poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Czekaliśmy na to od lutego

Piątek. Drogę na południe wyznaczały nam błyskawice, które z jakimś wielkim zapamiętaniem biły w zbocza  majaczących na horyzoncie wzniesień. Deszcz najpierw straszył pojedynczymi, ciężkimi kroplami, po to by na kilka minut uderzyć o dach samochodu z wielką mocą. Świat weekendowego wypoczynku rozmazał się w strugach deszczu. Sam deszcz zaniknął zupełnie po przejechaniu kolejnych  piętnastu kilometrów. Mijaliśmy kolejne skrzyżowania dróg, oddając burzy  całkowitą  palmę pierwszeństwa. Kiedy wjeżdżaliśmy na most prowadzący ponad wodą  do naszego osiedla,  tylko brązowo mętna, rwąca  woda w dole, świadczyła o tym, że i tu burza byłą przed nami. Z wprawą rozpakowaliśmy się i wpuściliśmy w puste wnętrza odrobinę świeżego powietrza. Chłód wieczora wypełnił cały dom, od parteru po strych. Rozświetlony dom zaczął tętnić życiem.
Otworzyłem butelkę argentyńskiego wina. Wypiliśmy po jednym kieliszku, a później powtórzyliśmy ten sam manewr. W tle leciał cichutko RMF Classic, a po zielonych jeszcze kiściach winogron  spadały ostatnie krople upamiętniające minioną już burzę.
A więc to już jutro. Podarowany przez dzieci skok spadochronowy miał się sfinalizować już jutro. Po raz kolejny sprawdziłem prognozę pogody. Na przekór temu co działo się za oknami w piątek, sobota zapowiadała się pogodnie.
Wszystko się zgadza - Nowy Targ, sobota, godzina dziewiąta. Data potwierdzona  w rozmowie telefonicznej z Aeroklubem w Nowym Targu. Aby przyspieszyć nadejście soboty, położyliśmy się  spać wcześniej niż zwykle. To wcale nie jest dobry pomysł. Ileż więcej myśli przewinie się w tym czasie  przez czaszkę?
Kiedy w sobotę z samego rana wyjeżdżaliśmy  w kierunku lotniska,  witała nas słoneczna pogoda. Było jeszcze chłodno i przyjemnie, ale południe zapowiadało się ponoć upalnie. Kiedy wyjeżdżaliśmy z lasu przełęczą na której znajomy góral postawił bacówkę, zamiast widoku gór natknęliśmy się na mgłę. Drzewa na poboczu śniły jeszcze, spowite welonem mgły.  Za nimi była  już tylko biała ściana.
- To sobie już pooglądałam gór – zmartwiła się żona. Zaraz dodała jednak, starając się patrzeć na świat bardziej optymistycznie – to się musi rozejść. Mój skok musi być perfekcyjny.
Punktualnie o dziewiątej zameldowaliśmy się w centrum dowodzenia. Miła dziewczyna powitała nas w budynku którego lata świetności minęły razem z PRL-em. Wewnątrz  panował gwar  i zamieszanie, które było udziałem mnóstwa młodych pasjonatów latania.
Młodość pełna optymizmu – oceniłem – tylko jak to się ma do  doświadczenia?
- Mamy spóźnienie – poinformowała nas zaraz po powitaniu. Za godzinkę rozpoczniemy, bo lotnisko jest zamglone. Tej mgły, która unosi się nad lotniskiem nie ma na żadnej mapie.
Na mapie może nie, ale dokładnie widziałem ją  jak otula blachy małych samolotów, wplatając się w ich śmigła i zasnuwa okna.
-  A kysz mgło. Ciebie tu nie ma – próbowała zaklinać rzeczywistość moja żona.
Nie była podenerwowana, a raczej podniecona perspektywą szybkiej realizacji jednego z największych życiowych marzeń.
A może to swoje podenerwowanie umiejętnie maskowała? Jeżeli tak, zrobiła to perfekcyjnie.  Nawet ja dałem się na to nabrać.
- Pani Maria? – dobiegł nas za plecami czyjś damski głos.
Żona odwróciła się do tyłu na tyle  na ile pozwalał jej kręgosłup.
- Gabrysia ? Co ty tu robisz? -  spytała żona
- Mam spóźniony skok. Miał być  o ósmej, a Pani?
- A ja ma też spóźniony, o dziewiątej.
Była dziesiąta. Na ziemi, przed lotem spotkały  się : moja żona ofiara i Gabrysia rehabilitantka, która ćwiczyła ją i uczyła jak radzić  sobie z podstawowymi problemami życiowymi.
 - W życiu nie pomyślałabym że spotkam Panią a takiej sytuacji.
 - Ja też nie liczyłam się z Twoją obecnością.
Mgła zaczęła się podnosić i pierwsza ekipa udała się po kombinezony  oraz  na krótkie szkolenie.
Do żony podszedł Instruktor. Z rozmowy wynikało, że ma doświadczenie w lotach z niepełnosprawnymi. Cierpliwie i z uśmiechem tłumaczył zasady, a następnie omówił jak poradzi sobie z ograniczeniami  wynikłymi ze stanu zdrowia żony.  Najdłużej trwało jednak wybieranie kombinezonu.
- To, że nie chodzę nie znaczy wcale, że mam nie wyglądać ładnie w powietrzu.
Stanęło na kolorze niebieskim z ciemniejszymi paskami po bokach. A potem uprząż.  Wspólnie i w porozumieniu pozapinaliśmy wszystkie troki. To znaczy zapinanie pozostawiliśmy Kubie, bo tak kazał do siebie mówić Instruktor. Zauważyłem, że w  uprzęży na wysokości pleców żony  znajduje się pomarańczowa kieszeń  z napisem „danger”
- Co to? – spytała
- Z pewnością to czarna skrzynka – powiedziałem. Bo wszystkie czarne skrzynki są pomarańczowe.
- To mnie nie pocieszyłeś – stwierdziła żona - Lotnisko z mgłą i teraz te skrzynki to mi się nie najlepiej kojarzy.
- Mgły już nie ma. Lecimy –  niemal w tym samym momencie wykrzyczała do megafonu sympatyczna dziewczyna.
Gabrysia już znajdowała się w powietrzu, kiedy ja pchając wózek żony, wraz z grupą spadochroniarzy skierowałem się do małego sportowego samolotu. Właśnie wylądowała Gabrysia i zaraz po uwolnieniu z uprzęży rzuciła się do mojej żony, żeby ją ucałować i powiedzieć, że tam w górze jest wspaniale. Trzęsła się jeszcze cała i prawie widać było jak  uchodzi z niej adrenalina. Na całkowite uspokojenie trzeba będzie jeszcze poczekać.
 Pospieszono nas.
Instruktor pomógł wsadzić żonę do samolotu, a ja zostałem z wózkiem na świeżo skoszonej trawie lotniska. Wiatr rozwiewał mi włosy, a uszy rozsadzał warkot silnika. Maria pomachała mi tylko, bo już myślami była ponad szczytami Tatr.
Powróciłem do oczekujących. W  tak zwanym międzyczasie zebrał się już spory tłumek gapiów. Wśród obserwujących znajdowali się:  syn z synową oraz jego teść. Pojawili się punktualnie i teraz stali patrząc  w niebo, przysłaniając sobie czoło daszkiem,  utworzonym z wyprostowanej  dłoni.
Samolot wzbił się na cztery tysiące metrów, po czym zaczął wypluwać ze swego wnętrza pasażerów.
Oprócz żony i podpiętego do niej instruktora, leciał też kamerzysta. Na małej kamerce rejestrował wszystko co związane było ze skokiem.
- To dla wnuków, żeby wiedziały jaką miały postrzeloną babcię – opowiadała żona, odpierając  ewentualne  zarzuty.
Po dłuższej chwili z chmur wyłoniła się czasza spadochronu  z doczepionym poniżej jakimś cudacznym chrabąszczem o podwójnej ilości rąk i nóg. W miarę opadania rozróżnialiśmy już zarys sylwetek.
Dość szybko zbliżali się do ziemi. Rosła we mnie obawa o szczęśliwe lądowanie, ale Kuba z wyćwiczoną perfekcyjnie  wprawą, wylądował na tyłku razem z moją żoną. W  takich lotach z pasażerem ląduje się zawsze na tyłku.
Pobiegłem z wózkiem na środku lotniska, tam gdzie koło kolorowej czaszy  siedzieli sobie spokojnie  Kuba z Marią.  Wyciągali kciuki w charakterystyczny gest – jest OK.
- Było super -  krzyczała nadal nieźle nakręcona Maria - Pokonałam następną granicę. Od teraz mogę już wszystko.
Instruktora  nagrywał to wszystko na kamerę, która zabrał ze sobą.  Dla własnego użytku – tak twierdził.
Zresztą wózek kręcący się wokół pilotów i skoczków wzbudzał cały czas żywe zainteresowanie prawie wszystkich zebranych.  Bo jak można trafniej dobrać do siebie dwie, najmniej pasujące do siebie rzeczy.  A jednak dzisiaj wszystko do siebie spasowało. Jak trzeba.
Kiedy zbliżyliśmy się do budynku lotniska i jechaliśmy wśród szpaleru widzów zebranych tu  żywiołowo.  Tak samo żywiołowo nagrodzono ją brawami. Przyznam się szczerze, że i mnie opuściły emocje. Stałem się taki miękki i wrażliwy. W zruszyłem się i oczy zrobiły mi się wilgotne.
Zwróciliśmy kombinezon. Żona otrzymała certyfikat wykonanego skoku w tandemie. Film i zdjęcia dotrą pocztą, w terminie czternastu dni.
To wtedy się pośmiejemy.
Póki co wystarczyć muszą zdjęcia które robił Starszy z pomocą swojego nie mniej profesjonalnego sprzętu.
Gratulacje, gratulacje i pożegnania.
Gabrysia krzyczała, że w poniedziałek opowie o tym skoku na oddziale rehabilitacji. Że to takie nieprawdopodobne i takie wspaniałe.
W jaki sposób ta moja żona  tak szybko zaprzyjaźniła się z taką kupą ludzi?
W samochodzie zaczęły się telefony od znajomych i do znajomych. Gratulacje i słowa uznania.
Tylko kochana mamusia, kiedy opuściły ją  nerwy, strzeliła focha i pogniewała się na córkę  -  za jej  brak rozsądku.
Adrenalina powoli uchodziła z mojej żony. Jeszcze trzęsły jej się ręce, jeszcze szumiało jej w głowie. Jeszcze…
- Musicie mnie zrozumieć – powiedziała w końcu na usprawiedliwienie – miałam dzisiaj skok.
Piliśmy właśnie aperitif w postaci dobrze schłodzonego półsłodkiego wina, a żona o czymś zapomniała.  Ja natomiast zapamiętałem sobie to jej tłumaczenie. Oczywiście zapamiętałem po to by niecnie to wykorzystać  przy nadarzającej się okazji.
Żona  z wypiekami na twarzy opowiadała jak leciała, a później wyskoczyła. Że Tatry z tej wysokości to najpiękniejszy widok  w życiu. Że nie wie jak długo leciała z zamkniętym spadochronem. Że jak się otworzył to wcale mocno nie szarpnęło. Że nie było jej niedobrze, że było jej wspaniale. I że leci się bardzo szybko. Zdecydowanie za szybko. I że wstąpiły w nią nowe siły.
Po grillu,  przy winie, poprosiliśmy o powtórkę lotniczej  opowieści.
Opowiedziała.
 A kiedy czegoś tam zapomniała, powiedziałem do niej.
- Nie ma problemu. Rozumiem to, w końcu miałaś dzisiaj skok. I potem to już jakoś samo poszło, a z następną butelką wina przyspieszyło. Tak prowadziliśmy rozmowę, że każdy z nas miał okazję żeby stwierdzić :
- Nie ma problemu, zdaję sobie tego sprawę, że miałaś dzisiaj skok.
Żona złościła się na niby, ale i tak dostałem kuksańca w bok. Jak widać adrenalina nie wyparowała do końca.  A może przy okazji uwolniło się trochę testosteronu?
Gwoździem wieczoru była rozmowa w której ktoś, nie pamiętam już kto,  powiedział coś do Starszego
- Nie dziwcie mu się – powiedziałem – jego Matka miała dzisiaj skok.
A swoją drogą, zastanawiam się czy taki rabuś bankowy też mówi
- Dzisiaj mam to wszystko gdzieś, bo miałem skok?
I skończyliśmy żarty. Wiadomo bowiem, że co za dużo to nie zdrowo.
I tylko za zasługą wina Maria chociaż późno, poszła spać  i zasnęła bez najmniejszego trudu,. Ale i tak we śnie oddała  przynajmniej jeszcze jeden skok spadochronowy. Tylko okoliczności jak  na sen były zgoła absurdalne.
A w niedzielę, po śniadaniu, wszyscy zebrani zażyczyli sobie po raz kolejny opowieści o skoku, na co jednak żona nie dała się namówić. W końcu ona też nie pozwoli się bezkarnie wypuszczać.
Bezdyskusyjnie to był Jej weekend. Wzdłuż i wszerz, w głąb  i w górę. Od północy do północy. Ale nie myślcie, że moja żona należy do tych co osiadają na laurach.
A może na lotni? – tak sobie myślę…
A ja przecież nie zaproponuję, żeby sobie wzięła urlop od myślenia.
A ja ? Ja też czuję się lepiej, szczególnie gdy po Jej udanym lądowaniu spadł mi kamień z serca. A huk był taki, że Syn zapytał mnie
- Słyszałeś jak coś huknęło?
A jakże miałem nie słyszeć?



W górze

 I już na dole

I  dowód czarno na białym

33 komentarze:

  1. Małżonce pokłonić się upraszam i powinszować:) Jeno teraz z Nią uważać potrzeba, bo jak to kiedyś mój instruktor powiedział, nikt już PO TYM nie jest tym samym człowiekiem... A jakim jest teraz, to się dopiero pokaże...:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skok poszerza horyzonty.
      A moja żona już miała bardzo szerokie
      Poczekamy zobaczymy
      Pozdrowienia przekazałem

      Usuń
  2. Gratulacje za odwagę.
    Ja nigdy w życiu bym się na coś takiego nie odważyła.
    Żadnych sportów ekstremalnych od czasu,
    gdy spadochron zwinął się nad synem , spadł i złamał kręgosłup.
    lekarze stwierdzili,że powinien nie żyć.
    Na szczęście chodzi, ma wstawioną literkę H.
    I pomyśleć ,że mój mąż i 2 synowie to byli doświadczeni ludzie.
    Wszyscy latali na spadochronach i wozili klientów.
    Po wypadku wszystko zlikwidowali.
    Nigdy nie lubiłam takich sportów, a teraz to już w ogóle.
    Od kuchni nie wygląda to tak wszystko ślicznie i bezpiecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak przy każdym ekstremalnym sporcie trzeba mieć na uwadze ryzyko.
      Zwykle jednak uważamy że nas to ominie.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Jasna i Antoni - Właśnie z uwagi na takie sytuacje, spotykane nawet wśród doświadczonych ludzi, staram się nie narażać świadomie na takie ryzyko, zamiast tego ciesząc się z tego zwykłego życia i posiadania pełnej sprawności.
      Znam ją z bliska (mój ojciec miał wylew i potem już nic nie było takie samo) i tym bardziej cenię sobie to, że jestem sprawna.
      Ale Marię i Ciebie, jak również Wasze dzieci całkowicie rozumiem.
      Czasem trzeba pokonać strach w takiej sytuacji, żeby dodać sobie odwagi w tych wszystkich codziennych sytuacjach brutalnej bezsilności.
      Gratuluję!

      Usuń
  3. Gratuluję odwagi i pięknych /jak sądzę po opisie/ przeżyć. Nie mogę się jednak powstrzymać od zapytania : co, tak naprawdę, można takim wyczynem udowodnić?
    Opis zdarzenia napisany świetnie - Tobie też gratuluję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy codziennie stajesz rano na własne nogi i udajesz się do łazienki, później do kuchni lub na zakupy, nie zdajesz sobie z sprawy z tego, że chodzenie to szczęście. Traktujesz je jak najbardziej naturalnie. Kiedy ktoś z dnia na dzień siada na wózku, zdaje sobie sprawę z ograniczeń i barier. Począwszy od barier architektonicznych na blokadach w głowach innych ludzi skończywszy. Pierwszy pokonany prób na wózku cieszy jak pierwszy krok w dzieciństwie. A potem stawiasz następne i następne. Dla Ciebie granicą jest Twoja wola, dla mojej żony szerokość wózka. I może o to chodzi o to żeby w dalszym ciągu tak było że granica jest własna wola?
      Tak sobie wyobrażam, bo przy całej małżeńskiej jedności, nie siedzę w głowie mojej zony.
      Tak naprawdę żadne z nas nie potrafi na to spojrzeć z pozycji niepełnosprawnego i niech tak pozostanie.
      Być może przyczynkiem do zrozumienia byłoby obejrzenie modnego ostatnio francuskiego filmu o którym pisałem - Nietykalni. Myślę że zbliży Cie do odpowiedzi na nurtujące Cię pytanie.
      Serdecznie i z pełna odpowiedzialnością polecam

      Usuń
    2. Antoni, zdaję sobie sprawę z tego wszystkiego co napisałeś. Zastanawiam się dlaczego potrzeba właśnie skoku ze spadochronu, aby tę granicę pokonać. Myślałam, że tego typu bariery pokonuje się głównie mózgiem? Masz rację, nikt z nas nie jest w stanie zrozumieć niepełnosprawnego. Ale pomyśleć możemy, prawda? Za polecankę filmu, dziękuję.

      Usuń
    3. Można o tym myśleć, a nawet trzeba. W końcu nic co ludzkie....
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Jestem pełna podziwu!Chyba bym się nie odważyła;)
    Gratuluje i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie jestem pewien swojej odwagi w tej sprawie.
      Miałem i tak sporo emocji czekając na finał skoku.
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Relski, Ty , to jednak masz klawe życie. Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i wyżywienie klawe - jak Cysorz z piosenki Chyły
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. gratulacje dla żony:) sama chyba się na to nie odważę... a właściwie nie pozwolą mi na to:(
    Pozdrawiam,
    saskłacz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulacje przekazałem.
      Wolność to ponoć uświadomiona konieczność.
      W tym wypadku konieczność nie skakania. I może tak to trzeba sobie wytłumaczyć.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. I ja również się wzruszyłam czytając :)
    Zwariowana ta Twoja Maria, naprawdę będzie co wnukom opowiadać :)))!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy dzień przynosi nowe historie do przekazania.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Odwagi toi rzeczywiście jej nie brakuje. Pozdrawiam

      Usuń
  9. Cześć Antoni. A kiedy ty... ;))Pozdrawiam, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to napisał mój francuski przyjaciel, oglądając zdjęcia:
      My z Antonim preferujemy grę w bule. Takie samo napięcie a mniejsze ryzyko.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. No tak, ja również bym pozostała jednak przy bulach, ale tym większy podziw dla Małżonki... Właściwie podwójny, za pokonanie ograniczeń. Przekaż proszę wyrazy uznania i serdeczne pozdrowienie.

      Usuń
  10. Wspaniała opowieść, bo Wy jesteście wspaniali. Podziwiam taką wspólnotę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Ocena nazbyt łaskawa. Ot po prostu jesteśmy odrobinę nieprzewidywalni.
      Pozdrawiam

      Usuń
  11. No to SZACUN jak mawiają młodzi. Pogratuluj proszę swojej Żonie także od Stokrotki.
    Już Ci kiedyś pisałam, że mnie przyciąga na Twój blog to wspaniałe zdjęcie. Teksty też z resztą super.!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekazuję pozdrowienia
      Czuję się zobligowany do zamieszczenia paru zdjęć
      Pozdrawiam

      Usuń
  12. Czapka z głowy za skok :-)Podziwiam odwagę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziękuję i również pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. A Cysorzowa też bardzo fajna. Gratuluję odwagi w realizacji marzeń i Rodziny, która w tym pomaga.
    Coś mi się wcześniej pomieszało i myślałam, że ten skok był planowany dopiero na wrzesień. Ale data nieważna, liczy się samo wydarzenie.
    Pozdrawiam. cAnalia.

    OdpowiedzUsuń
  15. Skok był możliwy do końca września. Ale trafiła się wolna sobota, entuzjazm przywieziony z Francji i zjazd rodzinny który się trafił. Wystarczyło to tylko połączyć jedna nitka porozumienia.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  16. Tu (u-nasz-w-swirwoku.blog.onet.pl). Gratualcje dla małożnki. Widać ,że jest to typowa Matka Polka: walczy w powstaniu, nosi ciężkie siaty, stoi w kolejkach, pali ekstramocne bez filtra i SKACZE NA SPADOCHRONIE! Brawo!!!
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
  17. skoku ze spadochronem jeszcze nie próbowałam, ale podobno nigdy nie jest za późno

    OdpowiedzUsuń