wtorek, 19 marca 2013

Miało być o winie

Jeżeli reinkarnacja istnieje, to mój starszy syn w poprzednim wcieleniu był związany z Gruzją.
Czy jako dżygit czy jako hodowca winorośli tego nie wiem. Już wcześniej miałem pewne podejrzenia.
Jako małe dziecko dziwnie przekręcał słowo dziewczynki.
Ogólną wesołość wzbudzało jego powitanie – Czołem bidzinki.
Dziwiło mnie to określenie, ale dzieci mają swoje słowa. Jeszcze mocniej zdziwiłem się po latach, kiedy nowym premierem w Gruzji został niejaki Bidzina Iwaniszwili.
Jeżeli do tego dołożyć jeszcze kolekcję kindżałów i rozsmakowanie w winie gruzińskim, wszystko układa się w logiczną całość. Starszy odziedziczył sympatię do wina, pewnie po mnie.
Razem ze swoją żoną odbyli nawet specjalny kurs winiarski i co jakiś czas podrzucają do niedzielnego obiadu ciekawy smak wytrawnego saperavi.
Wino winem, ale trochę denerwuje mnie to bezkrytyczne przyjmowanie wiedzy winiarskiej. Już ze dwa razy Starszy zwrócił mi uwagę, że niewłaściwie trzymam kieliszek. Bo trzyma się za nóżkę, a ja trzymam za dno jak koniak.
A ja uwielbiam tak trzymać, bo wydaje mi się, że w ten sposób mam bliższy kontakt z ukochanym napitkiem. Obejmuję go dłonią jak przyjaciela, jak kogoś ważnego w moim życiu. Trzymając za nóżkę wytwarzam jakiś taki dystans do wina, traktując go bardziej oficjalnie, rzekł bym nawet sterylnie.
Wolnoć Tomku w swoim domku, a mnie z moim kieliszkiem. Piję więc jak lubię i kiedy lubię. Najbardziej lubię napić się wina w piątek wieczorem, chyba, że mam coś innego do roboty.
W ostatni piątek udało mi się jednak pogodzić dwie rzeczy z pozoru nie do pogodzenia.
Ostatnim pomieszczeniem do malowania został wiatrołap. Małe wnętrze z trzema drzwiami. Było w nim więcej zabezpieczania futryn, a mniej malowania.
Kamionkowa jesień która została mi z jednego pokoju na górze odpowiadała gustom małżonki, a więc dokupiłem jeszcze trochę i przystąpiłem do roboty. Co z głowy to z myśli- powiedziałem sobie w piątek, zaraz po powrocie z pracy. Może ta perspektywa końca spowodowała, że powiedziałem sobie - kończ waść lecz bądź sobą.
Zaraz po pierwszym malowaniu sufitu, otworzyłem butelkę wina. Rozlałem do dwóch kieliszków o słusznej pojemności, z których jeden przypadł w udziale kobiecie mojego życia. I tak sączyliśmy sobie, żona przed telewizorem, a ja pomiędzy pokrywaniem ścian kolejnymi warstwami farby.
Kiedy zegar wybił północ, byłem już po malowaniu i sprzątaniu. Jakimś dziwnym trafem skończyła się też butelka wina. Posiadam podobne gusta do Pana Zagłoby i nie cierpię pustych naczyń. Wyniosłem tedy zieloną butelkę do kosza i przy okazji chciałem do gwiazd wykrzyczeć, że z malowaniem na parę lat spokój.
Zachowałem się jednak kulturalnie i nie darłem ryja po nocy. Przepajała mnie jednak jakaś taka wewnętrzna radość.
W sobotę od rana włóczyłem się trochę po domu, całkiem bezsensownie. Okazało się bowiem, że oprócz zakupów z którymi uporałem się sprawnie, nie mam nic innego do roboty.
Mróz trzymał, śnieg nawalił i nie chciałem wychodzić do ogrodu.
Koło południa, kiedy piliśmy południową kawę, pozwoliłem sobie na następujące wyznanie:
-Wiesz Kochanie, odnoszę wrażenie, że zatraciłem umiejętność wypoczynku
Nie potrafię nie robić nic. Czas wlecze się wtedy niesamowicie a ja strasznie się męczę. Ostatnie pół roku to przecież notorycznie zajęte weekendy. Likwidacje domów, pakowanie i przeprowadzki. Potem adaptacje i tak jakoś zleciało.
- To źle, że nie umiesz wypoczywać bez pracy – stwierdziła żona.
Nie była w tym odkrywcza, bowiem sam zauważam, że mam z tym pewien problem.
Zaraz potem żona nawiązała do zaległego urlopu. Ostatni łyk kawy wypiłem szybko i bez towarzyszącej tej czynności radości.
Jak ona z tym powtarzanym regularnie zdaniem przypomina mi Katona. Starszego zwanego Cenzorem.
Jak czuje się garbaty któremu wszyscy mówią, że ma krzywy kręgosłup?
Przecież ona sam najlepiej zdaje sobie z tego sprawę.
Zacząłem jednak od Gruzji. Zastanawiam się, jak wielki wpływ może mieć polityka na konsumpcję wina?
Tak się złożyło, że Gruzińskie wina na szerszą skalę zaczęły pojawiać się w naszym kraju od czasu konfliktu politycznego pomiędzy Gruzją a Rosją. Dokładnie to szło chyba o brak sympatii pomiędzy prezydentami tych krajów.
Metoda kija i marchewki, zasada dziel i rządź, stosowania jest przez władających Rosją od wieków. Ten wielki kraj gotów wchłonąć wszystkie nasze świnie, pomidory, buraki a nawet ziemniaki i gumiaki. Potrafi również doprowadzić to załamania każdą gospodarkę, odmawiając tak z dnia na dzień odbioru uzgodnionych towarów. Wino dla Gruzji to produkt narodowy. Ktoś policzył że w tym kraju znajduje się blisko pięćset mikro odmian winogron. Ponoć krzyż gruziński to artystyczna wizja dwóch skrzyżowanych gałęzi winorośli.
Nic dziwnego, że towarzyszy temu mnogość wina. Zamknięcie rosyjskich stołów dla gruzińskiego wina, spowodowała po pierwsze konieczność szukania innych rynków zbytu, a po drugie ustalenie atrakcyjnej dla nowych odbiorców atrakcyjnej ceny..
Padło na nas, bowiem historycznie Gruzinów lubimy i nie przeszkadza nam, że jeden z synów tego narodu związany jest nierozerwalnie z radzieckim komunizmem i jego wypaczeniami.
W końcu kocha się nie za coś a pomimo czegoś.
Pojawiające się jak grzyby po deszczu hurtownie win wprowadziły do swojej oferty ciekawe wino.
Sam piłem tak zwane dzikie wino, robione według tradycyjnych receptur. Teraz to rzadkość. Rękodzieło, do tego za rozsądną cenę.
Zdaję się na Młodych, którym zlecam co jakiś czas zakup kilku butelek, określając łączny budżet. Nie boję się bowiem eksperymentów i niespodzianek.
Towarzyszą mi teraz ambiwalentne uczucia, z jednej strony cieszy mnie normalizacja stosunków pomiędzy Rosją i Gruzją, z drugiej strony zasmuciłem się kiedy przeczytałem informację, że Rosja otwiera swoje granice dla win z Gruzji. Wchłoną prawie wszystko
-Będzie drożej – to była pierwsza myśl jaka zaświtała mi w głowie.
Zaraz pojawiła się druga, może trochę przewrotna – mam oszczędności na gazie, a więc wyrówna się.




24 komentarze:

  1. ech narobiłeś apetytu a tu dopiero środa.... jak wytrzymać o suchym pysku do piatku ????

    a kieliszek i ja trzymam niekulturalnie.... wole za brzuszek niz nóżkę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po co czekać?
      Każdy wieczór sprzyja przyjaźni z winem. Pod warunkiem oczywiście zachowania rozsądku.
      Jak mówił Owsiak u Wojewódzkiego - Alkohol szkodzi.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Zaoszczędziłeś na gazie, to tylko na bycie na gazie należy przeznaczyć oszczędności. Jak do tej pory od gruzińskich trzymałam się z daleka, nie żeby jaki tam przesąd czy inne okoliczności, po prostu nikt nie polecił. Nie znam się zupełnie na serwowaniu win, ale uwielbiam ich degustację.Wino ma mi smakować i pozostawiać po sobie nieodpartą chęć sięgnięcia po następną lampkę. Zupełnie nie przemawia do mnie konieczność trzymania za brzuszek czy nóżkę. Pierwsza zasada- trzymać tak, aby się nie rozlało. A ja nie muszę czekać z apetytem do piątku, piję kiedy mam ochotę. No, oczywiście nie w każdych okolicznościach, w pracy nie pijam:)I żeby nie zabrzmiało dziwnie, ochotę także mam z rzadka i z umiarem. Mówisz - gruzińskie, na pewno spróbuję. / Ostatnio dobre wino piłam na Litwie,nie wiem z jakiej winnicy, ale strasznie brudziło język/:)Pozdrawiam,Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brudny język po konsumpcji to ułatwienie dla policji. Nim dmuchniesz pokazujesz język.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. strasznie to wszytsko skomplikowane... życie, cóż reinkarnacja cóż żona twierdzi że byłem w poprzednim wcieleniu (czy jak by to nazwać) średniowiecznym rycerzem cóż bitny towarzyski, bezpośredni... i cóż kocham Średniowiecze moje niedocenione.... ja kiedys miałem natręctwo takie dziwne, że jestem kolejnym wcieleniem Edgara Allana Poe, wina nie lubię wolę whiskey... w końcu to najlepsza z dam... Ciekawy powiem kolokwialnie - fajny blog. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za pozytywną opinię o blogu. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Myślałam, że będzie o innej winie, a tak to ja raczej niewinna jestem ;-) Co do malowania - takiś pewny, ze na kilka lat spokój. U mnie, po 3 miesiącach mieszkania, mam wrażenie, ze przydałby się porządny remont :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka lat to wariant pozytywny, są jeszcze warianty pesymistyczne i niestety te realne.
      Zwłaszcza przy kominku. Pozdrawiam

      Usuń
  5. Ja o sposobie trzymania kieliszka i nie tylko.
    Byłem z rodziną na miesięcznych wakacjach w Szwajcarii w gościach u rodziny restauratorów. Dużo jeździliśmy po tym pięknym kraju i spotykaliśmy się z ich znajomymi. Stałym elementem niemal każdego posiłku było wino. Jedną z pierwszych nauk jaką otrzymaliśmy dotyczyła właśnie trzymania kieliszków i trącania się nimi z wszystkimi biesiadnikami do czego było właśnie potrzebne trzymanie za nóżkę. Wtedy dźwięk wydawany przez kieliszki był piękny i czysty . Jeszcze jeden zwyczaj nakazywał, aby podczas uderzania się kieliszkami patrzeć w oczy tej drugiej osobie i wymawiać jej imię...oczywiście z uśmiechem na ustach. Nawracano nas za każdym razem ,gdy zdarzyło się przegapić ten rytuał dotąd, aż zostało to zapamiętane i wdrożone w życie. Nam się to bardzo spodobało i próbowaliśmy przenieść zwyczaj na nasz grunt...z różnym skutkiem. Oceń sam, czy to ma sens?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trącając się kieliszkami zawsze trzymam za nóżkę, tak podświadomie i bez przygotowania.
      Teraz mam podbudowę teoretyczną. Co do patrzenia w oczy zawsze staram się utrzymywać kontakt wzrokowy.A co do imienia, nie znałem tego zwyczaju.
      Dziękuję za te informacje i pozdrawiam

      Usuń
    2. To jeszcze dopowiem coś o psuciu wina.
      Jedna pani podczas przyjęcia dolała sobie wody do kieliszka wina, aby go rozcieńczyć. Towarzystwo odebrało to jako gruby nietakt i komentowało to zdarzenie po przyjęciu. Dowiedzieliśmy się wtedy, że dopuściła się poważnego faux pas bowiem dolanie wody do wina jest psuciem wina. Mogła uzyskać to samo dolewając wina do wody i ten zabieg jest pozytywnie postrzegany, bo oznacza poprawianie wody. Niby nic, ale warto o tym wiedzieć , bo ..."gdy już wejdziesz między wrony..."
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. A może zaległy urlop w Gruzji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam taki i podobne do tych marzenia. Może kiedyś. Pozdrawiam

      Usuń
  7. mmmm, ja wino baaaardzo lubie, ale tylko ja je w domu pije, wiec glupio tak samej butelke otwierac i wypijac do dna, bo tez nie lubie jak otwarta stoi... zdecydowanie w poprzednim zyciu towarzyszyly mi jakies francuskie klimaty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy butelka to dużo czy mało?
      Czerwone wino jak piszą fachowcu powinno oddychać. Niektóre gatunki są lepsze nawet na drugi dzień. Nie przejmuj się więc że coś zostało na następny dzień.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Cześć Antoni
    Wreszcie nie na delegacji. Kielich z winem trzymam też za jego górną pękatą część. Wydaje się wtedy większy i pełniejszy, nawet jeżeli już o zgrozo dno widać. Ale czego można spodziewać się po profanie, który jeszcze niedawno wino pijał ze szklanki. Pozdrawiam JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślę, że picie wina to czysta przyjemność i trzeba zachowywać się w taki sposób aby nie uronić nic z tej radości. A konwenanse i zasady zachowania przy stole... zostaw na bankiet w Pałacu Prezydenckim
      Pozdrawiam

      Usuń
  9. Ha! A tuś mi Bratku! Wina lubię, szanuję i nie przestrzegam przy ich spożywaniu żadnych konwenansów. Ostatnio gustowałem w mołdawskich, ale z chęcią (dobrze mieszkać w mieście, gdzie są sklepy winiarskie) zaopatrzę się w kilka gruzińskich. Jakoś tak się utarło, że nie ma u mnie problemu jakie kieliszki są do jakiego wina. Nawet jak się prosiło nieletniego o przyniesienie kieliszków, to rzut oka na butelkę wystarczał mu, żeby przynieść właściwe. Co do trzymania, to każdy trzyma tak, jak mu wygodnie, a raczej unikam stukania się kieliszkami.

    Jeden z przyjemniejszych wieczorów, które kojarzę z winem to ten na szczycie bodaj Obidowca, kiedy piłem wino prosto z butelki, zagryzając buncem w towarzystwie pięknej kobiety. Brak kieliszków, z tego co pamiętam, nie przeszkadzał, a widok na Tatry i Beskid Wyspowy był równie wspaniały jak wino (głowy nie dam, że był to jakiś przedni gatunek). :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ważny bukiet, ważne są okoliczności. A na szlaku pijemy takie wino jakie rodzimy GS wystawił na półki.
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Ciekawe dlaczego wszyscy piszą o jakichś Kalifornijskich, Chilijskich, czy Gruzińskich winach a nie pisze się nigdy o naszych polskich, których wybór jest przebogaty. Czy Antoni ty w ogóle piłeś kiedykolwiek najstarszą polską markę, czyli "Kwiat jabłoni". Ja piłem je na studiach i muszę powiedzieć że mnie ono zmogło, a o co chodzi jak nie o to, żeby sponiewierało...?
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałem kiedyś trzyczęściowy post - In vino veritas w którym opisuję moje doświadczenia z winami polskimi, które parzyły w ręce kiedy niosło je się ze sklepu bo były prosto z linii po pasteryzacji.
      W biegiem lat coraz mniej podnieca mnie samo poniewieranie, ale delikatny szumek sprawia przyjemność. Pozdrawiam

      Usuń
  11. Powiadały Rzymiany, że w winie prawda, czegoś i Waść swoim tekstem dokazał:) Jakoby miało kiedy Waszmości zbraknąć onych gruzińskich specjałów, to przedkładam z onych mniej znanych łaskawszym okiem na macedońskie wejrzeć, gdzie się najdzie niedrogo paru miłych gardłu gatunków. Podobnie z morawskimi, choć te już przyjazne sakiewce nie są...
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piłem macedońskie i morawskie. Prawdą jest że te morawskie nie należą do tanich win.
      Miałem taki zestaw 6 win morawskich,które Młody wręczył mi z jakiejś okazji.
      Nie wiem dlaczego, ale skojarzyły mi się z winami reńskimi.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Bo i słusznie, bo to szczepy, przynajmniej w białych winach, zdaje się stamtąd przed wiekami sprowadzane...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń