sobota, 11 sierpnia 2012

Spóźnienia małe i te duże


Lubię pojawić się w pracy przed czasem. Tak mniej więcej pól godziny przed.  Spokojnie  wprowadzam kod alarmu i już otworem stoi dla mnie czajnik elektryczny i słoik rozpuszczalnej kawy. Ponieważ to mój prywatny czas, regularnie przeglądam wiadomości z sieci i nim człowiek obejrzy się, mija ósma. Czasem jakiś niecierpliwy klient szturmuje drzwi, bo jak uchylone znaczy to, że zapraszają.
Minutę przed punktem zero pojawia się reszta  i już można spokojnie wciągać falę na maszt.
Raczej nie spóźniają się, a i tak dla kilku minut jestem tolerancyjny.
Czasem trzeba zostać trochę po pracy i wtedy oczekuję, że ta tolerancja  zadziała w drugą stronę. Działa.
Kiedyś, w czasie tak zwanej planowej gospodarki socjalistycznej najważniejsza była lista obecności.  Druk o sygnaturze Pu-Os 225, gdzie PU znaczyło powszechny użytek, Os – druki  osobowe,  225  –kolejny  numer w rejestrze.
Podstawą wypłaty były nie zaangażowanie w proces produkcyjny, a właśnie podpis na liście. Złożony przed godziną  rozpoczęcia - niebieski, a po godzinie - czerwony.
Pracownicy działu kadr, z dziką sadystyczną przyjemnością podtykali czerwony pisak pod nos spóźnionego  pracownika. Za trzy spóźnienia potrącano należną premię, bądź też nie wypłacano tak zwanej premii motywacyjnej.  A trzeba się było motywować, by codziennie  iść do pracy, a za zarobione tam pieniądze niewiele kupić.
Próbując uniknąć podpisu na czerwono, wymyślano historie z tej i nie z tej ziemi. Serce kadrowca pozostawało niewzruszone, bo przecież jak to powiedział Lenin – Kadry decydują o wszystkim.
Fakt, że wódz rewolucji  nie miał na myśli działu kadr,  nie psuł im zupełnie samopoczucia.
- Gdyby tu był kapitalizm. To wtedy dopiero zobaczylibyście –  Kadrowcy zwykle kończyli dyskusję pochwałą gospodarki socjalistycznej.
No i co? I mamy gospodarkę wolnorynkową już od dwudziestu paru lat. I pomimo tej zmiany, w dalszym ciągu do pracy spóźnia się prawie jedna piąta Polaków.
Wg portalu  Jego strona pl  14 proc.  raz w tygodniu, 2 proc. nawet trzy razy w tygodniu, a 1 proc. pracowników spóźnia się codziennie.
Wśród wszystkich badanych, 2 proc. nie potrafiło ocenić, czy... się spóźniają, czy też nie.
Z pewnością to prezesi i dyrektorzy, którzy przychodzą do pracy i wychodzą z niej kiedy chcą, sami zaś twierdzą, że pracują zawsze. Nawet seks z sekretarką jest po prostu testowaniem personelu.
Na pewno w jakiś sposób trzeba to spóźnienie przeciętnego pracownika usprawiedliwić
Czy wymówki są te same co w PRL-u?
Wśród uzasadnień króluje szkolne „zaspałem”. To całe  59% ankietowanych.
14% spóźnia się przez zawodną komunikację miejską,
Usprawiedliwienia żywcem wyjęte z  czasów socjalizmu.
Tylko  13%  przyznaje, że  długo stali w korkach. To novum,  bo poprzednio ilość samochodów na mieszkańca, nie uzasadniała tłoku na ulicach.
Nowy model życia i brak socjalistycznej moralności, pozwala na to, że kilka procent zwala winę na nocne imprezowanie.  Imprezowało się i w PRL-u. Ja sam, kilka razy dosłownie wstałem od  biesiadnego stołu i udałem się do pracy. Dotarłem tam jednak przed czasem i dopiero po podpisaniu listy, wysypiałem się na kufajkach w magazynku administracyjnym. Ech! Było, minęło.
- Lubię poranny seks  - odważnie przyznaje przełożonym jakieś 4 % respondentów.
I to wydaje się jak najbardziej usprawiedliwione.
Jak to spóźnienie  dziwnie powiązane jest z seksem.
Za młodu trzeba było uważać, żeby nie spóźnić się w trakcie seksu, a kiedy już mamy go ile dusza zapragnie, trzeba było uważać by z kolei przez niego się nie spóźnić, do roboty.
Najgorsza zaś jest zmiana czasu.
Poczucie obowiązku terminowego pojawiania się w pracy, wiązać się może z  wymiernymi stratami małżonki.
Słyszałem jak w towarzystwie jeden ze znajomych żalił się, że od dnia zmiany czasu na letni,  poranny wzwód pojawia mu się w trakcie jazdy autobusem do pracy.
Nawet jeżeli to co mówił znajomy było tylko dowcipem, wpływa na moją pobłażliwość dla  spóźnień kochających się rano.
W życiu nie podsunął bym komuś  takiemu czerwonego pisaka.
No chyba, że przejął zwyczaje godowe królików.

12 komentarzy:

  1. Z zasady się nie spóźniam, ale o dziwo jestem pobłażliwa dla spóźniających się pracowników.Jest mi wstyd, jak mam udzielić reprymendy dorosłej osobie, która się spóźnia do pracy. A niektórzy mają to we krwi. Nie słucham wtedy wymówek,co to za różnica dlaczego ktoś się notorycznie spóźnia. Pozdrawiam, Hanula
    PS A co do porannego seksu...można wcześniej zacząć. Ale nie w myśl zasady; " jak wcześniej zaczniesz,to i wcześniej skończysz". To by było niezdrowe:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odrzućmy matematykę, przecież najważniejsze uczucie, albo przyzwyczajenie.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. A ta uwaga dot. przyzwyczajenia, to względem seksu czy spóźniania się? Hanula

      Usuń
    3. Mówi się że miłość może przechodzić w przyjaźń, a pożądanie nie zamieni się w przyjaźń, najwyżej w przyzwyczajenie
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Klik dobry:)
    Uważam, że godzina przyjścia do pracy powinna być elastyczna, np. od 7 do 9:30. Oczywiście nie jest to możliwe we wszystkich zawodach i zakładach pracy, ale tam gdzie można... to czemu nie?

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdyby mi tak przyszło czekać w jakiejś instytucji na takiego elastycznego, to pewnie zszedłbym na wylew. Ja bardzo nie lubię czekać. Dlatego też sam jestem punktualny.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Własnego od lat wiodąc przedsięwzięcia, w którem trzech rękodajnych zatrudniając oraz wrzód na rzyci w osobie księgowej, od lat już niemal dwudziestu świętej toczę z wrzodem wojny o listę obecności, której owa domaga się niczem drzewiej włościanie ziemi własnej, a której ja przez experiencyję własną naznaczony, osobliwie z Waszmości wspominkami zbieżną, żem miał za zło świata całego... Rękodajni znają, że jako roboty nie masz, starczy co tam ogarnąć najpilniejszego i do dom niech spieszą, bo przecie każdy ma co u siebie do roboty pilnego, zasię jako jest pora trudu nawet piętnastogodzinnego, jako teraz letnią porą właśnie, znam, że liczyć na nich mogę. I lista w tem jest rzecz zgoła idiotyczna, aliści ponoć dla ZUS-ów i inszych czartowskich wymysłów konieczną. Stanął z latami kompromis między nami, że owi, jako jest chwila na to, hurtem czasem i za miesiąc cały podpiszą, co czasem i turbacyje z pośpiechu przynosi, jako który przepomni, że wolne brał luboż chorzał, aliści zda mi się to mniejszem złem, niźli ludzi durnotą straszyć...
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  4. I to cię nazywa uczłowieczenie dokumentu, wprowadzonego z pewnością jeszcze za Bieruta.
    Ja też podpisuje listę dwa razy w miesiącu piętnastego i ostatniego ciurkiem dwa tygodnie do tyłu.
    I dziurkacz i ad acta.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Ja jak się spóźniałem to wystarczało pieć minut a już byłem na celowniku dyrektora. Więc gdy brałem w desperacji taksówke i w połowie drogi okazywało się, że się i tak spóźnię to kazałem się z mety wieźć do mojej przychodni na Ułanów i tam od razu brałem L4 na zatucie pokarmowe. I to od razu na dwa dni, bo i tak miałem utratę 20 % wynagodzenia - za choćby jeden dzień absencji. Tak to jest w szkołach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja za trzydzieści lat pracy, nie wypełniłem nawet połowy strony mojej książeczki zdrowia wpisami ze zwolnieniami lekarskimi.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Raczej się nie spóźniam. Jeśli już to jest to bardzo dobrze uzasadnione;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Życia nie da się zaplanować dokładnie i precyzyjnie. Spóźnienia zdarzają się, gorzej gdy stają się zaplanowaną normą.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń