czwartek, 7 listopada 2013

Uzależnienia

Podniósł powieki i spojrzał na zegarek, była tradycyjnie czwarta trzydzieści.
Oczy piekły go niesamowicie i dałby sobie rękę obciąć za to, że nie zasypiał wcale tej nocy. Podobnie zresztą jak poprzedniej nocy i jeszcze poprzedniej. Oprócz oczu bolało go prawie wszystko. Paliło gardło, piekła skóra, bolały mięśnie. Wszystko w nim nawalało oprócz sumienia,
które ostatnio stawało się jakby jaśniejsze. Bał się jednak, że i to może się wkrótce zmienić. Na samą myśl zacisnął pięści tak mocno aż zbielały mu kostki, z powodu nagłego odpłynięcia z nich krwi. Zaczął rzucać nogami a potem już cały przerzucał się z pozycji do pozycji. Na plecy, na brzuch poprzez jeden lub drugi bok. W końcu cały zwinął się w pozycji embrionalnej i przykrył głowę poduszką.
Docisnął brzegi tak, że najpierw zrobiło się całkiem ciemno. Trwał tak uspokojony pozornie, ale już za chwilę zaczęło mu brakować powietrza. Nie zwalniał jednak nacisku rąk na poduszkę pomimo tego, że zaczął się dusić próbując łapać resztki powietrza. Jak ryba wyrzucona na brzeg łapał nerwowo powietrze. Tylko mądrość organizmu spowodowała, że w ostatniej chwili zerwał z siebie kolorową powłoczkę z pierzastą zawartością i usiadł na łóżku. Był cały spocony i rozedrgany. Odrzucił kołdrę i nie bacząc na to, że śpi całkowicie bez piżamy, nagi ruszył w stronę salonu. Podszedł do barku i otworzył z klucza małe drzwiczki, kryjące tę intrygującą zawartość.
Wgłąb szafki wdarł się promień światła, odbijając się od stojących na sztorc szklanych szyjek.
Pomimo pory nocnej, niczym w wojsku stały tak w szeregu i w pełnej gotowości. Z metalowymi nakrętkami założonymi na szyjkach, niczym oddział zbrojnych w stalowych hełmach na głowach. Szybkim ruchem wyciągnął jedną z nich i położył na ławie. Obok postawił kieliszek całkiem nie dbając o to czy odpowiada swoim kształtem bukietowi aromatów. Nie liczyła się też temperatura, ważne było tylko pragnienie. Pragnienie wynikające z pewnego zgubnego przyzwyczajenia, pielęgnowanego przez lata.
Odkręcił zakrętkę i już miał napełnić kieliszek, gdy pozbawiona osłony butelka wydała się jakby jaśniejsza ukazując bursztynowe wnętrze.
Pochylił twarz na wysokość blatu i spojrzał na flaszkę z tym grającym w niej świetle. Później spojrzał poprzez kolorowy płyn dalej i głębiej niż by się mogło wydawać, patrząc na tę scenę.
Zobaczył tam zdeformowane kształty mebli, sprzętu RTV, a na koniec rodzinne zdjęcie. W orzechowych ramkach tkwiła fotografia zrobiona kilka lat temu, w czasie południowoeuropejskich wakacji. Na nim żona wraz z dwójką dzieci, wszyscy przyjaźnie uśmiechający się do aparatu.
Do niego znaczy się bo to on naciskał spust migawki.
Butelka wódki zdeformowała rzeczywistość i poprzez załamania i rozmycia uciekł gdzieś ten naturalny i radosny rodzinny. Z tej perspektywy postacie wyglądały bardziej jak nocne majaki, które miały zwyczaj nachodzić go we śnie. Zdecydowanym ruchem odstawił butelkę.
W końcu tyle myślał o kosztach swojego hobby. Rodzina, tak bardzo nie chciał jej stracić.
Wrócił do pokoju, wyszukując części porzuconej w nieładzie garderoby. Potem założył buty, jakąś kurtkę i najciszej jak mógł, tak by nie budzić domowników wyszedł z domu.
Wszystko to obserwowała żona. Spod półprzymkniętych powiek, po to by z jednej strony zareagować w razie potrzeby a z drugiej dać mu poczucie pewnej intymności działania trzymała dyskretnie rękę na pulsie. Ileż to już razy zdarzał mu się taki odlot.
Kiedy drzwi zamknęły się delikatnie skrzypiąc, a po chwili dał się słyszeć chrzęst klucza w zamku, otwarła oczy całkiem szeroko. Po chwili usiadła na łóżku. Dochodziła piąta.
Wybiegł prawie z klatki schodowej, ale już na ulicy zwolnił. Trwała jeszcze tak zwana pora nocna, ale w pojedynczych oknach świeciło się już światło. Gdzieniegdzie jakiś samochód sunął ulicą.
Ponieważ nie był to pierwszy z takich nocnych spacerów, bez zbędnego zastanowienia skierował w stronę pobliskiego parku.
Park to może spore nadużycie. Był taki kawałek zadbanej zieleni, pośród której ktoś zainstalował dwie ławki. Na jednej z nich zwykł był siadać i obserwować księżyc, który chował się za chmurami by za chwilę rozbłysnąć swoim pięknym, srebrzystym chociaż odbitym światłem.
Imponował mu bo chociaż stawał się mroczny powracał jednak ciągle z tym swoim blaskiem.
Może to jest jakaś wskazówka i dla niego? Ze jeszcze będzie radośnie? Normalnie?
Ileż tych znaków zapytania?
Z daleka widział już, co mu się wcale nie spodobało, że na jego ławce ktoś siedzi. W zasadzie alternatywą była druga, co to jednak znaczy przyzwyczajenie. W końcu to tutaj porządkował myśli i zbierał siły. To tutaj obiecywał sobie, że inaczej podejdzie do życia. Po staremu na nowo.
Już stawał się człowiekiem kompromisu, ze sobą po to by znów uchlać się bezkompromisowo.
Zdał sobie sprawę, że siadając na tej ławce, zawsze zajmował jej prawą stronę. Ta pomimo siedzącego osobnika pozostawała nadal wolna. Nieznajomy siedział na lewej stronie.
Podszedł bliżej.
- Przepraszam
Cisza. Nieznajomy w zamyśleniu patrzył gdzieś tam daleko, z doświadczenia swojego wiedział już, że dużo dalej niż linia graniczna parku.
- Bardzo przepraszam, czy to miejsce jest wolne - powiedział wskazując na „swoją” część ławki? A zaraz potem nie pytany dodał – Wie Pan, kiedy tu przychodzę nocami, zawsze siadam w tym miejscu. Przyzwyczaiłem się i boję się, że nie dam rady myśleć się gdzie indziej.
Nieznajomy spojrzał na niego nieprzytomnym spojrzeniem, a następnie powiedział
- Bardzo proszę.
Szybko przesunął się na sam kraj.
- Nie, nie proszę siedzieć, zdecydowanie wystarczy tu dla mnie miejsca.
Siadł na początek trochę asekuracyjnie, ale po kwadransie rozsiadł się już całkiem wygodnie. Tak jak to miał w zwyczaju.
Nieznajomy nie odezwał się przez ten czas ani słowem, a po obserwacji nieba, przeszedł do pisania czegoś na asfalcie alejki. Ponieważ czynił to przy pomocy kawałka gałęzi która trzymał w dłoni, tekst pozostawał zagadką.
Chociaż w towarzystwie Nieznajomego nie był w stanie skupić się na swoich myślach, a po tym okresie milczenia nabrał ochoty na rozmowę.
- Przepraszam raz jeszcze. Oczywiście nie musi Pan odpowiadać na moje pytanie, ale co Pana gna do tego parku po nocy?
Sam niepytany odpowiedział - Ja zbieram tu myśli, nabieram sił dla swoich postanowień. Wie Pan Jakiś czas temu zacząłem nadużywać. Nie, nie chlać jeszcze na umór, ale tak po prostu nadużywać. Drink, kieliszek wina czy kielonek nalewki, stały się codziennymi elementami mojego życia. Z czasem nie dało się obejrzeć filmu bez tego towarzystwa. I wie Pan co? To zaczęło mi się podobać. A potem zaczął rwać mi się film pod koniec imprez. Stałem się nieprzewidywalny i tego bałem się najbardziej. Następnego dnia z niepokojem wyczekiwałem tego pełnego potępienia wzroku żony. Gdy był, następowało to nerwowe dopytywanie co się stało.
- Ogłosiłeś koniec imprezy.
- Powiedziałeś że pieprzysz wszystko
- Wywaliłeś flaszki za okno. To tylko te drobniejsze.
A potem po okresie wstydu znów zdarzało się coś innego. Nie nie zamierzam usprawiedliwiać się, że działałem poza świadomością, bo do tego braku świadomości sam się doprowadzałem.
Mówiąc bez ogródek, poczułem się jak pijak. A może już stałem się pijakiem? Jak Pan myśli?
- Nie mnie oceniać – odpowiedział Nieznajomy - Pewnie jest Pan tym za kogo się Pan uważa. Nie mam zamiaru pocieszać, że w trakcie imprez tak się dzieje. Dzieje się ale nie powinno. W pewnym sensie to trochę jesteśmy do siebie podobni. Też mam się za uzależnionego.
- Wódka? Fajki?.......Prochy? - spytał Nieznajomego, próbując zgadnąć od razu.
Nie, nie, nic z tych rzeczy. Prochów nie używałem nigdy. Pan wie, że ja nawet skręta nie pociągnąłem? Co ciekawe nie mam takiej potrzeby. Nie palę też już prawie od trzydziestu lat. Ponoć to tak jakbym nigdy nie palił. A co do alkoholu, to owszem używam, może nawet tak trochę po polsku. Najbardziej lubię wino, uzależnił mnie jednak Internet.
- Coś o tym słyszałem, Grasz Pan, czy oglądasz porno?
- Zająłem się pisaniem. Moja polonistka byłaby ze mnie dumna. Zacząłem zabawy z blogiem. I wie Pan, wyszło. Bawiłem się słowem jak dziecko, a z czasem pisanie stało się radością i potrzebą. Na koniec czułem się źle jeżeli nie napisałem codziennie przynajmniej jednej strony tekstu.
Później ta radość pisania lekko osłabła i pozostało przyzwyczajenie do pisania. Jak ten dojrzały małżeński seks. Wszyscy fachowcy piszą, że jest bardzo ważny, tylko ty nie potrafisz doszukać się w nim głębszego sensu, poza samym przyzwyczajeniem.
Kiedy przyzwyczajenie zaczęło być decydujące a ja poczułem się wyprany ze wspomnień rzuciłem to w diabły napisałem pożegnalny tekst a na końcu wkleiłem charakterystyczne słowo KONIEC
- Ile Pan prowadziłeś tego bloga?
- Pięć lat, bez miesiąca. Świadomie bez miesiąca.
- To szmat czasu.
- Rzeczywiście kupa czasu, bo wkrótce okazało się, że ja nie potrafię już inaczej. Codziennie odbierałem pocztę, codziennie śledziłem komentarze. Codziennie też walczyłem by nie napisać kolejnego posta. To się proszę Pana nazywa uzależnienie, to nałóg z którym powinno się walczyć. Bo według mnie nic nie powinno tak w życiu dominować.
- I dałeś Pan sobie z tym radę.?
- A widzisz mnie Pan tu dzisiaj, o tej porze? Zrobiłem tak jak pijak który nie trzyma flaszki, ale już nie w barku tylko chowa przed sobą w kiblu. Niestety na samym początku doskonale wie gdzie one leżą
- To znaczy?
- To znaczy, że zacząłem pisać w samotności. Założyłem innego bloga i wrzucam słowa w sieć. Tylko teraz nie nadaję temu rozgłosu. Nie kusi mnie licznik odwiedzin i nie zniechęca ich brak.
- Może to właśnie jest dobre?
- To jest dobre, bo takie niszowe. A niszowe to niby takie ekskluzywne. Z drugiej jednak strony na moim poprzednim blogu, żeby nie powiedzieć starym, pomimo pożegnania, kręci się licznik odwiedzin. I to na całkiem przyzwoitym poziomie. Z jednej strony to cieszy mnie, że z powodu braku nowych wpisów, ktoś tam przejrzy dokładnie stary. Wszystko pisałem zawsze z jakąś myślą, a pośpiech życia nie pozwalał na jej odszukanie. Nie, nie nie było w tym żadnej misji, spokojnie.
Jest i trzecia strona w związku z tymi odwiedzinami. Może jednak kogoś ta decyzją zawiodłem?
Nie chce być tak zarozumiały, ale najgorsze jest to, że ja nie potrafię wejść do internetu bez zaglądania na swój blog. Potem przeglądam te zaprzyjaźnione i tak codziennie. Piszę komentarz i kasuję go przed wysłaniem. Czy to nie jest uzależnienie?
- Ale chyba takie co nie szkodzi rodzinie, nie?
- Chyba nie
- To po coś Pan tu jest?
Bo chyba już nie dam razy udawać, że mnie to nie obchodzi. Bo mnie to cholernie obchodzi.
Siedzę tu i myślę, Boże żeby tylko umieć zachować dystans.
- Wie Pan, to nie jest seks małżeński żeby utrzymywać dystans. A propos seksu …
- Chyba nie tym razem - Nieznajomy spojrzał na zegarek – robota czeka.
- No to do zobaczenia przy tych walkach ze sobą. W sumie dobrze nam się rozmawiało chociaż nie znam nawet Pańskiego imienia. Jakby co ja to jestem Michał
Wyciągnął dłoń do jak do powitania, ten drugi odwzajemnił gest.
- Antoni. Antoni Relski
- Obiecuję że poszukam tego bloga
- Kto szuka nie błądzi, ale ja tam piszę i o piciu. Wiadomo przecież, że w domu przepraszam, powieszonego...
- Tak źle jeszcze ze mną nie jest.
- Ja nie byłbym taki odważny w ocenie siebie.
Antoni wstał i odszedł wolnym krokiem. Za chwilę zniknął za ozdobnym żywopłotem.
Michał spojrzał na zegarek, dochodziła siódma. W drodze powrotnej kupi jeszcze bułki i powie co bądź na swoje usprawiedliwienie. Chociaż, ta otwarta i nie upita flaszka mówi za niego więcej niż tysiąc słów.
Swoją drogą bywają na tym świecie uzależnienia – pomyślał przekręcając na powrót klucz w zamku
- Wróciłem

26 komentarzy:

  1. Brawo, brawo i witaj Antoni. Cnilo nam sie bardzo za Antonim :D

    OdpowiedzUsuń
  2. poczytam później
    teraz tylko przywitam
    uf,,, wszystko wraca do normy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. OOOOO moj Boze! a ja juz stare wpisy od poczatku czytam :) ale ten wpis przeczytam dopiero wieczorem - podczas drogi do domu :) bo przerwa mi sie juz z pracy skonczyla.

    OdpowiedzUsuń
  4. Vulpian de Noulancourt07.11.2013, 15:03

    No i dobrze.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też jestem już uzależniony.
    Cieszę się z Twojego powrotu

    OdpowiedzUsuń
  6. Klik dobry:)
    Z uzależnienia trudno wyjść. I całe szczęście /dotyczy oczywiście tylko niektórych uzależnień/ !

    Pozdrawiam serdecznie na blogowym łonie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Witamy, witamy z radością! Aż pojaśniało w blogosferze.

    OdpowiedzUsuń
  8. liczyłam na to i ogromnie się cieszę że wróciłeś.....
    jak dzis zobaczyłam w zakładkach że jest twój nowy post to uśmiechnęłam się od ucha do ucha.....
    takich blogowiczów jak ty brakuje więc tym bardziej serdecznie witam z dalekiej podróży...
    leptir

    OdpowiedzUsuń
  9. Jade metrem a ludzie patrza na mnie z lekkim politowaniem w oczach,mysle sobie 'pewnie wygladam tak jak sie czuje', a ze czuje sie zle to wiadomo jak wygladam. Po czym uswiadamiam sobie ze mam na twarzy usmiech od ucha do ucha i polykam Twoj tekst. Bardzo sie ciesze ze napisales. Bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  10. cierpliwość jednak popłaca. pozwolę sobie powiedzieć że ostatnio się tak cieszyłam jak spotkałam przyjaciółkę której nie widziałam 10 lat. Witaj Antonii!

    OdpowiedzUsuń
  11. Vivat! Hoch! Eljen! Niebo jest znowu niebieskie! :))) Och, nawet nie wiesz, jak było nam brak Twego uzależnienia:)))
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie bylo mnie tu sto piecdziesiat lat! ale jestem i od razu wpadam w temat... bo wlasnie uswiadomilam sobie, ze jestem uzalezniona od bloga. dzis postanowilam sobie - dzien odwyku bez blogowania. I co? i guzik! najpierw oszukiwalam sie, ze tylko na sekundke zajrze do znajomych blogow, tak na momencik, a pozniej... jak zawsze! i juz dziesiata godzina, zaraz jedenasta... i ... poplynelam! dobranoc Antoni!

    OdpowiedzUsuń
  13. Popatrz Antoni ilu ludzi wprowadziłeś w stan uzależnienia tym pisaniem swoim . Mam nadzieję, że też się cieszysz z powrotu, co?

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak dobrze Cię czytać, Antoni ! witaj z powrotem !!

    OdpowiedzUsuń
  15. Cóż, z nałogu można wyjść, ale nie można się uwolnić od uzależnienia, prędzej czy później WRACAMY. Wiem co mówię, stary terapeuta jestem. Spociłam się strasznie, podążając Twoim śladem, ku światłu ...Nic lepszego nie mogło mnie dzisiaj spotkać, w ten mglisto-dżdżysto-pesymistyczny piątek. Pozdrawiam,Hanula

    OdpowiedzUsuń
  16. Od Klarki się dowiedziałam! WITAM:)))))

    OdpowiedzUsuń
  17. no to może za to wspaniałę WEJSCIE SMOKA Antoni postawi butelke wina bułgarskiego ?
    bo z takiej okazji tylko się cieszyc:)

    http://leptir-visanna6.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  18. No żesz kurka wódka, wiedziałam! I tak sie tym wszystkim nie przejmuj, chłopcze, pisz bloga przede wszystkim dla siebie, a jak kto stuknie, to fest. Pozdrawiam czule Ceśka

    OdpowiedzUsuń
  19. Jak tu nie mieć dobrego weekendu po takich wpisach?
    Dziękuję wszystkim za powitanie marnotrawnego syna
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  20. Fajnie opisałes ten swój powrót .Ja eż się cieszę że znowi można cię poczytać

    OdpowiedzUsuń
  21. Jak się cieszę że wróciłeś :)))) świetnie pisane teksty, bardzo się cieszę że mogę ponownie czytać

    Jabłoń

    OdpowiedzUsuń
  22. Bardzo się cieszę, że wróciłeś. I to we wspaniałej formie!
    Ja też byłam tą, która do Ciebie zaglądała.
    I to codziennie.
    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  23. Ogromna radość ,że wróciłeś :))) . Tyle osób oczekiwało Twojego powrotu i jesteś ! Pozdrawiam - Eliza F.

    OdpowiedzUsuń
  24. Ostatnio mam ciężki czas i zastanawiałam się, czy nie zamknąć bloga.
    Przeczytałam Twój komentarz i przyszłam sprawdzić, czy zatęskniłeś;))
    Dobrze, że jesteś;)

    OdpowiedzUsuń