poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Sobota inna niż poprzednie

 
Make pace not war – hippisowskie hasło stare, jak stary jest ruch hippisowski. Hasło oczywiście pamiętamy, ale nasuwa się pytanie - Co poza tym okrągłym zdaniem i pacyfką pozostało z dawnego powiewu świeżości?
Czy w chwili obecnej hippisowski znaczek jest tylko elementem designu młodych dziewcząt?
Czy festiwal w Woodstock pozostawił piętno na jego mieszkańcach i jak to miasto wyglądają dzisiaj?
Tak prawdę powiedziawszy, nie zadawałem sobie tego pytania, a w jednej z gazet przeczytałem, że z zagorzałych hippisów wyrośli rasowi Yuppies.
Niespodziewanie dostałem odpowiedź na moje pytanie i jakby na odwrót, zacząłem zastanawiać się dlaczego nie zadałem sobie wcześniej takich pytań?
Wszystko to za sprawą filmu o polskim tytule „Pokój, miłość i nieporozumienia”
W miarę świeży film. Premierę miał w 2011 roku.
Fabuła jest prosta. Okazuje się, że w Woodstock osiedli najwytrwalsi z hippisów, kultywując tradycje, szanując przekonania. Jest wśród nich Grace, niepoprawna, podstarzała hipiska. W tej roli Jane Fonda. Pewnego dnia odwiedza ją dawno nie widziana córka, którą porzucił mąż. Wraz z nastoletnimi dziećmi wprowadza się do matki. Odwiedza ją po bardzo długim okresie milczenia, sama bowiem zgłosiła na policji, że jej matka handluje trawka na jej ślubie. Nie mogła tego wybaczyć matce i odcięła się od niej całkowicie. Sama jest sterylną i perfekcyjna prawniczką. Stara się aby dzieci kierowały się w życiu takimi samymi jak ona zasadami.
Wydawać by się mogło, że z takiego połączenia powstanie mieszanka wybuchowa, ale nic z tych rzeczy. Grace odnajduje w domu rodzinnym spokój, harmonię i miłość. Dzieci wkraczają w dorosły świat uczuć z pomocą i wsparciem swojej babki. Zaręczam Wam, że każdy chciałby mieć taka babcię i nie mówię tylko o urodzie Jane Fondy.
Nawet rodzinne palenie trawy ( jakże by inaczej z hippisami) wydaje się jakieś naturalne i zrozumiałe.
Ciepły chociaż może trochę naiwny w swej treści film. Pokazuje jednak stara prawdę, że warto być dobrym człowiekiem.
Przy okazji film stał się dla mnie swego rodzaju instruktażem - jak cieszyć się z życia w każdej sytuacji. Na naukę nie jest chyba nigdy za późno.
Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, kiedy będę mógł sprawdzić się w roli dziadka. Na razie ćwiczę na sucho. Nie znaczy to jednak, że założyłem już plantację marychy pod folią.
Kosiłem za to całą sobotę. Koszenie poprzedziłem zakupem nowej kosiarki. Wcześniej spędziłem trochę czasu w internecie, czytając to i owo na ten temat. Dowiedziałem się już jaki silnik powinien być najlepszy do mojego areału. Stanęło na spalinowym. Pięć koni mechanicznych z pojemnością 190 ccm, wgryzało się jak trzeba w bujną zieloność ogrodu. Nie poddawała się ta moja kosiarka nawet wtedy, kiedy natrafiła na kopce kretów. Spory ich teraz urodzaj. Ponoć krety mają swój okres godowy to i kopczyków więcej. Swoją drogą, to musi być fascynujący czas w życiu kreta. Któregoś dnia myśli – bzyknął bym sobie.
I zaczyna drążyć tunele w jedną i drugą stronę w poszukiwaniu odpowiedniej kandydatki. Żeby kret nie poszedł na łatwiznę, dała mu natura bardzo krótkie łapki więc nie ma co liczyć na samoobsługę. Zadziwiająco musi wyglądać taki kreci seks w wąskim korytarzu.
Póki co nie jestem wyrozumiały, ale jestem ekologiczny. Kupiłem odstraszacze kretów. Ponoć wbija się to w ziemię i za pomocą emitera aplikuje się pod ziemię jakąś nieprzyjemną wiązankę dźwięków. Nie jest to kreci dans, a więc stworzenia opuszczają działkę i obrażone na właściciela nie wracają. Całość zasilana bateriami słonecznymi.
Zobaczymy, chociaż ja jestem sceptyczny. Kiedy kupiłem taki odstraszacz na kuny, te demonstracyjnie pojawiały się w jego pobliżu aby zwalić tam wielką kupę.
Sprzedawca powie, że srały ze strachu. Zwał jak chciał a śmierdziało dalej.
Sranie kretów nie przeszkadza mi. Irytują mnie kopce. Wypowiadam wojnę kretom, bez ofiar. Nastawiam się na krecią emigrację.
Inna kategoria to sroki. Z wielkim zapamiętaniem wyciągają posadzoną właśnie cebulę dymkę. Być może wystające końcówki cebuli, z daleka wydają się srokom wypasionym pędrakami. Zderzenie z rzeczywistością jest przykre dla srok, które porzucają cebule zaraz po wyrwaniu ich z ziemi.
Ja kosiłem duże powierzchnie, Młody obkaszał murki i drzewka. Rodzinna kooperacja w której zyskują wszyscy a najbardziej rodzina jako taka. Muszę stwierdzić że pomimo tego że i ja i Młodszy mamy dominujące natury, obyło się bez konfliktów ( puk, puk odpukać)
Do tego duetu silników dołączyli się wnet sąsiedzi po bokach i mieliśmy kwartet a w porywach kwintet.
Jak w Ameryce - pomyślałem - Jeszcze trzeba grilla wieczorem.
I był najpierw u mnie potem u sąsiadów. Jakie to przewidywalne.
Drzewa kwitną nadrabiając zaległości. Siedzenie w takim ukwieconym sadzie to sama przyjemność.
Do tej przyjemności grillowania i napawania się widokiem drzew doszła jeszcze okazja.
Tak się jakoś złożyło, że w sobotę kończyłem swoje kolejne z grupy pięćdziesięciu lat.
Od soboty, w rubryce wiek, muszę już podawać liczbę 55. Jak to leci.
Wieczorem pojawił się Starszy z Synową i siłą rzeczy karkówka wylądowała na rozgrzanych kratkach. Do tego włoskie wino.
Pisałem kiedyś, że nie przekonują mnie włoskie wina, ale nie pisałem nic o sprzedawcach.
Pewien sprzedawca namówił mnie na pewne włoskie wino, odrobinę medium w ekonomicznych butelkach o pojemności jednego litra. Rewelacja grillowa. Zresztą nie tylko. Ponoć kupują je restauratorzy by podawać w dzbanach.
Pasuje.
Rodzinnie i sympatycznie. Przy okazji jasny i logiczny staje się mój zachwyt nad filmem o którym pisałem na początku.
A póki co Antoni, nie nerwowo bo to już nie te lata, ale powoli ciągniemy dalej najpierw do sześćdziesięciu. Potem to już chyba jakoś leci, bo wtedy nie ma już złudzeń, są tylko tak zwane srebrne lata.


piątek, 26 kwietnia 2013

A mówią, że paluszek i główka

Zachwycam się karteczkami które ludzie piszą do innych ludzi i pozostawiają w miejscach publicznych. Jeżeli mam tylko wolną chwilę, staje przed słupem ogłoszeniowym i czytam. W pierwszej kolejności te małe, odręczne napisane karteczki.
Któż teraz kreśli takie „eł” takie „żet” czy choćby takie duże „a”.
Jest tam informacja o znalezionych kluczach, apel w sprawie zaginionego psa pisany ręka zrozpaczonej emerytki. Raz spotkałem, przypięty czterema pinezkami list do złodzieja z tramwaju linii 12, zaczynający się od słów „Szanowny Panie Złodzieju”. Sądząc z formy, napisany również przez osobę pamiętającą kindersztubę Drugiej Rzeczypospolitej.
Kiedyś takiej karteczce do listonosza poświęciłem osobny post. Ktoś tam zauważył, że takie czytanie cudzych karteczek jest chamskie, ale one są zwykle przyczepione otwartym tekstem do widza.
Poza tym, jeżeli nie przeczytam nie wiem czy nie jest ona przypadkiem adresowana do mnie.
Żona zauważyła już dawno te moje skłonności, porównując moje zachowanie do legendarnego Rain Mena. Nie zgadzam się, książki telefonicznej zdecydowanie nie przyswajam.
Inna kategoria to kartki służbowe, wywieszane w witrynach sklepów. Pomijam te pojawiające się najczęściej, z treścią „promocja” lub „likwidacja sklepu”.
Gdzież te teksty rodem z PRL ?
„Zamknięte z powodu inwentaryzacji”
„Remanent”
Czy nawet obśmiane już nieraz „Jestem w terenie”
Teraz klienta się szanuje, prace administracyjne wykonuje się po godzinach pracy, albo w niedzielę. Oznacza to równocześnie, że szacunek dla pracowników jest jakby proporcjonalnie mniejszy.
Teraz jeżeli jest zamknięte, musi to być rzeczowo uzasadnione.
W zeszłym tygodniu przechodziłem w centrum Krakowa zauważyłem taki oto napis na szybie zakładu optycznego:
Złamałam palec
tel xxxxxx
Przepraszam
Siła wyższa!!!
Pomimo złamanego palca, zachowana jest w tekście pełna kultura co już wzbudza zaufanie do zakładu.
Ja z pewnością po takim złamaniu klął bym raczej a nie przepraszał. Chyba że w/w pomimo ostrzeżeń wsadziła palec w przysłowiowe drzwi.
Pomijając okoliczności, jest i informacja dla doręczyciela
Droga Pani Listonosz
Korespondencję proszę zostawiać obok w ( tu nazawa firmy)
Buźka
co oznacza, że relację właścicielki z przedstawicielka poczty Polskiej są modelowe.
Daleki jestem od żartu, że te relacje są modne, lub jak kto woli nowoczesne.
Ponieważ litery są czytelne można domniemywać, że palec złamał się przy lewej ręce, albo przy tej która nie odpowiada za pisanie.
Prosto i co najważniejsze skutecznie.
Nie wiem co czują ludzie, którzy nie mogą w terminie odebrać okularów. Jak palec optykowi, szkła są im one niezbędne do wykonywania pracy. A może na stanowisku pracownika, z powodu braku odpowiednich szkieł podobnemu do krecika, pojawiła się kartka z napisem:
Stanowisko nieczynne
z powodu złamanego palca optyka (-czki jak kto woli odmieniać) z centrum Krakowa.
Tylko czy taki tekst będzie usprawiedliwieniem nieobecności w pracy?
„Murarz domu muruje, krawiec szyje ubrania, ale nic by uszył gdyby nie miał mieszkania.”
Ten dziecięcy wierszyk przypomniał mi się w trakcie tych rozważań o wartości cudzej pracy.
I proszę ile przyjemności może dac interpretacja takiej karteczki.
I jeszcze jedno na marginesie
Często taka prosta kartka z ręcznym pismem informuje nie wywołując zgrzytu.
Taka przygotowana z zaangażowaniem agencji reklamowej duża tablica informacyjna może zdziwić.
Tę odkryłem na rogatkach miasta


środa, 24 kwietnia 2013

O konieczności udzielenia odpowiedzi na każde pytanie

Tytułem wstępu
Leptir zaproponowała wybranym osobom udzielenia odpowiedzi na pewne pytania. Zwykle unikam takich działań, odpowiedzi, łańcuszków, przesyłania sweetaśnych nagród itp. Tym razem jednak dałem się wypuścić, ponieważ autorka wyraźnie zaznaczyła, że to jest zabawa. Jak zabawa to zabawa, ale zaznaczam, na moich warunkach.

***

Pani psycholog uderzyła trzy raz ołówkiem w biurko.
- Wracajmy do naszego formularza. Mam nadzieję, że możemy sobie mówić po imieniu. To skróci dystans pomiędzy badającym i badanym i uprości formuły.
- Mam jakieś inne wyjście ? – zapytałem zaczepnie
- W zasadzie wszystkie pytanie które mam poniżej zakładają, że taka zgoda została wyrażona.
- Trudno, wal – zgodziłem się – w końcu jestem tu za karę.
- Pierwsze pytanie – zaczęła Pani psycholog - największe twoje marzenie ?
- Prawie się nie znamy, jak więc mówić o marzeniach? Marzenia zmieniają się z wiekiem. Kiedyś chciałem mieć rower i miałem go. Potem udany seks i też go, nie chwaląc się, doświadczyłem. Potem doczytałem się w jednym z wywiadów chyba z Janem Nowickim, że to wszystko co się spełniło to były plany a nie marzenia. Na marzenie powinienem wybrać sobie coś co nie ma szansy się spełnić.
- No więc?
- No więc uważam, że kandydatki na Miss nie są takie głupie. Moim największym marzeniem jest pokój na świecie.
- Nie mogę tego tak napisać. To wygląda jak kpiny z ankiety – rzuciła psycholog.
- Proszę w takim razie napisać, że skazany nie ma żadnych marzeń.
- Drugie. Twoje credo życiowe ?
- Z powodu swojego kreda życiowego właśnie tu jestem – odpowiedziałem szybko.
Kilka dni wcześniej z powodu burdy na przystanku zostałem zatrzymany przez strażników miejskich. Powodem było to że doszło do wymiany słów, a potem szarpaniny. Wcześniej jeden gość zachowywał się na bardzo swobodnie. Palił papierosy dmuchając na znajdująca się w pobliżu kobietę z małym dzieckiem.
Nie reagował na jej prośby, wulgarnie je komentując.
Zwróciłem mu uwagę, ale on zdecydowanie kazał pocałować się w dupę. Potem zaproponował jeszcze, że mogę zająć się jego frontową stroną, mniej więcej na tej samej wysokości. Ponieważ nie zdecydowałem się na tę formę bliskości intymnej z facetem który pali tytoń, w dodatku na przystanku miejskiej komunikacji, doszło do wymiany słów. Kiedy zaś palaczowi brakło argumentów użył rąk, co zmusiło mnie do zachowania adekwatnego do sytuacji.
Potem pojawili się strażnicy, a na końcu okazało się, że facet ma złe nazwisko.
To znaczy jego nazwisko było całkiem dobre, bo nagle okazało się, że to ja zachowywałem się agresywnie na owym przystanku, zaczepiając spokojnych pasażerów.
W celu pohamowania agresji własnej zostałem skierowany na rozmowę z psychologiem.
- To jak brzmi to credo ? – kobieta powtórzyła pytanie, jednak z wyraźnym zawodowym znudzeniem
- Żyj tak żeby inni przez ciebie nie płakali. To niech pani zapisze.
- Czy masz coś do ukrycia?. To czwarte
- A Pani to ksiądz? Urząd Skarbowy czy doczesny wymiar sprawiedliwości?
Pewnie, że mam. Każdy ma coś do ukrycia. Bo ktoś, kto jest taki od końca do końca czytelny, nie jest wcale atrakcyjny.
A pani? Czy Pani ma coś do ukrycia? - odwróciłem pytanie - Na przykład w relacjach z własnym mężem? Czy powiedziała mu Pani, że ostatnim razem był kiepski w łóżku? Że gubi go rutyna. Że seks w jego wykonaniu przypomina realizację instrukcji dla pilota? Na pewno ukryła Pani. że nie dolecieliście do tych magicznych dziesięciu tysięcy metrów, nie mówiąc o tym jak śpiewała Trojanowska do „nieba bram”
- Skąd ? zn... - chciała zapytać, ale zaraz ugryzła się w język. Jej policzki zrobiły się mocno czerwone.
- Skąd znam Pani męża? Nie znam go. Znam facetów i znam kobiety. Moje pięćdziesiąt pięć lat upoważnia do takiego stwierdzenia.
Chwilę trwało zanim usłyszałem kolejne pytanie
- Co według ciebie jest podstawą poczucia szczęścia ?
- A co to jest szczęście? Mieć miliony na koncie? Kochająca żonę? Apartament na Karaibach? Wszystko zależy od sytuacji. Dla mojej żony szczęściem byłoby chodzić. To jej największe marzenie. Wiem co mówię, marzenie.
Nie ma więc droga Pani jednej recepty na szczęście, jak jednego lekarstwa na nasze dolegliwości. Czasem bowiem mamy sraczkę, a czasem banalne zaparcie.
- Pięć. Najlepsze lekarstwo na dołek ?
- Górka.
- Kpi Pan sobie, to nie jest test pierwszych skojarzeń
- A szkoda bo może takie odpowiedzi powiedzą o mnie więcej niż przemyślane i cytowane sentencje. Co zaś do górki, trzeba wyznaczyć sobie cel, a im jest ambitniejszy tym mniej czasu na użalanie się nad sobą. Mówiąc innymi słowami masz dużo roboty? To sobie jeszcze dołóż. Potem jak skończysz poczujesz spory luz.
- Gdzie szukasz źródeł inspiracji życiowej? To sześć
Inspiracji? Łatwiej odpowiedzieć na pytanie - skąd czerpię siły by rano wstać i przeżyć ten dzień, podobny do dnia wczorajszego z wiedzą że jutro tez będzie podobne?
- No więc skąd ?
- Może nauczyłem się cieszyć z rzeczy drobnych i codziennych? Cieszy mnie nawet udane wypróżnienie. O cho! Jestem lżejszy o jakiś kilogram, to będzie udany dzień.
Kluczem do szczęścia jest ....?
Chyba powtarzamy to samo pytanie. O podstawie szczęścia. Jeżeli stoimy przed zamkniętymi drzwiami to właściwy klucz to podstawa.
No właśnie, można tak filozoficznie powiedzieć – Podstawą szczęścia jest mieć właściwy klucz do zamkniętych drzwi, które mamy przed sobą. Teraz to pani sobie odwróci i będzie co to jest klucz.
- Ósme. A czy egoizm to zła cecha ?
- Według nowoczesnej prasy egoizm to podstawa szczęścia. Podstawa osiągnięcia orgazmu w seksie, nawet tym małżeńskim. Według mnie nie, nawet kosztem orgazmu.
- Czemu Pan tak ciągle o tym seksie?
- Czy to jest dziewiąte pytanie?
- Nie.
- W takim razie odmawiam odpowiedzi.
- Dziewiąte pytanie brzmi: czego nigdy nie wyznałbyś partnerowi?
- Pani chyba kpi. Ja w końcu dałem tylko w ryja, na przystanku, synowi pewnego znanego działacza w regionie. To mój pech. Nie trzymam dzieci w zamrażalniku, nie napadłem na kantor, a więc nie muszę odkrywać swego wnętrza dla ratowania skóry.
Skoro czegoś nie powiedziałem najbliższej mi osobie, to Pani wybaczy, nie powiem tego przypadkowemu psychologowi z urzędu.
- Nie gniewam się, to byłoby sprzeczne z moim zawodem - powiedziała cicho i zaraz przeszła do następnego pytania - czym jest dla ciebie pasja ?
- Która? Ta według Mateusza? Jana? Łukasza? A może idzie o ten zwykły upór w działaniu? Jeżeli tak to pasja jest takim wariactwem, które czasem budzi zachwyt a częściej zyskuje swoją jednostkę chorobową. A może pasja to próba obrony przed chorobą. Chorobą samotności.
-Jedenaście. Czy wierzysz w Wielką Jedyną Miłość?
Każda miłość która przyjdzie, wydaje nam się wielką i jedyną. Wyobraża sobie Pani sytuację, gdy mówi Pani do siebie – ta moja miłość to taka mała wepchnięta między dwie inne podobnie małowartościowe. Czy to w ogóle można nazwać miłością?
- I na koniec, dokończ zdanie: jeśli człowiek prawdziwie kocha to......
- To nie opowiada na to pytanie. Tak kocham, że mógłbym za Ciebie oddać życie. A potem co? Potem okazuje się że, jedno i drugie nie zdało egzaminu. Nie sprawdzili się. Nie na darmo poetka pisała „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono.” Koniec.
- No to koniec – powiedziała i spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczami.
Zauważyłem to jak i to że potem długo notowała coś w swoich dokumentach.
- To nie będzie skojarzeń z kleksami? Testu na podobieństwo figur i ciągi cyfr do uzupełnienia?
- Dziękuje wystarczy. Na tej podstawie przygotuję opinię i przekażę odwrotnie.
Może nie trzeba terapii a wystarczy tylko rozmowa.
Wyszedłem z gabinetu. W głowie kłębiły się mieszane myśli i jak to ładnie mówią - ambiwalnetne odczucia. Jednak na pytanie - czy jeszcze raz dałbym w mordę temu cwaniakowi na przystanku?, zdecydowanie i bez oporów odpowiem – dałbym. O to jednak Pani psycholog nie zapytała.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Odkrywanie skiby




 
Pogodzony z rowerem, wracałem do domu systematycznie pedałując. Piątek początek weekendu. Celowo nie piszę wolnego, bowiem czas na popołudnie i następny dzień miałem już rozplanowany. Kiedy minąłem rogatki Krakowa, zauważyłem kłęby dymu unoszące się w oddali. Dokładnie w kierunku który wybrałem ostatnio za rodzinne siedlisko. Zaniepokoiłem się trochę, ale pamiętając dymy jakie wyprodukował w swoim ognisku sąsiad, doszedłem do wniosku, że to z pewnością czyjeś wiosenne porządki.
Potem dym skrył się z lewej strony za wałem przeciwpowodziowym. Pchany ciekawością wjechałem na ziemny wał aby zorientować się w sytuacji. To co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Przede mną, aż do Wisły rozciągał się pas spalonej ziemi aż do samej wody. Paliło się tu wczoraj lub przedwczoraj. Teraz płonęły łąki z drugiej strony wody. Ogień szedł szeroko, co najmniej na kilkanaście metrów. Oglądałem to wszystko z przerażeniem. Pomimo całej akcji uświadamiającej jest ktoś, kto przytknie zapałkę do suchej trawy. Ponoć zwyczaj wypalania pokutuje jeszcze wśród starszych ludzi, młodzi są bowiem wyedukowani.
Mam poważne wątpliwości czy coś zmieni się z czasem, od dawna bowiem wiadomo, że alkohol szkodzi * i co? I nic.
Wróciłem do domu i pokazałem żonie zdjęcia. Była zszokowana. Nadrzeczne łąki to siedziba wielu gatunków dzikich zwierząt. Bardzo często widywałem tam bażanty, czasem nawet sarny.
Ręce opadają jak się patrzy na niektóre pomysły człowieka co to się nazywa istotą myślącą.
Sobota pod znakiem fachowców. Najpierw ten od prądu uporządkował szafkę elektryczną. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej, albo tak jak trzeba.
W trakcie ganiania pomiędzy jednym a drugim wyłącznikiem, zauważyłem bardzo sympatyczną scenkę. Na polu przed naszym domem pracował traktor. Operator robił takie bruzdy do wysiewu. Za nim krok w krok podążał bocian, pilnie obserwując odchylaną skibę ziemi.
Co chwilę łykał też coś łapczywie. I to był właśnie przykład, że dzika przyroda potrafi dopasować się do mądrej nowoczesności.
Nikomu nie przyszło do głowy odgonić ptaka z pola. Traktorzysta przy każdym nawrocie spoglądał do tyłu sprawdzając czy bocian jest bezpieczny. Był.
I w takiej chwili aż prosiło się by zacytować CK Norwida.
„Do kraju tego gdzie winą jest dużą popsować gniazdo na gruszy bocianie, bo wszystkim służy....”
Że też Norwid nie napisał nic o wypalaniu łąk, że to nie służy nikomu.
Potem wyrwałem się by odebrać samochód z naprawy. Jak usłyszałem łączna kwotę zacząłem nerwowo rozglądać się w poszukiwaniu żyranta. Z lekkim portfelem jechałem cichutko, ponieważ nowe zawieszenie nie wydawało żadnych jęków. Teraz jest w zgodzie z przepisami.
Potem pojawił się brukarz z którym uzgodniliśmy zakres i wartość prac. Kiedyś mówiło się, że lepiej tłuc kamienie na drodze niż …. tutaj wymieniało się profesję, którą aktualnie wykonywał narzekający. Z zamiłowaniem powiedzenia tego używali kiedyś nauczyciele. Powiem tak - może nie tłuc, ale układanie jest dość wysoko płatne. Dobrze że byłem z polecenia więc udało mi się nie zapłacić zaliczki. Późnym popołudniem mój portfel to była jedna wielka czarna żałość.
Nic tylko się opić. Wszystko w odpowiedniej kolejności, najpierw praca.
Dlatego też złapałem się w końcu za łopatę, aby skopać grządki pod te zaplanowane pomidory i paprykę.
Szpadel za szpadlem ziemia ustępowała i rozluźniała się. Na sam koniec rozrzuciłem na wszystko kompost i zagrabiłem Kompost to może nie jest obornik, ale czułem się jak prawdziwy chłop. Oczywiście dodaje, że w znaczeniu włościanin. Aby nie było żadnych nieporozumień..
Poprawia się kontakt z sąsiadami, bo jeden pożyczał żabkę do rur inny przedłużacz do kosiarki. Już jest punkt zaczepienia i powód do rozmowy.
Posiadanie narzędzi przynosi więc również korzyści towarzyskie. I kto by pomyślał.
Tylko ten trzeci sąsiad obserwuje mnie skrycie zza rogu. Niech tam. W dobie internetu, Googla i poczty elektronicznej wszyscy jesteśmy obserwowani

* Tak mówią. Niektórzy. Mój lekarz mówi ( cytat z filmu Testosteron)

piątek, 19 kwietnia 2013

Czas było zacząć

Pojawienie się tego zdjęcia świadczy o tym, że rozpocząłem sezon rowerowy.
Trochę zostałem do tego przymuszony i to z powodu samochodu. Już dawno zauważyłem, że to raczej samochód mnie prowadzi niż ja prowadzę samochód. Wiedziałem, że amortyzatory umarły ze starości, a wahacze zawahały się na śmierć. Do tego doszedł hamulec. Z pobieżnych obserwacji wynika, że tylko ręczny, jednak po zdjęciu kół może okazać się, że prawda jest jeszcze bardziej bolesna. Jak szaleć to szaleć dołożyłem też naprawę centralnego zamka, abym nie musiał otwierać drzwi kierowcy od środka, bo wygląda to co najmniej dziwnie. O wymianie paska klinowego czy banalnego oleju już nawet nie wspominam. Ciekaw jestem czy się wykpię dwójką, mając na myśli zapłatę mechanikowi w tysiącach. Wyciągnąłem z garażu rower i pospiesznie przygotowałem go do sezonu. Wyczyszczony, nasmarowany sprzęt wrzuciłem do tyłu auta i udałem się do mechanika.
- Mam już dla pana te amory - powiedział na powitanie mechanik - i to w dobrej cenie.
A ja zamiast cieszyć się z dobrej ceny, byłem w pierwszej chwili nieco zaskoczony przyjmując staropolskie znaczenie słowa amory.
Było to jednak tylko wiosenne zaćmienie umysłu, po chwili wróciłem do rzeczywistości. Wyciągnąłem z bagażnika rower i wybrałem azymut na moją wieś. Zgrałem wizytę u mechanika z zapowiadaną w TV dobrą pogodą. Gdybym chciał wracać środkami miejskiej komunikacji zajęło by mi to kilka godzin, z koniecznością zmiany trzech linii. Mogłem również jak panisko zadzwonić po taksówkę i kazać się wieźć pod wskazany adres. To jednak podnosi koszty naprawy i wydało mi się. mało honorowe.
Piętnaście, Dwadzieścia, dwadzieścia pięć, dwadzieścia siedem. Licznik wskazywał zwiększającą się szybkość. Upajałem się nią …. niedługo. Najpierw odezwały się łydki potem uda. Brak nart w tym roku jak i w dwóch poprzednich dał znać o sobie. Rozpieszczanie tyłka samochodem również.
Dwadzieścia pięć, dwadzieścia, siedemnaście, piętnaście. Może lepiej było taksówkę?
Nie honorowo, zresztą tam za rondem jest most, zrobię zdjęcie i odpocznę chwilę.
Cyk, cyk, dokumentacja zrobiona. Jadę powoli, jest z góry.
Siedemnaście, o to całkiem przyzwoita szybkość. W końcu na pierwszy raz po zimie.
Słuchawki na uszach, w radio audycja o powstawaniu wszechświata.
-Wodór plus tlen i tak powstała woda – ciągnie ktoś swoją opowieść.
- A tak woda wychodzi na plecy - pomyślałem gdy zawiał wiatr i schłodził mi bluzę.
- Wszyscy jesteśmy z gwiazd - tłumaczył Pan Profesor.
- A swoje to ja za chwilę zobaczę, jak ten podjazd się nie skończy.
Nie miałem świadomości, bo samochód nie narzeka, że z pracy do domu mam prawie cały czas pod górkę. Minimalne prawie niezauważalne wzniesienie ciągnie się cały czas.
Za to do pracy będzie z górki – pocieszałem się zmieniając przerzutkę.
Kiedy pojawiła się tablica z nazwą miejscowości, poczułem się jak w domu. To zmotywowało mnie do działania. Dwadzieścia trzy, dwadzieścia pięć. Potem skręt w bitą drogę i tutaj wolno, bo po zimie trochę dziur. Można też odrobinę poszpanować przed sąsiadami. Przed niektórymi oczywiście. Są tacy którzy uważają, że najważniejszy jest zdrowy styl życia. Inni są zdania, że trzeba być frajerem aby mając auto jeździć rowerem.
Kiedy mijałem kolejne słupki przy drodze, przypomniałem sobie o tym gościu, który nawet śnieżną zimą jeździł na swoim rowerze, całkiem niedaleko mojego domu. Z pewnością do pracy. Zmieniał tylko w zależności od temperatury kurtkę na cieplejsza, a gumiaki na gumofilce.
Facet jadący w zimie, rowerem, w gumofilcach to obraz który tak szybko nie ucieka z pamięci.
Ja też podszedłem do tej jazdy niepoważnie, buty jakby do trekkingu, a ja na rowerze.
Wyjechałem zza zakrętu. Żona siedziała na ganku w promieniach popołudniowego słońca.
- Jak długo jechałeś? – spytała teściowa
- Jakieś czterdzieści minut – sprawdziłem zegarek i wygładziłem rzeczywistość – tak, że spokojnie.
Jak na to spojrzeć z boku to te kilkanaście kilometrów to tak zwany pikuś.
Na pierwszy raz po zimie to dla takego faceta jak ja prawie wyzwanie.
A po obiedzie demontowałem deski z których w grudniu zrobiłem wjazd po rozmokłej trawie. Uporządkowałem drewutnię i spaliłem w ognisku gałęzie pozostałe po przycinaniu jabłoni.
Boże jak smakowało na koniec roboty to pierwsze wypite w tym roku, na świeżym powietrzu piwko.
Cienki jasny dym z ogniska unosił się nad domem i zazdrościł dymowi sąsiadów. Tamten był intensywny, gęsty i czarny. Tak palą się chyba tylko opony. Czekałem na syreny straży pożarnej, ale ich nie usłyszałem. Po kwadransie dym uleciał gdzieś nad Wisłą, a ognisko sąsiada ukryło w popiele tajemnice palonych rzeczy. Kiedy wróciłem do domu było tuż przed dziewiątą.
- Siedzisz na tym ogniskiem jak Cygan - stwierdziła żona.
- Mówi się Rom jeżeli już – poprawiłem żonę.
Kiedy poprzednio zmieniliśmy mieszkanie, okazało się, że jest koło nas tak zwany cygański blok.
Poprzednia właścicielka całkowicie pominęła tę kwestię, ale jak się później okazało całkiem słusznie, ponieważ nie miało to żadnego związku naszym mieszkaniem.
Jeden tylko obraz utkwił mi w pamięci. Przed ten jakbyśmy teraz powiedzieli romski blok wychodziła tak stara cyganka. Na osiedlowym trawniku rozpalała małe ognisko i siadała na jakimś kamieniu czy pieńku. Godzinami patrzyła na żar i dym. Wszyscy z czasem przyzwyczaili się do tego widoku i nie wzbudzało to niczyjego zdziwienia.
Na twarzy tej staruszki widać zaś było tęsknotę za czasami dzieciństwa, za taborami.
Potem ognisko wygasło, albo jakoś inaczej nie rozpaliło się z wiosną, Umarła sentymentalna Cyganka i nie było już nikogo kto by tak ogniska palił.
Ja zaś byłem tak okopcony dymem, że nie potrafiłem wysiedzieć w fotelu bez szybkiego prysznica.
Zresztą co to było za siedzenie. Kiedy żona położyła się spać było koło jedenastej, a ja ledwo stałem na nogach. Idę spać, jutro do pracy na rowerze.
- Jutro będzie z górki – szepnął do mnie mój anioł stróż.
- Ale tylko w jedną stronę – dało się słyszeć z oddali.
Ki diabeł?

środa, 17 kwietnia 2013

Waniliowy Dziadek

Od dwóch dni unosi się w firmie głęboki aromat wanilii. Ponoć ten pieszczący nozdrza zapach prowadzi do głębokiej relaksacji i pozytywnego zapatrzenia na świat.
Żadnej z tych reakcji nie zauważyłem u dzielącego szafkę wraz z tytułowym Dziadkiem, Krzyśka.
Złości się raz po raz, że dławiący smród jak go nazywa, nie pozwala mu cieszyć się aromatem kapuśniaku. Tę to zupę ślubna małżonka Krzyśka pakuje mu najczęściej do litrowego słoika. To w ramach drugiego śniadania, bowiem Krzysiek ma mały problem z zębami. Mały bo ich prawie nie ma.
Ja nie narzekam, chociaż nie będąc konsumentem krzyśkowego  kapuśniaku, bardziej doświadczam tych dziwnych emocji, gdy kwaśny zapach kiszonej kapusty miesza się z delikatną nutą waniliową.
Jak mówił Forest Gump – Każdemu jego kupa ładniej pachnie, ale nie daj się zwieść.
Aromat waniliowy to nie jest może jakiś tam Bruno Banani, ale ślubna małżonka Dziadka i tak gotowa była wystrzelać go po pysku. Za co? Za chodzenie na dziwki.
Jakież dziwki – mówi Dziadek, gdy z moje pensji to raptem na to powszednie piwo wystarczy i może na nalewkę w sobotę. Aby wystarczyło na nalewkę w sobotę, Dziadek prowadzi politykę oszczędności. Zaczął od siebie i dopiero niedawno zamienił gumofilce na normalne gumiaki. Drelichy zaś jak diamenty są wieczne.
- Na dziwki – głos ten dzwoni mi w uszach, gdy widzę przechodzącego pod oknami biura sześćdziesięcioparoletniego mężczyznę, za którym cały czas unosi się ten tajemniczy i cudownie relaksujący aromat.
Tajemnica jest prosta i łatwa do wyjaśnienia. Mówią, że chłop nie wyniesie z zakładu pracy tylko dwóch rzeczy. Rozpalonego żelaza bo go w ręce poparzy i rzadkiego gówna, bo mu przez palce przecieknie. Inne rzeczy zdecydowanie mogą się, jak to mówią niektórzy - „ sprzydać”.
A jeżeli już coś zostanie znalezione...
Znalezione nie kradzione - pomyślał Dziadek, podnosząc z ziemi buteleczkę samochodowego dezodorantu oprawioną w futurystyczny kształt. Cudo natychmiast znalazło się w drelichowej kieszeni bluzy. Niestety otwarte wcześniej opakowanie wysączyło swoją zawartość wprost do owej kieszeni.
Gdyby to była kieszeń spodni, z pewnością nie takich docinków byłby adresatem. Bo przecież wtedy taka plama wypadałaby w całkiem konkretnym miejscu.
Dziadek opowiadał w szatni z lubością cytując żonę, która wciągając zapach do płuc ponoć odezwała się w ten sposób:
- Z pewnością byłeś w burdelu dziadu, poznaję po zapachu.
Niejaki Ziomek natychmiast ripostował - Trzeba było spytać, skąd wie jak jak pachnie w burdelu?
Wtedy zobaczyłem tę iskrę w oczach Dziadka i już wiedziałem  Waniliowy Dziadek miał wielką ochotę stłuc ziomkowego ryja. Tylko moja obecność psuła mu ten iście szatański pomysł.
Może i dziadek jest już w wieku emerytalnym, ale widziałem jak  dźwigał betonowy krawężnik i wiem, że z pewnością nie warto robić sobiez niego jaja.
Każdego wkurza jak macają mu żonę, albo chociaż tylko tykają.
Dziadek jest prosty. Jak mówił Laskowik - jest prosty jak robota którą wykonuje. Nigdy nie miałem z nim jednak żadnych problemów. Wykonuje wszystkie polecenia służbowe i to bez tej kontestacji, typowej dla młodszych, i lepiej wykształconych. Dodatkowo, od paru dni czyni to wszystko z gracją, w delikatnej waniliowej atmosferze.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Bociany i inne zjawiska


Kiedy sięgałem po tak zwaną efkę do zakończenia kabla antenowego, poczułem coś ciepłego i wilgotnego. Przesunęło się to po mojej dłoni zanurzonej w pudełku z częściami. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale jak najbardziej niespodziewane. Szarpnąłem więc dłoń do siebie i spojrzałem pod nogi. Obok mnie merdając radośnie ogonem, stał szczeniak. Cały brązowy, jedynie końcówki uszu, ogona i kufa czarne. Puszysty tym pierwszym szczenięcym futrem i z pewnością pachnący jeszcze mlekiem jak to dziecko, ale nie zdecydowałem się tego sprawdzać.
- Co ty tu robisz? - spytałem, ale zaraz sam sobie odpowiedziałem na pytanie, porównując szparę pod bramą z wielkością psa.
- Czyj ty jesteś ? - poprawiłem pytanie, ale dalej wiedziałem, że i na to lepiej sformułowane pytanie psiak mi nie odpowie.
Odpowiedział mi za to swoją obecnością mały rudy kot z obróżką. Ten sam który zasnął kiedyś w moim fotelu. Wylazł spod samochodu i odważnie zatrzymał się przede mną.
Szczeniak natychmiast zwrócił się ku niemu i zaczął traktować jak swego rodzaju przewodnika.
Koci Cicerone oprowadził go wokół domu, co trwało sporą chwilę. Później zasiedli wspólnie i zgodnie, przyglądając się moim czynnościom przy antenie.
I miałbym pewnie tych kursantów aż do końca łącznie z regulacja telewizora w domu, gdyby nie pojawiła się ta sama, przepraszająca za psoty psa i kota dziewczynka z sąsiedztwa. Wzięła szczeniaka na ręce, a kot jak pies popędził za nią krok w krok.
Jak znam życie odwiedziny te z pewnością jeszcze nie raz się powtórzą.
Miałem rację, ponieważ już następnego dnia rano pojawił się rudy kot, układając mi koło samochodu mysz. Nie wiem czy żywą czy tylko podduszoną, wiem że powinienem się czuć wyróżniony.
I tak też się poczułem. Po godzinie myszy już nie było, stąd moje podejrzenie co do owego podduszenia. Nie przejąłem się wcale i zupełnie tą mysią absencją w miejscu składania kocich darów.
A żyj sobie, wiosna przecie.
Mamy tu na wsi swoje bocianie gniazda. a jedno z nich jest nawet całkiem niedaleko. Z gniazda rozciąga się pewnie rozkoszny widok na łąkę przed moim domem. Od kilku już dni nasz bocian pasie się na niej całymi godzinami, a od czasu do czasu towarzyszą mu w tym wypasie rybitwy.
Bocian podchodzi pod samą siatkę. Z tak bliskiej odległości nie dane mi było nigdy obserwować tych pięknych ptaków. Ale nie samym oglądaniem człowiek żyje.
Korzystając z pięknej pogody, wspólnie i w porozumieniu z Młodszym urządziłem sprzątanie i adaptację szopy narzędziowej. Po tym liftingu blaszak stał się budynkiem wielofunkcyjnym. Jest to połączenie garażu z warsztatem z zachowaniem pierwotnej funkcji szopy na narzędzia. Udało się chyba nieźle, bowiem już w sobotę Młody ze trzy razy wyprowadzał i wprowadzał do garażu swój motor.
- No to znowu zarobiłem, albo mówiąc precyzyjnie, nie wydałem – stwierdziłem ściągając na koniec roboty rękawice ochronne.
Fakt. Gdyby ktoś inny robił tę podłogę z drewna, to pewnie zdrowo by mnie stuknęło.
A tak wykorzystałem palety z odzysku, nieco tylko je modyfikując.
Stuknęło mnie tylko raz tego dnia, a to z powodu piecyka gazowego.
Stary PG-4 i PG-6 nie miał dla m,nie tajemnic, dawałem też rady z nowszym Junkersem
Ten jednak to dla mnie nowość, bowiem oprócz funkcji grzania wody kąpielowej ogrzewa cały dom, czyli jest podstawa CO.
Od pewnego czasu wyświetlał błąd elektroniki i wyłączał się. Wiedziałem gdzie się go resetuje to i resetowałem. Zaproszony fachowiec wymienił mi elektrody i zainkasował dwie i pół stówy. Swoim zwyczajem uważnie obserwowałem jego pracę. A ja mam dobrą pamięć, szczególnie do przypadków przewalania kwot za usługi.
Po pracowitej sobocie miałem leniwą niedzielę. Prowadzimy z Młodszym męskie gospodarstwo ponieważ żona przebywa w szpitalu, na planowanych zabiegach.
- A może by tak takie amerykańskie burgery – stwierdził syn oglądając „Kuchenne rewolucje”.
- A proszę Cię bardzo – powiedziałem.
W niedzielę podzieliliśmy się obowiązkami. Ja zmieliłem mięso, przygotowałem i upiekłem burgery. Młody zaś zajął się oprawą wizualną. Podpiekł bułki, włożył mięsiwo i ułożył jarzyny.
- Wyszło jak trzeba - powiedział, chwaląc naszą robotę. Sięgnął też zaraz po kolejnego „amerykana”.
Ja wytrwałem przy jednym. Jednak co zasady to zasady.
Chyba już sam będę mielił mięso. To na burgery wyszło jak trzeba. Do ostatniego spaghetti użyłem gotowej paczki mielonego i musiałem odlewać wytopiony z „mięsa” tłuszcz.
Kiedy talerze znikły ze stołu, Młody zdobył się na zwierzenie.
- Tu jest tak cicho, że można zwariować. Muszę stąd na chwilę wyjechać.
Był to chyba pierwszy tak jasno wyartykułowany komplement, związany ze zmianą miejsca zamieszkania.
Za chwilę też usłyszałem warkot oddalającego się motoru.
Zadzwoniłem do żony opowiadając o hamburgerach.
- Tak bym chciała już być w domu – podsumowała moją opowieść.
- Będziesz. Już w poniedziałek po południu. Może nawet jednego takiego amerykańca uda się dla Ciebie uratować.
A żeby nie było mi tak błogo i słodko, w poniedziałek w pracy od samego rana awaria.
Gdzieś tan odeszły wspomnienia o bocianach, kotach i amerykańskich burgerach.




czwartek, 11 kwietnia 2013

Symptomy końca

Nie myślcie, że odpuściłem sobie koniec świata. Miliard lat w tą miliard w tamtą nie ważne, ja rozglądam się uważnie i zauważam pierwsze symptomy. 
Wędrowny mędrzec w Konopielce mówił - że idą czasy ostateczne, w których to  między innymi - chłop z chłopem spał będzie, a baba z babą.
No i proszę. Aktualnie przez politykę i media przelewa się fala dyskusji na ten temat.   
i inne, widoczne w mediach znaki. Oto czytam że :
Spółka Central European Distribution Corp chcąc ograniczyć swoje zadłużenie złożyła wniosek o upadłość. CEDC produkuje takie marki jak BOLS, Żubrówka, Absolwent, Soplica i Parliament, jest liderem na rynkach rosyjskim, węgierskim i polskim. Firma ma jednak problemy finansowe, a jej prezes jakiś czas temu złożył rezygnację.
Firm produkująca gorzałę i to dla Europy środkowej i wschodniej bankrutuje, czyż to nie jest koniec świata?
Jest bo wiadomość jest z gatunku nie do uwierzenia. Bądźmy jednak szczerzy, ja również nie wspomagam tej branży. Jakiś czas temu złożyłem deklarację wypowiedzenia sympatii i jak na razie słowa dotrzymuję.
Co jakiś czas wykupuję udziały w branży winnej, a latem w piwnej.
Przy okazji wyszło na jaw, że nie ma już bezpiecznych branż.
Przed wojną branżą godną zaufania była kolej. Taki kolejarz sprawdzał zegarek na podstawie przyjeżdżających pociągów i wzbudzał zazdrość posiadaniem służbowego zegarka i rozwiniętej jak na tamte czasy opieki socjalnej.
Po wojnie mit zawodu kolejarza trwał, chociaż imperialiści podrzucali gawiedzi dowcipy i powiedzenia w stylu - Matka porządna ojciec porządny a syn kolejarz.
I do czego to doprowadziło? Nie lokomotywy a związkowcy gwiżdżą, stojąc na torach.
Potem lekarz, prawnik i ksiądz. To były pewniaki, ale i na nich zaczęły się w wolnej już Polsce nagonki.
Tylko wódka wydawała się nieśmiertelna. Te szklane butelki w których trzymano wódkę aby rozpijać pańszczyźnianego chłopa. Potem upijano tego uwłaszczonego i tego z sojuszu z robotnikiem. Obyczaj picia wydawał się trwać niezmiennie, bez względu na to jaki ustrój w naszym kraju aktualnie panuje.
A może zjadły ich koszty produkcji?
Mój były już sąsiad, nie miał swojego gabinetu z sekretarką, bo sam planował ilość, sam kupował cukier i drożdże a na koniec sam stał przy destylatorze. Jak już kogoś musiał bzyknąć to bzykał nie sekretarkę a własną żonę, która przy okazji prowadziła mu małe biuro, między krojeniem makaronu a obieraniem ziemniaków. Koszty własne miał więc chyba dość niskie.
Kiedy nalewał mi drinka, robił to w proporcji 3:1. Trzy jednostki wódki i jedna jednostka pepsi. Na pytanie - dlaczego te drinki są takie mocne? Niezmienne odpowiadał - Daj spokój pepsi taka droga.
I tutaj wyliczenie: droga pepsi to jakieś 4,80 za dwa litry, czyli 2,40 za litr, lub jak kto woli 1,20 za pół litra.
Ile w takim razie musi kosztować go tradycyjne pół basa, że tak zdecydowanie narzeka na cenę popitki?
Być może zysk trzeba robić ilością sprzedaży czyli masą, a faceci nie chcą tą masa być. Bo masa kojarzy się źle i najczęściej jest ciemna.
Umiera więc ten tradycyjny męski świat jakim pamiętali go nasi ojcowie.
Faceci nie palą, nie piją, a co najgorsze powszechnie depilują klaty. Coraz częściej chcą aby to kobieta w łóżku była na górze i przejawiała inicjatywę. Mówiąc prostymi, żołnierskimi słowami – faceci lubią być dymani. Coraz częściej pichcą w kuchni, bijąc na głowę kobiety. Oczywiście nie w codziennym gotowaniu, bo to pańszczyzna a nie maestria. Oni specjalizują się w perfekcyjnych, romantycznych kolacjach na gorąco. Na potrzebę tej zmiany wymyślono nawet określenie mężczyzna gastroseksulany. I nie chodzi tu bynajmniej o faceta z problemami z układem trawiennym, ale takiego, który przygotowanymi w winnym sosie krewetkami doprowadza kobietę do drżenia.
W pewien sposób konweniuje to z innym jeszcze określeniem ostatnich lat – mężczyzna metroseksualny i nie chodzi tu bynajmniej o faceta który lubi seks w metrze.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Nowe znaczenie starego słowa

Pewien Argentyńczyk kupił na targu w Buenos Aires dwa pudle odmiany toy. Zapłacił za nie równowartość ok. 1000 złotych. Następnego dnia, udał się ze swoimi nowymi pupilami do weterynarza, aby je zaszczepił i przeprowadził rutynowe badania.
Lekarz weterynarii powiedział mu, że jego pudle to tak naprawdę duże, białe fretki. Na sterydach. Według niego, zwierzętom od dziecka podawano sterydy, aby urosły do odpowiednich rozmiarów. Następnie przystrzyżono je tak, aby przypominały pudla.
Trudno w to uwierzyć, ale ten przekręt się udał.
Używając zapomnianą już trochę terminologii fretki zostały podpicowane.
Teraz picuje się namiętnie wszystko i wszędzie. Właśnie wybuchła afera o odświeżanie przeterminowanych wędlin. Po odpowiednich zabiegach dostawały swoje drugie życie.
Klient to frajer i wszystko kupi uważają wszelkiej maści biznesmeni oszukując nas na potęgę.
Politycy picują rzeczywistość naginając realia w tę lub w tamtą stronę.
Picowanie w ekonomii nazywa się nawet księgowością kreatywną.
Rozmawiałem wczoraj z gościem z komisu samochodowego. Przymierzam się bowiem do wymiany samochodu na nowszy model. Jedyne moje oczekiwanie co do modelu jest takie by w bagażniku zmieścił się wózek żony.
Człowiek służbowo znajomy zgodził się pomóc w tej zamianie.
- Posiadam samochody sprowadzane z Niemiec. Nie z jakichś tureckich - jak to nazwał - komisów. Powypadkowe, ale w stopniu nieznacznym. Wszystkie przyjechały tu na własnych kołach.
Potem było coś o cofaniu liczników a kiedy człowiek dowiedział się ile kilometrów przejechało moje auto stwierdził:
- Za taką cenę kupi Pan samochód z podobnym przebiegiem tylko młodszy rocznikowo.
Potem trzeba przy nim coś niecoś zrobić i tu nasuwa się pytanie, czy warto ponosić takie koszty?
150.000 tysięcy na obecne silniki to tylko właściwe dotarcie. Serwisować i jeździć póki się da.
Dziwne, to samo mówił mi mój mechanik. Mam potwierdzenie i chociaż męska fantazja chciałaby zmian, postawię na serwis i wymianę amortyzatorów z przodu. Przy okazji dowiedziałem się o kilku innych sztuczkach picerów
Kiedy tak słuchałem tego opowiadania i kiedy układało mi się ono w głowie już po wyjściu klienta przypomniało mi się hasło z całkiem innej branży. Któraś z celebrytek, ale z pewnością nie ta która reklamuje krem na sprężystość biustu, powiedziała – dzięki ci boże za push up.
Kobieto, wyobraź sobie, że na swój biust poderwałaś na imprezie fajnego faceta i potem idziesz z nim do łóżka a tu szok. Koleś jest zaskoczony bo widzi co zupełnie co innego niż wcześniej. Jak się wtedy czujesz? Czy to nie jest oszustwo?
Co same kobiety mówią na ten temat na internetowych forach ?
  • Niektórzy twierdzą, że w ten sposób kobieta oszukuje partnera... Myślę, że mają rację. Ale ja i tak bym z nich nie zrezygnowała.
  • Nie nazwałabym noszenia takich staników "oszukiwaniem facetów". Po prostu kobieta chce wyglądać bardziej atrakcyjnie. Oszukiwaniem byłoby wypychanie stanika, albo sylikon. A z niewinnym push-upkiem to tak samo jak z makijażem- poprawia wygląd i podkreśla kobiecość.
  • Oczywiście, że uważam to za okłamywanie partnera... Facetów jest bardzo łatwo złapać "na biust"
Do tego pojawiły się push upy do modelowania pośladków. Jak dołożyć do tego pas modelujący talię i makijaż uzasadnionym wydaje się stwierdzenie nawiązujące do samochodów
- Gdyby sprzedawcy samochodów robili z nimi to co kobiety robią ze sobą, wszyscy oni siedzieli by już dawno w więzieniu.
Z drugiej strony my faceci wzrokowcy pozwalamy się tak oszukiwać i wodzić za nos. Powiem więcej że to nam się podoba.
Wobec inwazji wszelkiego rodzaju materiałów do nazwijmy to tuningu, jestem za zakupem dopiero po obejrzeniu towaru bez opakowania.
Tu jednak nie zgodzi się z pewnością mój stary ksiądz katecheta.
Spytam go, bo być może to nie Panu Bogu trzeba by dziękować za wynalazek Pana Push Upa.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

To jest Ameryka, to słynne U.S.A

Podniecamy się po raz kolejny. Okazało się bowiem, że dwóch kongresmenów zgłosiło ponadpartyjną inicjatywę rozszerzenia programu ruchu bezwizowego między innymi dla Polski, argumentując, że wzrost turystyki przyczyni się do tworzenia nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego w USA.
Zaciskamy kciuki i jak to my, już uważamy sprawę za załatwioną.
Po jakimś czasie będziemy wypominać niewdzięczność Amerykanów, bo przecież:
My – naród, Za wolność naszą i Waszą. Kościuszko Pułaski do tego Solidarność Walesa i oczywiście JPII. To wszystko od nas dla świata, a świat co? Ci niewdzięczni Amerykanie nie potrafią nagiąć dla nas przepisów. Zaraz tam przepisów, jednego głupiego paragrafu.
Taki Obama obiecywał i nie zrobił, dokładnie jak Bush czy Clinton.  W tym akurat amerykańscy prezydenci są konsekwentni ponadpartyjnie. Mogą sobie gadać co chcą, przecież od nich to nie zależy.
Najczęściej z powodu wyborów i wyborców, jakiś kongresmen zgłasza projekt poprawki i już delegacja z Polski wiezie mu szablę, z którą  oczywiście on się ochoczo fotografuje. A potem to samo, zawód.
Przecież cała Unia jeździ bez wiz, a nas prześladują. Węszymy w tym spisek masonów i kilku tradycyjnych grup narodowościowych. Gotowi jesteśmy mieć żal nawet do rowerzystów.
Nikomu zaś nie przyjdzie nawet do głowy, że to co się dzieje wynika ze zwykłego poszanowania prawa. Na użytek imigrantów z całego świata przygotowano zasady, które należy respektować. Wprowadzono procentowy próg odmów i jeżeli znajdziemy się poniżej takiego progu to wizy zniosą nam automatycznie.
Dziwne to, bo u nas w prawie zawsze jakaś furtka się znajdzie.
A gdyby tak w poczuciu jedności narodowej, w jednym tylko roku nie składać wniosków o wizy do USA? Szczególnie, gdyby odpuścili to sobie Ci którzy po kilka odmów mają już na koncie.
To najprostszy ze sposobów załatwienia tej sprawy na „legalu” jak to mówią młodzi i naszymi własnymi rękami.
Tylko czy jest w nas takie poczucie narodowej wspólnoty?
My Polacy wolimy narzekać, że wielkie mocarstwo wypina na nas tyłek, bo znowu nic. My do koszyka poświeceń dorzucamy Irak i Afganistan.
Ale to już jest polityka, a ja chciałem tylko o naszym narodowym charakterze i skłonności do narzekania

piątek, 5 kwietnia 2013

Wyliczenia grubym ołówkiem

- Proszę mi to wyliczyć grubym ołówkiem – mówię do fachowca i chodzi mi kalkulacje wstępne i orientacyjne. Ot po prostu o rząd wielkości. Nie wiem czy przygotować setki, czy tysiące złotych. Wiadomo, że życie samo skoryguje i doprecyzuje kwoty, które fachowiec wyliczy z pomocą kalkulatora w telefonie.
Okazuje się, że nie jest to chyba tylko moje ulubione powiedzenie. Pytanie jest jedno - jak bardzo grubego ołówka używają Ci inni.
Jestem zszokowany. Okazało się bowiem, że wszechświat jest nieco starszy – powstał dokładnie 13,8 mld lat temu a nie, jak dotychczas podawano, 13,7 mld lat temu.
Być może spóźniona tegoroczna wiosna to sprawka tego błędu w wyliczeniach.
Już zastanawiam się, czy zmieni to coś w moim dotychczasowym życiu?
Na pewno zmieni to odczucia ekonomistów. Jeszcze bardziej będą zazdrościć astronomom.
Kosmiczne gdybania na temat rynków finansowych i rozwoju ekonomicznego są do zweryfikowania po kilku latach, a z pewnością w czasie trwania aktywności zawodowej jednego pokolenia. Tak ekonomista to zwód wysokiego ryzyka. Ryzyka pomyłki w którym uczestniczą sporo ryzykując również członkowie kapituły nagrody Nobla, honorując koncepcje i badania naukowe w tej dziedzinie. Z moich obserwacji wynika że najwięcej ryzykują ci którzy zatrudniają i nagradzają takich wizjonerów.
Każda zaś teoria astronoma podbudowana jest milionami lub miliardami lat.
Kłócić można się do woli, czy coś tam wybuchło, czy była to boska cząstka. Nie do sprawdzenia.
Ale jeżeli był Wielki Wybuch na dzień dobry, to na do widzenia czeka nas Wielkie Rozdarcie.
Tak po prostu to: rosnąca gęstość ciemnej energii zacznie przeważać nad innymi siłami w kosmosie i rozrywać znajdujące się we wszechświecie obiekty. Najpierw zniknie przyciąganie w galaktykach i rozpadną się one na pojedyncze gwiazdy i planety. Kosmos stanie się śmietniskiem pełnym chaotycznie poruszających się obiektów, aż w końcu i przyciąganie atomowe budujących je cząsteczek zaniknie. Wtedy one eksplodują, a wszystkie atomy rozpadną się.
Nim popędzicie do spowiedzi z całego życia aby godnie się na to przygotować, chcę Was uspokoić.
Prof. Robert Caldwell szacuje, że ta katastrofa zdarzy się za 20-22 mld lat. Jednak w ubiegłym roku chińscy uczeni, obliczyli, że może to być już za 16 miliardów lat. I nic nie będziemy mogli na to poradzić.
Spór o to kto ma rację nie zostanie niestety rozstrzygnięty.
Chińczycy postawili na szybki rozwój gospodarczy, co widać choćby po zanieczyszczeniu środowiska naturalnego w tym kraju. Rozwijają konsumpcję, nie dbając zupełnie o środowisko.... Czyżby mieli jakieś bliższe informacje? Być może to nastąpi już za 10 miliardów lat?
Przy czym jakby co, to ostrzegałem.