poniedziałek, 15 października 2012

Matka Boska Kapliczkowa





Matka Boska z wiejskiej kapliczki jak co rano otworzyła oczy. Przez zamgloną szybkę dojrzała,  że nocny przymrozek, pierwszy w tym roku, zwarzył  kwiaty w okolicznych ogrodach.  
- Idzie zima, powoli acz nieubłaganie – westchnęła, tradycyjnie już jak za każdym razem, gdy zmarznięte kwiaty chyliły się ku ziemi.
 Od czterdziestu lat obserwowała te zmiany w przyrodzie. Przejście od mroźnej zimy przez wiosnę, lato, do pogodnej jesieni,  które zamykają się taką samą zimą jak na początku. Obserwuje to, zachwycając się światem od 1972 roku, kiedy to stary Filipiak zbudował kapliczkę, w podzięce za  cudowne uzdrowienie  żony. Jak ślubował tak zrobił. Wieczorami,  po pracy w zagrodowej stodole strugał coś w zapamiętaniu, a potem którejś soboty powiesił swoje dzieło na przydrożnym drzewie. Dawno to drzewo sobie wybrał. Bo i przy drodze, a jednak trochę z boku. Nikt nie powie, że jest tak  nachalny w swojej wierze, zresztą wtedy kiedy to zrobił, stawianie kapliczek nie było po myśli władzy, a więc i o żadnej nachalności nie było mowy.
Jak postanowił tak uczynił. Kapliczka zawisła przy wejściu na niebieski szlak turystyczny. W niecały tydzień później, ksiądz proboszcz na prośbę Starego poświęcił kapliczkę, za co zresztą nie wziął żadnych pieniędzy. Uzgodnił tylko z Filipiakiem, że ten podjedzie po niego swoją furką, a po pokropku odwiezie go powrotem na plebanię. Proboszcz  bowiem  gościć miał na obiedzie zaprzyjaźnionego księdza z sąsiedniej parafii.
Kucharka zrobiła na to konto faszerowaną  gęś, a więc warto było zasiąść do stołu o czasie. Dzisiaj nikt nie pamięta już zresztą czy była to gęś czy kaczka, ale wiedza ta nie ma żadnego związku z wiszącą na przy leśnej drodze kapliczką.
Stara to historia, bo nie ma już tamtego proboszcza, nie ma i Filipiaka, a Matka Boska jak co dzień, niezmiennie zachwyca się nad urodą świata.
Wiejskie baby zaakceptowały ową dziękczynną kapliczkę i jak mogły dekorowały ją na swój sposób w aktualnie kwitnące kwiaty. Bzy w maju, jaśmin i lewkonie  w czerwcu, a potem w co się da, nie gardząc nawet czerwonymi makami. Rosły one tam nad wyraz bujnie i wspólnie z chabrami przerastały zboża na polu Macieja Sowy.
A potem gdy stawianie kapliczek i kościołów nie było już niechętnie widziane przez władze i stało się nawet odwrotnie, wtedy  częstotliwość wizyt jakby spadła.
Stare kobiety stały się jakby starsze i z niejaką trudnością zabezpieczały kwiatową oprawę Najświętszej Panienki.
Na nabożeństwa majowe było tu za daleko, ale opieka nad figurkami i kapliczkami jest przecież obowiązkiem każdego wierzącego. Jakoś jednak tak się jednak utarło, że ten obowiązek jest większy po stronie kobiet z doświadczeniem wiekowym.
Nie ma takiej dziedziny życia w której nowoczesna technika nie znajdzie rozwiązania. I tu wybawieniem okazał się otwarty w najbliższym mieście market. Wystawione w cenach promocyjnych sztuczne kwiaty od razu wpadły w oko  Maciejowej.  Już widziała kapliczkę całą w kolorowych storczykach, czerwonych  różach a wiosną w żółtych żonkilach. I tak Matka Boska zza szybki, wisiała na coraz wyższym drzewie, otoczona wieńcem kolorowych kwiatów „made in China”.  O ile naturalne kwiaty schną i wymagają wymiany, kwiaty sztuczne trwają pomimo śniegu, mrozu i niepogody. Niestety sztuczne kwiaty tracą kolor i z czasem wszystkie nabierają jednej, szaro różowej barwy. 
Zauważyła  to Maciejowa i ruszało ją z tego powodu sumienie. Wszak to ona wymyśliła te kwiaty, a teraz to wyglądało trochę obciachowo. Sąd taka terminologia  w ustach starej kobiety? Tak mówiła jej wnuczka, która z samego Krakowa przyjechała na wakacje.
Od czasu do czasu podrzucała chociaż jedną gałązkę czegoś, co normalnie i po ludzku zachwyca  pachnie ale i usycha i zamiera.
Właśnie dzisiaj szła w kierunku lasu, kiedy w ogródku u znajomego Krakusa zobaczyła rosnące w ogródku michałki. Oparły się pierwszemu mrozowi, jak to michałki  i dumnie wystawiały swoje  kwiaty w kierunku delikatnego o tej porze roku słońca.
Furtka była uchylona, więc rozejrzała się dokoła i cichutko weszła do środka.
- Twarde te łodygi - pomyślała mocując się z kwiatami. Myśl o udekorowaniu kapliczki była jednak jasna i mocna.
Jedna łodyga leżała już na trawie, zaraz potem druga i trzecia. Oceniła bukiet , był stanowczo zbyt skromny. Tam w środku klombu rosły najładniejsze. Weszła głębiej w zieleń i zaparła się mocniej, ciągnąc za liście.
- A cóż tam Maciejowa robicie w moim ogródku - spytał Krakus,  który nagle pojawił się z tyłu.
Zarzuciła sobie zaraz, że nie poprzestała na tym co już leżało na trawie i postanowiła zrobić bogatszy bukiet. A wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego.
Wyprostowała się jedna godnie i odwróciwszy się do Krakusa powiedziała:
- Tak żem se szła  i jakem zobaczyła te kwiatki to pomyślałam, że byłyby dobre dla Najświętszej Panienki. Tom i weszła i żem rwała.
- I myślicie Maciejowa, że Najświętsza Panienka  ucieszy się kradzionych kwiatków? - spytał Krakus, który tak dziwnie nic nie rozumiał i wykazywał się takim brakiem  elementarnej wrażliwości. Wszak to nie dla siebie, nie dla własnej przyjemności, a na chwałę Bożą te kwiatki rwała.
- Bo wy Panie macie takie ładne kwiatki, aż ręka się sama po nie wyciąga.
- A jakbyście Maciejowa posadzili sobie kwiatki w ogródku zamiast marchwi, to by i nie trzeba było rwać u kogo innego i było by to z pewnością i na Bożą chwałę i bez wstydu.
- Phiii – parsknęła tylko Maciejowa i wyszła z ogrodu, dzierżąc jednak w ręce to co już jej się udało urwać.
- Takie nieużyte te miastowe – pomyślała – i dziwić się temu, że w tych miastach Sodoma z Gomorą  zgorszenie i zatracenie. To wszystko z tego nieużycia. Postronny obserwator zarzuciłby pewnie Maciejowej niekonsekwencje ponieważ historia Sodomy i Gomory związana jest raczej z faktem użycia niż nieużycia, ale dla naszego opowiadania jest to nieistotne.
Kobieta ostrożnie wcisnęła niebieskawe michałki pomiędzy sztuczne kwiaty zdobiące kapliczkę. Ożywiły nieznacznie tę szaroróżową masę.
- Trzeba by powrócić do kwiatów świeżych, ale chętnych do uganiania się po łąkach jakby mniej, a nawet siać się kwiatków w ogródku nie chce, tylko przycina się tuje jałowce i irgi.
 - Bo to teraz takie nowoczesne – powiedział syn.
A ona chciałaby i malw przy płocie i bzów  w maju i  dalii przy których wychowała się ona i jej matka i matka jej matki.  A tu tylko trawa i krzaki. A kwiatki o dziwo sadzi Krakus w swoim ogródku. Wszystko to jakoś stanęło na głowie.
 - Idzie zima -  pomyślała Matka Boska Kapliczkowa, ale uśmiechnęła się kiedy zobaczyła krzak malin, usadowiony w głębi ogrodu, obsypany owocami. Oparł się rannym przymrozkom i nadal kusił czerwienią owoców.
 Gdzieś zza zakrętu wyjechał  zielony samochód i skierował się do ogrodu Krakusa.
- Miastowe będą się gościć – pomyślała Maciejowa – stojąc na poboczu drogi, tak na przeciw kapliczki.
- Że też chce im się ruszać z tych ich ciepłych domów i to w taką pogodę – pomyślała.
Z samochodu wyszedł z nieduży brunet, a za chwilę z bagażnika wyciągnął wózek inwalidzki, na którym usiadła jego pasażerka.
- Pięknie tu powiedział na przywitanie Krakusa, tego samego  który przed chwilą  poskąpił jej kwiatków do kapliczki.
- Maciejowa rozejrzała się dokoła – zaraz tam pięknie. Normalnie przecie. Drzewa las, bita droga, potok z boku i ta kapliczka na drzewie. Co tu takiego pięknego?
Ale oni wiedzieli swoje. Jak to miastowe.
A potem po południu, kiedy dopadł ją wonny i aromatyczny dym, Maciejowa wciągnęła go głęboko, aż do końca swoich zmęczonych życiem płuc
 - O krakusy grillują.
Nie był to jednak grill, a kociołek wypełniony ziemniakami, warzywami i kawałkami wędlin, które piekły się w zakręconym żeliwnym garnku.
- Pięknie, chociaż tak zimo – chwalili goście. Po rejestracji zielonego auta można było poznać, że to też Krakusy.
- U mnie w Gorcach też musi być pięknie, tylko nie mam czasu by tam  pojechać -  powiedział niewysoki brunet, spoglądając w ogień, buzujący wokół żeliwnego kociołka.
Matka Boska z kapliczki owiana dymem z ogniska nie uroniła nawet jednej łzy z tego powodu. Solidna szybka stanowiła doskonałe zabezpieczenie, przed deszczem, mrozem i  gryzącym dymem z ogniska.
- Palą ogniska jak każdej  jesieni, a to znaczy, że zima coraz bliżej - powiedziała do Dzieciny, Matka Boska Kapliczkowa.

 


22 komentarze:

  1. Piękne opowiadanie :-) Właśnie ja chcę mieć w ogrodzie malwy, dalie, bzy.
    A Maciejowa, oj, oj, oj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też chciałem ale nie udało się
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Maciejowa ma dobry gust skoro nie podobają się jej sztuczne kwiaty. Solidaryzuję się z Maciejową!
    Święta Panienka z kapliczki też na pewno woli michałki, to cóż, że z cudzego ogródka? Cel uświęca środki.
    Bardzo ładnie to napisałeś Antoni, tak jesiennie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety to Maciejowa kupiła te kwiatki w markecie, wtedy jej się podobały.Były takie kolorowe i bezproblemowe.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Piękne opowiadanie. Mam wielki sentyment do przydrożnych kapliczek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda potrafi być inna
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Dokladnie, kadza inna - mam w swoim komputerze dosc bogaty folder ze zdjeciami belgijskich kapliczek, ktore sa tu na kazdym kroku - jak w Polsce. Jak relikty przeszlosci w kraju, ktory juz dawno nie ma nic wspolnego z chrzescijanstwem i coraz blizej mu do islamu. Co czwartemu dziecku tu urodzonemu nadaje sie imie Mohamed :) Tylko kapliczki swiadcza o chrzescijanskich korzeniach tej czesci Europy. No i zamkniete na glucho liczne koscioly.

      Usuń
  4. Miastowe w ogólności ludzie są nieużyte... Nie dość, że pretensje mają, jako się krzynkę ich gruszy, czy jabłonkom ulży, to jeszcze czeguś ich gniewa, że to w niedzielę i po sumie...
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem mamy do czynienia z tak zwaną filozofią Kalego.
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. i jak to się będzie spowiadać - kradłam kwiatki dla Matki Boskiej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak się spowiadali się za Gierka hutnicy z wynoszenia stali z kombinatu, ale na kościół.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. opowiadanie bardzo ciekawe i pouczające, ja też nie lubię sztucznych kwiatów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś jednak to był hit
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. Ech te kapliczki... Niektóre to nawet mają jakiś urok, styl, klasę. Widziałąm jednak taką, nawet mam gdzieś zdjęcia (kiczowi trudno się oprzeć), która po prostu mnie powaliła. Niemal na kolana. Jaskrawością, krzykliwością, plastikiem...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawna stylistyka wiejska pełna była kolorów. Jak spojrzysz na takie zapaski łowickie, nie dziwisz się reszcie. Pozdrawiam

      Usuń
  8. Baaardzo klimatycznie , a jaki aromat od tego garnka i dymu się rozszedł. Ech...Pozdrawiam, tęskniąc za pieczonymi ziemniakami. Ja od pewnego czasu nie mam już sposobności na sielsko-wiejskie klimaty, a i o kapliczki trudno na miastowych drzewach. Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja rzadziej na wiejskie kapliczki spoglądam
      Pozdrawiam

      Usuń
  9. Cześć Antoni
    Duszonki są pyszne. Należy je podlać w czasie konsumpcji czystą, dobrze zamrożoną wódeczką, wtedy smakują najlepiej. A jeżeli mogę spytac to w jakim to rejonie Polski robiłeś kociołek. Pozdrowienia, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Między Jordanowem a Wadowicami te przyjemne chwile spędzałem
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Klik dobry:)
    Kiedyś sztuczne kwiaty zachwycały wielu ludzi. Robiły wrażenie! Podobnie frytki i różne inne wynalazki z ziemniaków. Teraz wracamy do prawdziwych malw i marcinków, ziemniaków z kociołka...

    Bardzo piękne opowiadanie z przesłaniem.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się ale markety znowu pełne są sztucznych kwiatów, wszak idzie 1 listopada.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. To prawda. Sztucznych po 1 listopada nie trzeba wyrzucać i stoją sobie do następnego 1 listopada. Wygodne to...

      Usuń