czwartek, 2 stycznia 2014

Kto ma odwagę niech zakazuje

To mi się udało rozśmieszyć Jaśka z gór.
W zasadzie to ja osobiście mam małą zasługę w doprowadzeniu go najpierw  śmiechu a potem w wyprowadzeniu go z równowagi.
Po prostu przekazałem mu decyzję Unii Europejskiej w sprawie zakazu wędzenia drzewem, o której przeczytałem zaraz po świątecznym śniadanie z pachnącą czosnkiem, profesjonalnie uwędzoną w czereśniowym dymie kiełbasą.
Tak więc ani kiełbasa, ani boczek, ani tym bardziej żadne szynki nie będą już dochodzić w tradycyjnym dymie bukowym, czereśniowym czy wiśniowym.
Unia zabrania.
- One to se mogą zabraniać – powiedział Jasiek - a ja to mam tak głęboko w dupie, że nie doleci tam żaden nawet najmniejszy zapach z mojej wędzarni.
A od mojej wędzarni wara bo po łbie dam.
Jasiek trochę się nakręcił bo zaraz dodał:
- Konia już co prawda nie mam ale orczyk do obrony chałupy pozostał, po ojcu jeszcze. Oj nie życzę nikomu co by mu się orczykowe kółko na plecach odbiło.
Taki to właśnie pierwszy komentarz na temat zakazu wędzenia usłyszałem od bezpośrednio zainteresowanych.
Pytanie dlaczego nie zareagował nikt w imieniu większych producentów?
Bo oni od dawna nie wędzą a tylko natryskując kiełbasy dymem w płynie. Co prawda sam tego nie widziałem, ale tak mówią.
Ciekaw jestem co zdrowsze dla naszego organizmu, dym czereśniowy czy chemia w płynie? Ten znak zapytania na końcu poprzedniego zdania to tak tylko pro forma, bo odpowiedź znam doskonale.
A czy może być coś lepszego niż wiejska kiełbasa zrobiona dla swoich, według sekretnej receptury i spokojnie wędzona w ogrodowej wędzarni?
Nie może. I stawiam tu dolary przeciwko orzechom, że w tej kwestii nic na polskiej wsi się nie zmieni.
Kilka lat temu w zasadzie na początku mojej blogowej kariery napisałem tekst o wiejskim świniobiciu. Pozwolę sobie go tutaj zacytować bez odsyłania linkiem gdzieś w mroki prehistorii. (2009)
Tekst bez związku z tzw świńską grypą. Jak mówił śp Maciej Kuroń : wiem co jem, a Wy wiecie ?
Była już około wpół do piątej. Mrok stajni przełamał blask żarówki czterdziestowatowej, ciemniejszej jednak w blasku ponieważ po ostatnim sezonie mocno została zapaskudzona przez muchy, które gęsto obsiadały ją nie bacząc na niebezpieczeństwo z tego wynikające. Z za drzwi wyłonił się Józek, gospodarz i dobrodziej tutejszej stajni oraz całego gospodarstwa rolnego, za nim Staszek, miejscowy osiłek co to może nie pogada, ale przepisowo w ryj przypieprzyć potrafi. Poza tym dusza człowiek zawsze chętny do pomocy, jeżeli ktoś jej potrzebuje. Krowy leniwie uchyliły po jednej powiece, bo to jeszcze nie pora aby poić a tym bardziej by ciągnąć za mleczne cycki. Tylko świnie jak to zwykle zaczęły pochrząkiwać radośnie, bo widok gospodarza nieodmiennie kojarzył im się z pełnym korytem. Najbliższa przyszłość jednej z nich nie rysowała się jednak w różowych barwach, ponieważ na tę właśnie sobotę Józek zaplanował tradycyjne świniobicie. Nieświadoma swej roli w dzisiejszym spektaklu jedna z nich podbiegła zbyt blisko gospodarza, który fachowym chwytem złapał ją za uszy i kopniakami zachęcił do udania się w wyznaczonym kierunku. Staszek złapał za tylne nogi, dźwignął do góry i w ten sposób świnia znalazła się w stalowym uścisku dwóch rządnych krwi facetów. Nim reszta zwierząt pojęła o co chodzi, opuścili we trójkę chlew, udając się w tą ostatnią życiową drogę wypasionej blondyny. Uderzenie obucha siekiery zwaliło świnię z nóg a następne rozpłatało czaszkę, pozbawiając całkowicie życia. Jeszcze w ostatnim tchnieniu zwierzę wydało ciche charknięcie, zanim po raz ostatni wypuściło z siebie powietrze.
- O dzisiaj Józek bije - rozległo się w okolicznych domach. Potem każdy z nich przewrócił się na drugi bok przymykając oczy, bo do karmienia inwentarza zostało jeszcze ze dwie godziny, a w pościeli obok leżała, pełna wewnętrznego ciepła małżonka, atrakcyjna w tej chwili chociażby przez sam fakt tego, że aktualnie była pod ręką.
Kiedy słońce w końcu wyszło zza góry, oświetliło wiszące ciało świni. Tylne nogi podwieszone były do futryny drzwi od stodoły solidnym łańcuchem. Brzuch rozpłatany, pozbawiony wnętrzności, krew do kaszanki złapana, jelita do kiełbas czyszczone i płukane w przepływającym przez osiedle potoczku. Każdy z domowników znający dokładnie swoje obowiązki sprawnie przemykał przez podwórko. Pojawił się już Karol z maszynką do mielenia mięsa. To on dzisiaj będzie mistrzem ceremonii, on to za pięćdziesiąt zeta plus bonus mięsny, przerobi kwiczącą jeszcze niedawno świnię na kiełbasy boczki ,salcesony i pasztetowe. Józek udał się do spiżarni gdzie z większego baniaka do półlitrowej butelki zlał swojską gorzałkę, którą przerobił w zeszłym tygodniu, przezornie planując dzisiejsze świniobicie. Zakręcił ręką metalową nakrętkę i już miał wyjść gasząc światło, ale po chwili zastanowienia cofnął się i nalał jeszcze jedną połówkę. Potem starannie zamknął baniaczek, zgasił światło i zamknął za sobą drzwi do spiżarni. Jedną butelkę zostawił za drzwiami do sieni a z drugą wyszedł do szopy.
- A napijcie się Karolu na dobrą robotę.
Cyk, cyk i dobrodziejka gorzałka zaczęła krążyć w żyłach rzeźników amatorów.
- Wypijmy jeszcze po jednym bo za chwile przyjdzie Staszek .
Staszek to gospodarz i sąsiad z osiedla, wielki admirator swojskiej gorzałki oraz każdego innego płynu zawierającego procenty. Staszek potrafił wyczuć otwartą butelkę z odległości pięciuset metrów i wcześniej czy później można go zauważyć w szerokim gronie konsumentów.
Mięso odkrojone schaby schładzane przed zamrożeniem, kości i głowizna gotują się na salceson a wątroba na pasztetową. Słonina oceniona według specjalnej miary. O ile Anglicy mierzą odległość w stopach u nas grubość słoniny mierzy się palcami. I te komentarze w stylu
- Dobra słonina gruba na dwa palce . A w zeszłym roku to Swok Maciej miał świnię co miała słoninę na trzy palce.
Ostatnimi jednak laty bardziej ceni się mięso niż słoninę, wieś też się bogaci. Mięso zmielone przyprawione do smaku. Karol wziął odrobinę w dwa palce i takie surowe włożył do ust.
- Będzie dobrze , lubię pikantną.
Napychanie jelit mięsnym farszem kończy rytuał, potem tylko powiązać na kij i do wędzarni. Faceci mają czas wolny. Teraz kobiety zajęły się myciem, sprzątaniem i czymś tam jeszcze co w kobiecej psychice uznawane jest za niezbędne i konieczne, a przecież faceci wiedzą doskonale, że konieczne jest tylko żeglowanie. Wiadomo - navigare necese est.
Chłopy zasiadły więc w cieniu szopy i mając na widoku wędzarnię przepijały do siebie, raz za razem, raz za razem. Chwilę później pojawił się Strażak. Szedł co prawda do lasu pociąć smreki ale nie odmówił wypicia jednego. Odłożył tylko motorówkę pod stajnią i zasiadł w tworzącym się właśnie kółku zainteresowań. Potem doszedł jeszcze Krakus, ciekaw wszystkiego co związane z tradycjami i obyczajami. Taki chory na te obyczaje i tradycje. Kosztem sporej kasy remontuje chałupę, starając się utrzymać jej klimat, podczas gdy miejscowi pukają się z wyrozumiałością w czoło. Twierdzą że „ trza było zwalić wszystko z góry i postawić nowe z maksa.
Bez grzyba w drewnie, myszy i kun, ale też bez duszy, jak często mówił Krakus.
Do kompletu brakowało jeszcze Staszka-degustatora. Pojawił się był pod koniec wędzenia, ponieważ obowiązki wobec ziemi i natury wypomniała mu i wyegzekwowała jego ślubna małżonka. Józek już wykonał kurs po drugą flaszkę, która gdy tylko poczuła powietrze parowała z siłą taką, że Józef przemyśliwał kurs po następną. W tak zwanym międzyczasie kiełbasa dojrzała już do konsumpcji. Wyciągnięto więc kij, a Józek z całej kupy wyciągnął jedno pęto rzucając je na deskę. Ociekająca w tłuszczu, gorąca, świeżo wędzona kiełbasa. Cholernie niezdrowa, szalenie apetyczna, kusząca jak kobieta swoimi wdziękami. Najbardziej napalony na kiełbasę był chyba Krakus, ale po kilku latach przenikania się wzajemnie kultur wiedział, że kiełbasa jest do zakąszania a nie obżarstwa. Gorzałka pobudziła krążenie. Języki stały się giętkie ale w innym niż Mikołaj Rej pragnął rodzaju giętkości.
- A Jasiek to był na robocie w tym no w tym ? - głośno zastanawiał się Staszek.
- W Anglii - podpowiedział mu znający zapewne tę opowieść i poirytowany lekko Zbyszek.
- W żadnej Anglii, w Londynie - obruszył się Staszek.
Przepił do Strażaka, przepisowo strzepnął resztki gorzałki pod nogi i uzupełnił puste szkło. Długim nożem wyrobionym w półksiężyc od częstego ostrzenia, zaciął kawałek świeżo uwędzonej kiełbasy, obrał jelito wsadził do ust, żując ze znawstwem.
- Dwa tyźnie temu to my robili kiełbasę u stryka Karola, ale my wypili ździebko za dużo i stryk się uśpił przy wędzarni. Okrył się derką i zamknął oczy, a jak się obudził to w jelitach latało w koło wysuszone mięso. A i boczków nie było tylko skóry zostały. Ech żal, ale gorzałka była przednia, bo ją stryk napędził na chrzciny najmłodszego wnuka, jeszcze w zeszłym roku.
- A tam, stryk pędził. Przecie wiecie, że to ciotka kręciła – poprawili Staszka zebrani.
A czemu się mówi kręciła jak ona leci z destylatora - spytał Krakus pragnący się jak zwykle przypodobać zgromadzonym w myśl zasady, jeśli wszedłeś między wrony musisz krakać jaki i one.
- No bo jak się nastawia zaczyn z cukru i dojrzeje, to można zostawić i się samo przedestyluje. Trzeba tylko uważać żeby nie palić zbyt mocno, bo zaciągnie do rurek i będzie mętne. A jak się robi z żyta, to trzeba kręcić tym co w kotle, żeby się ziarna nie przypaliły. Śmierdzi wtedy jak kruca fuks.
-To stąd się mówi ukręciłem sobie trzy litry żytniówki - zorientował się Krakus.
- Jak żem zeszłym razem pędził tom przypalił – przyznał się Franek.
- I cóżeś zrobił ?
- A przepuściłem przez węgiel drzewny, com go miał w piecu. I doprawiłem karmelem. Smród trochę minął, ale jak się ją wypiło, to w żołądku robiło się jak przy ognisku. Nikt jej nie chciał pić. Dopiero jak my sprzedali konia to przyszli kupce i my zaczęli. Po trzeciej flaszce ja im mówię - gorzałki już nie mam, tylko taką co mi się nie udała.
- Dawaj popróbować - powiedział nowy właściciel konia. Wypilimy tak jeszcze dwie flaszki, tylko te kupce co kwila chodziły wonitować za chałupę. Jam to strzymał dopiero mnie wzieno nocą i trzymało do połednia. A oczy to mi mało nie wyszły ze łba.
- Oj głupiś Franek –podsumował ktoś z zebranych. Przecież można się było struć.
- Swojom się nie strujesz - powiedział ze znawstwem Staszek.
- Ten mój znajomy co był w tym no, no ?
- Londynie - odparli chórem zebrani.
- To tam kupował takie wino owocowe, nawet dobre bo jeszcze do tego tanie. Tylko potem po wypiciu to go tak trzymało. Aż od tego małpiego rozumu dostawał.
- Wina to ja nie lubię - powiedział ze wstrętem Józek - Jak żem się kiedyś struł winem co takie słodkie było, tom sobie obiecał, że w życiu nie wezmę do gęby.
- No ale to chyba było lepsze niż picie gnojówki - zażartował Strażak.
Wszyscy parsknęli śmiechem, no może z wyjątkiem Staszka.
- A o co chodzi z tą gnojówką ? - dopytywał się swoim zwyczajem Krakus.
- A o tym to ci opowiemy następnym razem, ale ciekawość będzie Cię kosztować flaszkę. Stoi?
W tym stanie ciała i ducha Krakus byłby w stanie zgodzić się nie tylko na jedną flaszkę. Wszak gorzałka złodziejka łagodzi obyczaje i uskrzydla duszę.


35 komentarzy:

  1. Klik dobry:)
    Obronili górale oscypka to i kiełbasę wędzoną obronią. Kiszone po naszemu, a zepsute według unii ogórki i kapusta też się dzielnie trzymają.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko zawsze zostawiamy to na koniec, a potem jest obrona Częstochowy
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Vulpian de Noulancourt02.01.2014, 12:08

    Dla siebie to zawsze będzie można robić tak jak się chce i żadna Unia niczego tutaj nie wyegzekwuje. Gorzej, kiedy to na sprzedaż by miało być.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy że wrócimy do handlu wymiennego?
      Ja już rysuję plany wędzarni w ogrodzie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. witam. czytam od niedawna z przyjemnością :-). A co do wędzenia - to mam nadzieje, obronimy sie jakoś (przynajmniej tego spodziewałabym sie po panach europosłach, którzy maja pilnować naszych interesów w Unii). Fakt, od dawna to co kupowałam jako wędzone w sklepach, nawet nie leżało koło dymu. Paskudztwo - i protestuję!!! nie kupuję. Ale to pwinno być jasno i przejrzyście powiedziane na kartoniku z ceną i myślę, że możemy tego wymagać (wędzone tradycyjnie - wędzone wg nor Unii europejskiej. Ludzie wybiorą sami, zakupami. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Uważam podobnie. Człowiek powinien sam dokonywać wyboru w oparciu o wiedzę jaką uzyska.
      Nie dotyczy to zresztą tylko kiełbasy, bo ta bywa wyborcza.
      Pozdrawiuam

      Usuń
  4. To nie pierwszy unijny przepis niekorzystny dla polskiego biznesu. Były czasy, że nasza szynka królowała na królewskich stołach, jako najlepsza w świecie. Jakoś żaden król nie struł się nią. Niszczą naszą gospodarkę krok po kroku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak marzenie dzieciństwa - szynka z PeKaO.
      Jak jeden raz przyszła paczka z Ameryki to w środku była ta z Polski
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Ziół też zabraniają sprzedawać wiem coś o tym bo mnie kiedyś osobiście to dotyczyło. Zbierania też biedactwa zabraniają. :) w trosce o zdrowie żeby się ktoś nie otruł piołunem na ten przykład. :) Wściekli się na wrotycz bo o podobno straszna trucizna jest i teraz muszę sama zbierać, bo nawet moje ukochane Dary Natury nie sprzedają wrotyczu.
    Będą musieli obok każdego polaka urzędnika postawić który będzie zapisywał jaką roślinkę zebrał czy też wędził może coś, co mu nie wolno wędzić lub pędzić? :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stąd zakaz absyntu we Francji a w Czechach proszę bardzo jest
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Zakaz nie dotyczy prywatnych tylko właśnie dużych zakładów. A jak sam piszesz, oni mają już do tego chemie i może im Unia nagwizdać. Są płyny, zapachy, kolorowe osłonki.... Na zdrowie:( Gorzej, bo prywatni mali też zaczynają u nas w sklepie o taką chemię pytać, ale my mamy zasadę, jak najmniej chemii. Przecież za okupacji śmiercią karali a i tak handel mięsem, wędlinami kwitł na potęgę.... Polak da radę i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie że damy radę. Jak wyżej pisałem buduje wędzarnie w ogrodzie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. Okazuje się,że szyneczka sklepowa, to nie tylko sztucznym dymem zalatuje, ale jej także można dosztukować taki smakowity tłuszczyk wokoło, co by oczy cieszyła , dokleja się go sztucznie, wtedy równiutkie jak spod igły i właściwie nie tuczy, bo nie zawiera tłuszczu, a jedynie wygląda...Ja się z takiej unii, co to we wszystko się wtrąca, to ja się z niej wypisuję O!!! Dopóki duch w narodzie, to tradycja nie zaginie, a moda na to co tradycyjne właśnie powraca, szkoda tylko,że odpowiednio także kosztuje, ale wtedy przychodzi czas na odnowienie znajomości i sięganie do korzeni, to się może okazać, ile to wujków , cioć nam jeszcze na wsi zostało. Jestem za tradycyjnym wędzeniem, pędzenia , nie popieram, może dlatego,że mi nie smakuje. Choć miło wspominam / damską wersję/ śliwowicy łęczyckiej, a jakże tradycyjnie pędzonej . Z tradycyjnym zawołaniem:" oby Nam się dobrze działo, a że działo ,to armata, oby Nam się armaciło". Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to oby nam się armaciło.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Pytam pogardliwie wydymając wargi: "Unio, co ty wiesz o wędzonej kiełbasie..." Dla nich dym to dym, a dla kiełbasy to kwintesencja smaku. Kiełbasą w nich!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zdanie pasuje jeszcze wpleść męski przerywnik byłoby jak u Pasikowskiego ( Psy).
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Właśnie to miałam na myśli ale się nie odważyłam na przerywnik:)))

      Usuń
  9. Opowiadanko niesamowicie mnie urzekło. Tak pięknie oddało swojski koloryt świniobicia. Pamiętam to z dzieciństwa u dziadków. Chociaż nie było aż tak podrasowane:-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo dziecięce oczy patrzą na inne szczegóły. Stary ma już to swoje ironiczne skrzywienie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. UE to juz więcej jak Zwierzęcy Folwark Orwella..... z nudów wymyslają coraz głupsze przepisy....
    ale Antoni nareszcie mi wyjaśniłeś jak to jest z tym świniobiciem..... noo ja się do tego bym nie nadawała, ale "mięsożęrna " jestem i kiełbaskę lubię
    ...

    OdpowiedzUsuń
  11. nie mają co robić, muszą uzasadnić pensje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Unia to dziwny organizm. Wygląda na to że projektami uzasadnia się własną przydatność. Pomysły bywają więc różne

      Usuń
  12. Pozdrawiam z gór złapałem na chwilę sygnał Jerry_w54

    OdpowiedzUsuń
  13. Lubimy wędzone. Przepadamy za solą konserwową, która nadaje szyneczkom różowiutki kolorek. Nawyki, przyzwyczajenia, a skład chemiczny dymu znamy? Ten dym jest tzw. zimny i w tym spowolnionym procesie palenia drewna liściastego jest groza zawarta.
    Uny z ony Unii nie bojom sie o nos ino o siebie siem bojom. Nasza kiełbasa ichniejszym smakuje lepi niz ichniejsco i w tym kłopot. Wydadzom zakaz i co zrobita? Nie sprzedota do nich kielbasy , to cena swiń jesce się obnizy i co chłopy powiedzom?
    Ni ma letko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóz to! Nasza żywność w świecie zawsze smakuje, więc się ją niszczy na wszelkie sposoby, o!

      Usuń
    2. Albo dawne gatunki naszych owoców, w tym antonówki na szarlotkę? Jabłek kupowało się worek i przechowywało bardzo długo. To niekorzystne dla Unii.

      Usuń
    3. A przecież dopiero co Unijną ochroną objęto kilka gatunków naszych wędlin

      Usuń
  14. Zdecydowanie wolę domowe metody wędzenia i przyrządzania, niż te nowe.
    Oby tylko przez serię zakazów te stare domowe nie wymarły...
    pozdrowienia na Nowy 2014!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W domu to oni nam mogą ....Wiesz co.
      Pozdrawiam

      Usuń
  15. Zakazy na niewiele się zdadzą. Przynajmniej w przydomowych wędzarniach.
    PeeS. Tak długo mnie nie było. że przegapiłam twój powrót. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze że znów jesteś. Pozdrawiam

      Usuń
  16. A by tak tego urzędasa, co tego wymyślił, pochwycić i we wędzarniej zamknąć, dopokąd nie odwoła? A jak nie odwoła, to na Wyspach Szczęśliwych ponoć jeszcze są tacy, co by skonsumowali go nawet i bez wędzenia...
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń