Moje uzależnienie znalazło swoje ujście.
Jak ten wspomniany pokój w hotelu znalazłem inne miejsce w sieci, by pisać w samotności.
By publikować, czyli jednym słowem oddać się nałogowi.
Wcale nie potrzebny był mi już licznik odwiedzin, ważne było samo publikowanie.
I ciepło dotyku klawisza ENTER.
Nie prowadziłem agitacji poprzez towarzyskie odwiedziny i pozostawienie linku. Wtedy z reguły czujemy się zobowiązani do kliknięcia w taki link.
Jakież było moje zdziwienie gdy licznik drgnął i zaczęło być widać, że to nie tylko odwiedziny tych co kontrolują każde nasze pierdnięcie w sieci, ale wizyty normalnych i prawdziwych ludzi.
Nie wierzycie w taką kontrolę? Ja wierzę, chociaż daleko mi do wyznawania spiskowej teorii dziejów
Cholera, jak teraz czytam co napisałem to wychodzi, że to nieprawda z tym nie sprawdzaniem licznika. Zawsze miałem go w kącie oka, chociaż ponoć z medycznego punktu widzenia nie mamy kąta oka.
Aby przyspieszyć tę niezbyt pasjonującą historię walki z samym sobą powiem tylko, że wróciłem do prowadzenia starego bloga nie rezygnując z nowego.
Zastanawiałem się co z tym zrobić i postanowiłem zrobić swoisty coming out.
Tak przy okazji Świąt będzie najlepiej, wyznaczyłem sobie termin.
Niestety sprawa całkiem by się rypła ponieważ anonimowy „~tomcio” postanowił pochwalić się swoimi spostrzeżeniami na temat podobieństwa ludzi i zdarzeń już 29 listopada.
Dobrze, że mamy w sobie wyrobioną już niechęć do odwiedzania publikowanych linków.
Prawda jest jednak, że Tomcio był pierwszy. Gratulacje za spostrzegawczość.
Chyba nawet powinienem ufundować dla Niego jakąś nagrodę. Tylko, że ~tomcio jest anonimowy.
Swoja drogą ten świat jest naprawdę mały. Blogów kilka milionów a On trafił właśnie na dwa moje.
Poniżej zamieszczam link do tego bloga a jeżeli znajdziecie chwilkę pomiędzy rozpakowywaniem prezentów i imprezowaniem przy suto zastawionym stole, będzie mi naprawdę bardzo miło.

http://pan-nieistotny.blogspot.com

To taki mały prezent ode mnie dla Was. Ho! Ho! Ho! Ho!
A poza tym jaz zwykle Wesołych Świąt

Rewizyta

Telefon zadzwonił już z samego rana. Pan Nieistotny nie odebrał za pierwszym razem. Spokojnie czekał aż ekspres zakończy swoją pracę, tworząc na górze filiżanki koronę aromatycznej pianki. Zdjął naczynie z urządzenia i postawił na stole. Usiadł spokojnie przy oknie, pociągnął pierwszy łyk i dopiero kiedy poczuł płynące wzdłuż ciała zadowolenie, sięgnął po telefon.
- Kto to dzwoni o takiej bandyckiej godzinie - zapytał sam siebie patrząc na ekran. Nie zdążył jednak rozwinąć menu, kiedy aparat odezwał się po raz drugi.
- Jan Maria Nieistotny, słucham – odezwał się do mikrofonu.
- Cześć to ja - usłyszał w głośniku.
- Słyszę, że to Ty. Nawet mi się to wyświetliło, bowiem w dalszym ciągu  mam Cię w swoich kontaktach. A już mnie korciło ze dwa razy żeby nacisnąć klawisz „delete”.Za te numery co mi robisz co chwilę. Wracając zaś do tematu dnia. Co to się stało, że dzwonisz takim bladym świtem? Pali się? Umarł ktoś ważny? A może tylko wygrałeś w totka i chcesz się podzielić?
- Trafiłeś po części i tylko troszkę. Będę się dzielił.
- Czym? bo nie wiem czy warto stawać w kolejce
- Twoim adresem.
- Dlaczego moim i dlaczego adresem? Popieprzyło Cię, a może to tylko kolejny kawał który chcesz zrobić moim kosztem?
 - Widzisz – głos w słuchawce sprawiał wrażenie zdecydowanego w swoich działaniach – dzisiaj na swoim blogu zostawiam Twój adres i niewykluczone, że wpadnie parę osób z niezapowiedzianą wizytą. Dlatego też bardzo proszę, nawet uprzejmie proszę byś zachowywał się właściwie. Znam tych ludzi parę lat i zależy mi na nich. Poza tym jak wiesz, że ja zawsze staram się być uprzejmy.
- Wobec moich znajomych? A przecież Ty ich nie znasz – wypalił Nieistotny.
- To Ci się tylko tak wydaje, znam ich tak dobrze jak Ciebie. No może Ciebie znam lepiej
- No dobra, bądź sobie grzeczny, miły i kulturalny. Twój biznes Twoje sprawy i na koniec Twoje zaproszenie. Uważam jednak, że teraz przeginasz. Nie mam zadatku na osobę publiczną i do tej pory robiłem wszystko by swoją prywatność obronić. Nie wiem czy dzień w którym poznałem Ciebie powinienem uznać za udany.
- A to niby dlaczego?
- Rozpisujesz się o mnie to po pierwsze. Piszesz nie zawsze prawdę to po drugie, ale żeby zrobić ze mnie Big Brothera to już przegięcie.
Jan Maria użył jeszcze kilku argumentów przeciw, ale na nic to się nie zdało.
Głos w słuchawce zdecydowanym głosem oświadczył, że decyzję już podjął, dwa tygodnie temu.
Nieistotny rzucał się jeszcze chwilę jak to miał w zwyczaju, a później rozłączył się i położył telefon na stole obok filiżanki. Z kawy opadła już pianka, a całość była  chłodna. Podniósł jednak porcelanę do ust i wypił prawie jednym haustem. Skrzywił się potem bo ta zimna kawa była jakby ukoronowaniem złych wiadomości.
- Cholerni autorzy – rzucił w kierunku telefonu. Podniósł go jakby chciał wybrać numer, ale zaraz z tego zrezygnował rzucając aparatem na fotel.
- Trzeba się będzie ładnie ubrać jak do gości – pomyślał zrzucając t-shirta  i sprane jeansy. Kiedy już siedział odświętne ubrany, a stylowy krawat odcinał mu dopływ świeżej krwi dol głowy, wpadł na iście szatański pomysł.
- A gdyby tak z przyczajki odwiedzić go u niego?
Jaki tam jest adres? Chwila, chwila . Pogrzebał w pamięci i zaraz też wystukał na klawiaturze          Antoni Relski  

No Panie Antoni strzeż się,  ja nadchodzę.
Nacisnął klawisz Enter a klepsydra która pojawiła się na monitorze informowała go, że system próbuje nawiązać połączenie…


piątek, 20 grudnia 2013

Prawa prawie ekonomiczne

Dzisiaj znowu zapomniałem o ekologii. Pierwszy i trzeci piątek miesiąca to dzień wywożenia śmieci. W trzeci dodatkowo wywożą segregowane odpady. Pamiętałem o tym jeszcze wczoraj, w południe. Zaraz jednak po pracy udałem się na zakupy. Szybko i według listy. Kupiłem wszystko, ale jak znam życie to i w poniedziałek na stole zlegnie spisana maczkiem kartka. Od czterech lat robię wszystkie zakupy do domu, a w dalszym ciągu nie potrafię wyjść z podziwu nad potrzebami zakupowymi kobiet. A wszystko to ponoć niezbędne do domu, a więc i dla mnie.
A ja mam naprawdę niewielkie potrzeby. Jakiś czas temu usłyszałem nawet, że zrobiłem się minimalistą. Nawet się nie obraziłem, nawet nie dyskutowałem.
Czy to mądrość życiowa czy ów minimalizm właśnie? Nie wiem.
Gdybym jeszcze i ja odczuwał jakąś przyjemność w chodzeniu między półkami i w tak zwanym zbieractwie, kasa skończyłaby się już w pierwszy weekend miesiąca. Dobrze, że markety traktuję jak wroga i nic poza listą nie potrafi mnie skusić. Z drugiej strony lepiej mieć znanego sobie wroga niż fałszywego przyjaciela.
Nie wiem co chciałem udowodnić tym ostatnim stwierdzenie?
No może to, że w tym odhumanizowanym środowisku (czytaj markecie) zakupy kosztują mnie zdecydowanie taniej inż w wiejskim sklepiku, gdzie sprzedawca gratis spyta o zdrowie żony.
A rachunek jest bardzo prosty. Zastosuję klasyczny, męski przykład.
Jeżeli za dwa sześciopaki piwa w sklepiku płacę tyle ile za trzy w markecie, to kupuję w markecie.
Raz nawet chciałem w takim markecie powiedzieć kasjerce - dziękuję z żoną wszystko w porządku.
Jej mina z pewnością byłaby bezcenna. Nie będę jednak kpił sobie z osoby, która za gówniane pieniądze przewala przez czytnik tony produktów.
Chciałbym tylko wzajemności i żeby obrońcy polskich osiedlowych sklepików zwolnili mnie z obowiązku deklarowania patriotyzmu w zakupach biorąc również pod uwagę moje gówniane wynagrodzenie.
No to sobie ponarzekałem.
Wracając zaś do tematu segregacji. Kosze i worki zauważyłem u sąsiadów już po wyjeździe na uliczkę. Szybko zawróciłem i wystawiłem swoje śmieci przed bramkę. Zdążyłem związać i zostawić, bo czasem zdarza się, że panowie są zdrowo przed siódmą rano. Dodatkowo ekipy sprawiają wrażenie, że owo wywożenie śmieci jest jakąś formą kary, czy obowiązkiem prac społecznych. A przecież płacę za wywózkę.
Stosując jednak usprawiedliwiająca analogię, dlaczego śmieciarz ma się uśmiechać przy opróżnianiu kubłów gdy pracuje za takie gówniane pieniądze?
Tak to przez przypadek odkryłem prawo braku sympatii, empatii i wielkich dup w których mieści się prawie wszystko.
Pierdzielę mam to w dupie. Za takie pieniądze.
To dlaczego tak samo zachowują się Ci którzy w porównaniu z nami zarabiają całkiem przyzwoite pieniądze?
Tu dochodzi jeszcze tak zwana zasada porównanie. Zawsze można powiedzieć:
- Przecież ja w porównaniu z takim ekonomistą na zachodzie pracuję za jakieś gówniane pieniądze.
Stare prawo mówi, że nie ma tak dużych pieniędzy których nie moglibyśmy wyobrazić sobie na swoim koncie bankowym.
A ja robię sobie wolne na święta i nawet sobie tego nie wyobrażam.
Z tego lenistwa myślowego wyrwał mnie telefon od teściowej. Jednak nie uda mi się wymiksować od tej jazdy po ryby. To już nie jest jej upór, to nie walka. Odkryłem, że to chyba wynika z jej ciekawości.
- Chcę wiedzieć gdzie to jest – powiedziała zaraz na początku
- Ja bez jazdy wiem. To kilka kilometrów od naszego domu, jadąc główną drogą. Po prawej stronie. Ta wiedza zupełnie zabezpiecza moją ciekawość
A potem żeby nie drzeć kotów przed Wigilia powiedziałem, że zrobię to co ustali z moją żoną
- Myśmy już ustaliły – powiedziała
- To po co ten telefon?
A żeby zostało coś z moich przekonań, poinformowałem, że nie wezmę do auta żywych karpi.
Nie wiem czy teściowa pamięta jak lubię być konsekwentny.
A poza tym zaczynają się już życzenia, a w mediach straszenie zakładowymi Wigiliami.
Ponoć po takiej imprezie można się obudzić ze szkłem w tyłku. Wszystko to zaś z powodu dziwnej mody na kserowanie swojej gołej dupy.
Takie pomysły przechodzą z reguły po kilku drinkach. Jak zresztą można odreagować to, że zarabiamy takie gówniane pieniądze.
Dobrze że mój szef nie jest wielbicielem takich imprez. No i nie będę na trzeźwo siadał na zimne szkło. Jakoś po drinku też mi to nigdy nie przyszło do głowy. Byłem za to autorem kilku szalonych pomysłów. Każdy z nich wydał mi się idiotyczny następnego dnia, ale o swoich zarobkach już wspominałem.
W głowie siedzi mi już plan prac na weekend.
Trochę się tego zebrało. I trzeba odwalić żeby potem zasiąść przy wigilijnym stole i na chwilę zapomnieć o bożym świecie.
Do północy bo wtedy pies lub kot wypomną ci, że żarcie kupujesz w markecie i według cen

Negocjajce

- Czytałeś ? - spytał mnie Jan Maria Nieistotny, zaraz gdy zajrzałem do niego. Wpadłem na kawę jak to miałem w zwyczaju. Małą, mocną i czarną z odrobiną mleka.
- Co takiego ? Spytałem, a równie dobrze mógłbym spytać – A o co chodzi?
Nieistotny uśmiechnął się delikatnie i zaczął streszczać problem.
Bohaterka ostatniego widowiskowego wjazdu samochodem do przejścia podziemnego stanęła przed sądem. Nie ma w tym nic dziwnego bo przecież jechała nachlana i spowodowała kolizję. Jestem zdecydowanym wrogiem jazdy po pijaku dlatego też nie degustuję wina w tygodniu. Nie odmawiam jednak innym prawa do takiej konsumpcji. Trzeba tylko zostawić kluczyki w jakiejś szufladzie, żeby nie kusiły.
- Nachlała się jak wielu i jej się nie udało.
Nie to jest jednak najciekawsze w tej historii. Kiedy w/w stanęła przed surowym obliczem sądu ten postanowił wysłać ją na badania psychiatryczne.
- W zasadzie to każdy zatrzymany pod wpływem powinien być na takie badania skierowany i to na własny koszt - zauważyłem
Jestem tego samego zdania – zgodził się ze mną Jan Maria - W celu zabezpieczenia obecności w/w pani sąd postanowił zatrzymać jej paszport.
- To koliduje z moimi planami świątecznymi – przekonywała sędziego. Zaraz też przystąpiła do negocjacji - Możecie mi państwo zabrać prawo jazdy, ale nie paszport. Nie jestem nienormalna, żeby sama spędzać święta.
- Oczywiście, jeszcze lepiej zabezpieczyć legitymację szkolną lub bilet miesięczny – skwitował Jan Maria
Boję się, że w ten sposób rodzi się nowa świecka tradycja, dyskutowania wyroków i postanowień jeszcze na sali sądowej.
Już słyszę te motywacje:
- Wysoki sądzie, skazanie mnie na dwa lata pozbawienia wolności koliduje z moimi planami. W przyszłym tygodniu zaczynają się rozgrywki ligowe, a nasza drużyna weszła właśnie do II ligi.
- Wysoki sądzie skazanie mnie na tak wysoką grzywnę koliduje z moim biznes planem. Właśnie umówiłem się z sąsiadem, że kupię od niego Golfa całkiem nie śmiganego po emerycie z Niemiec.
- Wysoki sądzie...... każdy zresztą potrafi sobie ułożyć takie zdanie.
Pewien mądry Pan Profesor, a wtedy jeszcze doktor, mówił na wykładach na których o dziwo byłem obecny, że w karze najważniejsza nie jest jej wysokość a nieuchronność. Tu nie ma nawet kary, a już są pretensje.
A z te dolegliwości trzeba brać pod uwagę. Dajesz człowieku w dupę a więc liczysz się z konsekwencjami.
Jak to mówią - cierp ciało jak żeś chciało.
Boję się jednak, że to rzeczywiście taki nowy trend, wśród młodego pokolenia. Sprawca a w zasadzie sprawczyni jest nieco młodsza od mojego starszego syna. On też w trakcie rozmów wychowawczych starał się negocjować, że nie zrobi tego a może zrobić tamto.
Myślałem sobie wtedy - co na takie zachowanie powiedziałby mój ojciec, i jego ojciec?
Myślę, że i on i ja nie zdążylibyśmy wyartykułować tego szalonego pomysłu.
Świat się jednak zmienia.

środa, 18 grudnia 2013

Dwa kilo pamięci

Przynieśli go pracownicy zupełnie nieświadomi przeznaczenia. Był cały upaprany w błocie i dopiero po wstępnym czyszczeniu pojawiły się kolory. Biały z zielonym. Nie miał też powalającej pojemności, ot zwykłe 2 gigabajty. Dla kogoś być może dwa giga życia nie do odtworzenia. 


Dłuższą chwile suszyłem go suszarką do włosów tak, by pozbyć się resztek wilgoci a jednocześnie nie stopić urządzenia.
Z pewną nieśmiałością włożyłem pendriva do gniazda USB i przymknąłem nawet na chwilkę oczy
oczekując najgorszego. Najgorsze jednak się nie nastąpiło i system zaczął instalować sterowniki.
Po chwili pojawił się komunikat, że urządzenie jest gotowe do pracy na tym komputerze.
Chwile wahałem się nad naciśnięciem klawisza Enter. Za chwile wejdę w cudze życie w buciorach i nie mam nawet pojęcia jak intymny jest to zbiór.
- Jest dobrze - pomyślałem gdy rozwinęła się lista plików.
Muzyka, muzyka, muzyka. Spojrzałem na wykonawców i zaraz nabrałem sympatii dla chwilowo byłego i nieostrożnego posiadacza.
Może trafię na jakiś ślad, jakieś nazwisko czy coś podobnego.
Kolejny katalog zawierał trochę dokumentów, wśród nich znajdował się jeden z dającym nadzieję tytułem „moje CV”
Kliknąłem ikonę. Za chwilę też rozwinął się dokument z imieniem nazwiskiem i co najważniejsze numerem telefonu.
Cieszyłem się jak dziecko, że udało się za pierwszym strzałem i nie musiałem głębiej wchodzić w cudze życie.
Wybrałem numer. Sieć chwilę łączyła po czym pojawił się sygnał wolnego numeru. Na końcu odezwał się czyjś głos.
- Słucham?
- Pan W.? - spytałem
- Tak Ryszard W. Słucham?
Całkiem podświadomie zrobiłem mała pauzę, albo tylko po prostu budowałem w myślach pierwsze zdanie.
- Pan mnie nie zna, ale proszę odpowiedzieć na pytanie, czy zgubił Pan ostatnio coś co do Pana należało?
Z drugiej strony również dało się wyczuć chwilę namysłu.
- Taaaak
- A co to było? - Dopytywałem się i aby uspokoić sytuację dodałem – bo być może jestem w posiadaniu czegoś co do Pana należy.
- A choćby pendrive – odpowiedział po namyśle.
- Wyczuwam, że tego było chyba więcej. Gdzie ? - dopytałem jeszcze dla pewności, a kiedy wszystko się potwierdziło, dodałem:
- Uspokoję Pana, znalazłem tego pendriva.
Zaprosiłem go do odbioru. Był akurat piątek a on umówił się na poniedziałek
- To przynajmniej będzie Pan miał spokojny weekend - zakończyłem
Zjawił się w poniedziałek przed południem. Aby mieć całkowitą pewność spytałem jeszcze o kolor. Pozostało tylko wręczyć zgubę.
- Dziękuję bardzo. To niesamowite, to się nie zdarza – sypał komplementami Pan W.
- Zdarza się, zdarza drogi Panie. Najlepszy dowód, że znalazł się kiedyś mój pendrive. Sąsiadka odnalazła go i odniosła. Spłacam w ten sposób dług który miałem u sąsiadki. Przepraszam tylko, że musiałem pogrzebać w dokumentach aby Pana odszukać. Trafiłem jednak już za pierwszym razem.
- Wie Pan, najbardziej ucieszyła się żona bo tam były jej służbowe pliki. Żona pracuje w szkole.
- Dobrze że nie w ABW zażartowałem. No to wszystko dobre co się dobrze kończy.
Pożegnałem się i powiem Wam, że czułem się się świetnie. Widząc radość Pana W też uznałem, że ten dzień nie może być zły.

Co nam w sercu gra

Pan Nieistotny podniósł pokrywę laptopa i uruchomił przeglądarkę. Zaraz też dzięki szybkiemu internetowi pojawiły się informacje.
- Fajnie jest - pochwalił szybkość sieci 4G. Jak poczuje jeszcze w nozdrzach smród farby drukarskiej w czasie czytania to będzie już w siódmym niebie.
Ale to z pewnością nie w tej technologii. Może 5 albo nawet 6G.
Czy jednak tego chce?
Wszyscy z nadzieją piszą o tej technologii transmitowania zapachów, a przecież życie to nie tylko zapach fiołków o poranku, to coraz bardziej obciachowe programy z naprutymi kolesiami którym cuchnie z gęby, albo z zawodami w głośnym puszczaniu bąków.
Nie, nie, nie, zdecydowanie może sobie ten zapach farby drukarskiej odpuścić.
- Co oni dzisiaj dają – zapytał sam siebie skupiając się na monitorze - Polityka, polityka, wychowanie seksualne czyli też polityka. A co dla normalnych ludzi? O jest
Amerykańscy naukowcy dowodzą, że w przypadku chorób serca wzrost może mieć znaczenie.
- No, w moim wieku warto poczytać – powiedział do siebie Jan Maria i kliknął w tytuł.
Nieistotny wyrażał pogląd, że osoby jego wzrostu mniej narażone są na ryzyko zawału, bo przecież serce nie musi tak walczyć żeby wypchnąć krew do głowy, jeżeli ona znajduje się na mniejszej wysokości.
Wiadomo poza tym że ukrwiony organ jest dotleniony i myśli jaśniej. Dzięki temu świadomie wybiera to co jest dla jego organizmu najlepsze.
Zdrowe jedzenie, zdrowe przyprawy czyli bezpieczne solenie i pieprzenie.
Nie od dziś wiadomo, że takie beztroskie używanie przypraw bywa szkodliwe. Mówią, że sól podnosi ciśnienie. A wiecie jakie stresujące może być bezmyślne pieprzenie?
Do tych mądrości trzeba jednak dorosnąć, a mądrość zaczyna się tam gdzie maleje apetyt na ostre menu.
I co ? I pudło
Naukowcy zaobserwowali, że ryzyko zawału serca jest nawet o 30 proc. niższe u osób wysokich. Dlaczego?
Coś tam piszą o blaszce miażdżycowej, ale komu tam zaszkodzi blacha.
Według autorów badania bardziej prawdopodobne jest to, że osoby wysokie były w dzieciństwie lepiej odżywiane i wiodły zdrowy styl życia, co wpłynęło korzystnie na układ krążenia.
Jak by na to nie spojrzeć to rzeczywiście może być przyczyną.
- Wyższe rodzeństwo miało bliżej do stołu, a my ciągle na palcach – pomyślał Jan Maria.
Powszechnie wiadomo, że najlepsze kąski kładzie się centralnie na środku stołu.
A co z brzegu? Chleb i musztarda. Jak po tym wyróść na wysokiego faceta?
To normalnie samo się napędza. Mały je gorzej i nie może zostać dużym. Logiczne.
I ten stres w zwłaszcza w młodości, spowodowany wzrostem. Wtedy gdy zaczyna się rosnąć na dwa sposoby.
Jako posiadacz tak zwanego „haniebnego wzrostu”, jak miał zwyczaj określać ten wymiar nieżyjący już niestety Piotr Skrzynecki, Nieistotny żył w wiecznym stresie.
Bo kiedy już mógł to tak na prawdę nie mógł. I co mu zostało? Obserwował piersi od dołu. Wiadomo zaś, że dekolty organizuje się z góry, bo norma nakazuje by facet był wyższy od kobiety.
Jak spojrzeć w damskie oczy w tańcu, gdy na przeszkodzie stoi właśnie ten biust?
Niedostępne i wymarzone. A te damskie pytania o szczegóły?
- Jasiek czy ty cały jesteś proporcjonalnie zbudowany?
Co odpowiedzieć na takie pytanie? Każda odpowiedź jest zła.
Jeśli zaś idzie o drobiazgi to kobiety preferują salony jubilerskie.
Tak to rzeczywiście może osłabić serce. Stres stres i jeszcze raz stres – podsumował swe myśli Jan Maria.
Można by zadać Nieistotnemu pytanie - Dlaczego nie mierzył według swojego wzrostu?
On sam sobie odpowiedział, kierowała nim odpowiedzialność za rodzinę.
Chciałem by dzieci miały zdrowe serce poprzez brak stresów.
- I udało się. Dzieci patrzą na niego z góry. Ale to tylko kwestia fizycznej różnicy wzrostu, nie zaś wielkości
Ego jakie przypadło w udziale Janowi Mari jest przynajmniej o dwa numery na niego za duże.