czwartek, 30 sierpnia 2012

Film na koniec weekendu

W przepastnych zasobach Internetu poszukiwałem filmu na niedzielny wieczór.
Coraz częściej korzystam z tego magazynu wobec wszechobecnej mizerii telewizyjnej. Mając odrobinę szczęścia, trafić można tu na wartościowy film, dodatkowo legalnie i bezpłatnie.
Ponieważ nie jestem wzorcem krakowskiego centusia, od czasu do czasu oglądam również płatne nowości na tak zwane życzenie.
Niedzielny wieczór, kończący weekend nie nastraja raczej do oglądania artystycznych spadkobierców Ingmara Bergmana, zdecydowałem się więc na lżejszy repertuar. Żona podchodzi do moich wyborów z dużą dawką zaufania, dlatego czując ciążącą na mnie odpowiedzialność, staram się wcześniej dowiedzieć co nieco o proponowanym filmie.
Portali filmowych jest też trochę, a więc nie nastręcza to wielkich trudności.
- A może – przeczytałem opis filmu - Przewrotna, inteligentna komedia romantyczna, opowiadająca o różnych odcieniach miłości i związanych z nią niespodziankach - Gry weselne.
Może to coś w stylu filmu Cztery wesela i pogrzeb?
Czytam dalej - Gry Weselne" to historia dziewczyny, która zakochuje się w dniu swojego ślubu. Heck i Rachel są szczęśliwym młodą parą, planującą rozpocząć wspólne życie. Lecz w kościele, podczas ceremonii ślubnej, Rachel nie może oderwać wzroku od nieoczekiwanego gościa weselnego. W jednym momencie. zaczyna powątpiewać czy Heck jest tym jedynym dla niej. Oczywiście, nie dowie się tego dopóki nie da temu nowemu uczuciu szansy. To co następuje potem, to wzruszająca, śmieszna, czasami gorzka podróż znana każdemu, kto kiedykolwiek był pod zaklęciem miłości.
Akurat byliśmy świeżo pod wpływem ceremonii ślubnej, bo pod zaklęciem miłości trwamy od wielu lat, bez wahania więc nacisnąłem przycisk „odtwarzaj”.
Nie ma się czego wstydzić, oglądam z żoną komedie romantyczne. Przyznaję się do tego bez bicia, i pisałem o tej skłonności, przynajmniej w kilku postach. Powiem więcej - potrafię czasem czerpać z tego przyjemność.
W końcu w tym zwariowanym życiu warto dać szanse uczuciu, nawet gdy jest ono jak przesłodzona landrynka. Zresztą, gdy przeglądam wydarzenia świata, potrzebuje czasami trochę cukru, nawet gdy według wyników badań, mam go w sobie nadmiar.
A może właśnie to jest powód? Na zasadzie - swój do swego panie tego.
Sielsko i anielsko. Do czasu gdy okazuje się, że tajemniczym gościem na uroczystości jest kwiaciarka Luce, zapewniającą swoimi bukietami plastyczną oprawę uroczystości.
Dodatkowo okazuje się, że kwiaciarka jest homoseksualistką.
Panna Młoda uświadamia sobie, że jej prawdziwą miłością jest Luce.
- No to zafundowaliśmy sobie odważne i wyzwolone wydarzenie artystyczne – zauważyłem ukradkiem.
- Nooo – powiedziała żona, tajemniczo przeciągając literę „o”. Z tej skąpej wypowiedzi wywnioskowałem, że - show must go one. Leci więc dalej, ujęcie po ujęciu.
Ponieważ męska akceptacja dla wzajemnej miłości kobiet jest zdecydowanie większa niż dla takiej samej miłości mężczyzn, bez protestów śledziłem dalsze losy bohaterów.
W delikatny sposób akcentuję to, co potwierdzają wyniki badań, a co prosto z mostu walnął pewien poseł. Za tę wypowiedź usunięto go zresztą z partii.
Polityka, a ja mam ją gdzieś.
Zwłaszcza, że uwagę moją przykuł inny wątek tego filmu.
Heck to porządny i odpowiedzialny facet. Zakochany po uszy i przez to gotów do poświęceń w imię tej miłości. Niestety, młody mąż widzi jak żona oddala się od niego. Wychodzi z siebie aby ją uszczęśliwić. W pewnej chwili robi mi się go nawet szczególnie żal.
Żona nie neguje jego dobroci i nawet postanawia coś z tym zrobić. Ale tym lekarstwem ma być szczerość.
Szczerość cię wyzwoli - mówi przysłowie, lecz policzek zaboli – brzmi uzupełnienie.
A może chodzi o prawdę ? Tak i pochodzi wprost z Biblii
Szczerość to w końcu taka prawda co bardziej boli.
Żeby nie zanudzać - Małżeństwo rozpada się, a po dramatycznych wydarzeniach i pościgu za ukochaną, ulicami pełnymi zakorkowanych samochodów. Zwycięża uczucie.
Przytulone dziewczyny z kubkiem herbaty na ławce w parku i w drugim ujęciu facet, który bez traumy nawiązuje znajomość w samolocie.
Po pierwsze, skąd ta herbata w parku?
Po drugie, tak szybko zapomina się o wielkiej miłości?
Scena jak i cały film jakby wyreżyserowana przez kobietę, ale reżyser jest mężczyzną. Sprawdziłem.
Kiedy pojawiły się końcowe napisy, zapytałem żonę:
- I jakie są Twoje wnioski?
- Film z przesłaniem, że warto podążać za uczuciem bez względu na to co cię wiąże.
- Ja znalazłem tu inną prawdę – odpowiedziałem nie pytany.
- Jaką?
- Na gówno komu są dziś potrzebni porządni ludzie.
Trochę nostalgicznie zrobiło się nam w ten niedzielny wieczór, pomimo użycia słowa - gówno, a miało być lekko i zabawnie.
Spojrzałem jeszcze raz w opis filmu. Komedia, dramat, romans, czyli dla każdego coś innego.
Czy zachęcam do oglądania filmu?
Każdy ma swój swój gust, swoją mądrość, swój poziom akceptacji dla ludzkich zachowań.
Tylko Internet mamy globalny.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Nowy wypasiony telefon


To żaden news, bowiem historia ma już kilka dni. Starszy  syn zmienił telefon. Każdy zmienia telefon średnio co dwa lata, bo tak stanowi umowa. Dużo dłużej zresztą taki telefon nie wytrzymuje, w związku ze znanymi działaniami producentów, mającymi na celu ograniczenie żywotności sprzętu. Od dawna byliśmy śmieciarską nacją, teraz jednak znacznie przyspieszyliśmy. Jeżeli ktoś nie chce czekać na koniec umowy i promocyjne propozycje, to wywala dwa i pół tysiąca za super design nowego aparatu. Starszy nie poszedł w żadne ekstremalne linie czy możliwości i wziął telefon za czterdzieści dziewięć złotych. Dumny jednak i blady.  Bawił się nim przed, w trakcie i po wtorkowym obiedzie w rodzinnym domu. Znaczy się u nas. Nie wypadało mi głośno zauważyć tej bladości, ponieważ młode żony łatwo mogą źle  odczytać luźną uwagę ze strony teściów. Na przykład o zabiedzonym synu. Oni w końcu żyją po swojemu, dbając o siebie nawzajem. Ja zaś miewam język uszczypliwy, chociaż staram się nad nim panować. Wychodzi mi to z różnym skutkiem bo wiadomo – ciągnie wilka do lasu. Wracając zaś do telefonu. Na małym ekranie, z pomocą Androida, można było wyczarować cały zestaw perkusyjny i walić w te bębny do woli. To strasznie denerwujące dla otoczenia, przyjemne zaś dla walącego paluchami w ekran. Sprawdziłem to na sobie. Wszystko by było takie podniosłe i modern, gdyby nie Młodszy, który wziął  aparat w dłonie. Obejrzał obudowę z tyłu, potem z boku, a na końcu z frontu. Nowa granatowa metaliczna obudowa połyskiwała w promieniach zachodzącego słońca. Młody pstryknął w klawiaturę i kiedy ekran rozjaśnił się, spytał brata - Starszy coś Ty tu napisał w kalendarzu? - Wtorek  16.30 obiad u rodziców. To byłbyś w stanie to zapomnieć? Przecież od roku pojawiacie się tu w każdy wtorek o 16.30.
Starszy zmieszał się trochę i powiedział
- Chciałem coś wpisać na próbę  do kalendarza i to sobie wpisałem.
- Mam to samo – włączyłem się do rozmowy – bardzo chcę prowadzić elektroniczny kalendarz, a przeszkadza mi w tym dobra pamięć. Mam też nawyk prowadzenia papierowego terminarza. Jakoś łatwiej i szybciej mi z tym idzie.
- A ty Młody, gdy dojdziesz do lat, to z pewnością wyrobisz sobie zwyczaj cyklicznego odwiedzania rodziców. Obiad jest do tego doskonałym pretekstem – stwierdziła żona.
Czerwone papryki faszerowane beszamelem harmonizowały z białym ryżem na stole przykrytym serwetą w kratę.
-Aż prosi się do tego to wino, które przywieźliśmy dla Was z Egeru – prowokował Syn.
Rubin kieliszków uzupełnił paletę kolorów. Faktem jest, że wino było bardzo dobre i co najważniejsze zwiezione bezpośrednio od producenta dwa dni wcześniej.
- A wprowadziłeś do telefonu informację o urodzinach żony? - Tak żeby Ci zadzwonił i przypomniał – zażartowałem. 
Okazało się jednak, że wziął to na swoja pamięć. To tak jak ja. Bez telefonu pamiętałem, że w niedzielę, pierwszy raz, wspólnie  obchodzić będziemy urodziny Synowej.
Powinienem napisać to w czasie przeszłym, bo była już ta niedziela i była okazja do tego miłego rodzinnego spotkania. Jak to dobrze, że teść z teściem, pozostajemy w dobrych relacjach. To znacznie przeżywanie takich chwil ułatwia. 
Znajoma, która jakiś czas temu wydawała za mąż córkę, opowiadała o drodze pełnej kamieni i nierówności, w relacjach z przyszłymi teściami córki. Młodzi już po ślubie, a nadal kombinują, jak pogodzić ogień z wodą. Kogo z kim nie zapraszać, i kogo nie sadzać obok siebie.
Można skomplikować sobie życie, nie sięgając nawet do działań radykalnych.
A we wtorek kolejny obiad z młodymi. Ciekaw jestem czy, starszy nie obciąża już tym faktem pamięci telefonu. 
Zaraz, zaraz. Z powodu dzisiejszej wizyty u lekarza, tradycja zostaje jednorazowo przeniesiona na środę. 
Chyba sobie to gdzieś zapiszę i jeszcze to, żeby zaraz po pracy meldować się w domu.
Pod ręką mam jednak tylko telefon.
 

  



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Twoja na dobre i złe, czyli o realizacji ślubnych projektów

Marzenia które się spełniają, nie są marzeniami tylko planami.
Plany które się nie spełniają, nie są zaś per analogiam marzeniami. Mówi się wtedy, że ponoszą fiasko i powodują nerwice i frustracje.
Syn znajomych od dłuższego czasu planował wspólnie z narzeczoną swój ślub.
W przerwach między remontem wspólnego gniazdka i załatwianiem formalności rozmawiali o tym jak to wszystko będzie wyglądać.
Garnitur i suknia były już odhaczone, lokal na wesele z pomocą mamy zarezerwowany, a menu ustalone.
- A czym pojedziemy do ślubu? – spytała przyszła żona.
- A może na przekór wszystkim maluchem? - zaproponował przyszły mąż.
Ponieważ jak w każdym związku, na początku wspólnej drogi idzie się sobie wzajemnie na rękę, jak wymyślono, tak zaplanowano.
Znalazł się odpowiedni samochód. Już dwa miesiące wcześniej, zaprzyjaźniony mechanik wziął go na warsztat.
- Zrobiłem co się dało – powiedział fachowiec oddając kluczyki do wozu - Nie powinno być żadnych niespodzianek.
Pstryk, pstryk - po bajerancku zadziałał centralny zamek, rzadkość w samochodach tego typu.
Potem nastąpił czas oswajania wnętrza, Przyszły Pan Młody ze ścierą, gąbką i płynami do nabłyszczania, walczył z plastikami, kanapami i dywanikami.
Pewne obawy zasiała moja żona, ale ona z pewnością nie była jedynym siewcą wątpliwości. Spytała bowiem - czy w planowanej sukni Panna Młoda zmieści się do ciasnego wnętrza.
- Najważniejsze żeby zmieściło się koło – padła zdecydowana odpowiedź.
Nie zapasowe oczywiście, bo to sprawdzone dwa razy, sennie leżało na swoim miejscu w bagażniku. Chodzi o koło na którym buduje się dół ślubnej sukni. Jestem taki mądry ponieważ całkiem niedawno woziłem moją żonę na seanse mierzenia sukni naszej Synowej.
Czego ja się wtedy nie naoglądałem. Po trzecim modelu kiecki, zapominałem jednak wygląd pierwszej. W tym zagubieniu, z reguły po kwadransie, salwowałem się ucieczką z lokalu. Wolałem w spokoju oglądać wystawy przypadkowo spotkanych sklepów.
Wracając zaś do tego pasjonującego koła.
- Jeżeli się nie zmieści, wyciągniemy przednie siedzenie.
Życzyliśmy im powodzenia, szanując prawo młodych do realizacji własnych projektów.
Na wspieraniu pomysłów naszych młodych nie wyszliśmy przecież źle.
W ostatnią sobotę, od rana trwały gorączkowe prace wokół bloku. Klatka schodowa została udekorowana świerkowymi gałązkami, a koło południa pojawił się wspomniany maluch. Błyszczący i odświętny. Przednia i tylna rejestracja zasłonięta okolicznościowym napisem a na antenie biała kokarda. Przednie siedzenie pasażera zdemontowane, najpewniej z powodu owego koła.
Młody zrobił dwie, kontrolne rundki koło bloku i zatrzymał się centralnie naprzeciw wejścia.
Kamerzysta sprawdził światło i poziom naładowania baterii, na koniec kiwnął ręką.
- Akcja.
Z klatki wyszedł Pan Młody, prowadzony przez dwie urodzie dziewczyny. Zasiadł za kierownicą i symulował, zgodnie ze scenariuszem, problemy z uruchomieniem wozu.
Dziewczyny zaczęły pchać wóz na niby, a on jakby od tego pchania ożył i odjechał w kierunku nowej, świetlanej przyszłości. Napis – ostatni dzień wolności- na tylnej klapie malał w oczach.
Mijał właśnie róg sąsiedniego budynku gdy nagle zakasłał. Potem zrobił to jeszcze raz, a potem zamilkł. I ta cisza była bardzo niepokojąca.
- Pan Młody próbował zakręcić rozrusznikiem. Raz drugi i trzeci. Za każdą kolejną próbą, kręcenie stawało się coraz bardziej leniwe.
- Zdechł zawyrokował Ojciec Pana Młodego. A on zawsze wie co mówi, w końcu jest osoba związaną z branżą samochodową.
Nie pomogło też pchanie, tym razem prawdziwe a nie symulowane. Ani raz nie odezwał się, nawet na chwilę
Na to pchanie ostatniej szansy, wpadł kamerzysta. Niezwykle zadowolony z pierwszego ujęcia z daleka już krzyczał
- Wyszło doskonale, nie robimy żadnych dubli.
Przywitało go tylko lodowate spojrzenie Pana Młodego. Nikt nic nie tłumaczył.
Wezwana na pomoc Matka Pana Młodego odpaliła swój samochód, błogosławiąc decyzję o wczorajszym myciu i dokładnym sprzątaniu całego auta. Było jak znalazł, chociaż w natłoku innych pilnych spraw prawie nie było na to czasu.
Kiedy podjeżdżali pod kościół, kierowała nimi już jednak tylko normalna trema przed ceremonią. Bez nienawiści do malucha , bowiem aby wszystko było jak należy, trzeba wszystkim wybaczyć.
Bo grona „wszystkich” Młodzi zaliczyli i padniętego fiata 126p.
A potem już tylko sakramentalne „Tak”, muzyka na wyjściu, sypanie ryżu na szczęście i życzenia.
Tradycyjne.
Tradycyjnie też spod kościoła, Młodzi udali się na wesele wielkim amerykańskim cadillakiem, dostosowanym do wożenia zaślubionych właśnie par.
Tradycyjnie, elegancko i jak kpią młodzi - w drobnomieszczańskim stylu.
Nie udała się ta manifestacja niezależności. I to był drugi pech, bo pierwszy to nagła zmiana kościoła.
Ot po prostu, wymarzony kościół, otrzymał europejską dotację na remont głównego ołtarza. Robotnicy radośnie rozwiesili siatkę ochroną na zabytkowych figurach.
Sceneria niczym z harcówki nie przypadła jednak do gustu młodym i zaczęli szukać alternatywy.
Dzięki Bogu udanej.
To również zauważyłem w rozmowie z rodzicami Pana Młodego.
- Słuchajcie limit pecha już wykorzystali. Kłopoty chodzą parami. Kościół i samochód wyczerpują ten limit, a więc przed nimi tylko radosna uroczystość i pogodna przyszłość.
Bardzo chcieli uwierzyć w moje słowa.
Na odchodnym Ojciec Pana Młodego wcisnął mi w rękę kluczyki od pechowego auta.
Podjedź proszę po uroczystości i zerwij z rejestracji te ozdoby. Niech nie przypominają mi, że ostatnie chwile wolności zaparkowały przy osiedlowym chodniku.
Zrobiłem jak prosił.
Oskubany z ozdób, stał jak setki jemu podobnych steranych życiem pojazdów.
On już jest elementem historii i chyba nie zależało mu specjalnie by ją na nowo tworzyć.
Ktoś inny powie tylko – złośliwość martwych przedmiotów,
A tylko Młodzi uzgodnili, że to tylko plan nie wypalił.
Ale marzenia o wspólnym życiu, zrealizowały się ostatnią sobotę.
Na przekór powiedzeniu.

piątek, 24 sierpnia 2012

Czwarta świeczka

Letnie miesiące dobiegają sennie swojego kresu, a ja powinienem przygotowywać się do odpalenia czwartej świeczki na blogowym torcie. 24 sierpnia mijają dokładnie cztery lata, od czasu gdy Antoni Relski skrobnął coś po raz pierwszy i od razu o seksie.
Najpierw sobie te świeczki zapalę, później zdmuchnę wymyślając wcześniej życzenie. Tak po prawdzie to życzenie mam wymyślone, a tortów nie lubię.
To może w myśl cytowanej w zeszłym roku pieśni żeglarskiej – cztery piwka na stół?
Po zastanowieniu nabieram wątpliwości. Ma niestety ta pieśń i ostatnią zwrotkę, a w zasadzie odwrócony refren. Jak się mówi A...
W popielniczkę pet, cztery piwka na stół,
Już tej Damy roześmianej nie przytuli Król.
Gdzieś nam się zapodział atutowy As,
Tego Szlema z nami wygrał czas.
Pytanie tylko czy mam ochotę stanąć po stronie przegranych.
Krew się jeszcze burzy, a jak pisał Młynarski, dalej kleję na strychu te połamane skrzydła.
Mam nadzieję, że to przebija się w postach.
Przy okazji rocznic czas na podsumowania. Niech przemówi język statystyk.
W porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego swoją wydajność twórczą podniosłem o prawie trzydzieści procent. Co jest o tyle ważne, że w poprzednich latach notowano tendencję spadkową.Może to wszystko dlatego, że w pierwszym roku miałem tak wiele do powiedzenia, że rzuciłem się do pisania jak przysłowiowy szczerbaty na suchary.


Po tych kilku latach już wiem, że czasem lepiej coś przemilczeć niż zbyt pospiesznie wypalić.
Wycofałem tylko jeden tekst, ponieważ zapomniałem o mądrości która popisałem się w poprzednim zdaniu. Poza spamem nie usunąłem żadnego komentarza, bez względu na stosunek jego autora do mnie.
No i znalazłem się na Blogerze nie porzucając jednakże Onetu. To Oni motywowali mnie do działania nagradzając gwiazdkami wiele tekstów. Zdarza się też, że mój tekst gości na pierwszej stronie portalu, obok wiadomości z politycznego i artystycznego świata.
Jeżeli powiedziałbym, że to nie jest powodem do radości, łagł bym w żywe oczy 
To zaspokaja moją próżność. Każdy wszak ją ma.
Wychodzi na to, że jestem jak ten przodownik pracy socjalistycznej.
Tylko jak budowali przodownicy, wiemy wszyscy. Nie zawsze ilość idzie pod rękę z jakością.
Bo trzeba jeszcze umieć.
Jest taki dowcip
Do rabina przyszedł starszy Żyd, składając takie oświadczenie
- Rebe, mój syn nie umie pić wódki i grać w karty.
- To czym ty się Mosze przejmujesz? To przecież bardzo dobrze
- Ale on nie umie grać a gra. Nie umie pić a pije.
Słyszałem w trakcie jakiego wywiadu, że teraz nikt nie czyta, wszyscy za to piszą.
Bez względu na umiejętności.
Nie każdy potrafi być jak ten góral, o którym opowiadał mi jeden z tutejszych spowiedników.
Przyszedł był stary chłop do kościoła, rzucił się przy konfesjonale na kolana i wyznał, że strasznie klnie. Jest to dla niego duży problem ponieważ nie potrafi nad tym zapanować.
Konfesjonały w górskich wsiach to nie tylko miejsca gdzie uzyskuje się bezpośrednie połączenie z Panem Bogiem, ale również miejsce porad i wskazówek jak żyć. Starał się więc ksiądz jak mógł aby pomóc parafianinowi w potrzebie.
- A może ty byś Józek mówił coś miłego dla ucha. O albo śpiewał. Opowiadali mi niektórzy wierni, że zamiast kląć śpiewają.
No jak, mógłbyś Józek śpiewać?
- Ale to jeszcze trzeba kurwa umieć, proszę księdza – wypalił szczerze Józek
I to jest bardzo dobre stwierdzenie. Takie nasze, góralskie i polskie.
Jest też odpowiedzią na pytanie które sobie z roku na rok zadaję
Na ile ja to umiem?
Bo od pisania to się już trochę uzależniłem.
I jeszcze coś na koniec, ale to tylko dlatego że najlepsze zostawia się właśnie na koniec.
Nie było by Antoniego Relskiego, gdyby nie było Was, czytelników mojego bloga
Jesteście zaprzeczeniem tezy, że teraz nikt nie czyta. A wspieracie mnie swoimi wejściami.
Każdy Wasz komentarz czytam z wielką uwagą i przyjemnością.
Dziękuje bardzo i kłaniam się nisko

środa, 22 sierpnia 2012

Wszystko może być powodem do radości lub lęku.

No i zrobiło się gorąco. Jak dla mnie za gorąco.
Jeszcze w sobotę, kiedy goliłem podkaszarka skarpę pod domem, podzieliłem się z żoną spostrzeżeniem o nadciągającej jesieni. Temperatura pozwoli żyć, słońce nie dopieka, a co chwilę wpada się twarzą w małe siatki pajęczyn. Babie lato niechybnie oznacza nadchodzący koniec brykania. I te chłodne noce. Co prawda, w myśl przysłowia zaczynają się od świętej Hanki, ale teraz jakby czuję to bardziej. Okno tylko uchylone, a i tak nocny chłód wdziera się wszędzie. Może to wszystko spowodowane jest tym, że większość czasu dom stoi niezamieszkały, a więc zachowuje ten swój specyficzny, własny chłód.
Niedziela zniszczyła moja teorię o końcu lata, a początkowe dni tygodnia starły ją w pył. Znowu otwarte na przestrzał okna, znowu problem z zasypianiem w parne i bezwietrzne noce. W taki czas, kiedy mrok wypełnia pokój, miota się człowiek we własnej bezsilności. Próbuje zasnąć bo nie ma innej alternatywy, gdy rano trzeba iść do pracy.
Moja żona, jak każda zaradna i gospodarna kobieta, z powodu bezsenności opracowała plan sprzątania domu. Na pierwszy ogień poszły oczywiście okna i firanki.
Okna umyte lśniły w słońcu, a firanki wirowały się w pralce gdy zasiadłem do obiadu. Z powodu zużytych łożysk, jazgot dochodzący z łazienki był większy niż dźwięk startującego samolotu sportowego na lotnisku w Nowym Targu.
- Przecież były zmieniane dopiero ze trzy miesiące temu – stwierdził nasz mechanik od AGD.
- Pan nie zna mojej żony. Pranie to jedna z jej pasji.
Nie lubię okien bez firanek, nie lubię też, o czym już pisałem, jeżeli są nierówno zasunięte.
- Kiedy Młody rozwiesi firanki? – spytałem dla podtrzymania konwersacji.
- Przecież masz firankofobię - stwierdziła żona – tak nie jest lepiej?
- Mam - odpowiedziałem - i muszę ją pielęgnować. Widział kto, żeby pozbyć się natręctw tak z dnia na dzień? Chyba tylko w obliczu cudu, a na cud się nie zanosi.
Kończyłem właśnie kawałek tarty z jabłkami i doświadczana w związku z tym przyjemność skierowała mnie w świat fantazji.
- To i tak dobrze, że drażnią mnie tylko firanki. Wyobraź sobie, czytałem właśnie, że pół procent mężczyzn cierpi na ityfallofobię, czyli strach przed wzwodem własnego penisa, zaś około 2 proc. mężczyzn cierpi na eurotofobię, czyli strach przed waginą.
Gdy tak sobie o tym pomyślę, wychodzi na to, że te moje firany są jak błogosławieństwo.
Gdzieś tam w pokoju Młodego skończyła sączyć się z głośników klubowa muzyka i zapanowała względna cisza. Zaraz też pojawił się i sam Młody, rozpoczynając inwentaryzację lodówki.
Minęła już dłuższa chwila tego wietrzenia, ponieważ włączył się ostrzegawczy brzęczyk. Młody dalej nie mógł się zdecydować.
- Po takim czasie to z pewnością zapamiętałbym wszystkie produkty z lodówki – zauważyłem
- Bo Ty jesteś genialny – stwierdził z przekąsem Młody
Wyciągnął ze środka owocowy jogurt. Zamknął potem demonstracyjnie drzwi lodówki i obrócił się na pięcie.
- Ty nie masz jakiejś fobii z tym prądem i gazem? - spytał na odchodnym, nie czekając na moją odpowiedź
- To się nie nazywa fobia, to się nazywa oszczędność. A oszczędność to pozytywna cecha, nie schorzenie.
- Gorąco, wszyscy są rozdrażnieni - powiedziała z matczyną miłością i zrozumieniem żona.
- A ja jakoś się trzymam – zauważyłem – nawet w upał.
- Młody już powiedział, że jesteś genialny. Ja dodam, że i idealny.
Ponieważ jestem starym wróblem by złapać się na przysłowiowe plewy. Pochlebstwa podszyte ironią wyczuwam od razu.
Ale w końcu rodzina to miejsce gdzie swoje ujście znajdują emocje. Te dobre i te niekoniecznie dobre.
A wszystko trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. I z uśmiechem, choćby miał być ironiczny.
Wieczorem, przy małym kieliszku chłodzonego wina podzieliłem się z żoną pewnym spostrzeżeniem.
CKM z którego zapożyczyłem te procentowe dane podaje dwie ciekawe informacje.
Pierwsza to ta, że kobiety kochające się w ciepłych skarpetkach, z reguły szybciej osiągają orgazm.
Druga, że kobiety chodzące w butach na wysokich obcasach przeżywają najbardziej intensywne orgazmy.
Wychodzi na to, że najlepsze i najszybsze orgazmy osiąga kobieta w szpilkach, ubranych na ciepłe frotowe skarpety. Tylko wtedy trudno w ogóle o seks. Znajdźcie faceta którego zakręci taki zestaw, a nie będzie się zasłaniał chociażby którąś z wyżej wspomnianych fobii. Nawet firankową.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Moje zmagania z mitami

Sierpień to ponoć miesiąc walki z alkoholizmem. Ja na własny użytek wykorzystuję wrzesień dla odtrucia organizmu po wakacyjnych swawolach. Dieta i wstrzemięźliwość wystarczą. Nigdy do tej pory nie zachowywałem się tak by była potrzebna włosiennica.
Aby jednak poprzeć główny nurt walki na polu abstynencji, dzisiejszy Dziennik.pl zmaga się z mitem picia. Na stronie głównej alarmuje tytułem - Alkohol wcale nie pomaga. 5 największych mitów.
Redakcja wzięła się za obalanie mitów, co wydaje się nieco karkołomne, ponieważ naród nasz a nawet całe społeczeństwo mitami żyje. Przedstawiciele tego narodu żyją nawet z mitów i to chyba całkiem nieźle.
Kogo nie stać na mit, rozpowszechnia bajki, choćby to miały być bajki z mchu i paproci.
Wróciłem właśnie z mojej gorczańskiej wsi, pełnej tych mitów i bajek.
No więc co jest kłamliwego w alkoholu o którym już starożytni mówili in vino veritas.
Później poddano vino destylacji, a więc i veritas powinna być wszelka i bardziej skondensowana.
Setka na trawienie
Ponoć to bzdura, bo alkohol drażni zamiast pomagać. Zastanawiam się czy autor tego stwierdzenia chociaż raz w życiu jadł golonkę? A jeżeli tak, to czy próbował bez pięćdziesiątki lub choćby małego piwa?. Przyznam, widziałem kiedyś rozdrażnionego Józka, ale to tylko z powodu ograniczenia dostępu do alkoholu.
Gdybym tak przyszedł do Jaśka na świniobicie, ze słoikiem musztardy, sam mógłbym zaliczyć w ryja. Kiedy przynoszę flaszkę, zapraszany jestem szerokim, gospodarskim gestem. Na dodatek dostaję na drogę przetwory bez chemii, emulgatorów, zagęszczaczy i całych tych E czterysta coś tam. Takie wędliny to ekologia i samo zdrowie, a więc suma sumarum, alkohol podziałał na lepsze trawienie.
Alkohol wzmacnia organizm.
Nie? A na jakie wyczyny potrafi zdobyć się znietrzeźwiony facet? Buduje gmachy, przenosi rzeki, pcha lokomotywy i nie boi się własnej żony.
Działo się to kiedyś w trakcie imprezy, w pewnej fińskiej knajpie. Nasz znajomy księgowy, mały łysawy pan koło pięćdziesiątki, zerwał się był nagle od stolika i podszedł do pijącego piwo dobrze ponad stu kilowego motocyklisty. Nie wdając się w dłuższe dyskusje, stanął na palcach, złapał odzianego w skóry za głowę i na czole olbrzyma złożył wielki, soczysty pocałunek. Przymknęliśmy oczy, aby nie oglądać, tej miazgi jaka powstanie za chwilę z naszego księgowego. Olbrzym zaśmiał się jednak i poklepał go po plecach tak serdecznie że ten złożył następny pocałunek na barowej ladzie.
Potem powiedział coś po fińsku, albo w innym niezrozumiałym języku i postawił księgowemu piwo.
Czy toś słaby zdecydowałby się na pocałowanie lwa w nos, w jego legowisku?
Herbatka "z prądem" na rozgrzewkę.
To mit i nie działa. Dalej jest nam zimno tylko tego nie czujemy.
Działa więc tylko na głowę, a to też dobrze. Jak gdzieś czytałem, że nawet udany seks rodzi się w głowie. A więc warto.
Poza tym taka góralska herbata rozgrzała już niejedno towarzystwo, nawet sceptycznie nastawionych do siebie ludzi.
Ileż to razy przyszło mi to sprawdzić.
Kieliszek za zdrowe serce
Tak mówił mój prawie stuletni dziadek, a wiedział co mówi bo o zdrowie dbał. A medycynę ludową cenił.
Mój kardiolog też tak mówił, jakiś czas temu. A potem już nie poruszałem tych tematów jako oczywistych. W końcu nie będę się pytał jak szczeniak czy mogę wypić
Poza tym taka na przykład treściowa mówi, że mam dobre serce.
Niezmienne powtarzam jej, że po drinku mam jeszcze lepsze. Oddałbym nawet przysłowiową ostania koszulę, dla innego człowieka. Wszak jest mi bratem, swatem i czym tam jeszcze trzeba.
A jak dobre serce nie może być zdrowe?. Przecież zdrowe i dobre to synonimy.
Drink na dobry sen.
Że ponoć po alkoholu sen jest niespokojny.
Mój znajomy o którym już kiedyś było, po degustacji alkoholu miejscowej produkcji, w pewnej chwili odszedł od stolika. Sprawdziliśmy i okazało się, że zapikował lotem nurkowym w świeżo obleczone i zasłane łóżeczko. Spał do rana jak dziecko i tak spokojnie, że wcale nie trzeba było poprawiać pościeli. Jak mówiła jego żona - zawsze po nocy kopał jak koń. Klasyczny przykład syndromu niespokojnych nóg.
I tak to naukowcy swoje, a życie i tradycja swoje.
Kiedy moja żona doświadczała pierwszej a później drugiej ciąży, zaleceniem lekarzy było picie czerwonego wina. Oczywiście odrobinę i od czasu do czasu.
Szczególnie przy pierwszym dziecku, nabycie tego trunku było trudne i czasochłonne.
Wystałem gdzieś tę butelkę Cabernet Savignone i od czasu do czasu, zgodnie z zaleceniem lekarza, podawałem żonie przy kolacji.
Teraz doczytałem się, że nawet najmniejsze ilości alkoholu w ciąży szkodzą.
Patrzę na te moje dzieci - nie wyglądają na „zaszkodzonych”.
Zalecenia lekarzy zmieniły się w tej kwestii o 180 stopniu.
A aptekarze jak kiedyś, nadal robią nalewki na spirytusie.
Szkodzi. Wszystko szkodzi, nawet golonka, a nie będę przecież popijał alkoholem zdrowych płatków owsianych.
Szkodzi, wędlina, ser, masło, mleko odtłuszczone i to bardzo tłuste. Jarzyny z metalami ciężkimi i pryskane owoce.
Parafrazując inżyniera Mamonia – chciało by się proszę Pana, aż wypić na uspokojenie wystraszonej duszy. I jak proszę Pana siadam i piję.
Od razu czuję, że chrom mniej mi szkodzi, mięśnie tężeją. Ja jestem świadom swej wartości i dobroci. Bo jak już wspomniałem - wszystko rodzi się w głowie.
I jeszcze jedno co przemawia za alkoholem, jak każe dobre lekarstwo, ma swoje dobrze znane i szeroko opisane skutki uboczne. Czyli ma plusy i minusy.
A w życiu o to chodzi, aby te plusy nie przesłoniły nam tych minusów.
I nie o naukowe metody obrzydzania idzie, a przed wszystkim idzie o umiar szanowni Państwo.
O umiar.

piątek, 17 sierpnia 2012

Oczekiwana przesyłka

Tak mnie coś wczoraj kusiło, żeby zajrzeć do skrzynki pocztowej. Jednak z siatami pełnymi zakupów było to praktycznie niewykonalne. Olałem więc skrzynkę i przeciskając się pomiędzy malarzami, pokrywającymi poręcze świeżą farbą, zacząłem wspinać się do góry. Klatkę schodową malują nam już ponad miesiąc. Na uwagę rzuconą w administracji, że chyba to zbyt długo, otrzymaliśmy odpowiedź - pytanie
- To chcecie Państwo szybko czy dokładnie?
Szybko nie jest, a z dokładnością malowania można by dyskutować.
Jednym słowem kurz, smród i dziadostwo.
Efekt ponoć będzie jak trzeba. Pożyjemy zobaczymy.
Potem zadzwonił kolega, który zajmuje się organizowaniem wczasów w Bułgarii i namawiał mnie do odwiedzin. To gdzieś w okolicach Burgas. Dobrze że nie opowiedziałem tego żonie, bo gotowa spakować się w przeciągu pól godziny.
Wieczorem zapadłem w stan totalnego zmęczenia, ale to nie z powodu cukru. W każdy czwartek robię badanie poziomu cukru nakłuwając się co kilka godzin. Odczyty wyszły jak trzeba, więc może to ta pogoda, albo co?
Przysnąłem na wieczornym filmie, a potem machnąłem na wszystko ręką.
Dzisiaj w drodze do pracy opróżniłem skrzynkę i znalazłem przesyłkę z Nowego Targu. Wewnątrz płyta z filmem i prawie dwie setki zdjęć. Chłopaki dotrzymali terminu.
Ciekawość nie pozwoliła mi przejść obok koperty obojętnie i już w pracy przejrzałem na szybko zawartość.
Aż dech zapiera.
Poczułem ten klimat bardziej, ale pewnie trzeba siedzieć na skraju skrzydła, z wiatrem we włosach, żeby to poczuć naprawdę.
Wrzucam klika zdjęć które wydają mi się ciekawe.
Może ktoś z Was poczuje wiatr we włosach i ucisk w mostku.
A ja biorę żonę i jedziemy na wieś. Już czuję ten ucisk w mostku gdy pomyślę ile trawy jest do wykoszenia
A może pogoda pokrzyżuje mi te plany, któż to wie.

Wiatr we włosach  lepszy niż na motocyklu


Wysokościomierz pokazuje 2.700 m


W dole Nowy Targ. Z tej perspektywy wygląda  równie pięknie

Takich przewrotek  z pewnością nie mógłbym wytrzymać


Ci co się znają, mówili, że po takim skoku nic już nie będzie takie jak dotychczas.
Przyjąłem to z optymizmem
A co !

czwartek, 16 sierpnia 2012

Kraków nocą, rzadko doświadczany widok

Kiedy zobaczyłem we wczorajszych wiadomościach ten tłum turystów na górskich szlakach, z zadowoleniem oceniłem swoja decyzję o pozostaniu w Krakowie.
Leniwa środa pozwoliła na odrobienie zaległości i tu i tam. Przede wszystkim w kontaktach z rodziną. Wspólny obiad jest idealna do tego okazją.
Co prawda przy okazji wyraziłem swoją uwagę o potrzebie dzielenia radości dzieci z ich rodzicami, ale jak to powiedziała goszcząca u nas Beata – było to zdecydowanie ale i grzecznie.
No proszę. Młode dziewczę a dyplomatka.
Media nie mogą zdecydować się czy to święto żołnierzy, czy jak to mawiał mój dziadek - Matki Boskiej Zielnej.
Wtedy to bowiem, w rodzinnej wsi ojca, święciło się wszelkiej maści zielsko. Wcześniej tworząc z zebranych na łące ziół dorodny bukiet. Panny wtykały w bukiet jabłka, a kawalerowie po święceniu podbiegali do co ładniejszej panny, by ukraść jej cenne jabłuszko. Był to oczywiście wstęp do sięgnięcia po rzecz najcenniejszą, ale nie działo się to tego samego dnia. Panny otaczały jabłka ostami, aby trudniej było wyszarpać owoc, a i tak co bardziej urodziwe, wracały do domu bez jabłek. Sam mam na koncie kilka papierówek, bo i zwyczaj był kultywowany jeszcze całkiem niedawno.
Zadurzyłem się też w jednej dziewczynie od jabłek. Z tego co pamiętam miała bardzo ładne i gęste włosy, a warkocz spleciony z tych włosów sięgał jej aż do pasa. Ja miałem czternaście, może piętnaście lat.
Prowadzaliśmy się nawet za rączkę, spacerując nad miejscowym potokiem. Potem siedząc na kładce rzucaliśmy w wodę kamyki, bądź zerwane kwiaty mleczów, patrząc jak prąd wody zabiera je i unosi w dal.
Rodzina uznała jednak, że jesteśmy zbyt młodzi i to puszczanie z nurtem żółtych mleczów starali nam się ze wszystkich sił ograniczyć.
Widziałem ją z dziesięć lat temu, przy okazji jakiegoś rodzinnego wydarzenia. Nie ma już tego fantazyjnego i grubego jak ręka warkocza. Dojrzała jak ja i wygląda jak kobieta przed pięćdziesiątką. Minęliśmy się nawet, nie poznając się zupełnie i tylko kuzyn zapytał
-Co Lucyny nie poznajesz?
Nie poznałem, za to w serdecznej pamięci zachowałem to szczeniackie kołatanie serca i przyjemność ze wspólnego gapienia się w nurt strumienia.
Jak to miło, że pamięć pozostawia z reguły te milsze wspomnienia, dzięki którym wydaje nam się, że nasze życie to jedno pasmo sukcesu. Przez skromność nie użyję słówka -wielkie.
Jest szansa, że i po latach dni dzisiejsze pojawią się w klatkach pamięci jako okres udany i szczęśliwy. A przecież już teraz nie powinienem narzekać.
W wigilię święta, czyli we wtorek wybraliśmy się do samego centrum miasta.
Korzystając z jednego z nielicznych udogodnień dla niepełnosprawnych, zaparkowaliśmy dosłownie pod nosem krakowskiego Ratusza, na ulicy Anny tuż przy skrzyżowaniu z Wiślną.
Tłum przemieszczał się z jednej na drugą stronę i mieszał się z tymi który obrali przeciwny kierunek. Pod „głową” Mitoraja jak zwykle tłum, pozujący i pstrykający na zmianę, niczym japońscy turyści. Przeszliśmy koło ogródków jednej i drugiej knajpki. Minęliśmy Wierzynka i dotarliśmy do celu naszej wizyty.
Zostaliśmy zaproszeni na kolację do restauracji o swojsko brzmiącej nazwie – Marmolada.
Zastanawialiśmy się nad motywami nazwania eleganckiego lokalu, w samym prawie rynku taką właśnie nazwą. Pasuje ona bardziej do pierogarni, lub bistro niż do eleganckiej restauracji.
Chociaż na stornach www jest uzasadnienie nazwy, na początku towarzyszył mi pewien sceptycyzm, który jednak szybko minął, gdy tylko znaleźliśmy się w środku.
Szczególnie, że czekali już na nas znajomi, pomysłodawcy tego wieczoru.
To jedna z tych służbowych znajomości, która przekształciła się w prywatną zażyłość i przetrwała pomimo mojej zmiany pracy. Po historii z chorobą mojej żony, znajomość nabrała nowych kolorów i trwa. Nie chcę tutaj używać słów większych, bo bardzo rzadko używam obecnie słowa „przyjaźń”. Sami nazwani tym słowem wybili mi to z głowy. Ale czymże innym jest ta nasza znajomość, jeżeli są w stanie przyjechać tutaj z miejscowości odległej o prawie czterysta kilometrów?
Załatwiają swoje sprawy i zawsze znajdą czas na spotkanie.
Mogliby wracać do domu zaraz, a tak odkładają to do następnego dnia.
Delektowaliśmy się przystawkami, daniem głównym i deserami, opowiadając przy espresso o naszym życiu. Przychodzi taki wiek, że zażywa się te same tabletki, a więc tematy same cisną się na usta.
Każdy wysłuchał każdego, ale i tak hitem wieczoru były wspomnienia żony ze swojego pierwszego skoku spadochronowego.
Kiedy jakieś dwie godziny przed północą opuściliśmy lokal, nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności spaceru wokół Rynku. A ten, fantastycznie podświetlony nie stracił nic ze swej dziennej dynamiki. Dalej w ogródkach siedzieli imprezowicze, a konie zaprzężone do dorożek, stały na płycie potrząsając grzywami. Ktoś brzdękając na strunach gitary myślał, że jest jak Paco de Lucia. Grupka młodych wypuszczała w powietrze coś na kształt podświetlanych małych spadochronów. Rozświetlały noc na niebiesko i chociaż szybko jak frunęły w górę , w dół opadały powoli i dostojnie.
Taksówki cały czas zwoziły turystów, dla których niczym we Włoszech, nadchodził dopiero czas zabawy.
I tylko z tego zachwytu nad atmosferą Rynku wyrwał nas jakiś obcobrzmiący facet, który wcisnął nam do rąk wizytówki, mrugając okiem i wyrzucając z siebie tylko dwa słowa
- Bunga bunga
To może to przez to, że Panie zagadały się na jakiś ważny temat i zdecydowanie zostały z tyłu.
- Klasyfikują nas do aktywnych. To dobrze - podsumował znajomy
- Raczej do mniej zaradnych - ostudziłem radość kolegi.
Zaraz też pogoniliśmy nasze Panie, żeby odstawały najdalej na dwa kroki za nami, dzięki temu nikt nie będzie nam miał za jeleni.
Pożegnaliśmy się serdecznie i obiecaliśmy sobie wkrótce się spotkać.
A potem wyjechaliśmy w noc wąskimi uliczkami prowadzącymi z Rynku.
Kiedy dotarliśmy do domu i wygramoliliśmy się na nasze trzecie piętro, było już dobrze po jedenastej.
Ponieważ staram się zawsze dotrzymywać danego sobie słowa. Napełniłem kieliszki czerwonym winem, by pożegnać ten miło spędzony wieczór.
Wybiła północ, a my wciąż byliśmy sami. Młody miał się pojawić dopiero za jakieś dwie godziny.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Uzasadnię każdą niechęć

Kiedy moi Młodzi tańczyli swój pierwszy małżeński taniec, nie poszli na łatwiznę. Można powiedzieć, że rozpoczęli od górnego C.
Muzyka Wojciecha Kilara to w końcu nie w kij dmuchał.
Kiedy tak stałem w kręgu podziwiających ich prawie roczne starania o jakość kroków, kłębiły się we mnie sprzeczne uczucia. Podziw do umiejętności innych i brak zainteresowania własnym szkoleniem w tym kierunku. Co jakiś czas publicznie oświadczam, że nie lubię tańczyć i że taniec zamiast relaksu przynosi mi nadludzki wysiłek.
Z jakichś nieuświadomionych powodów od zawsze unikałem tańca. Nie było wystarczające przecież tłumaczenie, że tańcząc z partnerką przeciętnego wzrostu, mam zawsze oczy na poziomie jej piersi. Mój Boże, toć to argument na korzyść.
Czym więc spowodowana jest ta awersja? Chyba nie tylko kompletnym brakiem słuchu?
Jak to z tym brakiem słuchu jest, skoro lubię muzykę jak przysłowiowa małpa kit.
Znalezienie argumentów do potwierdzenia jakiejś swojej tezy jest zawsze tylko kwestią czasu. I ja ten argument znalazłem.
Przeglądając wczorajszą prasę, zrozumiałem w końcu skąd u mnie ta niewyjaśniona niechęć do pląsania na parkiecie, a już dla tanecznych konkursów specjalnie.
Wynika ona z troski o życie.
Otóż jak przeczytałem w Onecie, pewna rosyjska 25-latka zastrzeliła swojego przyjaciela podczas konkursu tanecznego w Siewierodwińsku. Narzędziem zbrodni był pistolet, który wypadł z kieszeni mężczyzny podczas tańca. A działo się to jak ustalili śledczy tak:
1 maja br. w barze Malibu odbywał się konkurs taneczny. W pewnym momencie z kieszeni mężczyzny wypadł pistolet. Będąca pod wpływem alkoholu kobieta postanowiła go podnieść. 25-latka przypadkowo skierowała lufę pistoletu w stronę szyi partnera, a następnie nacisnęła spust. Broń wypaliła. Mężczyzna został zabrany do miejscowego szpitala, w którym zmarł.
No proszę! Czekam teraz z niepokojem na uzasadnienie innych moich awersji, na przykład do jedzenia kurczaka samymi rękami.
Przypadek? Przypadkowo podniosła, przypadkowo wycelowała, broń przypadkowo wypaliła.
A nie!. Nie mogła przypadkowo wypalić, bo trzeba ją celowo odbezpieczyć. Chyba, że gość trzymał w kieszeni odbezpieczony pistolet.
Ale który facet będzie w ten sposób ryzykować utratę swego najlepszego przyjaciela, przebywające od zawsze w tamtej okolicy, do spółki z pewna parą delikatnych bliźniąt?
Chyba, że ten powszechnie obśmiewany emerytowany pułkownik, który skierował tam swoją broń krzycząc – stój bo strzelam!
Ale to było tylko w celu zastraszenia i wymuszenia posłuszeństwa.
Normalny zdrowy facet sam sobie tego nie zrobi, ba nawet nie zaryzykuje.
Że nie ma ryzyka, bo nie chodzę z bronią w kieszeni?
A skąd wiecie że nie? 
Pewnie, że nie ! 



sobota, 11 sierpnia 2012

Spóźnienia małe i te duże


Lubię pojawić się w pracy przed czasem. Tak mniej więcej pól godziny przed.  Spokojnie  wprowadzam kod alarmu i już otworem stoi dla mnie czajnik elektryczny i słoik rozpuszczalnej kawy. Ponieważ to mój prywatny czas, regularnie przeglądam wiadomości z sieci i nim człowiek obejrzy się, mija ósma. Czasem jakiś niecierpliwy klient szturmuje drzwi, bo jak uchylone znaczy to, że zapraszają.
Minutę przed punktem zero pojawia się reszta  i już można spokojnie wciągać falę na maszt.
Raczej nie spóźniają się, a i tak dla kilku minut jestem tolerancyjny.
Czasem trzeba zostać trochę po pracy i wtedy oczekuję, że ta tolerancja  zadziała w drugą stronę. Działa.
Kiedyś, w czasie tak zwanej planowej gospodarki socjalistycznej najważniejsza była lista obecności.  Druk o sygnaturze Pu-Os 225, gdzie PU znaczyło powszechny użytek, Os – druki  osobowe,  225  –kolejny  numer w rejestrze.
Podstawą wypłaty były nie zaangażowanie w proces produkcyjny, a właśnie podpis na liście. Złożony przed godziną  rozpoczęcia - niebieski, a po godzinie - czerwony.
Pracownicy działu kadr, z dziką sadystyczną przyjemnością podtykali czerwony pisak pod nos spóźnionego  pracownika. Za trzy spóźnienia potrącano należną premię, bądź też nie wypłacano tak zwanej premii motywacyjnej.  A trzeba się było motywować, by codziennie  iść do pracy, a za zarobione tam pieniądze niewiele kupić.
Próbując uniknąć podpisu na czerwono, wymyślano historie z tej i nie z tej ziemi. Serce kadrowca pozostawało niewzruszone, bo przecież jak to powiedział Lenin – Kadry decydują o wszystkim.
Fakt, że wódz rewolucji  nie miał na myśli działu kadr,  nie psuł im zupełnie samopoczucia.
- Gdyby tu był kapitalizm. To wtedy dopiero zobaczylibyście –  Kadrowcy zwykle kończyli dyskusję pochwałą gospodarki socjalistycznej.
No i co? I mamy gospodarkę wolnorynkową już od dwudziestu paru lat. I pomimo tej zmiany, w dalszym ciągu do pracy spóźnia się prawie jedna piąta Polaków.
Wg portalu  Jego strona pl  14 proc.  raz w tygodniu, 2 proc. nawet trzy razy w tygodniu, a 1 proc. pracowników spóźnia się codziennie.
Wśród wszystkich badanych, 2 proc. nie potrafiło ocenić, czy... się spóźniają, czy też nie.
Z pewnością to prezesi i dyrektorzy, którzy przychodzą do pracy i wychodzą z niej kiedy chcą, sami zaś twierdzą, że pracują zawsze. Nawet seks z sekretarką jest po prostu testowaniem personelu.
Na pewno w jakiś sposób trzeba to spóźnienie przeciętnego pracownika usprawiedliwić
Czy wymówki są te same co w PRL-u?
Wśród uzasadnień króluje szkolne „zaspałem”. To całe  59% ankietowanych.
14% spóźnia się przez zawodną komunikację miejską,
Usprawiedliwienia żywcem wyjęte z  czasów socjalizmu.
Tylko  13%  przyznaje, że  długo stali w korkach. To novum,  bo poprzednio ilość samochodów na mieszkańca, nie uzasadniała tłoku na ulicach.
Nowy model życia i brak socjalistycznej moralności, pozwala na to, że kilka procent zwala winę na nocne imprezowanie.  Imprezowało się i w PRL-u. Ja sam, kilka razy dosłownie wstałem od  biesiadnego stołu i udałem się do pracy. Dotarłem tam jednak przed czasem i dopiero po podpisaniu listy, wysypiałem się na kufajkach w magazynku administracyjnym. Ech! Było, minęło.
- Lubię poranny seks  - odważnie przyznaje przełożonym jakieś 4 % respondentów.
I to wydaje się jak najbardziej usprawiedliwione.
Jak to spóźnienie  dziwnie powiązane jest z seksem.
Za młodu trzeba było uważać, żeby nie spóźnić się w trakcie seksu, a kiedy już mamy go ile dusza zapragnie, trzeba było uważać by z kolei przez niego się nie spóźnić, do roboty.
Najgorsza zaś jest zmiana czasu.
Poczucie obowiązku terminowego pojawiania się w pracy, wiązać się może z  wymiernymi stratami małżonki.
Słyszałem jak w towarzystwie jeden ze znajomych żalił się, że od dnia zmiany czasu na letni,  poranny wzwód pojawia mu się w trakcie jazdy autobusem do pracy.
Nawet jeżeli to co mówił znajomy było tylko dowcipem, wpływa na moją pobłażliwość dla  spóźnień kochających się rano.
W życiu nie podsunął bym komuś  takiemu czerwonego pisaka.
No chyba, że przejął zwyczaje godowe królików.