czwartek, 9 sierpnia 2012

Uczę się na błędach teściowej

Pewna babcia ze Starego a może Nowego Sącza, codziennie dzwoniła do swoich dzieci w Warszawie. Dzieci już miały po czterdzieści lat i żyły z troską o starzejącą się matkę.
Działo się to oczywiście w czasach PRL-u, kiedy to nikomu o komórkach jeszcze się nie śniło. Pojawiała się na poczcie, zamawiała międzymiastową i już po godzinie miała już możliwość wykrzyczenia do słuchawki:
- Czuję się dobrze.
Następnie kładła na ladzie dwa złote, a na próbę perswazji ze strony obsługi, że mówiła nie mówiła musi zapłacić za trzy minuty, powtarzała niezmiennie
- Za tyle wygadałam.
I nic jej się nie stało, bo za szybką siedziała córka chrześnicy.
Taka babcia, dzisiaj mogłaby zostać królową Twittera.
Dlaczego przypominam te historię?
Bo w ramach rodziny martwimy się o siebie nawzajem, cieszymy się ze swoich osiągnięć, czyli
tak w ogóle realizujemy swoją ideę więzi rodzinnej.
Czasem jednak coś się w tym wszystkim poprzestawia się i chociaż chcemy dobrze, wychodzi jak zawsze.
Przykład chyba ostatni z ostatnich.
W ostatnią sobotę, kiedy żona wykonała swój skok, spóźniony z powodu mgły i kiedy opadły pierwsze emocje, wykonała telefon do własnej matki.
- Skoczyłam. Jest już wszystko w porządku - powiedziała w pierwszych słowach.
- Dziękuję za informację - powiedziała teściowa i rozłączyła się.
- Babcia rozłączyła się – powiedziała z wyraźnym zaskoczeniem żona.
- Zwięzła jak twitterka – podsumowałem.
Potem dała nam czas na zastanowienie się, nie odbierając trzech, kolejnych połączeń.
Kiedy w końcu odebrała, wyrzuciła z siebie, że przecież ona tak się martwi, a my nie informujemy jej o szczegółach.
- Trzeba było zadzwonić z samolotu, a potem zaraz jak otworzyła się czasza spadochronu
i na bieżąco relacjonować lądowanie – zażartowałem.
I to był ten zgrzyt w całej kolorowej i miłej sobocie.
W poniedziałek mama odwiedziła swoją pięćdziesięcioletnia córkę, ale ani słowem nie wspomniała o sobocie, skoku, czy emocjach. Przełamała się dopiero wczoraj oglądając zdjęcia i opowiadając za pomocą wielu słów jak bardzo przeżywała tamten skok.
Przy okazji wywaliła z siebie, że przeżywała przesiadkę w Londynie córki na lotnisku w Londynie, bo to przecież olimpiada i terroryści.
- Ale zawsze mogę sobie wpisać do C,V że byłam w Londynie, w trakcie olimpiady – żona próbowała obawy obrócić w żart.
Zdjęcia córki oglądała tylko przy okazji, bo wpadła do nas w towarzystwie przyjaciółki. Przyjaciółka teściowej oglądając te same zdjęcia skomentowała:
- Widać na tych zdjęciach Marysiu, że byłaś autentycznie szczęśliwa.
Cały czas uczę się roli teścia. W myśl przysłowia najlepiej uczyć się na błędach, ale cudzych.
Wspominam swoje doświadczenia z własnym ojcem, a teściowa jak widać, to dla mnie tętniące życiem poletko obserwacyjne. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, mój nieżyjący już ojciec i teściowa ciesząca się dobrym zdrowiem to dobrzy ludzie, ale zdarzyło się co najmniej parę razy, że przedobrzyli.
Jak nie być sennym koszmarem dla synowej i syna? Jak z jednej skrajności nie popaść w drugą i nie zapisać się jako troskliwy i słodki do wyrzygania?
Przecież tego czego oczekiwała córka to odrobina wspólnej radości, ponieważ radość bliskiej osoby podwaja własne szczęście. A do tej radości, autentycznej czy nie, mogła się już mamusia przyzwyczaić. Był na czas od lutego.
W ostatnich latach swojego życia, ojciec wymagał telefonów. Za każdym razem gdy przyjechałem i że wyjechałem, ponieważ martwił się o mnie. To akurat rozumiem.
Wewnętrzny bunt rodził jednak pytanie - czy mniej martwił się o mnie, kiedy byłem sporo młodszy i zwyczajowo darliśmy koty, w myśl szczytnej idei konfliktu pokoleń?
Może uczucia zmieniają się z wiekiem i miejsce dumy zajmuje troska?
Chyba coś w tym jest, bo z osobistych przeżyć ostatnich lat wiem, że ze sporej dawki aplikowanej sobie dumy musiałem zrezygnować. To teraz w to miejsce wejdzie troska?
Teściowa oplotła nas swoją troską, a jest ona tym większa im mniej informacji dociera do niej ze irlandzkiego syna. W naszym domu próbuje realizować się podwójnie.
Co jakiś czas musimy dokonać operacji naprowadzenia jej na właściwą drogę.
Dobrze, że realizujemy swoje, wcześniej określone role.
Od początku, ja załatwiłem sprawy ze swoimi rodzicami, a żona ze swoja matką.
Dzięki temu prostemu zabiegowi możemy pozostawać dobrymi, zięciem i synową.
Łapię się jednak na tym, że pomimo tej mądrości, sam popełniam błędy. To chyba w myśl zasady, że stać na własne mnie błędy.
Przecież jesienią ubiegłego roku, sam nie do końca umiałem się cieszyć radością syna, który kupił motocykl. Wyobraźnia podpowiadała mi tyle scenariuszy, że spędziłem parę bezsennych nocy.
Z wiekiem wyobraźnia jest coraz bardziej rozbudowana. Być może za jej projekcje odpowiada doświadczenie nabyte z czasem.
Chyba tak, bo z wiekiem nie masz już marzeń, że latasz, że będziesz kimś ważnym w tym świecie, a i bogatym tez nie zostaniesz. Wyżej dupy nie podskoczysz.
Brak doświadczenia w młodym wieku, pozwala na marzenia i ich realizację. Bo czasem jeżeli nie wiesz, że coś jest niemożliwe do wykonania, możesz to zrobić.
Wtedy, przy motocyklu nie potrafiłem skakać z entuzjazmu, chociaż natychmiast zrobiłem mu stojak do motocykla. Znalazłem garaż na zimę i zainstalowałem odbojniki po bokach owiewek.
- Powinieneś mu zabronić zakupu, a teraz chociaż jazdy – podpowiadała teściowa
A przecież On, w rozumieniu prawa może być już mężem, a od dawna ojcem. Na motor zapracował sobie sam. Jaki sens miałby więc taki zakaz? Próbą sił na własne życzenie?
A jeżeli tę próbę przegrałbym? Jak wtedy wyglądałyby nasze relacje.
Pisałem wyżej, że musiałem zrezygnować z części swojej dumy, ale na Boga nie z całej. Ponadto ta poprzednia całość była dość rozbuchana. Może nawet w sposób odwrotnie proporcjonalny do wzrostu.
Pozostaje mi teraz codzienny apel o rozsądek i rozwagę.
I emocje przy każdym wyjściu z domu. I ulga gdy wraca
Staram się jednak ich nie upubliczniać.
Cieszę się że wypolerował zadrapania na lakierze, wymienił łańcuch i ksenony.
Czasem tylko, gdy dzieci zarzucają mi zbytnia upierdliwość mówię do nich:
Wybaczcie ale to przychodzi z wiekiem.
A może czegoś uda mi się uniknąć?

25 komentarzy:

  1. Jeśli moja mamuśka też zacznie do mnie z tęsknotą i troską codziennie wydzwaniać to padnę z wrażenia. Na razie czasem potruje, jak jej się przypomni żeby do mnie zadzwonić, mi powiedziała że mam nie dzwonić bo zawracam głowę. Może jednak różnie to bywa. A próba sił faktycznie nie ma sensu, możesz z nim co najwyżej usiąść i powiedzieć co czujesz, że się martwisz i niepokoisz za każdym razem jak wsiada na maszynę i naprawdę nie chcesz żeby sobie coś złego zrobił. Decyzja jednak należy do niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bój żaby, jeszcze to polubi i z pewnością nie będziesz przeszkadzać.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Klik dobry:)
    Ja uważam, że uczyć się najlepiej na własnych błędach, a nie cudzych. A najlepiej pamiętać o tym, że "jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził". Jak nie postąpisz i tak będzie źle, hi, hi...

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wszyscy apelują by uczyć się na cudzych, ale cóż Polak bogatym jest i stać go.
      Pamiętasz taka piosenkę Młynarskiego - Dzieci Kolumba?

      http://wczel.wrzuta.pl/audio/0kV9JgHpitC/dzieci_kolumba_wojciech_mlynarski

      Pozdrawiam

      Usuń
  3. A mnie dzisiaj moja Mama telefonicznie oświadczyła, że mam Jej wysyłać sms_y gdzie i kiedy wychodzę, bo Ona się denerwuje. Dobrze, że akurat byłam w poczekalni u dentysty, to miał mi kto opadniętą po takim "dictum" szczękę we właściwe jej miejsce wsunąć.
    Nawiasem jedynie dodam, że mam 54 lata, 1 miesiąc, 8 dni i 15 godzin ;)
    mmzd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak się dzieje. Wirus jakiś czy co?
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. aż zazdroszczę Ci tych żartobliwych przepychanek słownych z teściową

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak się gra jak pozwala przeciwnik.
      Po pierwsze teściowa pozwala, po drugie nie zaliczam jej do przeciwników.
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Nadmierna troska o bliskich może przerodzić się w rodzaj terroru psychicznego, nie ma żartów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówią że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.Coś w tym jest
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Antoni, Ty po prostu bądź, bądź Sobą i czasami tylko dla Siebie, nie można być we wszystkim i dla wszystkich idealnym.Błądzenie rzeczą ludzką, choć powiem szczerze, błędy teściowej trudniej się wybacza. Pozdrawiam, Hanula
    PS A ja proszę M. , aby dzwonił do dzieci, po co latorośle stresować matczyną nadopiekuńczością, zainteresowanie ojca inaczej dzieci odbierają, jakoś tak mniej upierdliwie to widocznie okazuje:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, teściowa jest zawsze na celowniku.
      Żona też namawia mnie do telefonów
      To bycie sobą i dla siebie,,, to trudne.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. Lakoniczna telefonicznie tesciowa to skarb ;) Przynajmniej tak by się wydawało.
    A przezwyciężać nadmiar troski i unikać "zrzędzenia" jest bardzo trudno...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Troska w niezauważalny sposób zamienia się w administrowanie. Trzeba być czujnym.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Należy zawsze znaleźć złoty srodek pomiędzy ostrożnością (czyt. upierdliowością), a dawaniem zupełnej swobody. Jestem pewien, że twój młodzy ma w tyle główy twoją troskę i że powstrzymuje się przed ryzykownymi zachowaniami. A ty powinieneś się zdecydować czy jesteś ojcem ornitologiem - tzn. takim, który wypuszcza dzieci na wolność i z daleka obserwuje je przez lornetkę, czy też kwoką, która chce na nich siedzieć i nie dopuszcza ich do żadnych swoich ruchów.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego wyboru już dokonałem
      Pozdrawiam

      Usuń
  9. Cześć Antoni. Jeszcze dwie, trzy godziny pracy, a w nocy jazda do Ustki. Ciekawe czy dam rady nasikiać do wody w trakcie kąpieli w Bałtyku ha ha Czasem mam takie głupie skojarzenie kiedy wchodze do zimnej wody, że wiem skąd się wzięło słowo skurczybyk ha ha, ale autoreklama. Pozdrawiam i trzymaj sie ciepło. JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
  10. No tak skojarzenie jak się patrzy. Czyżby to urlop? Szerokiej drogi
    Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. UUUUURLOOOOPP JerryW_54

      Usuń
  11. Mam wrażenie że jak nie było tego dostępu do komórek ludzie byli spokojniejsi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Wtedy naturalne było stwierdzenie - odezwiemy się po powrocie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  12. Mniemam, że nie tyle Ociec był drzewiej mniej troskliwem, co zapewne mając zatrudnień jakich więcej, mniej temuż myśli poświęcał, przy tem i możności techniczne były, jakie były... Jakem pacholęciem nastoletniem był z plecakiem wyruszył w świat i na dwa miesiące słuch po mnie zaginął, dziś dopiero znam jakiej żem musiał Pani Matce i Panu Ojcu alteracyi przysporzyć i frasunków, od których dziś właśnie owe apparaty, co ich każdy przy rzyci nosi, uwalniają... Jako mniemam Ociec Waćpana, niejako i myśl o wszelkich możliwych tragedyjach dotknąć mogących, z rozmysłem w cień odsuwał, iżby od nadmiaru troski bezradnej nie oszaleć...
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Dokładnie Tak. Kiedyś myślało się jakby bardziej pozytywnie.
    A mnie nie przychodziło nawet do głowy biegać na pocztę by w trakcie trzytygodniowego obozu dzwonić i mówić - czuję się dobrze. Teraz nie do pomyślenia.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. to już zakrawa na nadopiekuńczość. Dobrze mieć komórkę, ale nie zawsze jest zasięg.

    OdpowiedzUsuń
  15. Zasięg to słaba wymówka
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń