czwartek, 16 sierpnia 2012

Kraków nocą, rzadko doświadczany widok

Kiedy zobaczyłem we wczorajszych wiadomościach ten tłum turystów na górskich szlakach, z zadowoleniem oceniłem swoja decyzję o pozostaniu w Krakowie.
Leniwa środa pozwoliła na odrobienie zaległości i tu i tam. Przede wszystkim w kontaktach z rodziną. Wspólny obiad jest idealna do tego okazją.
Co prawda przy okazji wyraziłem swoją uwagę o potrzebie dzielenia radości dzieci z ich rodzicami, ale jak to powiedziała goszcząca u nas Beata – było to zdecydowanie ale i grzecznie.
No proszę. Młode dziewczę a dyplomatka.
Media nie mogą zdecydować się czy to święto żołnierzy, czy jak to mawiał mój dziadek - Matki Boskiej Zielnej.
Wtedy to bowiem, w rodzinnej wsi ojca, święciło się wszelkiej maści zielsko. Wcześniej tworząc z zebranych na łące ziół dorodny bukiet. Panny wtykały w bukiet jabłka, a kawalerowie po święceniu podbiegali do co ładniejszej panny, by ukraść jej cenne jabłuszko. Był to oczywiście wstęp do sięgnięcia po rzecz najcenniejszą, ale nie działo się to tego samego dnia. Panny otaczały jabłka ostami, aby trudniej było wyszarpać owoc, a i tak co bardziej urodziwe, wracały do domu bez jabłek. Sam mam na koncie kilka papierówek, bo i zwyczaj był kultywowany jeszcze całkiem niedawno.
Zadurzyłem się też w jednej dziewczynie od jabłek. Z tego co pamiętam miała bardzo ładne i gęste włosy, a warkocz spleciony z tych włosów sięgał jej aż do pasa. Ja miałem czternaście, może piętnaście lat.
Prowadzaliśmy się nawet za rączkę, spacerując nad miejscowym potokiem. Potem siedząc na kładce rzucaliśmy w wodę kamyki, bądź zerwane kwiaty mleczów, patrząc jak prąd wody zabiera je i unosi w dal.
Rodzina uznała jednak, że jesteśmy zbyt młodzi i to puszczanie z nurtem żółtych mleczów starali nam się ze wszystkich sił ograniczyć.
Widziałem ją z dziesięć lat temu, przy okazji jakiegoś rodzinnego wydarzenia. Nie ma już tego fantazyjnego i grubego jak ręka warkocza. Dojrzała jak ja i wygląda jak kobieta przed pięćdziesiątką. Minęliśmy się nawet, nie poznając się zupełnie i tylko kuzyn zapytał
-Co Lucyny nie poznajesz?
Nie poznałem, za to w serdecznej pamięci zachowałem to szczeniackie kołatanie serca i przyjemność ze wspólnego gapienia się w nurt strumienia.
Jak to miło, że pamięć pozostawia z reguły te milsze wspomnienia, dzięki którym wydaje nam się, że nasze życie to jedno pasmo sukcesu. Przez skromność nie użyję słówka -wielkie.
Jest szansa, że i po latach dni dzisiejsze pojawią się w klatkach pamięci jako okres udany i szczęśliwy. A przecież już teraz nie powinienem narzekać.
W wigilię święta, czyli we wtorek wybraliśmy się do samego centrum miasta.
Korzystając z jednego z nielicznych udogodnień dla niepełnosprawnych, zaparkowaliśmy dosłownie pod nosem krakowskiego Ratusza, na ulicy Anny tuż przy skrzyżowaniu z Wiślną.
Tłum przemieszczał się z jednej na drugą stronę i mieszał się z tymi który obrali przeciwny kierunek. Pod „głową” Mitoraja jak zwykle tłum, pozujący i pstrykający na zmianę, niczym japońscy turyści. Przeszliśmy koło ogródków jednej i drugiej knajpki. Minęliśmy Wierzynka i dotarliśmy do celu naszej wizyty.
Zostaliśmy zaproszeni na kolację do restauracji o swojsko brzmiącej nazwie – Marmolada.
Zastanawialiśmy się nad motywami nazwania eleganckiego lokalu, w samym prawie rynku taką właśnie nazwą. Pasuje ona bardziej do pierogarni, lub bistro niż do eleganckiej restauracji.
Chociaż na stornach www jest uzasadnienie nazwy, na początku towarzyszył mi pewien sceptycyzm, który jednak szybko minął, gdy tylko znaleźliśmy się w środku.
Szczególnie, że czekali już na nas znajomi, pomysłodawcy tego wieczoru.
To jedna z tych służbowych znajomości, która przekształciła się w prywatną zażyłość i przetrwała pomimo mojej zmiany pracy. Po historii z chorobą mojej żony, znajomość nabrała nowych kolorów i trwa. Nie chcę tutaj używać słów większych, bo bardzo rzadko używam obecnie słowa „przyjaźń”. Sami nazwani tym słowem wybili mi to z głowy. Ale czymże innym jest ta nasza znajomość, jeżeli są w stanie przyjechać tutaj z miejscowości odległej o prawie czterysta kilometrów?
Załatwiają swoje sprawy i zawsze znajdą czas na spotkanie.
Mogliby wracać do domu zaraz, a tak odkładają to do następnego dnia.
Delektowaliśmy się przystawkami, daniem głównym i deserami, opowiadając przy espresso o naszym życiu. Przychodzi taki wiek, że zażywa się te same tabletki, a więc tematy same cisną się na usta.
Każdy wysłuchał każdego, ale i tak hitem wieczoru były wspomnienia żony ze swojego pierwszego skoku spadochronowego.
Kiedy jakieś dwie godziny przed północą opuściliśmy lokal, nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności spaceru wokół Rynku. A ten, fantastycznie podświetlony nie stracił nic ze swej dziennej dynamiki. Dalej w ogródkach siedzieli imprezowicze, a konie zaprzężone do dorożek, stały na płycie potrząsając grzywami. Ktoś brzdękając na strunach gitary myślał, że jest jak Paco de Lucia. Grupka młodych wypuszczała w powietrze coś na kształt podświetlanych małych spadochronów. Rozświetlały noc na niebiesko i chociaż szybko jak frunęły w górę , w dół opadały powoli i dostojnie.
Taksówki cały czas zwoziły turystów, dla których niczym we Włoszech, nadchodził dopiero czas zabawy.
I tylko z tego zachwytu nad atmosferą Rynku wyrwał nas jakiś obcobrzmiący facet, który wcisnął nam do rąk wizytówki, mrugając okiem i wyrzucając z siebie tylko dwa słowa
- Bunga bunga
To może to przez to, że Panie zagadały się na jakiś ważny temat i zdecydowanie zostały z tyłu.
- Klasyfikują nas do aktywnych. To dobrze - podsumował znajomy
- Raczej do mniej zaradnych - ostudziłem radość kolegi.
Zaraz też pogoniliśmy nasze Panie, żeby odstawały najdalej na dwa kroki za nami, dzięki temu nikt nie będzie nam miał za jeleni.
Pożegnaliśmy się serdecznie i obiecaliśmy sobie wkrótce się spotkać.
A potem wyjechaliśmy w noc wąskimi uliczkami prowadzącymi z Rynku.
Kiedy dotarliśmy do domu i wygramoliliśmy się na nasze trzecie piętro, było już dobrze po jedenastej.
Ponieważ staram się zawsze dotrzymywać danego sobie słowa. Napełniłem kieliszki czerwonym winem, by pożegnać ten miło spędzony wieczór.
Wybiła północ, a my wciąż byliśmy sami. Młody miał się pojawić dopiero za jakieś dwie godziny.

26 komentarzy:

  1. Relaks, relaks , cudowny dzień,
    ale po co ta bunga :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się nazywa pełna gama ofert.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ty(u-nasz-w-sworwku.blog.onet.pl). To bunga bunga wywołało z mojej pamięci dowcio z taaką brodą: Otóż krajowcy gdzieś na jakiejś wyspie złapali dwie białe kobiety. I wódz się pyta pierwszej:
    - Śmierc czy bunga bunga?
    Na co ona odpowiada: - Bunga bunga.
    No to wódz pyta się tej drugiej:-Śmierć czy bunga bunga, a ona
    - Śmierć!
    Na co wódz: - Dobrze, śmierć przez bunga bunga.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz z pewnością bardziej kojarzona z byłym premierem Włoch.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. I właśnie takiego klimatu Krakowa mi żal, i Ci go zazdroszczę. Pamiętam czasy, gdy wsiadało się rano w sobotę w pociąg W-wa centralna / 2,5 godz.- cud magistrali / i stawało się w Krakowie. A były to czasy , gdy się jeszcze nie używało słowa weekend. Powrót późnym wieczorem w niedzielę , a rano do pracy. Oj! żal tamtych czasów. Próbowałam odnaleźć ten klimat w ubiegłym roku, ale to już nie to , może dlatego,że teraz pociąg dłużej jedzie:))) Pozdrawiam,tęskniąc za Krakowem nocą, Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację w tym wszystkim co piszesz. Nie na darmo mówi się Magiczny Kraków. Jaka to szkoda że bywam tak rzadko. A może to i dobrze bo widok mi nie powszednieje.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Teraz musisz śmignąć pod płytę główną Rynku, bo tam od jakiegoś czasu także się dzieje, zadziwiające jak w wielu miastach życie schodzi do podziemia, albo dosłownie pod ziemię i stanowi nie lada atrakcję. Sądzę,że Kraków już nieco spowszedniał Anglikom, może teraz My Polacy , odzyskamy go na nowo. Hanula

      Usuń
    3. I Anglicy spowszednieli, a potem nastąpił przesyt. A teraz chyba wszystko powoli wraca do normy.Wiem że muszę zejść w podziemia, ale zawsze mi to jakoś umyka.

      Usuń
    4. Co prawda, to co udostępnili, było pod ziemią jakiś czas, ale wiesz jak jest. Ja bym się z tym zejściem pod ziemię nieco pospieszyła, bo może nieopatrznie jakiś ciek wodny się napatoczy i będzie jak z tunelem w W-wie. Wisła wiemy, kapryśna rzeka. Skoro Morskie Oko ma połączenie z Bałtykiem, to co tam Wiśle bronić pod ziemią do Rynku. A tłumaczenia fachowców , sam wiesz najlepiej jak oni potrafią . Hanula

      Usuń
    5. Z tego co czytałem to tam podciekało od początku remontu.
      Ale to wstyd, że mnie jeszcze tam nie było.
      Zbieram się w sobie i pozdrawiam

      Usuń
  4. Oby to się nigdy nie zmieniło, niech atmosfera Rynku pozostanie taka jaką jest i niech to miejsce nadal żyje późną nocą także.Ale co racja to racja, zbyt częste używanie powoduje spowszednienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę że jak na razie Kraków broni się skutecznie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Antoni, ja też znalazłam wyjście awaryjne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi. Byłem u Ciebie
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. widziałam ślad wizyty i bardzo dziękuję. A swoją drogą chętnie kiedyś się do Krakowa wybiorę. Ma to miasto niepowtarzalną atmosferę. Ostatnio byłam kilka lat temu.

      Usuń
  6. Miły był ten wieczór z przyjaciółmi, lubię Kraków nocą i w dzień i rano też. Gratuluję żonie skoku ja jestem bojaźliwa.

    Jabłoń

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie w skrzynce pocztowej znalazłem przesyłkę z filmem ze skoku.
      Powrócą emocje.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. hmm... to są konsekwencje takiego skoku, będą emocje, i serce szybko bic będzie, ech "zazdraszczam", taka ODWAGA!
    Jabłoń

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różni ludzie różnie nazywają tę decyzję żony.
      Ty piszesz odwaga. Ja z pewnością nie wybieram się zakładać spadochron

      Usuń
  8. Klik dobry:)
    Antoni, "Marmolada" to bardzo ładna nazwa i pasuje do każdej restauracji. Lepsze są nazwy typu "Living Room" albo "Resto Guinness"?

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Troch dalej była, albo jest. Zdecydowanie jest dalej restauracja "Krew i róża" To jest fajna nazwa.
      Nie gustuję w nazwach zagranicznych
      Pozdrawiam

      Usuń
  9. Jak mnie się marzy taki błogi relaksik... Już niedługo!

    OdpowiedzUsuń
  10. Proście a będzie Wam dane
    Czekajcie a doczekacie się
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Może nie tyle mniej zaradnych, czy do aktywnych, ale w każdym razie do tych, co mają co nieco w portfelu... W zasadzie jest to chyba do radości powód:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Patrząc na to w ten sposób, to chyba rzeczywiście powód do dumy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń